Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 433 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szklany pokój - Ann Cleeves

Inspektor Vera Stanhope niełatwo zawiera przyjaźnie, ale nowi sąsiedzi dostarczają jej ciekawych rozmów i… mocnych trunków domowej roboty. Nagle sąsiadka znika. Vera postanawia ją odszukać – na własną rękę…


Szybko trafia na zaginioną w Domu Pisarza, nadmorskim ośrodku, gdzie ambitni literaci szlifują swój talent. Tymczasem w oranżerii Domu zostają znalezione zwłoki znanego krytyka literackiego, a znajoma Very przyłapana z nożem w ręce.


Vera rozpoczyna śledztwo, choć wie, że powinna przekazać je komuś innemu. Jest zbyt blisko związana z główną podejrzaną. Mimo to prowadzi dochodzenie…

 


Wydaje się, że za zabójstwem nie kryje się żaden motyw. Ale po kolejnym morderstwie Vera zaczyna podejrzewać, że ktoś się z nią bawi. Gdzieś czai się morderca, który zbrodnie ze stron powieści przenosi
w rzeczywistość…

Opinie o ebooku Szklany pokój - Ann Cleeves

Fragment ebooka Szklany pokój - Ann Cleeves

Korekta

Joanna Egert-Romanowska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© ITV Studios/Helen Turton

Tytuł oryginału

The Glass Room

Copyright © 2012 by Ann Cleeves

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5226-1

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Vera Stanhope wysiadła ze starego land rovera Hectora i jak zawsze zastrzykało jej przy tym w kolanach. Land rover Hectora. Ojciec nie żył od lat, ale ona wciąż uważała, że auto jest jego. Na chwilę przystanęła, żeby popatrzeć na rozciągającą się w dole dolinę. Kolejna rzecz, którą zostawił jej ojciec: dom. Pieprzyć to, pomyślała, może ze względu na dom powinna mu wybaczyć. Był październik, dni stawały się krótsze. W powietrzu unosiła się woń palonego drewna i chłodu. Drzewa w większości były już ogołocone z liści, łabędzie powróciły do zatoczki.

Po drodze z pracy zajechała do supermarketu na obrzeżach Kimmerston, dlatego na miejscu dla pasażera piętrzyły się torby z zakupami. Przepełnionym poczuciem winy spojrzeniem powiodła dokoła, żeby się przekonać, czy teren jest czysty. Jej dbający o ekologię sąsiedzi nie akceptowali używania plastiku, a po całym dniu w biurze nie miała ochoty wysłuchiwać płomiennych mów o ratowaniu planety. Ale na podwórku u sąsiadów nie było nikogo, nie licząc kilku podszczypujących zielsko kur. Nic też nie było słychać, a gdyby Jack pracował w szopie, docierałaby stamtąd głośna rockowa muzyka. Lub zawodzący blues. Vera wyciągnęła torby z samochodu i postawiła je na schodku przed drzwiami, żeby poszukać kluczy.

Ale drzwi nie były zamknięte. Przebiegł ją dreszcz niepokoju połączony z ekscytacją. Niemożliwe, żeby wyszła do pracy, nie zamknąwszy drzwi. Nigdy nie wierzyła w te romantyczne gadki, że na wsi jest tak bezpiecznie, że można wszystko zostawiać otwarte. Na terenach wiejskich też dochodziło do przestępstw. Czytała raporty i wiedziała, że w tych milusich szkołach w Northumberland, do których chodziły dzieciaki z rodzin klas średnich, zażywa się tyle samo narkotyków, co w szkołach w mieście. Tylko nauczyciele lepiej tu trzymali języki za zębami. Pchnęła drzwi łokciem, myśląc sobie, że włamanie to naprawdę ostatnia rzecz, jakiej jej trzeba. Nie miała wiele do ukradzenia. Każdy szanujący się włamywacz wykrzywiłby nos na jej ciuchy z Oxfam[1], żałosny pecet i dziesięcioletni telewizor. Ale niedobrze jej się robiło na myśl, że ktoś łazi po jej domu. Poza tym musiałaby wezwać kryminalnych, a oni zostawiliby dom w chaosie, wszystko byłoby obsypane proszkiem daktyloskopijnym. Potem wróciliby do biura i opowiadali, w jakim syfie mieszka.

Pomimo swoich kilogramów poruszała się cicho. Nauczyła się tego w dzieciństwie. Zatrzymała się w holu i nasłuchiwała. Po domu nikt nie chodził. Chyba że włamywacze poruszali się tak samo bezgłośnie jak ona. Nagle coś jednak usłyszała: trzask pękającego drewna, syczenie iskier. Ktoś napalił w kominku. Zapach dymu docierał z jej domu, a nie z domów w dolinie, jak pierwotnie sądziła. Ale to na pewno nie był ogień niekontrolowany. Dym nie docierał do reszty pokojów. Nie było szalejących płomieni. W miejscu, gdzie stała, nie czuła gorąca.

Otworzyła drzwi małego salonu i ujrzała Jacka, sąsiada, siedzącego w najwygodniejszym fotelu. Tym, w którym zawsze siadywał Hector. Podpalił drewno, które wcześniej przygotowała, i teraz wpatrywał się w płomienie. Zdumienie i uczucie schodzącego z niej napięcia, jakie ją ścisnęło, gdy wchodziła do domu, wywołały w niej gniew. Cholerni hippisi! Dała im klucz, w razie gdyby coś się działo, a nie żeby przychodzili do niej, kiedy im się zachce. Kompletny brak poszanowania granic.

– A co ty tu robisz, do jasnej cholery?

Jack spojrzał na nią i zobaczyła, że płacze. Zaklęła pod nosem. Co się stało? Kłopoty w domu? Rodzinna kłótnia? Popełniła błąd, że się zaprzyjaźniła z sąsiadami. Wpuść ludzi do swojego życia, a od razu będą czegoś chcieli. Nienawidziła, kiedy ktoś czegoś od niej oczekiwał.

Potem przypomniała sobie, jak Jack i Joanna oczyszczali jej podjazd ze śniegu, żeby mogła pojechać do pracy. Jak, gdy musiała się napić, zakradała się do ich domu, żeby wykraść butelkę samogonu. Przypomniały jej się wieczory u nich, gdy przy dobrym jedzeniu siedzieli w trójkę w kuchni, śmiejąc się z durnych dowcipów.

Jack kiwnął głową w stronę kominka.

– Wybacz – mruknął. – Było cholernie zimno, a gdy już postanowiłem, że z tobą porozmawiam, nie chciałem czekać w domu.

– O co chodzi, Jack? Co się stało?

Pokręcił głową.

– Chodzi o Joannę. Nie wiem, gdzie jest.

