Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu - Sarah J. Maas - ebook
lub
Opis

Wspaniałe imperium. Desperacka misja. Pradawny sekret.

Kontynuacja bestsellerowej serii Szklany tron, która zdobyła miliony czytelników na całym świecie, a autorka, Sarah J. Maas, stała się ulubienicą czytelników i recenzentów.

Chaol Westfall i Nesryn Faliq wyruszają w podróż do starego i pięknego miasta Antica. Były kapitan Gwardii Królewskiej ma nadzieję, że któraś ze słynnych uzdrowicielek z Torre Cesme przywróci mu władzę w nogach. Uleczenie to jednak tylko część planu. Oto na tronie zasiada wszechpotężny kagan, którego Chaol ma za zadanie nakłonić do wzięcia udziału w wojnie.
Jednak to, co czeka Chaola i obecną kapitan Gwardii Królewskiej Nesryn, przekroczy ich najśmielsze oczekiwania.
Kluczem do powodzenia misji może okazać się niepozorna uzdrowicielka Yrene i informacje, które bohaterowie zdobędą podczas pobytu w pałacu.

Sarah J. Maas (ur. 1986) – amerykańska pisarka fantasy. Autorka bestsellerowej serii Szklany tron (Szklany tron, Korona w mroku, Dziedzictwo Ognia, Królowa cieni, Imperium burz, Wieża świtu). W 2016 r. nakładem Uroborosa ukazał się też Dwór cierni i róż, a w 2017 r. Dwór mgieł i furii oraz Dwór skrzydeł i zguby.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 945


Sarah J. ‌Maas

WIEŻA ‌ŚWITU

przełożył Marcin Mortka

Tytuł oryginału: ‌Tower of Dawn

Text ‌copyright © Sarah ‌J. Maas ‌2017

This translation of Tower ‌of Dawnis published by ‌Grupa Wydawnicza ‌Foksal ‌by ‌arrangement with ‌Bloomsbury ‌Publishing Inc. and ‌Macadamia Literary ‌Agency, ‌Warsaw.

All rights ‌reserved.

Map copyright ‌© ‌2017 by Charlie ‌Bowater

Jacket illustrations © ‌2017 by ‌Michael-Paul Terranova ‌(shield) ‌and ‌© 2017 by ‌Jeff Brown (cityscapes)

Copyright ‌for the ‌Polish edition © ‌by Grupa ‌Wydawnicza Foksal MMXVIII

Copyright ‌© for the Polish ‌translation by Marcin ‌Mortka, Warszawa MMXVIII

Wydanie ‌I

Warszawa, MMXVIII

Dla mojej babci Camilli, ‌która pokonywała góry i morza. ‌Twoja niezwykła opowieść na ‌zawsze ‌pozostanie moją ‌ulubioną.

Część pierwsza

1.

Chaol ‌Westfall, były kapitan ‌Gwardii Królewskiej, a obecnie ‌namiestnik niedawno ‌koronowanego króla Adarlanu, ‌doszedł do wniosku, ‌że ze ‌wszystkich ‌dźwięków na świecie najbardziej ‌nienawidzi ‌odgłosu ‌wydawanego przez ‌koła.

Zwłaszcza zaś nie znosił ‌ich turkotu, gdy toczyły ‌się ‌po deskach okrętu, na ‌którym spędził ostatnie ‌trzy miesiące burzliwego ‌rejsu. A następnie nie cierpiał ‌stukotu, z jakim toczyły ‌się po lśniących mozaikach ‌i posadzkach ‌z zielonego marmuru ‌w pałacu kagana, władcy Południowego ‌Kontynentu.

Nie ‌mając nic ‌do roboty poza siedzeniem ‌w fotelu z kołami, który ‌stał ‌się dla niego ‌zarówno więzieniem, jak i jedynym ‌sposobem na ‌oglądanie ‌świata, ‌Chaol przyglądał ‌się wszystkim ‌szczegółom ogromnego pałacu, wznoszącego się na jednym z niezliczonych wzgórz stolicy. Każdy jego element pochodził z innej części ogromnego imperium i śpiewał o jego chwale. Wypolerowany, zielony marmur, po którym toczył się teraz fotel Chaola, wycięto w kamieniołomach w południowo-zachodniej części kontynentu. Wyrastające naokoło czerwone kolumny, wyrzeźbione na podobieństwo pni drzew i podtrzymujące wysokie, kopulaste sufity – które przykrywały niekończącą się poczekalnię – wykonano z surowców, przywiezionych z pustyń na północnym wschodzie.

Mozaiki urozmaicające zieleń posadzek zostały ułożone przez rzemieślników z Tigany, kolejnego wśród cennych miasta kagana, leżącego na górzystym, południowym skraju kontynentu. Każda przedstawiała scenę z bogatej, chwalebnej, choć brutalnej przeszłości kaganatu. Niektóre upamiętniały długie wieki, podczas których jego lud wędrował na końskich grzbietach po stepach na wschodzie kontynentu. Na innych można było ujrzeć pierwszego kagana, który zjednoczył rozproszone plemiona i na ich czele podbijał krainę za krainą, tworząc ogromne imperium dzięki fortelom i kunsztowi strategicznemu. Jeszcze inne przedstawiały kolejne trzy wieki oraz rozmaitych kaganów, którzy powiększali imperium, zwozili łupy z setek podbitych ziem i budowali niezliczone drogi oraz mosty, by spoić wielkie państwo w jedną całość, a potem władali nim z wprawą i mądrością.

„Być może te mozaiki pokazują, czym mógł się stać Adarlan – dumał Chaol, wsłuchany w toczone szeptem rozmowy dworzan, niosące się wśród rzeźbionych kolumn i odbijające się od pozłacanych sufitów. – Oczywiście gdyby nie rządził nim opętany przez demona król, którego jedynym celem jest zamienić ten świat w żerowisko dla swych hord” – dodał w myślach.

Obrócił głowę i spojrzał na Nesryn, która z kamienną twarzą popychała jego fotel. Jedynie z jej ciemnych oczu, które omiatały spojrzeniem każdą mijaną twarz, każde okno i każdą kolumnę, można było wyczytać, że podziwia ogromną siedzibę kagana.

Zachowali na tę okazję swoje najlepsze ubrania. Nowo mianowana kapitan Gwardii Królewskiej w istocie prezentowała się wspaniale w karmazynowo-złotym mundurze. Chaol nie miał pojęcia, skąd Dorian wytrzasnął jeden z tych mundurów, które on sam kiedyś nosił z taką dumą.

Z początku miał zamiar ubrać się na czarno, gdyż nie przepadał za dobieraniem kolorów i nie znał się na tym. Z ochotą zakładał jedynie czerwień i złoto reprezentujące jego królestwo. Niemniej czerń była przecież kolorem strażników Erawana, co do jednego owładniętych przez Valgów. To w takich właśnie idealnie czarnych mundurach terroryzowali Rifthold. W nich złapali, torturowali i zamordowali jego ludzi.

A potem powiesili ich ciała na bramach pałacowych, by kołysały się z wiatrem.

Nie udało mu się dobrze przyjrzeć antykańskim strażnikom, których mijali po drodze, zarówno na ulicach, jak i w samym pałacu. Widział tylko, że prężyli się z dumą na baczność, czujni i uważni, zbrojni w miecze i sztylety. Miał ochotę wodzić za nimi wzrokiem i sprawdzać, czy stoją tam, gdzie stać powinni – gdzie osobiście by ich rozstawił i gdzie sam by czuwał, strzegąc wizyty zagranicznych emisariuszy.

Nesryn przechwyciła jego spojrzenie. Jej czarne, długie do ramion włosy falowały z każdym krokiem, a ciemne oczy zgoła nie mrugały. Na pięknej, poważnej twarzy nie było ani cienia napięcia. W żaden sposób nie dawała po sobie poznać, iż za moment przyjdzie im stanąć przed obliczem najpotężniejszego człowieka świata – mężczyzny, który mógł odmienić ich życie oraz losy całego kontynentu w wojnie, która bez wątpienia właśnie wybuchała.

Chaol patrzył przed siebie bez słowa. Nesryn ostrzegała go, że te ściany, kolumny i przejścia miały uszy, oczy i usta.

Ta świadomość sprawiła, że zaciskał dłonie na poręczach, by nie bawić się ubraniem, na które się ostatecznie zdecydował. Na spotkanie z kaganem przywdział jasnobrązowe spodnie, ciemnobrązowe buty do kolan i białą koszulę z jedwabiu doskonałej jakości, na którą nałożył ciemnoniebieską kurtkę. Kurtka prezentowała się skromnie, a jej prawdziwą wartość zdradzały dopiero lśniące mosiężne zapięcia z przodu oraz połyskliwe, złote nici, którymi obszyto wysoki kołnierz i mankiety. Nie przypiął miecza i brak jego znajomego ciężaru dokuczał mu niczym fantomowa kończyna.

Lub bezwład nóg.

Miał przed sobą dwa zadania i nadal nie wiedział, które z nich okaże się bardziej nierealne.

Przekonanie kagana i jego sześciu potencjalnych spadkobierców, by poprowadzili swe ogromne armie na wojnę z Erawanem?

A może odszukanie w Torre Cesme uzdrowicielki, która znajdzie sposób, by przywrócić mu umiejętność chodzenia?

„By mnie naprawić” – pomyślał z obrzydzeniem.

Nienawidził tego słowa niemalże równie mocno jak terkotu kółek fotela. „Naprawić”. Nawet jeśli dokładnie o to miał błagać legendarnych uzdrowicieli, to słowo drażniło go, doprowadzało do wściekłości.

Odepchnął je na bok, jak najdalej od siebie.

Nesryn podążała w ślad za niemalże bezszelestnymi służącymi, którzy powitali ich w porcie, a potem poprowadzili krętymi, zakurzonymi, brukowanymi uliczkami Antiki w górę, aż padł na nich cień kopuł i trzydziestu sześciu minaretów pałacu.

Z okien, drzwi i latarni w mieście zwisały niezliczone pasma białego sukna, zarówno filcu i lnu, jak i jedwabiu. Nesryn zdążyła mu szepnąć, iż w ten sposób upamiętnia się śmierć ważnego urzędnika bądź odległego krewnego władcy. Rytuały pogrzebowe różniły się od siebie i nierzadko były połączeniem zwyczajów z różnych krain, wchodzących w skład kaganatu, ale wywieszanie białego sukna stanowiło odwieczną tradycję, popularną jeszcze w czasach, gdy późniejsi poddani kagana wędrowali po stepach i układali swych zmarłych pod czujnym, otwartym niebem.

