Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 427 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szkatułki Newerlego - Jan Zieliński

Igor Abramow-Newerly był pisarzem, bibliotekarzem, wychowawcą, stolarzem i kajakarzem. Młodość spędził w ZSRR, skąd uciekł przed zsyłką na Syberię. W przedwojennej Polsce debiutował jako publicysta i redagował wydawany przez Janusza Korczaka „Mały Przegląd". W trakcie wojny, aresztowany za działalność konspiracyjną, trafił do obozu koncentracyjnego. Po wojnie powrócił do pracy publicystyczno-wychowawczej, rozpoczął także karierę pisarską. Jan Zieliński nie ogranicza się do odtworzenia życia pisarza, ale ukazuje jego losy na tle burzliwych dziejów środkowo-wschodniej Europy. Korzysta nie tylko z licznych tekstów źródłowych, ale też oddaje głos samemu Newerlemu, sięgając do jego powieści, z których wiele ma charakter autobiograficzny.

 

W początku lat siedemdziesiątych Newerly ujmuje się za innym pozbawionym pracy opozycjonistą - zatrudnia Jacka Kuronia w charakterze swego sekretarza. Doszło przy tym, jak się zdaje, do pewnego rozminięcia się oczekiwań, Newerly bowiem nie tylko chciał pomóc człowiekowi prześladowanemu z powodów politycznych, ale i rzeczywiście liczył na pomoc w swoich pracach literackich. Kuroń natomiast uważał zaoferowaną mu posadę za rodzaj synekury, za fikcyjne zatrudnienie, i nie kwapił się do wypełniania nałożonych nań obowiązków. O tym, że rzecz cała była przeprowadzona lege artis, świadczą zachowane wśród papierów Newerlego w Muzeum Literatury protokoły umowy o pracę z Jackiem Kuroniem z lat 1971 i 1972. Natomiast Newerly znalazł sekretarkę z prawdziwego zdarzenia dopiero w latach osiemdziesiątych, w czasie pracy nad Wzgórzem Błękitnego Snu, w osobie Beaty Pogorzelskiej.

(fragment)

Opinie o ebooku Szkatułki Newerlego - Jan Zieliński

Fragment ebooka Szkatułki Newerlego - Jan Zieliński

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Koniec – na początku

Najważniejsza jest w życiu miłość, a pisanie musi być oparte na solidnym warsztacie i na prawdzie. Taką podwójną lekcję – egzystencji i twórczości – dawał pod koniec życia Igor Newerly. W mowie, jaką wygłosił, odbierając przyznaną mu za powieść Wzgórze Błękitnego Snunagrodę księgarzy, ujął to tak:

Jestem wierny starej szkole, która sprawę miłości stawiała na czele ludzkich spraw na ziemi i która w powieści respektowała fikcję z prawdą życia na równych prawach, to znaczy nie ma pustych słów, każde zmyślenie musi być logiczne i na każdy fakt, relację, twierdzenie ma być pokrycie, czyli w powieści autobiograficznej odnajdujemy poznanie prawdziwe, zgodne z rzeczywistością, poznanie adekwatne.

Parę miesięcy później, 3 maja 1987 roku, odbierając nagrodę Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” za tę samą powieść, pisarz nie krył pesymizmu: „Wzmaga się nastrój beznadziei i znużenia. Bliższy mi jest klimat obu tych książek, [Leśnego] Morza i Wzgórza – wolny człowiek wśród dzikiej, nieskażonej przyrody urasta do symbolu rzeczy bezcennych, utraconych na zawsze, o czym można tylko pomarzyć”1. W pierwszym przemówieniu wychwalał takie wartości, jak: miłość, warsztat i prawda. W drugim dodał do nich: wolność i przyrodę.

Gdyby jednak chcieć podsumować biografię człowieka, który urodził się w puszczy jako syn i wnuk przybyszów na ziemie polskie, który jak mało kto rozumiał wypędzonych i prześladowanych i który ojczyznę odnalazł w polszczyźnie, najlepiej sięgnąć do pełnego poezji listu, którym pisarz podziękował izraelskiemu Instytutowi Yad Vashem za medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Te trzy zdania brzmią jak testament:

Tylko naród pozbawiony przez tysiąclecia ojczyzny i ziemi mógł ją pokochać tak bardzo, że z pracy na niej uczynił misterium.

I tylko on mógł upamiętnić walkę z zagładą kolorem zieleni – kolorem nadziei – i drzewem, symbolem wszystkiego, co rośnie.

Rad jestem, że będę kiedyś rósł na wzgórzu koło Jerusalem w towarzystwie ludzi mi bliskich, szumiąc wspólnym pozdrowieniem braterstwa i pracy.2

Miejsce: Białowieża

Urodziłem się 24 marca 1903 roku w Puszczy Białowieskiej, dokładnie w połowie drogi między Hajnówką a Białowieżą, gdzie teraz znajduje się nadleśnictwo, a wówczas stał tam pałacyk myśliwski – w przeciwieństwie do spalonego później wymyślnie-bezmyślnego pałacu w Białowieży – zbudowany w dobrym stylu, jakby wtopiony w krajobraz Puszczy: jednopiętrowy budynek z facjatą z bali modrzewiowych w naturalnym, zakonserwowanym pod pokostem kolorze drewna, o siwej, omszonej czapie goncianego dachu, z tarasami i balkonami, wyglądającymi spod kaskad dzikiego wina. Parter był zamknięty, pusty i dla nas, dzieci, tajemniczy: pokoje gościnne cara i jego rodziny, z rzadka zamieszkałe w czasie kilkudniowych, dorocznych polowań. Pierwsze piętro z facjatą należało do głównego łowczego Białowieży, Józefa Newerly, mego dziada.

Tak rozpoczyna się Materiał biograficzny, który w jakiejś mierze może się przydać w zamierzonej realizacji filmowej, powstały w roku 1965.3 Spróbujmy sobie wyobrazić Białowieżę w marcu 1903 roku. Co na przykład mogła tam wtedy czytać matka chłopca, córka wielkiego łowczego?

Mogło się zdarzyć, że pani Teresa Newerly otrzymała z okazji narodzin syna świeżo wydaną, bogato ilustrowaną zdjęciami książkę znanego etnografa Zygmunta Glogera Białowieża w albumie (Warszawa 1903). Podłużnego formatu, rzecz ta leżała potem pewnie na fortepianie. Weźmy ją i my do ręki pod kątem późniejszych wątków biografii Igora Newerlego, takich jak historia, literatura, przyroda, stolarstwo.

Gloger kreśli historię puszczy z właściwą sobie erudycją. Przypomina, że Władysław Jagiełło gromadził tu w roku 1409 zapasy solonego mięsiwa przed spodziewaną rozprawą z Krzyżakami, a potem szukał w głębi puszczy schronienia przed wyludniającą kraj zarazą.

Wśród zdjęć w książce Glogera są dwa przedstawiające pomniki. Pierwszy to pomnik żubra z brązu, wystawiony w białowieskim zwierzyńcu w 1862 roku na pamiątkę polowania cara Aleksandra II. Drugi to obelisk, wzniesiony w roku 1752 na pamiątkę polowania króla Polski Augusta III. Wyryto na nim nazwiska wszystkich uczestników tego wydarzenia – rodziny królewskiej, polskich wielmożów, a nawet leśniczych i strzelców, wyliczono także skrupulatnie ubitą zwierzynę. Pyszny jest opis zachowania żony Augusta III: „Królowa podczas całego polowania zajęta była czytaniem książki i tylko jakby od niechcenia strzelała od czasu do czasu, nie chybiając nigdy”4. Pięćdziesięciotrzyletnia Maria Józefa upolowała w ten sposób dwadzieścia z czterdziestu dwóch zabitych tego dnia żubrów...