Jack był liverpoolczykim, miękkim i sentymentalnym. Kiedyś służył w marynarce handlowej, opłynął cały świat, znał historie, którymi potrafił zabawiać do białego rana. Później zamarzyło mu się wygodniejsze życie, więc gdy skończył czterdziestkę, kupił kawałek ziemi obok domu Very. Chłopak z miasta, ze wsią miał kontakt tylko raz do roku, gdy odwiedzał coroczny festiwal w Glastonbury, a jednak jakoś dawał radę. Pracował od świtu do zmierzchu, a nawet dłużej. Czasami, wracając do domu blisko północy po trudnym dochodzeniu, Vera słyszała, że sąsiad jest w szopie, i zaglądała tam, żeby powiedzieć „dobranoc”. I ten przelotny kontakt pozwalał jej wierzyć, że koledzy się mylili. Miała przyjaciół i życie poza pracą.

– Co to znaczy, że nie wiesz? – Starała się nie okazywać zniecierpliwienia, ale zawsze na widok płaczącego mężczyzny miała ochotę dać mu w pysk.

– Nie ma jej od dwóch dni. Nie odezwała się słowem. Myślę, że jest chora. Nie chce o tym rozmawiać.

– Chora na co? – Chwila ciszy. – Rak? – Matka Very zmarła na raka, kiedy Vera była dzieckiem. Dlatego nadal czuła niepokój, gdy miała wypowiedzieć to słowo.

Jack pokręcił głową. Siwiejące włosy miał spięte w kucyk.

– Chyba chodzi o jej stan psychiczny. Depresja. Wyjechała w poniedziałek, kiedy byłem na targu w Morphet. Musiała wezwać taksówkę. Mówiła, że potrzebuje przestrzeni.

– Wspominała wcześniej, że chce odejść?

Znowu pokręcił głową.

– Zostawiła liścik. – Z kieszeni dżinsów wyciągnął kawałek kartki, położył na stoliku obok, przesuwając kubek z pięciodniowymi fusami po kawie, żeby Vera mogła zobaczyć.

Vera rozpoznała charakter pisma. Joanna często komunikowała się z nią za pomocą liścików. Fioletowy tusz, nieskazitelne pochyłe pismo, spiczaste, pięknie wykaligrafowane. Szambo wybrane, Paczka w stodole, Wpadniesz wieczorem na kolację? Tym razem wiadomość brzmiała: Wyjeżdżam na kilka dni. Potrzebuję przestrzeni. Zupa w garnku. Nie martw się o mnie. Brak podpisu, nawet „J” lub choćby „x”.

– Kilka dni – rzuciła Vera. – Ona wróci. Albo zadzwoni.

Jack popatrzył na nią ponuro.

– Ostatnio nie brała lekarstw.

– Jakich? – Vera wiedziała, że Jack pali trawkę. Ich dom cały nią śmierdział. Czasami po zbyt wielu piwach, kiedy był u niej, skręcał ogromnego skręta, nie myśląc o tym, że ją naraża. Raz nawet zaproponował jej jednego. Kusiło ją, ale odmówiła. Wiedziała, że ma osobowość skłonną do uzależnień; lepiej mieć legalne nałogi. Przypuszczała, że Joanna też pali, ale nie pamiętała, żeby widziała ją ze skrętem. Trucizną Joanny było czerwone wino pite z dużego kieliszka firmy Bristol Blue Glass. „Moje jedyne dziedzictwo” – powiedziała kiedyś, podnosząc kieliszek do światła. „Tylko to mi zostało z domu”.

– Pigułki – rzekł Jack. – Lit. Na zachowanie równowagi.

– I dlatego tak się martwisz?

– Martwię się od tygodni. Dziwnie się zachowywała. Nie odzywała się. A teraz zniknęła.

Dla Very, gdy tylko poznała parę, było jasne, że Jack uwielbia Joannę. Ciągle na nią zerkał, pławił się w jej obecności. Joanna była ciężkiej budowy, długie włosy o barwie kukurydzy nosiła związane w opadający na plecy warkocz. Miała dramatycznie ciemne brwi. Usta szerokie, oczy duże, brązowe. Wszystko w niej było duże i obfite – również dłonie i stopy. Nosiła czerwone skórzane buty o półokrągłych czubkach, pstrokate ogrodniczki i robione na drutach swetry w jaskrawych kolorach. Gdyby Vera miała ją opisać jednym słowem, wybrałaby określenie „wesoła”. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że Joanna może być w depresji. Może nawet przeciwnie – czasami zbyt głośno się śmiała, zawsze ostatnia wychodziła z przyjęć, wszystkich całując i ściskając. Vera myślała, że w przeszłości Joanna albo występowała w teatrze, albo była artystką. Albo damą. Mówiła jak arystokratka takim głosem, jakie się słyszało w BBC w latach sześćdziesiątych. Ale nikt nigdy nie wspominał o jej życiu, zanim zeszła się z Jackiem.

Vera wróciła po torby, które wciąż stały na schodach przed drzwiami, i z jednej wyciągnęła dwie butelki piwa. Obok kubka na stoliku leżał otwieracz. Mogła się pożegnać z domowymi planami na wieczór: zmianą pościeli, wrzuceniem do pralki kilku ręczników.

– Kontynuuj – mruknęła. – Opowiadaj o wszystkim.

– Nigdy nie wiedziałem, co ona we mnie zobaczyła. – Głos miał rozleniwiony, liverpoolski akcent był jeszcze bardziej wyczuwalny.

– Przestań się pieścić i liczyć na komplementy – warknęła Vera. – Nie mam czasu na takie zabawy.

Spojrzał na nią; był zaszokowany. Oczekiwał współczucia i że będzie przyjemnie.

– Gdzie ją poznałeś? – Vera nie miała pewności, czy to istotne, ale i tak była ciekawa, poza tym uważała, że to rozwiąże Jackowi język.

– W Marsylii – odparł. – W kafejce przy przystani. Pracowałem tam, właśnie skończyła mi się umowa z armatorem. Miałem kasę. Siedziała sama przy butelce wina. Piła, żeby się upić, a nie żeby ryba na kolację była smaczniejsza. Usłyszała, że próbuję się dogadać z kelnerem, zdała sobie sprawę, że się nie dogadam, więc przetłumaczyła. Zawsze lubiła się popisywać. Zaczęliśmy rozmawiać. No wiesz.

– A ona, co robiła w Marsylii?

– Uciekła od męża – wyjaśnił Jack. – Jakiegoś bogatego sukinsyna. – Zmienił ton głosu, zanucił melodię z jakiegoś musicalu: On prowadził firmę w Paryżu. – Biznesmen. Albo bankier. Albo zwykły palant. Marsylia była najdalszym miejscem, do którego mogła przed nim uciec.

– Dlaczego nie wróciła do Anglii? – Vera pomyślała, że kiedy się zrywa z facetem, chciałoby się mieć przy sobie przyjaciół. Może nawet rodzinę.

– Nie miała tam czego szukać. W rodzinie była czymś w rodzaju czarnej owcy. Grozili, że jeśli odejdzie od męża, ubezwłasnowolnią ją. No wiesz, zamkną u czubków. – Jack na moment zamilkł. – Próbowała się zabić. Ma szramę na nadgarstku. Zauważyłem ją już wtedy, kiedy siedzieliśmy przed kafejką w pełnym słońcu. Nadal ją ma. Nazywa ją swoją wojenną blizną.

