Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szkocka przygoda - Christine Merrill

Lady Drusilla Rudney dostaje od ojca, księcia Benbridge, odpowiedzialne zadanie: musi zaopiekować się młodszą siostrą, Priscillą. Kiedy Priscilla ucieka ze swym nauczycielem tańca, Drusilla nie powiadamia ojca i postanawia odnaleźć ją, zanim skandal wyjdzie na jaw. Namawia do pomocy w poszukiwaniach Johna Hendricksa, byłego żołnierza. Rozpoczyna się wyścig z czasem, stawką jest reputacja młodszej siostry. Podczas podróży pełnej niebezpiecznych przygód między Drusillą i Johnem budzi się nieoczekiwanie namiętność. Czy młodsza siostra zostanie uratowana? Czy starsza siostra z książęcego rodu odnajdzie szczęście w ramionach byłego żołnierza?

Opinie o ebooku Szkocka przygoda - Christine Merrill

Fragment ebooka Szkocka przygoda - Christine Merrill

Christine Merrill

Szkocka przygoda

Tłumaczenie: Teresa

Rozdział pierwszy

John Hendricks pociągnął łyk z piersiówki i umościł się wygodnie w narożniku dyliżansu pocztowego, zmierzającego na północ. Wyciągnął przed siebie nogi, starając się zapewnić sobie jak najwięcej przestrzeni. Po ciężkim tygodniu nie miał nastroju ani siły na to, by tłoczyć się w ciasnej kabinie z innymi pasażerami, znosząc napór obcych ciał.

„Panie Hendricks, gdyby pan miał jeszcze coś do powiedzenia na temat pańskich nadziei dotyczących mojej przyszłości, to proszę przyjąć do wiadomości, że podjęłam decyzję w tej kwestii natychmiast, gdy tylko ujrzałam Adriana Longesleya. Nikt nie zdoła mnie skłonić, bym ją zmieniła”.

Minęły trzy dni, a te słowa wciąż dźwięczały mu w uszach. Na Boga, przecież ta kobieta była zamężna i poza jego zasięgiem. Dała mu jasno do zrozumienia, że nie jest nim zainteresowana. Gdyby nadal cierpiał w milczeniu, jak to czynił przez ostatnie trzy lata, zachowałby posadę i honor. Tymczasem okazując zaangażowanie, zmusił ją do jasnego postawienia sprawy.

Ponownie przytknął piersiówkę do ust. Jeśli było widać rumieńce na jego policzkach, to wolał, by uchodziły za oznakę nadmiaru alkoholu niż wstydu z powodu nieodwzajemnionej miłości. Oczywiście, Adrian Longesley, hrabia Folbroke, o wszystkim wiedział i pewnie pozwoliłby mu nadal mieszkać w swoim domu, gdyby John nie zrobił z siebie durnia. Skoro jednak prawda wyszła na jaw, nie pozostawało mu nic innego, jak zrezygnować z pracy i opuścić Londyn.

John zazdrościł przyjacielowi i jednocześnie wstydził się własnego zachowania. Lubił i szanował hrabiego, a praca dla niego bardzo mu odpowiadała. Jakie sobie wystawił świadectwo, planując ukraść żonę człowiekowi, który z powodu utraty wzroku jak nikt inny potrzebował jej wsparcia i niezachwianej miłości? Jakim okazał się głupcem, sądząc, że Emily zostawi niewidomego męża dla bękarta nieuznanego przez ojca.

John schował piersiówkę do kieszeni, zdjął okulary i energicznie przetarł szkła. Spojrzał ponuro na dwoje ludzi siedzących naprzeciwko, jakby chciał ich sprowokować do uwag na temat własnego popijania. Kiedy kupował bilet na dyliżans, przyszło mu do głowy, że podróż do Szkocji będzie czymś w rodzaju wyprawy w miejsce, gdzie w spokoju i samotności można leczyć duszę i zszarpane nerwy. Nie wziął pod uwagę, że dotarcie do tego pustelniczego raju będzie wymagało tłoczenia się w ciasnym pojeździe z obcymi ludźmi, których towarzystwo było mu wręcz wstrętne. Już od paru godzin we troje telepali się w kabinie pojazdu niczym trzy ziarnka grochu wrzucone do butelki. Każdy wstrząs wywołany nierównością drogi John odczuwał w kościach. Na domiar złego silne porywy wiatru dodatkowo kołysały dyliżansem, a zacinający z ukosa deszcz wciskał się w szpary nieszczelnego okna po jego stronie i zmoczył mu rękaw płaszcza, gdy chcąc odpocząć, oparł się o zasłonę.

Pomyślał o rozkładzie jazdy wciśniętym do kieszeni. Przewidywany czas pokonania trasy do Edynburga wynosił ponad trzydzieści godzin, jednak John podejrzewał, że z powodu rozmokłych dróg i zapadającej ciemności podróż się wydłuży. Nie miało to dla niego znaczenia, jako że obecnie był sam sobie panem i nie musiał przestrzegać terminów.

Żałował, że nie potrafi się tym cieszyć. Na szczęście, wciąż jeszcze był trochę pijany. Powinien założyć, że gdy całkowicie ustanie działanie alkoholu, ogarnie go panika, ponieważ w pełni uświadomi sobie, że jego dotychczasowe życie legło w gruzach.

Musiał przyznać w duchu, że zaczynanie nowego życia na kacu nie jest dobrym pomysłem. Jednak gdy w zajeździe o nazwie „Łabędź o Dwóch Szyjach” kupił bilet na dyliżans, który wywiezie go z Londynu, był już po dobrych paru kolejkach dżinu, a w trakcie podróży zadbał o uzupełnienie poziomu alkoholu w organizmie.

– Doprawdy szkaradną mamy pogodę. – Siedzący naprzeciw współpasażer najwidoczniej uznał, że nazwanie tego, co oczywiste, stanowi zgrabne zagajenie rozmowy.

