Szklany klosz - Sylvia Plath - ebook
Opis

Szokująca, realistyczna i niezwykle emocjonalna powieść o kobiecie wpadającej w paszczę szaleństwa.

Esther jest wyjątkowo inteligentna, piękna, utalentowana, jednak powoli jej świat się rozpada – i być może nie ma już dla niej ratunku.

Kiedy ma dziewiętnaście lat, przyjeżdża do Nowego Jorku – miasta spełnienia, szczęścia, zabawy, kariery – na miesięczny staż w redakcji miesięcznika dla dziewcząt. Ma poznać miasto, spędzić miło czas. Esther nie potrafi się jednak odnaleźć. Nie ma ochoty na nocne zabawy, nie umie znaleźć odpowiedniego towarzystwa, jest zniechęcona. Odkrywa, że dobre oceny, które zawsze zdobywała w szkole, tutaj nie mają znaczenia. Esther nie umie zdecydować, na czym jej zależy, co ją interesuje, czy w ogóle istnieje taka rzecz. Nie czuje się taka jak inne dziewczyny – śliczne, uśmiechnięte i zadowolone z życia. Przychodzi załamanie…

Sylvia Plath, w swojej kanonicznej powieści, brawurowo wciąga czytelników w chorobę Esther, a jej załamanie nerwowe jest przedstawione w tak wiarygodny sposób, że wydaje się racjonalne. Szklany klosz to podróż do najmroczniejszych i najbardziej przerażających zakamarków ludzkiej psychiki. Powieść ukazała się pod pseudonimem Victoria Lucas w Wielkiej Brytanii w styczniu 1963 roku. Niecały miesiąc później Sylvia Plath popełniła samobójstwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału THE BELL JAR
Przekład MIRA MICHAŁOWSKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
The Bell Jar Copyright © Sylvia Plath, 1963 Copyright © for the Polish translation by Piotr Michałowski & Stefan Michałowski Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019 Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN 978-83-66140-04-2
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Elizabeth i Davidowi

1

Upalne to było lato, dziwne lato, w którym stracono Rosenbergów, a ja siedziałam w Nowym Jorku i nie bardzo wiedziałam po co i dlaczego. Głupio mi się robi na myśl o karze śmierci. Sama wzmianka o tym, że można uśmiercić człowieka za pomocą prądu, przyprawia mnie o mdłości, a w gazetach o niczym innym nie pisali – wielkie nagłówki wybałuszały na mnie oczy z każdego rogu ulicy, ze zjazdów do kolejki podziemnej ziejących zapachem palonych fistaszków i gazu ziemnego. Nie miałam powodu utożsamiać się z Rosenbergami, ale mimo woli wciąż wyobrażałam sobie, jak to jest, kiedy kogoś smaży się żywcem prądem puszczonym po wszystkich nerwach.

Byłam pewna, że jest to najstraszliwsza tortura, jaką można zadać człowiekowi.

Sam Nowy Jork był wystarczająco ohydny. O dziewiątej rano nie było już śladu po niby to wiejskim powietrzu, co nie wiadomo jakim sposobem wkradało się nocą do miasta. Rozwiewało się, znikało z pamięci niczym słodki sen. Na dnie granitowych kanionów rozpalone ulice dygotały w słonecznym pyle. Dachy samochodów skrzyły się i skwierczały, suchy, piekący kurz zapylał oczy, drażnił krtań.

W biurze i w radiu mówiono nieustannie o sprawie Rosenbergów, tak że nie można się było od nich ani na chwilę odczepić. Czułam się więc tak jak wtedy, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam ludzkie zwłoki. Później przez wiele tygodni głowa tego truposza – a raczej resztki jego głowy – wyzierała nagle w czasie śniadania spoza jaj na bekonie, wyłaniała się zza sylwetki Buddy’ego Willarda – który był przede wszystkim odpowiedzialny za to, że tego trupa obejrzałam – i po pewnym czasie poczułam się tak, jak gdybym ciągnęła za sobą tę straszną głowę na sznurku, jak czarny, beznosy, śmierdzący octem balon na uwięzi.

Tego lata byłam pewna, że dzieje się ze mną coś niedobrego, bo jedyna rzecz, jaka trzymała się mojej mózgownicy, to ci Rosenbergowie i jeszcze to, jaka jestem głupia, że zakupiłam masę kosztownych, niewygodnych sukien, wiszących teraz w szafie jak śnięte ryby, i jeszcze, że wszystkie te moje małe sukcesy w college’u rozprysły się w zetknięciu z zimnym marmurem i szkłem fasad drapaczy na Madison Avenue niczym bąbelki szampana.

A mówiło się, że przeżywam najlepszy okres swojego życia.

Mówiło się, że jestem obiektem zazdrości tysięcy absolwentek college’u jak Ameryka długa i szeroka, bo one tylko marzą o tym, żeby kuśtykać po brukach nowojorskich w czarnych lakierkach na zbyt wysokich obcasach numer trzydzieści siedem, zakupionych u Bloomingdale’a w czasie przerwy obiadowej wraz z paskiem z takiej samej czarnej lakierowanej skóry i czarną lakierowaną torebką, żeby była całość. A kiedy, na dodatek, w piśmie, w którym cała nasza dwunastka pracowała tego lata, ukazała się moja fotografia – ja z koktajlem w ręku, wciśnięta w przyciasną bluzkę z imitacji srebrnej lamy, wpuszczoną w namarszczoną spódniczkę z białego tiulu, otoczona grupą wspaniale zbudowanych młodych, anonimowych Amerykanów, specjalnie, rzecz prosta, na okazję tę wynajętych – było dla wszystkich oczywiste, że bawię się na sto dwa.

To może się zdarzyć tylko w naszym kraju, mówiono. Bo popatrzcie. Oto dziewczyna, która dziewiętnaście lat życia spędza na zabitej deskami prowincji, tak biedna, że nie może sobie nawet pozwolić na zaabonowanie magazynu, dostaje stypendium, studiuje w pierwszorzędnym college’u, otrzymuje jedną nagrodę, potem drugą i wreszcie wysyłają ją do Nowego Jorku, gdzie zaczyna sterować tym miastem jak własnym samochodem.

Tylko że ja nie sterowałam ani tym miastem, ani w ogóle niczym, nawet własnym losem. Po prostu telepałam się z hotelu do redakcji, z redakcji na przyjęcie, z przyjęcia do hotelu, z hotelu do pracy jak bezwolny trolejbus. Powinnam się była chyba cieszyć tym wszystkim i przejmować jak inne dziewczyny, ale jakoś nie umiałam wykrzesać z siebie żadnej reakcji. Było mi obojętnie i bardzo pusto – tak musi być w oku cyklonu. Absolutna cisza w samym środku szalejącego żywiołu.