– Nigdy na nią nie zwróciłam uwagi.

– To dlatego nosi tyle bransoletek. Tak czy inaczej, to było dawno temu. Domyśliłem się, co z nią jest. Zaprowadziłem do lekarza. Gdy bierze lekarstwa, wszystko jest okej. Lekarze twierdzą, że to choroba dwubiegunowa. Ja tam się nie znam, ale też bym zwariował, gdybym przeszedł przez to, co ona.

– Ale mówisz, że przestała brać lekarstwa?

– Aye. Twierdzi, że już się dobrze czuje, że ich nie potrzebuje. – Znowu zamilkł i podniósł wzrok, spoglądając Verze prosto w oczy. – Myślę, że kogoś ma. – Potem dodał: – Myślę, że chce czuć to odurzenie, kiedy się człowiek zakocha. Dlatego przestała brać lit.

– A gdzie miałaby poznać kogoś innego? – Vera uważała, że Jacka ponosi wyobraźnia. – Kogo ona spotyka poza Chrisem z pubu i Arthurem weterynarzem?

– Ma grono własnych znajomych – odparł Jack. – Własne zainteresowania. Taka była umowa od samego początku. Miałem jej nie kontrolować. – Zawahał się. – W zeszłym tygodniu, kiedy rozmawiała przez telefon, a ja wszedłem, rozłączyła się. Nie chciała powiedzieć, z kim rozmawiała.

– Więc twoim zdaniem, dokąd mogła pojechać? – Vera zdała sobie sprawę, że wypiła już całe piwo. Wolałaby, żeby Jack sobie poszedł, zanim otworzy następne. Wtedy mogłaby rozkoszować się drinkiem w spokoju.

– Nie wiem – odparł. – Gdybym wiedział, pojechałbym po nią.

– Mimo że miałeś jej nie kontrolować? – Vera popatrzyła na Jacka wyzywająco, czekając, aż wymyśli rozsądniejszą odpowiedź. – Może jest tak, jak napisała. Potrzebuje kilku dni dla siebie – dorzuciła, myśląc, że dość łatwo mogłaby sprawdzić, dokąd Joanna uciekła. W promieniu dziesięciu mil funkcjonowała tylko jedna firma taksówkarska i wszyscy z niej korzystali. Gdyby pogadała z Tommym Woolerem, szybko by się dowiedziała, gdzie Jo się ukryła. Gdyby Jack nie był tak wystraszony, na pewno też by na to wpadł.

– Przestała brać lekarstwa – powtórzył, nachylając się, żeby mieć pewność, że Vera rozumie wagę tego, co mówi. – Od długiego czasu jest jak na huśtawce: najpierw szybuje wysoko niczym latawiec, śpiewa, śmieje się, a już za chwilę jest wściekła i o wszystko się czepia. Nie jest sobą. Nie zamierzam jej tu ściągać wbrew jej woli. Sądzisz, że byłbym z nią, gdyby mnie nie chciała? Sądzisz, że zmuszałbym ją do tego, żeby była nieszczęśliwa? Posłuchaj, wiem, że masz mnie za mięczaka i dupka, ale ja za Joannę Tobin oddałbym życie. – Urwał, żeby nabrać powietrza. – Boję się o nią, boję się, że coś sobie zrobi.

– Myślisz, że mogłaby znowu próbować się zabić?

– Tak – odrzekł. – Tak właśnie myślę. Jeśli jej się nie uda. Jeśli to, co sobie wymarzyła, się nie ziści.

Vera podźwignęła się na nogi. W torbach miała mrożonki, które za chwilę się rozpłyną.

– Więc, czego ode mnie oczekujesz?

Spojrzał na nią, jakby była niespełna rozumu.

– Oczywiście, żebyś ją znalazła. Żebyś sprawdziła, czy jest bezpieczna.

– A potem?

– To wszystko. – Jack również wstał i oboje poszli do wyjścia. Na zewnątrz było bardzo zimno, na niebie migotały gwiazdy. – Upewnij się tylko, czy jest bezpieczna.

2

Boże, myślała Vera, gdyby ktoś z wydziału chciał to zrobić – zabawić się w wolnego strzelca, prywatnego detektywa – dostałby ode mnie niezły opierdziel. Stała w przybudówce i przekładała zawartość toreb do zamrażarki. To była zamrażarka otwierana od góry, za duża dla niej, osoby mieszkającej samotnie. Po raz pierwszy uzmysłowiła sobie, że zamrażarka jest tej samej wielkości co ta, w której Hector trzymał swoje martwe zwierzęta i ptaki, jądro jego nielegalnego biznesu związanego z wypychaniem zwierząt. Po jego śmierci pozbyła się lodówki, bo śmierdziała. Więc dlaczego kupiła następną, dokładnie taką samą? Jakiś psychiatra mógłby z tego zrobić dużą sprawę. Lub uznać, że jest bezmózgą, pozbawioną wyobraźni idiotką.

I dlaczego przystała na prośbę Jacka i zgodziła się ganiać po okolicy w poszukiwaniu Joanny? Bo jestem miękką cipą. Bo lubię szczęśliwe zakończenia i chcę, żeby ta para się nie rozpadła, jakbym była jakimś tłustym Kupidynem w kaloszach. Bo będzie cholernie niewygodnie tu mieszkać bez sąsiadów obok.

W kuchni otworzyła następne piwo, na talerz nałożyła wieprzowinę w cieście i pomidora. Dodała do tego ćwiartkę chrupkiego chleba i masło w opakowaniu i wszystko zaniosła na tacy do salonu. Ogień już przygasał, więc dorzuciła kilka szczap. Stojący na gzymsie okrągły zegar z lat trzydziestych pokazywał, że jest dziewiąta. Lepiej od razu spróbować złapać Tommy’ego Woolera. Zwykle ostatnie kilka godzin przed zamknięciem spędzał w Percy Arms w Sallyford.

Rozpoznał numer jej komórki.

– To gdzie jesteś? Wściekła i pewnie nie dasz rady wrócić do domu i trzeba cię podwieźć?

– Nie miałam w ustach nawet kropli, Tommy. No przynajmniej nie tyle, żeby dało się zauważyć. Poza tym jestem w domu. Ale mam pytanie.

– O co chodzi? – Przybrał obronny ton. W młodości trochę chuliganił. Nie jakoś strasznie, ale zdarzało mu się robić głupoty. Trzymał się z dwójką zabijaków, których poznał w poprawczaku w Castington. Vera nigdy o to nie pytała, ale myślenie Tommy’ego tak właśnie funkcjonowało.

– Dwa dni temu wiozłeś Joannę Tobin. – To było stwierdzenie, nie pytanie.