Miasto jednakże było dalekie od żałoby. Mijały ich setki przechodniów w najróżniejszych strojach, kupcy zachwalali swe towary, a akolici z drewnianych i kamiennych świątyń wzywali do modłów. Nesryn opowiedziała Chaolowi, że w Antice każdy bóg miał swoje miejsce. Największe wrażenie czyniła jednak wzniesiona z jasnego kamienia wieża, wyrastająca z czubka któregoś z południowych wzgórz, wyższa i bardziej imponująca nawet od samego pałacu.

Torre. To w tej wieży mieszkali i pracowali najlepsi uzdrowiciele śmiertelnicy na całym świecie. Chaol robił wszystko, by się na nią nie gapić przez okna powozu, choć jej masyw widać było niemalże z każdej ulicy Antiki. Żaden ze służących nie zająknął się o niej ani słowem ani też nie wskazał im imponującej, dominującej konstrukcji, która wydawała się rywalizować nawet z pałacem kagana.

Nie, podczas drogi do pałacu służący nie zaszczycili ich rozmową. Nie skomentowali nawet pogrzebowych proporców, powiewających na suchym wietrze.

Byli to mężczyźni i kobiety o prostych, ciemnych włosach, odziani w luźne spodnie i powłóczyste, ciemnoniebieskie i krwistoczerwone kurtki z elementami jasnego złota. Choć teraz otrzymywali za swą służbę zapłatę, wywodzili się od niewolników, którymi niegdyś władała rodzina kagana. Działo się tak do czasu, gdy poprzedni kagan, wizjoner i wichrzyciel, postanowił zakazać niewolnictwa, by jeszcze bardziej usprawnić swe państwo. Zwolnił wszystkich niewolników, ale zatrzymał ich, by służyli mu w zamian za pensję, a wraz z nimi ich dzieci. Teraz służbę kagana stanowiły dzieci tychże dzieci.

W istocie żaden z towarzyszących im służących nie wydawał się zagłodzony ani zaniedbany, a w ich zachowaniu nie było znać strachu, wyglądało więc na to, że obecny kagan dobrze traktował swoich poddanych i należało mieć nadzieję, że niewybrany jeszcze dziedzic pójdzie w jego ślady.

W przeciwieństwie do Terrasenu i Adarlanu o tym, kto zastąpi rządzącego tu władcę, nie decydowało pokrewieństwo ani płeć, ale wola kagana. Spora liczba dzieci nie do końca ułatwiała to zadanie. Współzawodnictwo między nimi przeradzało się nierzadko w krwawe zawody, gdyż każde chciało udowodnić ojcu, że jest najsilniejsze, najmądrzejsze i najlepiej nadaje się do sprawowania rządów.

Prawo wymagało, by kagan trzymał w ukrytym skarbcu zapieczętowany dokument, przedstawiający kolejność spadkobierców w drodze do tronu. Sięgano po niego w chwilach, gdy władcę dopadła przedwczesna śmierć i nie zdołał jeszcze oficjalnie ogłosić swego następcy. Lista mogła być zawsze zmieniona, ale jej istnienie łagodziło lęk przed tym, co groziło imperium od czasów, gdy pierwszy kagan zjednoczył wszystkie krainy i terytoria – rozpadem. Obawiano się nie wrogich sił z zewnątrz, ale wojny domowej.

Pierwszy kagan był mądrym człowiekiem. Przez trzysta lat istnienia kaganatu ani razu nie doszło do konfliktu wewnętrznego.

Służący zatrzymali się między dwiema potężnymi kolumnami i złożyli przybyszom głęboki ukłon, a pchająca fotel Nesryn wkroczyła do olśniewającej swym pięknem sali tronowej. Wokół złocistego, migoczącego w promieniach południowego słońca podwyższenia z tronem zgromadziły się dziesiątki ludzi. Chaol spojrzał na pięć osób, które stały przed tronem, i zadał sobie w myślach pytanie, kto z nich w przyszłości zostanie wybrany, by władać imperium.

W pomieszczeniu słychać było jedynie szelest ubrań ponad czterech tuzinów ludzi, których Chaol zliczył odruchowo, rozglądając się dookoła. Tworzyli dwie ściany jedwabiu, kosztowności i opalonych ciał, a między nimi wiodła alejka, ciągnąca się aż po migotliwe podwyższenie.

Szelest ubrań oraz… Turkot i pisk kółek. Nesryn naoliwiła je starannie, ale po tygodniach spędzonych na morzu metal tu i ówdzie ustępował już miejsca rdzy. Każdy zgrzyt i piśnięcie były dla Chaola równie dotkliwe jak przesunięcie paznokciem po szkle.

Mimo to trzymał głowę wysoko, a plecy miał wyprostowane.

Nesryn stanęła w odpowiedniej odległości od podwyższenia i szeregu pięciorga młodych ludzi, kobiet i mężczyzn, którzy odgradzali ich od władcy.

Wypełniali pierwszy obowiązek każdego księcia czy księżniczki, którym była ochrona ich króla. Trudno o lepszy sposób, by się wyróżnić i okazać swą lojalność, a niewykluczone, że też zasłużyć na miano dziedzica. A pięcioro młodych ludzi przed nimi…

Chaol sprawnie zamaskował emocje i policzył raz jeszcze. Tylko pięcioro. Pięcioro, a nie sześcioro, jak twierdziła Nesryn.

Ani myślał rozglądać się po sali w ślad za zaginionym dzieckiem kagana. Nadszedł bowiem czas na to, do czego szykował się przez ostatni tydzień na morzu, w miarę jak zbliżali się do portu docelowego, a powietrze robiło się coraz gorętsze i suchsze. Nadal czuł dyskomfort, robiąc to w fotelu, ale ukłonił się bardzo nisko, aż ujrzał swoje martwe nogi, nieskazitelnie brązowe buty oraz ukryte w nich bezwładne stopy.

Szelest ubioru po lewej zdradził mu, że Nesryn stanęła obok niego i również złożyła głęboki ukłon.

Trwali w twej pozie przez trzy oddechy, bo tak, zdaniem Nesryn, nakazywał ceremoniał.

Chaol wykorzystał ten czas, by się przygotować i odepchnąć jak najdalej ciężar odpowiedzialności, z którą tu przybyli.

Niegdyś był mistrzem w utrzymywaniu niewzruszonej miny. Wiele lat służył ojcu Doriana i bez mrugnięcia okiem przyjmował rozkazy, a jeszcze wcześniej znosił towarzystwo własnego ojca, który umiał mu dopiec słowem, jak i przyłożyć pięścią. Takim człowiekiem był prawdziwy władca Anielle.

Chaol również miał prawo tytułować się lordem, ale uważał swój tytuł za kpinę oraz kłamstwo. Prosił Doriana, by ten przestał się do niego odwoływać, ale jego protesty nic nie dały. Tak więc jego pełne miano brzmiało obecnie: lord Chaol Westfall, Królewski Namiestnik.

Nie znosił swego tytułu jeszcze bardziej niż odgłosów wydawanych przez koła fotelu. Bardziej niż swego ciała od pasa w dół, które nie reagowało na żadne bodźce i pomimo upływu czasu nadal zaskakiwało go swoim bezruchem.

Był Lordem Niczego. Władcą Krzywoprzysięzców. Panem Kłamców.

Wyprostował się i spojrzał w skośne oczy siwowłosego mężczyzny na tronie. Na brązowej ogorzałej skórze kagana pojawiły się lekkie zmarszczki, gdy uśmiechnął się przebiegle. Chaol zadał zaś sobie w myślach pytanie, czy władca również znał prawdę o nim.

2.

Nesryn doszła do wniosku, że żyją w niej dwie osoby.

Jedna z nich była kapitanem Gwardii Królewskiej, która złożyła przysięgę swemu władcy, iż dołoży wszelkich starań, by mężczyzna w fotelu na kółkach został uzdrowiony, a ponadto nakłoni człowieka zasiadającego na tronie przed nią, by zebrał dla nich armię. Ta osoba trzymała się prosto i śmiało patrzyła przed siebie z dłonią przy rękojeści ozdobnego miecza, ale nie na tyle blisko, by zostało to poczytane za prowokację.

Ale istniała również owa druga osoba.

Ta, która w chwili zawijania do portu wpatrywała się w wieżyczki, minarety i kopuły miasta bogów, a nade wszystko w dumną, lśniącą kolumnę Torre, i przełykała łzy. Ta, która zaraz po zejściu na ląd wciągnęła w płuca zapach wędzonej papryki, ostrą woń imbiru i kuszącą słodycz kminku, po czym zrozumiała w głębi serca, że dotarła do domu. To prawda, że żyła w Adarlanie, służyła jego władcy i gotowa była umrzeć zarówno dla niego, jak i dla swej rodziny, wciąż tam mieszkającej, ale tu niegdyś żył jej ojciec i tu jej urodzona w Adarlanie matka czuła się swobodniej niż gdziekolwiek indziej. Tu mieszkali jej rodacy.

Widziała najrozmaitsze odcienie brązowej skóry. Wszędzie dostrzegała intensywnie czarne włosy, takie jak jej własne. Oczy, zarówno skośne, wąziutkie, jak i okrągłe, czarne, brązowe, a nawet z rzadka piwne i zielone. Jej rodacy. Jej ludzie. Co prawda jej ojczyzna była zbieraniną rozmaitych krain, ale… Cóż, nie słyszała, by ktoś syczał za nią obelgi. Tutaj dzieci nie rzucały w nikogo kamieniami. Tu potomstwo jej siostry nie czułoby się obco. Nikt nie czułby się tu nieproszonym gościem.

Mimo to, choć trzymała się prosto i zadzierała dumnie podbródek, kolana drżały jej na myśl o tym, przed kim stanęła.

Nie ośmieliła się zdradzić ojcu, dokąd się wybiera i czym będzie się zajmować. Powiedziała mu tylko, że król Adarlanu zlecił jej ważną misję, która zabierze jej sporo czasu.

Ojciec nie uwierzyłby jej słowom. Ba, sama ledwie mogła w to uwierzyć.

Kagan był bowiem bohaterem historii, które opowiadano przy ogniu w zimowe wieczory, a o jego potomstwie snuto legendy podczas niekończącego się wyrabiania ciasta na chleb. Baśnie o jego przodkach, które opowiadali rodzice przy jej dziecięcym łóżeczku, potrafiły zesłać na nią słodki, głęboki sen albo przejmującą grozę, która nie pozwalała jej zasnąć przez całą noc.

Kagan był żywym mitem i bóstwem w tym samym stopniu co trzydziestu sześciu innych bogów, którzy rządzili miastem oraz imperium. Kaganom oddawano tu cześć równie wielką jak bogom w świątyniach Antiki, a nawet większą.