W hotelu mieszkałyśmy w dwunastkę.

Wszystkie byłyśmy laureatkami konkursu, rozpisanego przez znany magazyn kobiecy, na wiersze, opowiadania i slogany. W nagrodę otrzymałyśmy miesięczną pracę w redakcji magazynu w Nowym Jorku. Opłacono nasze bieżące wydatki, a do tego dochodziły niezliczone ilości rozmaitych darmowych imprez, bilety na balet, na pokazy mody. Słynny zakład fryzjerski dbał o nasze włosy, ułatwiano nam spotkania ze znanymi osobistościami świata kultury i nauki oraz umożliwiano zasięganie porad w sprawie pielęgnacji cery.

Do dzisiaj mam zestaw szminek dla osoby o ciemnych oczach i włosach, owalne puzderko z tuszem do rzęs i miniaturową szczoteczkę, okrągły pojemniczek niebieskich cieni do powiek, tyci, w którym akurat mieści się czubek wskazującego palca, i trzy pomadki do ust – od pomarańczy do fuksji – wszystko to umieszczone w złoconym pudełku z lusterkiem na wieczku. Mam też biały futerał do okularów słonecznych, nabijany kolorowymi muszelkami i cekinami, ozdobiony małą rozgwiazdą z masy plastycznej.

Wiedziałam dobrze, że firmy traktują te prezenty jako darmową reklamę swoich wyrobów, ale nie chciałam być cyniczna. Bo szczerze mówiąc, te hojne dary bardzo mnie cieszyły. Jeszcze przez dłuższy czas ukrywałam je po różnych kątach, a później, kiedy wyzdrowiałam, wydobyłam wszystkie z ukrycia i teraz trzymam je znowu na wierzchu. Od czasu do czasu używam pomadki do ust, a w zeszłym tygodniu odprułam rozgwiazdę z masy plastycznej z futerału na okulary słoneczne i dałam ją małej do zabawy.

Tak więc w hotelu mieszkałyśmy w dwunastkę, w tym samym skrzydle, na tym samym piętrze, w pojedynczych pokojach, jedna obok drugiej, co zresztą przypominało mi życie w domu studenckim. Nie był to normalny hotel – to znaczy taki, w którym mieszkają zarówno mężczyźni, jak i kobiety, jak popadnie, na tych samych piętrach.

Hotel ten – nazywał się Amazonka – przyjmował wyłącznie kobiety, a były to przeważnie moje rówieśnice, córki zamożnych rodziców, którzy chcieli mieć pewność, że mężczyźni nie będą mieli do nich dostępu i nie będą mogli ich uwieść. Wszystkie te panny uczęszczały do szkół dla sekretarek, jak na przykład szkoła pani Katy Gibbs, gdzie wymagano, żeby przychodziły na lekcje w kapeluszach i rękawiczkach, albo były już takich szkół absolwentkami i teraz pracowały dla różnych dyrektorów bądź po prostu obijały się po Nowym Jorku i czekały na dobrą partię.

Wyglądało na to, że dziewczęta te okropnie się nudzą. Obserwowałam je, jak leżąc na tarasie, robią wszystko, żeby zachować przywiezioną z Bermudów opaleniznę, jak ziewają, malują sobie paznokcie u nóg, no i, jak już powiedziałam, śmiertelnie się nudzą. Jedna z nich mówiła mi, że jest znudzona wycieczkami na jachtach, znudzona lataniem samolotami dokoła świata, znudzona jazdą na nartach w Szwajcarii i na dodatek znudzona mężczyznami, których poznała w Brazylii.

Mdli mnie na widok takich dziewcząt. Robię się z miejsca tak zazdrosna, że mowę mi odbiera. Miałam dziewiętnaście lat i z wyjątkiem tej wycieczki do Nowego Jorku nie ruszyłam się jeszcze nigdy poza Nową Anglię. Była to więc moja pierwsza wielka życiowa szansa, a ja siedziałam i jak głupia pozwalałam, żeby mi ta szansa przeciekała przez palce jak woda.

Przypuszczam, że jedną z przyczyn moich wszystkich kłopotów była Doreen.

Nigdy w życiu nie znałam podobnej dziewczyny. Doreen przyjechała z głębokiego Południa, z college’u dla bogatych panienek. Miała bardzo jasne, niemal białe włosy, które okalały jej głowę jak cukrowa wata, oczy niebieskie, niemal przezroczyste, jak twarde, wypolerowane paciorki z agatów i równie niezniszczalne. Jej usta stale układały się w dziwny uśmieszek. Uśmieszek bynajmniej nie przykry, raczej wesoły i tajemniczy zarazem. Uważała, że ludzie nie są nazbyt mądrzy i że gdyby chciała, to z każdego zrobiłaby balona.

Doreen wybrała sobie mnie na przyjaciółkę. Od pierwszej chwili. Dała mi do zrozumienia, że uważa mnie za znacznie inteligentniejszą od pozostałych, a ja z kolei muszę przyznać, że była to naprawdę bardzo zabawna dziewczyna. Z reguły siadała obok mnie przy stole konferencyjnym, a kiedy nasi znakomici prelegenci wygłaszali swoje referaty, szeptała mi na ucho dowcipne i zgryźliwe uwagi.

W tym jej college’u, opowiadała mi, dziewczyny były tak zwariowane na punkcie elegancji, że robiły sobie pokrowce na torebki z tego samego materiału co suknie i w ten sposób do każdej toalety miały dobraną niby to specjalną torebkę. Tego rodzaju pomysły zawsze robiły na mnie kolosalne wrażenie. Kojarzyły mi się z życiem pełnym zamierzonej, starannie przemyślanej dekadencji, a to przyciągało mnie jak magnes.

Jeden jedyny raz Doreen nawrzeszczała na mnie. Wtedy, kiedy denerwowałam się, że nie zdążę oddać roboty na czas.

– Po co ty tak harujesz?

Doreen leżała na moim łóżku, ubrana w jedwabny szlafroczek z łososiowego jedwabiu, i piłowała swoje długie, lekko pożółkłe od nikotyny paznokcie, podczas gdy ja przepisywałam na maszynie wywiad, jaki przeprowadziłam z pewnym znakomitym powieściopisarzem.

Wszystkie miałyśmy krochmalone bawełniane nocne koszule, szlafroki pikowane albo uszyte z materiału frotté, żeby mogły służyć również jako narzutki plażowe. Ale nie Doreen. Doreen paradowała we wspaniałych, półprzezroczystych, długich do ziemi negliżach z nylonu i koronek. Tkaniny lubiła cieliste, przyklejające się do ciała. Wionął od niej bardzo interesujący, trochę piżmowy zapach potu, przypominający liście takiej jednej paproci, które zrywa się, rozgniata w dłoniach i wącha.