John zachowywał się, jakby go nie usłyszał. Podróżująca z nimi młoda kobieta najwyraźniej miała podobne nastawienie. Mocniej zacisnęła palce na książce, której okładka informowała, że to zbiór kazań, i przysunęła ją bliżej twarzy, żeby lepiej widzieć litery w świetle migoczącej lampki do czytania.

John zauważył, że wzdrygnęła się nieznacznie, kiedy mężczyzna skupił na niej uwagę, pytając:

– Podróżuje pani sama?

Uniosła wzrok znad trzymanego w dłoni tomiku i zmierzyła natręta lodowatym spojrzeniem, które miało go upewnić, że nie zamierza nawiązać rozmowy z kimś, komu nie została należycie przedstawiona, po czym na powrót zagłębiła się w lekturze.

Mężczyzna nie dał się łatwo zniechęcić.

– Byłbym szczęśliwy, mogąc panią eskortować aż do miejsca przeznaczenia – dodał.

Wyglądało na to, że specjalnie usiadł obok młodej kobiety i najwyraźniej zamierzał wykorzystać każde zachwianie pojazdu, żeby się do niej zbliżyć. W tym momencie przyglądał jej się z lubieżnym błyskiem w oku.

John przez moment się obawiał, że pasażerka okaże się na tyle naiwna, by w dobrej wierze przyjąć propozycję, szybko jednak uznał, że nie powinien się wtrącać w nie swoje sprawy. Materiał jej ubrania zaszeleścił, kiedy skuliła się na siedzeniu, jakby próbowała ograniczyć do absolutnego minimum wszelki kontakt z namolnym mężczyzną. Nie na wiele się to jednak zdało, zwłaszcza że przygarnięcie spódnicy bliżej ciała uwidoczniło kontury jej sylwetki, z czego młoda kobieta nie zdawała sobie sprawy, i podsyciło zainteresowanie współpasażera.

Nieznajoma była wyjątkowo wysoka i miała bardzo długie nogi. Sądząc po smukłości kostki, która na moment ukazała się spod fałdów tkaniny, całkiem zgrabne. Można było tylko żałować, że młoda kobieta przybrała surowy wyraz twarzy; gdyby się uśmiechnęła, byłaby całkiem ładna, uznał John.

Mina sugerowała, że być może jedzie na pogrzeb, lecz jej strój temu przeczył. Żywe kolory korzystnie odbijały się od mlecznej cery, a przy nasyconym błękicie sukni brązowe oczy wydawały się tak ciemne, że prawie czarne. Materiał ubrania był niewątpliwie dobrej jakości i kosztowny, ale krój przedstawiał się raczej konserwatywnie, jakby kobieta przedkładała wygodę i skromność nad modny wygląd. Na głowie miała kapelusik z budką, spod którego to kapelusika wymknęły się czarne kosmyki.

Gdyby Johnowi przyszło zgadywać jej status, uznałby że jest panną z dobrego domu. Z pewnością nie brakowało jej pieniędzy, ale nie miała perspektyw na dobre zamęście. Mogło się to wydawać dziwne, jako że pierwsze często warunkowało drugie, jednak czytanie kazań w miejscu publicznym wskazywało na wyśrubowane standardy moralne. Trudno liczyć na to, że okaże się przyjemną rozmówczynią, naturalnie, gdyby zechciała w ogóle otworzyć usta.

Ich spojrzenia na moment się spotkały. John odniósł wrażenie, że w słabym świetle w oczach kobiety pojawił się ostry błysk.

„Zrób coś”. Czyżby się odezwała? Czy tylko wyobraził sobie słowa mocno zakorzenione w jego mózgu? Gdyby zostały wypowiedziane przez kobietę, w dodatku jako prośba o pomoc skierowana do obcego człowieka, zostałyby wypowiedziane łagodnie. Tymczasem zabrzmiały jak rozkaz, więc musiały być wytworem jego zamroczonej alkoholem głowy.

– Samotnie się podróżuje bez osoby towarzyszącej – stwierdził natręt, ani myśląc się poddać.

John ocenił, że ma do czynienia z kupcem, i to całkiem zamożnym. Bez wątpienia mógł sobie pozwolić na niezgorsze ucztowanie, sądząc po opasłym brzuchu, opiętym kamizelką z brokatu. Rzadkie włosy na nieproporcjonalnie dużej głowie z trudem skrywały potężne zakola. Otarłszy pot z czoła, mężczyzna ponownie zwrócił się do młodej kobiety, chociaż zbyła milczeniem jego wcześniejszą uwagę.

– Czy ktoś czeka na panią na następnym postoju? – Przyglądał jej się uważnie, próbując odgadnąć, czy jego domysły są słuszne i rzeczywiście jest samotna.

John także na nią popatrzył, ale niczego nie zdołał wyczytać z jej twarzy, co tylko pogłębiło jego ciekawość. Tym razem także rzuciła mu ostre spojrzenie. „I co?” Jedyna korzyść z utraty posady jest taka, że nie musi się przejmować cudzymi sprawami ani nikomu służyć, pomyślał John. Dotyczyło to nawet młodych dam o wielkich ciemnych oczach i surowym wyrazie twarzy. Może nie zachowywał się jak dżentelmen, ale ostatnie tygodnie nauczyły go, żeby nie zbliżać się do pięknych kobiet, bo koniec końców i tak go odprawią z kwitkiem. Ostentacyjnie ziewnął i zamknął oczy, udając, że zapada w sen. Następnie uniósł powieki na tyle, by móc niepostrzeżenie obserwować towarzyszy podróży.

Za oknem błysnęło, a zaraz potem rozległ się grzmot tak głośny, że mężczyzna podskoczył na siedzeniu. Młoda kobieta nawet nie drgnęła; zimne światło gromu na moment wyostrzyło rysy jej twarzy, ściągnięte w wyrazie irytacji. „Zamierzasz na to pozwalać?” Nie doczekawszy się reakcji ze strony Johna, popatrzyła na sąsiada. Domniemany kupiec najwyraźniej nie odczytał przesłania widocznego w jej wzroku. Tym razem odezwał się głośniej, jakby uznał, że wcześniej mogła go nie usłyszeć.