Anticę zwano miastem bogów ze względu na nich oraz na żywego boga, który zasiadał na tronie z kości słoniowej na szczycie złocistego podwyższenia. Wedle podań szeptanych przez jej ojca było ono w istocie wykonane ze złota.

Zaś sześcioro dzieci kagana… Nesryn potrafiła nazwać każde z nich po imieniu.

Na pokładzie okrętu Chaol pilnie przyswajał informacje odnośnie do celu ich podróży i dziewczyna nie miała wątpliwości, że i on to potrafił.

Ale nie tak to spotkanie miało przebiegać.

Podczas podróży Nesryn opowiedziała swemu byłemu kapitanowi wszystko o swej ojczyźnie, a on w zamian wprowadził ją w tajniki protokołu dworskiego. Rzadko kiedy był bezpośrednio zaangażowany w spotkania na szczycie, ale służąc swemu władcy, niejedno widział i niejedno słyszał.

Obserwował grę, w której teraz miał odegrać główną rolę. Grę, która toczyła się o niezwykle wysoką stawkę.

Czekali w milczeniu, aż kagan zabierze głos.

Idąc korytarzami i salami, Nesryn robiła wszystko, by nie rozglądać się z podziwem wokół. Podczas swoich wcześniejszych wizyt w Antice nigdy nie postawiła nogi w pałacu podobnie jak jej ojciec, ojciec jego ojca i każdy z ich przodków. W tym mieście bogów pałac kagana był najświętszą świątynią i jednocześnie najgroźniejszym labiryntem.

Siedzący na tronie kagan ani drgnął.

Był to nowszy, szerszy tron, który liczył sobie sto lat. Poprzedni został wyrzucony przez siódmego kagana, ponieważ jego ogromne rozmiary okazały się dla niego za małe. Wedle podań zajadł się i zapił na śmierć, ale przynajmniej miał tyle zdrowego rozsądku, by wyznaczyć dziedzica, zanim złapał się za pierś i osunął martwy na tymże właśnie tronie.

Urus, rządzący obecnie kagan, nie mógł mieć więcej niż sześćdziesiąt lat i na pierwszy rzut oka był w o wiele lepszej kondycji. Jego włosy, ongiś kruczoczarne, od dawna były równie białe jak jego siedzisko, a jego pomarszczoną cerę znaczyły blizny, które przypominały, że w ostatnich dniach życia swej matki został zmuszony do walki o tron. Onyksowe oczy, wąskie i lekko skośne, lśniły niczym gwiazdy. Kagan czuwał i wszystko widział.

Na jego śnieżnobiałych włosach nie było korony. Wszak bogowie kroczący wśród śmiertelników nie potrzebują symboli swej boskiej władzy.

Za tronem zwisały pasma białego sukna, przywiązane do otwartych okien, łopoczące lekko na gorącym wietrze. Nesryn nie miała pojęcia, kto odszedł, ale bez wątpienia był to ktoś ważny, a białe sukno wskazywało, iż myśli kagana oraz jego rodziny towarzyszą duszy zmarłego, zmierzającej ku Wiecznym Błękitnym Niebiosom i Drzemiącej Ziemi. Władcy imperium nie uchybiali tej tradycji, tak jak szanowali wszystkich trzydziestu sześciu bogów, wyznawanych przez ich poddanych.

Kagan był zapewne gotów przyjąć do panteonu również tych, którzy cieszyli się popularnością na niedawno zawładniętych ziemiach. Musiało być ich trochę – wszak Urus zasiadał na tronie od trzydziestu lat i przyłączył do swego dominium kilka zamorskich królestw.

Na poznaczonych bliznami palcach kagan nosił bogate pierścienie z migoczącymi klejnotami, z których każdy reprezentował jedno zagarnięte państwo.

Mieli przed sobą wojownika, który olśniewał przepychem. Jego dłonie zsunęły się z poręczy tronu, wykonanych z kłów potężnych bestii żyjących na stepach w głębi kraju, i ułożyły się na podołku, skryte wśród fałd błękitnego jedwabiu, obszytego złotą nicią. Barwnik indygo pochodził z parnych, porośniętych bujnym lasem ziem na zachodzie, z Balruhn, skąd wywodzili się przodkowie Nesryn, aż jej pradziadek, wiedziony ciekawością i ambicją, wyruszył wraz ze swą rodziną przez góry, pustynie i równiny, by dotrzeć do miasta bogów na jałowej północy.

Rodzina Faliq od dawna trudniła się handlem, ale nie zajmowała się towarami luksusowymi. Na ich straganach sprzedawano zwykłe, ale dobre płótno i popularne przyprawy. Wuj Nesryn był nadal handlarzem i dzięki kilku zyskownym inwestycjom zgromadził spory majątek. Jego rodzina mieszkała teraz w pięknym domu w Antice. Bez wątpienia osiągnął więcej niż jej ojciec, który po przeprowadzce do Adarlanu podjął pracę piekarza.

– Rzadko się zdarza, by władca innego państwa wysyłał do mnie tak ważnych gości – odezwał się w końcu kagan. Przemówił w ich języku, a nie w halha, mowie powszechnej na Południowym Kontynencie. – Myślę, że trzeba to uznać za wielki zaszczyt.

Mówił z takim samym akcentem jak jej ojciec, ale w jego głosie brakowało ciepła i wesołości. Przemawiał jak człowiek, który nawykł do wydawania rozkazów i stoczył zaciekłą walkę, by zasłużyć na swą koronę, a do tego kazał stracić dwóch braci, którzy okazali się beznadziejnymi nieudacznikami. Spośród pozostałych trzech jeden udał się na wygnanie, a dwóch pozostałych złożyło bratu przysięgę na wierność, po tym jak uzdrowiciele z Torre stwierdzili ich bezpłodność.

Chaol pochylił głowę.

– To my jesteśmy zaszczyceni, Wielki Kaganie.

Nie użył tytułu „Wasza Królewska Mość”, gdyż ten był przewidziany dla królów i królowych. Nie istniał zresztą tytuł, który oddawałby należytą cześć władcy tak potężnemu poza tym, który nosili jego pierwsi przodkowie.

– My? – zadumał się kagan i przeniósł spojrzenie swych ciemnych oczu na Nesryn. – A co sądzi o tym twoja towarzyszka?

Nesryn opanowała ochotę, by znów się ukłonić. Uświadomiła sobie, że Dorian Havilliard stanowił całkowite przeciwieństwo tego człowieka, a Aelin Galathynius… Nesryn zadała sobie w myślach pytanie, czy młoda królowa nie ma więcej wspólnego z kaganem niż z Havilliardem.

„Za wcześnie na takie refleksje – pomyślała. – Aelin musi najpierw ujść z życiem z tej zawieruchy. Musi zasiąść na tronie”.

Odepchnęła od siebie te myśli, gdy uświadomiła sobie, że Chaol wpatruje się w nią z narastającym napięciem. Wiedziała, że nie stresują go słowa ani towarzystwo. Przygnębiał go sam fakt, że musi unosić głowę ku królowi-wojownikowi zasiadającemu na tronie z kości słoniowej. Czekał go ciężki dzień.

Nesryn pochyliła lekko głowę i rzekła:

– Jestem Nesryn Faliq, kapitan Gwardii Królewskiej Adarlanu. Przejęłam to stanowisko po lordzie Westfallu, który tego lata został wyniesiony przez króla Doriana do rangi Namiestnika.

Cieszyła się teraz, że lata spędzone w Rifthold nauczyły ją, by się nie uśmiechać, nie wzdrygać i nie okazywać strachu. Cieszyła się, że umie mówić wyraźnie i ze spokojem, nawet jeśli kolana nadal jej drżały.

– Moja rodzina wywodzi się stąd, Wielki Kaganie – ciągnęła Nesryn. – Antica nadal włada skrawkiem mojej duszy. – Mówiąc to, ułożyła dłoń nad sercem, na czerwieni i złocie swego munduru, kolorach imperium, przez które jej rodzina nieraz czuła się zaszczuta i niechciana. – Wizyta w twym pałacu, Wielki Kaganie, to największy z zaszczytów w moim życiu.

Niewykluczone, że w istocie tak było. Gdyby zdołała znaleźć czas na wizytę u rodziny, która mieszkała w dzielnicy Runni, cichym zakątku pełnym ogrodów, zamieszkanym głównie przez kupców, jej wuj nie miałby co do tego wątpliwości.

Kagan jednakże uśmiechnął się lekko.

– Pozwól więc, że powitam cię w twojej prawdziwej ojczyźnie, pani kapitan.

Nesryn wyczuła raczej, niż ujrzała rozdrażnienie Chaola. Nie była pewna, co było jego przyczyną. Może fakt, że przedstawiła się tytułem, który kiedyś należał do niego. A może to, że przyznała się do innej ojczyzny.

Pochyliła ponownie głowę, by podziękować władcy.

– Zakładam, że przybyliście po to, by spróbować mnie wciągnąć w tę waszą wojenkę? – Kagan zwrócił się do Chaola.

– Przybyliśmy tu z rozkazu króla – odparł Chaol lapidarnie, choć w jego głosie zabrzmiała duma – i mamy nadzieję, że uda nam się rozpocząć nową erę pokoju i kwitnącego handlu.

Jedno z dzieci kagana, młoda kobieta z włosami niczym falująca noc i oczami pełnymi ognia spojrzała na stojącego obok niej mężczyznę, starszego być może o trzy lata, i skrzywiła się.

Czyli Hasar i Sartaq. Ona urodzona jako trzecia, a on jako drugi, oboje odziani w podobne, luźne spodnie, wyszywane tuniki i wspaniałe, sięgające kolan buty do jazdy konnej. Hasar nie należała do piękności, ale te oczy… Dziki płomień, który w nich tańczył, nadrabiał wszelkie niedostatki urody.

A Sartaq? Brat Hasar dowodził jeźdźcami ruków, należącą do jego ojca kawalerią zwaną rukhin.

Powietrzni jeźdźcy kagana od dawna zamieszkiwali wyniosłe Góry Tavan wraz ze swymi rukami – ogromnymi ptakami, które kształtem przypominały orły, ale były tak potężne, iż mogły poderwać z ziemi konia. Nie miały co prawda rozmiarów i miażdżącej wagi wywern, których dosiadały Żelaznozębne, ale były szybkie, zwinne i sprytne niczym lisy. Stanowiły wspaniałe rumaki dla legendarnych łuczników, którzy ich dosiadali.

Sartaq miał poważną twarz i rozłożyste ramiona. Stał wyprostowany i sprawiał wrażenie, jakby w uroczystych szatach czuł się równie nieswojo jak Chaol. Nesryn zadała sobie pytanie, czy jego ruk, Kadara, zasiadał właśnie na jednym z trzydziestu sześciu minaretów pałacu i przyglądał się przemykającym płochliwie służącym, niecierpliwie czekając na powrót swego pana.

