Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 6 godz. 4 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 6 godz. 4 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Szkło - Emil Marat

 

 

Media, melancholia i koniec realnego świata - Emil Marat debiutuje intrygującą powieścią.

Jakub Raste prowadzi spokojne życie. Wykłada filozofię na prywatnej uczelni, próbuje dokończyć doktorat, trochę romansuje, trochę udziela się w mediach. Po kontrowersyjnej wypowiedzi w programie na żywo odbiera telefon od dyrektora korporacji telewizyjnej, który proponuje mu stworzenie niszowej stacji dla wymagającego widza, Logos.tv. Mimo wątpliwości Jakub przyjmuje ofertę. Wkrótce zaczyna wierzyć w projekt ambitnej telewizji. Dworskie intrygi, korporacyjny bełkot i dyktatura działu analiz przestają mieć znaczenie.

Tymczasem w życiu Jakuba znowu pojawia się Natalia. Więź między dawnymi kochankami staje się coraz silniejsza, ale Raste w kluczowym momencie robi krok wstecz - jego zaangażowanie w związek ma granice.

Czy Logos.tv powstanie? Czy Natalia zgodzi się na rolę wiecznej przyjaciółki? Czy Jakub rozbije szybę, która oddziela go od rzeczywistości?

 

O męskiej niedojrzałości w sposób dojrzały. Media, korporacje, niedosyt. Proza oszczędna w słowach, jednocześnie obrazowa i poetycka. To nie jest kolejny kryminał, ale snuta intryga wciąga, a cynizm, nadwrażliwość i erotyczne nienasycenie głównego bohatera porządnie nas wkurzają.

Agata Passent

 

Chowam się w położonej z dala od głównych pasaży restauracji sushi. [...] Siedząc w najdalszym kącie, natrafiam na wzrok uśmiechniętej blondynki. Atrakcyjna, zadbana, zdrowa i energiczna. Ubrana w ciemny żakiet i dżinsy zbiera się do wyjścia. Jest w towarzystwie młodszego, szczupłego efeba. Chłopak zdaje się wszystko mieć za małe: uszy, koszulę, nos, marynarkę, dłonie, obcisłe spodnie. Wstając od stolika, wkłada za mały płaszcz. Podchodzą do mnie, trzymając się za ręce. Podnoszę się. Dobrze, że sushi nie stygnie. Blondynka nadstawia policzki - teraz sobie przypominam...

(fragment)

Opinie o ebooku Szkło - Emil Marat

Fragment ebooka Szkło - Emil Marat

Emil Ma­rat

SZKŁO

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Au­to­ra re­pre­zen­tu­je Agen­cja Li­te­rac­ka Syn­dy­kat Au­to­rów.

Wy­da­nie I

War­sza­wa

KA­SJUSZ

Po­wiedz mi, Bru­tu­sie:

Czy umiesz spoj­rzeć w twarz sa­me­mu so­bie?

BRU­TUS

Ależ nie: oko nie po­tra­fi do­strzec

Sie­bie sa­me­go, chy­ba że w od­bi­ciu.

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Ju­liusz Ce­zar, przeł. Sta­ni­sław Ba­rań­czak

Ob­jects in mir­ror are clo­ser than they ap­pe­ar.

Pod­bró­dek w górę. Przy­mru­żo­ne oczy pod­kre­śla­ją do­sad­ność wy­po­wie­dzia­nych słów. Po­tem dys­kret­ne po­chy­le­nie gło­wy, lek­ki ukłon. Gdy za­ci­skam war­gi, ka­pie pia­na z pa­sty do zę­bów. Za­sty­gam ze wzro­kiem pew­nie utkwio­nym w jed­nym punk­cie na wprost: ostat­nia chwi­la, peł­ne za­chę­ty, bu­dzą­ce za­ufa­nie znie­ru­cho­mie­nie. Pu­blicz­ność w stu­diu klasz­cze. Cza­sem re­ali­za­tor za bar­dzo się spie­szy i tnie ob­ra­zek. Przed lu­strem jest bez­błęd­nie.

Póź­niej sy­gnał prze­ryw­ni­ka.

I re­kla­my.

1

Stu­den­ci wpa­tru­ją się we mnie, wier­ne psy. Ich wzrok ma prze­ko­ny­wać, że ro­zu­mie­ją, co do nich mó­wię. Pod­czas za­li­czeń, gdy wbrew uczel­nia­nej epi­de­mii te­stów spo­ty­kam się z każ­dym z osob­na, za­miast pa­trzeć mi w oczy lu­stru­ją blat sto­ją­ce­go po­mię­dzy nami sto­łu, szu­ka­jąc tam pod­po­wie­dzi, zna­ków wy­ry­tych wzro­kiem po­przed­ni­ków. Przy­zna­ję punk­ty za kon­takt: jed­no spoj­rze­nie – je­den punkt. Prze­gry­wa­ją. „Spo­tkaj­my się za ty­dzień, pro­szę jesz­cze raz po­wtó­rzyć ma­te­riał”. Nie­któ­rzy trza­ska­ją drzwia­mi: to stu­dia za­ocz­ne, pła­cą za nie i my­ślą, może słusz­nie, że im się na­le­ży. Ale na wy­kła­dach upar­cie się we mnie wpa­tru­ją. Pa­trzą z nie­win­ny­mi mi­na­mi. Słu­cha­ją.

