Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 490 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szklane gejsze - Susanna Quinn

Każda dziewczyna ma swoją cenę...

Stephanie chce zostać aktorką, ale nie stać jej na studia. Przyjeżdża do Tokio znęcona opowieściami przyjaciółek o łatwości zarabiania tam pieniędzy – wystarczy pracować jako hostessa i śmiać się z dowcipów podpitych biznesmenów. Żadnego seksu! Na miejscu okazuje się, że wszystko wygląda zupełnie inaczej..

 

Opinie o ebooku Szklane gejsze - Susanna Quinn

Fragment ebooka Szklane gejsze - Susanna Quinn

Su­san­na Qu­inn

Szkla­ne gej­sze

Tłuma­cze­nie: Pa­try­cja Za­raw­ska

Tytuł ory­gi­nału: Glass Ge­ishas

Co­py­ri­ght © Su­san­na Qu­inn

First pu­bli­shed in Gre­at Bri­ta­in in 2012 by Hod­der & Sto­ugh­ton

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.,

War­sza­wa 2013

All ri­ghts re­se­rved

Tłuma­cze­nie: Pa­try­cja Za­raw­ska/Ter­ka

Re­dak­tor pro­wadzący: Agniesz­ka Trzeb­ska-Cwa­li­na/Ha­chet­te Pol­ska

Re­dak­cja: Ewa Ko­si­ba/Ter­ka

Ko­rek­ta: Jo­an­na Łago­da/Ter­ka

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na okładce: © friz­tin / Istock­pho­to.com, © milj­ko / Istock­pho­to.com

Skład i łama­nie: Re­mi­giusz Dąbrow­ski/Ter­ka

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 828 02 82, 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-393-4

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla mo­jej sio­stry Cath, cu­dow­nej oso­by

Pro­log

Wdech, wy­dech”.

An­na­bel nie za­uważyła przeźro­czy­ste­go płynu, który jej wkro­pio­no do szam­panówki. Nie wy­czuła też żad­ne­go dziw­ne­go sma­ku, pod­czas gdy sączyła drin­ka, toteż sięgnęła po ko­lej­ne­go.

„Wdech, wy­dech”.

Kie­dy się jed­nak obu­dziła następne­go dnia z łupiącym bólem głowy, mdłościa­mi w pod­rażnio­nym żołądku i mętny­mi strzępami wspo­mnień z po­przed­niej nocy, na­brała pew­ności, że jej wino zo­stało czymś do­pra­wio­ne.

„Je­den od­dech na­raz: wdech, wy­dech”.

Nie była tyl­ko pew­na, gdzie się znaj­du­je. Ani dla­cze­go jest tak ciem­no. W po­wie­trzu wy­czuła za­pach wody po go­le­niu, zwie­trzałego piwa i zie­lo­nej her­ba­ty.

„Żad­nych hałasów. Po­sta­raj się ze­brać myśli. Przy­po­mnij so­bie. Sprawdź bie­liznę”.

W głowie rozbłysły i znikły pul­sujące ob­ra­zy z mi­nio­nej nocy. An­na­bel pamiętała, jak sie­dzi w swo­im klu­bie ho­stess, na­le­wa drin­ki, uda­je, że się śmie­je z kiep­skich żartów Tak­ki – zwykły wieczór w pra­cy. A po­tem nic. Wiel­ki czar­ny na­pis „Brak dostępu”.

„Jak dużo wypiłam?”.

Dwie bu­tel­ki wina z Takką. Ale to nie tłuma­czy czar­nej dziu­ry w pamięci. An­na­bel po­tra­fiła te­raz wypić całkiem spo­ro i za­cho­wać trzeźwy umysł, nie tak jak wte­dy, kie­dy po raz pierw­szy przy­je­chała do Ja­po­nii.

W pa­nującym mro­ku bar­dziej wy­czuła niż uj­rzała, że leży na czymś śli­skim i miękkim. Prze­je­chała po tym wy­pielęgno­wa­ny­mi pa­znok­cia­mi i stwier­dziła, że to je­dwab, na który na­szy­to spi­ral­ne wzo­ry. Gdzieś mrugnęło czer­wo­ne świa­tełko i zaświe­cił się nie­bie­ski neon wska­zujący wyjście awa­ryj­ne.

„Po­sta­raj się usiąść”.

Drżąc na całym cie­le, pod­niosła się do po­zy­cji siedzącej i po­tarła gołymi, wil­got­ny­mi no­ga­mi jedną o drugą – spra­wiały wrażenie, jak­by były zro­bio­ne z za­mrożone­go cia­sta. Wie­czo­ro­wa su­kien­ka z ta­fty za­sze­leściła, tuż obok po­de­rwało się sta­do ptaków, w ciem­ności ogłuszająco bijących skrzydłami. Zwy­mio­to­wała – do ust napłynęła żółć z po­sma­kiem wina. Na­tych­miast przełknęła ją z po­wro­tem, a ser­ce zabiło jej jesz­cze szyb­ciej.

„To tyl­ko moja su­kien­ka”.

Po­tem po­to­czyły się łzy – gorące, pełne roz­czu­le­nia nad samą sobą. Sięgnęła pod su­kienkę, by spraw­dzić, czy ma na so­bie bie­liznę. Była na miej­scu.

„Wstań”.

Spuściła prze­mar­z­nięte sto­py na podłogę i po­ma­cała do­okoła… Co to jest, pia­sek? Nie, dy­wan. Gru­by dy­wan. Jej ubra­nie o nic nie za­wa­dziło, ale su­kien­ka znów za­sze­leściła, a ręka za­ha­czyła o coś zim­ne­go, co zakołysało się z hałasem. Bu­tel­ka.

„Bar… Je­stem w ba­rze? W ba­rze ho­te­lo­wym?”.

Oczy przy­zwy­czaiły się już do ciem­ności i zaczęła rozróżniać za­ry­sy, cie­nie. Po chwi­li przy­brały kształty przed­miotów. Szkla­ny sto­lik, ta­pi­ce­ro­wa­ne krzesła po­dob­ne do tych na stat­kach rej­so­wych, długie rzędy bu­te­lek szam­pa­na i whi­sky Sun­to­ry usta­wio­ne za lśniącą szklaną taflą po prze­ciw­nej stro­nie po­miesz­cze­nia.

„Je­stem w klu­bie. W moim klu­bie ho­stess. Co ja tu­taj robię?”.

Klub Ca­la­mi­ty Ja­nes za­my­ka­no na noc, więc jak to się stało, że An­na­bel, stra­ciw­szy przy­tom­ność, zo­stała w lo­ka­lu i nikt tego nie za­uważył? Czy kel­ner­ki po pro­stu zo­stawiły ją, sądząc, że kie­dy się ock­nie, sama tra­fi do wyjścia?

Wie­działa, że jej nie lubią. Ostat­nio daw­no już nie przy­po­mi­nała tam­tej miłej młodej ko­bie­ty z różową pla­sti­kową wa­lizką na kółkach, a właści­wie dziew­czy­ny, która nie była w sta­nie wypić więcej niż dwa giny z to­ni­kiem. W tam­tych cza­sach za sprawą długich blond włosów i nie­bie­skich oczu wszy­scy na­zy­wa­li ją Bar­bie. Te­raz mówią na nią „pi­jacz­ka” albo „dziew­czy­na, która się pro­si o kokę”.

Po­ja­wiło się więcej wspo­mnień. Kie­li­szek za kie­lisz­kiem wy­chy­la­ny z Takką. Wy­mknęła się do to­a­le­ty i wąchała grud­ko­wa­ty pro­szek, żeby odpędzić zmęcze­nie, które za­wsze ogar­niało ją około pierw­szej w nocy. Po­tem przewróciła się w to­a­le­cie i wy­mio­to­wała do musz­li. Ktoś podał jej szkla­neczkę sho­tu… Pociągnęła kil­ka łyków i po­czuła się jakoś dziw­nie, jak­by wczołgała się do bu­tel­ki z sho­tu i od środ­ka spoglądała na zewnątrz. Słabo przy­po­mi­nała so­bie, że ktoś nią potrząsał, ale po tym nie pamiętała już nic.

Dwa czy trzy kro­ki od niej na szkla­nym sto­li­ku stała do połowy opróżnio­na bu­tel­ka whi­sky. An­na­bel sięgnęła po nią, żeby szyb­ko zapić nie­przy­jemną rze­czy­wi­stość, ale kie­dy chwy­ciła bu­telkę, roz­legł się odgłos od­dy­cha­nia – ciężkie­go, ochrypłego, jak­by u rozzłoszczo­ne­go kota.

Szyb­ko usiadła z po­wro­tem.

„Muszę się stąd wy­do­stać. I to już”.

Wtem za­brzmiał inny dźwięk, brzęczący. Jej chu­de ciało stężało. Przez szkla­ne drzwi klu­bu wi­działa za­rys win­dy oraz świa­tełko wska­zujące na to, że ktoś jej używa. O tej po­rze w bu­dyn­ku nie po­win­no być ni­ko­go. Jeżeli klub Ca­la­mi­ty Ja­nes jest nie­czyn­ny, wszyst­ko ma być za­mknięte. Chy­ba że ktoś – kto wie, że zo­stała naćpana – przy­by­wa, żeby ją dopaść.

Nu­mer­ki po­nad drzwia­mi win­dy zaczęły rozbłyski­wać je­den po dru­gim i An­na­bel zupełnie się ocknęła. Ktoś ko­rzy­sta z win­dy. Ze­rwała się, lecz nogi jej się roz­jeżdżały. Po­biegła pro­sto na je­den ze szkla­nych sto­lików i ude­rzyła boleśnie ko­la­nem w kant bla­tu. Za­gryzła war­gi. Znów usłyszała schryp­nięty od­dech.

„Wpa­dasz w pa­ra­noję, to z po­wo­du tych prochów”.

Cze­kała za­tem w ciem­ności, jej prze­rażone myśli przy­po­mi­nały wzbu­rzoną pianę, a każdy cień wy­da­wał się żywy. Do­tarło do niej, że nie ma stąd in­ne­go wyjścia jak windą, mu­siałaby się więc minąć z tym kimś, kto się zbliżał. Może to sprzątacz albo kon­ser­wa­tor. Mimo to nie było zbyt mądrze ster­czeć tak na wi­do­ku jak wyłuska­na z musz­li ostry­ga, ni­czym nie­osłonięta, wy­sta­wio­na na każdy atak. Le­piej się scho­wać, zo­ba­czyć, kto nad­ciąga.

Ob­ser­wo­wała nu­me­ry zmie­niające się nad drzwia­mi win­dy.

Dru­gie piętro… trze­cie…

Pomyślała, żeby przy­kucnąć za ba­rem, ale za­raz by ją zna­le­zio­no, gdy­by kto­kol­wiek chciał sięgnąć po drin­ka.