– Aye, tak było. – W jego głosie nie wyczuwało się podejrzliwości. Raczej mu ulżyło, że nie chodzi o stare szemrane znajomości. Vera zastanawiała się, co ci chłopcy wtedy knuli i dlaczego Tommy jest taki drażliwy. Zanotowała sobie w pamięci, żeby to sprawdzić. Albo żeby Holly to sprawdziła.

– Dokąd ją zawiozłeś? – Pytanie zadała, jakby tak naprawdę wiedziała, tylko jakoś jej to uleciało z pamięci.

Tommy już się nie przejmował. Chciał jak najszybciej wejść do pubu.

– Na wybrzeże. Drogą na Howick.

– A dokładnie? – Poczuła bulgotanie w żołądku; z zapiekanką było coś nie tak.

– Nie umiem podać dokładnego adresu. Joanna musiała mnie kierować. To było jakieś odludzie. Nie podała kodu pocztowego, więc nie mogłem wbić miejsca do nawigacji. Koszmar! – Umilkł. – Nazywała to Domem Pisarza. Dziwna nazwa. – Znowu przerwa. – A tak w ogóle, dlaczego o nią pytasz?

Ale Vera nie odpowiedziała. Rozłączyła się, czując, że ma pełne usta zapiekanki.

Następnego dnia rano Jack czaił się na podwórku, licząc, że ją złapie w drodze do Kimmerston. Wychodziła wcześniej niż zwykle i sądziła, że go nie spotka. Od której tu sterczał? Udawał, że dłubie przy starym traktorze, ale dobrze wiedziała, że czeka, żeby się czegoś dowiedzieć. Podeszła do niego i stając w rozkroku, z rękami na biodrach, zaczęła mówić ostrym tonem, tym, którym czasami zwracała się do podwładnych, żeby dać im do zrozumienia, że to nie przelewki.

– Obiecałam, że jej poszukam. Ale zrobię to na swój sposób i w odpowiednim czasie. Jak tylko będę coś wiedziała, dam ci znać.

Skinął głową, ale nic nie powiedział, co w jego przypadku – gaduły, stale snującego historie kwiecistym językiem – znaczyło więcej niż tysiące słów. Wsiadła do land rovera i odjechała, świadoma, że Jack odprowadza ją wzrokiem.

W biurze wygooglowała Dom Pisarza i od razu go znalazła. Miejsce nie wyglądało złowieszczo. Chyba że za złowieszczych uznać poetów i pisarzy. Był to ośrodek szkoleniowy dla wszelkiego rodzaju literatów, na przestrzeni roku odbywały się tam stacjonarne kursy dla pisarzy o różnym stopniu doświadczenia. Czego się spodziewała? Gotyckiej wieży, w której Joannę uwięził szaleniec, a potem nakłonił, żeby się w nim zakochała? Zdjęcia umieszczone na stronie przedstawiały duży bielony wapnem wiejski dom. Z reklamy wynikało, że jego część jest bardzo stara, z fortyfikacjami, które przed wiekami miały strzec farmy przed najazdem Szkotów. Na jednym ze zdjęć faktycznie widniał kamienny wał obronny. I była tam też mała ciemna kapliczka. Ale wystrój wnętrza był bardzo gustowny, zupełnie nie gotycki. Kamienne płyty na podłodze w kuchni, nagie belki, proste drewniane drzwi. Niskie kanapy i fotele, gdzieniegdzie tablice konferencyjne – jedyny znak, że to nie prywatny dom. Miejscem, jak się wydawało, zarządzała firma o tej samej nazwie, prowadzona przez jakąś kobietę o nazwisku Miranda Barton.

Na stronie podano listę osób prowadzących seminaria i Vera nawet rozpoznała kilka nazwisk: poety, który czasami pojawiał się w telewizji i mówił o upadku kultury brytyjskiej; dramatopisarza. Opłaty, jej zdaniem, były mocno wyśrubowane; z pewnością przekraczały zasobność kieszeni Joanny. Chyba że posiadała tajne fundusze z poprzedniego małżeństwa. Dużymi czerwonymi literami na stronie ogłaszano, że udzielane są stypendia dla utalentowanych pisarzy. Vera zrozumiała, że zniknięcie Joanny to żadna tragedia, a tylko właśnie to: Joannie zamarzyło się zostać pisarką. Może nawet uzyskała stypendium, ale wstydziła się powiedzieć Jackowi, czym się zajmuje. Może chciała zaczekać, aż dokończy książkę lub nowelę, i dopiero wtedy zamierzała mu powiedzieć.

Kurs rozpoczynał się w dniu, w którym Joanna opuściła Myers Farm: „Krótkie cięcie. Artyzm współczesnych opowiadań kryminalnych”. Cięcie, pomyślała Vera. Bardzo dowcipnie. Widać, że ci ludzie są biegli w języku. Miała właśnie kliknąć w odnośnik, ale usłyszała kroki na korytarzu: Joe Ashworth, jej sierżant, punktualnie jak w zegarku przybywał na poranną odprawę. Wyłączyła komputer, przepełniona poczuciem winy, sama nie wiedząc dlaczego.

Po południu przeszła do pomieszczenia z otwartymi boksami, gdzie Joe wypełniał formularz nadgodzin.

– Znikam – rzuciła. – Odbiorę sobie trochę godzin, jakie mi zostały po sprawie Lister.

– Idzie pani na siłownię? – Chytry ukradkowy uśmieszek. Wiedział, że dostała przykazanie, żeby schudnąć.

– Odpieprz się! – Ale nie było w tym niechęci. Po tygodniu zebrań, na których omawiali strategię i oceniali wyniki, cieszyło ją, że się wyrwie z biura. Wciąż było jasno i kiedy jechała na wschód wzdłuż świeżo zaoranych pól, a na drogę przed nią kładły się długie cienie porastających pobocze drzew oświetlonych promieniami wiszącego nisko słońca, przepełniał ją optymizm, jakiego nie czuła od dawna. Od czasu ostatniego dużego dochodzenia.

Ze strony Domu Pisarza wydrukowała mapę i teraz musiała się co jakiś czas zatrzymywać, żeby sprawdzić, czy dobrze jedzie. To nie była praca – nie tak naprawdę – więc ze spokojnym sercem wracała do land rovera Hectora. Nie korzystała z nawigacji. Czuła się wolna, jak na wagarach. Po objechaniu wzgórza rozpostarł się przed nią widok na Alnmouth z jego ładnymi kolorowymi domami i zatoką. Potem skręciła na północ, mijając maszty i hangary bazy RAF-u Boulmer. Potem po serii błędnych skrętów w wąskie uliczki wreszcie ujrzała dom. Stał w dolinie schodzącej do wybrzeża, od strony lądu osłoniętej drzewami. Stara ufortyfikowana farma z nowszą dobudówką. Kaplica zajmowała jedną stronę dziedzińca. Zatrzymała się przy bramie, żeby się rozejrzeć i zastanowić, jaką taktykę zastosuje w stosunku do Joanny. Teraz, gdy już tu była, nie bardzo wiedziała, jak powinna się zachować. Bo co zrobi, jeśli grupa akurat będzie w trakcie zaciekłej dyskusji na temat znaczenia literatury i życia? Vera wyobraziła sobie kursantów siedzących w okręgu w pokoju, który widziała w Internecie: notatniki na kolanach, brwi ściągnięte od koncentracji. Była przekonana, że wszyscy byliby zachwyceni dramatycznym zakłóceniem: Vera wchodzi i domaga się rozmowy z Joanną. Wszyscy oprócz Joanny, która byłaby zażenowana. Pora wykazać się odrobiną taktu, dziewczyno.