– Pytałem, czy u celu ktoś będzie na panią czekał.

Po minie kobiety John poznał, że nie ma nikogo takiego.

Ich towarzysz musiał dojść do takiego samego wniosku.

– Na ostatnim postoju zauważyłem, że nic pani nie jadła. Jeśli brakuje pani funduszy, to nie musi się pani martwić. „Pod Czapką Błazna” całkiem dobrze karmią, a ja z największą radością podzielę się z panią moim posiłkiem. Może zechce pani przyjąć również kieliszek brandy i gorącą wodę, żeby się rozgrzać.

John nie miał wątpliwości, że siedzący naprzeciw niego szacowny obywatel Londynu próbował nakłonić podróżującą tym samym dyliżansem młodą kobietę, żeby zgodziła się pójść z nim do łóżka. Należało oczekiwać, że jeśli ktoś jej nie pomoże, w miarę oddalania się od miasta zaloty będą coraz bardziej namolne. John pomodlił się w duchu, by jego poczucie obowiązku, które dotąd kazało mu angażować się w sprawy bliźnich, tym razem nie dało o sobie znać.

Tymczasem młoda kobieta oznajmiła:

– Nie jestem sama, podróżuję z bratem. – Po tych słowach niezauważenie dla narzucającego się jej mężczyzny, a przy tym zdumiewająco celnie kopnęła Johna w kostkę.

Miał kiedyś koszmarny sen, że jest aktorem i znalazł się na scenie, nie znając roli. W tym momencie odniósł wrażenie, że sen się ziścił. Młoda kobieta najwidoczniej uważała, że powinien jej służyć pomocą, choć przecież zupełnie go nie znała, więc nie mogła wiedzieć, czy ma lepsze intencje niż jej prześladowca.

Mógł jedynie przeklinać własne poczucie honoru za to, że zmusiło go do udziału w tej farsie. Poruszył się, wydając z siebie półprzytomne chrząknięcie, jak ktoś obudzony z głębokiego snu, po czym gwałtownie otworzył oczy i zapytał:

– Co się dzieje? Dojechaliśmy na miejsce?

John popatrzył kobiecie w oczy i aż się wyprostował, zaskoczony wrażeniem porozumienia, jakie natychmiast wytworzyło się między nimi za sprawą jednego spojrzenia. Następnie przeniósł wzrok na siedzącego obok niej pasażera, jakby dopiero w tym momencie zauważył jego obecność.

– Czyżby ten człowiek cię nagabywał, moja droga?

– Absolutnie nic takiego nie miało miejsca! – obruszył się mężczyzna. – Ponadto wątpię, by pan znał tę panią lepiej niż ja, bo podróżuje pan z nami od jakiegoś czasu i nie powiedział do niej ani słowa.

– Nie odczuwam potrzeby zagadywania do kogoś, kogo znam od urodzenia – odparł szorstkim tonem John.

– A pani... – mężczyzna skierował gniewne spojrzenie na kobietę – ...założę się, że nie zna nawet imienia tego człowieka.

– Ma na imię John – powiedziała spokojnie.

Starał się ukryć zaskoczenie, choć wybrała najbardziej pospolite i najczęściej używane z imion. Fakt, że według niej najbardziej do niego pasowało, przyjął z pewnego rodzaju rozczarowaniem. Wyniosłym tonem oznajmił:

– Gdybym panu pozwolił zwracać się do mojej siostry, musiałby ją pan nazywać panną Hendricks. Jednak nie pozwalam. Moja droga? – Wyciągnął rękę, a kiedy młoda kobieta uchwyciła ją bez wahania, pomógł jej się podnieść, by usiadła obok niego.

Kiedy stanęła w przejściu między kanapami, dyliżans podskoczył na wyboju i omal nie wylądowała Johnowi na kolanach. Przyjemny, choć krótkotrwały kontakt z jej ciałem wzbudził w nim odczucia dalekie od braterskich, tymczasem kobieta nawet się nie zarumieniła. Złapała się rzemiennego uchwytu przy drzwiach, by odzyskać równowagę, i samodzielnie usiadła pomiędzy Johnem a oknem.

Chcąc zatuszować chwilowe zakłopotanie, John zdjął okulary i wytarł szkła rogiem chusteczki. Kiedy znów je założył, dostrzegł, że siedząca obok niego kobieta aż drży ze złości, na szczęście, skierowanej przeciw nagabującemu ją mężczyźnie.

Jesteś piękna, kiedy się złościsz, pomyślał, wiedząc, że to niebezpieczny banał, nawet jeśli prawdziwy. Który mężczyzna przy zdrowych zmysłach chciałby rozzłościć kobietę, zdając sobie sprawę z kłopotów, jakie mogą z tego wyniknąć? Jednak w przypadku tej kobiety było inaczej, emanowała siłą i energią, które gniew tylko uwidaczniał i podkreślał. Może dlatego przez sekundę miał ochotę wyciągnąć rękę i pogłaskać ją po plecach, tak jak się gładzi po nastroszonych piórach rozjuszonego sokoła, żeby go uspokoić.

– Proszę mi wybaczyć – wymamrotał korpulentny mężczyzna, spoglądając niepewnie na Johna. – W takim razie powinien pan wcześniej się odezwać.

– Raczej pan powinien przypomnieć sobie o dobrych manierach, zanim otworzył usta – odparował John, zły na mężczyznę za jego zgryźliwość, a na siebie za głupie myśli. Następnie oparł się wygodnie o poduszki siedzenia, udając, że zamierza kontynuować przerwaną drzemkę.

Młoda kobieta wyjęła z torebki mały zegarek z dewizką i popatrzyła najpierw na wskazówki, a potem na pociemniały krajobraz za oknem. W rozbłyskach burzy ukazywały się drzewa targane porywami silnego wiatru. Kabina dyliżansu chybotała się niepokojąco. Nie minęła północ, a wyglądało na to, że perspektywa wspólnej podróży rysuje się coraz mniej przyjemnie.