Ta scena działa na wyobraźnię: królowa czyta, nagle krzyk naganiaczy, łoskot przedzierającego się przez gęste krzaki zwierza, królowa odrywa się od lektury, strzela, zabija, wraca do książki. I tak po kolei dwadzieścia razy. Czy polowanie tak ją nudziło, czy też książka była tak fascynująca? Chciałoby się wiedzieć, jaka to była książka.

Przyroda w albumie Glogera to przede wszystkim żubry. Igor Newerly wspomina:

Wczesne dzieciństwo, poza strzępami wspomnień z życia pułku, zostawiło na zawsze urok puszczy i przygody, rozbudzoną dociekliwość rzeczy zakazanych i niebezpiecznych (zakazane nam było wymykanie się poza palisadę parku, za którą chodzą straszne żubry i ponure, kłapiące szabliskami odyńce).

A w Zostało z uczty bogów opowiada, jak pewien Anglik zaatakowany przez żubra „zaczął się z nim mocować”. Gloger zapisał podobną historię – o braniu człowieka przez żubra na rogi – niejako z pierwszych ust, tak jak mu ją opowiedział jej bohater, Michaś Bołkot, który spotkał kiedyś w lesie starego brodacza:

[...] padłem jak długi na ziemię, gdzie było najniżej. A on gwałtem chce mnie wziąć na rogi, tylko że podsadzić rogów pod człowieka żyjącego nie może. Ja mówię pacierz, jeno przeżegnać się ani raz nie mogę, żeby mnie pod rękę nie zaczepił, a ten dziad rogaty maca mnie po łopatkach rogami, że aż mi burkę na plecach popruł. Aż potem, gdy duchu długo nie dawałem, myślał, że już dobił mnie, i dał mi w końcu spokój.5

Gloger, autor monumentalnej encyklopedii Budownictwo drzewne i wyroby z drzewa w dawnej Polsce, wiele uwagi poświęca rosnącym w Puszczy Białowieskiej drzewom. Wychwala sosnę, „której słoje są tak cienkie, zwarte i smolne, jak żadnej innej na całym obszarze krajów słowiańskich” i która „dostarcza najlepszego w świecie materiału na instrumenta smyczkowe”6. Powołuje się też na badania archiwalne Adolfa Pawińskiego, który podczas swych podróży do Hiszpanii i Portugalii znalazł relacje tamtejszych kupców, świadczące, iż w początkach piętnastego wieku sprowadzano na statki i maszty pnie sosny, spławiane Narwią i Wisłą do morza – a więc z Puszczy Białowieskiej.7

Gloger zauważa, że tam, gdzie dęby sąsiadują z brzozami, rośnie najobficiej ulubiony przysmak żubrów, trawa zwana tomką wodną albo żubrówką południową. To ostatnie określenie nie jest bynajmniej nazwą napoju alkoholowego, za czasów Glogera bowiem tomki nie zanurzano, jak dzisiaj, w wódce, tylko palono: „Dla silnego a miłego zapachu tej trawy, który zachowuje ona bardzo długo po wysuszeniu, lud robi z niej przymieszkę do tabaki”8.

Kiedy ukazała się Białowieża w albumie, nie wiedziano jeszcze, że dwadzieścia lat wcześniej jej autor wydał w Berlinie anonimowo, po rosyjsku, obszerną książkę Russkaja Imperia – śmiałą wizję przyszłych stosunków polsko-rosyjskich, urządzonych z poszanowaniem wszelkich swobód kulturalnych, religijnych i ekonomicznych, przy poświęceniu jedynie suwerenności. W latach sześćdziesiątych XX wieku odkryje tę książkę Aleksander Wat („wściekle inteligentna – jasnowidztwo polityczne wysokiej klasy” – napisze w liście do redaktora londyńskich „Wiadomości” Mieczysława Grydzewskiego). Na przypisanie jej autorstwa Glogerowi przyjdzie jeszcze długo poczekać.9Russkaja Imperia stwarza solidne ramy dyskusji o stosunkach polsko-rosyjskich, której ważnymi punktami będą powieści Newerlego Leśne Morze i Wzgórze Błękitnego Snu.

Równocześnie z albumem Glogera w roku 1903 ukazała się – i niewątpliwie wkrótce trafiła do domu rosyjskiego oficera Mikołaja Abramowa, męża Teresy Newerly – książka o Puszczy Białowieskiej rosyjskiego historyka Gieorgija Karcowa. Wspaniały ten tom, który nazwać można monografią albumową, otwiera zdjęcie cara Mikołaja na stanowisku myśliwskim w Puszczy Białowieskiej. Liczne efektowne ilustracje przedstawiają legendarnych pierwszych mieszkańców puszczy, krwiożerczych Jaćwingów, epizody z historii (m.in. króla Władysława Jagiełłę), żyjące w puszczy zwierzęta, myśliwych. A na jednym ze zdjęć, na stronie 299, stoi dumnie brodaty stary mężczyzna: z prawą ręką opartą o pas, w uniformie z białymi guzami i w czapce z daszkiem. Podpis głosi, że to zarządca lasów Puszczy Białowieskiej, Newrli. A w przedmowie autor powiada: „Nie mogę nie podziękować osobno także odpowiedzialnemu za polowania w puszczy I.W. Newrliemu, jako że tylko dzięki jego pomocy mogłem się zapoznać we wszystkich szczegółach z obecnym stanem gospodarki myśliwskiej Białowieży”.

Był to okres, kiedy do puszczy powoli docierały dobrodziejstwa cywilizacji. Kolej doprowadzono do Białowieży w roku 1897, dobrą szosę w roku urodzenia Igora Newerlego.

Państwo Newerly mieszkali w pałacyku myśliwskim położonym w pobliżu wielkiego eklektycznego pałacu carskiego z zabawnymi wieżami, z których jedna, okrągła, dźwigała zegar; z komnatami, z których jedna była wyklejona znaczkami pocztowymi z całego świata, a inna kartami do gry; z jadalnią jak puszcza, w której rzędy kolumn imitowały drzewa, a między nimi migotały w świetle zawieszonych nad stołem rozłożystych żyrandoli poroża upolowanych zwierząt, iluzji zaś dopełniał wypchany stary żubr. Pałac spłonie w czasie drugiej wojny, wcześniej ogień strawi pałacyk myśliwski. Kiedy pisarz odwiedzi to miejsce z synem w latach sześćdziesiątych, z trudem znajdzie w trawie parę kamieni po fundamentach. A pałacyk „był naprawdę ładny, z modrzewia, w takim jakimś leśno-ażurowym stylu, w naturalnym ciepłym kolorze miodowym drewna pod pokostem, poprzecinany balkonami, galeryjkami, opuszczony dzikim winem od dołu po gonciany siwy dach [...]”.