W domu musi być jakaś obsługa, dywagowała. Jakiś menedżer, kucharz, ktoś, kto zmienia pościel i sprząta. Ludzie, z którymi mogłaby porozmawiać i wyczuć, co to za miejsce. Jeśli klienci aż tyle bulili za tydzień w dzikich ostępach, na pewno oczekują dobrej obsługi. Postanowiła, że zostawi samochód i pójdzie do domu pieszo, zorientuje się w terenie, zaczeka, aż zajęcia lub warsztaty się skończą, żeby mogła dorwać Joannę na osobności.

Zaczynało się już ściemniać, było coraz chłodniej. Ścieżka, którą szła na wschód, w całości tonęła w cieniu. Z rana dom na pewno przepełniało światło, ale o tej porze wyglądał dość ponuro. Drzewa w zagajniku postrącały liście i ścieżka była nimi zasypana. Raz się na nich pośliznęła i o mało nie przewróciła. Dotarła do bramy ośrodka. Widniał na niej profesjonalnie namalowany napis i logo z gęsim piórem, które widziała na stronie internetowej. Dalej rozciągał się duży ogród. Tuż za domem uliczka przechodziła w dróżkę, a raczej wąską ścieżkę. Prowadziła w dół stromego zbocza do małej kamienistej plaży, którą Vera dostrzegła z samochodu. W zasięgu wzroku nie było innych zabudowań. Jeśli ktoś szukał miejsca, w którym nic nie przeszkadzałoby mu w pisaniu, to nadawało się w sam raz. Ale Verze przyszło na myśl, że stąd miałaby daleko do pubu.

Zbliżając się do domu, czuła podenerwowanie. Znalazła się poza swoją strefą komfortu. Nie mogła wyciągnąć legitymacji, domagając się szacunku i uwagi. Nie popełniono tu żadnego przestępstwa. Poza tym nigdy dobrze się nie dogadywała z artystami: z ludźmi, którzy używali słów, za którymi kryły się jakieś idee, ale którzy tak naprawdę nie mieli nic do powiedzenia. Pewniej się czuła ze złoczyńcami, których ścigała i sprowadzała przed oblicze sprawiedliwości.

Teraz widziała miejsce dokładniej: duży dom i jakieś stare budynki gospodarcze, może stajnie, przerobione na domki mieszkalne. Jedno i drugie zwrócone przodem do wybrukowanej powierzchni, niegdyś prawdopodobnie podwórza farmy. Po prawej miała małą kapliczkę, w przeszłości zapewne służącą zamieszkującej farmę licznej rodzinie. W domu się paliło, ale okna nie były zasłonięte. To była jej ulubiona pora dnia. Zawsze była ciekawska; idąc ulicą, uwielbiała podglądać przez okna domowe życie ludzi. Zresztą, czyż nie na tym polega praca detektywa? Do domu prowadziły duże drzwi frontowe, ale wolała z nich nie korzystać. Wyglądały na takie, co się automatycznie zamykają od wewnątrz, a nie chciała dzwonić mosiężnym dzwonkiem wiszącym na zewnątrz. Przynajmniej dopóki nie zdobędzie pewności, że Joanna jest w środku, i dopóki się nie zorientuje, co się tam właściwie dzieje.

Obeszła bok domu, uważając, żeby nie stąpać po wysypanej kamyczkami ścieżce; trzymała się trawnika biegnącego tuż przy ścianie. Wszystko, żeby nie było jej słychać. Kiedy dotarła do pierwszego okna, zatrzymała się, przyklejając się plecami do muru. Wtedy przyszło jej na myśl, że pewnie wygląda idiotycznie. Jeśli ktoś stał na zboczu i spoglądał w dół – na przykład jacyś obserwatorzy ptaków z lornetkami – mógł ją wziąć za wariatkę albo za niewprawnego włamywacza. Wciąż przyciskając się do ściany, żeby nikt w środku jej nie zobaczył, zajrzała w okno. Kuchnia. Młody mężczyzna w białym fartuchu stał tyłem do niej i mieszał łyżką w garnku. Na stole stał czajniczek na herbatę i dwa niebieskie kubki. Na krześle siedziała kobieta w średnim wieku, czytająca jakiś maszynopis. Wyglądała dość wytwornie. Farbowane blond włosy. Palec, którym przewracała strony, kończył się czerwonym paznokciem. Czy to Miranda Barton? W każdym razie po Joannie w kuchni nie było śladu, więc zgarbiwszy się, żeby być niżej niż parapet, Vera ruszyła dalej.

Następny pokój był pusty. Wyglądał jak biblioteka, wzdłuż ścian stały regały z książkami. Były tam też dwa małe stoliki i kilka prostych krzeseł z obitymi skórą siedziskami. Vera znowu skręciła za róg i znalazła się na brukowanej werandzie wychodzącej na morze. Na trawie przed werandą stał karmnik dla ptaków z zestawem wyszukanych dozowników wypełnionych orzeszkami i ziarnami. Widać stąd było latarnię morską przy wyspach Farne od północy i od południa wyspę Coquet. Latem w tym miejscu musiało być naprawdę pięknie. Vera wyobraziła sobie klientów Domu Pisarza, jak po całym dniu warsztatów zbierają się na werandzie i popijając wytworne wino, dzielą się uwagami i pomysłami. Pozując. Skąd u niej ta potrzeba szydzenia? Ano stąd, że ludzie dyskutujący o książkach, malarstwie, kinie sprawiali, że czuła się ignorantką i traciła grunt pod nogami.

Zatrzymała się na samym rogu, bo prawie cała ściana od strony morza była wypełniona szkłem. Dwa podłużne okna, od podłogi prawie do sufitu, a między nimi podwójne oszklone drzwi. Pokój był długi, jasno oświetlony. To on widniał na stronie internetowej, to był ten salon z kanapami i fotelami. A w środku znajdowali się ludzie. Wyglądało, jakby właśnie skończyli zajęcia. Stali w grupach i rozmawiali. Pewnie podano herbatę, bo w rękach trzymali filiżanki i babeczki na papierowych serwetkach. Teraz na dworze było już prawie ciemno, więc Vera raczej się nie obawiała, że ktoś ją zobaczy. Zresztą ludzie w pokoju byli zajęci własnymi sprawami. Mieli ożywione twarze. Sześć osób. Ale drzwi prowadzące w głąb domu były otwarte, więc możliwe, że ktoś już wyszedł. Joanny z pewnością w pokoju nie było.