Rozdział drugi

Od paru godzin padało jednostajnie. Drusilla Rudney z trudem opanowała chęć sięgnięcia do torebki po rozkład jazdy, żeby w świetle migoczącej lampy sprawdzić miejsca postojów. Już kilka razy musieli wysiąść z dyliżansu i brnąć pieszo w ulewę, podczas gdy konie, ciągnąc pusty dyliżans, pokonywały trudne odcinki rozmokłej drogi. Ostatnio, gdy w ciemności szli przed siebie smagani wiatrem i strugami deszczu, udało jej się podnieść głowę i spojrzeć na woźnicę, który ledwie panował nad zaprzęgiem – przestraszone burzą zwierzęta rzucały łbami. W końcu jednak zdołał je uspokoić i zawołał na pasażerów, by ponownie wsiedli do dyliżansu. Zajęli więc miejsca w kabinie i w przemoczonych ubraniach czekali na następny postój, mając nadzieję, że starczy im czasu na pokrzepienie się gorącym napojem.

Otyły mężczyzna, który wcześniej zaczepiał Drusillę, najwidoczniej nie potrafił być cicho, bo tym razem zagadywał pana Hendricksa, siedzącego naprzeciwko siebie mężczyznę, na temat prawdopodobnego opóźnienia. Przypomniało jej się, jak natręt napierał kolanami na jej spódnicę, i usiłowała sobie wyobrazić, jak to mogłoby się skończyć, gdyby pan Hendricks nie zainterweniował. Po raz pierwszy znalazła się tak daleko od domu, i to bez przyzwoitki. Choć zdawała sobie sprawę z ryzyka, na jakie ta sytuacja narażała jej reputację, ani przez moment nie przyszło jej do głowy, że mogą na nią czyhać rzeczywiste zagrożenia. Zorganizowany w pośpiechu wyjazd świadczył o jej głupocie, jednak lęk o Priscillę wziął górę nad zdrowym rozsądkiem. Nawet w tym momencie jej siostra mogła być narażona na niebezpieczeństwo.

Na tę myśl przebiegł ją dreszcz niepokoju. Liczyła na to, że współpasażerowie uznają, że po prostu zmarzła, siedząc w przemoczonym ubraniu. Doprawdy, niemądrze byłoby ujawniać obawy przed człowiekiem, który już zdążył pokazać, jak ma czelność traktować samotne kobiety. Z niechęcią zerknęła w stronę zażywnego kupca.

Na szczęście, nie wszyscy mężczyźni są tacy jak on. Pomyślała, że jeśli przyjdzie im spędzić kilka godzin w najbliższej gospodzie, spróbuje odciągnąć pana Hendricksa na bok, żeby mu podziękować. Może nawet zdoła mu z grubsza nakreślić swoją sytuację, jakkolwiek nic nie wskazywało na to, by życzył sobie poznać przyczyny, dla których odbywała podróż samotnie, bez opieki. Nie bardzo się spieszył, kiedy potrzebowała jego pomocy, ale skoro już zdecydował się jej udzielić, chciała wiedzieć, czy ewentualnie znów będzie mogła na niego liczyć.

Okulary nadawały mu wygląd intelektualisty. Doszła do wniosku, że ma do czynienia z wykształconym człowiekiem, być może klerykiem przygotowującym się do święceń kapłańskich. Choć wyraźnie zdarzyło mu się nadużyć alkoholu, w jego twarzy i zachowaniu było coś, co wzbudzało zaufanie, i świadczyło o łagodności charakteru. Pomyślała, że łatwo nim manipulować nawet osobie mającej tak niewiele doświadczenia z mężczyznami jak ona. Na jej miejscu Priscilla z pewnością zdołałaby go owinąć sobie wokół małego palca.

Teraz, kiedy widziała jego twarz z bliska, dostrzegła w linii zaciśniętych ust grymas niezadowolenia, upodabniający go do surowego dyrektora szkoły. Zastanawiała się, czy oburzał go fakt, że podróżowała sama. Prawdę mówiąc, nie miał prawa jej oceniać, jako że wsiadł do dyliżansu owiany zapachem alkoholu i ciężko opadł na siedzenie, jakby nie był w stanie utrzymać się na nogach. W dodatku regularnie pociągał z piersiówki, którą napełnił brandy na ostatnim postoju.

Trzymała przed sobą zbiór kazań i zastanawiała się, czy panu Hendricksowi nie przydałaby się ta lektura. Jeśli, jak podejrzewała, był osobą duchowną, to powinien najpierw uporać się z własnymi słabościami, zanim zacznie napominać bliźnich. Szybko i bez wahania podchwycił jej kłamstwo, podczas gdy równie łatwo mógł ją obronić, poprzestając na trzymaniu się prawdy. Zatem jest kłamcą i do tego pijakiem. Jednakże w porównaniu z drugim mężczyzną, z którym przyszło jej podróżować, wydawał się całkowicie nieszkodliwy.

Podczas zmiany miejsca, kiedy omal nie upadła na podłogę kabiny, wykazał się błyskawicznym refleksem. Pomógł jej się usadowić na kanapie pojazdu obok siebie, jakby była lekka niczym piórko, a kiedy przypadkiem otarła się o jego udo, odkryła twardość mięśni, która dowodziła, że wiele czasu musiał spędzać w siodle.

Przeżyła zaskoczenie. Prędzej by się spodziewała, że zrezygnował z jazdy wierzchem na rzecz powożenia zaprzęgiem, jak przystało człowiekowi jego stanu. Fizyczna sprawność kłóciła się z wyobrażeniem o człowieku poświęcającym życie studiowaniu pobożnych ksiąg. Gdy w pewnym momencie zdjął okulary, żeby wyczyścić szkła, zdumiał ją widok jego oczu: miały ładny, choć nietypowy jasnobrązowy kolor, który w świetle lampy nabrał złocistego odcienia. To były oczy człowieka, który wiele widział, sporo przeżył i niczego się nie bał. Wrażenie, że ma przed sobą mężczyznę, który galopuje jak centaur i zmaga się z życiem niczym nieustraszony heros, okazało się jednak złudzeniem, powstałym za sprawą szczególnego światła. Minęło bez śladu, gdy pan Hendricks założył okulary.

Gdy dyliżans z trudem dotarł do kolejnej przydrożnej gospody, strażnik zawołał, żeby pasażerowie opuścili pojazd. Ucieszyli się, że rozprostują nogi i pozbędą się wynikłej z bezruchu sztywności pleców, tymczasem wysiadając, na dziedzińcu zapadli się po kostki w błotniste kałuże. Wprawdzie boczne skrzydła budynku trochę chroniły przed wiatrem, mimo to ostre podmuchy szarpały ubraniem, utrudniając pokonanie krótkiego odcinka do drzwi. Pan Hendricks, w dalszym ciągu grając swoją rolę, częściowo osłonił Drusillę przed ulewą, unosząc nad ich głowami poły swojego wierzchniego okrycia. Szybko wprowadził ją do ogólnej sali. Woźnica zatrzymał się w progu, żeby porozmawiać z właścicielem. Wyglądając przez okno, Drusilla widziała, jak dotychczasowy zaprzęg jest odpinany od dyliżansu i odprowadzany do stajni, ale nie dostrzegła koni na wymianę. Zwykle czekały w gotowości, niecierpliwie stukając kopytami o bruk.

– Co...? – zaczęła, zwracając się do pana Hendricksa.

Uciszył ją gestem uniesionej ręki, wyraźnie podsłuchując rozmowę strażnika z innymi woźnicami zgromadzonymi przy stoliku, umieszczonym nieopodal baru. Dopiero po chwili się do niej odezwał.

– Warunki są zbyt trudne, żeby jechać dalej. To było do przewidzenia, bo pogoda z każdą godziną stawała się gorsza. Nasz woźnica się boi, że na drodze mogą być powalone drzewa, i nie chce na nie wjechać w ciemności. Jeśli w ogóle ktoś się przedrze, to obawiam się, że raczej bez nas, przynajmniej do rana. Wyruszymy w dalszą drogę o świcie, jeśli tylko burza ustanie.

– To niemożliwe – powiedziała stanowczo Drusilla, chociaż zdawała sobie sprawę z własnej bezsilności.

Hendricks popatrzył na nią z dezaprobatą.

– Utknęła pani tu podobnie jak my wszyscy. Chyba że potrafi pani wpłynąć na zmianę pogody.

Rozejrzała się po pomieszczeniu, które było zatłoczone mimo późnej pory, ponieważ sporo dyliżansów kursujących na tej trasie musiało przerwać jazdę w poszukiwaniu schronienia przed żywiołem. Przenosiła wzrok z twarzy na twarz, wypatrując tych dwóch obliczy, które pragnęła znaleźć. Nadaremnie. Uznała, że prawdopodobnie udało im się uciec przed burzą i wciąż się oddalali, zmierzając na północ.

– Trochę deszczu nie stanowi przeszkody. Muszę dotrzeć do Gretna Green, zanim... – Urwała, nie chcąc za wiele wyjawić.

Hendricks popatrzył na nią z dziwnym wyrazem twarzy.

– Nonsens, siostro – powiedział z naciskiem. – Jedziesz do Edynburga. – Następnie zerkając wymownie na stojącego nieopodal grubego kupca, który wcześniej dał się Drusilli we znaki, dodał: – Ze mną.

– Na pewno nie tym dyliżansem – zwróciła mu uwagę. – Zechce pan zauważyć, że jesteśmy w Newport i kierujemy się w stronę Manchester. Jeśli chce pan tą trasą dojechać do Szkocji, to rozsądniej będzie wybrać połączenie przez Dumfries.

Hendricks wyciągnął z kieszeni rozkład jazdy i zaczął pośpiesznie przewracać strony. Następnie zaklął pod nosem, odwrócił się i cisnął zadrukowaną broszurą przez otwarte drzwi prosto w deszcz. Popatrzył na Drusillę tak, jakby ponosiła winę za nieodpowiadające mu położenie geograficzne.

– Niech zatem będzie Dumfries.

– To bez znaczenia, dokąd pan jedzie?

– Istnieje wiele przyczyn, żeby jechać do Szkocji – odparł enigmatycznie. – Dla niektórych z nich każda trasa jest odpowiednia. Jednak doświadczenie mi mówi, że młoda dama tylko z jednego powodu może pośpiesznie zmierzać do Gretna Green. Cóż byłby ze mnie za brat, gdybym to pochwalał? – Drusilla znów odniosła wrażenie, że ma przed sobą surowego dyrektora szkoły.

Rzeczywiście. Wiedziała z doświadczenia, że jeśli ma się siostrę, która postanowiła uciekać w stronę granicy, to należy za wszelką cenę próbować ją powstrzymać. I jak najmniej wspominać o tym obcym ludziom.

– Czyżbyśmy mieli jakichś krewnych w Dumfries, bracie? Bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć – odparła z niewinną miną.

Prychnął pogardliwie, dając jej do zrozumienia, że jest marną aktorką.

– Żadnych krewnych – odparł John. – Właśnie dlatego tam się udaję. Mogę jednak się mylić, bo aż do dzisiaj nie wiedziałem, że mam siostrę.

– I całkiem dobrze pan to przyjął – orzekła, nie zamierzając się wdawać w dalsze podziękowania za okazaną pomoc. – Na wypadek, gdyby ktoś pytał, nie mógłby pan mieć przypadkiem chorej ciotki w Dumfries?

– Nie widzę problemu. – Wskazał na stół znajdujący się bliżej paleniska. – Może przeniesiemy się w wygodniejsze miejsce, póki mamy taką możliwość, zamiast tkwić w zimnie przy drzwiach?

Zawahała się i spojrzała mu w oczy. Za szkłami okularów dostrzegła błysk, który mógł oznaczać rozbawienie.

– Z tamtej strony sali jest trochę bliżej do Szkocji – powiedział Hendricks, jakby uznał, że to ostatecznie ją przekona. Kiedy zgodziła się usiąść, zamówił dla niej obiad, dodając tonem rzeczowego wyjaśnienia, że nie ma powodu rezygnować z posiłku, skoro nadarza się okazja go zjeść.