Ru­do­wło­sa dziew­czy­na osten­ta­cyj­nie się wy­ła­mu­je: opar­tą na dło­ni gło­wę zwra­ca w stro­nę okna. Jest szczu­pła. Ubie­ra się na czar­no. Już daw­no przy­ku­ła moją uwa­gę. Ma przy­mru­żo­ne, sen­ne po­wie­ki. Pod­czas ostat­nie­go spo­tka­nia ani na chwi­lę nie spu­ści­ła wzro­ku, pa­trzy­ła mi pro­sto w twarz. Słu­cha­łem jej ni­skie­go, chro­po­wa­te­go gło­su, li­czy­łem roz­sy­pa­ne pie­gi, wpa­try­wa­łem się w sza­re oczy i uda­wa­łem, że nie in­te­re­su­ją mnie ra­mio­na od­sła­nia­ne przez opa­da­ją­cy z nich swe­ter. Nie­wiel­kie, obie­cu­ją­ce pier­si po­wa­li­ły mój zmysł kon­cen­tra­cji. Da­łem jej dzie­sięć punk­tów, choć była poza ska­lą.

Wie­czór. Prze­bra­łem się w gar­ni­tur i po­sze­dłem na przy­ję­cie z oka­zji ogło­sze­nia so­ju­szu wiel­kich te­le­wi­zji, ma­ją­cych w tan­de­mie two­rzyć naj­więk­szą plat­for­mę pro­gra­mo­wą w tej czę­ści Eu­ro­py. Będą jak grom spa­dać na kon­ku­ren­cję i jak ju­trzen­ka lep­szych cza­sów ja­śnieć w oka­blo­wa­nych miesz­ka­niach miesz­czan. Po­wsta­nie me­dial­ny kon­glo­me­rat, dzię­ki swo­jej sile nie­po­zo­sta­wia­ją­cy du­że­go wy­bo­ru urzęd­ni­kom, któ­rzy de­cy­du­ją o przy­zna­wa­niu miejsc na cy­fro­wych mul­ti­plek­sach. Epo­ko­we wy­da­rze­nie za­słu­gu­je na fetę.

Je­stem za wcze­śnie. Źle być za wcze­śnie na ban­kie­cie. Ale nie lu­bię się spóź­niać. Od kie­dy pa­mię­tam, czu­ję się spóź­nio­ny. Spóź­nio­ny na So­li­dar­ność, na praw­dzi­wy punk rock, na po­czą­tek ka­pi­ta­li­zmu, na wszyst­ko. To pew­nie ty­po­we dla ko­goś uro­dzo­ne­go w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Nie jest mi z tym szcze­gól­nie źle, ale jed­nak po­czu­cie, że nie zdą­ży­łem, de­li­kat­nie uwie­ra, wy­wo­łu­jąc ner­wo­wość.

To był maj.

Pach­nia­ło ko­ściel­ne ka­dzi­dło. Pierw­sza ko­mu­nia i dwa ka­no­nicz­ne pre­zen­ty: ro­wer i ze­ga­rek. Ro­wer miał słu­żyć do go­nie­nia cza­su ucie­ka­ją­ce­go na cy­fer­bla­tach po­ljo­tów i wo­sto­ków. Ze­ga­rek – fi­lak­te­ria na le­wym nad­garst­ku, ini­cja­cyj­ny amu­let – ozna­czał ko­niec szczę­śli­we­go nie­li­cze­nia się z cza­sem. Od tej pory bę­dzie ro­sła tę­sk­no­ta za świa­tem, któ­ry trwa, a nie wciąż się zmie­nia i roz­pa­da.

Oprócz za­rii z nie­bie­skim cy­fer­bla­tem do­sta­łem mi­nia­tu­rę wy­ści­go­we­go ro­we­ru. Za­ci­ska­łem dło­nie na za­krzy­wio­nej kie­row­ni­cy, aż bie­la­ły kost­ki. Nie było żad­nych błot­ni­ków czy lam­pek; gdy ja­dąc, nie na­ci­ska­łem na pe­da­ły, roz­le­gał się ter­kot tyl­ne­go koła. I ma­gia – prze­rzut­ki. Zmie­nia­ło się je dźwi­gnia­mi przy ra­mie. Po­ni­żej, w dru­cia­nym uchwy­cie za­wie­szo­ny był inny waż­ny ele­ment – pla­sti­ko­wy bi­don: osło­nię­ta rę­ka­wicz­ką bez pal­ców dłoń ucie­ka­ją­ce­go pe­le­to­no­wi li­de­ra obej­mu­je po­jem­nik i kie­ru­je go do ust; bez zwal­nia­nia, w peł­nym tem­pie, w peł­nym słoń­cu, w na­szym peł­nym po­dzi­wu mil­cze­niu przed ekra­nem te­le­wi­zo­ra. Co­dzien­nie spie­szy­li­śmy się ze szko­ły do domu, by zdą­żyć na re­la­cję z Wy­ści­gu Po­ko­ju. Lada dzień miał prze­je­chać przez na­sze mia­sto. Plan był pro­sty: tuż za ro­gat­ka­mi przy­łą­czam się na mo­jej ja­sno­czer­wo­nej ko­lar­ce Sprint 2 do pe­le­to­nu.