To, że Sartaq był tutaj, oznaczało, że od dawna o wszystkim wiedzieli. Spodziewali się ich przybycia. Porozumiewawcze spojrzenia między bratem i siostrą zdradziły Nesryn wystarczająco wiele. Wyczytała z nich, że przynajmniej ich dwoje zawczasu omówiło przyczyny ich wizyty.

Sartaq przeniósł spojrzenie z siostry na Nesryn, która niemalże natychmiast spuściła wzrok. Miał ciemniejszą skórę od pozostałych, co być może było rezultatem tysięcy godzin spędzonych wysoko nad ziemią, a jego oczy były niemalże czarne, bezdenne i nieprzeniknione. Nie licząc małego warkoczyka, który obwodził jego ucho, nosił rozpuszczone włosy, opadające poniżej muskularnej klatki piersiowej. Zafalowały lekko, gdy pozdrowił Nesryn skinieniem głowy, choć ta mogłaby przysiąc, że była w tym ironia.

Miała wrażenie, że w jego oczach są parą upokorzonych obdartusów z pospólstwa. Oto dumny Adarlan wysyła w poselstwie kapitana kalekę i jego następczynię z gminu. Być może zaszczyt, o którym mówił kagan, był jedynie zawoalowaną zniewagą.

Nesryn oderwała spojrzenie od księcia, choć czuła, że ten wciąż się jej przygląda.

– Przybywamy z darami od Jego Wysokości króla Adarlanu – odezwał się Chaol i obrócił na swym fotelu, by przywołać służących. Królowa Georgina oraz jej dwór przed wyjazdem do górskich posiadłości tej wiosny praktycznie splądrowali skarbiec, a były król przez ostatnie miesiące cichcem wyprowadził z niego sporo z tego, co pozostało. Przed wypłynięciem Chaola i Nesryn Dorian odwiedził krypty pod zamkiem, gdzie przechowywano fundusze królestwa. Nesryn nadal miała wrażenie, że słyszy jego niosące się echem przekleństwa, o wiele bardziej plugawe niż kiedykolwiek wcześniej, gdy odkrył, że zostały w nich właściwie tylko monety.

Aelin jednakże jak zwykle miała plan.

Nesryn stała obok młodego króla, gdy dziewczyna otworzyła dwa kufry w swych komnatach. W środku zamigotała biżuteria godna królowej. Ba, godna Królowej Zabójców.

„Ja mam wystarczające fundusze – odezwała się, gdy Dorian zaczął protestować. – Wręcz kaganowi nieco bogactw, z których Adarlan może być dumny”.

Przez następne dni Nesryn często się zastanawiała, czy Aelin z radością pozbyła się kosztowności, które nabyła jako zabójczyni. Wyglądało na to, że klejnoty z Adarlanu nigdy nie trafią do Terrasenu.

Królowa zaproponowała na odchodnym, by kosztowności przełożyć do czterech mniejszych kufrów, by wyglądało na to, że bogactw jest więcej. Służący rozstawiali je teraz na marmurowej posadzce i unosili wieka, a członkowie dworu przeciskali się, by zobaczyć, co znajduje się w środku.

Po sali poniósł się chór westchnień, gdy wszyscy ujrzeli migoczące klejnoty, złoto i srebro.

– To dar – oznajmił Chaol, widząc, że nawet kagan pochyla się, by przyjrzeć się kosztownościom. – Dar od króla Adarlanu Doriana Havilliarda oraz Aelin Galathynius, królowej Terrasenu.

Na dźwięk drugiego z wymienionych imion księżniczka Hasar spojrzała na Chaola. Książę Sartaq zerknął na ojca. Najstarszy syn, Arghun, zmarszczył brwi, wpatrując się w skrzynie.

Na tle swoich braci i sióstr Arghun wyróżniał się jako polityk, ukochany przez kupców i możnowładców kontynentu. Był mężczyzną szczupłym i wysokim, który miast gromadzić złoto i otaczać się luksusem, wolał zdobywać wiedzę. Zwano go Księciem Szpiegów. Podczas gdy jego dwaj bracia zyskali sławę niepokonanych wojowników, Arghun szkolił swój umysł, a w chwili obecnej nadzorował prace trzydziestu sześciu wezyrów ojca. Dlaczego więc miałby marszczyć brwi na widok takiego skarbu?

A miał przed sobą naszyjniki z diamentami i rubinami. Złote bransolety wysadzane szmaragdami. Kolczyki przypominające małe kandelabry szafirów i ametystów. Pysznie wykute pierścienie, niektóre zdobione klejnotami wielkości jaskółczego jaja. Grzebienie, szpile i brosze. Okupione krwią. Kupione za krew.

Najmłodsze z obecnych w sali dzieci kagana, piękna, zgrabna dziewczyna o imieniu Duva, nachyliła się najniżej. Smukłą dłonią, którą zdobił gruby, srebrny pierścień z szafirem niemalże niepojętych rozmiarów, gładziła swój wydatny brzuch.

Była przypuszczalnie w szóstym miesiącu ciąży, choć jej powłóczyste szaty w ulubionym przez nią różu i fiolecie oraz drobna budowa mogły mylić. Niewątpliwie nosiła pierwsze dziecko, owoc zaaranżowanego małżeństwa z księciem pochodzącym z zamorskiej krainy na dalekim wschodzie. Państwo to graniczyło od południa z Doranelle, a jego władcy, świadomi kaprysów królowej Fae, woleli zabezpieczyć swą przyszłość sojuszem z wielkim imperium za morzem. Nesryn i inni zastanawiali się często, czy to aby nie pierwsza próba rozszerzenia kaganatu na kolejne kontynenty.

Kapitan nie przyglądała się jednak długo życiu, które dojrzewało pod upierścienioną dłonią. Wiedziała bowiem, że jeśli któreś z braci bądź sióstr Duvy zasiądzie na tronie, jego pierwszym zadaniem po spłodzeniu własnych potomków będzie wyeliminowanie każdego, kto stanowi zagrożenie dla jego rządów. Rozpocznie zaś od potomstwa tych braci i sióstr, którzy będą mieli największą ochotę na tron.

Nesryn zastanawiała się, jak Duva to zniesie. Ciekawa była, czy pokochała już dziecko rosnące w jej łonie, czy też była na tyle mądra, by wzbraniać się przed takimi uczuciami. Myślała też o tym, czy ojciec dziecka zrobiłby wszystko, by zapewnić mu bezpieczeństwo, gdyby jego życie było zagrożone.

Kagan w końcu rozparł się na tronie. Jego dzieci wyprostowały się, a dłoń Duvy opadła.

– Oto kosztowności – wyjaśnił Chaol – wykonane przez najwybitniejszych adarlańskich rzemieślników.

Kagan bawił się pierścieniem z cytrynem zdobiącym jego dłoń.

– Jeśli pochodzą ze skarbca Aelin Galathynius, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.

Nesryn i Chaol zacisnęli zęby na ułamek sekundy. Wiedzieli – a raczej podejrzewali – że kagan miał szpiegów na całym świecie. Mieli też świadomość, że przeszłość Aelin może stanowić dla nich trudną przeszkodę.

– Ponieważ nie jesteś jedynie namiestnikiem władcy Adarlanu – ciągnął kagan – ale również ambasadorem Terrasenu, prawda?

– Prawda – przyznał Chaol.

Kagan uniósł się z ledwie zauważalną sztywnością, a jego dzieci natychmiast rozstąpiły się, by mógł zejść po stopniach złotego podwyższenia.

Największy spośród nich, rosły i najwyraźniej o wiele bardziej niepohamowany od milczącego, skupionego Sartaqa, wpatrywał się w tłum, jakby wszędzie wokół szukał ukrytych zagrożeń. Był to Kashin, czwarty w kolejności.

Sartaq dowodził rukami na niebach północy i centrum kraju, a Kashin stał na czele armii lądowych, głównie piechoty i kawalerii. Arghun sprawował władzę nad wezyrami, a Hasar, jeśli wierzyć plotkom, miała posłuch wśród admirałów floty. Niemniej Kashin wyróżniał się na tle rodzeństwa mniejszym wyrafinowaniem. Jego twarz była szeroka i płaska, a czarne włosy, splecione w zwykły warkocz, spływały na plecy. Był zdecydowanie przystojnym mężczyzną, ale trudno się było oprzeć wrażeniu, że żołnierskie życie zdążyło już go naznaczyć i uczynić człowiekiem szorstkim i gwałtownym, przez co być może wydawał się jeszcze bardziej pociągający.

Kagan zszedł z podwyższenia z szelestem ciągnących się za nim szat. Nesryn patrzyła, jak stąpa po zielonym marmurze, i z każdym jego krokiem coraz dobitniej uświadamiała sobie, że idący ku niej mężczyzna niegdyś rozciągnął władzę nie tylko nad rukami na niebie, ale również ogromnymi formacjami kawalerii, a nawet przeciągnął flotę na swoją stronę. Gdy jego matka umierała na wyniszczającą chorobę, której nawet uzdrowiciele z Torre nie byli w stanie zatrzymać, Urus starł się ze swoim starszym bratem w pojedynku na śmierć i życie. Jego zwycięzca miał zasiąść na tronie.

Poprzednia kagan uwielbiała przedstawienia i zadecydowała, że wybrani synowie stoczą swą walkę w amfiteatrze w środku miasta. Wstęp był wolny dla każdego, kto tylko zdołał wedrzeć się do środka, by zająć dla siebie miejsce. Ludzie siedzieli na schodach i łukowatych zwieńczeniach bram, a kolejne tysiące tłoczyły się na ulicach. Na wielkich słupach okalających najwyższy poziom amfiteatru przysiadły ruki z jeźdźcami, a inne krążyły nad areną.

Dwóch kandydatów do tronu walczyło przez sześć godzin.

Zmagali się nie tylko ze sobą, ale też z koszmarami, które przygotowała dla nich matka. Z wielkich klatek, które wyłaniały się niespodziewanie spod posypanej białym piaskiem areny, wyskakiwały potężne koty, a z mroku tuneli wyjeżdżały na nich rydwany z kołami zbrojnymi w obracające się ostrza. Ich woźnice ciskali w walczących włóczniami. Ojciec Nesryn znajdował się wśród owładniętych szaleństwem ludzi na ulicach i słuchał raportów wykrzykiwanych przez tych, którzy wspięli się na kolumny.

Ostatni cios nie był bynajmniej zwieńczeniem brutalnej rozprawy czy też wyrazem nienawiści.