– Dobrze wiesz, że stara Jotka nawet nie zauważy, czy oddasz jej to jutro czy dopiero w poniedziałek. – Doreen zapaliła papierosa. Wypuszczała dym przez nozdrza i przyglądała mi się jakby zza cienkiej zasłony. – Jotka jest brzydka jak noc – dodała beznamiętnie. – Założę się, że ten jej stary mąż gasi wszystkie światła, zanim się do niej dobierze, inaczej by się zrzygał.

Jotka była moją opiekunką i mimo tego, co mówiła o niej Doreen, bardzo ją lubiłam. W odróżnieniu od innych gaduł, redaktorek naszego pisma, nie nakładała sztucznych rzęs i błyskotliwej tandetnej biżuterii. Była przy tym inteligentna, więc ten wybitny brak urody wcale mnie nie raził. Czytała w kilku językach i znała wszystkich wziętych autorów piszących do kobiecych magazynów.

Usiłowałam sobie wyobrazić Jotkę poza jej nieprzytulnym gabinetem i bez urzędowego kapelusza przeznaczonego na oficjalne obiady, leżącą z tłustym mężem w łóżku, ale jakoś mi to nie wychodziło. Zawsze mam trudności z wyobrażaniem sobie ludzi w łóżku.

Jotka chciała mnie koniecznie czegoś nauczyć, wszystkie starsze panie zawsze chciały mnie czegoś uczyć, ale nagle nabrałam pewności, że te ich nauki już mi się na nic nie zdadzą. Teraz nałożyłam pokrywę na maszynę do pisania i zamknęłam ją.

– Mądre dziecko. – Doreen się uśmiechnęła.

Ktoś zapukał do drzwi.

– Kto tam? – Nie chciało mi się wstawać.

– To ja, Betsy, czy idziesz z nami na przyjęcie?

– Chyba tak. – W dalszym ciągu nie chciało mi się podejść do drzwi.

Betsy była importowana prosto z Teksasu razem ze swoimi jasnymi włosami, uczesanymi w koński ogon i uśmiechem ulubienicy pułku. Pamiętam, jak kiedyś wezwano nas do gabinetu pewnego kiepsko ogolonego producenta telewizyjnego, odzianego w garnitur z materiału w prążki. Chciał się dowiedzieć, czy nie mamy jakiegoś pomysłu na program – i Betsy od razu zaczęła mu opowiadać o różnych odmianach teksaskiej kukurydzy. Mają dwie, męską i żeńską. Betsy była tak przekonująca i tak przejęta tą swoją nieszczęsną kukurydzą, że nawet producentowi w końcu stanęły łzy w oczach, ale niestety, jak powiedział, nie był to temat nadający się do magazynu.

Nieco później redaktor działu pielęgnacji urody namówił Doreen, żeby obcięła włosy, i zaczął umieszczać jej zdjęcia na okładce, i nawet teraz widuję czasami jej uśmiechniętą twarz na reklamówkach odzieży firmy Wragge.

Betsy nieustannie prosiła mnie, żebym szła na miasto z nią i jej przyjaciółkami. Zachowywała się tak, jakby chciała się mną zaopiekować. Nigdy jednak nie zapraszała Doreen. Doreen mówiła o niej: ta dojarka.

– Czy chcesz pojechać z nami jedną taksówką? – zapytała Betsy przez zamknięte drzwi.

Doreen potrząsnęła przecząco głową.

– Dziękuję ci, Betsy – krzyknęłam – ale pojadę chyba z Doreen!

– Okej. – Betsy poczłapała w głąb korytarza.

– Pojedziemy, ale zostaniemy tylko tak długo, jak nam się będzie chciało – oświadczyła Doreen, gasząc papierosa o lampkę stojącą przy moim łóżku. – A potem pojedziemy sobie na miasto. Te ich tutejsze przyjęcia przypominają mi szkolne potańcówki w salach gimnastycznych. Nie rozumiem, dlaczego zawsze zapraszają chłopców z Yale. Są taaacy głupi!

Buddy Willard też był z Yale i gdy sobie o nim dzisiaj myślę, dochodzę do wniosku, że również był głupi. Udawało mu się wprawdzie dostawać całkiem dobre stopnie i przeżył kiedyś romans z okropną kelnerką o imieniu Gladys, w miejscowości letniskowej na Cape Cod, ale nie miał za grosz intuicji. Doreen za to miała jej dużo. Wszystko, co mówiła, brzmiało jak tekst wydobywający się wprost z moich własnych trzewi.

Utknęłyśmy w tłoku. O tej porze zaczynały się przedstawienia w teatrach. Nasza taksówka stanęła za taksówką Betsy, a przed taksówką, w której siedziały jeszcze cztery dziewczęta, i nie mogła ruszyć z miejsca.

Doreen wyglądała cudownie. Miała na sobie białą koronkową suknię z ogromnym dekoltem, bardzo obcisłą, zapinaną na zamek błyskawiczny, a pod nią gorsecik, który ściskał ją szalenie w pasie, a uwypuklał to, co nad i pod. Skórę miała opaloną, jak gdyby wypolerowaną i lekko przypudrowaną, a pachniała jak cała perfumeria.

Ja nałożyłam obcisłą czarną suknię z szantungu, za którą zapłaciłam czterdzieści dolarów. Kiedy dowiedziałam się, że jestem jedną ze szczęściarek, które pojadą do Nowego Jorku, wypuściłam się na miasto i wydałam sporą część stypendium na wyprawkę. Ta czarna suknia została zakupiona właśnie wtedy. Miała jakiś taki dziwny krój, że nie pasował pod nią żaden stanik, ale to właściwie nie miało większego znaczenia. Byłam płaska jak chłopak, a poza tym uczucie całkowitej niemal nagości sprawiało mi przyjemność i pomagało przeżyć te gorące, parne noce.

Miasto wpłynęło fatalnie na stan mojej opalenizny. Byłam teraz żółta jak Chińczyk. Normalnie martwiłabym się z powodu tej sukni i tej żółtej cery, ale obecność Doreen kazała mi zapomnieć o wszystkich moich zmartwieniach. W jej towarzystwie czułam się jak stary, kuty na cztery nogi cynik.

W pewnym momencie jakiś facet w niebieskiej sportowej koszuli, w czarnych obcisłych spodniach i kowbojskich butach oderwał się od drzwi baru, wyłonił się spod pasiastej markizy i zaczął zbliżać się do naszej taksówki lekko kołyszącym się krokiem. Od razu wiedziałam, że nie chodzi mu o mnie, ale, oczywiście, o Doreen. Przemknął zręcznie między samochodami i wsunął głowę przez nasze otwarte okienko.