Tego dnia od rana wa­ga­ro­wa­li­śmy w krza­kach za przy­droż­nym ro­wem, w miej­scu, gdzie koń­czy­ły się za­bu­do­wa­nia i szo­sa wni­ka­ła w so­sno­wy las. Chcie­li­śmy przy­po­mi­nać praw­dzi­wą eki­pę: mia­łem trzech me­cha­ni­ków i dwóch tre­ne­rów. Przez kil­ka go­dzin roz­trzą­sa­li­śmy tak­tycz­ne niu­an­se: czy po­wi­nie­nem scho­wać się w pe­le­to­nie i ucie­kać tuż przed metą, czy może urwać się wcze­śniej. Le­że­li­śmy na wil­got­nej, pa­ru­ją­cej w słoń­cu tra­wie. Jej za­pach mie­szał się z za­pa­chem potu, bo cały czas mia­łem być roz­grza­ny, co kil­ka mi­nut ro­bi­łem se­rię przy­sia­dów, a po­tem któ­ryś z chło­pa­ków przy­kry­wał mi ra­mio­na ko­cem. Ktoś inny spraw­dzał, czy opo­ny są do­sta­tecz­nie na­pom­po­wa­ne i czy koła krę­cą się lek­ko. Cze­ka­li­śmy.

Wcze­snym po­po­łu­dniem szo­sa uci­chła; mi­li­cja wstrzy­ma­ła ruch. Za­ją­łem miej­sce na po­bo­czu za za­krę­tem, chło­pa­ki sta­li kil­ka­dzie­siąt me­trów ode mnie – bli­żej mia­sta. Mie­li dać mi sy­gnał do star­tu. Po paru mi­nu­tach prze­je­chał bły­ska­ją­cy ko­gu­tem sa­mo­chód, po­tem kil­ka mo­to­cy­kli. W na­pię­ciu po­chy­li­łem się nad kie­row­ni­cą, spraw­dzi­łem prze­ło­że­nia, pra­wy pe­dał usta­wi­łem pod ką­tem czter­dzie­stu pię­ciu stop­ni do zie­mi. Ci­sza. Przez dy­szą­ce roz­grza­nym as­fal­tem i ner­wo­wym sku­pie­niem po­wie­trze szyb­ko prze­je­chał jesz­cze je­den fiat.

A po­tem na­gle obok mnie prze­mknął stu­ko­ło­wy trzmiel, ol­brzy­mi owad sze­lesz­czą­cy skrzy­dła­mi. Pe­le­ton otarł się o mój wzrok. Zle­pio­ny z ba­jecz­nie ko­lo­ro­wych ko­szu­lek, pe­da­łu­ją­cy or­ga­nizm roz­bły­snął sku­mu­lo­wa­ną ener­gią ty­sią­ca mię­śni i zgasł jak sło­necz­ny re­fleks na szpry­chach. Jesz­cze kil­ka sa­mo­cho­dów i zno­wu ci­sza. Żad­ne­go „już”, od razu „po”. Wszyst­ko trwa­ło dwie se­kun­dy. Nie do­wie­rza­jąc, pa­trzy­łem na chło­pa­ków, a oni na mnie.

Źle jest być spóź­nio­nym. Nie tyl­ko ja tak my­ślę: mi­nę­ło trzy­dzie­ści mi­nut od wy­dru­ko­wa­nej na za­pro­sze­niach go­dzi­ny, a już jest tłok. Przy wej­ściu do ho­te­lu go­ście wrzu­ca­ją wi­zy­tów­ki do trzy­ma­ne­go przez ho­stes­sę szkla­ne­go dzba­na. Du­pia­sty anio­łek za każ­dym ra­zem kiwa głów­ką. W ta­kich chwi­lach czu­ję ukłu­cie nie­po­ko­ju: czy moja wi­zy­tów­ka nie jest fał­szy­wym bank­no­tem sta­wia­nym w tej grze? Czy na­zwa uczel­ni wy­plu­wa­ją­cej ab­sol­wen­tów mar­ke­tin­gu i za­rzą­dza­nia, by za­spo­ko­ić po­pyt na me­dial­nych eks­per­tów, hoj­nie opła­ca­nych, sprze­daj­nych hu­ma­ni­stów, ta­kich jak ja, jest do­sta­tecz­nie moc­nym ty­tu­łem do do­bre­go sa­mo­po­czu­cia? Po kie­lisz­ku wina od­po­wiedź jest bli­sko, po dwóch jest oczy­wi­sta. To­wa­rzy­stwu błysz­czą­ce­mu w li­fe­sty­lo­wych ty­go­dni­kach mogę przy­glą­dać się z ukry­wa­nym, ale szcze­rym po­czu­ciem wyż­szo­ści: mło­dy (za­baw­ne) na­uko­wiec fi­lo­zof (sprzecz­ność?), sta­ły by­wa­lec te­le­wi­zyj­nych pro­gra­mów (z cza­sem za­czę­li na­wet pła­cić), elo­kwent­ny ko­men­ta­tor (ba­nal­ne), wy­po­wia­da­ją­cy się je­dy­nie na waż­kie te­ma­ty (tu­taj wy­ka­zu­ję się ela­stycz­no­ścią), po­tra­fią­cy cel­nie pu­en­to­wać i pa­trzeć na za­gad­nie­nia z chłod­nym dy­stan­sem – tak mó­wią pro­du­cent­ki pro­gra­mów (dla­cze­go to pra­wie za­wsze ko­bie­ty?), a ja skrom­nie pro­te­stu­ję, uda­jąc za­wsty­dzo­ne­go.