Czwar­te… piąte…

Z jej ust wy­rwał się spa­ni­ko­wa­ny szloch. Po­ty­kając się, ru­szyła w stronę jed­nej z sof. Ciem­na kryjówka za me­blem zda­wała się dla niej za mała i An­na­bel z jękiem zaczęła wci­skać swo­je zziębnięte ciało do cia­sne­go kąta.

Drzwi win­dy roz­sunęły się wol­no. Ktoś wy­szedł i włączył światła, aku­rat w tym mo­men­cie, gdy An­na­bel zdążyła się wsunąć w wąską prze­strzeń za sofą. Na mo­ment ośle­pio­na, zdołała rozróżnić bar­czy­ste syl­wet­ki i długie nogi. To był mężczy­zna; nie, dwaj mężczyźni: je­den wy­so­ki, a dru­gi ni­ski. Nie wi­działa ich twa­rzy, lecz te­raz, w pełnym oświe­tle­niu, do­strzegła kogoś jesz­cze.

Kil­ka metrów od niej leżała nie­przy­tom­na blon­dyn­ka. Od­dy­chała ciężko. Jej ciało, wyciągnięte na jed­nej z je­dwab­nych sof, było spo­wi­te w czer­woną suk­nię wie­czo­rową; jed­na ręka zwi­sała bezwład­nie nad podłogą. Dziew­czy­na spo­czy­wała bez ru­chu, ale jej pierś pod­no­siła się i opa­dała. An­na­bel nie wi­działa ze swo­je­go ukry­cia jej twa­rzy, ale czer­wona su­kien­ka i ja­sne włosy wyglądały zna­jo­mo.

Z ko­lei twa­rze mężczyzn były przesłonięte belką me­bla, pod którym cho­wała się An­na­bel, nie odważyła się jed­nak prze­sunąć, żeby im się przyj­rzeć. Naj­wy­raźniej spraw­dza­li klub, czu­li się w nim jak u sie­bie.

– Jest tyl­ko jed­na – ode­zwał się bełko­tli­wy głos.

– Ta dru­ga… Może wyszła? – Głos dru­gie­go mężczy­zny brzmiał wyraźnie i trzeźwo.

– Nie­do­brze. Zły po­mysł. Le­piej to wyłączyć.

Roz­legło się pstryk­nięcie i nie­mal wszyst­kie światła zgasły, je­dy­nie bar lśnił bla­skiem w od­ległym kącie po­miesz­cze­nia. Wy­so­ki mężczy­zna po­szedł tam, An­na­bel wi­działa jego ubra­ny w ma­ry­narkę tułów i ręce. Otwo­rzył prze­szklo­ne su­wa­ne drzwicz­ki szaf­ki z szam­pa­na­mi i prze­ciągnął pal­ca­mi po bu­tel­kach Dom Péri­gnon, aż zna­lazł wciśnięte między nie drew­nia­ne pudełko. Wyjął z nie­go cien­kie cy­ga­ro i jakiś złota­wy przed­miot wiel­kości kar­ty do gry, wyglądający jak mała gi­lo­tyn­ka; An­na­bel za­uważyła, że błysz­czy, od­bi­jając światło.

Mężczy­zna ostrożnie umieścił końcówkę cy­ga­ra w otwo­rze, na­cisnął od góry i za­raz odcięty czu­bek od­padł i po­to­czył się wśród różowych cie­ni na dy­wa­nie. Wyższy pod­szedł do swo­je­go niższe­go to­wa­rzy­sza stojącego przy szkla­nych drzwiach.

– Czas się po­ka­jać – po­wie­dział, wyciągając przed sie­bie gi­lo­tynkę do cy­gar. – Ciach, ciach. Który pa­lec wy­bie­rasz?

An­na­bel po­czuła, że jej żołądek za­mie­nia się w lód.

– Proszę – wyjąkał ten niższy. – Proszę. – Jego głos brzmiał miękko i zna­jo­mo. – Mój błąd, wiem, ale… ta pra­ca… Ro­zu­miesz, jak­by to wyglądało.

Nastąpiła długa prze­rwa i An­na­bel uświa­do­miła so­bie, że wstrzy­mu­je od­dech. Do­strzegła, jak pulch­na pierś ni­skie­go człowie­ka szyb­ko uno­si się i opa­da. Blon­dyn­ka chra­pli­wie wciągnęła po­wie­trze, lecz żaden z mężczyzn nie zwrócił na nią uwa­gi.

W końcu wy­so­ki za­pa­lił cy­ga­ro i rzekł:

– Oby się to więcej nie zda­rzyło.

– Hai1. Nie zda­rzy się, na pew­no.

An­na­bel za­mru­gała, gdy obłok sre­brzy­ste­go dymu po­szy­bo­wał w stronę jej kryjówki.

Wy­so­ki mężczy­zna pod­szedł do nie­przy­tom­nej dziew­czy­ny. Spod zsu­niętego ramiączka su­kien­ki wy­sta­wał czar­ny sta­nik. Nie­zna­jo­my zaczął pod­ciągać czer­wo­ny ma­te­riał wokół jej nóg. Dru­gi stanął tuż za nim. Po­miesz­cze­nie tonęło w mro­ku i cie­niach, ale w przyćmio­nym świe­tle po­ma­rańczo­wych lam­pek baru An­na­bel do­strzegła odsłoniętą bladą skórę, a po­tem…

Za­mknęła oczy, pragnąc, aby ob­ra­zy znikły. Chciała zna­leźć się gdzieś in­dziej, ale nie mogła wyłączyć dźwięków. Okrop­nych, prze­rażających odgłosów. W końcu obaj mężczyźni od­sunęli się od dziew­czy­ny i, od­dy­chając szyb­ko, po­pra­wi­li na so­bie ubra­nia.

– Mu­si­my od­sta­wić ją z po­wro­tem do miesz­ka­nia – po­wie­dział wy­so­ki. Chwy­cił blon­dynkę, jak­by była wor­kiem ce­men­tu. Ja­sne włosy roz­sy­pały się ni­czym przej­rzy­sta, roz­chwia­na bibułkowa zasłona, kie­dy ją niósł do szkla­nych drzwi. Przy­trzy­mał je stopą, cze­kając na to­wa­rzy­sza. Po­tem na­cisnął gu­zik win­dy.

An­na­bel wydała ci­chut­ki jęk.

„Już idą. Wszyst­ko w porządku. Już so­bie idą”.

Za­mru­gała i przy­gryzła od środ­ka po­li­czek, marząc, żeby ob­ra­zy prze­stały jej migać w głowie. Wykręciła ze­sztyw­niałą szyję, by spraw­dzić, czy mężczyźni wchodzą do win­dy. Je­den z nich wyjął komórkę i usłyszała:

– Weź to… Muszę…

„Od­dy­chaj. Od­dy­chaj”.

Wtem roz­legł się dźwięk.

Pokój za­wi­ro­wał, gdy An­na­bel utkwiła wzrok w brązo­wym przed­mio­cie leżącym metr czy półtora od niej. Jej to­reb­ka od Lou­isa Vu­it­to­na. Zo­stała u stóp sofy, tak oczy­wi­sta i nie­pa­sująca do pu­ste­go klu­bu ho­stess jak opa­ko­wa­nie z fast fo­odu na tacy z in­stru­men­ta­mi chi­rur­gicz­ny­mi. W do­dat­ku wi­bro­wała.

„Wdech, wy­dech, wdech, wy­dech”.

Wi­bra­cje przeszły w sy­gnał dźwiękowy, naj­pierw ci­chy ni­czym brzęcze­nie szkła, po­tem co­raz głośniej­szy, huczący elek­tro­niczną me­lo­dią, ogłuszający wręcz w ci­szy nie­czyn­ne­go klu­bu.

„O Boże, o mój Boże, proszę, pomóż mi, Boże”.

To dźwięczała komórka An­na­bel.

Moc­niej za­gryzła po­li­czek, pragnąc, żeby te­le­fon umilkł. Ale dzwo­nie­nie, za­miast ustać, na­ra­stało, co­raz bar­dziej prze­rażające w pa­nującej dokoła ci­szy.

Klub zalało ja­skra­we ha­lo­ge­no­we światło, re­flek­tor­ki bez­li­tośnie wy­do­były z półmro­ku naj­mrocz­niej­sze za­ka­mar­ki, roz­pra­szając wszel­kie dające na­dzieję cie­nie. An­na­bel wi­działa ciało blon­dyn­ki położone w wejściu do win­dy – złoci­ste roz­su­wa­ne drzwi to otwie­rały się, to za­my­kały na jej nie­przy­tom­nym cie­le. Mężczyźni tym­cza­sem skie­ro­wa­li się z po­wro­tem do klu­bu.

– … ona jest… mówiłem ci… znajdź ją…

Nastąpiła prze­rwa, po czym ten wy­so­ki ener­gicz­nie otwo­rzył szkla­ne drzwi.

– Wciąż może tu być.

Ko­lej­na pau­za. Ktoś prze­rzu­cał po­dusz­ki na ka­na­pie, za którą się kuliła. Za­cisnęła po­wie­ki, gdy po­ru­szyła się ta­pi­cer­ka. Po chwi­li otwarła oczy i zo­ba­czyła nogi w po­pie­la­tych spodniach. Na­kra­pia­na pie­ga­mi dłoń pod­niosła ze sto­li­ka bu­telkę z nie­do­pitą whi­sky. Po­tem bu­telka z trza­skiem wylądowała z po­wro­tem na bla­cie, a żołądek An­na­bel skur­czył się w jed­nej chwi­li, kie­dy po­pie­la­te spodnie zgięły się w ko­la­nach.

Znów moc­no za­mknęła po­wie­ki. Kie­dy je otwo­rzyła, tuż nad nią wid­niała wiel­ka twarz z prze­krwio­ny­mi oczy­ma.

An­na­bel wstrzy­mała od­dech.

Zna­leźli ją.

1Steph

Uśmiech to naj­lep­szy ma­ki­jaż” – głosił na­pis na sta­cji me­tra w Rop­pon­gi2.

Steph, z far­bo­wa­ny­mi na rudo włosa­mi, które w zle­pio­nych ko­smy­kach zwi­sały jej wokół nie­uma­lo­wa­nej twa­rzy, nie­dba­le niosąca na ra­mie­niu ple­cak, do­strzegła to przesłanie po­przez mo­rze uszmin­ko­wa­nych blon­dy­nek i – uśmiechnęła się.