– A cóż to, jeżeli można zapytać, dwie ładne samotne panienki robią w taksówce w taki piękny wieczór?

Uśmiechnął się szerokim durnym uśmiechem prosto z reklamy pasty do zębów.

– Jedziemy na przyjęcie – wymknęło mi się, a to dlatego, że Doreen nagle zupełnie zidiociała i tylko coś tam kręciła przy swoim białym koronkowym pokrowcu na torebkę.

– To nuda – oświadczył młody człowiek. – Proponuję, żeby panie wypiły ze mną jednego w tym oto barku. Czeka tam na mnie kilku przyjaciół.

Wskazał głową grupę dość dziwacznie ubranych młodzieńców, którzy stali pod markizą. Obserwowali go od samego początku, a teraz, kiedy na nich spojrzał, wybuchnęli śmiechem.

Śmiech ten powinien być dla mnie ostrzeżeniem. Był to taki niezbyt głośny, wszechwiedzący rechocik, ale w tej samej chwili samochody zaczęły ruszać i wyglądało na to, że jeżeli nie zdecydujemy się szybko, to za dwie sekundy będziemy żałowały, że nie skorzystałyśmy z okazji obejrzenia Nowego Jorku z innej nieco strony, niż zaplanowali nasi opiekunowie z redakcji magazynu.

– No jak, Doreen? – zapytałam.

– No i jak, Doreen? – powtórzył za mną młody człowiek i dalej się uśmiechał.

Do dzisiejszego dnia nie wiem, jak wyglądał bez tego uśmiechu na twarzy. Wydaje mi się, że uśmiechał się przez cały wieczór. To musiała być jego druga natura. Ten uśmiech.

– No, niech będzie – powiedziała Doreen do mnie.

Otworzyłam więc drzwiczki i wysiadłyśmy z taksówki w momencie, w którym właśnie zaczęła ruszać. Pobiegłyśmy w stronę baru. Za nami rozległ się straszliwy zgrzyt hamulca i kilka głuchych uderzeń.

– Hej, zaraz! – Nasz taksówkarz, wściekły i purpurowy na twarzy, wysunął głowę. – Co to ma znaczyć?

Zatrzymał się tak gwałtownie, że taksówka jadąca za nim musiała stuknąć go w bagażnik, a wszystkie cztery znajdujące się w niej dziewczyny obsunęły się z siedzeń. Widziałyśmy, jak się gramolą i wierzgają nogami.

Młody człowiek roześmiał się, przeprowadził nas na chodnik, wrócił do taksówki i wręczył kierowcy banknot. Rozległo się straszne trąbienie, zaczęły padać wyzwiska, ale zaraz potem wszystkie dziewczęta z naszego magazynu przesunęły się taksówkami jak korowód weselny złożony z samych druhen.

– Chodź no tu, Frankie. – Nasz młody człowiek skinął na niskiego rozczochranego faceta, który oderwał się od grupy kolegów i wszedł z nami do baru.

Nie cierpię takich typów. Miał zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu. Jak stoję obok niskich mężczyzn, nachylam się, żeby być niższa, zapadam się w talii, przy czym jedno biodro idzie wyżej, a drugie niżej. Zaczyna mi być głupio i na dodatek mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią.

Przez chwilę miałam płonną nadzieję, że dobierzemy się według wzrostu, a wówczas mnie przypadłby ten młody człowiek, który nas poderwał, bo miał dobre metr dziewięćdziesiąt, ale nic z tego, od razu poszedł naprzód z Doreen i nawet na mnie nie spojrzał. Udawałam, że nie widzę Frankiego, który pętał się gdzieś w okolicy mojego łokcia, a kiedy usiedliśmy, niemalże przytuliłam się do Doreen.

W barze było tak ciemno, że widziałam właściwie tylko ją. Jej jasne włosy i biała suknia srebrzyły się w ciemności, myślę, że to z powodu lampy neonowej nad barkiem. Czułam, że rozmazuję się w tym świetle jak negatyw jakiejś osoby, której nigdy w życiu przedtem nie widziałam.

– No więc, czego się napijemy? – zapytał nas młody człowiek z tym swoim szerokim uśmiechem.

– Myślę, że może koktajl Old Fashioned – rzuciła Doreen w moją stronę.

Zamawianie napojów nie było moją mocną stroną. Nie odróżniałam whisky od dżinu i nigdy nie udawało mi się dostać czegoś, co by mi naprawdę smakowało. Buddy Willard czy inni studenci, z którymi dotychczas wychodziłam, albo nie mieli pieniędzy na prawdziwy alkohol, albo w ogóle nie pili. Zadziwiające, ilu studentów nie pije ani nie pali. W każdym razie wszyscy moi znajomi. Najśmielsze posunięcie Buddy’ego Willarda w tej dziedzinie miało miejsce tego dnia, kiedy kupił butelkę dubonneta, a i to zrobił tylko i wyłącznie dlatego, by udowodnić mi, iż jest estetą, mimo że studiuje medycynę.

– Dla mnie wódka – powiedziałam.

Młody człowiek spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

– Z czym? – zapytał.

– Czysta – odparłam. – Zawsze piję czystą.

Obawiałam się, że się wygłupię, jeżeli zażądam do wódki lodu albo dżinu, albo czegokolwiek. Widziałam kiedyś reklamę firmy produkującej wódkę, kieliszek pełen przezroczystego płynu, stojący samotnie na bryle lodu wśród śnieżnej zamieci. Cały obrazek tonął na dodatek w błękitnej poświacie, wódka zaś była krystaliczna, przezroczysta jak woda, wydedukowałam więc, że wódkę pije się czystą, z niczym nie zmieszaną. Podszedł kelner i chłopcy złożyli zamówienie. W tym swoim kowbojskim przebraniu nasz gospodarz wyglądał tu jak u siebie w domu i pomyślałam, że może jest to jakiś znany człowiek.

Doreen milczała i tylko bawiła się niewielką korkową matą, która leżała przed nią na stole. Po chwili zapaliła, ale było widać, że on nie miał jej tego za złe. Wybałuszał na nią oczy, jakby stał w zoo przed klatką z małpą i czekał, żeby odezwała się ludzkim głosem.

Przyniesiono drinki, a moja wódka wyglądała zupełnie jak na tamtym obrazku, biała i przezroczysta.

– Co pan robi? – zapytałam wreszcie naszego gospodarza, by przerwać milczenie, które obrastało nas jak gęsta trawa w dżungli. – To znaczy chciałam zapytać, co pan robi tu, w Nowym Jorku.