Po­wi­nie­nem wszyst­ko to na­pi­sać na od­wro­cie wi­zy­tów­ki, prze­mil­cza­jąc praw­dę o na­pę­dza­ją­cych mnie wy­chwy­ty­wa­czach se­ro­to­ni­ny oraz bez­dy­sku­syj­nej, choć w su­mie ła­god­nej ero­to­ma­nii. Czę­ste od­twa­rza­nie wspo­mnień z dzie­ciń­stwa też wy­da­je się nie­co pa­to­lo­gicz­ne, chy­ba nie pa­su­je do obo­wią­zu­ją­cych dzi­siaj wzor­ców mę­sko­ści, dla­te­go rów­nież po­miń­my je mil­cze­niem. Ja­kub Ra­ste. Do­bry wie­czór – po­da­ję rękę sto­ją­ce­mu przy wej­ściu czter­dzie­sto­let­nie­mu męż­czyź­nie w nie­wąt­pli­wie szy­tym na mia­rę gar­ni­tu­rze i bia­łej, roz­pię­tej ko­szu­li. Z ocze­ki­wa­niem w oczach przy­glą­dał się wcho­dzą­cym. Nie­któ­rzy omi­ja­li go, inni na wszel­ki wy­pa­dek wi­ta­li się kur­tu­azyj­nie, jak z go­spo­da­rzem. Wy­bra­łem dru­gą opcję. Nie do­sły­sza­łem jego na­zwi­ska.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach w naj­więk­szej sali wi­dzę Na­ta­lię. Trud­no jej nie za­uwa­żyć: w szpil­kach metr osiem­dzie­siąt i dys­kret­na le­wi­ta­cja pod wpły­wem ła­ko­mych mę­skich spoj­rzeń. Uśmiech, ski­nie­nie gło­wą. Prze­dzie­ra się w moim kie­run­ku, z za­kło­po­ta­ną miną od­po­wia­da­jąc na po­zdro­wie­nia zna­jo­mych. Ja rów­nież ro­bię kil­ka kro­ków ku mi­nio­nej mi­ło­ści. Z bli­ska wi­dzę, że do­rów­nu­je mi wzro­stem, jak­by uro­sła od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia. Wy­ba­czam jej tę zmia­nę, bo gdy się wi­ta­my, ema­nu­je z niej szcze­ra, nie­ban­kie­to­wa czu­łość. W su­kien­ce z gra­na­to­we­go, po­ły­skli­we­go ma­te­ria­łu wy­glą­da jak bo­gi­ni. Mó­wię jej to. Ca­łu­je mnie jesz­cze raz.

– Nie ma umo­wy. Nie pod­pi­sa­li… – mówi ci­cho.

Od­sta­wiam kie­li­szek na sto­lik. Zja­wia się kel­ner bra­wu­ro­wo żon­glu­ją­cy peł­ną kie­lisz­ków tacą; bio­rę dla nas dwa ko­lej­ne. Jako chło­piec chcia­łem być kel­ne­rem. To na pew­no cięż­kie, ale przy­jem­nie ry­zy­kanc­kie i voy­eu­ry­stycz­ne za­ję­cie.

– Nie do­ga­da­li się, fal­start – szep­cze Na­ta­lia, po­chy­la­jąc się w moją stro­nę tak, że je­stem już pod jej blond uro­kiem, jak pod pa­ra­so­lem.

– Nie­moż­li­we, od­wo­ła­li­by przy­ję­cie – od­po­wia­dam, pa­trząc na jej usta.

– Nie, Kuba. Do­pie­ro go­dzi­nę temu mie­li pod­pi­sać ostat­nie kwi­ty i tu­taj, na sce­nie, wy­mie­nić się tecz­ka­mi, jak dy­plo­ma­ci, żeby na ob­raz­kach ład­nie wy­szło. Fran­cu­zi się prze­stra­szy­li. Roz­ma­wia­łam z Phi­lip­pem Le­stra, to on stoi tam przy wej­ściu, rzecz­nik pra­so­wy. Cze­kał na sze­fów do ostat­niej chwi­li. Oka­za­ło się, że nie pod­pi­sa­li umo­wy. Za­baw­ne, co? Zresz­tą zo­bacz, jaką ma, bie­dak, minę…

Ban­kiet wid­mo: smo­kin­gi bez oka­zji, kar­na­wał dżdży­stą je­sie­nią. Nie ma po­ro­zu­mie­nia, sce­na po­zo­sta­nie pu­sta, nie bę­dzie to­a­stów i okla­sków. Je­ste­śmy sami na bez­pań­skim przy­ję­ciu bez smy­czy i ob­ro­ży. Na­ta­lia śmie­je się, gdy to mó­wię. Do­ty­ka mo­jej dło­ni, a ja wiem, że ten gest jest naj­waż­niej­szym wy­da­rze­niem wie­czo­ru.