Ostrze­ga­no ją, że Rop­pon­gi, dziel­ni­ca sku­piająca więcej ja­snowłosych ko­biet na ki­lo­metr kwa­dra­to­wy niż ja­kie­kol­wiek inne miej­sce w Ja­po­nii, nie­wie­le ma wspólne­go z resztą kra­ju i zde­cy­do­wa­nie bar­dziej li­czy się tu­taj jen niż zen. „A jed­nak” – roz­myślała, sunąc przez tłoczne, hałaśliwe uli­ce słynącej z prze­mysłu seksualne­go dziel­ni­cy To­kio, obok fa­st­fo­odo­wych re­stau­ra­cji, sklepów z le­gal­ny­mi nar­ko­ty­ka­mi i klubów o wie­le mówiących na­zwach, jak: Szczy­to­wa­nie, Czer­wo­ne War­gi czy In­tym­ne Oczy – „Ani w połowie nie wy­da­je się tu tak źle, jak opo­wia­da­no”.

Z tru­dem udało jej się za­trzy­mać obok za­kor­ko­wa­nej dwu­pa­smo­wej jezd­ni pod sze­roką zie­lo­no-białą es­ta­kadą, pod­czas gdy wokół niej drep­tała na wy­so­kich ob­ca­sach rze­sza młodych ko­biet z Za­cho­du śpieszących na spo­tka­nie miej­sco­wych mężczyzn.

Nikt nie zwra­cał uwa­gi na nie­bie­sko­oką Bry­tyjkę w wy­tar­tych dżin­sach stojącą przed ba­rem ham­bur­ge­ro­wym Fre­sh­ness i wer­tującą prze­wod­nik po To­kio. Wszy­scy już to wi­dzie­li wcześniej: dziew­czy­na z Za­cho­du przy­by­wa do sto­li­cy Ja­po­nii, żeby zdo­być for­tunę. Gdy­by się jed­nak przyj­rze­li bliżej, mo­gli­by do­strzec bli­zny na jej rękach oraz dłoń, która nie­zbyt wpraw­nie trzy­ma tu­ry­styczną książeczkę. Uświa­do­mi­li­by so­bie może, że mimo fo­to­ge­nicz­nej twa­rzy, jej sy­me­trycz­nych rysów i moc­no zaciśniętej szczęki nie jest to po pro­stu ko­lej­na mo­del­ka szu­kająca łatwych pie­niędzy.

Steph prze­czy­tała odręczne no­tat­ki sta­ran­nie wy­pi­sa­ne z tyłu swo­je­go prze­wod­ni­ka.

An­na­bel@do­co­mo.ne.jp – ad­res mej­lo­wy jej przy­ja­ciółki pra­cującej w To­kio.

Flin – imię właści­cie­la miesz­ka­nia An­na­bel i za­ra­zem oso­by, z którą miała się spo­tkać.

Ca­la­mi­ty Ja­nes – klub ho­stess, w którym pra­cu­je jej inna przy­ja­ciółka, Ju­lia.

W tym tłumie lu­dzi niełatwo będzie od­szu­kać Fli­na, ale gdy tyl­ko załatwi so­bie za­kwa­te­ro­wa­nie i na­ga­da się do woli z An­na­bel, ro­zej­rzy się za klu­bem Ju­lii i za­py­ta tam o pracę. Jeżeli to nie wy­pa­li, po­zo­sta­nie jej pu­ka­nie od drzwi do drzwi, aż coś dla sie­bie znaj­dzie. Oszczędności, które miała, nie wy­star­czyłyby na­wet na ty­dzień życia w naj­droższym mieście świa­ta. Jak naj­szyb­ciej musi załatwić so­bie pracę ho­stes­sy, czy­li to­wa­rzysz­ki do wy­najęcia, „ale uczci­wie, bez żad­ne­go sek­su”. Jak naj­szyb­ciej, a naj­le­piej już dziś.

– Hej, dziewczę.

Zza jej ra­mie­nia wy­chy­lił się jakiś mężczy­zna o czar­nych włosach, białej skórze, czer­wo­nych ustach i ogólnym wyglądzie zmęczo­ne­go wam­pi­ra. W ręce trzy­mał spo­ry plik ulo­tek klu­bu Or­ga­smic.

– Nie je­stem dziewczęciem.

Na­chy­lił się ku niej.

– Szu­kasz pra­cy? Chcesz tańczyć?

Potrząsnęła głową.

– Nie, nie w tej chwi­li. Rozglądam się za właści­cie­lem mo­je­go po­ko­ju.

– Więc co tu­taj ro­bisz?

– Właśnie to po­wie­działam: chcę zna­leźć człowie­ka, który wy­naj­mu­je pokój. Wiesz, jak się na­zy­wa ta uli­ca?

– A co to ja je­stem: prze­wod­nik tu­ry­stycz­ny? – Przewrócił prze­krwio­ny­mi ocza­mi. – Szu­kasz pra­cy ho­stes­sy?

– Może. A znasz kogoś, kto mnie za­trud­ni?

– Nie do­sta­niesz za­trud­nie­nia jako ho­stes­sa, nie z tym. – Kiwnął brodą, po­ka­zując sre­brzystą linię biegnącą przez jej podbródek, a także bli­zny na ra­mio­nach i po­nad łokcia­mi, po­krzy­wio­ne i grud­ko­wa­te jak za­stygłe błoto. – Naj­wyżej jako tan­cer­ka.

– Słuchaj, a może byś się tak od­pie­przył? – Steph obróciła się tak za­ma­szyście, że jej ple­cak trącił nie­zna­jo­me­go w bark. – Nie mu­sisz mi mówić… Sama coś znajdę.

Tam­ten wto­pił się już w tłum i wręczał ulot­ki gru­pie ogo­lo­nych na łyso Ame­ry­kanów.

– Sir. Dar­mo­wy to­pless. Dar­mo­wy bot­tom­less3. Sir.

Steph znów zerknęła do książki.

– Prze­pra­szam.

– Co? – Odwróciła się i uj­rzała in­ne­go stojącego za bli­sko mężczyznę. Tym ra­zem był to ane­micz­ny Pa­ki­stańczyk w cien­kiej białej ko­szu­li. Miał bar­dzo płaskie rysy twa­rzy, jak­by mu ją wy­pra­so­wa­no, cze­go nie dałoby się po­wie­dzieć o jego ubra­niu. Już miała po­wie­dzieć, żeby i on spa­dał, gdy się ode­zwał:

– Ste­pha­nie?

Za­sko­czo­na wle­piła w nie­go wzrok.

– Tak?

– Je­stem Flin. Szu­kasz miesz­ka­nia?

– Je­steś Flin? – Spo­dzie­wała się, że to będzie Japończyk. Ale tu jest prze­cież Rop­pon­gi: dziel­ni­ca ga­ijin4, czy­li cu­dzo­ziemców. – To świet­nie! Myślałam, że cię nig­dy nie znajdę. – We­tknęła swoją roz­grzaną dłoń w jego spo­coną rękę i potrząsnęła nią. – Miesz­ka­nie. Su­per. Pójdzie­my tam od razu? To chy­ba nie­da­le­ko stąd, praw­da?

– Bar­dzo bli­sko. Tędy. – Podążyli z po­wro­tem tą samą ulicą, prze­dzie­rając się przez tłum nie­mal dwu­me­tro­wych blon­dy­nek po­krzy­kujących na sie­bie po ro­syj­sku. – Nie byłem pe­wien, czy przy­je­dziesz – ode­zwał się Flin. – Myślałem, że może ktoś ci po­wie­dział… No, w każdym ra­zie, jak ci minęła podróż? Nie je­steś zmęczo­na? Nagła zmia­na stre­fy cza­so­wej?

– W porządku. Prze­spałam się w sa­mo­lo­cie. Co słychać u An­na­bel?

Za­trzy­ma­li się przy przejściu dla pie­szych i Flin przestąpił z nogi na nogę.

– Wezmę kaucję za klu­cze – oznaj­mił – a po­tem pokażę ci miesz­ka­nie. Kau­cja wy­no­si sześćdzie­siąt tysięcy jenów. Okej?

– Co? – Uśmiech spełzł z twa­rzy Steph, a biała bli­zna na szczęce po­kryła się małymi zmarszcz­ka­mi. – Ile?

– Sześćdzie­siąt tysięcy jenów.

Na lon­dyńskim lot­ni­sku Steph za­mie­niła wszyst­kie fun­ty, ja­kie udało jej się uciułać, i otrzy­mała za­wrotną sumę pięćdzie­sięciu tysięcy jenów – wszyst­ko to za około dwieście pięćdzie­siąt funtów – za­pa­ko­wa­ne w pla­sti­kową ko­pertę z za­mknięciem. Te pie­niądze miały jej wy­star­czyć na kil­ka dni, za­nim znaj­dzie pracę, a oka­zu­je się, że nie po­kryją na­wet de­po­zy­tu za klucz od miesz­ka­nia.

– Pokaż mi naj­pierw to miej­sce – po­wie­działa i od­sunęła się od krawędzi jezd­ni, którą zbyt bli­sko prze­jeżdżał sku­ter. – Po­tem po­roz­ma­wia­my o pie­niądzach. Czy An­na­bel jest u sie­bie? Cu­dow­nie ją będzie zo­ba­czyć.

– Nie, nie. Naj­pierw pie­niądze za klucz. Później obej­rzy­my miesz­ka­nie.

– Nie, naj­pierw mi je pokaż.

Nastąpiła prze­rwa, pod­czas której światło zmie­niło się z czer­wo­ne­go na zie­lo­ne i tłum ru­szył przez przejście.

– Do­brze, w porządku – zde­cy­do­wał Flin. – Za­zwy­czaj tak nie robię, ale pokażę ci naj­pierw pokój. – Prze­szli przez ulicę, mi­jając Café Al­mond z biało-różowy­mi mar­ki­za­mi i piętrzącymi się na wy­sta­wie kolorowy­mi ciast­ka­mi. – Na pew­no ci się spodo­ba, nie ma dwóch zdań. To na­prawdę świet­ne miej­sce, jeśli chcesz miesz­kać w Rop­pon­gi, poważnie wspa­niałe miej­sce, su­per. Chcesz, żebym ci poniósł bagaż?

– Dzięki, daję radę.

Flin po­pro­wa­dził ją w za­pusz­czoną szarą boczną uliczkę pełną schodów przy­le­pio­nych na zewnątrz do stojących cia­sno bu­dynków.