Vera przez chwilę stała przy oknie, zastanawiając się, jakim cudem Joanna mogłaby się wpasować w tę grupę. Joanna z jej dużymi dłońmi i stopami, z jej tubalnym śmiechem i brudem pod paznokciami? Jaskrawymi domowej roboty ubraniami? Jeśli by tu była, czy czmychnęłaby do swojego pokoju, skrępowana wyrafinowaniem kolegów?

Vera uznała, że pora wrócić do drzwi frontowych, zadzwonić i zapytać o Joannę. Miała już przygotowane wyjaśnienie. Rodzinny kryzys, ktoś z bliskich się rozchorował i Joanna powinna się o tym dowiedzieć. I to wtedy usłyszała odgłos, który wprawił w szok osoby stojące po drugiej stronie okna, zmuszając je do przerwania rozmów. Krzyk. Prawie nieprzypominający ludzkiego, niezdradzający ani wieku, ani płci: głośny, przeszywający, przerażający.

3

Vera nie umiała powiedzieć, skąd krzyk dochodził. Z domu? Jeśli tak, dlaczego był taki głośny, nawet na dworze? Krzyk ją opływał, niemal pochłonął. Może dlatego, że był taki piskliwy, chociaż miała wrażenie, że raczej go czuje, niż słyszy. Nie było przed nim ucieczki. Cofnęła się kilka kroków i popatrzyła w górę. Na szczycie domu podwójne szklane drzwi, takie same, jak te tutaj, na tarasie, prowadziły na kamienny balkon. Stała na nim kobieta z kuchni, światło padało na nią od tyłu. Wychylona przez barierkę, opróżniała zawartość płuc w mroźne powietrze. Verze skojarzyła się z wymiotującym pijakiem. Nagle krzyk ucichł.

Vera miała wrażenie, że próby dostania się do domu zajęły jej wiele godzin. Usiłowania, żeby ją usłyszano, wpuszczono do środka przywołały do pamięci jeden z często ją nękających koszmarów: jest dzieckiem i próbuje się dostać do zamkniętego domu, w którym umiera jej matka, a Vera chce ją ratować. Teraz dorosła Vera waliła w drzwi patio, gdzie jeszcze chwilę temu goście pili herbatę. Nikt nie odpowiadał. Wszyscy wybiegli, szukając źródła krzyku. Tą samą drogą, którą przyszła, Vera wróciła do drzwi frontowych. Ale ponieważ było już ciemno, nie widziała ścieżki i wpakowała się w zarośla. Przedzierała się przez nie, starając się zdławić narastającą panikę, aż w końcu uznała, że musiała pójść w złą stroną, bo ścieżki wciąż nie było. Gałęzie drapały ją po twarzy, czepiały się ubrań. Zmusiła się, żeby przystanąć. Nie jest już dzieckiem i nie zgubiła się.

Z oddali doszedł ją słaby odgłos fal uderzających o kamienny brzeg. Kiedy się odwróciła, nad zaroślami na tle nieba ujrzała wyraźny zarys budynku. Wróciła na ścieżkę i obeszła dom, żeby dotrzeć do wejścia. W środku było cicho. Spojrzała na zegarek i uzmysłowiła sobie, że po ogrodzie błądziła prawie dwadzieścia minut. Przeczesała włosy palcami, strzepnęła z kurtki zeschnięty liść i pociągnęła za sznurek wiszącego przy drzwiach mosiężnego dzwonka. Nikt się nie pojawił. W domku po drugiej stronie podwórka świeciło się światło. Pomyślała, że tam zajrzy. Ale wtedy otworzyły się drzwi głównego domu i na progu stanął młody mężczyzna, ten, którego widziała w kuchni. Nadal miał na sobie biały fartuch.

– Tędy – rzekł. Potem rozkojarzonym głosem dodał: – Jakim cudem dotarliście tak szybko?

Vera na chwilę zaniemówiła, czuła się trochę jak gruba Alicja w Krainie Czarów. Kucharz już odszedł wąskim korytarzem, oczekując, że za nim pójdzie. Był szczupły i ciemnowłosy. Kiedy otworzył drzwi, zauważyła ciemne owłosienie na jego dłoniach i przedramionach. Wilk w kuchennym fartuchu, pomyślała. Przez uchylone drzwi dostrzegła gości, ale kucharz szedł tak szybko, że goniąc za nim, nie była w stanie odróżnić poszczególnych twarzy. Jeśli Joanna tam była, Vera jej nie zauważyła. Dom był o wiele większy, niż sądziła, labirynt korytarzy i małych pokojów. Kucharz krótkimi schodami wszedł na piętro. W tym momencie Vera już zupełnie się pogubiła; z zewnątrz musiała widzieć tylko dobudówkę, a teraz nie było już okien, które pomogłyby jej się zorientować, w którą stronę idą.

– Byłam w okolicy. – Wreszcie znalazła się na tyle blisko kucharza, żeby odpowiedzieć. Szli tak szybko, że trochę się zadyszała.

– Wezwałem też pogotowie. Nie wiem, skąd jadą.

– Ach – mruknęła. – Może im to trochę zająć. Prawdopodobnie przyjadą z Alnwick.

– W zasadzie… – młody mężczyzna na chwilę umilkł – nie ma pośpiechu. Chyba i tak nic nie pomogą. – Zatrzymał się na końcu korytarza i otworzył drzwi.

Vera zupełnie się nie spodziewała tego, co zobaczyła. Sądziła, że wejdzie do sypialni, dużej sypialni ze względu na balkon. Ale to był kolejny epizod z Alicji. Kolejna sprzeczność. Tak jakby przestrzeń z zewnątrz sprowadzono do domu. Wszystko było zielone i tętniło życiem. Stanęła w progu i zajrzała do środka.

Znajdowali się w oranżerii urządzonej na pierwszym piętrze domu. Pomieszczenie było wysokie i wąskie, na balkon prowadziły oszklone drzwi, ale szkło było też na spadzistym suficie. Z tarasu na dole nie mogła tego widzieć. Ścianki po bokach też były szklane. Na podłodze płytki. Wiklinowe fotele. Donice z olbrzymimi roślinami o błyszczących ciemnych liściach tworzyły minidżunglę. Wszystkie rośliny były dorodne i mięsiste, jedna kończyła się wysokim szpicem różowych kwiatów. W powietrzu unosiła się woń kompostu i wilgoci. Za dnia musiał się stąd rozciągać wspaniały widok na morze. Na jednej z pełnych ścian wisiało duże lustro w zielonej ramie. Musiało być stare i krzywe, bo odbicie, jakie pokazywało, było lekko zniekształcone. Gdy Vera w nie spojrzała, od razu poczuła mdłości. W pokoju było bardzo ciepło.

– Więc, co mi pan chciał tu pokazać? – Pokręciła głową, żeby oczyścić umysł.