Przejdźmy się po tym pałacyku myśliwskim. W gabinecie dziadka stał telefon z korbką (łączność zostanie pewnego dnia przerwana, gdy przedsiębiorczy wnuk stwierdzi, że z takiego drutu można zrobić groty do strzał...), a na półeczce leżały wabiki do przywoływania zwierzyny. W oszklonej gablocie stały flinty i sztucery, na ścianach wisiały kordelasy i trąbki myśliwskie, a biblioteka składała się głównie z dzieł przyrodniczych, „wielkich ksiąg z obrazami w najżywszych kolorach o wszyściutkich zwierzętach i ptakach”. Było tam też trochę literatury pięknej, między innymi pewien tomik wierszy czeskiego poety w niemieckim przekładzie, oprawny w zielony aksamit, ale o tym opowiem w stosownej chwili.

Cytowany rosyjski monografista Puszczy Białowieskiej pisze na temat pałacyku, który nazywa pawilonem, tak:

Na miejsce zamieszkania osoby odpowiedzialnej za polowania wyznaczono pawilon, zbudowany w roku 1891 tuż koło zwierzyńca. Na wypadek przerwy w Najjaśniejszych Łowach, gdy odbywają się one w zachodnim rejonie Puszczy, dolne piętro pawilonu jest przystosowane do podawania śniadań. Znajduje się tam obszerna, pięknie wyłożona drewnem jadalnia i kilka mniejszych komnat; górne piętro zostało oddane na mieszkanie odpowiedzialnemu za polowania.

Wiadomo, jak wyglądał pałacyk myśliwski w Białowieży po spustoszeniach pierwszej wojny. W sierpniu 1919 roku odwiedził to miejsce Stanisław Mikłaszewski. Oto, co pisze o wnętrzach pałacyku:

Powykręcano klamki mosiężne od pięknych jesionowych drzwi, wspaniałe jedwabne obicia zdarto ze ścian i zastąpiono je zwykłymi plecionkami ze słomy, lecz na sufitach podziwiamy z artyzmem wykonane pejzaże myśliwskie. Główną ozdobę pałacu stanowiły różne trofea myśliwskie; wszystkie korytarze i pokoje dekorowane były głowami i rogami żubrów, łosiów i jeleni itd., dziś przypominają o tym tylko setki gwoździ, pozostałych na pustych ścianach.

Dziury po klamkach i setki gwoździ świadczą o dawnej świetności. O przedsiębiorczości i systematyczności Józefa Newerlego świadczy z kolei „małe muzeum, położone na pierwszym piętrze; zawiera ono rzadkie i ciekawe zbiory, jako to: rzadkie okazy drzew różnych gatunków, nadto bogatą kolekcję mchów leśnych, liczne szkielety, rogi i czerepy żubrów, łosiów, jeleni; podziwialiśmy tutaj olbrzymie blaty drewniane wypiłowane z odwiecznych dębów; niektóre mają po kilka metrów średnicy”10.

Dla chłopca, żywego i przedsiębiorczego, ważnym punktem w puszczy był pomnik żubra „z lanego żelaza na granitowej płycie i postumencie. Także z żelaza, w kształcie ogromnego sarkofagu o dekoracyjnych ślimacznicach, spływających łagodnie z każdego rogu ku liściom akantu na dole” (tak w powieści autobiograficznej Zostało z uczty bogów wspomina ten pomnik Newerly i jest w tym opisie zamiłowanie do szczegółu i precyzja rzemieślnika, który patrząc na przedmiot, widzi, jak został pomyślany i zrobiony). To na ten pomnik wspinał się z towarzyszem dziecięcych zabaw, od zadu, po ogonie, by następnie „klepnąć gołymi piętami straszne czarne zwierzę po łopatkach i pędzić ponad świerkami, ponad szosę z bojowym, krew mrożącym okrzykiem: achturhaj!” (który to okrzyk, egzotycznie dziś brzmiący, jest chyba fonetycznym oddaniem słów, jakimi niemiecka guwernantka przypominała, by wrócili do domu przed godziną ósmą, acht Uhr heim!).

Pomnik żubra upamiętnia polowanie, jakie odbyło się w puszczy w roku 1860 z udziałem cara Aleksandra II. Dla młodego Newerlego wypisane na tylnej ścianie nazwiska myśliwych wraz z rodzajem i liczbą myśliwskich trofeów były lekcją czytania: „Wodząc palcem po wypukłych ośniedziałych literach, mogłeś wprawiać się w kunszt czytania na imionach książąt, prynców i księżniczek o dziwnych i trudnych tytułach obok liczby ubitej przez nich zwierzyny”. A tradycja upamiętniania pomnikami monarszych polowań była w Puszczy Białowieskiej długa.

Wróćmy do Teresy Newerly i wyobraźmy sobie, że leżąc w łóżku po urodzeniu pierworodnego syna, sięga po starsze książki z biblioteki swego ojca, wielkiego łowczego. Na przykład po przepięknie ilustrowaną monografię puszczy z roku 1826, dedykowaną Mikołajowi I, „Cesarzowi wszystkich Rosji, Królowi Polski”, napisaną przez barona Brinckena. Autor spotkał w puszczy osiemdziesięcioletniego leśnika, który jako dziecko był świadkiem innego upamiętnionego pomnikiem polowania i mógł przekazać pewne szczegóły. Brincken jest dokładniejszy od Glogera, który z niego czerpał. Tamto polowanie odbyło się 27 września roku 1752. Tego dnia „Nayiaśniejsze Państwo August III, Król Polski Elektor Saski, z Królową Jeymością i Królewiczami Ichmość Xawerem i Karolem mieli tu polowanie Żubrów i zabili: 42 Żubrów, to iest: 11 wielkich, z których nayważnieyszy ważył 14 centnarów, 50 funtów; 7 mniejszych; 18 Żubrzyców; 6 młodych” (baron Brincken książkę o puszczy napisał po francusku, ale cytowany tekst spisał z pomnika po polsku i po niemiecku). Na tamtym, pierwszym pomniku zmieściły się ponadto nazwiska kilkunastu członków świty królewskiej oraz ćwierć setki strzelców i leśniczych. „Polowaniem dirigował JW. JPan de Wolfersdorff Łowczy naywyższy J.K.M.” – a więc jeden z poprzedników Józefa Newerlego.

Królowa czyta na polowaniu w przerwach między celnymi strzałami; pomniki są opatrzone rozbudowanymi, pełnymi nazwisk napisami, na których dziecko może uczyć się czytać; autorzy czerpią z ustnej tradycji, ale i z tych napisów; puszcza nie jest tylko nieprzebytą, dziką masą przyrody – raz po raz staje się tekstem.

Jeśli ktoś chciałby się dziś wybrać do Białowieży, by dotknąć carskiego pomnika i liter, po których wodził palcem młody Newerly, owszem, zastanie tam pomnik żubra, ale inny. Tamten z roku 1860 został w 1915 wywieziony w głąb Rosji, potem jakiś czas stał na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie, a w roku 1928 na polecenie prezydenta Ignacego Mościckiego umieszczono go w Spale. W pewnym jednak sensie mieści się w dziejach rodziny Newerlych. Przekonamy się o tym w następnym rozdziale.

Dziadkowie

Nad dzieciństwem przyszłego polskiego pisarza zdecydowanie dominował dziadek, czeski leśnik, urodzony w roku 1842 jako Josef Nevrly. Jego grób do dziś znajduje się na Cmentarzu Prawosławnym w warszawskiej dzielnicy Wola (kwatera 30, rząd 4, miejsce 35). Z zapisanego na grobie nazwiska (Josif Wilgielmowicz Newerli) wynika, że jego ojciec miał na imię Wilhelm.