– Ro­zu­miesz – mówił da­lej, kie­dy wspi­nała się za nim po żela­znych stop­niach: „klang, klang, klang!” – jak tyl­ko zo­ba­czysz miesz­ka­nie, od razu mu­sisz zapłacić kaucję. Kau­cja wy­no­si sześćdzie­siąt tysięcy jenów. Na skrzyżowa­niu jest mnóstwo banków. Chętnie cię tam za­pro­wadzę. Ci­ti­bank za­zwy­czaj przyj­mu­je Visę, są też skle­py z pod­sta­wo­wy­mi ar­ty­kułami… Fa­mi­ly Mart, Law­sons…

– Słuchaj, będę wo­bec cie­bie uczci­wa – po­wie­działa Steph, patrząc, jak otwie­ra wy­szczer­bio­ne me­ta­lo­we drzwi wyglądające, jak­by z rozpędu wpadł na nie za­wod­nik sumo. – Mam tyl­ko pięćdzie­siąt tysięcy, dosłownie i w ogóle, nie tyl­ko przy so­bie. Czy jest jakaś szan­sa, że dam ci je w ty­go­dniu, gdy znajdę so­bie jakąś pracę i…

Flin w końcu upo­rał się z zam­kiem.

– Nie masz tu pra­cy?

– Nie, jesz­cze nie.

Pchnął drzwi i me­tal za­skrzy­piał głośno.

– Nie ma kau­cji, nie ma miej­sca do spa­nia.

Za­wia­sy za­zgrzy­tały, jak gdy­by la­men­tując nad królującą za drzwia­mi nędzą i wonią.

– Jak wi­dzisz – kon­ty­nu­ował Flin, wchodząc do wąskiej sie­ni wypełnio­nej za­pa­chem sera, grza­nek i per­fum – są tu wszel­kie no­wo­cze­sne udo­god­nie­nia. Mi­kro­fa­la. – Klepnął upaćkaną je­dze­niem ku­chenkę spo­czy­wającą na roz­chy­bo­ta­nym me­blu z różowe­go pla­sti­ku, ja­kimś cu­dem wciśniętym w półme­tro­we przejście. Kon­struk­cja za­chwiała się. – Łazien­ka. – Otwo­rzył drzwi do po­miesz­cze­nia przy­po­mi­nającego to­a­letę w sa­mo­cho­dzie kem­pin­go­wym: w pla­sti­ko­wym ko­ko­nie nad muszlą klo­ze­tową dys­kret­nie wi­siała maleńka słuchaw­ka prysz­ni­ca. – Będziesz miesz­kała ze wspa­niałymi dziew­czy­na­mi, na­prawdę świet­ny­mi. Dokład­nie w two­im po­ko­ju miesz­ka Ro­sjan­ka, bar­dzo czy­sta dziew­czy­na.

– Co? – Steph po­czuła, jak jej te­nisówki wra­stają w podłogę. – O czym ty mówisz?

Flin otwo­rzył na oścież drzwi z płyty wióro­wej.

– To two­ja sy­pial­nia.

Prze­sunął się do po­ko­ju, żeby zo­ba­czyła me­ta­lo­we piętro­we łóżko, ni­sko wiszący su­fit i me­trową prze­strzeń wol­nej podłogi. Stojący na­prze­ciw łóżka kli­ma­ty­za­tor sapał, jak­by coś w środ­ku mie­lił czy wy­plu­wał.

– Miesz­kam z An­na­bel – upie­rała się Steph. – Moją przy­ja­ciółką. Miałam mieć pokój z przy­ja­ciółką.

– An­na­bel? – powtórzył Flin. – Nie, nie, ona odeszła. Nie zapłaciła czyn­szu. Zniknęła bez pożegna­nia – dodał, prze­ciągając słowa.

2

Jak to: odeszła? – zdzi­wiła się Steph. – W mej­lach pisałeś… Jesz­cze w zeszłym ty­go­dniu mówiłeś… – Ale gdy o tym pomyślała, przy­znała, że Flin w swo­jej ko­re­spon­den­cji nig­dy nie wspo­mniał o An­na­bel. Rozpływał się tyl­ko nad wspa­niałym po­ko­jem i miesz­ka­niem dzie­lo­nym z dziew­czy­na­mi. A An­na­bel nie od­po­wia­dała na jej mej­le od mie­sięcy. Steph przy­pusz­czała, że przy­ja­ciółka zbyt do­brze się bawi, żeby do niej pisać.

– Wszyst­ko było za­pla­no­wa­ne – po­wie­działa, wciąż nie ro­zu­miejąc. – Cze­mu miałaby odejść i nie dać mi znać?

– Nie wiem. Dziew­czy­ny cały czas od­chodzą, przez chłopaków, przez nową pracę. Będziesz miała górne łóżko, tam­ta Ro­sjan­ka już pro­siła o dol­ne. To chy­ba nie pro­blem dla cie­bie, co? – Flin nie dał Steph cza­su na od­po­wiedź. – Jed­ne­go dnia tu, dru­gie­go gdzie in­dziej, ta­kie już są te dziew­czy­ny. Rzecz ja­sna, mu­siałem za­trzy­mać jej kaucję. Masz wyjątko­we szczęście z tym po­ko­jem. Będziesz mieć tyl­ko jedną współlo­ka­torkę, to się rzad­ko zda­rza. I za bar­dzo dobrą cenę. W mej­lu pisałaś, że masz tu jesz­cze jedną przy­ja­ciółkę. Może pożyczysz pie­niądze od niej?

– Od Ju­lii? Wątpię. Nig­dy nie chciała za bar­dzo pożyczać. Słuchaj. An­na­bel… nie wy­je­chałaby tak po pro­stu bez wia­do­mości dla mnie. Nie wiesz, dokąd mogła się wy­nieść? Nie masz jej nu­me­ru te­le­fo­nu? Od wieków nie od­po­wia­da na mej­le.

Flin zabębnił pal­ca­mi o me­ta­lową ramę łóżka.

– Nie. Dziew­czy­ny w kółko przy­chodzą i od­chodzą. Pew­nie zna­lazła ja­kie­goś fa­ce­ta, który się nią za­opie­ko­wał, i prze­niosła się do nie­go. Tu jest bez­piecz­nie, nie ma po­wo­du do obaw. To­kio to jed­no z najbez­piecz­niejszych miast na świe­cie.

– To nie­po­dob­ne do An­na­bel – upie­rała się Steph. – Tak czy siak, nie mogła się do­cze­kać, kie­dy przy­jadę i za­miesz­kam z nią. Przy­najm­niej tak na­pi­sała w… – Po­li­czyła mie­siące na pal­cach. – W stycz­niu.

– Pra­co­wała jako ho­stes­sa – od­parł Flin. – Może po­znała klien­ta, który wy­najął dla niej miesz­ka­nie w ja­kiejś cie­kaw­szej dziel­ni­cy.

– Nie, uczyła an­giel­skie­go – za­prze­czyła Steph. – An­na­bel jest na­uczy­cielką an­giel­skie­go.

– Pra­co­wała jako ho­stes­sa – powtórzył Flint, ener­gicz­nie potrząsając głową. – Wi­działem, jak wra­ca nad ra­nem. Co wieczór ma­ki­jaż i do pra­cy. Zda­je się, że nie znasz za do­brze swo­jej przy­ja­ciółki.

Steph po­czuła, jak za­le­wa ją fala zmęcze­nia.

– Minęło spo­ro cza­su, odkąd ją ostat­nio wi­działam – przy­znała. – Już dzie­sięć lat. Znałyśmy się do­brze w szko­le. Może się zmie­niła…

Flin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Chcesz to łóżko czy nie?

– Okej, chcę – od­po­wie­działa, prze­su­wając dłonią po wy­szczer­bio­nej ra­mie posłania. Pal­ce zgarnęły warstwę ku­rzu. – Świet­nie. Masz mnie. Muszę gdzieś dzi­siaj spać. Ale, słuchaj, nie mogę ci dać wszyst­kich swo­ich pie­niędzy. Co będę jeść?

– To miesz­ka­nie to wspa­niała oka­zja – ciągnął swo­je Flin, wy­pusz­czając głośno po­wie­trze. – Jed­no z naj…

Steph pod­niosła rękę.

– Oszczędź mi tej gad­ki. Mam oczy. Słuchaj, nie mówię, że go nie wezmę. Ale nie miałam pojęcia, że będziesz chciał od razu taką wy­soką kaucję. Na­prawdę, pięćdzie­siąt tysięcy to wszyst­ko, co w tej chwi­li mam. Dosłownie, nie mam więcej.

– Nie ma kau­cji, nie ma po­ko­ju. Nie znaj­dziesz dziś in­ne­go miesz­ka­nia, to nie­możliwe. Gdzie będziesz spać, na uli­cy?

– Może. Mówiłeś, że w To­kio jest bez­piecz­nie.

– Może i tak, ale w Rop­pon­gi wciąż giną dziew­czy­ny.

Steph pomyślała o do­nie­sie­niach pra­so­wych; mar­twe dziew­czy­ny znaj­do­wa­ne w be­to­nie, se­ryj­ni gwałci­cie­le… Była pew­na, że te wia­do­mości ce­lo­wo wy­ol­brzy­mia­no, lecz na­gle za­nie­po­koiła się o An­na­bel.

– Czy ktoś to zgłosił po­li­cji? – spy­tała.

Flin spoj­rzał na nią, jak­by osza­lała.

– Po­li­cji?

– Na wy­pa­dek gdy­by coś jej się przy­da­rzyło.

– An­na­bel? – podjął wątek. – Mówię ci, ma się świet­nie. Znajdź swoją drugą przy­ja­ciółkę. Na pew­no ci po­wie, co się dzie­je z tamtą.

Steph kiwnęła głową i przy­gryzła wargę.

– Chy­ba tak… Nie wi­działam się z An­na­bel od cza­su, gdy miałyśmy czter­naście lat. Ra­czej nie pla­no­wałyśmy tu przy­je­chać ra­zem. Nic nie zo­stało przy­pieczęto­wa­ne. Może po pro­stu robi coś na własny ra­chu­nek i za­po­mniała o mnie.

– Tak. Pew­nie za­po­mniała. Za dużo piła. Wszyst­kie tak robią, te dziew­czy­ny. A te­raz kau­cja.

Wes­tchnęła. W Ja­po­nii zwy­cza­jo­wo nic nie załatwia się z przy­pad­kową osobą, na­jemców do­bie­ra się z po­le­ce­nia, do tego trze­ba pamiętać o kau­cji i płace­niu za mie­siąc z góry – wie­działa więc, że na szyb­ko nie znaj­dzie in­ne­go ta­nie­go miej­sca, a nie uśmie­chało jej się no­co­wa­nie na uli­cy. Za­sta­na­wiała się, co mogło skłonić An­na­bel do ta­kie­go nagłego znik­nięcia. Może ist­nie­je ja­kieś zwykłe, pro­ste wytłuma­cze­nie. W zamyśle­niu przy­siadła na dol­nym łóżku. Ma­te­rac ugiął się nie­co zbyt moc­no pod jej nie­wiel­kim ciężarem.