Orda, starszy brat panującego obecnie kagana, nie zauważył włóczni, ciśniętej przez wojownika na rydwanie. Jej cios powalił go ostatecznie po sześciu godzinach krwawej bitwy.

Wówczas Urus odłożył swój miecz. Wokół areny zapadło milczenie. W absolutnej ciszy mężczyzna wyciągnął zakrwawioną dłoń w stronę powalonego brata, chcąc mu pomóc.

Wtedy Orda wydobył ukryty sztylet i cisnął nim prosto w serce przeciwnika.

Chybił nieznacznie.

Raniony Urus wrzasnął z bólu, wyszarpnął broń ze swego ciała i rzucił nią w brata. W przeciwieństwie do niego nie chybił.

Nesryn zastanawiała się, czy na klatce piersiowej idącego ku nim kagana nadal widnieje blizna. Często rozmyślała nad tym, czy nieżyjąca już kagan opłakała śmierć starszego syna w zaciszu swych komnat. A może nigdy nie zdobyła się na to, by pokochać swe dzieci, wiedząc, jaki los jest im pisany.

Urus, Kagan Południowego Kontynentu, zatrzymał się przed Nesryn i Chaolem. Przewyższał dziewczynę o pół głowy. Mimo wieku nadal trzymał się prosto i miał barczyste ramiona, choć gdy pochylił się nad jednym z kufrów, w jego ruchach dało się zauważyć pierwsze symptomy starczej sztywności. Podniósł naszyjnik z diamentami i szafirami, który w jego poznaczonej bliznami dłoni wyglądał jak mieniąca się rzeka.

– Mój najstarszy syn Arghun – odezwał się, wskazując ruchem podbródka wysokiego, czujnego młodzieńca – niedawno przedstawił mi kilka fascynujących faktów na temat królowej Aelin Ashryver Galathynius.

Nesryn czekała na uderzenie. Chaol bez mrugnięcia powieką wytrzymywał spojrzenie Urusa.

Niemniej jednak w czarnych oczach kagana – takich samych jak u Sartaqa, co uświadomiła sobie Nesryn – zatańczyły iskierki rozbawienia.

– Pojawienie się dziewiętnastoletniej królowej – władca zwrócił się do Chaola – powinno budzić niepokój wielu ludzi. Dorian Havilliard nie jest dużo starszy, ale przynajmniej od dziecka był szkolony w rządzeniu. Wie, jak zapanować nad dworem i sterować królestwem po przejęciu tronu. Aelin Galathynius zaś…

Kagan wrzucił naszyjnik z powrotem do kufra. Brzęknął równie głośno jak klinga miecza odbijająca się od kamienia.

– Pewnie wielu ludzi pomyśli sobie, że dziesięć lat zabijania na zlecenie to również jakaś forma doświadczenia.

Dookoła sali tronowej znów poniosły się szepty. Ogniste oczy Hasar niemalże lśniły. Twarz Sartaqa pozostała nieporuszona, czego być może nauczył się od najstarszego brata. Jego szpiedzy, nawiasem mówiąc, musieli w istocie dysponować nie byle jakim talentem, skoro poznali przeszłość Aelin. Sam Arghun wyglądał, jakby miał wielką ochotę uśmiechnąć się przebiegle.

– Może i oddziela nas Wąskie Morze – rzekł kagan do Chaola, którego twarz nawet nie drgnęła – ale nawet my usłyszeliśmy o Celaenie Sardothien. Przynosisz mi klejnoty, które bez wątpienia należały do jej kolekcji. Wręczasz je mnie, kiedy moja córka Duva – zerknął na ciężarną dziewczynę stojącą obok Hasar – nie otrzymała jeszcze daru ślubnego ani od waszego nowego króla, ani też od odnalezionej królowej. Tymczasem każdy inny władca obdarował ją prawie pół roku temu.

Nesryn zatuszowała grymas. Było to w istocie ogromne przeoczenie, które można by usprawiedliwić wieloma faktami, ale żadne z nich nie miało w sobie odwagi, by je teraz przedstawić. Chaol milczał, nie próbując nawet się tłumaczyć.

– Mimo to – podjął kagan – choć przybywacie tu i rzucacie mi pod nogi klejnoty niczym worki z ziarnem, wolałbym chyba usłyszeć prawdę. Zwłaszcza po tym, jak Aelin Galathynius strzaskała wasz szklany zamek, zamordowała poprzedniego króla i przejęła stolicę.

– Skoro książę Arghun jest tak dobrze poinformowany – odezwał się po chwili Chaol z niezmąconym spokojem – być może nie muszę już nic mówić.

Jego wyzywająca postawa i ton głosu wywołały u Nesryn dreszcz lęku.

– Być może w istocie tak jest – odezwał się kagan, a Arghun zmrużył lekko oczy. – Ale myślę, że powinieneś usłyszeć ode mnie kilka prawd.

Chaol bynajmniej się tego nie domagał i nie wydawał się również nimi zainteresowany.

– Doprawdy? – spytał.

Kashin zesztywniał, czym zdradził, iż jest najwierniejszym obrońcą kagana. Arghun wymienił spojrzenia z jednym z wezyrów i obdarzył Chaola wzrokiem żmii gotowej do ataku.

– Opowiem ci o tym, po co tu przybyłeś, lordzie Westfall i Królewski Namiestniku.

Jedynie mewy, kołujące wysoko nad kopułą sali tronowej, ośmieliły się zakłócać ciszę. Kagan zatrzaskiwał jedno wieko po drugim.

– Myślę, że przybyliście tu po to, by namówić mnie do przyłączenia się do wojny. Adarlan jest podzielony, a Terrasen spustoszony. Ci z możnowładców, którym udało się przeżyć, nie będą mieli zbytniej ochoty walczyć dla niedoświadczonej królowej, która przez dziesięć lat opływała w luksusy i kupowała sobie klejnoty za krwawe pieniądze. Lista waszych sojuszników jest krótka i krucha, a książę Perrington dysponuje wielkimi armiami. Pozostałe królestwa na waszym kontynencie również są rozbite i oddzielone od Terrasenu przez wojska księcia. Przybyłeś więc tu na skrzydłach ośmiu wiatrów, by prosić mnie o wysłanie armii na wasze brzegi. By namówić mnie do przelewania krwi za przegraną sprawę.

– Niektórzy uznaliby tę sprawę za szlachetną – zripostował Chaol.

– Jeszcze nie skończyłem. – Kagan uniósł rękę.

Chaol najeżył się, ale umilkł. Serce Nesryn waliło jak młotem.

– Gdyby spytać moich doradców – kagan machnął wzniesioną dłonią ku wezyrom oraz Arghunowi i Hasar – wielu rzekłoby, iż należy trzymać się od tego z daleka. Ba, lepiej byłoby wręcz sprzymierzyć się z siłą, która ma zdecydowanie większe szanse na zwycięstwo, a przez ostatnich dziesięć lat prowadziła z nami zyskowny handel. – Zatoczył dłonią łuk, wskazując kolejnych mężczyzn i kobiety w złotych szatach wezyrów, a także Sartaqa, Kashina i Duvę. – Inni powiedzieliby, że sojusz z Perringtonem to ryzyko, bo kiedyś możemy ujrzeć jego potężne armie w naszych portach. Że ongiś upokorzone królestwa Eyllwe i Fenharrow pod nowymi rządami mogą odzyskać swój splendor i na nowo napełnić nasze kufry złotem. Nie wątpię, iż usłyszę od was taką obietnicę. Zaproponujecie mi zyskowne umowy handlowe, przypuszczalnie stratne dla was, ale powoduje wami desperacja. Nie macie niczego, czego sam bym nie miał. Lub czego nie potrafiłbym odebrać, gdybym zechciał.

Chaol na szczęście nadal się nie odzywał, ale w jego ciemnych oczach wrzał gniew, wywołany cichą groźbą.

Kagan zajrzał do czwartej, wciąż otwartej skrzyni, w której znajdowały się wysadzane klejnotami grzebienie i szczotki oraz zbytkowne buteleczki perfum, dzieło najlepszych szklarzy Adarlanu. Tych samych, którzy wznieśli zamek strzaskany przez Aelin.

– A więc przybyliście, by przekonać mnie do poparcia swej sprawy. Rozważę to podczas waszego pobytu, tym bardziej że bez wątpienia przywiodła was tu również inna przyczyna.

Poznaczona bliznami, ciężka od pierścieni dłoń wskazała fotel, na którym siedział Chaol. Na opalonych policzkach mężczyzny pojawił się rumieniec, ale nawet nie drgnął. Nesryn również zmusiła się do okazania całkowitej obojętności.

– Arghun poinformował mnie o tym, że twe obrażenia są świeże, a odniosłeś je podczas eksplozji szklanego zamku. Wygląda na to, że królowa Terrasenu nie zawsze pamięta o tym, by w porę osłonić swoich sojuszników.

Wszyscy, od książąt aż po służących, wpatrywali się w nogi Chaola. Mięsień drgnął na jego szczęce.

– Wasze stosunki z Doranelle są teraz napięte, również dzięki Aelin Galathynius, przez co Antica staje się jedynym miejscem, w którym możesz szukać dla siebie pomocy. Mam na myśli Torre Cesme. – Kagan wzruszył przy tych słowach ramionami, jak zwykł to czynić za młodu, gdy był jeszcze zuchwałym wojownikiem. – Moja ukochana żona byłaby głęboko poruszona, gdybym odmówił poszkodowanemu człowiekowi szansy na wyleczenie – oznajmił, a Nesryn z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że nigdzie nie widzi cesarzowej. – Oczywiście udzielę wam zgody na wejście do Torre, ale nie mogę zagwarantować, czy uzdrowiciele zechcą się tobą zająć. Nawet ja nie jestem w stanie narzucić swej woli jej mieszkańcom.

Torre, zwana również po prostu Wieżą, znajdowała się na południowym skraju Antiki. Wyrastała ze szczytu największego wzgórza, łagodnie opadającego ku zielonemu morzu, skąd dominowała nad całym miastem. Była siedzibą owianych sławą uzdrowicieli i pomnikiem ku czci Silby, bogini uzdrowicielki. Wśród trzydziestu sześciu bogów, których imperium przyjęło do swego panteonu na przestrzeni dziejów, Silba zajmowała najważniejszą pozycję i nikt nie był w stanie zagrozić jej panowaniu.

Chaol wyglądał, jakby właśnie przełknął gorący węgielek, ale zdołał pochylić głowę.

– Dziękuję ci za twą hojność, Wielki Kaganie.

– Odpocznijcie po podróży. Przekażę uzdrowicielom, że będziesz gotów jutro rano. Skoro sam nie możesz się do nich udać, ktoś z nich przyjdzie do ciebie. O ile się zgodzą.