Dla niej był powód i to całkiem poważny: zawartość portmonetki nie pozwalała na wiele takich postojów. Pomyślała o Priscilli, zapewne będącej już w połowie drogi do Gretna, z jej pieniędzmi, za które miała przeżyć miesiąc. Zabierając je, siostra zostawiła liścik z dopiskiem „Potrzebuję ich bardziej niż ty, Głuptasku”.

Fałszywy brat poszedł na drugi koniec sali do baru, żeby przynieść sobie kufel piwa. Widziała go z daleka i mogła dokonać porównania z innymi mężczyznami. Zauważyła, że jest wyższy, niż jej się zdawało, i do tego potężnie zbudowany. Powściągliwość w słowach nie miała odbicia w tym, jak się poruszał – szedł swobodnym krokiem, zupełnie nie widać było po nim, że wcześniej sporo wypił. Miał w sobie siłę i zdecydowanie widoczne w każdym geście, a nagła zmiana sytuacji nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Wrócił do ich stolika, bez trudu przeciskając się przez tłum i nie roniąc przy tym ani kropli piwa. Zajął krzesło po drugiej stronie stolika, dokładnie naprzeciw Drusilli.

Popatrzyła na niego bojaźliwie, przygryzając lekko dolną wargę, a następnie zwróciła wzrok na talerz, który przed nią postawiono. Nie mogła dać po sobie poznać, że wykorzystała jego odejście od stołu, żeby mu się dokładnie przyjrzeć. Mogła sobie wmawiać, że chodzi o całkiem naturalną ostrożność z jej strony, o zabezpieczenie się przed ewentualnym dyshonorem, ale przecież to ona samotnie wybrała się w podróż, a potem szukała opieki u obcego człowieka, zakładając, że jest przyzwoity. Tymczasem teraz kierowała nią najzwyklejsza ciekawość.

Wzięła do ust pierwszy kęs, chociaż wcale nie miała apetytu. Potrawa okazała się niewyszukana, ale całkiem smaczna. Postanowiła zjeść całą porcję, nawet nie czując głodu, ponieważ trudno było przewidzieć, kiedy znów będzie mogła się posilić. Postanowiła się zgodzić, by Hendricks za nią zapłacił, o ile nie będzie pozwalał sobie na niestosowne zaczepki. Gdyby przypadkiem miał zastrzeżenia, przypomni mu, że wcale nie dopominała się, by ją karmiono, dodając, że marnowanie jedzenia jest grzechem.

Hendricks nie jadł, tylko patrzył na nią i czekał.

– No i...? – odezwał się w końcu, splatając ramiona na piersi. Znów wyglądał jak dyrektor szkoły, gotowy wymierzyć karę, gdy tylko uzyska przyznanie się do winy. – Niech pani się nie zdaje, że może siedzieć ze mną poza zasięgiem słuchu naszego towarzysza podróży i nic nie mówić.

– Dziękuję, że w dyliżansie przyszedł mi pan z pomocą.

– Nie pozostawiła mi pani wyboru – przypomniał jej z wyrzutem, przekładając nogi pod stołem, jakby wciąż odczuwał bolesne skutki kopnięcia. – Nawet gdyby pani nie prosiła mnie o pomoc, nie mógłbym siedzieć cicho i pozwolić temu typowi, żeby panią nagabywał. Sytuacja była wystarczająco nieprzyjemna. – Popatrzył przez okno na deszcz spływający po szybach i dodał: – Nie wyglądało na to, żeby miała się poprawić.

Tłumaczenie przypadło jej do gustu. Najwyraźniej zamierzał jej pomóc, nawet gdyby go o to nie poprosiła. To znaczyło, że nie zawiodła jej intuicja, która podpowiedziała, że pan Hendricks nie jest złym człowiekiem.

– Przykro mi, że w zaistniałych okolicznościach musiałam się zwrócić do pana, panie... – Urwała, chcąc się przekonać, czy wcześniej podał prawdziwe nazwisko.

– Hendricks, tak jak przedstawiłem się w dyliżansie. Imię odgadła pani prawidłowo. Nie mam nic przeciwko temu, by chwilowo użyczyć pani swojego nazwiska, choć przypuszczam, że ma pani własne. – Zawiesił głos, patrząc wyczekująco na Drusillę.

Czy powinna powiedzieć mu prawdę? Skoro celem wyprawy było uchronienie rodziny przed skandalem, chyba nie należało wyjawiać całej tej wstydliwej historii obcemu człowiekowi.

– Śmiało – zachęcił, unosząc nieznacznie ramiona. – Przede mną nie musi pani być tajemnicza. Ostatecznie jesteśmy rodziną. – Pochylił się nad blatem, tak że ich głowy znalazły się blisko siebie, i następne słowa wyszeptał: – Bo inaczej jak wytłumaczylibyśmy się z naszej poufałości?

Na tej trasie każdy, widząc kobietę i mężczyznę rozmawiających ze sobą sam na sam, zakładał, że ma do czynienia z parą uciekającą do Gretna Green w Szkocji, aby tam wziąć pośpieszny ślub bez konieczności przedstawienia wymaganych w Anglii dokumentów. Odetchnęła głęboko, zastanawiając się, czy wspomnieć o tytule jej ojca. Po krótkim namyśle uznała, że jednak nie powinna tego robić.

– Jestem lady Drusilla Rudney – przedstawiła się z nadzieją, że kiedyś będzie miała okazję powiedzieć mu o sobie więcej. Na razie jedynie zatrzepotała rzęsami i, uśmiechając się niepewnie, dodała: – Przyjaciele nazywają mnie Głuptaskiem.

Czekała na uwagi, które zwykle padały po tym wyznaniu. „Pewnie taka jesteś. Mają powody, żeby cię za taką uważać?” John Hendricks nie mógł się jednak pochwalić poczuciem humoru.

– Niezbyt fortunne zdrobnienie – orzekł. Sądząc po minie, nie byłby skłonny go używać. – Nadał je pani książę Benbridge, który jest pani wujem. Nie... pani ojcem.