Karierę leśnika przedstawia cytowany już monografista Puszczy Białowieskiej, Gieorgij Karcow. Pisze on o kolejnych osobach odpowiedzialnych w puszczy za łowy: o pułkowniku Andriejewskim, o jego zastępcy i następcy Auerze. Po czym stwierdza, że kiedy ksiądz Wiazemski, któremu podlegała obsada tego stanowiska, miał wybrać następcę Auera, zdecydował się „na I.W. Newrliego, już od dawna znanego carskim myśliwym jako doświadczony organizator polowań na grubego zwierza”. I podaje zwięzły biogram:

Newrli był praktykantem i pomagał leśniczym w pierwszorzędnych dobrach myśliwskich Moraw – hrabiego Stockau i hrabiów Berchtold – skąd w roku 1872 feldmarszałek Baratyński zaprosił go do zorganizowania gospodarki myśliwskiej w Skierniewicach. Po śmierci hr. Baratyńskiego w roku 1879 Newrliego przeniesiono najpierw do powstających podówczas spalskich terenów łowieckich, gdzie przesłużył on do roku 1894, kiedy to zaproponowano mu przejście na stanowisko odpowiedzialnego za polowania w Białowieży. Prawie wszystkie Najjaśniejsze Łowy od roku 1875, w Skierniewicach, w Spale i następnie w Białowieży prowadził Newrli, któremu szczęśliwy los pozwolił przygotowywać łowy dla trzech władców.

Powyższe dane pozwalają nieco bliżej przyjrzeć się tej karierze. Wyśmienite morawskie dobra myśliwskie to zapewne Napajedla na Morawach, rodowe gniazdo hrabiów Stockau (Nevrly – bo tak się w Czechach pisał – służył u seniora rodu, urodzonego w roku 1806 hrabiego Georga), oraz Buchlovice na pograniczu Czech i Moraw, gdzie znajduje się myśliwski pałacyk Láznĕ Leopoldov. Buchlovice były siedzibą hrabiów Berchtold, z których dwaj bracia, przyrodnik Friedrich i polityk Leopold, należeli do grona założycieli czeskiego muzeum narodowego.

Następny etap w karierze leśnika to już ziemie polskie. Skierniewice, należące do feldmarszałka Baratyńskiego, zdobywcy Kaukazu, były podówczas ważnym adresem dla cara Rosji. Tu odbyło się w roku 1884 spotkanie trzech cesarzy – Austrii, Prus i Rosji. W mieście stacjonowały dwa pułki rosyjskie, później, po śmierci Aleksandra III, wzniesiono dla nich koło koszar cerkiew. Przede wszystkim jednak raz na parę lat w Skierniewicach spędzała wakacje rodzina carska, a w lasach skierniewickich urządzano imperialne („Najjaśniejsze”) łowy. Przy jednej z takich okazji czeski leśnik zapewne zwrócił na siebie uwagę monarchy. Do dziś na parterze skierniewickiego pałacu w sali myśliwskiej, skąd wyruszano na polowania, można oglądać broń łowiecką z tamtego czasu.

W Skierniewicach czeski leśnik dla kariery przeszedł na prawosławie (prawosławnym był też formalnie jego wnuk, bohater tej książki, a nawet prawnuk, ochrzczony w warszawskiej cerkwi tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej).

Kolejnym adresem była Spała w Puszczy Nadpilickiej, gdzie Aleksander III urządził sobie rezydencję myśliwską i gdzie dziś stoi oryginalny pomnik białowieskiego żubra.

Następnym miejscem, na dłużej, była Puszcza Białowieska, gdzie Józef Newerli (jak z początku brzmiała spolszczona wersja nazwiska) otrzymał stanowisko wielkiego łowczego. Karcow podaje rok 1894. Było to zapewne przed 1 listopada, przed śmiercią Aleksandra III, tak przynajmniej zdaje się wynikać z dość mglistego, choć politycznie ostrego wspomnienia wnuka o zegarku łowczego („Nie pamiętam, przy jakiej to okazji dziadek dostał ten zegarek, [...] czy po tym, gdy Aleksander III poszedł z dziadkiem samowtór do Puszczy i tam na leśnym dukcie ramieniem monarszym wyszarpnąć raczył wóz chłopski z błota (Mirotworiec, Pokój Czyniący Imperator, był przede wszystkim osiłkiem) [...]”.

Na kartach wydanej w roku 1928 w Paryżu książki o ostatnich latach dworu carskiego pojawia się – w roli szefa polowania – le brave vieux Tchèque Neverly („dzielny stary Czech Neverly”).11 A jego nazwisko spotykamy też, co ważniejsze, w korespondencji ostatniego cara, Mikołaja II, z żoną.

23 czerwca 1915 roku car Mikołaj II pisał do carycy Aleksandry z miejsca dowodzenia Sztabu Generalnego:

Wczoraj rozkoszowałem się Białowieżą. Tak dziwnie być tam samemu, bez Ciebie i bez dzieci. Czułem się zagubiony i smutny, a jednak ucieszyłem się na widok domu i naszych uroczych pokojów, mogąc zapomnieć o teraźniejszości i przeżywać na nowo minione dni. Ale noc poprzedzającą wyjazd [do Białowieży] spędziłem niespokojnie. Ledwie skończyłem grać w domino, jak pojawił się N. i pokazał depeszę, jaką właśnie otrzymał od gen[erała] Aleksiejewa, która donosiła, że Niemcy przebili się przez nasze linie i wdzierają się głęboko na tyły. [...] Droga do Białowieży rozciąga się na 183 wiorsty, ale jest bardzo dobra i gładka. Po drodze leżą trzy miasteczka: Słonim, Różany i Prużany. Przybyłem do naszego domu o 3.20, a pozostali w odstępach pięciominutowych, z powodu okropnego kurzu. W jadalni podano nam zimny lunch, a potem pokazałem panom pokoje, nasze i dziecinne. Pojechaliśmy potem do Zwierzyńca obejrzeć dzikie żubry i inne zwierzęta. Udało nam się napotkać duże stado bizonów, które patrzyły na nas spokojnie. [...] Dozorca Białowieży jest nowy, nazywa się Lwow, grubas, kuzyn admirała. Stary pop nie żyje, podobnie jak Nevrli, którego nie znałem. Jego następcą jest Bark, krewny ministra, który służył tu od dwudziestu lat w charakterze leśnego. Energiczny człowiek, który zna doskonale lasy i polowania.

„Stary pop” to Michał Szyryński, który zmarł 28 kwietnia 1915 roku.

W odpowiedzi caryca pisała 25 czerwca z Carskiego Sioła: „Zupełnie nie wiedziałam, że umarł Neverle, dobry staruszek!”12.

Niewielu jest polskich pisarzy, którzy mogliby powiedzieć: O moim dziadku pisywali do siebie car z carycą.

Mądry człowiek umie słuchać, co mówi wiek i doświadczenie, więc pan Newerly, od ośmiu lat „Zawiadujący” puszczańskim gospodarstwem, niecierpliwie spoglądał w bezchmurne niebo, niechby już przyszła odmiana pogody, a wraz z nią ponowa!