Pod­cho­dzi ubra­ny na czar­no, nie­ogo­lo­ny bru­net. Wspi­na się na pal­ce, ca­łu­je Na­ta­lię w po­licz­ki. Przy­gła­dzo­ne wło­sy i łań­cu­szek na szyi; przy­po­mi­na wło­skie­go al­fon­sa albo pol­skie­go pił­ka­rza. Bli­sko: dzien­ni­karz spor­to­wy. Wy­ko­rzy­stu­ję mo­ment, zo­sta­wiam ich. Idę we­pchnąć się do baru. Ho­tel pęka w mar­mu­ro­wych szwach. Ob­ro­to­we drzwi są unie­ru­cho­mio­ne, obok roz­su­nię­to sze­ro­kie szkla­ne ta­fle. Wcho­dzi co­raz wię­cej lu­dzi. Upi­jam się po­wo­li. Bar­wy i kon­tu­ry ła­god­nie­ją, czas rzed­nie­je. Co chwi­lę ktoś kła­dzie mi rękę na ra­mie­niu. Draż­ni mnie to. Nie od­wra­cam się, by nie tra­cić miej­sca przy ba­rze, i w nie­wy­god­nym pół­ob­ro­cie roz­ma­wiam z kil­ko­ma zna­jo­my­mi, le­d­wie ich roz­po­zna­jąc. Wszy­scy pró­bu­ją bły­sko­tli­wie pod­kre­ślać nie­zwy­kłość ja­snej już sy­tu­acji: wiel­kie przy­ję­cie z oka­zji, któ­rej nie ma. „Pij­my, quia ab­sur­dum!” – rzu­ca sie­dzą­cy na ba­ro­wym stoł­ku obok łysy męż­czy­zna. Ma za­dar­ty, mały nos, ru­chli­we oczy i wpi­sa­ny w za­rys ust uśmie­szek. To zna­ny z me­dial­nej i ero­tycz­nej ak­tyw­no­ści ksiądz, dy­żur­ny ko­men­ta­tor spraw ludz­kich i bo­skich. Wód­kę po­pi­ja pi­wem – sno­bu­je się na syn­kre­tyzm.

– Niech bę­dzie wy­chy­lo­ny – od­po­wia­dam i wle­wam w sie­bie jesz­cze je­den kie­li­szek. Przy­mru­żyw­szy oczy, pa­trzy na mnie z wy­rzu­tem. Wi­docz­nie nie chce być de­kon­spi­ro­wa­ny w tym bar­dzo świec­kim oto­cze­niu.

Jest po pół­no­cy. Jazz-band grał gło­śno, te­raz na­gle za­milkł i więk­szość go­ści, za­sko­czo­na ci­szą, zbie­ra się do wyj­ścia. Idę do szat­ni. Fo­to­re­por­te­rzy zdą­ży­li już roz­ja­rzyć gwiaz­dy i pul­sa­ry, te­raz, je­dząc na sto­ją­co, przy­bie­ra­ją dziw­ne pozy i nie­chęt­nie, z rzad­ka pod­no­szą apa­ra­ty. Przed szat­nią dłu­ga ko­lej­ka. Ktoś awan­tu­ru­je się beł­ko­tli­wie. Zi­ry­to­wa­ni szat­nia­rze uchy­la­ją ladę od­gra­dza­ją­cą szat­nię od holu i wy­py­cha­ją wie­sza­ki na kół­kach. Je­den z ob­wie­szo­nych ubra­nia­mi sto­ja­ków prze­wra­ca się, po chwi­li wjeż­dża­ją na nie­go ko­lej­ne. Pod na­po­rem lu­dzi szu­ka­ją­cych swo­ich rze­czy wie­sza­ki od­wra­ca­ją się kół­ka­mi do góry, two­rząc w lob­by pi­ra­mi­dę szmat i me­ta­lo­wych ste­la­ży. Wy­glą­da to jak miej­sce ka­ta­stro­fy ko­le­jo­wej. Szat­nia­rze, nie zwra­ca­jąc już na nic uwa­gi, wrzu­ca­ją na­stęp­ne płasz­cze, kurt­ki i tor­by na stos. Je­den z męż­czyzn brną­cych po ko­la­na w ubra­niach gło­śno klnie i upa­da. Przy wyj­ściu co chwi­lę roz­le­ga się ni to gwizd, ni kra­ka­nie: w ku­li­stej klat­ce sie­dzi ol­brzy­mia zie­lo­no-czer­wo­na pa­pu­ga. Wi­dzia­łem ją, wcho­dząc. My­śla­łem, że jest sztucz­na, bo nie­ru­cho­ma jak ja­kiś bud­dyj­ski lama pa­trzy­ła na wszyst­ko z peł­nym god­no­ści, star­czym dy­stan­sem. Te­raz prze­stra­szo­ny ptak krzy­czy. Pra­wie tra­cę rów­no­wa­gę, gdy chcę do­się­gnąć cze­goś, co przy­po­mi­na mój płaszcz. Męż­czyź­ni we wło­skich gar­ni­tu­rach wy­dzie­ra­ją so­bie zna­le­zio­ne rze­czy jak w skle­pie z uży­wa­ną odzie­żą. Re­zy­gnu­ję i wy­cho­dzę. Pada deszcz. Wi­dzę roz­ma­za­ne ogni­ki pa­pie­ro­sów drżą­ce za szy­ba­mi sto­ją­cych rzę­dem tak­só­wek. Wsia­dam do pierw­szej. Na Żo­li­borz. I za­sy­piam. Z mor­dą na pier­si.