– Nie, nie! Nie możesz sia­dać, dopóki nie zapłacisz.

– Nie prze­sa­dzaj. Po pro­stu usiadłam. Więc uważasz, że łatwo będzie do­stać tu­taj pracę? Ju­lia mówiła, że bez pro­ble­mu, ale to było przed­tem.

– Myślałem, że to twój pierw­szy raz w Rop­pon­gi.

– Bo tak jest. Przed­tem, czy­li w Lon­dy­nie. Cza­sa­mi lu­dzie mają w tym jakiś in­te­res, kie­dy ci opo­wia­dają, że do­sta­li pracę. Ale miałam wrażenie, że tu będzie łatwiej.

– Myślę… – Flin zerknął na jej szra­my. – Może nie tak łatwo, ale dasz so­bie radę.

– Okej, w porządku. – Sięgnęła do kie­sze­ni dżinsów po pla­sti­ko­wy port­fel za­wie­rający dokład­nie pięćdzie­siąt tysięcy jenów i wyjęła z nie­go bank­no­ty. – Zgo­dziłbyś się na czter­dzieści tysięcy?

– Po­wie­działaś, że masz pięćdzie­siąt.

– Czter­dzieści tysięcy i do­sta­jesz je od razu do ręki.

– Nie. Sor­ry. – Rozłożył ręce. – Nie da się. Cena wy­no­si sześćdzie­siąt tysięcy.

Steph prze­li­czyła bank­no­ty i wyciągnęła do nie­go czter­dzieści tysięcy jenów.

– Ab­so­lut­nie. Nie. – Cofnął się, jak­by pie­niądze miały zęby.

Spoj­rzała na swo­je jeny. Wes­tchnęła.

– Do­brze. Pięćdzie­siąt tysięcy?

Skinął głową.

– Okej, okej. A za­ległe dzie­sięć tysięcy do naj­bliższej so­bo­ty, bo in­a­czej pa­ku­jesz się i wy­no­sisz. Inne dziew­czy­ny cze­kają na te łóżka. Jest długa ko­lej­ka.

Nieużywa­ne bank­no­ty zbyt gładko wyśliznęły się z jej dłoni. Miała ten plik pie­niędzy w kie­sze­ni dżinsów od lot­ni­ska He­ath­row, wrzy­nał jej się w udo przez ostat­nie dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny, ale niechętnie się go po­zby­wała. Całe jej oszczędności, wszyst­ko, co miała na tym świe­cie – po pro­stu znikło. Czuła, że być może po­dej­mu­je ko­lo­sal­nie głupią de­cyzję.

– Więc myślisz, że u An­na­bel wszyst­ko w porządku? – za­py­tała.

– Tak, tak – od­mruknął, prze­li­czając bank­no­ty. – Dzie­sięć, dwa­dzieścia, trzy­dzieści… Była wrażliwą dziew­czyną. Piła, ale była wrażliwa. Mimo wszyst­ko tu trze­ba na sie­bie uważać. Czter­dzieści… pięćdzie­siąt. Masz przy­jem­ne, bez­piecz­ne miesz­ka­nie. – Ude­rzył otwartą dłonią w ścianę, jak­by chciał za­pre­zen­to­wać so­lid­ność bu­dyn­ku, a cien­ka płyta kar­to­no­wo-gip­so­wa zadrżała od tego. – Nie pożałujesz, że się tu za­trzy­małaś, słowo. Jest bez­piecz­nie, miłe dziew­czyny, miły go­spo­darz. Bez­pie­czeństwo to bar­dzo ważna rzecz. Będziesz pra­co­wać jako ho­stes­sa, tak?

– Tak. Myślisz, że An­na­bel może wrócić?

– Nie wy­da­je mi się, żeby miała wrócić – od­rzekł.

– A jed­nak to trochę dziw­ne, nie? Tak po pro­stu się wy­nieść. Może zna­lazła lep­sze miesz­ka­nie.

Pokręcił szyb­kim ru­chem głową, jak­by taka możliwość była nie­wy­obrażalna.

– To bar­dzo do­bre miej­sce. An­na­bel miesz­kała tu długo i za­wsze płaciła czynsz. Nie było skarg.

– No więc dla­cze­go się wy­niosła i nie zapłaciła na końcu? – powątpie­wała Steph. – Myślałam, że dziew­czy­ny spo­ro tu za­ra­biają.

Flin wcisnął zwi­tek bank­notów do kie­sze­ni.

– Za­ra­biają dużo, to praw­da. Do­stają różne do­dat­ki, ubra­nia, wy­ciecz­ki do to­kij­skie­go Di­sney­lan­du i ta­kie tam. Kasa, kasa, kasa. Po to tu­taj przy­jeżdżają. Ty też dla­te­go tu je­steś. Praw­da?

– Tak – przy­znała. – Można po­wie­dzieć, że to moja ostat­nia szan­sa. – Prze­sunęła dłonią po bli­znach na ra­mie­niu. – Chciałabym za­ro­bić ja­kieś piętnaście tysięcy.

– Jenów? – Uśmiechnął się, za­do­wo­lo­ny z własne­go kiep­skie­go żartu.

– Funtów. Piętnaście tysięcy funtów. Wte­dy mogłabym… Mniej­sza z tym. Tak czy siak, wszy­scy mówią, że za­ro­bie­nie tu­taj ta­kiej sumy to nie pro­blem.

– Ile to będzie w je­nach?

– Nie wiem. Może dwa­dzieścia tysięcy do­larów?

– Dwa­dzieścia tysięcy do­larów? – Flin bez­wied­nie we­pchnął zwi­tek pie­niędzy głębiej do kie­sze­ni. – Mu­siałabyś być jedną z naj­lep­szych ho­stess, żeby tyle za­ro­bić. To zależy… Jeżeli złapiesz do­brych klientów w od­po­wied­nim klu­bie, wszyst­ko jest możliwe. Tu masz klucz. Za­dzwoń do mnie na komórkę, jeśli będziesz mieć jakiś pro­blem.

Do­pie­ro gdy usłyszała me­ta­licz­ny odgłos jego kroków na zewnętrznych scho­dach, uświa­do­miła so­bie, że nie podał jej nu­me­ru te­le­fo­nu.

Steph zna­lazła to w kli­ma­ty­za­to­rze: zwykły no­tes w twar­dej, opra­wio­nej w nie­bie­skie płótno okładce.

Pamiętnik An­na­bel.

Wy­cho­dziła właśnie z miesz­ka­nia, żeby od­szu­kać klub Ju­lii, ale kli­ma­ty­za­tor wy­da­wał tak nie­zdro­we gul­gocące odgłosy, że rąbnęła go w na­dziei, że się uci­szy. Roz­legł się wy­so­ki, prze­ciągły pisk, po czym przed­nia ścian­ka od­padła z łosko­tem na podłogę, uka­zując ciem­ne, za­ku­rzo­ne wnętrze. Przyj­rzaw­szy się bliżej, wśród zdechłych ka­ra­luchów i kłaczków nie­bie­ska­we­go ku­rzu za­uważyła no­tes – za­wil­go­co­ny i lek­ko zwęglo­ny na rogu.

Z po­iry­to­wa­niem wy­do­była go z urządze­nia, za­sta­na­wiając się, co za idio­ta wcisnął taki za­tor do klimatyza­tora. Lecz wtem spo­między kar­tek wy­padło kil­ka­naście biz­ne­so­wych wi­zytówek – tańcząc w lo­cie, roz­sy­pały się po podłodze wśród nieżywych ka­ra­luchów i much. Same na­zwi­ska dy­rek­torów i właści­cie­li wpływo­wych japońskich firm.

„Co to jest? Czyjś ad­re­sow­nik czy co?”.

Szyb­ko zo­rien­to­wała się, że no­tes był in­ten­syw­nie używa­ny. Kart­ki miał sfa­ty­go­wa­ne, stro­na po stro­nie za­pi­sa­ne sta­ran­nym, pełnym za­wi­jasów dziewczęcym pi­smem. „Do­bry Boże” – czy­tała raz za ra­zem, i „Ko­cham Cię, An­na­bel”…

Steph przy­siadła na ko­la­nach, żeby po­zbie­rać wi­zytówki. Zdmuchnęła kurz i owa­dzie skrzy­dełka z białych, połyskli­wych po­wierzch­ni i ze zdu­mie­niem uj­rzała – pod kartą Kena Yoki­mo­to, pre­ze­sa Asa­hi – kil­ka­naście iden­tycz­nych wi­zytówek klu­bu ho­stess Si­na­tra’s z wy­pi­sa­ny­mi wy­blakłym ołówkiem słowa­mi „An­na­bel Jo­nes” na każdej.

Tak bar­dzo zna­jo­me odręczne pi­smo. Na­gle Steph znów się zna­lazła na lek­cji an­giel­skie­go. Sie­działa obok trzy­na­sto­let­niej przy­ja­ciółki i pa­trzyła, jak An­na­bel w nie­skończo­ność za­pi­su­je na okładce swo­je­go ze­szy­tu „Take That”.

„Flin miał rację. An­na­bel pra­cu­je jako ho­stes­sa – uświa­do­miła so­bie Steph, oglądając białe pro­stokąciki kart wi­zy­to­wych. – Ju­lia mówiła, że ho­stes­sy muszą roz­da­wać własne wi­zytówki i zbie­rać na­mia­ry od klientów. An­na­bel pew­nie pra­cu­je w tym miej­scu, w klu­bie Si­na­tra’s”.

Upuściła kar­ty na podłogę i pośpiesz­nie wy­biegła na scho­dy.

– Flin! Flin!

Wsia­dał właśnie do maleńkie­go sa­mo­cho­du do­staw­cze­go wyglądającego jak po­kro­jo­ny bo­che­nek chle­ba.

– Nie przej­muj się prysz­ni­cem! – zawołał do niej z dołu. – Na­pra­wią go do ju­tra.

– Nie, tyl­ko… za­sta­na­wiałam się… Cho­dzi o An­na­bel. Zo­sta­wiła… Zo­sta­wiła coś tu­taj. Pamiętnik czy ka­len­darz. Cze­mu miałaby się wy­no­sić bez no­te­su z ad­re­sa­mi?

– Zo­sta­wiła mnóstwo rze­czy. – Flin po­tarł so­bie płatek ucha. – Dziew­czy­ny tak robią. Pośpiech, pośpiech i pośpiech. Piją i piją. Za­wsze coś zo­sta­wiają. Ja­kieś ciu­chy… Wy­rzu­cam to, i ty też po pro­stu wy­rzuć.

– Och. No, do­brze.

Steph wróciła do po­zba­wio­ne­go po­wie­trza po­ko­ju i z po­wro­tem umo­co­wała ściankę kli­ma­ty­za­to­ra. Usiadła na za­pa­dającym się dol­nym łóżku i zważyła w dłoni ciężar no­te­su.