Palce Chaola drgnęły na kolanie, ale powstrzymał odruch zaciśnięcia pięści. Nesryn nadal wstrzymywała oddech.

– Jestem do ich dyspozycji – wykrztusił Chaol przez ściśnięte gardło.

Kagan zatrzasnął wieko ostatniego kufra.

– Możesz zatrzymać swe prezenty, Królewski Namiestniku i ambasadorze Aelin Galathynius. Nie są mi do niczego potrzebne i nie zainteresowały mnie.

Chaol poderwał głowę, jakby zirytowało go coś w głosie kagana.

– Dlaczego?

Nesryn z trudem zamaskowała wzdrygnięcie. W oczach kagana błysnęło zaskoczenie oraz gniew, a jego dzieci spojrzały po sobie, co zdradziło dziewczynie, że Chaol przesadził. Nikt nigdy nie ośmielił się wypowiedzieć do władcy słów, które brzmiały jak żądanie.

Nesryn jednakże dostrzegła w oczach kagana jeszcze coś. Znużenie.

Po jej plecach spłynął zimny dreszcz, gdy znów pomyślała o białych proporcach spływających z okien w całym mieście. Spojrzała na dziedziców tronu i przeliczyła ich ponownie.

Pięcioro. Nie sześcioro, ale pięcioro.

Z niemal każdego okna królewskiego pałacu zwisało białe sukno, podobnie było w całym mieście. Mieszkańcy Południowego Kontynentu nie zwykli długo opłakiwać swych zmarłych, a na pewno nie tak, jak się to odbywało w Adarlanie, gdzie wszyscy ubierali się na czarno i smucili się przez długie miesiące. Nawet w rodzinie kagana życie wkrótce znów ruszało naprzód, a zmarłych nie zamykano w trumnach czy katakumbach, lecz owijano w biel i pozostawiano pod otwartym niebem w odległej, odciętej od reszty świata enklawie na dalekich stepach.

„Są tu tylko najstarsi – uświadomiła sobie Nesryn. – Nie ma Tumelun, która liczyła sobie zaledwie siedemnaście lat”.

Jej domysł potwierdził po chwili sam kagan, który rzekł do Chaola:

– Wasi szpiedzy są doprawdy beznadziejni, jeśli o niczym nie wiecie.

Po tych słowach wrócił na tron. Wystąpił Sartaq, którego bezdenne spojrzenie wypełnił smutek i żal. Skinął lekko ku Nesryn. A więc to prawda. Nie pomyliła się.

Mocny, przyjemny głos Sartaqa poniósł się po sali:

– Nasza ukochana siostra Tumelun zmarła nieoczekiwanie trzy tygodnie temu.

„Och, na bogów…”.

W istocie nie mieli o niczym pojęcia. Przybyli do królestwa, które dopiero co zakończyło rytuały pogrzebowe i jeszcze nie podniosło się z żałoby. Proszenie ich władcy o pomoc w wojnie było wysoce niestosowne, wręcz niegodziwe…

– Przyjmijcie nasze najgłębsze kondolencje – rzekł pośród absolutnej ciszy Chaol, spoglądając kolejno na każdego księcia i każdą księżniczkę, a na końcu na samego kagana, patrzącego nań ze znużeniem.

– Niech północne wiatry uniosą ją ku lepszym krainom – szepnęła Nesryn.

Dzieci władcy stały nieporuszone, a ich twarze były ściągnięte, zimne. Jedynie Sartaq podziękował im skinieniem.

Nesryn przeniosła wzrok na Chaola. Jej spojrzenie było niemym ostrzeżeniem, by nie pytał o okoliczności śmierci. Odczytał emocje z jej twarzy i skinął głową.

Kagan skrobał palcem jakąś plamkę na swoim tronie z kości słoniowej. Cisza unosząca się nad salą była ciężka niczym płaszcz noszony przez konnych wojowników na północnych stepach dla ochrony przed nieubłaganym wiatrem.

– Przez ostatnie trzy tygodnie nie schodziliśmy z pokładu okrętu – próbował wyjaśnić Chaol, tym razem łagodniejszym głosem.

Kagan nawet nie udawał wyrozumiałości.

– Co w sumie wyjaśnia, dlaczego nie macie pojęcia o innych wydarzeniach. Te zimne klejnoty bardziej przydadzą się wam niż mnie. – Jego usta wykrzywił uśmiech pozbawiony wesołości. – Arghun rozmawiał dziś ze swoim wysłannikiem, który tego poranka również zszedł na ląd. Możecie zapomnieć o królewskim skarbcu w Rifthold. Książę Perrington i jego zastępy latających potworów splądrowali miasto.

Nesryn miała wrażenie, że przygniata ją pusta, dudniąca cisza. Nie była pewna, czy Chaol jeszcze oddycha.

– Nie wiemy, gdzie się znajduje król Dorian, ale oddał miasto wrogom. Jeśli wierzyć plotkom, umknął w noc. Miasto upadło i wszystkie ziemie na południe od Rifthold znalazły się w posiadaniu Perringtona i jego wiedźm.

Przed oczami Nesryn stanęły twarze jej siostrzeńców i siostrzenic, potem ujrzała oblicze siostry i ojca. Zobaczyła ich kuchnię oraz piekarnię. Gruszkowe tarty studzące się na długim, drewnianym stole.

Dorian ich porzucił. Uciekł, ale po co? By znaleźć pomoc? Ratować życie? Odszukać Aelin? Czy Gwardia Królewska również opuściła stanowiska? Czy ktokolwiek walczył o życie niewinnych mieszkańców miasta?

Dłonie jej drżały. Nie przejmowała się tym, co pomyślą sobie ludzie dookoła niej. Niech szydzą, niech się uśmiechają.

Dzieci jej siostry, największa radość w jej życiu…

Chaol patrzył na nią. Jego twarz była całkowicie pusta. Nie było na niej wstrząsu, nie było rozpaczy. Nic.

Czerwono-złoty mundur stał się przyciasny. Zaczynał dusić.

Wiedźmy i wywerny w jej mieście. Potwory ze szponami i żelaznymi zębami, tnące, rozszarpujące, atakujące.

Jej rodzina… Jej rodzina…

– Ojcze. – Sartaq ponownie wystąpił naprzód. Jego onyksowe oczy omiatały raz ją, raz władcę. – Nasi goście mają za sobą długą podróż. Zostawmy politykę na inną okazję – dodał i spojrzał z niechęcią na Arghuna, który wydawał się rozbawiony przyniesionymi wieściami. Cieszyło go to, że rozkołysał podłogę z zielonego marmuru, na której stali jego goście. – Przecież nadal jesteśmy narodem, który słynie z gościnności. Niech odpoczną kilka godzin, a potem zasiądą z nami do kolacji.

Hasar podeszła do Sartaqa, spoglądając z niechęcią na Arghuna. Trudno było stwierdzić, czy pragnie w ten sposób zbesztać brata, czy może jest zła na niego, że nie przekazał wieści jej jako pierwszej.

– Nie dopuśćmy do tego, by ktokolwiek znalazł powód, aby narzekać na naszą gościnę – oznajmiła.

Jej słowa były ujmujące, ale ton głosu chłodny i obojętny. Ojciec patrzył na nich nieco zdeprymowany.

– Otóż to – rzekł i skinął na służących, którzy stali przy przeciwległych kolumnach. – Zaprowadźcie gości do komnat i wyślijcie posłańca do Torre z zapytaniem, czy najlepsza spośród uzdrowicielek, Hafiza, zechciałaby nas odwiedzić.

Nesryn nie słyszała reszty poleceń. Jeśli wiedźmy opanowały miasto, nie będzie już komu walczyć z Valgami, którzy zalęgli się tam na początku lata. Nie było komu chronić jej rodziny, o ile ktokolwiek przeżył.

Nie mogła oddychać, nie mogła myśleć.

Niepotrzebnie wyjeżdżała. Powinna była zostać! Nie powinna była przyjmować awansu. Przecież oni wszyscy mogli już nie żyć bądź właśnie konać.

A co, jeśli umarli? Jeśli nie żyją?

Nie zauważyła nawet służącej, która popchnęła fotel Chaola, ledwie zarejestrowała palce swego towarzysza, które oplotły jej dłoń. Nawet nie ukłoniła się kaganowi, gdy wychodzili z sali tronowej.

Wciąż widziała ich twarze.

Dzieci. Uśmiechnięte dzieci jej siostry z pękatymi brzuszkami.

Powinna była zostać.

3.

Nesryn była w szoku, a Chaol nie mógł podejść do niej, objąć jej ani przytulić do swej piersi. Nie mógł, gdyż dziewczyna, milcząca i zimna niczym upiór, weszła do sypialni ich zbytkownego apartamentu na pierwszym piętrze pałacu i zatrzasnęła za sobą drzwi. Sprawiała wrażenie, jakby nic na świecie nie miało już dla niej znaczenia.

Nie winił jej.

Pozwolił, by służąca – zgrabna młoda dziewczyna z kasztanowymi włosami, które w ciężkich lokach opadały aż po wąską talię – wprowadziła go do sąsiedniej sypialni. Okna komnaty wychodziły na ogród pełen drzew owocowych, bulgoczących fontann i kaskad różowych i fioletowych kwiatów, wylewających się z donic stojących na balkonie nad nimi. Ich gęste pnącza niczym żywa zasłona przesłaniały okna i drzwi balkonowe.

Służąca bąknęła coś o kąpieli – nie władała ich językiem tak dobrze jak kagan i jego dzieci, ale Chaol był daleki od jakiejkolwiek krytyki. Wszak sam nigdy nie opanował w pełni żadnego języka poza ojczystym.

Wślizgnęła się za rzeźbiony, drewniany parawan, który bez wątpienia wiódł do jego pokoju łaziennego, a Chaol wyjrzał z komnaty. Po drugiej stronie przedpokoju wyłożonego jasnym marmurem widział zatrzaśnięte drzwi do sypialni Nesryn.

Nie powinni byli wyjeżdżać. Nie byłby w stanie wiele zdziałać podczas ataku, ale… Niewiedza była czymś straszliwym. Widział, jakie pustki poczyniła w sercu Nesryn, i czuł, że sam nie znosi jej lepiej.

Dorian przeżył, wmawiał sobie. Wydostał się. Uciekł. Dowiedzieliby się przecież, gdyby znalazł się w szponach Perringtona, czy raczej Erawana. Książę Arghun wiedziałby o wszystkim.

Jego miasto zostało splądrowane przez wiedźmy.