Powoli i jak gdyby z wielkim wysiłkiem oderwał oczy od nagiego ramienia Doreen i powiedział:

– Jestem dyskdżokejem. Może pani o mnie słyszała. Nazywam się Lenny Shepherd.

– Ja pana znam – odezwała się nagle Doreen.

– To mnie bardzo cieszy, kochana. – Roześmiał się. – To się świetnie składa. No tak, jestem znany, wszyscy znają mnie jak zły szeląg.

Po czym Lenny Shepherd spojrzał długo i przeciągle na swojego towarzysza.

– Hej! – odezwał się tamten. – Skąd wy, dziewczyny, jesteście i jak się nazywacie?

– To jest Doreen – odparł Lenny, objął jej nagie ramiona i przycisnął ją do siebie.

Ze zdumieniem stwierdziłam, że Doreen zupełnie na to nie reaguje. Po prostu siedziała sobie, ciemnoskóra, niczym tleniona Murzynka w białej sukni, i wytwornie pociągała ze swojego kieliszka.

– Nazywam się Elly Higginbottom i mieszkam w Chicago – skłamałam i natychmiast poczułam się bezpieczniej. Nie chciałam, żeby to, co robiłyśmy tu, w tym barze, kojarzyło się w jakikolwiek sposób z moim prawdziwym nazwiskiem, ze mną i moim rodzinnym Bostonem.

– No to fajno, Elly, zatańczymy?

Myśl o tańcu z tym pokurczem w pomarańczowych butach na koturnach, skąpym podkoszulku i wymiętej granatowej sportowej marynarce wydała mi się wprost śmieszna. Nie cierpię facetów w granatowych ubraniach. Szare, czarne, a nawet brązowe, proszę bardzo. Ale granatowe ubranie jest dla mnie po prostu śmieszne.

– Nie mam nastroju – odpowiedziałam wyniośle, odwróciłam się do niego plecami i przysunęłam się wraz z krzesłem do Doreen i Lenny’ego.

A oni wyglądali, jak gdyby byli starymi przyjaciółmi. Doreen długą srebrną łyżką wyciągała kawałki owoców z dna swojej szklanki. Wkładała je do ust, a wtedy Lenny warczał cicho jak pies, który widzi kość, i udawał, że niby chce jej zabrać ten kęs. Doreen chichotała i dalej wyławiała owoce ze szklanki.

Wódka mi smakowała. Nareszcie znalazłam swój trunek. Nie miała określonego smaku i spływała gładko do żołądka jak nóż połykacza noży, dodając mi animuszu i boskiej pewności siebie.

– To ja sobie chyba pójdę – oświadczył Frankie i podniósł się.

Było tak ciemno w tym barze, że nawet go dobrze nie widziałam, ale po raz pierwszy dotarło do mnie, że ma piskliwy, głupi głosik. Nikt nie zwracał na niego uwagi.

– Hej, Lenny, jesteś mi coś winien. Pamiętasz, Lenny, pamiętasz, że jesteś mi coś winien?

Wydało mi się bardzo dziwne, że wybrał sobie akurat ten moment, żeby przypomnieć Lenny’emu, że ten mu jest coś winien, ale stał i powtarzał to zdanie w kółko, i to dopóty, dopóki Lenny nie wsunął ręki do kieszeni, nie wyciągnął grubego zwitka zielonych banknotów i nie wręczył mu jednego. Wydaje mi się, że był to banknot dziesięciodolarowy.

– Zamknąć mi się już i wynocha – syknął.

Przez chwilę myślałam, że dotyczy to również i mnie, ale zaraz usłyszałam słowa Doreen.

– Nie pójdę nigdzie bez Elly – powiedziała. Trzeba jej przyznać, że bez wahania nazwała mnie moim przybranym imieniem.

– O, Elly pójdzie z nami, prawda, Elly? – Lenny mrugnął do mnie.

– Pewnie – odpowiedziałam.

Tamten rozpłynął się, więc pomyślałam sobie, że chyba naprawdę pójdę z nimi. Ostatecznie chciałam przeżyć, ile się da.

Szalenie lubię przyglądać się ludziom znajdującym się w podbramkowych sytuacjach. Wypadek drogowy, bójka uliczna, embrion pływający w słoju pełnym spirytusu. Interesuje mnie wszystko. Stoję i gapię się tak intensywnie, jak gdybym chciała to zapamiętać na całe życie.

W ten sposób nauczyłam się bardzo wielu rzeczy i nawet jeśli coś przeraża mnie albo przyprawia o mdłości, niczego po sobie nie pokazuję i zawsze udaję, że dokładnie tak to sobie wyobrażałam.

2

Bardzo się cieszę, że poszłam wtedy do mieszkania Lenny’ego.

Znajdowało się w dużej nowojorskiej kamienicy czynszowej, ale było wyposażone i umeblowane jak dom na kowbojskim ranczu. Lenny kazał usunąć kilka ścian i uzyskał wielki pokój, wyłożył go boazerią z sosnowego drewna i zainstalował duży bar w kształcie podkowy. Bar też był z sosny, o ile się nie mylę, posadzka także z sosnowych klepek.

Wszędzie rozścielone były duże białe skóry niedźwiedzie, a za jedyne umeblowanie służyły niskie tapczany pokryte indiańskimi matami. Zamiast obrazów na ścianach wisiały rogi jelenie, rogi bawole i wypchana głowa królika. Lenny wskazał kciukiem na smutny szary pyszczek i sztywne uszka nieszczęsnego stworzonka i oświadczył:

– Przejechałem toto pod Las Vegas.

Przeszedł szybkim krokiem przez wielki pokój. Obcasy jego wysokich kowbojskich butów stukały na posadzce, co odbijało się echem od drewnianej boazerii.

– Akustyka – wyjaśnił nam i robił się coraz to mniejszy i mniejszy, aż wreszcie zniknął w głębi, za jakimiś drzwiami.

I od razu ze wszystkich ścian zaczęła płynąć muzyka, która po chwili umilkła i rozległ się głos Lenny’ego:

– Jest północ, proszę państwa, a ja, wasz dyskdżokej Lenny Shepherd, przynoszę wam wiązankę popularnych melodii z czołowej dziesiątki płyt tygodnia. Ósma w tym tygodniu, nasza własna jasnowłosa, jasnooka synogarlica, o której wszyscy dzisiaj mówią... jedyna, niezrównana, wspaniała, sensacyjna Anna Słoneczna!

Urodziłam się w Kanzasie,

Wychowałam się w Kanzasie,

A jak znajdę chłopaka,

Ślub wezmę też w Kanzasie...