– Nie powiedzieli pani? Kazali mi powtarzać szczegóły. – Młody mężczyzna przeszedł między roślinami i ogrodowymi meblami i otworzył szklane drzwi. Do środka wleciała zimna bryza wraz z odgłosem fal uderzających w nabrzeże. Balkon był szerszy niż prowadzące na niego drzwi i oba jego krańce tonęły w półmroku. Mężczyzna odwrócił się do Very gwałtownie. – To tam!

Vera wyszła na balkon i we wpadającym z pokoju przyćmionym świetle w rogu ujrzała kucającego mężczyznę. Kolana miał prawie przy brodzie. Poza budziła zdziwienie, gdyż krótko obcięte włosy mężczyzny były siwe; mężczyzna był w późnym wieku średnim. Starsi panowie nie siadają na podłodze, bo potem mają kłopoty ze wstaniem. Strzelają im stawy. Poza tym był koniec października, kto siada w takie zimno na kamiennej posadzce? Wpływające z pokoju światło rzucało na twarz mężczyzny dziwny cień. Mężczyzna wyglądał jakby był zły. Oburzony.

Miał na sobie ciemną marynarkę, a pod spodem jasną koszulę. W tym świetle trudno było określić jej kolor. Prawie cała była we krwi. Krew widać było też na kamiennej posadzce i na ścianie. Po bliższych oględzinach Vera przekonała się, że szklane drzwi też są nią obryzgane. Wyglądało na to, że mężczyzna zginął od pchnięcia nożem, ale noża nigdzie w pobliżu nie dostrzegała.

– Kto to jest?

– Już mówiłem, gdy dzwoniłem na policję. – Młody mężczyzna zaczynał coś podejrzewać. – A tak w ogóle, to kim pani jest?

– Aye, cóż, nie wszystko zdążyli mi przekazać. – Vera pokazała legitymację, zadowolona, że udało jej się wyłowić ją z torby już za pierwszym razem. Przechyliła legitymację, żeby światło z pokoju padło na zdjęcie. – Inspektor Stanhope. A pańska godność?

– Alex Barton.

– To pańska matka prowadzi to miejsce? – Sądziła, że mężczyzna jest najętym pomocnikiem i nie potrafiła ukryć zdumienia w głosie.

– Razem je prowadzimy. Jestem wspólnikiem. Chociaż czasami tak nie wygląda. – Ton wypowiedzi pobrzmiewał rozgoryczeniem; widać było, że mężczyzna od razu pożałował swoich słów. Najwyraźniej uświadomił sobie, że to nie pora na dzielenie się rodzinnymi niesnaskami. – Nie chce pani wiedzieć, co tu się wydarzyło? Nie powinna pani porozmawiać…

– Oczywiście, kotku, ale przede wszystkim proszę mi opowiedzieć o ofierze. – Vera nie lubiła, kiedy jej się mówiło, jak ma wykonywać swoją robotę. Ujęła mężczyznę za ramię i wyprowadziła z dziwnego szklanego pomieszczenia na korytarz. – Tylko tutaj, dobrze? Lepiej nie paprać jeszcze bardziej miejsca zbrodni.

W drodze do oranżerii zauważyła mały kącik do siedzenia w miejscu przecięcia korytarzy. Stał tam szezlong i niski stolik kawowy zasypany ekskluzywnymi gazetami i magazynami literackimi. Tu także nie było okna, a światło dawała tylko ciemna lampa ścienna z czerwonym abażurem. Vera pomyślała, że to dość kiepskie miejsce do czytania i że w ogóle cały dom przypominał raczej teatralną inscenizację. Ostrożnie opuściła się na kanapkę; Alex poszedł w jej ślady.

– Gdzie są wszyscy? – zapytała. W podobnych sytuacjach zawsze jest pełno gapiów.

– Kazałem im czekać w salonie.

– I oni zawsze się tak pana słuchają, kotku? – Nie odpowiedział, więc kontynuowała. – Co pan wie o tym biedaku na balkonie?

– Nie poznała go pani? – W pytaniu zabrzmiał ton wyniosłości. Z taką samą reakcją Vera spotkała się w eleganckiej restauracji, gdy zamówiła frytki.

– To ktoś znany?

– To Tony Ferdinand. Profesor Tony Ferdinand. Wykładowca akademicki, krytyk literacki i guru humanistyki. Musiała go pani widywać w Culture Show. I jeszcze w BBC4 prowadził program o współczesnej powieści. – Mężczyzna nie czekał na odpowiedź. Możliwe, że już sam się domyślił, iż Vera nie należy do stałych odbiorców BBC4. – O Boże, to będzie koszmar. Po tym wszystkim nie przyjedzie już do nas żaden specjalista z Londynu. Wyobraża sobie pani ten rozgłos! Studenci szaleńcy podcinający gardła wykładowcom! A przecież i tak ciężko ściągnąć tu tych snobów z Londynu.

– A więc ten biedak dla was pracował? – Tylko nie był specjalnie lubiany, skoro Alex bardziej przejmował się interesami niż samym zmarłym, pomyślała Vera.

– Był łaskaw zaszczycić nas swoją obecnością. – Mężczyzna musiał się zorientować, że Vera potrzebuje więcej informacji. – Raz na kilka lat przyjeżdżał do Domu Pisarza poprowadzić kurs. Dając wyraźnie do zrozumienia, że robi mojej matce ogromną przysługę. Znali się od dawna. Ale jego wsparcie ogromnie nam pomogło, kiedy zaczęliśmy prowadzić te szkolenia z pisania. – Alex umilkł, jakby sobie uświadomił, że brzmi bezdusznie. – Proszę wybaczyć. Trudno mi uwierzyć, że Tony nie żyje.

– Jak długo go pan znał? – Vera stwierdziła, że ją to bawi. Alex Barton, jak dla niej, był jeszcze dzieckiem. Nie mógł działać w tym biznesie dłużej niż kilka lat.

– Całkiem długo, w zasadzie, od kiedy pamiętam. Byłem dzieckiem. Tony pracował z matką na uniwersytecie St Ursula i kiedy wydała pierwszą książkę, jego pozytywna recenzja bardzo korzystnie wpłynęła na bieg jej kariery.

Vera nie znała się na tych rzeczach. St Ursula? To był dla niej zupełnie obcy świat.

– Pana matka też jest pisarką?

– Oczywiście. Miranda Barton! – Alex na chwilę umilkł. – Teraz już nie jest tak znana. Ale niech jej pani nie mówi, że pani o niej nie słyszała, bo się załamie!

– Przykro mi, kotku. W moim fachu nie ma za wiele czasu na czytanie. Przynajmniej nie na czytanie powieści. – Przez grube ściany usłyszała stłumiony ryk syren policyjnych. Nadjeżdżała miejscowa kawaleria, dając pokaz tego, co jest warta. Po co te syreny? Żeby przegnać z drogi jeden traktor i stado owiec?

– Czym pan Ferdinand się tu zajmował? – kontynuowała przesłuchanie. – Prowadził wykłady w związku z tym kursem „Krótkie cięcie”?