Zastanawiał się, czy to Manon Czarnodzioba poprowadziła atak. Chaol przypomniał sobie wszystkie spotkania z Przywódczynią Skrzydła i próbował ustalić, kto jest czyim dłużnikiem. Aelin darowała Manon życie w świątyni Temis, a wiedźma przekazała im istotne informacje o Dorianie zniewolonym przez Valgów. Czy ich porachunki zostały wyrównane? Czy ich wspólna przeszłość zbliżyła ich do siebie na tyle, by mogli się nazywać sojusznikami?

Nie było sensu żywić nadziei, że Manon zwróci się przeciwko Morath. Chaol odmówił jednak w duchu modlitwę do każdego boga, który miałby ochotę go słuchać, by chronił jego króla i bezpiecznie doprowadził go do przyjaźniejszych portów.

Wierzył w to, że Dorianowi się uda. Był zbyt sprytny i obdarzony zbyt wielką mocą, by ponieść porażkę. Z żadną inną alternatywą Chaol nie chciał się godzić.

„Dorian żyje i jest bezpieczny. Albo właśnie zmierza do bezpiecznego miejsca” – powtórzył w myślach i obiecał sobie, że przy pierwszej dogodnej okazji spróbuje wycisnąć więcej informacji z najstarszego księcia. Nie interesowało go, czy Arghun jest w żałobie, czy też nie. Musiał się dowiedzieć wszystkiego, co wiedział książę. Potem zaś poprosi ową służącą, by przepytała załogi wszystkich statków w porcie i dowiedziała się jak najwięcej o ataku.

Nie padło ani jedno słowo o Aelin. Nikt nie wspomniał o tym, gdzie była i co robiła. Aelin, która równie dobrze mogła zaprzepaścić jego szanse na ten sojusz.

Pochylił głowę, zacisnął zęby i trwał w tej pozie dłuższą chwilę, aż otworzyły się drzwi i do środka wtargnął wysoki, barczysty mężczyzna. Szedł krokiem człowieka, który włada tym miejscem, co jak uzmysłowił sobie Chaol, pewnie było prawdą.

Książę Kashin przybył sam i nie miał przy sobie broni, choć poruszał się z pewnością siebie człowieka, który głęboko wierzy w swe zdolności oraz siłę.

„Ja też tak kiedyś kroczyłem po korytarzach Rifthold” – pomyślał Chaol.

Pochylił głowę, witając nieoczekiwanego gościa, a ten zatrzasnął drzwi i otaksował go uważnie spojrzeniem od stóp do głów, jak to zwykł czynić wojownik, który spotyka innego wojownika. Gdy brązowe oczy napotkały wreszcie wzrok Chaola, książę odezwał się w mowie Adarlanu:

– Kalectwo tego typu nie jest tu niczym nadzwyczajnym. Widziałem wielu takich jak ty, zwłaszcza wśród plemion jeźdźców. Stamtąd wywodzi się moja rodzina.

Chaol nie miał ochoty rozmawiać o tym, co mu się przytrafiło, ani z księciem, ani z kimkolwiek innym. Pokiwał więc głową i powiedział:

– Tak, z całą pewnością.

Kashin przechylił głowę i raz jeszcze mu się przyjrzał. Ciemny warkocz zsunął się za muskularne ramię. Być może domyślił się, że Chaol woli nie poruszać tego tematu, gdyż rzekł:

– Mój ojciec rzeczywiście życzy sobie, byście oboje dołączyli do nas przy kolacji. Co więcej, pragnie, byście nam towarzyszyli każdego wieczoru. Zajmiecie miejsca przy stole na podwyższeniu.

Dygnitarz odwiedzający ościenne mocarstwo często otrzymywał tego typu zaproszenie. Posiłek zjedzony przy stole kagana sam w sobie był ogromnym zaszczytem, ale dlaczego władca wysłał syna, by przekazał jego wolę? Chaol starannie przemyślał swoją odpowiedź, ale ostatecznie zdecydował się na największą oczywistość:

– Dlaczego?

Przecież krewni kagana po utracie najmłodszego członka rodziny na pewno chcieli spędzić kilka chwil we własnym gronie. Chaol nie widział powodu, dla którego mieliby zapraszać kogoś obcego do stołu.

Książę zacisnął zęby. Najwidoczniej, w przeciwieństwie do starszego rodzeństwa, nie miał wprawy w maskowaniu uczuć.

– Arghun donosi, że w naszym pałacu nie ma szpiegów księcia Perringtona. Nie podzielam tego przekonania. A Sartaq… – Kashin urwał na moment, jakby nie chciał mieszać we wszystko swego brata i potencjalnego sojusznika, po czym skrzywił się. – Nie bez powodu zdecydowałem się żyć wśród żołnierzy – dodał. – Wszystkie te dworskie intrygi…

Chaol miał wielką ochotę przyznać, że się z nim zgadza, gdyż podobne wrażenie towarzyszyło mu przez całe życie, ale zamiast tego spytał:

– Sądzisz, że szpiedzy Perringtona przeniknęli jednak na wasz dwór?

Ile tak naprawdę Kashin czy Arghun wiedzieli o Perringtonie i jego podwładnych? Czy znali prawdę o królu Valgów, który zamieszkał w ciele księcia, oraz o dowodzonych przez niego armiach rodem z najgorszego koszmaru? Postanowił na razie zachować tę wiedzę dla siebie. Być może, jeśli kagan i Arghun nie mieli o tym pojęcia, zdoła ją w jakiś sposób wykorzystać.

Kashin potarł się po szyi.

– Nie wiem, czy to jest ktoś od Perringtona, czy też z Terrasenu, Melisande czy Wendlyn. Wiem tylko, że moja siostra nie żyje.

Serce Chaola na moment przestało bić, ale zebrał się na odwagę i spytał:

– Jak do tego doszło?

W oczach księcia wojownika zamigotał żal.

– Tumelun była zawsze niesforną dziewczyną, nieco dziką i niespokojną. Często popadała w skrajne nastroje. Jednego dnia była szczęśliwa i roześmiana, a kolejnego zamknięta w sobie i zrezygnowana. Ludzie mówią… – Urwał na moment i przełknął ślinę. – Mówią, że z tego właśnie powodu zeskoczyła z balkonu. Duva i jej mąż znaleźli ją późnym wieczorem.

Śmierć w rodzinie zawsze była strasznym przeżyciem, ale samobójstwo…

– Przykro mi – rzekł cicho Chaol.

Kashin potrząsnął głową. Blask słońca z ogrodu odbił się od jego czarnych włosów.

– Nie wierzę w to. Moja Tumelun nigdy by nie skoczyła z balkonu.

Moja Tumelun. Te słowa wystarczyły, by opisać więź, która łączyła księcia z siostrą.

– Podejrzewasz więc jakąś nieczystą grę?

– Wiem tylko tyle, że jej nastroje nie miały znaczenia. Znałem ją. Znałem ją równie dobrze jak własne serce. – Kashin nakrył pierś dłonią. – Ona nigdy nie targnęłaby się na własne życie.

– Jest mi niezmiernie przykro z powodu twojej straty – Chaol wypowiedział starannie przemyślane słowa – ale czy masz jakiś powód, by podejrzewać obce królestwo o zorganizowanie zamachu? Dlaczego mieliby to zrobić?

Kashin przeszedł kilka kroków.

– Nikt z naszych rodaków nie byłby na tyle głupi.

– Cóż, nikt w Terrasenie czy Adarlanie również by się na to nie poważył, nawet jeśli korzyścią byłoby przeciągnięcie was na naszą stronę w wojnie.

Kashin przyglądał mu się przez jedno uderzenie serca.

– Nawet królowa, która kiedyś sama była zabójczynią?

Chaol nie zdradził ani śladu emocji.

– Aelin była zabójczynią, to prawda, ale od zawsze wyznaczała sobie granice, których nigdy nie przekroczyła. Zabijanie bądź kaleczenie dzieci zajmuje pierwszą pozycję na jej liście.

Kashin zatrzymał się przed komodą i poprawił pozłacane pudełko stojące na wypolerowanej, czarnej powierzchni.

– Wiem. Czytałem o tym w raporcie przedstawionym mojemu bratu. Opisano tam szczegółowo jej metody działania.

Chaol mógłby przysiąc, że książę zadrżał, nim dodał:

– Wierzę ci.

Bez wątpienia właśnie z tego powodu mężczyzna prowadził z nim tę rozmowę.

– A to skraca listę kandydatów do zamachu. Perrington zaś znajduje się na pierwszym miejscu.

– Ale dlaczego ktoś miałby zabijać twoją siostrę?

– Nie wiem. – Kashin zrobił jeszcze kilka kroków. – Była młoda, prostoduszna, jeździła wraz ze mną z Darghanami, jeźdźcami z klanu naszej matki. Nie miała jeszcze własnej sulde.

Chaol zmarszczył brwi. Widząc to, książę pospieszył z wyjaśnieniami:

– To włócznia, którą dzierżą wszyscy wojownicy Darghanów. Tuż pod ostrzem zawiązujemy pasma włosia naszego ulubionego konia. Nasi przodkowie wierzyli w to, że owe pasemka, unosząc się na wietrze, wskazują miejsce, gdzie czeka na nas przeznaczenie. Niektórzy spośród nas nadal wierzą w takie rzeczy, ale nawet ci, którzy uważają to za zwykłą tradycję, nigdy się nie rozstają ze swą włócznią. W tym pałacu znajduje się dziedziniec, gdzie ja oraz moi bracia i siostry wbiliśmy swe sulde, by nawet tu, u boku ojca, oddawać je powiewom wiatru. Niemniej po śmierci… – W jego oczach znów pojawił się cień żalu. – Po śmierci jednego z nas jego włócznia staje się jedynym przedmiotem, który zatrzymujemy. Dusza wojownika Darghanów mieszka w niej po wsze czasy, przeto wbijamy ją w ziemię stepu w naszej świętej krainie. – Książę zamknął oczy. – A jej dusza będzie błąkać się z wiatrem.

Nesryn powiedziała wcześniej coś podobnego.

– Bardzo mi przykro – powtórzył Chaol.

Kashin otworzył oczy.

– Niektórzy spośród moich braci i sióstr nie podzielają moich podejrzeń. Inni zgadzają się ze mną. Mój ojciec… Cóż, on jeszcze nie podjął decyzji. Matka jest wciąż pogrążona w głębokiej rozpaczy i nie opuszcza swych komnat. Nie chcę nawet wspominać przy niej o moich domysłach, by… Nie, nie byłbym w stanie jej tego zrobić. – Potarł swą mocną szczękę. – Przekonałem więc ojca, by zaprosił was na wszystkie kolejne kolacje w ramach gestu dyplomatycznego. Chciałbym jednak, byś patrzył dookoła oczami człowieka z zewnątrz. Byś opowiadał mi o wszystkim, co wzbudzi twoje podejrzenia. Może zauważysz coś, czego my nie widzimy.