– Co za facet! – odezwała się Doreen. – No, powiedz sama. Dziwny jakiś, no nie?

– Jeszcze jak – odparłam.

– Zrób coś dla mnie, Elly – dodała. Widocznie naprawdę już uwierzyła, że jestem jakąś tam Elly.

– No mów.

– Nie odchodź, słyszysz? Żeby nie wiem co. Jakby ten się do mnie zabrał, to marny mój los. Czy zauważyłaś jego bicepsy? – Doreen zachichotała głupkowato.

Lenny wyłonił się z drugiego pokoju.

– Powiem wam, że mam tu ekwipunek dźwiękowy o wartości dwudziestu tysięcy.

Przetoczył się do baru, wyjął trzy szklanki i srebrny kubełek do lodu i zaczął mieszać jakiś koktajl z różnych butelek.

...dziewczyna cud, słoneczna dziewczyna...

ze stanu, w którym kwitną słoneczniki.

– Wspaniałe, co? – Lenny podszedł do nas, zręcznie żonglując trzema pełnymi szklankami. Były zapotniałe i zroszone zimnymi kroplami, a kawałki lodu pobrzękiwały w nich jak dzwoneczki. Piosenka kończyła się przeciągłym zawodzeniem i zaraz potem rozległ się znowu głos Lenny’ego. Zapowiadał następny numer.

– Nie ma nic przyjemniejszego niż słuchanie własnego głosu – oświadczył. – Ale chwileczkę... – Przyjrzał mi się uważnie. – Frankie nawalił, muszę ci wytrzasnąć innego faceta. Zaraz zadzwonię do któregoś z kolegów.

– Nie trzeba – powiedziałam. – Mnie na tym nie zależy.

Miałam ochotę powiedzieć mu szczerze, że jeżeli się już fatyguje, to żeby mi sprowadził kogoś przynajmniej o kilka centymetrów wyższego.

Lenny odetchnął z ulgą.

– No dobra, skoro ci naprawdę nie zależy. Za nic nie chciałbym sprawić przykrości przyjaciółce Doreen. – Uśmiechnął się do niej, szczerząc swoje wielkie białe zęby. – Prawda, kotku?

Wyciągnął do niej rękę, a ona wstała bez słowa i od razu zaczęli podrygiwać, nie wypuszczając przy tym szklanek z rąk.

Siedziałam ze skrzyżowanymi nogami na jednym z tapczanów i usiłowałam zachowywać się obojętnie i beznamiętnie, jak jeden biznesmen, którego obserwowałam, kiedy patrzył na taniec brzucha. Ale ponieważ oparłam się plecami o ścianę, tapczan zaczął wyjeżdżać na środek pokoju, więc zsunęłam się na podłogę, siadłam na niedźwiedziej skórze i oparłam się o brzeg tapczanu.

Mój drink był mocny, deprymujący jakiś. Miał smak stęchłej wody. Gorszy z każdym łykiem. W połowie szklanki namalowane było różowe lasso w żółte kropki. Wypiłam tyle, że poziom płynu znalazł się o mniej więcej dwa centymetry poniżej lassa, zrobiłam przerwę, a kiedy znowu zabrałam się do picia, lasso znajdowało się, cudem jakimś, znowu tuż pod poziomem drinka.

Gromki głos Lenny’ego dochodził teraz, nie wiadomo dlaczego, z sufitu. „Dlaczego, ach, dlaczego wyniosłem się z Oswego...” – śpiewał.

Doreen i Lenny nie przestawali podrygiwać nawet w przerwach pomiędzy płytami. Czułam, że kurczę się coraz bardziej i bardziej i po pewnym czasie byłam pewna, że jestem już tylko małą czarną kropką na tle czerwieni i bieli dywanów, no i tej sosnowej boazerii. Czułam się, co tu ukrywać, jak dziura w moście.

Jest coś szalenie demoralizującego w widoku dwojga ludzi, którzy najwyraźniej dostali bzika na swoim punkcie, szczególnie jeżeli się jest jedyną postronną osobą w pokoju.

Można to tylko porównać do uczucia, jakiego doznaje się na przykład, odjeżdżając z Paryża ostatnim wagonem pociągu towarowego, który, jak wiadomo, ma okienko z tyłu. Z każdą sekundą miasto maleje i maleje, a człowiekowi się zdaje, że to nie miasto maleje, tylko on, że to on staje się coraz mniejszy i mniejszy, samotny i coraz bardziej samotny, bo oddala się z szybkością miliona kilometrów na godzinę od świateł wielkiego miasta i od wszystkich kotłujących się tam spraw.

Od czasu do czasu Lenny i Doreen padali sobie w objęcia, całowali się, swingowali do baru po świeżego drinka i powracali do swoich pląsów. Pomyślałam, że najlepiej będzie, jak zwinę się w kłębek na niedźwiedziej skórze i prześpię się, aż Doreen zdecyduje, że ma dosyć i że możemy wrócić do hotelu.

Nagle Lenny wydał z siebie dziki ryk. Usiadłam. To Doreen wbiła zęby w jego lewe ucho.

– Puszczaj, kurwo!

Lenny pochylił się gwałtownie, przerzucił sobie Doreen przez ramię, jej drink zatoczył wielkie półkole, a szklanka z idiotycznym brzękiem rozbiła się o boazerię. Lenny wciąż ryczał jak zarzynane prosię i wirował z tak zawrotną szybkością, że nie widziałam twarzy Doreen.

Zauważyłam mimochodem, tak jak notuje się kolor czyichś oczu, że piersi Doreen wyskoczyły z dekoltu sukni i kołyszą się jak dwa jędrne, dojrzałe melony, a ona przerzucona przez ramię Lenny’ego wierzga nieprzytomnie nogami. Poza tym jeszcze bardzo głośno piszczała. Po chwili obydwoje zaczęli się dziko śmiać, zwolnili nieco tempo i Lenny próbował ugryźć Doreen przez spódnicę w biodro. Uznałam więc, że trzeba ich chyba zostawić, wyśliznęłam się z pokoju i trzymając się oburącz poręczy schodów, na pół skacząc, a na pół czołgając się, dotarłam na dół.

Nie pamiętałam o tym, że w mieszkaniu Lenny’ego była klimatyzacja, więc kiedy znalazłam się na ulicy, aż się zatoczyłam, uderzona falą tropikalnego fetoru, jaka mnie znienacka ogarnęła. Asfalt przez cały dzień pochłaniał gorące, smrodliwe wyziewy ulicy, a nocą je wypuszczał. Dostałam tym smrodem jak pięścią między oczy. Ponadto nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jestem. Przez minutę zastanawiałam się nad możliwością pojechania taksówką na przyjęcie, ale zaraz zrezygnowałam, bo myśl, że mogłabym się znaleźć w pustej sali balowej, pełnej confetti, niedopałków i zmiętych serwetek papierowych, przeraziła mnie.