Rozszyfrował ją łatwo, jakby czytał ze zbioru kazań, który schowała do kieszeni. Musiała zachować czujność.

– Siostra nadała mi to przezwisko, ponieważ nie potrafiła wymówić mojego imienia... – Zamilkła, nie wiedzieć czemu zmieszana. Zdziwiło ją to, bo rzadko brakowało jej słów w rozmowie z obcymi.

– Zatem, lady Drusillo, dlaczego podróżuje pani sama? Stać panią na pokojówkę, przyzwoitkę albo inną osobę towarzyszącą. Podobnie jak na to, żeby podróżować rodzinnym powozem, a nie tłoczyć się w dyliżansie pocztowym z takimi osobnikami jak ja.

– To delikatna sprawa, dlatego nie chciałabym mówić o szczegółach.

– Jeśli jedzie pani do Gretna Green, to znaczy, że pani ucieka, a podróżuje sama, żeby ojciec pani nie znalazł. Niewiele więcej szczegółów trzeba, by dopełnić opowieść, poza ustaleniem nazwiska mężczyzny, który jest powodem ucieczki.

– Słucham? – rzuciła ostrym tonem, oburzona, że uznał ją za tak płochą istotę. – Jak pan śmiał coś takiego pomyśleć!

– W takim razie co pani robi?

Alkohol ani trochę nie przytępił jego zdolności rozumowania, a szybkość, z jaką zadawał pytania, zbiła Drusillę z pantałyku. Niewiele brakowało, a wyśpiewałaby prawdę w sali pełnej obcych ludzi. Odetchnęła głęboko, starając się odzyskać panowanie nad sobą.

– Zamierzam się dostać do Gretna Green, żeby zapobiec skutkom ucieczki – powiedziała cicho. – Nie chcę, by ktokolwiek się o tym dowiedział. Moje działania nie mogą wywołać plotek, nie może być mowy o skandalu. Żadnych dowodów, że ta podróż w ogóle się odbyła.

Hendricks rozważał to, co usłyszał.

– Oczywiście, zdaje sobie pani sprawę z tego, że pani wyprawa może się okazać daremna – odezwał się po dłuższej chwili.

– Dlaczego pan tak uważa? – Uznała, że lepiej okazać upór i nie dopuszczać myśli o porażce, niż dać się przekonać do zmiany planów.

– Jeżeli para, o którą chodzi, jest zdeterminowana, to nie zechce pani słuchać – zaczął łagodniejszym tonem. – A jeśli w dodatku mają nad panią znaczną przewagę czasową, to zdołali daleko odjechać.

– To całkiem możliwe – przyznała Drusilla.

– Honor dziewczyny z całą pewnością już ucierpiał.

– To nie ma najmniejszego znaczenia.

Po tym, jak Priscilla spędziła dzień i noc z kochankiem, ślub wydawał się racjonalnym rozwiązaniem. Jednak gdyby Priscilla zawarła jakże niestosowny związek małżeński z Gerardem Gervaise’em, hańba spadłaby na całą rodzinę. Ona, Drusilla, zostałaby o to obwiniona, ponieważ jej obowiązkiem było służenie siostrze za przyzwoitkę i dopilnowanie, by nie doszło do niestosownego zachowania i wybryków. Ojciec z pewnością by oświadczył, że nawet gdyby jego druga córka, Głuptasek, znalazła mężczyznę chętnego zabrać ją do Gretna Green – jakkolwiek to mogło się wydawać nieprawdopodobne – nie życzy sobie skandalu. Nie byłoby więc sezonu, zalotów i oświadczyn. Drusilla spędziłaby resztę życia, pokutując za błąd Priscilli, z dala od eleganckiego towarzystwa, podpierając ściany wraz z innymi starymi pannami. Czy naprawdę jest samolubna, ponieważ ten jeden raz nie dba o to, co jest dobre dla Priscilli, tylko troszczy się o własną przyszłość?

– Nie pozwolę na to, żeby się z nią ożenił.

Gdyby zaistniała taka potrzeba, była gotowa nawet przerwać akt zaślubin, odciągając Priscillę siłą, a pana Gervaise’a wpychając pod koła zaprzęgu. Za żadną cenę nie mogła dopuścić do tego małżeństwa. Zmierzyła Hendricksa hardym spojrzeniem. Wytrzymał jej wzrok bez mrugnięcia, widać jednak było, że traci cierpliwość.

– Podróżując samotnie i w tajemnicy rujnuje pani reputację i może napytać sobie biedy, podobnie jak para, którą pani ściga.

– Konieczny był pośpiech i dyskrecja, nie miałam wyboru.

Powóz Benbridge’ów gnał drogą z Londynu w stronę szkockiej granicy, a siostra zostawiła Drusilli niewiele pieniędzy, tak że ledwie starczyło na bilet na dyliżans pocztowy. O wynajęciu wygodniejszego pojazdu za tę kwotę nie mogło być mowy. Ucieczka Priscilli tylko pod jednym względem była korzystna dla Drusilli: w porównaniu z nią samotna podróż starszej siostry nie mogła na nikim zrobić większego wrażenia.

Widząc jej posępną minę, Hendricks dodał ugodowo:

– Może dopisze pani szczęście. Deszcz, który nas tu zatrzymał, mógł również spowolnić ich podróż.

Trudno to było uznać za pociechę. Do tego momentu Drusilla wyobrażała sobie, że jej siostra i Gervaise podróżują dniem i nocą, by jak najszybciej dotrzeć do upragnionego celu. Jeśli burzliwa pogoda zmusiła ich do postoju w gospodzie, to możliwość, że zostaną rozpoznani i dojdzie do skandalu, zwiększała się tysiąckrotnie. A w czasie, który musieliby spędzać sam na sam, bez przyzwoitki...

Postanowiła nie wybiegać myślami zbyt daleko, a już na pewno nie pozwalać sobie na snucie zbyt szczegółowych domysłów. Tak naprawdę nie była w stanie niczemu zaradzić, zwłaszcza jeśli już było za późno. Posłała Hendricksowi spojrzenie, które jasno mówiło, że nie życzy sobie jakichkolwiek uwag.