„A więc mam im pomóc – pomyślał Chaol. – A być może sam również w zamian otrzymam pomoc”.

– Jeśli pokładasz we mnie tak wielkie zaufanie i mówisz mi o tym wszystkim, dlaczego po prostu nie zgodzisz się poprzeć nas w wojnie? – spytał szorstko.

– Nie ja o tym decyduję. Nie ja wyciągam wnioski – odparł Kashin z dystansem doświadczonego żołnierza i rozejrzał się po apartamencie, jakby poszukiwał ukrytych tu wrogów. – Wyruszam do boju jedynie na rozkaz ojca.

Gdyby agenci Perringtona już się tu znaleźli, gdyby nie było wątpliwości, że to Morath stoi za śmiercią księżniczki… Cóż, to byłoby zbyt łatwe. Kagan bez wahania połączyłby siły z Dorianem i Aelin. Perrington, a raczej Erawan, był na to zbyt sprytny.

Ale jeśli Chaol właśnie stawał przed szansą przeciągnięcia dowódcy armii lądowych kagana na swoją stronę…

– Ja trzymam się z daleka od takich gier, lordzie Westfall – rzekł Kashin, rozszyfrowując blask w oczach Chaola. – Spróbuj zdobyć poparcie mojego rodzeństwa.

Chaol postukał palcami w poręcz krzesła.

– Czy miałbyś dla mnie jakieś rady w tym zakresie?

Kashin parsknął i uśmiechnął się lekko.

– Nie jesteś pierwszym, który o to pyta. To samo pytanie zadawali przed tobą już inni, przybysze z królestw o wiele bogatszych od twojego. Niektórym się to udało, innym nie.

Zerknął na nogi Chaola, a w jego oczach na moment błysnęło współczucie. Widząc to, mężczyzna zacisnął dłonie na poręczach fotela. Nie życzył sobie takich spojrzeń od człowieka, w którym widział wojownika.

– Mogę ci tylko życzyć powodzenia – rzekł książę i ruszył ku drzwiom, stawiając długie kroki.

– Jeśli Perrington ma tu agenta – odezwał się Chaol, gdy Kashin dotarł do drzwi – zapewne już wiesz, że każdy człowiek w tym pałacu znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie. Musisz podjąć działanie.

Kashin oparł dłoń na rzeźbionej klamce i zerknął przez ramię.

– A dlaczego, twoim zdaniem, poprosiłem przybysza z obcego królestwa o pomoc?

Gdy wyszedł, jego słowa nadal wisiały w słodkim powietrzu. W tonie głosu księcia nie było okrucieństwa, nie był też obraźliwy, ale Chaola poruszyła typowa dla wojowników szczerość, która w nim pobrzmiewała.

Próbował uspokoić oddech, podczas gdy jego myśli rozpoczęły dziką gonitwę. Nigdzie nie widział czarnych pierścieni ani naszyjników, ale z drugiej strony wcale się za nimi nie rozglądał. Nawet do głowy mu nie przyszło, że cień Morath może paść aż tak daleko.

Podrapał się po klatce piersiowej. Musiał uważać. Naprawdę musiał uważać na tym dworze zarówno na to, co mówił przy innych, jak i na to, co padało z jego ust w tej komnacie.

Wciąż wpatrywał się w zamknięte drzwi, zastanawiając się nad tym, co usłyszał od Kashina, gdy pojawiła się służąca. Przebrała się już i zamiast spodni i tuniki miała teraz na sobie zawiązaną w pasie szatę z najcieńszego, najszlachetniejszego jedwabiu. Nie pozostawiała ona nic wyobraźni.

Chaol miał wielką ochotę zawołać Nesryn, aby mu pomogła, ale stłumił w sobie tę chęć.

– Mycie. Tylko mycie – powiedział wyraźnie i najbardziej stanowczo, jak umiał.

Służka nie okazała ani cienia wahania czy skrępowania.

– Nie podobam ci się? – spytała, dając Chaolowi do zrozumienia, że robiła to wielokrotnie wcześniej. Pytanie było szczere i konkretne. Płacono jej godziwie, podobnie jak innym służącym w pałacu i praca była jej wyborem. Gdyby zrezygnowała, na jej miejsce błyskawicznie znalazłaby się inna.

– Podobasz mi się – odparł Chaol. Nie było to do końca kłamstwo, ale na wszelki wypadek patrzył jej prosto w oczy. – Bardzo – dodał. – Ale ja jedynie chcę się wykąpać. Nie chcę niczego od ciebie.

Oczekiwał po niej wdzięczności, ale nieporuszona służąca jedynie skinęła głową. Musiał uważać na to, co mówi nawet przy niej. Musiał uważać na wszystko, o czym będą z Nesryn rozmawiać w tych pokojach.

Za zamkniętymi drzwiami sypialni Nesryn nadal nie było słychać żadnego ruchu, skinął więc na służącą, by popchnęła jego fotel na kółkach do pokoju łaziennego, gdzie unosiły się już kłęby pary.

Fotel dawał się płynnie prowadzić zarówno po dywanie, jak i kafelkach, zakręty wokół mebli również nie nastręczały trudności. Nesryn znalazła go tuż przed wyjazdem w pustych katakumbach zamku w Rifthold, ongiś zajmowanych przez uzdrowicieli. Wyglądało na to, że była to jedna z nielicznych rzeczy, które uciekający uzdrowiciele pozostawili po sobie.

Był lżejszy i zwrotniejszy, niż Chaol z początku sądził, a wielkie koła obracały się bez trudu, nawet gdy osobiście łapał za przymocowane do nich okrągłe obręcze, by się przemieszczać bez niczyjej pomocy. W przeciwieństwie do sztywnych, nieruchawych foteli, które zdarzało mu się czasami widywać, ten dodatkowo zaopatrzony był w niewielkie kółka zamontowane pod drewnianym oparciem dla stóp, które mogły się obracać we wszystkie strony. Nic więc dziwnego, że pchany przez służącą wózek płynnie skręcił do wypełnionego parą pokoju.

Większość przestrzeni zajmował wielki, pełen po brzegi basen. Powierzchnia wody, na której tu i ówdzie unosiły się płatki kwiatów, lśniła od olejków. Niewielkie okienko na przeciwległym brzegu wychodziło prosto na zielony ogród, tu i ówdzie kłęby pary opromieniał blask świec.

Luksus. Nieskończony luksus, podczas gdy jego miasto cierpiało. Podczas gdy błagało o pomoc, a ta nie nadchodziła. Dorian na pewno by go nie opuścił. Jedynie całkowita klęska i brak nadziei na przeżycie skłoniłyby go do ucieczki. Chaol zastanawiał się, czy jego magia aby nie miała z tym jakiegoś związku.

Czuł w kościach, że Dorianowi nic nie będzie. Wierzył w to, że dotrze w bezpieczne miejsce i odnajdzie sojuszników, choć w brzuchu nadal mu się przewracało. Nie mógł zrobić dla swego króla nic poza wykuciem nowego sojuszu. Głosy w jego duszy krzyczały na niego i namawiały go do powrotu do Adarlanu i odnalezienia Doriana, ale postanowił, że będzie się trzymał wyznaczonego kursu.

Ledwie zaważył, że służąca zdjęła mu buty. Kurtkę i koszulę mógł ściągnąć sobie sam, ale nie przeszkadzał jej. Otrząsnął się z zadumy, dopiero gdy zaczęła zdejmować mu spodnie. Pochylił się, zaciskając zęby, i przez moment zmagali się z nimi wspólnie. Gdy sięgnęła ku jego bieliźnie, złapał ją za nadgarstek.

Między nim a Nesryn nadal nie doszło do żadnego zbliżenia. Podjął próbę trzy dni temu na statku, ale nie skończyło się to dobrze i nie chciał podejmować kolejnej. Nie oznaczało to jednak, że nie miał na to ochoty. Budził się rano ze świadomością, że rozpaczliwie jej pragnie, tym bardziej że dzielili jedną kajutę, niemniej jednak ani na moment nie zapominał o tym, że jest kaleką. Deprymowała go myśl, że nie może już wziąć jej tak jak kiedyś.

Wystarczyło, że sobie o tym przypomniał, a pożądanie znikało samo.

Choć z drugiej strony czuł ulgę, że niektóre części jego ciała pozostawały bez wątpienia sprawne.

– Dam sobie radę – rzekł i nim służąca zdołała choćby drgnąć, napiął mięśnie ramion i pleców, po czym zaczął zsuwać się z fotela. Był to mało spektakularny proces, wypracowany podczas długich tygodni podróży.

Od ścian komnaty odbiło się metaliczne szczęknięcie, gdy zablokował hamulec. Kilkoma zdecydowanymi ruchami przesunął się na skraj fotela, zdjął stopy z drewnianego oparcia, ustawił je na podłodze i skręcił nieco w lewo. Prawą rękę zacisnął na skraju fotela przy kolanach, a lewą, zwartą w pięść, oparł na chłodnej, wilgotnej od pary posadzce. Była śliska…

Służąca podeszła, rozłożyła przed nim gruby, biały ręcznik i cofnęła się. Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością, a potem przesunął lewą dłoń na ręcznik. Wciągnął powietrze i nadal trzymając się fotela, prawą ręką ostrożnie zsunął się na ziemię, uginając kolana.

Wylądował twardo, ale przynajmniej znalazł się bezpiecznie na podłodze. Nie przewrócił się, tak jak to miało miejsce kilkanaście razy podczas pierwszych prób na statku. Ostrożnie podpełzł do skraju schodów, prowadzących w głąb basenu, i umieścił stopy w ciepłej wodzie.

Służąca weszła do wody chwilę później, pełna gracji niczym czapla. Jej przejrzysta szata stała się niemalże niematerialna, gdy przeniknęła ją wilgoć. Jej dłonie, delikatne, ale mocne, ujęły go mocno i pomogły mu zejść głębiej, aż woda sięgnęła mu do ramion. Jej pełne, spiczaste piersi znajdowały się na wysokości jego oczu.

Dziewczyna najwyraźniej tego nie zauważała, a on natychmiast odwrócił głowę ku oknu. Kątem oka widział, jak służąca sięga po niewielką tackę z kosmetykami, która stała przy skraju basenu. Znajdowały się na niej olejki, szczotki i miękka, wygodna odzież.

Gdy była odwrócona, Chaol zdjął majtki. Plasnął nimi głośno o brzeg basenu.

Nesryn nadal nie wychodziła z sypialni.

Chaol zamknął więc oczy i poddał się zabiegom służącej, zastanawiając się przy tym, cóż on teraz, do licha ciężkiego, pocznie.