Ruszyłam w kierunku najbliższego rogu. Jednym palcem wodziłam po murach domów, żeby nie stracić równowagi. Spojrzałam na tablicę z numerem ulicy, po czym wyciągnęłam z torebki plan miasta i stwierdziłam, że znajduję się dokładnie o czterdzieści trzy ulice od mojego hotelu.

Chodzenie nigdy mnie nie przerażało. Ustawiłam się więc we właściwym kierunku i ruszyłam przed siebie, licząc kolejne ulice, a kiedy weszłam do hallu naszego hotelu, byłam już zupełnie trzeźwa, nogi miałam tylko lekko obrzmiałe, co było zresztą moją winą, ponieważ zapomniałam włożyć pończochy.

Hall był pusty. Jedynie nocny portier drzemał w swojej loży wśród rzędów kluczy i milczących telefonów.

Wśliznęłam się do służbowej windy i nacisnęłam guzik. Drzwi zasunęły się za mną bezszelestnie, zatkało mi uszy i zobaczyłam nagle twarz jakiejś Chinki uśmiechającej się do mnie głupawo. Było to, rzecz prosta, moje własne odbicie w lustrze. Z przerażeniem stwierdziłam, że wyglądam jak zmęczona i pomarszczona staruszka.

Na korytarzu nie było żywej duszy. Weszłam do mojego pokoju. Stał w nim gęsty dym. Z początku pomyślałam, że dym ten zmaterializował się tak z niczego, że był czymś w rodzaju kary bożej, ale po sekundzie przypomniałam sobie, że był to dym po papierosach Doreen, i nacisnęłam lewarek, za pomocą którego otwierało się okno. Okna w tym hotelu były tak skonstruowane, żeby nie można ich było otworzyć na oścież i wychylić się. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie to teraz rozzłościło.

Stanęłam na lewo od okna, przyłożyłam twarz do framugi, co pozwoliło mi spojrzeć na ulicę. W oddali kołysała się leciutko bryła gmachu Narodów Zjednoczonych. W ciemnościach nocy budynek ten wyglądał jak wielki zielony niesamowity plaster miodu. Może są takie na Marsie. Wzdłuż jezdni mrugały białe i czerwone światła, a dalej latarnie mostów, których nazw nie znałam.

Cisza podziałała na mnie przygnębiająco. Nie ta na zewnątrz, ale ta, co była we mnie samej.

Wiedziałam doskonale, że sunące wzdłuż ulic samochody hałasują, że znajdujący się w nich ludzie, ludzie mieszkający za fasadami tych wszystkich domów, wydają z siebie najrozmaitsze dźwięki, że rzeka szumi, ale że ja tego wszystkiego nie słyszę. Miasto wisiało za moim oknem płaskie jak afisz, połyskujące i migotliwe, ale co z tego, co z tego, skoro nic do mnie nie docierało.

Porcelanowobiały telefon, stojący przy łóżku, mógł, być może, połączyć mnie ze światem, ale co z tego, skoro milczał i leżał na nocnym stoliku niczym trupia czaszka. Usiłowałam sobie przypomnieć nazwiska wszystkich osób, którym dałam numer mojego telefonu, żeby sobie uświadomić, kto ewentualnie mógłby do mnie zadzwonić, ale do głowy przychodziło mi tylko i wyłącznie nazwisko matki Buddy’ego Willarda. Ona z kolei miała podać mój numer jakiemuś tłumaczowi kabinowemu z ONZ.

Wydałam z siebie krótki sarkastyczny śmiech.

Można sobie wyobrazić, co to mógł być za tłumacz kabinowy, z którym pragnęła mnie skontaktować pani Willard. Wiedziałam przecież doskonale, że pani Willard marzy tylko i wyłącznie o tym, żebym wyszła za mąż za jej syna, Buddy’ego, który w tej chwili znajdował się w górach, w stanie Nowy Jork, w sanatorium dla gruźlików. Pani Willard wystarała mi się nawet na lato o posadę kelnerki w tymże sanatorium, po to, oczywiście, żeby jej syn nie czuł się osamotniony. Zarówno ona, jak i Buddy zupełnie nie mogli zrozumieć, dlaczego zamiast tego zdecydowałam się na wyjazd do Nowego Jorku.

Lustro na mojej toaletce wydało mi się lekko spaczone i jakieś bardzo błyszczące. Twarz, która się w nim odbijała, przypominała mi moje własne odbicie w lampie dentysty. Przyszło mi na myśl, że może najlepiej byłoby wsunąć się pomiędzy prześcieradła i zasnąć, ale po chwili pomysł ten wydał mi się równie nieatrakcyjny jak na przykład włożenie pomiętego i poplamionego listu do czystej białej koperty. Postanowiłam więc wziąć gorącą kąpiel.

Gorąca kąpiel jest dobra na wszystko, no, prawie na wszystko. Kiedy bywa mi tak smutno, że chciałabym umrzeć, albo kiedy jestem zbyt zdenerwowana, żeby zasnąć, albo zakochana w chłopcu, którego nie zobaczę przez cały tydzień, wpadam w skrajną depresję, a w końcu mówię sobie:

– Pójdę i wezmę gorącą kąpiel.

W kąpieli medytuję. Woda musi być bardzo gorąca, tak gorąca, żeby parzyła, kiedy się wkłada nogę do wanny. Trzeba się zanurzać bardzo powoli, centymetr po centymetrze, aż woda dojdzie do szyi.

Pamiętam sufit nad każdą wanną, w jakiej się kiedykolwiek wylegiwałam. Pamiętam kolor tynku, rysy, pęknięcia, wilgotne zacieki, no i lampy. Pamiętam kształt wanien: stare, na wygiętych nogach, i nowoczesne, podobne do trumien, i wymyślne, różowe, marmurowe, w cudownych łazienkach z oknami o zamglonych szybach, na których wymalowano stawy zarośnięte liliami wodnymi. Pamiętam też kształty i rozmiary kurków i mydelniczek.

W wannie z gorącą wodą staję się naprawdę sobą.

Tak więc blisko godzinę przeleżałam w wannie, na siedemnastym piętrze nowojorskiego hotelu dla kobiet, hen wysoko ponad zgiełkiem i szaleństwem Nowego Jorku, i czułam, że powoli staję się znowu czysta. Nie wierzę w chrzest wody Jordanu ani w różne takie hocki-klocki, ale co tu gadać, dla mnie gorąca kąpiel to mniej więcej to samo co dla niektórych ludzi święcona woda.