2

Li­ście opa­dły i z okien wi­dzę mia­sto. Rano, sie­dząc w fo­te­lu, pa­trzę na nie go­dzi­nę albo dłu­żej. Roz­le­gły wi­dok daje mi po­czu­cie kon­tro­li; był jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych wy­bra­łem to zde­cy­do­wa­nie za dro­gie miesz­ka­nie, w na­zbyt sno­bi­stycz­nym bu­dyn­ku z wła­sną si­łow­nią, ba­se­nem i ochro­ną.

Kie­dyś wspi­na­łem się na drze­wa. Lu­bię wi­dzieć, sa­me­mu bę­dąc nie­wi­docz­nym. Nie­wiel­ki sad przy ro­dzin­nym domu był mo­rzem, ja­bło­nie stat­ka­mi. Do­wo­dzi­łem jed­nym z nich, de­lek­tu­jąc się sma­kiem nie­doj­rza­łych pa­pie­ró­wek.

Pa­trzę na mia­sto: na Pa­łac, na ki­ku­ty wiel­kich biu­row­ców uda­ją­cych city, na mi­ga­ją­ce przez całą dobę, sil­niej­sze niż słoń­ce świa­tła cen­trum han­dlo­we­go. Po le­wej wi­dzę apar­ta­men­tow­ce po­sta­wio­ne na Umschlag­plat­zu – ja­sne, strze­li­ste bu­dyn­ki, wy­so­kie car­te blan­che, osie­dle nie­pa­mię­ci; bia­łe se­zo­ny tego mia­sta. Zdu­mie­wa­ją­ce są do­bro­wol­ne prze­pro­wadz­ki szczę­śli­wych, za­moż­nych lu­dzi na Umschlag­platz.

Tak jak się spo­dzie­wa­łem, za­dzwo­ni­ła Na­ta­lia. Pod je­dwab­nym ze­sta­wem wy­mó­wek („w ogó­le na tym wa­riac­kim ban­kie­cie nie po­roz­ma­wia­li­śmy”) wy­czu­łem inną wia­do­mość, list w bu­tel­ce. Opróż­ni­my ją dzi­siej­sze­go wie­czo­ru, po dłu­giej wa­ka­cyj­nej prze­rwie („spo­tkaj­my się, świet­nie, miło, że za­dzwo­ni­łaś, wie­czo­rem i tak bym się do cie­bie ode­zwał”).

Pierw­szych osiem­na­ście lat ży­cia Na­ta­lia spę­dzi­ła we Fran­cji. Cór­ka emi­gran­tów wy­peł­ni­ła wolę ro­dzi­ców ob­se­syj­nie ru­gu­ją­cych z jej ust śla­dy ak­cen­tu i w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych przy­je­cha­ła na stu­dia do War­sza­wy. Zda­jąc na po­lo­ni­sty­kę, usa­tys­fak­cjo­no­wa­ła ojca i wzię­ła re­wanż za mat­kę, wy­rzu­co­ną z wy­dzia­łu w sześć­dzie­sią­tym ósmym roku (asy­stent­ka sta­ła wów­czas zbyt bli­sko stu­den­tów). Na­ta­lia po­ja­wia się na Uni­wer­sy­te­cie jak ko­lo­ro­wy ptak, któ­ry po­my­lił pory roku, wy­rzekł się raj­skich roz­ko­szy Sor­bo­ny. Oj­ciec, wy­kła­dow­ca fi­lo­lo­gii sło­wiań­skiej tam­że, był dum­ny z tej emi­gra­cji à re­bo­urs: oca­lił pol­skość w owo­cu swych na­dziei. Na­ta­lia szcze­rze in­te­re­so­wa­ła się Pol­ską, z ra­do­ścią jeź­dzi­ła na wy­ciecz­ki do kra­ju ko­ja­rzą­ce­go się jej z wa­ka­cyj­ną idyl­lą, eg­zo­tycz­nie brzyd­ki­mi mia­sta­mi i z uwię­zio­ną w zdję­ciach mło­do­ścią ro­dzi­ców. Przy­jazd tu­taj na sta­łe ja­wił się jej jed­nak jako po­świę­ce­nie, he­ro­icz­ny gest, a przede wszyst­kim do­wód mi­ło­ści do ojca. Dziew­czy­ny cza­sem wpa­da­ją w taką cier­pięt­ni­czą po­ety­kę. Na­ta­lia z Pa­ry­ża we wła­snym od­czu­ciu gra­ła w tym sa­mym dra­ma­cie co Ka­ta­rzy­na ze Sie­ny, choć z inną mo­ty­wa­cją. Ale ży­cie peł­ne jest pa­ra­dok­sów i nie­ocze­ki­wa­nych zwro­tów ak­cji: ci­chy klasz­tor cza­sem za­mie­nia się w cel ma­so­wych­piel­grzy­mek, miej­sce ze­sła­nia może za­mie­nić się w ba­lo­wą salę. Na dru­gim albo trze­cim roku Na­ta­lia zgło­si­ła się na eli­mi­na­cje i zo­sta­ła pre­zen­ter­ką po­wsta­ją­cej wła­śnie pry­wat­nej te­le­wi­zji. Choć trud­no w to uwie­rzyć, tak to wów­czas wy­glą­da­ło: CV, rze­tel­ny kon­kurs i roz­mo­wa wstęp­na, bez nie­koń­czą­cych się okre­sów prób­nych, umów na czas okre­ślo­ny i, na­zy­wa­jąc rzecz po imie­niu – bez dy­ma­nia, od­bie­ra­ją­ce­go bar­dziej in­te­li­gent­nym, wraż­li­wym jed­nost­kom ja­ką­kol­wiek sa­tys­fak­cję z pra­cy w kor­po­ra­cji. A po­tem było już jak w baj­ce: atrak­cyj­na twarz co­raz sil­niej­szej sta­cji, ple­bi­scy­ty po­pu­lar­no­ści, ko­lo­ro­we ma­ga­zy­ny i au­tor­skie pro­gra­my. Wy­so­ka, pla­ty­no­wa blon­dyn­ka o ni­skim gło­sie, eks­cy­tu­ją­co pew­na sie­bie i świa­do­ma wła­snej uro­dy. Ma­rze­nie pa­trzą­cych na nią co wie­czór ty­się­cy męż­czyzn. I tyl­ko oj­ciec nie do­cze­kał tego roz­bły­sku po­pu­lar­no­ści. Zresz­tą ra­czej nie uznał­by go za suk­ces, za­cho­wu­jąc wy­nio­sły dy­stans wo­bec świa­ta uwo­dzą­cych cór­kę mass me­diów.