„An­na­bel zo­sta­wiła mnóstwo rze­czy”.

Kto się wy­no­si, zo­sta­wiając ubra­nia? I pamiętnik? Coś tu nie pa­so­wało. Flin wspo­mniał, że dziew­czy­ny cza­sa­mi giną, ale naj­wy­raźniej bar­dziej mu cho­dziło o czynsz niż o nagłe znik­nięcie lo­ka­tor­ki. Steph pomyślała, że pew­nie wpa­da w jakąś pa­ra­noję, po­win­na przy­najm­niej po­roz­ma­wiać z Julią, ale…

Otwo­rzyła no­tes. Może znaj­dzie jakiś ad­res kon­tak­to­wy albo nu­mer te­le­fo­nu. Jed­nak na pierw­szej stro­nie nie było żad­nych da­nych, tyl­ko równiut­kie wer­sy sta­ran­nie za­pi­sa­ne­go tek­stu. Pierw­sze słowa brzmiały: „Do­bry Boże, boję się”.

Steph wpa­try­wała się w okrągłe li­te­ry. Prze­szył ją zim­ny dreszcz. Flin nic nie wie­dział. Czy ktoś oprócz nie­go za­uważył, że An­na­bel opuściła miesz­ka­nie na­gle, zo­sta­wiając mnóstwo rze­czy?

„Pew­nie się nie­po­trzeb­nie mar­twię – pomyślała Steph. – Wiel­ka mi rzecz, nie za­brała paru ciuchów i pamiętni­ka i nie po­wie­działa właści­cie­lo­wi miesz­ka­nia, dokąd się wy­pro­wa­dza. I za­po­mniała dać mi znać, że się wy­no­si. No i co z tego? Nie wi­działyśmy się od lat. Nie miała żad­ne­go obo­wiązku gnić w ja­kimś za­py­ziałym miesz­kan­ku z mo­je­go po­wo­du, jeżeli zna­lazła dla sie­bie coś lep­sze­go. Ju­lia będzie wie­dzieć, gdzie jej szu­kać”.

Jed­no­cześnie jed­nak Steph nie po­tra­fiła się otrząsnąć z uczu­cia, że coś jest nie tak. Bez­wied­nie opuściła wzrok na otwar­ty no­tes i zaczęła czy­tać da­lej.

3Mama

Kimi­ki „Mama-san” Ta­na­ka nie lubiła cu­dzo­ziemców. Pra­co­wała dla cu­dzo­ziemców, za­trud­niała cu­dzo­ziem­ki, a jako córka japońskiej pan-pan girl5 i ame­ry­kańskie­go żołnie­rza, sama była w połowie cu­dzo­ziemką. Ale Mama wolała japońskie me­to­dy. Gdy wiek znisz­czył jej po­wierz­chow­ność, szyb­ko i w sposób nie­unik­nio­ny, ni­czym mor­ska fala spa­dająca gwałtow­nie na za­mek z pia­sku, ucze­piła się obo­wiązko­wości, ho­no­ru, poświęce­nia – wszyst­kie­go, cze­go ten stojący w drzwiach gru­ba­wy bry­tyj­ski dzien­ni­karz na pew­no nie ro­zu­mie.

– Mama-san. Jak do­brze zno­wu cię wi­dzieć. – Wyciągnął do niej wielką, po­krytą czar­ny­mi włosa­mi dłoń.

Znała go, miał na imię Geo­r­ge. Po­czuła bijące od nie­go za­sko­cze­nie, które go ogarnęło na wi­dok jej zwiędłej, po­sza­rzałej twa­rzy i skrom­nych czar­nych ko­smyków sterczących gdzie­nieg­dzie z nie­mal łysej głowy.

Kie­dy Geo­r­ge ją ostat­nio wi­dział, była do­stojną sze­fową klu­bu ho­stess. Czar­ne, gęste włosy miała mod­nie obcięte na boba, brwi gru­bo po­pra­wio­ne ołówkiem, pełne czer­wo­ne usta, po­dusz­ki w ra­mio­nach je­dwab­nej ma­ry­nar­ki i dia­men­ty na każdym pal­cu. W ni­czym nie przy­po­mi­nała tej za­su­szo­nej, po­marsz­czo­nej ko­bie­ty wyglądającej na więcej niż pięćdzie­siąt pięć lat, ukry­wającej się za drzwia­mi w zno­szo­nym ki­mo­nie i do­mo­wych kap­ciach.

– A więc… go­to­wa do roz­poczęcia?

Mama wyj­rzała zza ramy drzwi i ostrożnie wyciągnęła dłoń.

– Geo­r­ge-san. – Jej głos brzmiał ochry­ple i słabo. Nie używała go od wie­lu ty­go­dni. W kie­sze­ni po­pie­la­tej ko­szu­li dzien­ni­ka­rza do­strzegła dyk­ta­fon, a w ręce – no­tat­nik ze spi­ral­nym grzbie­tem. Po­czuła się zmęczo­na. Owszem, od­zy­ski­wała siły, ale nie była stu­pro­cen­tową Mamą Ta­na­ka-san. Jesz­cze nie. – Minęło dużo cza­su. Wie­le mie­sięcy od tam­te­go wy­wia­du dla pra­sy.

– Pra­wie rok – od­rzekł Geo­r­ge. – Ale za­in­te­re­so­wa­nie pu­bli­ki nie zma­lało. Jeśli zro­bi­my to we właści­wym cza­sie…

– Wiem – wtrąciła ze znużeniem. – Kasa, kasa, kasa.

– Mu­si­my działać szyb­ciej. – Geo­r­ge przy­brał poważną minę re­por­te­ra. – Wy­daw­ca chce kuć żela­zo, póki gorące.

Z gardła Mamy wy­do­był się śmiech brzmiący ni­czym gwizd.

– Geo­r­ge-san, taki poważny. Gdzie się po­dział młody człowiek, którego pamiętam? Au­tor an­giel­skich prze­wod­ników tańczący na stołach z mo­imi ho­stes­sa­mi?

– To było daw­no temu – od­parł i lek­ko od­kaszlnął. – Taką miałem pracę. Nie mógłbym pisać o two­im klu­bie bez…

– Tak, za­pew­ne – prze­rwała mu. – Od tam­tych czasów prze­byłeś długą drogę. Dzien­ni­karz. A te­raz pi­szesz książki.

– Nie na­zwałbym się jesz­cze pi­sa­rzem – uściślił. – Ta książka będzie pierw­sza.

– De­ner­wu­jesz się?

– Trochę. – Chra­pli­wie wciągnął po­wie­trze. – Tym ra­zem po­trze­buję od cie­bie znacz­nie więcej. Mam napięte ter­mi­ny i budżet… Nie do­stałem zbyt wie­le pie­niędzy, żeby zapłacić za wy­wiad. Wiem, że byłaś cho­ra, ale te­raz świet­nie wra­casz do zdro­wia i…

– No? – Mama nie prze­pa­dała za pu­sty­mi po­chleb­stwa­mi. – Wyglądam jak sta­ru­cha, nie? – Roześmiała się śmie­chem cho­rej, słabej, pod­upadłej na du­chu oso­by. Po­tem na­gle głos jej się zmie­nił, tak jak wte­dy, gdy uci­nała kłótnie klientów co do wy­so­kości ra­chun­ku. – Je­stem za bar­dzo zmęczo­na, zbyt zmęczo­na. Nie zro­bię z tobą tej książki. Przy­kro mi.

Sza­ra twarz Geo­r­ge’a po­czer­wie­niała.

– Nie zro­bisz… Nie mówisz poważnie. Mamo, wy­daw­ca chce kupić książkę o two­im życiu. Czy wiesz, jak rzad­ko zda­rzają się ta­kie oka­zje?

Ko­bie­ta uśmiechnęła się.

– Lu­dzie na­prawdę chcą o mnie czy­tać, neh6? Po two­im ar­ty­ku­le w ga­ze­cie zro­biłam się sławna w To­kio.

– I nie tyl­ko tu­taj – dodał Geo­r­ge. – W Wiel­kiej Bry­ta­nii, w Ame­ry­ce… Po tym, co prze­czy­ta­li, lu­dzie chcą więcej.

– Przy­kro mi, Geo­r­ge-san. – Założyła ręce na pier­si. – Je­stem za bar­dzo zmęczo­na.

– Ale umo­wy już pod­pi­sa­ne. Pie­niądze przeszły z rąk do rąk…

– Umo­wy… Ja ni­cze­go nie pod­pi­sałam. Tyl­ko ty.

Dzien­ni­karz po­dra­pał się po rzad­kich włosach, jego twarz przy­brała ko­lor her­ba­ty.

– Wszyst­ko już mamy usta­lo­ne.

– Hai, hai, ale je­stem zmęczo­na.

Geo­r­ge wyglądał, jak­by go spo­licz­ko­wa­no. Po chwi­li ode­zwał się słabo:

– Ta książka na­prawdę będzie dla cie­bie zna­ko­mitą in­we­stycją. Gdy za­cznie przy­no­sić do­cho­dy z praw au­tor­skich…

Uśmiechnęła się.

– Może je­stem po pro­stu jedną z wie­lu Mam w oko­li­cy. Byłoby dużo pra­cy na dar­mo.

– Ty? Jedną z wie­lu? Klub Si­na­tra’s to le­gen­da. Głośny i osławio­ny. Za­li­czał się do naj­bar­dziej zna­nych w Rop­pon­gi.

– Si­na­tra’s nie jest za­mknięty. – Posłała mu skry­te spoj­rze­nie spod rzad­kich rzęs. – Nie od­wie­dzałeś nas od ja­kie­goś cza­su.

– Ceny wy­kra­czają nie­co po­nad moje za­rob­ki – od­parł i otwo­rzył no­tat­nik. Zaczął czy­tać: – Mama Ta­na­ka-san, praw­dzi­wa oso­bi­stość w kręgach to­kij­skich ho­stess. Od gwiazd fil­mo­wych po wiel­kich po­li­tyków, Mama do­star­czała roz­ryw­ki wszyst­kim.

– Przy­kro mi, Geo­r­ge-san.

Mężczy­zna ze zde­ner­wo­wa­niem pa­plał da­lej:

– Z tych dziew­czyn, które dla cie­bie pra­co­wały, część sama jest te­raz sławna. Gwiaz­dy hol­ly­wo­odz­kie. Jest tyle do opo­wie­dze­nia. Proszę. Proszę, po­wiedz, że w to wcho­dzisz. To będzie świet­na książka.

Mama z wes­tchnie­niem od­sunęła się nie­co i uchy­liła drzwi odro­binę sze­rzej. Japońska gościn­ność. Mimo że sama była tyl­ko w połowie Ja­ponką, mu­siała przy­znać, że to ta lep­sza połowa.

– Wejdź i po­roz­ma­wia­my, ale nie na długo. Buty, Geo­r­ge-san! – Uniosła rękę.

Z po­mru­kiem nie­za­do­wo­le­nia zdjął swo­je skórza­ne mo­ka­sy­ny i rzu­cił je nie­dba­le obok usta­wio­ne­go przed drzwia­mi równiut­kie­go rządku san­dałów i czółenek. Na ich tle jego obu­wie wyróżniało się szczególnym bru­dem i za­nie­dba­niem.

– Czy będą tu­taj bez­piecz­ne?

– Oczy­wiście! Co za py­ta­nie. Po­wi­nie­neś wie­dzieć. Nie je­steśmy w Ame­ry­ce. – Mama z dez­apro­batą zerknęła na mo­ka­sy­ny, po czym odwróciła się i po­drep­tała do środ­ka. – Za bar­dzo zmęczo­na. Mu­sisz zro­zu­mieć. Może ten ar­ty­kuł w ga­ze­cie wy­star­czy. Tak czy in­a­czej, wejdź.

Po­pro­wa­dziła go przez otwar­te roz­su­wa­ne pa­pie­ro­we drzwi do dużego sa­lo­nu z ni­skim stołem i po­dusz­ka­mi o liścia­stym wzo­rze, rozłożony­mi na bam­bu­so­wej ma­cie podłogo­wej. Nie było żad­nych sie­dzeń w sty­lu za­chod­nim i Geo­r­ge z obawą rzu­cił okiem na tra­dy­cyj­ne me­ble.

– Od jak daw­na miesz­kasz w Ja­po­nii? – za­py­tała go Mama z uśmie­chem.

– Od pięciu lat.

– Masz w To­kio miesz­ka­nie, na­pi­sałeś prze­wod­nik po tym mieście, pra­cu­jesz dla to­kij­skiej ga­ze­ty…

– To an­glojęzycz­na ga­ze­ta wy­chodząca w To­kio – po­pra­wił ją.

– … i ciągle się bo­isz japońskich me­bli?

Spłonął ru­mieńcem. W jego miesz­ka­niu, w bar­dzo za­chod­niej, jeśli cho­dzi o at­mos­ferę, oko­li­cy Aza­bu Ju­ban, nic nie było japońskie. Każdą sofę, stół czy krzesło kupił od ame­ry­kańskiej pary, która wy­prze­da­wała się z rze­czy, pla­nując wy­jazd z kra­ju. Nie było tam ani jed­ne­go fu­to­nu7, podłogo­we­go krzesła bez nóg czy ni­ziut­kie­go sto­li­ka.

– Na­pi­jesz się her­ba­ty? – za­py­tała Mama. – Miu wy­je­chała do domu, ale mogę ci za­pa­rzyć.

– Co? Her­ba­ty. Tak, świet­nie.

Chwilę później Mama wniosła do po­ko­ju tacę i za­uważyła, że jed­na z jej podłogo­wych po­du­szek zniknęła pod pokaźną tylną częścią ciała Geo­r­ge’a. Gość próbował skrzyżować przed sobą tłuste, wciśnięte w sztruk­so­we spodnie nogi. Ple­ca­mi oparł się przy tym o jej ciem­no­po­ma­rańczową ko­modę z piękny­mi uchwy­ta­mi z ku­te­go żela­za. Mama była pew­na, że gałki wbiją mu się w grzbiet, jeśli będzie tak sie­dział, ale odro­bi­na bólu nie za­szko­dzi. W jej pojęciu lu­dzie z Za­cho­du i tak nie doświad­czają go wy­star­czająco dużo.

Na tacy znaj­do­wały się: żela­zny czaj­ni­czek, de­li­kat­ne czar­ki bez uszek oraz pudełko z zie­loną her­batą, a także ta­le­rzyk z japoński­mi ga­la­ret­ka­mi w śliw­ko­wym ko­lo­rze, w sko­rup­kach z cu­kru pu­dru. Mama wszyst­ko to sta­ran­nie usta­wiła na sto­le.

– A więc, jak po­wie­działam, po­roz­ma­wia­my – ode­zwała się swym nie­mal ide­al­nym an­giel­skim. – Chcę za­zna­czyć, że te­raz nie jest właściwy czas do pi­sa­nia tej książki.

Po­sta­wiła przed gościem czarkę, po czym usiadła z gracją na swo­jej po­dusz­ce, pod­ku­lając pod sie­bie bose sto­py. Nałożyła łyżeczką her­ba­ty do czaj­nicz­ka z wrzątkiem. Geo­r­ge skinął uprzej­mie głową, ale przez twarz prze­mknęło mu znie­cier­pli­wie­nie. Zdążył już wydać otrzy­maną za­liczkę. Drugą par­tię wy­na­gro­dze­nia do­sta­nie do­pie­ro, gdy złoży go­to­wy ma­szy­no­pis u wy­daw­cy. Mając do spłace­nia wy­so­kie raty za miesz­ka­nie oraz ali­men­ty na syna zo­sta­wio­ne­go w An­glii, w ciągu kil­ku mie­sięcy zo­sta­nie ban­kru­tem.

– Zgo­dziłaś się już, Mamo.

– Wiem, ale je­stem zmęczo­na. Ro­zu­miesz? Właśnie skończyłam le­cze­nie. Wra­cam do zdro­wia, jesz­cze wie­le przede mną. A muszę wrócić do pra­cy. Właści­wie za­czy­nam już dziś…

– Urządzi­my to naj­prościej, jak się da. Nie mu­sisz nic robić, będziesz tyl­ko mówić. Tak jak wte­dy przy ar­ty­ku­le dla „In­te­re­sujących lu­dzi”. Pamiętasz? To łatwe.

– Nie sądziłam, że ktoś na­prawdę prze­czy­ta ten ar­ty­kuł. A tym ra­zem chcesz więcej. Se­kretów. Nie, je­stem za bar­dzo zmęczo­na.

Geo­r­ge pociągnął łyk her­ba­ty i skrzy­wił się na jej smak. Był przy­zwy­cza­jo­ny do na­po­ju z mle­kiem i czte­re­ma łyżecz­ka­mi brązo­we­go cu­kru.

– Opo­wiedz mi o che­mio­te­ra­pii.

– To bar­dzo trud­ne. Bar­dzo trud­ne.

Skinął głową i na­chy­lił ją z uwagą, przyj­mując pozę wy­traw­ne­go dzien­ni­ka­rza.

– Przyj­mu­jesz ta­bletkę, wiesz? – mówiła Mama. – Tyl­ko jedną pigułkę dzien­nie. Wy­da­je się, że to nic ta­kie­go. Nie­szko­dli­wy dro­biazg. Początko­wo nie myślisz, że to coś w ogóle będzie działać. Ale po­tem… Och, wszyst­ko boli. Nie mogłam pra­co­wać, nie dałam rady nic robić.

– Po­wie­dzie­li mi, że nie pra­cu­jesz od kil­ku mie­sięcy. – Geo­r­ge ściągnął usta, upi­jając ko­lej­ny łyk gorz­kiej her­ba­ty.

– Dzi­siaj tam idę – od­parła. – Później. Może o je­de­na­stej. Tyl­ko żeby zo­ba­czyć, jak so­bie radzą.

– A che­mio­te­ra­pię już skończyłaś?

– Na ra­zie tak.

Sączyła her­batę, naj­wy­raźniej nie widząc po­trze­by dal­sze­go ciągnięcia roz­mo­wy. W po­ko­ju było ciepło, nie ry­zy­ko­wała spad­ku tem­pe­ra­tu­ry, odkąd wy­kry­to u niej cho­robę.

– Mamo, po­wiedz mi – ode­zwał się Geo­r­ge. Lewe ko­la­no za­drgało mu ner­wo­wo. – Chciałaś na­pi­sać tę książkę dla swo­jej córki, praw­da? Żeby jej prze­ka­zać za­ro­bek. Dla­te­go się zgo­dziłaś.

Na chwilę spuściła głowę, a kie­dy ją pod­niosła, zmarszcz­ki dokoła oczu były wypełnio­ne wil­go­cią.

– Tak, dla Ka­ito.

– Mam syna. Pięcio­let­nie­go. – Posłał jej naj­lepszą na­miastkę współczującego uśmie­chu, na jaką było go stać. Bla­da skóra roz­ciągnęła się wokół zmęczo­nych oczu. Nie uważał za sto­sow­ne wspo­mi­nać, że nie wi­dział swo­je­go dziec­ka od po­nad dwóch lat, a za­ległe ali­men­ty liczą się w tysiącach funtów. – Więc co się zmie­niło? Czy Ka­ito nie jest już ważna?

– To tak dużo pra­cy. Chcesz, żebym po­wie­działa wszyst­ko, a ja myślę, że nie dam rady.

– Nie dasz rady na­wet dla córki?

Za­padła ci­sza.

– A kie­dy odej­dziesz, nie chciałabyś, żeby córka do­wie­działa się o two­im życiu? W jaki sposób za­ra­białaś na jej szkołę?

– Może. Może chciałabym, żeby po­znała prawdę… Chciałabym, żeby zro­zu­miała. I wy­ba­czyła mi.

– Więc cze­mu by nie spróbować? Tyl­ko je­den wy­wiad, dziś. Zo­ba­czy­my, jak pójdzie. Jeżeli będziesz chciała prze­stać, prze­rwie­my.

Znów ci­sza.

– Jeśli książka do­brze się sprze­da – Geo­r­ge po­pra­wił się na po­dusz­ce – Ka­ito będzie miała za­pew­nio­ny dochód. A ty od­pocz­niesz od pra­cy.

Mama wes­tchnęła z głębi ser­ca, jak­by wy­pusz­czała z sie­bie całe po­wie­trze. Spoj­rzała na stojące na ko­mo­dzie zdjęcie córki w pla­sti­ko­wej ram­ce i po­czuła, jak małe, jak ta­nie jest miesz­ka­nie, które ma pod gołymi sto­pa­mi. Go­spo­dar­cza bańka my­dla­na z lat osiem­dzie­siątych dwu­dzie­ste­go wie­ku już pękła, sza­stający pie­niędzmi klien­ci ode­szli w przeszłość. Szam­pan zo­stał wy­pi­ty. Piękne stro­je – no­szo­ne w nie­skończo­ność – te­raz były zwy­czaj­nie zno­szo­ne, wy­blakły i wlokły się po podłodze wy­pru­ty­mi nit­ka­mi. Biżute­ria nie­mal cała poszła na sprze­daż i posłużyła do kupie­nia tego odra­pa­ne­go miesz­kan­ka w dziel­ni­cy Ike­bu­ku­ro.

To miesz­ka­nie i szu­flad­ka dia­mentów, to wszyst­ko, co mogła zo­sta­wić córce. Nie­zbyt wie­le.

– Geo­r­ge-san… Spróbuj­my. Tyl­ko spróbuj­my, do­brze?

4Steph

Uklękła na cien­kim ma­te­ra­cu i, trzy­mając nie­bie­ski no­tes w spraw­nej ręce, wo­dziła oczy­ma tam i z po­wro­tem po sta­ran­nych za­pi­skach przy­ja­ciółki. By­najm­niej nie czuła się do­brze, czy­tając jej pry­wat­ne wy­nu­rze­nia, ale wy­ma­gała tego wyższa ko­niecz­ność. Naj­ważniej­sze, aby się upew­nić, że An­na­bel jest bez­piecz­na.

Do­bry Boże,

boję się. Proszę, chroń mnie w tym sza­lo­nym miej­scu i pomóż zdo­być pie­niądze i więcej klientów. Kasa, kasa, kasa, tyl­ko o niej po­tra­fię tu­taj myśleć. Jeny, jeny, jeny. Co dzień to samo, ile więcej mogę za­ro­bić, ile mi uciekło oka­zji. Jak zdo­być więcej klientów, która ma więcej klientów niż ja.

Kim był ten fa­cet zeszłej nocy? Nie zwa­rio­wałam, przy­sięgam, że mnie na­prawdę śle­dził. To zbyt oczy­wi­ste jak na zbieg oko­licz­ności. Nikt taki nie miesz­ka w tej oko­li­cy, co więc mógł robić na zewnątrz o czwar­tej nad ra­nem? Co robił?

Boże, wiem, że cza­sa­mi boję się nie­po­trzeb­nie jak głupia, ale zda­rzają się prze­cież różne rze­czy, jeśli się człowiek nie ma na bacz­ności. Dziew­czy­ny z Ca­la­mi­ty Ja­nes za­wsze mają do opo­wie­dze­nia strasz­ne rze­czy…

Steph z tru­dem przełknęła ślinę, która miała po­smak kwa­su. „Wygląda na to, że jakiś mężczy­zna śle­dził An­na­bel, kie­dy wra­cała do domu”. I Ca­la­mi­ty Ja­nes… To klub ho­stess, w którym pra­cu­je Ju­lia, tak? Wyjęła prze­wod­nik z siat­ko­wej kie­szon­ki ple­ca­ka i spraw­dziła. Tak. „Strasz­ne rze­czy”.

Wi­zytówki z imie­niem i na­zwi­skiem An­na­bel po­cho­dziły z klu­bu ho­stess Si­na­tra’s. Pew­nie to tam pra­cu­je. Albo pra­co­wała, jeżeli w tej chwi­li nie ma jej już w Rop­pon­gi.

… ile razy tam­te dziew­czy­ny ostrze­gały mnie, żebym uważała na swo­je drin­ki??? Cza­sem po­tra­fię być taka głupia. Nie­ostrożna. Ale z dru­giej stro­ny, czy mamy za­bie­rać z sobą kie­li­szek do to­a­le­ty? No właśnie, je­stem nie­ostrożna. Kie­dyś prze­rażała mnie sama myśl o umówie­niu się na randkę z klien­tem, te­raz wy­chodzę z nimi przez cały ty­dzień i na­wet nie mówię dziew­czy­nom dokąd.

Ten fa­cet był taki obleśny. Kie­dy pomyślę, że gapił się na mnie przez całą noc, skóra mi cierp­nie. Pew­nie, byłam pi­ja­na, ale nie aż tak, żeby mogło mi się coś przy­tra­fić. I co z tymi no­ca­mi, kie­dy tyle wypiłam, że się wyłączałam i któraś z dziew­czyn ho­lo­wała mnie do domu? A jeśli mnie wte­dy śle­dził?

Tra-la-la, do­ra­biam so­bie. Okej. Pomyślmy o mil­szych rze­czach. Wspa­nia­le było śpie­wać zeszłego wie­czo­ru, szko­da tyl­ko, że głos mi wy­siadł. (Cze­mu ja te­raz palę? Na­wet tego nie lubię). Wi­działam, wszy­scy pomyśleli, że je­stem do ni­cze­go, pew­nie do­szli do wnio­sku, że nabiłam so­bie głowę śpie­waniem i uważam się za Bóg wie co, ar­tystkę. Muszę więcej poćwi­czyć, nie miałam pojęcia, jak bar­dzo wyszłam z wpra­wy. Ile to już? Dzie­sięć mie­sięcy?

Myślę, że jakiś obleśny typ szedł za mną, kie­dy wyszłam z klu­bu. Ale to mógł być ktoś zupełnie inny. Przy­sięgam jed­nak, że ktoś mnie ob­ser­wo­wał, gdy piłam w Hol­ly­wo­ods, aż do­stałam gęsiej skórki. Trud­no jest ze­brać myśli, kie­dy się ciągle pije.

Nie cier­pię Hol­ly­wo­ods, kie­dyś byli tam mili, ale są tacy pod­li, pod­li, pod­li, za­wsze je­den drink gra­tis, i tyle. Patrzą na mnie jak na skończoną pro­sty­tutkę.

Kie­dy wra­całam do domu, na pew­no ktoś szedł za mną, zde­cy­do­wa­nie. Tyl­ko że Japończyk, przy­najm­niej nie Irańczyk. Ci Irańczy­cy, przez nich w Hol­ly­wo­ods zro­biło się tak okrop­nie. Jak dla mnie są zupełnie bez sen­su. Jeżeli mają tyle kasy, cze­mu się tak ubie­rają? Strasz­li­wie się ich boję po tym, co spo­tkało Es­tellę.

Nie wiem, jak to u nich działa. Jeśli się trzy­masz z da­le­ka, zo­sta­wiają cię w spo­ko­ju?? Wszyst­kie strasz­ne opo­wieści do­tyczą dziew­czyn, które się za­nad­to zbliżyły, tak jak ta, co jej od­gry­zio­no po­li­czek, była strip­ti­zer­ka. To sza­leństwo roz­bie­rać się w tym lo­ka­lu; po­zwa­lasz się do­ty­kać za 2000 jenów, pod­czas gdy jako ho­stes­sa za­ra­biasz 3000 na go­dzinę.

Uczę się tu­taj szyb­ko, nie je­stem już taka na­iw­na jak kie­dyś. Wstyd mi swo­ich daw­niej­szych wpa­dek. Nie mogę uwie­rzyć, że za­py­tałam Ni­shi o tam­te Ro­sjan­ki, ależ byłam głupia! Czy przy­je­chały do To­kio, wiedząc, że będą stały na uli­cy z na­pi­sem „3000 jenów za seks”, czy ra­czej chciały być mo­del­ka­mi albo kimś ta­kim? Tyle tych hi­sto­rii… każda z trze­ciej czy czwar­tej ręki, ale wszyst­kie nie mogą być wy­ssa­ne z pal­ca.

Pomóż mi, Boże, proszę, bo tak się boję być dziś sama.

Ko­cham Cię, An­na­bel

Steph z trza­skiem za­mknęła pamiętnik i oparła się ple­ca­mi o ścianę. No­tes się lepił, więc rzu­ciła go na po­zba­wioną po­szew­ki po­duszkę i ukryła głowę w dłoniach. Ze­brało jej się na mdłości. Wygląda na to, że Rop­pon­gi wca­le nie jest bez­piecz­nym miej­scem, a An­na­bel zniknęła bez słowa, zo­sta­wiając mnóstwo własnych prze­myśleń.

„Po­roz­ma­wiaj z Julią – ode­zwał się w niej ci­cho jakiś głos. – Gdy­by było się cze­go bać, na­pi­sałaby ci o tym w mej­lu. – Pu­sta kie­szeń dżinsów pul­so­wała boleśnie jak dziu­ra po wy­rwa­nym zębie. – I tak mu­sisz naj­pierw coś za­ro­bić, za­nim po­bie­gniesz szu­kać An­na­bel”.

Ode­tchnęła głęboko kil­ka razy. Zno­wu spoj­rzała na no­tes. Po­tem chwy­ciła go szyb­kim ru­chem i wyszła z miesz­ka­nia.

Ko­ban, czy­li maleńki po­ste­ru­nek po­li­cji, był pu­sty, gdy Steph otwarła jego skrzy­piące prze­szklo­ne drzwi. We wnętrzu uno­siła się woń pleśni i cze­goś jesz­cze – może ja­kiejś her­ba­ty. W całym pa­wi­lo­nie nie było ani jed­ne­go po­li­cjan­ta, tyl­ko na ścia­nie wi­siał kreskówko­wy por­tret psa w ka­sku po­li­cyj­nym. Obok po­wie­szo­no ja­skra­wożółty pla­kat ze zdjęciem krościa­te­go młodzieńca gapiącego się w prze­strzeń cia­sne­go po­miesz­cze­nia – list gończy.

Z wyjątkiem białych for­mu­la­rzy i długo­pisów po­roz­rzu­ca­nych po różowych kon­tu­arach wszyst­ko było przy­pięte albo przy­bi­te do ścian. Stojąc pośrod­ku pa­wi­lo­nu, Steph obróciła się wokół własnej osi i do­strzegła przy­mo­co­wa­ny do jed­ne­go z blatów ciężki czar­ny te­le­fon. Pod­niosła słuchawkę, przy­trzy­mała ją chwilę przy uchu, po czym po dru­giej stro­nie roz­legł się cien­ki głos mówiący po japońsku.

– Halo? Chciałabym z po­licją. Czy ma­cie po­licję? – „Brzmi, jak­bym za­ma­wiała je­dze­nie na wy­nos”.

Zno­wu ktoś za­ter­ko­tał po japońsku.

– Halo? Halo? – zawołała w od­po­wie­dzi, ale i tak ni­cze­go nie zro­zu­miała. Odłożyła słuchawkę i już miała wyjść, kie­dy czar­ny te­le­fon za­dzwo­nił. Ode­brała.

– Halo?

– Hal­lo­oo. Ee… Chciała pani z po­licją? – Tym ra­zem głos był męski, młody, lecz ofi­cjal­ny.

– Tak, chcę roz­ma­wiać z po­licją – od­parła, ści­skając w pal­cach me­chatą nie­bieską okładkę no­tat­ni­ka.

– Okej. Proszę za­cze­kać. Już jadę.

Steph zerknęła na ze­ga­rek.

– Ile to po­trwa? – za­py­tała. Przez pla­sti­ko­we okna po­ste­run­ku wi­działa, że robi się ciem­no. Mar­nu­je tu tyl­ko czas.

Ale te­le­fon już był głuchy.