Powtarzałam sobie w duchu:

– Doreen się rozpuszcza, Lenny Shepherd się rozpuszcza, Frankie się rozpuścił, Nowy Jork się rozpuścił, wszystko rozpuści się, spłynie i straci znaczenie. Nie znam tych ludzi, nigdy ich nie znałam, jestem czysta jak łza. Cały ten alkohol, wszystkie pocałunki, jakie widziałam, i brud, co osiadł na mojej skórze w drodze do hotelu, wszystko znikło jak kamfora.

I im dłużej leżałam w gorącej przezroczystej wodzie, tym bielsza się czułam, a kiedy wreszcie opuściłam wannę i otuliłam się miękkim białym hotelowym prześcieradłem kąpielowym, czułam się świeża i nieskalana jak nowo narodzone dziecię.

Sama nie wiem, jak długo spałam, kiedy zbudziło mnie pukanie do drzwi. Z początku nie zwracałam na nie żadnej uwagi, ponieważ jakiś głos powtarzał w kółko:

– Elly, Elly Elly, wpuść mnie – a ja nie znałam żadnej Elly.

A potem do tego pukania dołączyło się inne, mocniejsze, bardziej stanowcze, i drugi, znacznie bardziej energiczny głos zawołał:

– Panno Greenwood, przyjaciółka panią prosi! Wtedy zorientowałam się, że chodzi o Doreen.

Z trudem stanęłam na nogi i przez dobrą minutę chwiałam się sennie na środku ciemnego pokoju. Byłam zła na Doreen, że mnie obudziła, jedyną szansą jakiego takiego przeżycia tej okropnej nocy był sen, a ona musiała przyjść i wszystko zepsuć. Zdecydowałam udawać, że śpię, w nadziei, że to pukanie się skończy i zostawią mnie w spokoju, więc czekałam cicho, ale nic z tego nie wyszło.

– Elly, Elly, Elly – mamrotał pierwszy głos, podczas gdy drugi wciąż syczał: – Panno Greenwood, panno Greenwood, panno Greenwood. – Zupełnie jak gdybym miała dwie jaźnie czy coś w tym rodzaju.

Otworzyłam w końcu drzwi i wyjrzałam na jasno oświetlony korytarz. Wydało mi się nagle, że to nie dzień ani noc, tylko jakaś podejrzana przerwa między jednym a drugim, co wśliznęła się w sam środek doby i już nigdy nie odejdzie.

Doreen stała oparta o framugę. Gdy otworzyłam drzwi, obsunęła się i po prostu wpadła mi w ramiona. Nie widziałam jej twarzy, ponieważ była całkowicie zasłonięta włosami. Sztywne, tlenione loki spadały jej na piersi jak końska grzywa. Przy samej głowie ciemne pasmo odrostu.

W niskiej, tęgiej, wąsatej kobiecie, ubranej w czarną suknię i biały fartuch, z miejsca poznałam nocną pokojówkę, która spędzała dni w małym pokoiku na końcu korytarza, prasując nasze suknie i wieczorowe toalety. Nie mogłam w żaden sposób zrozumieć, skąd ona zna Doreen, dlaczego nie zaprowadziła jej po prostu do jej pokoju, zamiast robić raban przed moim.

Kiedy pokojówka zobaczyła, że Doreen się uspokaja i już tylko od czasu do czasu wydaje z siebie głęboki dziecinny szloch, powróciła do swojego pokoiczku, swojej rozklekotanej maszyny Singera i swojej deski do prasowania. Miałam ochotę pobiec za nią i powiedzieć, że nie mam z Doreen nic wspólnego, ta pokojówka przypominała mi bowiem wypisz wymaluj moją austriacką babkę. Wyglądała na spracowaną, przestrzegającą surowych obyczajów i sztywnych zasad moralnych kobietę. Istny portret emigrantki europejskiej sprzed pół wieku.

– Do łózieczka, do łózieczka – napraszała się Doreen. – Do łózieczka, do łózieczka.

Byłam absolutnie pewna, że jeśli teraz przeniosę Doreen przez próg mojego pokoju i położę ją do łóżka, to koniec kropka, nigdy w życiu już się jej nie pozbędę.

Ciało jej, miękkie i ciepłe, okrywało mnie jak puchowa pierzyna. Wpierała się we mnie, a jej nogi, obute w idiotyczne pantofelki na szpilkach, wlokły się po ziemi. Zaniesienie Doreen do jej własnego pokoju było ponad moje siły.

Postanowiłam rzucić ją na dywan w korytarzu, zamknąć się na klucz i wrócić do łóżka. Kombinowałam, że jak Doreen się obudzi, to nic nie będzie pamiętała, pomyśli, że zemdlała przed moimi drzwiami, wstanie i spokojnie pójdzie do siebie.

Zaczęłam więc powoli ją opuszczać na zielony chodnik, ale nagle jęknęła i wysunęła mi się z rąk. Fontanna brunatnych rzygowin trysnęła z jej ust i rozlała się wielką kałużą u moich stóp.

Potem Doreen zwiotczała zupełnie i zrobiła się ciężka jak kloc. Opadła na podłogę, głową w kałużę, a jasne strąki jej włosów sterczały jak korzenie w bajorze. Zasnęła natychmiast kamiennym snem. Odsunęłam się. Sama byłam półprzytomna z senności.

Tejże nocy postanowiłam zmienić mój stosunek do Doreen. Przyrzekłam sobie, że będę z nią rozmawiała, obserwowała ją uważnie, ale nie będę się z nią przyjaźniła. Bliższa mi była Betsy i jej prostoduszne przyjaciółki. Zrozumiałam, że w gruncie rzeczy ona jest mi najbliższa.

Cichutko wycofałam się z korytarza i zamknęłam za sobą drzwi. Po namyśle nie przekręciłam klucza. Nie potrafiłam się jakoś na to zdobyć.

Kiedy się przebudziłam, było znowu wściekle gorąco, pochmurno i mgliście. Umyłam twarz zimną wodą, umalowałam usta i ostrożnie otworzyłam drzwi. Spodziewałam się, że zobaczę tam ciało Doreen w kałuży rzygowin, naoczne, jaskrawe świadectwo mojego podłego charakteru.

W korytarzu nie było żywej duszy. Chodnik ciągnął się przez całą jego długość, od ściany do ściany czysty i wiecznie zielony, z wyjątkiem nikłej, wysychającej już plamy tuż pod moimi drzwiami. Wyglądało, jak gdyby ktoś niechcący wylał szklankę wody i natychmiast wytarł plamę czystą ściereczką.