– Na ile znam pana Gervaise’a, raczej będą się ociągać, bo z pewnością nie będzie chciał zniszczyć ubrania w deszczu – oznajmiła.

– Nie zna pani tego człowieka tak dobrze, jak się pani zdaje, skoro zabrał do Szkocji pani siostrę, a nie panią. – Hendricks patrzył Drusilli prosto w twarz, jakby jej przekazywał bardzo ważną wiadomość.

Jeśli rzeczywiście tak było, to nie potrafiła odczytać jego intencji.

– To nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że wiem, do czego dąży.

Dobrze mu zapłaciła, żeby zostawił siostrę w spokoju. Tymczasem ten nędznik wziął jej pieniądze, a następnie zabrał też Priscillę. Nie była jeszcze pewna, jak tego dokona, ale postanowiła, że kiedy go znajdzie, dopilnuje, by odcierpiał za to, że ją oszukał i okrył hańbą jej rodzinę. Wbiła wzrok w mężczyznę siedzącego po przeciwnej stronie stołu i oświadczyła stanowczo:

– Nie może dojść do tego ślubu.

Hendricks popatrzył na nią niepewnie, jakby nie wiedział, co sądzić o nieracjonalnym uporze. W końcu najwyraźniej uznał, że najlepiej będzie w ogóle się nie odzywać, i skupił się na jedzeniu.

Drusilla nie wytrzymała i, widząc, z jakim entuzjazmem Hendricks chwyta za sztućce, stwierdziła ze szczerym zdumieniem:

– Po tym, ile pan wypił, aż dziw, że jest pan w stanie coś zjeść.

Zerknął na nią przelotnie, z apetytem przełykając kolejny kęs pieczeni.

– Jeśli panią to dziwi, to lepiej, żeby pani trzymała się swoich kazań, siostrzyczko. To, co wypiłem przy pani, jest doprawdy niczym w porównaniu z tym, co wlałem w siebie wcześniej.

– Nie sądzę, żeby to stanowiło powód do dumy – zauważyła z wyższością.

– A ja nie sądzę, żeby to była pani sprawa – odparł spokojnie, popijając piwo. Po krótkim zastanowieniu dodał: – Chociaż muszę przyznać, że gdyby nie zamroczenie alkoholem, jechałbym teraz dyliżansem, na który kupiłem bilet, bo nie wsiadłbym do pierwszego, jaki zobaczyłem na postoju. Jednak tylko dzięki gorzałce znalazłem dawno utraconą siostrę. – Uniósł kufel w geście toastu. – Przeznaczenie chadza doprawdy nieznanymi drogami.

– Często pan pije tyle, że nie jest w stanie wybrać właściwej trasy? – zadała to pytanie, bo choć w tym momencie wyglądał trochę nieświeżo, to gdy mu się bliżej przyjrzała, nie sprawiał wrażenia człowieka, któremu regularnie zdarza się bywać w takim stanie.

Zajrzał w głąb kufla, jakby oczekiwał, że dzięki temu sam się napełni.

– Moje życie ostatnio przybrało nieoczekiwany obrót. – Popatrzył na Drusillę z zadumą. – Chodzi o kobietę. W tych okolicznościach nadużycie alkoholu i pomylenie dyliżansów są całkowicie zrozumiałe.

– Ta kobieta przebywa w Edynburgu? – spytała, przypomniawszy sobie pierwotny cel jego podróży.

– Jest w Londynie. Planowałem jechać do Orkney.

– Nie można jechać powozem na wyspę – stwierdziła rzeczowo.

– Zamierzałem dojechać aż do John O’Groats i resztę drogi pokonać pieszo. – Oczy dziwnie mu zalśniły, jakby miał gorączkę. – Ta kobieta ma męża i nie jest mną zainteresowana. – Ostatnie słowa wyrzucił z siebie z trudem.

Przez chwilę Drusilla wahała się, czy okazać mu współczucie. Wprawdzie był nietrzeźwy, ale ostatecznie przyszedł jej z pomocą, a nawet zaprosił na obiad. Jednak ostatnie zmiany w jej życiu sprawiły, że straciła zrozumienie i pobłażliwość dla młodych kochanków, zarówno nieszczęśliwych, jak i triumfujących.

– Jeśli podróżuje pan tylko w tym celu, to równie dobrze może się pan utopić koło Hebrydów. Jak już dojedziemy do Szkocji, będzie panu do nich bliżej.

– Dzięki za serdeczną radę, siostro. – Popatrzył na nią tak, jakby był zmęczony obcowaniem z osobami jej pokroju.

Znów zapadłoby między nimi milczenie, gdyby nagle przy ich stoliku nie pojawił się właściciel gospody, a tuż za nim gruby kupiec. Ich towarzysz podróży niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, jakby właśnie usłyszał smakowitą plotkę i chciał się nią jak najszybciej podzielić.

– Zdecydowano, że dyliżans nie wyruszy do rana, a i wtedy dopiero się okaże – oznajmił z uśmieszkiem zadowolenia.

– Mam tego świadomość – odparł Hendricks, nie odrywając wzroku od Drusilli. Ignorując kupca, chciał mu dać do zrozumienia, że stanowi niepożądane towarzystwo.

– Domyślam się, że będą państwo potrzebowali noclegu – odezwał się właściciel gospody.

– Oczywiście.

– Jest państwa troje, a ja mam tylko dwa wolne pokoje.

Kupiec zachichotał głupawo. Drusilla nie mogła zrozumieć, dlaczego perspektywa niewygody wydaje mu się zabawna.

– Oczywiście, jeden z pokoi dostanie dama – mówił dalej właściciel gospody. – Natomiast wy, panowie, musicie zdecydować, jak zagospodarować pozostałe pomieszczenie. Możecie spać razem albo ciągnąć losy, komu przypadnie łóżko. Ten, który przegra, może spróbować się przespać w ogólnej sali