Ten cytat nie pochodzi z jakiejś nieznanej powieści Igora Newerlego, tylko z Sagi Puszczy Białowieskiej (Warszawa 2001), napisanej przez potomkinię rodu Kossaków, która przez ponad trzydzieści lat mieszkała w tej puszczy, Simonę Kossak (1943–2007). W osobliwej tej księdze, namiętnie dochodzącej wszystkich krzywd, jakie zostały wyrządzone ukochanej przez autorkę puszczy, dwa rozdziały – Inwentaryzacja i Sen – dotyczą Józefa Newerlego. Utrzymane częściowo w zbeletryzowanej formie, dają jednak rzetelne informacje na temat dziadka Igora Newerlego. A zarazem pośrednio odnoszą się do samego pisarza. Inwentaryzacja dotyczy, skrupulatnie obmyślanego i egzekwowanego przez Józefa Newerlego, liczenia stanu żyjącej w puszczy zwierzyny. Inwentaryzacja w przypadku Igora Newerlego będzie to umiejętność prowadzenia kartotek korespondentów redagowanych przez niego czasopism, systematyczność oraz skrupulatność w zbieraniu i weryfikowaniu materiałów do powieści. Sen jest zapisem proroczego snu członka carskiej rodziny, ustawionego przez łowczego na stanowisku myśliwskim – wizji zbliżającego się końca monarchii. U Igora Newerlego „sen” to stale towarzysząca jego racjonalizmowi zdolność do marzeń i poetyckich wzruszeń, a także wyraźna skłonność do apokaliptycznego widzenia dziejów.

Co jeszcze, prócz systematyczności i śmiałych marzeń, zostało wnukowi po malowniczym dziadku? Na krótko: srebra rodzinne, sprzedane potem w Penzie, i zegarek („złoty, z brylantami w oczach i szponach dwugłowego orła na wieczku”), którego sprzedaż pozwoliła rodzinie opłacić pierwsze locum po przeniesieniu się do Kijowa. A na zawsze, do końca życia? Sympatia do narodu czeskiego i spraw czeskich, której efektem było przeświadczenie, że inaczej wyglądałyby dzieje świata, gdyby za Władysława Jagiełły i jego następców udało się doprowadzić do porozumienia polsko-czeskiego. Zamiłowanie do myślistwa. I wreszcie genetycznie, jak się zdaje, uwarunkowana skłonność do płci pięknej.

A babcia Františka?

Z nią jest kłopot. Na kartach autobiograficznej powieści Zostało z uczty bogów pojawia się właściwie w jednej scenie, z bańką mydlaną – i jak bańka pryska. Posłuchajmy: „jedenaście porodów i poronień, trzy gospodarstwa i groby kilkorga dzieci miała za sobą i w sobie, i jeszcze tę młodą emancypantkę z Velehradu, która wierzyła, że chcieć to móc, będzie miała życie wartkie i ładne wśród ciekawych ludzi i spraw, a niegłupia to była dziewczyna, wcale nie, dobrze sobie poczynała w ruchu młodoczeskim, słuchano jej chętnie na zebraniach i jeszcze chętniej czytano, co pisała, masz talent, Františko, i umiesz sobie radzić, mawiała Karolcia, sławna później Karolina, przepowiadała piękną przyszłość”.

Ruch młodoczeski, przypomnijmy, ma związek z historią Polski – tak nazywano tych czeskich działaczy patriotycznych, którzy z początku pozytywnie odnieśli się do powstania styczniowego („staroczechami” zaś nazywano tych, co powstanie owo w duchu panslawistycznym potępiali). Po roku 1867, kiedy Polacy w zamian za autonomię Galicji poparli austriacko-węgierski dualizm, sprawy się skomplikowały i młodoczesi stracili do nas wiele sympatii... Co ciekawsze, z ruchu młodoczeskiego biorą początek praktycznie wszystkie partie polityczne, jakie wykształciły się w Czechach na przełomie wieków. Młodoczesi wierzyli w skuteczność polityki małych kroków; ich celem była federacja czesko-austriacka. I rzeczywiście, wiele osiągnęli, zwłaszcza w kwestii równouprawnienia językowego.

Wzmiankę o dobrym piórze babki tłumaczyć można chęcią odnalezienia (bądź nawet dopisania sobie) pisarskiej genealogii. Idealizm i aktywizm to też ideały bliskie Newerlemu. Zastanawiam się, skąd w tym wszystkim wziął się Welehrad. Najprostsza odpowiedź brzmi: stamtąd rzeczywiście pochodziła żona leśniczego Józefa Newerlego. Skoro jednak nie mamy dokumentów na potwierdzenie tej tezy, spróbujmy zastanowić się, dlaczego pisarz mógłby wybrać to właśnie miasteczko w południowych Czechach na miejsce pochodzenia swej babki.

Pierwszym kluczem jest tu, jak się wydaje, katolicyzm. Welehrad to miasto kultu świętych Cyryla i Metodego, cel pielgrzymek czeskich i nie tylko czeskich katolików. W tamtejszej świątyni obrazy upamiętniają tradycję słowiańskiego chrześcijaństwa. Wizerunek Madonny z Dzieciątkiem jest kopią bizantyjskiej ikony z rzymskiej bazyliki Santa Maria Maggiore, w której papież Hadrian w IX wieku nakazał odprawianie liturgii w obrządku słowiańskim. Ale to kopia późniejsza, wisi tu od roku 1919. Natomiast w roku 1885 Jan Matejko, polski malarz czeskiego pochodzenia, ofiarował świątyni w Welehradzie podwójny portret Apostołów Słowiańszczyzny, Cyryla i Metodego, z podpisem w języku czeskim „To są ojcowie nasi”. W tym samym roku – obchodzono wówczas tysiąclecie śmierci św. Metodego – z Polski przysłano do Welehradu w darze chorągiew z polskim orłem i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Tradycja katolicka splata się tu zatem z wątkiem zbliżenia polsko-czeskiego, wątkiem, który będzie Newerlemu zawsze bardzo bliski.

Karolcia, Karolina to niewątpliwie Johanna Rottová (1830–1899), czeska emancypantka i pisarka, używająca pseudonimu Karolina Světlá. Bohaterki jej powieści żyją ideałami i są skłonne do poświęceń; nieraz mówi się, że stworzyła pojęcie mesjanizmu kobiecego oddania. Světlá prowadziła intensywną korespondencję z poetą Janem Nerudą, który był w niej zakochany; gdy ktoś doniósł jej mężowi o tej potajemnej korespondencji, wybuchł skandal. Světlá spaliła później jego listy, ale do śmierci zachowała srebrną szkatułkę z pozostałym po nich popiołem (można ją dziś oglądać w muzeum pisarki w miejscowości Český Dub).

Wracamy do Zostało z uczty bogów:

Jest sama jedna w pustych dokoła ciemnościach, nie ma nikogo, jak gdyby nigdy nikogo nie miała, i wszyscy, którym wypełniała życie, byli snem, dwie córki, trzech synów, czternastu wnuków i mąż, piękny Józef, śpiący u siebie zdrowym snem, tęgi staruch, siedemdziesiąt lat, a wciąż mężczyzna, kobiety mają jeszcze z niego pociechę...

Newerly przedstawia tu babkę jak kolejną postać z powieści Karoliny Svetlej – kobietę, która się poświęciła dla innych, dla rodziny.

I wreszcie finał.

Babcia nie wie. Chwytając się poręczy łóżka i krzeseł, sunie do apteczki w rogu i drżącą ręką leje do szklaneczki dereniówkę na dobranoc temu wszystkiemu, by nie myśleć, nie słyszeć szeptu Františki, jak się nazywa takie życie – Bublina, nĕco pĕkného jen napohled, babičko, planá řeč, marná naděje...