– Teoretycznie. – Znowu odniosła wrażenie, że usłyszała w głosie młodego mężczyzny nutkę goryczy. Sytuacja wyglądała na skomplikowaną. Przynajmniej taką Vera miała nadzieję. Lubiła trudne sprawy, takie, w które trzeba się było wgryźć, takie, dzięki którym mogła pokazać, jak świetnym jest detektywem.

– A w praktyce?

– Przyjechał, żeby sobie podbudować ego, żeby przekonać samego siebie, że wciąż jest wpływowy, jak dawniej. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym „Observer” nazwał go „twórcą gwiazd”. Sądzę, że nadal ich wypatruje, nie chce stracić znaczenia na literackim firmamencie.

Vera znowu nie była pewna, co to oznacza, ale uważała, że nie czas na kolejny pokaz ignorancji.

– Kto znalazł ciało? – zapytała.

Alex odchylił się na oparcie kanapy, jakby nagle poczuł się kompletnie wyczerpany.

– Moja matka. Tony miał przed kolacją poprowadzić nadprogramowe zajęcia. Pytania i odpowiedzi. Wszystko na temat szukania agenta lub wydawcy, jak składać maszynopisy. Zwykle był to najbardziej popularny kurs tygodnia, praktyczna strona oddania tekstu do druku. Wielu kursantów właśnie po to tu przyjeżdża. Oczywiście każdy liczył, że Tony pozna się na jego geniuszu i zarekomenduje go agentowi lub wydawcy. Był charyzmatyczny, rozumie pani. Jedno słowo pochwały z jego strony i zaczynali wierzyć, że są pisarzami. Tony nie przyszedł na podwieczorek, więc matka poszła go szukać. Szklany pokój był jego ulubionym miejscem.

– Tak go nazywacie? Szklany pokój?

– Tak. – Znowu zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem.

– Czy to było niezwykłe? Że pan Ferdinand nie zjawił się na czas?

– Raczej tak. Z Tonym nie pracowało się łatwo, ale był profesjonalistą.

– Pańska matka przyszła tu i zobaczyła go na balkonie? – Jakoś nie trzymało się to kupy. Kiedy się kogoś szuka, zwykle zagląda się tylko do środka. Skąd matka Alexa wiedziała, że Ferdinand siedzi w kuckach na balkonie?

– Tak – odparł Alex. – I wtedy rozpętało się piekło! – Choć deklarował zaszokowanie śmiercią profesora, zdaniem Very Alex wydawał się nieporuszony tym faktem. Odgrywał tylko swoją rolę. Czego nie można było powiedzieć o jego matce. Vera wciąż słyszała w uszach krzyk Mirandy Barton, wciąż czuła jego echo rozchodzące się po ciele. Widok mężczyzny na balkonie – to twarde, zagniewane spojrzenie na jego twarzy, krew – oczywiście mógł szokować. Ale zdaniem Very w krzyku Mirandy słychać było coś więcej niż tylko zaszokowanie. To było coś bardziej osobistego. Jak przeszywający płacz matki, która straciła dziecko. Lub kobiety po utracie kochanka.

– Tuż pod tym pokojem jest salon – ciągnął Alex – więc wszyscy, którzy przyszli na herbatę, ją słyszeli. Pobiegli zobaczyć, co się stało. Nie chciałem żadnych cyrków, więc kazałem im zaczekać na dole. Matka łatwo się nakręca. Jeśli już, to byłem skrępowany. Myślałem, że się pokłóciła z Tonym i zrobiła scenę. Kiedy zobaczyłem Tony’ego, sprowadziłem matkę na dół i poprosiłem innego wykładowcę, Gilesa Rickarda, żeby ją zabrał do domku. Wróciłem do biura i wezwałem policję.

– I pogotowie – przypomniała Vera.

Po raz pierwszy Alex ponuro się uśmiechnął.

– Wiem, to głupie. Ale nigdy wcześniej nie widziałem trupa. Chyba chciałem, żeby ktoś kompetentny, jakiś medyk, potwierdził, że sobie tego nie zmyśliłem. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić.

Rozległ się dzwonek przy drzwiach wejściowych.

– Pewnie miejscowa policja – mruknęła Vera. – Lepiej niech pan zejdzie i ich wpuści. Proszę powiedzieć, że tu jestem, i ich do mnie przyprowadzić. Zabezpieczą to miejsce, a ja w tym czasie rozpocznę dochodzenie.

Alex wstał i dziwnie na nią popatrzył.

– Jakie znowu dochodzenie?

– Jak to jakie? Tak zarabiam na życie, ścigam przestępców. – Schwytana w pułapkę w tym ciasnym kącie, z przyćmionym czerwonym światłem rzucającym dziwne cienie na białe ściany, Vera znowu poczuła się, jakby się znalazła w czyimś dziwacznym śnie. Koniecznie potrzebowała swojego sierżanta, Joego Ashwortha, i jego energii młodości oraz zdrowego rozsądku.

– Ale przecież mówiłem, gdy dzwoniłem! – Wydawało się, że Alex już zupełnie stracił cierpliwość do Very. – Wiemy, kto zabił Tony’ego Ferdinanda!

– Pana matka widziała mordercę?

– Nie! Ja widziałem. I już to mówiłem. Mówiłem pani kolegom. W drodze do szklanego pokoju, gdy matka wciąż krzyczała, wpadłem na korytarzu na kobietę. Niosła w ręku nóż!

– Cóż za zbieg okoliczności. – A niech to szlag, pomyślała Vera. Czyli powrót do nudnej roboty, patetycznych ćpunów i barowych bijatyk. A już myślała, że trafiła jej się interesująca sprawa. Potem przyszła jej do głowy następna myśl, jeszcze bardziej przygnębiająca. – Przypuszczam, że ten pański morderca maa jakieś nazwisko?

– To jedna z kursantek. Zamknęliśmy ją w sypialni. Nazywa się Joanna Tobin.

4

Pokój Joanny był mały. Pojedyncze łóżko pod ścianą i pod drugą biurko z lampą, i krzesło. Wąska szafa. Na podłodze leżał czerwony dywan, narzuta na łóżku i zasłony też były czerwone, tylko czerwień była głębsza. Jedne wewnętrzne drzwi prowadzące do maleńkiej łazienki z prysznicem. Pokój był tylko trochę wygodniejszy od celi w więzieniu Durham, gdzie najprawdopodobniej Joanna zostanie zamknięta, ale niewiele większy. Oczywiście, rozmyślała Vera, sąd może uznać, że Joanna jest wariatką, a wtedy zamiast do więzienia trafi do zamkniętego szpitala psychiatrycznego. Vera nie była przekonana, co byłoby gorsze. Gdyby miała wybór, to w podobnej sytuacji prawdopodobnie optowałaby za więzieniem. Też byłoby tam pełno psycholi, ale przynajmniej znałaby termin wyjścia. A w instytucjach takich jak Broadmoor człowiek był zależny od kaprysu zespołu psychiatrów oraz od polityków.