Wy­trzy­ma­li­śmy ra­zem co naj­mniej kil­ka al­le­nów. Ta jed­nost­ka dłu­go­ści trwa­nia związ­ku po­wsta­ła któ­rejś nocy, gdy wra­ca­jąc pu­sty­mi uli­ca­mi z kina, zda­li­śmy so­bie spra­wę z okrut­nej re­gu­lar­no­ści by­wa­nia na ko­lej­nych fil­mach Wo­ody’ego Al­le­na. Wspól­ny kod, ję­zyk, po­ro­zu­mie­nie na skró­ty – wszyst­ko za szyb­ko, zbyt na­gle. Prze­stra­szy­li­śmy się sie­bie na­wza­jem. Na­ta­lia chwy­ta­ła chwi­le ja­skra­wej po­pu­lar­no­ści, może nie była ich pew­na i bała się, że szyb­ko prze­mi­ną. Ja też by­łem szcze­nia­kiem: spra­wia­ło mi dużą przy­jem­ność mro­wie­nie w kar­ku, po­ja­wia­ją­ce się za­wsze, gdy wi­dzia­łem, że roz­po­zna­no ją w ki­nie, na uli­cy, w skle­pie, na sta­cji ben­zy­no­wej. Sta­ra­ła się nie za­uwa­żać tych spoj­rzeń, ale my­ślę, że je bar­dzo lu­bi­ła i nadal lubi, pod­nie­ca ją to w fi­zycz­nym sen­sie tego sło­wa. W łóż­ku z Na­ta­lią za­wsze było świet­nie. Za­wsze naj­le­piej jest, kie­dy mi nie za­le­ży, gdy nie mu­szę się kon­cen­tro­wać i przy­kła­dać.

Już w li­ceum za­czą­łem po­dej­rze­wać, że ko­bie­ty po­tra­fią na­praw­dę ce­nić tyl­ko tych męż­czyzn, któ­rych mało ob­cho­dzą. To kieł­ku­ją­ce prze­świad­cze­nie wy­da­wa­ło mi się głu­pie i nie­po­praw­ne, ale nig­dy do koń­ca mnie nie opu­ści­ło. Kie­dyś zdy­sza­ne, za­ru­mie­nio­ne bie­gły po awi­zo­wa­ny list, dziś co trzy zda­nia w re­stau­ra­cji pa­trzą na te­le­fon, czy nie prze­ga­pi­ły wia­do­mo­ści, bo szum i mo­gły nie do­sły­szeć, sześć­dzie­siąt razy na mi­nu­tę spraw­dza­ją pocz­tę, klik, klik – na­da­ją wy­zna­nie, że chcą, że pra­gną. I do­sta­ją kil­ka słów, skra­wek, „nie daj­my się zwa­rio­wać” albo coś w tym sty­lu. Ko­du­ją wte­dy w so­bie ci­che sza­leń­stwo, sar­nią tę­sk­no­tę.

Li­ście opa­dły i zno­wu przez okna wi­dzę mia­sto. Trzy­dzie­ste pią­te uro­dzi­ny uczci­łem, otwie­ra­jąc opa­ko­wa­nie no­wej ma­szyn­ki do go­le­nia. Na­ta­lia nie lubi, gdy dra­pię jej twarz i uda.

Ob­raz – waż­ne sło­wo. Z jed­nej stro­ny na­rzu­ca się my­śle­nie o ob­ra­zie w sen­sie do­słow­nym – ob­ra­zem ope­ru­ją me­dia wi­zu­al­ne; z dru­giej stro­ny ob­raz może być ro­zu­mia­ny jako wy­obra­że­nie ota­cza­ją­ce fakt swo­im kon­tek­stem. Tak po­ję­ty ob­raz jest sys­te­mem sym­bo­licz­nym, a jego zna­cze­nie w ogrom­nym stop­niu za­le­ży od do­tych­cza­so­wych prze­żyć, do­świad­czeń i wie­dzy wi­dza.