Nalewka dereniowa pomaga na frasunki. A życie jako bańka mydlana, życie jako tocząca się kula – to stary topos, w emblematyce nazywa się Homo bulla. Jest taka siedemnastowieczna holenderska rycina, która mogłaby służyć za ilustrację do przedstawionej przez Newerlego scenki. Nagi chłopiec o wydłużonej głowie i myślącej twarzy przysiadł na trupiej czaszce. Z boku okrągłe naczynie z bulgocącym, parującym płynem, w którym to naczyniu widać głowę lwa, z drugiej strony trawa i więdnący kwiat. Chłopiec w zamyśleniu puszcza mydlane bańki. Skróty „Iacob. 4. cap.” oraz „Petri. i. cap.” odsyłają do odpowiednich miejsc w Biblii. Zacytuję za Biblią Gdańską z roku 1632: „Którzy nie wiecie, co jutro będzie; bo cóż jest żywot wasz? Para zaiste jest, która się na mały czas pokazuje, a potem niszczeje” (Jak 4,14). Oraz: „Ponieważ wszelkie ciało jest jako trawa i wszelka chwała człowieka jako kwiat trawy; uwiędła trawa i kwiat jej opadł; Ale słowo Pańskie trwa na wieki” (I Piotr 1,24–25).

Motyw życia jako bańki i toczącej się kuli powraca u Newerlego w paru miejscach, na przykład w Chłopcu z Salskich Stepów, w opisie wojny: „Oddział nasz toczył się kulą bilardową przez zieleń Podlasia. Żółkło listowie, zbliżała się jesień, a ta bila popychana kijem niemieckim to z tej, to z tamtej strony, jakoś do swej łuzy trafić nie mogła”. Albo w Pamiątce zCelulozy, w opisie rozprzestrzeniania się po Rosji rewolucji: „A było wtedy głodno i chłodno po miastach, straszno i zachłystliwie jak od gwizdu ulicznej czastuszki: «Dokąd się toczysz, jabłuszko małe?»”. Dopełnieniem tego obrazu toczącej się kuli jest z reguły wyznanie wiary w słowo.

Włożone w usta babci słowa o życiu jako bańce mydlanej tchną autentyzmem, można by iść o zakład, że zostały wiernie zapamiętane z dzieciństwa. Gdy jednak sprawdzić, okazuje się, że... nie są to wcale słowa babci w przedsennym dialogu z samą sobą, tylko definicja słowa bublina ze słownika języka czeskiego, jaki František Trávníček wydał w Pradze w roku 1952.13

Dobrze, że taka leksykalna przygoda przytrafiła się nam zaraz na początku drogi. Przykład bubliny uczy, że autobiograficzne pisarstwo Newerlego jest przede wszystkim pisarstwem, konstrukcją, dziełem sztuki. Owszem, opiera się na przeżyciach autora. Ale nie zawsze wprost, często trzeba mocno poskrobać, żeby się dobrać do przemyślnie poukrywanych informacji. Warto o tym pamiętać, próbując z tekstów wspomnieniowych Newerlego wyłuskać fakty biograficzne.

A babcia? Po śmierci męża wyjechała z córką w głąb Rosji. Zmarła i została pochowana w Symbirsku.

Rodzice

Wybitny polski pisarz był synem rosyjsko-czeskiej pary. Stuprocentowym Rosjaninem był ojciec, Mikołaj Michajłowicz Abramow, oficer 8. Estońskiego Pułku Piechoty, pod koniec XIX wieku stacjonującego w Brześciu nad Bugiem, a konkretnie tego batalionu, który został oddelegowany do ochrony rezydencji cara w Białowieży. Stuprocentową Czeszką, acz urodzoną na ziemiach polskich, była matka, Teresa z domu Newerly, córka wielkiego łowczego Puszczy Białowieskiej. Jak wynika z życiorysu sporządzonego przez Igora Newerlego 7 grudnia 1955 roku, Teresa Newerly, „wyznania rzymsko-katolickiego”, przyszła na świat „w Makowie pow. Łowicz”. Urodziła się w czasie, gdy jej ojciec pracował w lasach skierniewickich.

Więcej informacji przynoszą dokumenty przechowywane w papierach Newerlego w warszawskim Muzeum Literatury (sygn. 3808). Jest wśród nich odpis rosyjskiego oryginału i polski przekład aktu urodzenia, sporządzony 14 listopada 1935 roku w Makowie. Wedle tego aktu dnia „2/14 marca 1877 roku o godzinie 8 wieczór stawił się osobiście Józef Newerli lat 35 Zarządca Rezerwatu Leśnego, zamieszkały w Zwierzyńcu” i w obecności dwóch świadków, Gustawa Sommera, lat 38, urzędnika drogi żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, oraz Karola Neszetty, zawiadującego Bażanciarnią, okazał dziecię płci żeńskiej, urodzone poprzedniego dnia o 3 po południu w Zwierzyńcu „z prawowitej małżonki Franciszki z domu Pracharz”, lat 25 (konkretyzuje nam się nieco bardziej babka-bańka mydlana). Chrztu udzielił ksiądz Józef Gosk, jednym z chrzestnych był Stanisław Rybicki. Dziecku nadano na chrzcie imiona Teresa Bronisława.

Dziadek ze strony matki przyjął wyznanie prawosławne dla ułatwienia sobie kariery w hierarchii rosyjskich urzędników państwowych. Matka została jednak ochrzczona jako katoliczka, podobnie jak jej matka. Zachowywano więc dość w owym czasie rozpowszechnioną tradycję przekazywania – w przypadku małżonków różniących się wyznaniem – wiary ojca na synów, a matki na córki.

Metryka chrztu zachowała się w archiwum pisarza wraz z innymi dokumentami związanymi z jego prośbą do sądu. W maju roku 1953, w dwa miesiące po śmierci Józefa Stalina, pisarz wystąpił do sądu z wnioskiem o sprostowanie w jego metryce imienia matki. W obszernym uzasadnieniu tłumaczył, że jego matka „na Chrzcie św. według Kościoła Rzymsko-Katolickiego udzielonym Jej w dniu 2/14 marca 1877 roku otrzymała imiona Teresa Bronisława. W roku 1902 wychodząc za mąż za mego nieżyjącego Ojca Mikołaja Abramowa, który był wyznania prawosławnego, zmuszona była wbrew swej woli przejść na łono Kościoła Prawosławnego”. Wyjaśniał, że to konieczne ustępstwo (nie było wówczas ślubów cywilnych) wiązało się z nadaniem nowego, prawosławnego imienia. Podkreślał jednak, że „w życiu rodzinnym nadal używała moja Matka nie imienia nadanego Jej przez Kościół Prawosławny, tj. Wiery, lecz imion Kościoła Katolickiego Teresa Bronisława, a gdy Ojciec mój zmarł, to zaraz w roku 1910 przeszła na katolicyzm, powracając do swych pierwszych imion: również gdy Matka moja zmarła, pogrzebaną została przez Kościół katolicki”.

Zaskakująca sprawa: oto w samym apogeum socrealizmu pisarz nieukrywający swego ateizmu zwraca się do państwowego sądu z wnioskiem o zmianę rosyjsko brzmiącego imienia nieżyjącej od prawie ćwierćwiecza matki w metryce, a więc dokumencie, którego przecież używa się bardzo rzadko. W uzasadnieniu wielokrotnie podkreśla przywiązanie matki do wyznania katolickiego i Kościoła rzymskokatolickiego. Dlaczego to robi, dla kogo? Nasuwa się kilka odpowiedzi: gwoli prawdy? Na przekór? W imię pamięci matki? Dla zasady?