Przez dłuż­szą chwi­lę wpa­tru­ję się w ja­śnie­ją­cy w mro­ku ekran lap­to­pa. Nie za­pa­la­jąc świa­tła, idę do kuch­ni, na­ci­skam prze­łącz­nik i w elek­trycz­nym czaj­ni­ku bły­ska po­ma­rań­czo­we oko. Wra­cam do biur­ka, jesz­cze raz czy­tam na­pi­sa­ne przed chwi­lą zda­nia.

Jed­nak rów­nież ob­raz w po­ję­ciu do­słow­nym za każ­dym ra­zem wy­ma­ga in­ter­pre­ta­cji i na­rzu­ce­nia kon­tek­stu w szer­szej mie­rze niż np. mowa czy ge­sty. Na ob­ra­zy jako ta­kie nie da się ła­two prze­tłu­ma­czyć zdań twier­dzą­cych: ob­raz za­wsze prze­kra­cza pro­ste zda­nie, na­rzu­ca­jąc sze­reg sko­ja­rzeń i zna­czeń po­bocz­nych. Moż­na więc po­wie­dzieć, iż rzecz ma się jak z Ko­tem z Che­shi­re: gdy­by chcieć iko­no­gra­ficz­nie przed­sta­wić tyl­ko i wy­łącz­nie zda­nie stwier­dza­ją­ce fakt „kot się uśmie­cha” (bez zdań po­bocz­nych: tłu­sty, rudy, mały, duży kot), ope­ra­cja taka skoń­czy­ła­by się klę­ską: zni­kło­by wszyst­ko z ko­tem włącz­nie, a po­zo­stał­by naj­wy­żej jego drwią­cy z na­iw­ne­go se­mio­lo­ga uśmiech…

Sły­szę ci­chy trzask wy­łą­cza­ją­ce­go się czaj­ni­ka. Sta­wiam na biur­ku ku­bek her­ba­ty, na mo­ment ota­czam dłoń­mi go­rą­cą po­wierzch­nię, pa­trzę w ciem­ność za oknem. Wi­dzę, jak moje od­bi­cie na­kła­da się na świa­tła cen­trum, a drżą­ce na wie­trze ga­łę­zie drzew zda­ją się gła­skać mnie po twa­rzy.

Wcho­dzę do sy­pial­ni. Chwi­lę leżę bez ru­chu, wpa­tru­jąc się w jej przy­sło­nię­tą wło­sa­mi twarz. Na­ta­lia jest pięk­na. Spraw­dzam, czy śpi, czy mia­ro­wy od­dech nie zgu­bi ryt­mu, czy nie zdra­dzi jej drżą­ca po­wie­ka, a lek­ko roz­chy­lo­ne usta nie przy­wdzie­ją pół­u­śmie­chu. Wy­łą­czam tlą­cą się przy łóż­ku lamp­kę. Pod­cią­gam ko­la­na do bro­dy, wci­skam twarz pod jej ra­mię i na­kry­wam się koł­drą. Jesz­cze przez chwi­lę na­słu­chu­ję, czy – naga, pach­ną­ca i cie­pła – na pew­no śpi i nie za­uwa­ży mo­je­go em­brio­nal­ne­go, nie­mę­skie­go sku­le­nia. To za­wsze źle wy­glą­da.

3

Prze­ko­na­nie Na­ta­lii, że pro­ściej bę­dzie, je­że­li zno­wu za­miesz­ka­my ra­zem, za­ję­ło mi dwa ty­go­dnie. Spo­ty­ka­li­śmy się nie­mal co­dzien­nie, co było miłe, ale od­wo­że­nie jej w środ­ku nocy na dru­gi ko­niec mia­sta (nie lubi jeź­dzić tak­sów­ka­mi, bo kie­row­cy cią­gle do niej mó­wią; nie chce sama pro­wa­dzić przez pu­ste uli­ce, bo na­pa­wa ją to lę­kiem) było na dłuż­szą metę uciąż­li­we. W koń­cu świet­nie się uzu­peł­nia­my: ona wsta­je dość wcze­śnie i je­dzie do te­le­wi­zji, ja śpię dłu­go, pi­sać mogę tyl­ko w nocy, a za­ję­cia ze stu­den­ta­mi mam naj­czę­ściej po po­łu­dniu. Wi­dzi­my się po jej póź­nym po­wro­cie. Idzie­my do łóż­ka, ko­cha­my się po­spiesz­nie, moc­no, po­tem ona za­sy­pia, ja bio­rę prysz­nic i sia­dam przy biur­ku. W week­end wspól­ne śnia­da­nie, ta­kie do­mo­we, pół­na­go, ona bez ma­ki­ja­żu. Jest wspa­nia­le. Roz­czu­la mnie wi­dok jej szczo­tecz­ki do zę­bów na umy­wal­ce. Me­ta­lo­wa wa­liz­ka na ko­sme­ty­ki pa­su­je do wy­stro­ju ła­zien­ki. Od­da­łem Na­ta­lii po­ło­wę sza­fy w gar­de­ro­bie.

Dzi­siaj to