Chłopiec mówił głównie po rosyjsku. Znał zapewne czeski, choć z biegiem lat zapomniał, jak o tym pośrednio świadczy słownikowy epizod z bańką mydlaną. Od małego uczono go niemieckiego. Wokół siebie słyszał też białoruski, może jidysz.

Zagadką jest dla mnie w tym wszystkim polszczyzna Teresy Newerly. A przecież to właśnie matce zawdzięcza Igor, że mógł zostać polskim pisarzem. To ona prostowała jego błędy, kiedy w początku lat dwudziestych stenografował przemówienia polskich gości w Kijowie.

Ojciec był, jak się rzekło, carskim oficerem. Dziadek pisarza ze strony ojca, Michajło Abramow, „retman flisacki” (najważniejsza osoba na tratwie, odpowiednik kapitana) „ze starej Russy”, był stanu chłopskiego, ale – podobnie jak dziadek ze strony matki – miał silny związek z lasem, „las wałdajski pławił do Zatoki Fińskiej, zbijając sosny gonne w karawany tratew” (cytuję tu opowiadanie Spojrzenie zza rzeki, w którym Newerly porównuje obu dziadków; nazwa lasu pochodzi od wzgórza Wałdaj, na którym znajdują się źródła Wołgi, Dniepru i Dwiny). Wychował i wykształcił synów – jeden zrobił karierę w armii (aczkolwiek nie miał nic wspólnego z generałem tegoż nazwiska), drugi został adwokatem o poglądach, jak się zdaje, socjalistycznych, w Petersburgu bronił w procesach politycznych.

Ojciec, urodzony w roku 1874, awansował na podporucznika 17 kwietnia 1897 roku, „z podchorążych swojego pułku”14.

Igor Newerly próbował sobie wyobrazić, jak poznali się rodzice. W Żywymwiązaniu przedstawił to w formie scenki komediowej. Opisał, jak w trakcie parady Pułku Piechoty Estońskiej w Brześciu nad Bugiem jego ojciec, adiutant, popełnił jakiś błąd i został za karę skierowany przez dowódcę pułku do batalionu przydzielonego do Białowieży („dla bezpieczeństwa monarszej rodziny, no i zawsze to kilkaset nagonki”).

I oto porucznik widzi, że jego dowódca, podpułkownik Kozłow, co niedziela w eleganckich białych rękawiczkach i w wyglansowanych butach dokądś się – w środku puszczy – wybiera. Podejrzewa, wręcz zakłada się z kolegą, że chodzi o kobietę. Postanawia to sprawdzić.

Scenerię już znamy. Myśliwski pałacyk „ma dwa piętra, cały w miodowym kolorze, z przesyconego pokostem modrzewia. Szarobura z załomami czapa goncianego dachu, misternie rzeźbione okiennice i słupy podcienia, tarasy... Na jednym z nich, za kaskadą dzikiego wina, główka samotnej dziewczyny”.

Zaczyna się błyskotliwy dialog, w rezultacie którego panna Terenia godzi się, dla zakładu, zagrać rolę sympatii rosyjskiego porucznika. Komedia zmienia się w „rozdział staroświeckiej powieści, w której będzie i opór ojca despoty, i ukrycie córki, walka zrozpaczonego młodzieńca, interwencja księcia”.

Z innego źródła, z autobiograficznej opowieści Zostało z uczty bogów, wiemy, że wielki łowczy – próbując wybić córce z głowy nieodpowiedniego jego zdaniem kandydata na męża – wysłał ją do Austrii: „Chodziła na odczyty z dziedziny pedagogiki, interesowała się Fröblem, wychowaniem dziecka w kinderhortach [...]”.

Gdzie to było? Najprawdopodobniej w Wiedniu. Pierwsze w monarchii austro-węgierskiej przedszkole freblowskie15 powstało wprawdzie już w roku 1848 w Grazu, ale dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku zaczęto organizować regularne kursy dla wychowawczyń przedszkolnych – głównie w Wiedniu. W roku 1881 założono „Wiedeńskie Stowarzyszenie Ogródków Dziecięcych i Zakładów Opiekuńczych dla Dzieci w Austrii”, które wydawało fachowe pismo „Zeitschrift für das Kindergartenwesen”. Państwowe kursy dla wychowawczyń były w Wiedniu prowadzone przy seminariach dla nauczycielek.

Zdobyte w Austrii doświadczenie pedagogiczne przyda się córce Józefa Newerlego w Rosji, kiedy po raz pierwszy w życiu będzie musiała pójść do pracy – trafi do sekcji żłobków i domów sierot, gdzie przewyższa wykształceniem i doświadczeniem nie tylko kierownika miejscowego wydziału oświaty, ale i jego przełożonych.

Wbrew oczekiwaniom dziadka pobyt panny w Austrii nie ostudził młodych, Teresa „pisywała coraz serdeczniej do swego Mikołaja” i w końcu doszło do tego małżeństwa, przyszedł na świat syn Igor, w cztery lata później córka Helena. Niestety, w roku 1910 Mikołaj Abramow, „ratując jednego z żołnierzy od utonięcia, przeziębił się i zmarł na ropne zapalenie płuc”16.

Pierworodny syn bardzo przeżył nagłą stratę ojca. Zareagował na swój sposób, ryjąc pierwszym własnym kozikiem na stopniach prowadzących do pokoju stołowego brzydkie czteroliterowe słowo. Ze względu na jego ówczesną świadomość językową można domniemywać, że nie było to słowo na literę D, tylko Ж. Swym kształtem przypominało zatem widziany z góry park wokół pałacu białowieskiego, który uformowano specjalnie tak, by wyglądał jak carskie godło, dwugłowy orzeł z rozpostartymi skrzydłami...

Młoda wdowa nie bardzo dawała sobie radę z psotnym synem, uważała zresztą, że chłopiec powinien mieć ojca. O jej drugim ślubie napiszę w rozdziale o Jabłonnie. Tu powiem z góry, że drugie małżeństwo nie przetrwało próby czasu. Po ewakuacji rodziny do Penzy i powrocie ojczyma Igora z niemieckiej niewoli okazało się, że zbyt wiele dzieli oboje. Ich wspólne dziecko, Tania, zostanie pierwotnie przy ojcu. Teresa z dwojgiem starszych wyjedzie do Symbirska.

„Pani Teresa” pojawia się pod własnym imieniem na kartach Pamiątki z Celulozy. Pamiętając o ryzyku, jakie wiąże się z traktowaniem opisów postaci powieściowych jako ewentualnego źródła biograficznego, przypomnijmy jednak parę migawkowych ujęć.

Najpierw miejsce: „Na Starym Wieńcu, w tej dzielnicy na wysokiej górze, okolonej rzeczywiście wieńcem sadów, stała kanarkowa willa kupca Gołubcewa”. Po ucieczce kupca sąsiedzi już się do willi dobierali, ale wówczas pojawiła się właśnie pani Teresa i wywiesiła dwujęzyczny, polsko-rosyjski szyld z napisem: „Dom Dzieci Polskich”.

W pamiętniku głównego bohatera powieści Pamiątka z Celulozy, Szczęsnego Bidy, czytamy: „Największy wpływ na nas miała kierowniczka, bo była to z gruntu uczciwa kobieta i sama wierzyła, że czeka nas ojczyzna odrodzona po niewoli i sprawiedliwa”.

Z kolei narrator powieści patrzy na panią Teresę ze sporym obiektywizmem, zauważa także jej wady: „Bywała nietaktowna. Nie umiała uczuć hamować ani myśli maskować. Często patrzyła na rozmówcę zdumiona i zaraz przepraszała: – Co też ja mówię! Proszę nie słuchać...”.

Bodaj najpiękniejszy portrecik matki kreśli Newerly w Zostało z uczty bogów, na początku rozdziału Spustoszenie. Chwila jest pełna napięcia, oto syn wyznał jej właśnie, że się zakochał (w Nadii) i chce rzucić szkołę i jechać do Ługańska. I że właściwie już są małżeństwem, już się nawet kłócą.

Sięgnęła po papierosy. Nie pomogły perswazje, że doktor zabronił – musiała zapalić. Zaczęła wypytywać. Podążając wzrokiem za siwymi dymkami, które umiała układać w kółeczka i nizać prześlicznie, zasłuchana, śledziła rozwój naszej miłości, sama jeszcze w stanie kochać i być kochaną, taka piękna, z lekko odrzuconą głową w złotej glorii puszystych włosów, o rysach omglonych wczesną jesienią, jakby była za oknem. Raz się uśmiechnęła, takim uśmiechem kobiety porozumiewają się czasem między sobą, wydało mi się, że widzę Nadię.

Wspomnienie, jak często w prozie Newerlego, ma dyskretny podkład ikonograficzny, jakiś zapamiętany obraz. Tutaj intuicja każe szukać wśród prerafaelitów. Tak, to chyba Dante Gabriel Rossetti, trudno się tylko zdecydować, który z jego kobiecych wizerunków wybrać. Sancta Lilias z aureolą złocistych włosów na złotym tle, z trzymanym w dłoni przejrzałym żółtym irysem? Bocca Baciata, pocałowane usta, z lekko w tył odrzuconą głową, obraz utrzymany w jesiennej kolorystyce, pełen dojrzałego spokoju i melancholii (ta modelka chyba najbardziej przypomina wizerunek Teresy Newerly z dagerotypu wykonanego w roku 1900 w „Instytucie Fotograficznym” Sigismond & Co. w Warszawie)? Czy po prostu La Donna della Finestra, pani z okienka, której dłonie sprawiają wrażenie, jakby właśnie odłożyła papierosa, a szata układa się w fantazyjne kółka dymu?

W Rosji Teresa Abramow zaczęła chorować na serce – była to, jak się zdaje, cena, jaką zapłaciła za sprawę rozwodową z drugim mężem i walkę o odzyskanie córki.

Newerly do końca miał do siebie żal, że nie udało mu się przed wojną, kiedy zaczynało mu się jakoś powodzić w Warszawie, w pierwszej połowie roku dwudziestego szóstego, przed przewrotem majowym, sprowadzić z Kijowa matki i siostry. Siostra jakoś sobie potem poradziła, wyjechała do Ameryki. Ale matka „byłaby żyła spokojnie, gdyby nie ten majowy przewrót, nie zmarłaby w nędzy i opuszczeniu. To boli i pali jak wtedy” (pisał w latach sześćdziesiątych w Żywym wiązaniu). I kiedy przy okazji jakiegoś pobytu w Związku Radzieckim wybrał się do Kijowa i zadbał o grób zmarłej w roku 1930 matki, było to tylko częściowe uciszenie bolesnego wyrzutu sumienia.

Pozostały dagerotypy i fotografie, te, które można powiesić na ścianie lub wziąć do ręki, i te, które tkwią pod powiekami. Jak przypomnienie owego zmierzchu w Kijowie, który miał się okazać ostatnim ich wspólnie spędzonym wieczorem.

Cały czas krzątała się żwawo, podniecona i pewna mej drogi, [...] aż wzięło mnie zwątpienie, czy rzeczywiście jest tak ślepo przekonana, że wychodzę na wolność i nic mi się stać nie może, czy też tylko udaje taką pewność i radość? Teraz myślę, że gdybym szedł na śmierć, byłaby do ostatniej chwili ze mną tak samo dzielna, potrafiłaby udawać nadzieję i nie zdradzić rozpaczy.

Miejsce: Jabłonna

„W Jabłonnie skończyło się dzieciństwo”. Tam matka wyszła powtórnie za mąż za pułkowego kolegę ojca, tam Igor stracił nogę, tam na dobre skończył się wiek dziewiętnasty.

W Zostało z uczty bogów czytamy, że pułk ojca i ojczyma „został przeniesiony z Samary do Jabłonny pod Warszawą”. Wprawdzie w oficjalnych publikacjach jako miejsce postoju podawany jest Brześć, ale rzeczywiście przez kilka lat 8. Estoński Pułk Piechoty był oddelegowany do Samary, zapewne dla przeciwdziałania wystąpieniom rewolucyjnym w tym handlowym mieście. Do Jabłonny przeniesiono go w lipcu 1910 roku.

4 marca (19 lutego) 1911 roku w Jabłonnie obchodzono uroczyście dwustulecie pułku. Już poprzedniego dnia w pułkowej cerkwi odprawiono nabożeństwo za dusze carów, pod którymi służyła jednostka, oraz za poległych na polach bitew oficerów i żołnierzy pułku. Obok klubu oficerowie wznieśli łuk tryumfalny ozdobiony zielenią. Każdy żołnierz otrzymał z kasy pułkowej srebrnego rubla. Wieczorem w klubie oficerskim odbyło się uroczyste przekazanie pułkowi nowego sztandaru. Ówczesny dowódca, pułkownik Bratczikow, dziękował przybyłym delegacjom. Było to jedno z jego ostatnich wystąpień w Jabłonnie, 9 marca zakończył służbę w pułku, awansował, a na jego miejsce przybył niebawem z Dalekiego Wschodu słynny potem dowódca Korniłow, ten od korniłowszczyzny.17

Uroczystości 4 marca rozpoczęto od mszy i procesji. Następnie protojerej, czyli proboszcz katedry, Aleksandr Mitropolski (kaznodzieja zwalczający islam, później zamęczony okrutnie przez komunistów) dokonał poświęcenia nowego sztandaru.18

W godzinach popołudniowych odbyły się pokazy filmowe i występy iluzjonistów. A wieczorem, przed pokazem sztucznych ogni, wystawiono sztukę pt. Wasilij Riabow.

To ważny moment, nawet jeśli młody Newerly nie był jeszcze tego dnia w Jabłonnie – mógł słyszeć o tej sztuce od swych rówieśników albo od ojczyma. Wasilij Riabow był bowiem ojczyma krajanem, pochodził z guberni penzeńskiej.

Wczesną jesienią roku 1904, po bitwie pod Liaoyang podczas wojny rosyjsko-japońskiej, dowództwo rosyjskie desperacko poszukiwało wiadomości na temat ruchów wojsk nieprzyjaciela. Zgłosił się wówczas na ochotnika szeregowiec Riabow, który wprawdzie nie znał ani chińskiego, ani japońskiego, ale miał talent mimikry i dobre chęci. Przebrano go w chiński chałat, przywiązano warkoczyk i Riabow ruszył na teren nieprzyjacielski. Miał już wracać, nierozpoznany, kiedy japoński oficer kazał mu napoić konia. Riabow zrozumiał i wykonał polecenie, Japończykowi coś się jednak nie spodobało. W złości chwycił żołnierza za warkocz, a warkocz... został mu w dłoni.

Riabow został przesłuchany, skazany za szpiegostwo i rozstrzelany. Do Rosjan trafiło jednak podpisane przez japońskiego kapitana pismo następującej treści: