Szkarłatna głębia - Krzysztof Bochus - ebook
Opis

Zima roku 1934. W elbląskim domu modlitwy zostają znalezione okrutnie okaleczone zwłoki Wima Oxelrode, starszego gminy mennonickiej na Mierzei Wiślanej. Wkrótce w równie makabrycznych okolicznościach ginie kolejny członek wspólnoty. Radca kryminalny Christian Abell staje przed podwójnie trudnym zadaniem. Musi nie tylko odnaleźć nieuchwytnych zabójców, ale także przełamać zmowę milczenia panującą w tej hermetycznej społeczności, żyjącej na obrzeżach cywilizacji.

Abell niezmordowanie tropi morderców. Ale w tym śledztwie nic nie jest oczywiste. Mnożą się fałszywe, prowadzące donikąd tropy. Obłąkańcze idee, niewygasłe namiętności, walka o władzę, zwykła chciwość? Wszystko może być prawdą – lub tylko jej pozorem. A gdy Abell wreszcie zbliży się do sedna sprawy, na jego drodze stanie przeciwnik równie zdeterminowany i przenikliwy, jak on sam. I podnoszący nieustannie stawkę w grze, której ceną jest ludzkie życie…

W tle sugestywnie odmalowany klimat lat 30. w Prusach Wschodnich. Marszruta zbrodni wiedzie przez niemiecki Elbląg, katedrę we Fromborku i skute mrozem mennonickie wioski na Mierzei Wiślanej.

Zagadkowe morderstwa, tajemnice menonitów i skrwawiony bursztyn, oto zaskakujący finał trylogii z Christianem Abellem w roli głównej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 447

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt ‌okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: ‌Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna ‌Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji ‌elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: ‌Ewa Rudnicka

Zdjęcie wykorzystane na ‌okładce:

© ‌Everett Historical/Shutterstock

Ta ‌książka jest ‌fikcją ‌literacką. ‌Wszelkie podobieństwo ‌do ‌realnych ‌osób ‌i zdarzeń jest niezamierzone ‌i całkowicie ‌przypadkowe. Autor starał się ‌z należytą starannością odwzorować realia ‌epoki oraz topografię ‌opisywanych miejsc, ale ‌tylko w takim zakresie, jakiego ‌wymagała fabuła powieści.

© ‌by Krzysztof Bochus

© ‌for this edition by ‌MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN ‌978-83-287-0951-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA ‌SA

Wydanie ‌I

Warszawa 2018

Mojej córce ‌Annie,

tak ‌podobnej do ‌mnie,

poświęcam

Rozdział IWszyscy niemi, wszyscy ślepi

1.

Elbing, ‌9 stycznia 1934, ‌poniedziałek

Emma ‌Winter po raz ostatni ‌wytarła róg posadzki przy ‌ołtarzu. Porowate kafle ‌lśniły teraz czystością. ‌Wyżęła szmatę ‌i wzniosła ‌oczy ku ‌niebu. Ona, skromna służebnica, ‌ziarno piasku ‌na Pańskich sandałach. ‌I On – cierpliwy i miłosierny, ‌obserwujący, jak ‌trudzi się ta ludzka ‌mrówka, której serce ‌przepełniają ‌bojaźń i pokora. Lubiła ‌po zakończeniu pracy ‌kłaść się krzyżem na ‌chłodnej posadzce kaplicy. ‌A potem ‌podnieść wzrok ‌i spotkać spojrzenie ‌Jezusa. Obraz był ‌poczerniały ze ‌starości. Podobno przywędrował ‌do elbląskiej kaplicy ‌aż z dawnej ojczyzny. ‌Oblicze Pana oświetlały ‌tylko dwie świece, które zawsze zapalała po wejściu do świątyni.

Znała każdą rysę na pociemniałym werniksie, każdy grymas na połyskliwym obliczu Zbawiciela. Ale zawsze najbardziej hipnotyzowały ją jego oczy: mądre i przeszywające na wskroś. Miała wrażenie, że Jezus wodzi za nią wzrokiem, obserwując dobrotliwie, jak trudzi się, zmywając brud i błoto. Odpowiadała mu ufnym wejrzeniem. Przecież nie miała przed Nim tajemnic. Grzech nie miał do niej dostępu. Tego dnia, gdy dowiedziała się o śmierci Klausa pod Avengers, skończyło się jej życie jako żony i kobiety, a zaczęły pokuta i służba Bogu. Była jak bezpańskie czółno wyrzucone na brzeg. Żyła tylko modlitwą.

Kaplica emanowała świętością. Czuła tu obecność Boga. Tylko tutaj odzyskiwała spokój. Od lat zdzierała kolana do krwi, szorując terakotę, zmywając ławki i modlitewniki. Nigdy nie wzięła za to od mennonitów nawet grosza. Robiła to dla siebie, dla Klausa – nie dla nich. Po raz ostatni obrzuciła spojrzeniem wnętrze. Dopiero teraz dostrzegła oblepione woskiem lichtarze. Ach, dokończy pracę za godzinę. Zdmuchnęła świece. Wróci tu jeszcze. Musiała teraz odnieść wyhaftowane przez siebie serwety, zamówione przez panią Glock. A pani Glock nie lubiła czekać. Wróci, a potem pogrąży się w modlitwie. Świat za oknem był coraz bardziej wrogi i niezrozumiały. Tylko tutaj czuła się bezpiecznie. W tym azylu pokoju i świętości.

2.

W powietrzu unosił się jeszcze zapach wosku z niedawno zgaszonych świec. Mężczyzna ukrywający się za kotarą był cierpliwy. Sprzątająca staruszka w końcu wyszła. Nic już nie mogło mu przeszkodzić. Nareszcie nadszedł ten moment. Tak długo czekał na tę chwilę! Hossana! Wiele tygodni musiał skrywać ogrom trawiącego go gniewu i nienawiści. A teraz sprawiedliwości stanie się zadość! Najpierw usłyszał astmatyczny oddech, a potem zbliżające się kroki. Na progu wyrosła zgarbiona, starcza postać. W ciemności widać było tylko białka jej oczu.

Teraz! Wystarczył jeden cios żelaznym prętem w potylicę i garbus najpierw złamał się wpół, a potem bezgłośnie runął na ziemię, jak szmaciana lalka. Mężczyzna usiadł okrakiem na nieprzytomnej ofierze. Nogami wyczuwał jej żebra. Mógłby je zmiażdżyć jednym uderzeniem pręta, ale wtedy zemsta nie miałaby smaku. Plan był inny. Musiał tylko zdecydować, od czego zacząć. Gdzie najpierw zatopić karzący miecz? Co będzie bardziej dolegliwą karą? Odcięcie języka, którym ten starzec tak kłamliwie chwalił piękno i łaskę Pana? Czy może jednak wykłucie oczu, dzięki którym widział świat stworzony na boskie podobieństwo? Zdecydował, że zacznie od języka. Gdy już podjął decyzję, poczuł ulgę. Pomyślał, że zemsta jest uwznioślającym doznaniem. Lepszym niż seks… Lewą ręką przytrzymał koniuszek języka swojej ofiary i jednym cięciem oderżnął go w połowie jego długości. Resztka okaleczonego organu natychmiast zwinęła się w trąbkę niczym liść wrzucony do ognia. Niemal w tym samym momencie ciało pobudzone straszliwym bólem wyrwało się z odrętwienia.

– Nic z tego, skurwysynu – mruknął mężczyzna, przygważdżając swoim ciężarem starca walczącego o życie. Pomyślał, że odczeka jeszcze kilka sekund, zanim przejdzie do ciągu dalszego. To było konieczne. Do jego ofiary musiała dotrzeć świadomość tego, co się stało. To należało do planu. Śmierć, która wkrótce nadejdzie, nie jest przecież żadną karą. Nie dla niego. Przeciwnie, będzie wybawieniem. Ważne, aby ten gnój, mający gębę pełną frazesów o bożym miłosierdziu zrozumiał, że nie ma już języka. I aby wypełniła go wszechogarniająca, przenikająca do trzewi trwoga. Dlatego mężczyzna odczekał chwilę, zanim przystąpił do kolejnej części swego planu – oślepienia ofiary. – Nie będziesz widział już nic więcej poza ciemnością. Ogarnie cię mrok wieczny… – wyszeptał oprawca. Ciało pod nim szamotało się jeszcze przez moment konwulsyjnie, a potem zastygło w bezruchu.

Trochę za szybko się wywinąłeś, pomyślał niezadowolony mężczyzna, wycierając nóż o poły płaszcza. Za szybko zdechłeś, gnoju. Dla pewności pochylił się nad głową swojej ofiary, uważając, żeby nie ubrudzić się krwią buchającą z otwartych ust. Nie wyczuł oddechu. A więc wystarczy. Przepełniało go uczucie spokoju. Jeszcze nigdy nie czuł się równie szczęśliwy jak teraz. – Obyś trafił do piekła, Wimie Oxelrode… – wyszeptał i zamknął za sobą drzwi kaplicy.

3.

Radca kryminalny Christian Abell nie lubił zimna. A jednak postanowił, że zaparkuje adlera przed Bramą Targową i dalszą drogę pokona na piechotę, nie bacząc na mróz i przenikliwy wiatr. Uznał, że tak będzie szybciej. Nie był pewien, czy będzie mógł zostawić wóz na placu Fryderyka Wilhelma. Pamiętał, że aby do niego dojść, powinien kierować się w prawo. Nie był w Elblągu od dwóch, trzech lat, ale zawsze pozostawał pod urokiem tego miasta. Niegdyś często je odwiedzał. Godzinami potrafił spacerować po Starym Mieście, które nie ustępowało urodą jego ukochanej gdańskiej starówce.

– Szkoda, że przyszło mi tu powrócić z tak ponurego powodu – pomyślał i podniósł wysoko poły kołnierza. Zima była sroga. Słyszał, jak pod podeszwami butów pękają zeszklone mrozem kałuże. Fantasmagoryczne sople zwisały z dachów kamienic, nieledwie dotykając głów spacerujących pod nimi przechodniów. Strome dachy otulone były białymi czapami śniegu. Mroźny wicher wył w wąwozach uliczek. Było przeraźliwie zimno.

Przeszedł przez Schichaustrasse z imponującym budynkiem zarządu Schichau1, a następnie przez Poststrasse dotarł do placu. Zmrużył oczy, chroniąc je przed porywistym wiatrem, kłującym twarz setkami lodowych igiełek. Niewiele się tu zmieniło. Pomnik Hermanna Balka nadal górował nad fontanną, pokrytą teraz kaskadami spiętrzonego lodu. Za jego plecami wznosił się miejski ratusz2. Zawsze lubił ten malowniczy, eklektyczny gmach z podwieszanym hełmem u góry. Przypominał młodszego brata bliźniaczej budowli w Królewcu. Spojrzał na swoją omegę. Dochodziła godzina jedenasta. Już czas.

Prezydium policji znajdowało się tuż obok, w nowo wybudowanym, masywnym gmachu. Pamiętał, że główne wejście jest od Junkerstrasse. Pchnął ogromne drzwi wejściowe i wszedł do środka. Niemal natychmiast owionęła go chmura zapachów, charakterystyczna dla wszystkich znanych mu budynków policyjnych: odór lizolu, stęchłego powietrza i ludzkiego strachu, wżerającego się w buraczkowe lamperie na korytarzach.

Gospodarz gabinetu na pierwszym piętrze już na niego czekał. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści parę lat. Przerzedzone włosy ciasno przylegały do czaszki. Podniósł na przybysza ciężki, nieruchomy wzrok, którym zwykł był przeszywać ludzi na wylot.

– Radca Christian Abell z gdańskiej Kripo, jak mniemam? Jestem komisarz Mertesecker – mówiąc to, wyciągnął do Abella rękę na przywitanie. Miał miękki, prawie kobiecy uścisk dłoni. – Pański przyjazd zapowiedział komisarz Kellerman. Czym możemy służyć koledze po fachu?

– Chodzi o okrutne okaleczenie przywódcy wspólnoty mennonickiej z Mierzei Wiślanej, niejakiego Wima Oxelrode. Do zamachu doszło w domu modlitwy mennonickiej gminy Ellerwald przy Berlinerstrasse 203. Od wczoraj ofiara znajduje się w elbląskim szpitalu Dobrego Samarytanina – odpowiedział Abell, sadowiąc się na niewygodnym krześle.

Jeśli liczył, że tu trochę odtaje, to czekało go rozczarowanie. Pokój był wyziębiony. Na ścianie gabinetu wisiały urzędowe portrety prezydenta Hindenburga i Adolfa Hitlera. Wizerunek kanclerza był zauważalnie większy.

– Został zaatakowany – kontynuował Abell. – Doznał ciężkich obrażeń. Podobno ma wyłupione oko i obcięty język. To obywatel Wolnego Miasta Gdańska, dlatego rozpoczęliśmy śledztwo w tej bulwersującej sprawie. Potrzebuję formalnej zgody pana komisarza na przesłuchanie rannego, jeśli to oczywiście będzie możliwe.

– Skąd gdańska Kripo wie o tym zdarzeniu? – Mertesecker poczęstował go cygaretką, ale Abell odmówił uprzejmym ruchem ręki.

– Powiadomiła nas córka rannego. Telefonicznie, jeśli o to chodzi.

– To mennonici używają telefonów? – Mertesecker skrzywił się w sarkastycznym grymasie. – Słyszałem, że są na bakier z techniką.

Abell wzruszył ramionami. – Z tego, co wiem, żyją według swoich reguł. I nigdy nie przysparzali policji żadnych kłopotów. Sam Oxelrode to bardzo szanowany obywatel. Wiadomość o zamachu na jego życie bardzo nas zaskoczyła.

– Być może, być może… – Mertesecker obserwował go spod oka. – Sami jesteśmy zdziwieni brutalnością tego ataku. Takie rzeczy się u nas nie zdarzają.

– Czy macie jakieś podejrzenia co do motywów i sprawcy lub sprawców tego czynu?

– Za wcześnie na to, panie radco. Sprawa jest świeża. Wysłaliśmy policjanta, waruje przed salą, w której leży Oxelrode. Nikogo nie zatrzymaliśmy, przynajmniej na razie. Nie wiemy, co Oxelrode robił w Elblągu. Ustalamy, dlaczego zjawił sie w kaplicy.

– Czy wiadomo coś więcej o okolicznościach samego zdarzenia?

– Niewiele. Do ataku doszło wczoraj, czyli w poniedziałek, około godziny osiemnastej. Tego dnia w kaplicy nie była odprawiana msza. Wiemy to od starszego wspólnoty w Elblągu, Pieta Huisa. Został przesłuchany dzisiaj rano. Huis nie wie, w jakim celu Oxelrode zjawił się w kaplicy. Nie potrzebował kluczy. Świątynia zwyczajowo jest otwarta w ciągu dnia, zamyka się ją tylko na noc. W każdym razie Huis sprawiał wrażenie zaszokowanego całym tym ponurym wydarzeniem. Jestem skłonny mu wierzyć. Mennonici mają wiele wad, ale na pewno nie kłamią.

– Jakie wady ma pan na myśli?

– Chociażby to, że są wyalienowani ze społeczeństwa, w którym żyją. Nie chcą służyć w armii ani sprawować żadnych publicznych urzędów.

– Znam większe grzechy.

– Przyzna pan jednak, że to nonsens. – Mertesecker zmarszczył brew. – Rzesza potrzebuje każdej pary rąk. Zwłaszcza teraz, gdy wreszcie podnosimy się z kolan. Dzięki temu człowiekowi – spojrzał z wyraźnym szacunkiem na portret kanclerza – wracamy na należne nam miejsce.

– No tak. Obcięty język, wyłupione oko… – Abell postanowił nie kontynuować wątku o podnoszeniu się Niemców z kolan. – Na pewno sprawca pozostawił po sobie mnóstwo śladów.

– I to jest właśnie zastanawiające, panie radco. Oxelrode leżał nieprzytomny w kałuży krwi. Ale ktoś po sobie dobrze posprzątał. Było tam czysto jak w niemieckiej kuchni. Brak narzędzia zbrodni. Nie znaleźliśmy żadnych śladów, niczego. Za wcześnie na wnioski, ale wygląda mi to na jakieś porachunki religijne wewnątrz sekty. Miałem wrażenie – przez chwilę szukał właściwego słowa – jakbyśmy przenieśli się w czasy biblijne.

– Jeszcze jedno pytanie. Kto znalazł poszkodowanego?

– Emma Winter, członkini wspólnoty. Staruszka z siódmym krzyżykiem na karku. Poza wszelkimi podejrzeniami. To ona zamyka i otwiera dom modlitwy. Narobiła krzyku i w kaplicy szybko zjawili się okoliczni przechodnie. Mamy zaprotokołowane zeznania dwóch z nich. Zgodnie podają, że Emma zaczęła wzywać pomocy kwadrans po osiemnastej. Oczywiście zamierzamy przesłuchać także pozostałych członków wspólnoty. Ale, jak sam pan wie, nie będzie to łatwe. Ci ludzie tworzą grupę zamkniętą dla obcych. To hermetyczna społeczność. Z założenia nie rozmawiają z policją.

– Jestem tego świadom, komisarzu. Być może sprawcy trzeba szukać na moim terenie, w Steegen i Bodenwinkel[1], gdzie mieszkają mennonici. Ale pomyślałem, że najprościej byłoby przesłuchać samą ofiarę tego bandyckiego napadu.

– I słusznie. Sam bym tak samo zrobił. Oczywiście, nie widzę żadnych przeszkód, aby go pan przesłuchał, jeśli jeszcze oddycha. Z tego, co mi zameldowano, jego stan jest krytyczny. Tak więc musi się pan pospieszyć. Ostatecznie jesteśmy Niemcami, powinniśmy się wspierać, niezależnie od tych wersalskich bzdur.

– Jestem oficerem na służbie Wolnego Miasta Gdańska, panie komisarzu.

– Ależ oczywiście, doceniam pańską lojalność. – Mertesecker spojrzał na niego ironicznie. – Ale zapewniam pana, że ta sztuczna granica oddzielająca Gdańsk od Heimatu niedługo zniknie. To tylko kwestia czasu.

– Dopóki jednak istnieje… – Abell postanowił nie ciągnąć dalej ryzykownego wątku. – Proszę także o zgodę na prowadzenie czynności śledczych w domach i nieruchomościach należących do mennonitów. Niektóre z nich znajdują się na terenie Rzeszy. Być może potrzebne będzie stosowne przeszukanie.

– Nie widzę przeszkód – odpowiedział Mertesecker. Przybysz z Gdańska właściwie spadł mu z nieba. Na jego wyczucie zamach na życie Oxelrode był efektem jakichś wewnętrznych porachunków w sekciarskiej wspólnocie mennonitów. A to nie zapowiadało ani łatwego śledztwa, ani szybkich efektów dochodzenia. A tak cały kłopot spadnie na gdańskie Kripo i tego elegancika w palcie zbyt lekkim jak na tutejsze mrozy.

Abell poczekał, aż Mertesecker wystawi mu stosowny glejt, i bez zwłoki opuścił ponury gmach. Źle znosił ostatnio wizyty w Rzeszy. Miał wrażenie, że z każdym miesiącem coraz mniej rozpoznaje Niemcy. Nie trawił tej mieszaniny wielkomocarstwowej bufonady, buty i ledwie skrywanego rewanżyzmu, podniesionego do rangi ideologii państwowej. Za dużo Hitlera, za mało Beethovena. Poza tym liczyła się każda godzina. A nie był pewien, w jakim stanie odnajdzie Wima Oxelrode.

Szybkim krokiem wrócił do samochodu. Mróz jeszcze bardziej stężał. Nieliczni przechodnie przyspieszali kroku, uciekając przed lodowatym oddechem zimy. Szpital Dobrego Samarytanina mieścił się przy Pott-Cowle-Strasse. Imponujący gmach bardziej przypominał wielkopański pałac pruskiego junkra niż lecznicę. Abell wylegitymował się w recepcji i prowadzony przez barczystego pielęgniarza podążył za nim na pierwsze piętro. Szpital lśnił czystością. Na wewnętrznych parapetach okien stały nawet doniczki z kwiatami. Bardzo gemütlich[2]. Pomyślał, że brakuje tylko wyszywanych makatek z napisem: „Świeża woda zdrowia doda”. Mijali spieszące gdzieś pielęgniarki w wykrochmalonych, białych fartuchach. Tylko jęki chorych dochodzące zza ściany dowodziły, że to także miejsce śmierci i cierpienia. Policjant przed salą chorych poderwał się czujnie na jego widok. Długo wczytywał się w glejt podpisany przez komisarza Merteseckera, tarmosząc papier w wielkich jak łopaty dłoniach. Wreszcie zasalutował i wskazał Abellowi drzwi.

Pokój, mimo wczesnej pory, pogrążony był w półmroku. Przysłonięte zasłony w oknach skutecznie ograniczały dostęp światła dziennego. Abell potrzebował kilku sekund, aby przyzwyczaić oczy do szarej poświaty, w jakiej skąpana była sala. Stało w niej tylko jedno łóżko. Z boku przypominało rzeczną barkę z białą burtą. Podszedł bliżej. Natychmiast wyczuł woń środków dezynfekujących, ropy i gnijącego ciała. Odsunął szerzej zasłony. Tułów Wima Oxelrode okryty był skołtunioną kołdrą. Wystawała spod niej tylko głowa o arystokratycznym, orlim profilu. Bardziej przypominała pośmiertnie odciśniętą gipsową maskę niż twarz żywego człowieka. Prawe oko przesłonięte było opatrunkiem, na którym wykwitła rdzawa plama krwi i ropy. Otwarte usta były ciemną czeluścią, krzyczącą z trupio bladej twarzy. Na brodzie i w kącikach ust zauważył kilka zastygłych strużek krwi. Spod kołdry wystawała ręka rannego, dłoń pianisty o długich wydelikaconych palcach.

Abell miał wrażenie, że Oxelrode nie oddycha. Zaniepokojony przybliżył głowę do twarzy rannego. Dopiero po dłuższej chwili wyczuł delikatny ruch powietrza w nozdrzach pacjenta. Oddychał nieregularnie, z coraz dłuższymi przerwami. Co kilkadziesiąt sekund łapał astmatycznie powietrze, jakby próbując przytrzymać wyciekające z niego życie. Abell wziął w swoje dłonie jego rękę. Puls był ledwie wyczuwalny. Postanowił wezwać lekarza. Wyglądało na to, że był świadkiem agonii, powolnego konania człowieka, który jeszcze do wczoraj był dla swoich współwyznawców pasterzem i żywym drogowskazem jednocześnie.

Ale w tej samej sekundzie, gdy się podniósł z miejsca, chory nagle przebudził się i obrócił ku niemu głowę. Otworzył zapuchniętą powiekę lewego oka. Upiornie błysnęło w nim białko. Wbił wzrok w pochylającego się nad nim policjanta. Miał zamglone spojrzenie szaleńca. Jednocześnie chwycił go kurczowo za rękę z niemal nadprzyrodzoną siłą, o którą trudno było podejrzewać gasnącego starca. Abell miał wrażenie, że Oxelrode chce mu coś powiedzieć, więc przytknął ucho do jego ust. Ale usłyszał jedynie ciche westchnienie, które było pożegnaniem. Wim Oxelrode był już tylko wspomnieniem. Biała barka odpłynęła na zawsze.

4.

Po wyjściu ze szpitala Abell nie mógł opędzić się od ponurych myśli. Prześladował go widok twarzy starca. Ciągle czuł zapach śmierci, jakim pożegnało go to zmasakrowane ciało. Swoją drogą – ile trzeba gniewu i nienawiści, a może zimnego wyrachowania, aby pozbawić kogoś języka i oka? Miał nie widzieć i niczego już nie powiedzieć? Ale kogo i czego to dotyczyło?

Abell postanowił skorzystać z okazji i nie wracać bezpośrednio do Gdańska. Przekroczył granicę przez Nogat i dojechał do Tiegenhofu[3]. Na chwilę zatrzymał się przy Wytwórni Stobbes Machandel4 i nabył kilka półlitrowych butelek jałowcówki o beczułkowatym kształcie, zdobionych charakterystycznym krzyżem, który nieodmiennie kojarzył mu się z kacem. Przydadzą się na wieczorne popijawy z Kukulką. Wachmistrz, podobnie jak on sam, był wielkim admiratorem tego kultowego trunku gdańszczan. Na zakręcie wpadł w poślizg i o mało nie staranował polskiego posterunku celnego. Czujny strażnik natychmiast pojawił się w drzwiach z dłonią niedwuznacznie opartą o kaburę pistoletu. Abell machnął przepraszająco rękę, ale Polak długo jeszcze stał w progu, obserwując oddalający się samochód.

Za Tiegenhofem skręcił w prawo na drogę lokalną na Steegen. Szosa biegła wąwozem utworzonym przez wysokie na półtora metra zaspy śnieżne. Dziwne, że w ogóle była przejezdna. Tylko gdzieniegdzie ponad białe kaniony wyrastały nagie drzewa, przykryte puchowymi czapami śniegu. Jechał wolno, nieustannie chuchając na szybę. Wycieraczki policyjnego adlera już wcześniej, po dojeździe do Elbląga, odmówiły posłuszeństwa. Było mu coraz zimniej. Na zakręcie drogi zatrzymał się więc i pociągnął dobry łyk machandla. Poczekał, aż krew rozprowadzi alkohol, rozgrzewając zmrożone na kość ciało, i ruszył ponownie w drogę. Miał do pokonania tylko piętnaście kilometrów, a jazda zajęła mu prawie pół godziny. Z ulgą powitał pierwsze zabudowania w Steegen. Minął kościół ewangelicki i zatrzymał się, szukając jakiejś gospody, w której mógłby się rozgrzać i posilić kawą z biszkoptem. Wieś wyglądała na wymarłą. Pomyślał, że zostało mu niewiele drogi i z westchnieniem uruchomił samochód. W tym momencie zza plebanii wyszedł młody ksiądz prowadzący dziwny pochód. Za jego plecami gęsiego kroczyło trzech młodych chłopców o twarzach naznaczonych szaleństwem. Przypominali pochód ślepców ze słynnego obrazu Bruegla. Zwłaszcza najwyższy i najpotężniejszy z nich przyciągał uwagę. Był barczysty, ale posuwał się naprzód dziwnym nieskoordynowanym krokiem, uginając kolana i zawijając do wewnątrz prawą stopę. Miał gęste, zrośnięte brwi i wyblakłe oczy, w kolorze akwarelowego błękitu rozrzedzonego wodą.

– To nasi podopieczni z ochronki przy zborze – wyjaśnił pastor, widząc pytające spojrzenie Abella. – Prawdziwi nieszczęśnicy, a jednak dzieci boże. Czym mogę służyć?

– Czy gospoda jest otwarta? Chciałbym się pokrzepić gorącą kawą – powiedział Abell.

Pastor wyjaśnił, że gospoda w Steegen jest zimą zamknięta. Abell nie krył rozczarowania. Nie pozostawało mu nic innego, jak ruszyć w dalszą drogę.

Dachy domów po obu stronach w Bodenwinkel ledwo wystawały ponad kopy śniegu. Niewiele brakowało, aby przeoczył cel swojej podróży.

Dom Wima Oxelrode stał na skraju wsi, od strony morza. Był obszerny i jak większość mennonickich siedzib – poprzedzały go podcienia rozrzeźbione w drewnie. Obok znajdowała się stajnia. Stała przed nią niewielka kryta bryczka z opuszczonymi dyszlami. Pchnął drzwi domu i ku swemu zaskoczeniu stwierdził, że są otwarte. Znalazł się w wielkiej, dobrze nagrzanej kuchni. Z przyjemnością poddał się ciepłu bijącemu z majolikowego pieca w rogu izby. Podszedł do niego i oparł zmrożone dłonie o rozgrzane kafle.

– Mam nadzieję, że jest pan z policji? Czekamy na kogoś od wczoraj. – Usłyszał za plecami przyjemnie niski i łagodny głos.

Agnes Oxelrode była intrygującą kobietą. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat, a jednak emanowała jakąś kobiecą dojrzałością. I jeszcze czymś, co wyczuwał teraz wyraźnie: owym podskórnym erotyzmem, promieniującym z niektórych kobiet jak światło z zamglonej latarni morskiej. Ten elektryzujący pierwiastek był wszędzie i przez to pozostawał niedookreślony i w dwójnasób niepokojący. Poczuł się zakłopotany i w pewnym sensie zdeprymowany. Agnes Oxelrode była nie tylko fascynująca, ale też bardzo ładna.

Niewiele ustępowała mu wzrostem. Osadzone blisko siebie oczy miały kolor płynnego miodu. Pomyślał, że mógłby je namalować Rosetti, kopiując następnie kreska po kresce jej długie, zawijające się do góry rzęsy. Miała wydatne usta, dziwnie niepasujące do zdjęć mennonickich kobiet, jakie oglądał na ilustracjach w bibliotece. Wszystkie miały surowe miny i wąskie szczelnie zaciśnięte wargi, tak jakby się bały, że prześlizgnie się przez nie jakiś grzech. Usta Agnes były karminowe jak z oleodruku, aż banalne w swojej prowokacyjnej niewinności, świeże i obiecujące, mimo iż zapewne nigdy nie poznały szminki. A może właśnie dlatego? Włosy skrywał biały czepek z surowego lnu. Odziana była w bezkształtną burą suknię, tak jakby wstydziła się własnej urody i za wszelką cenę próbowała ją ukryć przed oczami postronnych. A jednak jego wprawne oko bezbłędnie rozpoznawało pod tym pokutnym workiem kształty i krągłości, które potrafiłyby rozgrzać każdego mężczyznę. Zastanawiał się, czy pod idiotycznym czepkiem skrywa ogoloną na męsko głowę jak mennonicka Joanna d’Arc, zgorszona swoją seksualnością i nienawidząca mężczyzn, za to właśnie, że są mężczyznami.

– Już się pan napatrzył? – z zaskoczeniem odkrył w jej głosie nie tyle ironię, ile gwałtowną, gniewną pretensję. Agnes Oxelrode nie przypominała kobiet, jakie spotykał do tej pory. Musiał to zapamiętać. Cierpiała po okaleczeniu ojca, a on demonstracyjnie rozbierał ją wzrokiem. Potrząsnął głową. Czas wrócić do pracy.

– Przepraszam najmocniej. – Nie pamiętał, kiedy był tak speszony. – Jestem jednym soplem lodu. Wolniej myślę i kojarzę. Radca Christian Abell z prezydium policji kryminalnej w Gdańsku. – Skłonił głowę. – To pani do nas dzwoniła?

Przytaknęła i zaprosiła do stołu przykrytego śnieżnobiałym obrusem. Dopiero w świetle wiszącej nad stołem lampy zauważył głębokie cienie pod jej oczami. Poprosił o filiżankę kawy i ku swojemu zdumieniu usłyszał pytanie, który gatunek lubi najbardziej. Zauważyła jego zdziwienie.

– Nie jesteśmy dzikusami, tylko mennonitami. Doceniamy smak dobrej kawy. Sprowadzamy ją aż z Indii Holenderskich.

Pokiwał głową, parząc po chwili wargi aromatycznym napojem. W skupieniu wysłuchał opowieści o wydarzeniach wczorajszego wieczoru. Nie przerywał, pozwalając, by opuściły ją wszystkie strachy i demony, dręczące jej duszę i ciało. Była silną kobietą. Wiele przeżyła w ostatnich godzinach. Na pewno cierpiała, a jednak nie traciła panowania nad sobą. Pomyślał, że to poczucie godności i surowa dyscyplina wyniesiona w mennonickiego domu trzymają ją w ryzach. Dopiero gdy zamilkła, uznał, że jest już gotowa do odpowiedzi na pytania, które zamierzał zadać.

– Jakim człowiekiem jest pani ojciec? – zapytał, próbując nie patrzeć na sińce pod oczami kobiety.

Drgnęła zaskoczona.

– Jest prawdziwym przywódcą wspólnoty. Duszpasterzem i przewodnikiem – powiedziała cicho. – Ale przede wszystkim człowiekiem odważnym. Prawdziwym mężczyzną. Dobrym ojcem. Brzydzi się kłamstwem.

Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Zarejestrował w pamięci, że nie wspomniała nic o świętości i religijnym charyzmacie. „Prawdziwym mężczyzną”, „człowiekiem odważnym”? Dość zaskakująca charakterystyka jak na starszego wspólnoty, której członkowie modlą się według szesnastowiecznego rytu, boją się samochodów i jeżdżą konnymi bryczkami z czasów wielkiego Fryca.

Kuchnia, w której siedział z tą intrygującą kobietą, też wyglądała jak ze starej fotografii. Nad paleniskiem wisiał rząd wyczyszczonych patelni i miedzianych rondli. W rogu, obok pieca, stał taboret z wielką emaliowaną miednicą do mycia. Pomiędzy naczyniami wisiały warkocze czosnku i cebuli. Stare kafle na podłodze zostały pewnie wytarte przez stopy i kolana jej przodków. Nigdzie nie zauważył jakiegokolwiek rekwizytu współczesności: elektrycznej kuchenki, bojlera czy kranu z bieżącą wodą. Pomyślał, że w tej izbie tylko on jest z dwudziestego wieku.

Agnes Oxelrode po raz pierwszy poczuła się nieswojo we własnej kuchni. Onieśmielał ją ten oficer o szarych oczach, wyglądający tak, jakby przed chwilą urwał się z wielkomiejskiego rautu. Był przystojny. Złapała się na refleksji, że nigdy nie myślała w ten sposób o mężczyznach z ich wspólnoty. Oni wszyscy byli tacy podobni. Tak jakby Najwyższy tworząc ich, użył tylko jednego wymiaru. Ten policjant był inny: nieoczywisty i zagadkowy. Nie pasował do tego miejsca, tak jak nadmorska sosna nie pasuje do karłowatego sadu. Pomyślała, że w jego oczach widać dziwny blask. Nie była pewna: goryczy czy może zainteresowania? Zwrócił uwagę na jej urodę… To było niestosowne, zważywszy na okoliczności… Samiec z wielkiego, grzesznego miasta… Mimo wszystko próbował zachowywać się delikatnie i z taktem. Była pewna, że szanuje jej ból. To ją zaskoczyło. Wspólnota nie miała zbyt wielu dobrych doświadczeń z Kripo. Właściwie nie miała ich w ogóle. Wyglądał trochę śmiesznie w tym swoim eleganckim palcie w środku wschodniopruskiej zimy… A przy tym nie bał się okazywać słabości. Ogrzewał swoje zgrabiałe dłonie o piec, całkiem jak papa, gdy wracał zziębnięty z pola…

– Czy pani ojciec mógł mieć wrogów? – pytanie Abella wyrwało ją z zamyślenia.

Znowu go zaskoczyła. – Nawet Menno Simmons5 ich miał – odpowiedziała. – Dobro zawsze prowokuje zło. Prawość wywołuje ludzką podłość i zakłamanie. Ale to nie znaczy, że należy rezygnować z bycia dobrym. A mój ojciec był uczciwym i prawym człowiekiem.

– Czy tego nauczał wasz święty?

– Menno Simmonsa nie uważamy za świętego. Był tylko bliżej Boga niż my, grzesznicy. Obdarzony był wyjątkowym charyzmatem. Ale tak, w jakimś sensie ma pan rację. On uczył nas, że warto przeżyć życie w zgodzie z samym sobą, nie czyniąc krzywdy bliźniemu swemu.

– A jednak ktoś postanowił zrobić krzywdę pani ojcu. Niewykluczone, że któraś ze zbłąkanych owieczek z waszej wspólnoty.

Był ciekaw jej odpowiedzi. Miał wrażenie, że po raz pierwszy się zawahała, uciekła wzrokiem.

– Panno Agnes?

– Zastanawiam się nad tym, co pan powiedział. Ale nie potrafię panu pomóc. Nie znam nikogo, kto mógłby targnąć się na życie mojego ojca. Nie w naszej wspólnocie. Spędziłam przy jego łóżku w szpitalu całą noc. Ale rano policjant kazał mi wracać do domu. Nie wiem, dlaczego… Odwiózł mnie Arie, bryczką… Czy pan wie może, w jakim stanie jest obecnie mój ojciec?

Obawiał się tej chwili. Nigdy nie lubił być posłańcem złych wiadomości przekazywanych rodzinie zmarłego. Z reguły wyręczał się w takich sytuacjach Kukulką. Ale nie tym razem, niestety.

– Panno Oxelrode… – Podniósł głowę i spojrzał jej w oczy. – Przyjechałem tu prosto ze szpitala. Nie mam dobrych wieści.

– To znaczy? – Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, zobaczył błaganie w jej oczach.

– Umarł na moich rękach półtorej godziny temu. Nie cierpiał.

Zapadła się w sobie, jakby tym wyznaniem odebrał jej tlen, którym oddychała. Rozpaczliwie próbowała powstrzymać wzbierający szloch. Jeszcze w nocy modliła się żarliwie przy jego łóżku, aby Najwyższy okazał jej litość. Aby nie zabierał jej ojca na niebieskie pastwiska, o których tyle jej opowiadał, gdy była mała. Jeszcze nie teraz, na Boga! Nie była na to przygotowana. Potrzebowała jego czułości i mądrości. Zabrano mu mowę i wzrok. A teraz życie. To nie było sprawiedliwe! Czuła narastającą falę rozpaczy. Nie była gotowa, nigdy nie będzie… Ale poczuła także gniew wobec mężczyzny siedzącego naprzeciwko. Jeszcze przed chwilą budził jej zainteresowanie. Teraz – już tylko niechęć.

– Wiedział pan o śmierci mojego ojca, wchodząc do tego domu – powiedziała chrapliwie. – Ale nawet się pan nie zająknął na ten temat. Ważniejsze było przesłuchanie niczego nieświadomej kobiety, prawda? Myliłam się co do pana. Nie ma pan szacunku dla zmarłego, panie oficerze. Ani tym bardziej dla jego bliskich.

Co miał jej odpowiedzieć? Że widział więcej trupów, niżby pragnął? Odartych z wszelkiej świętości, zgwałconych, skrwawionych i porzuconych na pożarcie psom? Odnajdywał odcięte głowy na idyllicznej plaży i odcinał wisielców powieszonych na więziennej kracie. Znał smród zdrady i zbrodni. Oddychał nim od lat. Gdyby nie stwardniała mu skóra – sam mógłby dołączyć do tego grona nieszczęśników. Mógłby jej także powiedzieć, że przeżywał podobny ból jak ona teraz. Do dziś pamiętał każdą sekundę z długiego pożegnania z matką. Odchodziła przez wiele dni, po równo dzieląc się z nim bólem i cierpieniem. Pamiętał nawet zapach jej ulubionych lilii, jakie stały w wazonie przy szpitalnym łóżku. Mógłby – ale co by to dało?

Nie było nic do dodania. Nie w tej chwili, nie tego dnia. Agnes Oxelrode musiała sama zmierzyć się z rozpaczą, która niczym ektoplazma wypełniała tę izbę. W cierpieniu nie ma wspólników. Każdy jest sam.

5.

Środa jedenastego stycznia nie przyniosła poprawy pogody. Nadal było przeraźliwie zimno. Oblodzony termometr za oknem pokazywał minus dwadzieścia stopni. Zawsze należał do meteopatów, uważał, że jego samopoczucie i wahania nastrojów są zależne w dużym stopniu od słońca lub jego braku. Całe miasto spowijała sina mgła, żarłocznie pożerająca ludzi spieszących do pracy, automobile na ulicy i elewacje budynków. Z mlecznej nieprzezroczystej przesłony otulającej Gdańsk wystawały tylko kościelne iglice i miedziane hełmy wyższych kamienic. Jechał do pracy ostrożnie, mijając fantomy ledwie widocznych pojazdów, mlekowozów i piaskarek.

Wybiła dziewiąta, gdy dojechał do prezydium policji kryminalnej. Przy Karrenwall było już rojno jak w ulu. Od pewnego czasu to środa stała się dniem odpraw, więc w gmachu meldowali się policjanci z lokalnych placówek Kripo. Słyszał hałas nieustannie otwieranych i zatrzaskiwanych drzwi, odgłosy pospiesznych kroków i szmer ludzkich rozmów, prowadzonych w dziesiątkach pomieszczeń tego mrowiska.

Z ulgą zamknął się w swoim pokoju. Przynajmniej było tu w miarę ciepło. Od kiedy naziści przejęli senat[4], w gabinetach wielu jego kolegów zawisły portrety nowego kanclerza. U niego na ścianie nadal widniał tylko herb Wolnego Miasta Gdańska. Państwa z własnym godłem, walutą i hymnem – ale bez duszy i woli przetrwania. Co nadal robił w tym gmachu? Kim był w istocie? Ostatnim Mohikaninem świata, który biernie odchodził w przeszłość? Stróżem prawa w państwie, które samo poddawało się bez walki? Wiedział, że zbliża się czas odpowiedzi na te pytania. I że zależy od nich jego przyszłość. Na razie nie widział jednak lepszego rozwiązania, jak trwać, i robić swoje. Im więcej pracował, tym mniej myślał. To najlepsze, co mógł zrobić.

Spojrzał na zegarek. Wpół do dziesiątej. Już pora. Szef gdańskiego Kripo, komisarz Kellerman, nie cierpiał spóźnień.

W jego gabinecie było szaro od tytoniowego dymu. Prawie wszyscy oficerowie obecni na odprawie palili cygara lub papierosy w długich lufkach. Na szczęście Kellerman, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, pozwalał na uchylanie okna, dzięki czemu przez szczelinę pod sufitem z dworu docierało chłodne, ale jednak świeże powietrze. Abell zauważył, że jego zwierzchnik mocno przytył w ostatnich tygodniach. Był szefem Kripo zaledwie od pół roku, a każdy miesiąc sprawowanej władzy odkładał się dodatkowymi centymetrami w pasie coraz bardziej opiętego garnituru. Tylko spojrzenie – bystre i przenikliwe – pozostało to samo co dawniej.

Komisarz czujnie lustrował przybyłych oficerów. Przypominał starego lwa, obserwującego spod wpółprzymkniętych powiek swe ofiary. Sytuacja na zewnątrz zmieniała się w szybkim tempie. Naziści metodycznie i sprawnie przejmowali władzę w całym mieście. Stary ład odchodził w przeszłość, nowy porządek był wielką niewiadomą. Potrzebował wielu lat ciężkiej pracy, okupionych zgniłymi kompromisami i trudnymi sojuszami, aby znaleźć się na upragnionym szczycie. Jego poprzednik, komisarz Mohl, był człowiekiem słabym. Kellerman zawsze przewyższał go siłą, inteligencją i sprytem. Ale teraz, gdy zasiadł już w fotelu szefa, coraz częściej łapał się na myśli, że może jednak nie podołać. I że miał pecha, obejmując upragnione stanowisko w tak niesprzyjających i niepewnych czasach. Sypiał coraz gorzej. Rano śmierdział potem wywołanym przez nocne koszmary. Pół roku temu to on wbił nóż w plecy Mohlowi. Ciekawe, czy któryś z mężczyzn zebranych w jego gabinecie ostrzył już na niego swój sztylet?

Na pewno musiał się mieć na baczności przed Egonem Gurschem. Z niechęcią przyglądał się jego zwalistej postaci. Kwadratowe było w niej wszystko: korpus jakby obciosany toporem leśnego drwala, głowa przypominająca karton z wybitymi otworami na oczy, a nawet palce, rozczapierzone szeroko jak płetwy, tak aby mogły się zmieścić w wielkich łapskach, które nieustannie wycierał o spodnie, jakby go swędziały od nadmiaru żółci i testosteronu. Zaskakujące było to, że w tak pospolitym ciele skrywał się tak bystry i przenikliwy umysł. Gurschego cechował ten rodzaj wrodzonej inteligencji, który pozwalał mu okpić lepiej urodzonych i wykształconych kolegów. Wyszedł z nizin i zaszedł o wiele wyżej, niż można się było spodziewać. Potrafił bronić swej ciężko wywalczonej pozycji. Przypominał szczęśliwca, który okupuje jedyne drzewo w okolicy w czasie rwącej powodzi i kopniakami spycha w dół nieszczęśników próbujących wdrapać się wyżej. Na pewno przerastał swego poprzednika, radcę Bromkego, który także był totumfackim nazistów w Kripo. Ale cechowała go taka sama bezwzględność i nawet nie ukrywał, że jego prawdziwym szefem jest gauleiter Forster. Tak, bez dwóch zdań to gumowe ucho hitlerowców w gmachu. Musi mieć na niego baczenie.

Podobnie jak na radcę Abella. Zlecił mu śledztwo w sprawie zabójstwa Wima Oxelrode, bo nie mógł go zbyt długo trzymać bez przydziału. To radca wykrył kreta w prezydium policji, ale zdrajca dzięki swym nazistowskim koneksjom uniknął kary. A potem zniknął bez śladu, podobno uciekł za granicę. Abell nie mógł się z tym pogodzić, nie skrywał zniechęcenia i rezerwy[5]. Fakt, Plaskowitz był wyjątkową kanalią. Prawdopodobnie miał krew na rękach. Ale chronili go wysoko postawieni mocodawcy. Kellerman był za krótki, aby go dosięgnąć. I Plaskowitz czmychnął bezkarnie. Abell zdawał się tego nie rozumieć. Zawsze miał skłonności do moralizowania. „Jest wina, musi być kara”. Zgoda, szlag, ale zależy, czyja to wina! W takich, a nie innych czasach żyjemy. Szlag, święty się znalazł! Kiedyś, krótko po wojnie został zatrzymany za spoliczkowanie, a następnie znokautowanie francuskiego oficera w jednym z gdańskich lokali. Podobno tylko za to, że tamten kazał orkiestrze grać Marsyliankę w zwyciężonym mieście. Rzekomo miał uraz do Francuzów i wszystkiego co francuskie. Nabawił się go podczas kilkumiesięcznego pobytu we francuskim stalagu, kiedy to na przemian trzymano go w karcerze albo karmiono gotowaną korą z drzew. Później już jako oficer policji, podczas sprzeczki w burdelu o jakąś kurewkę, zmasakrował kolbą pistoletu samego szefa Kripo. Został nawet za karę zesłany na jakiś czas na prowincję. A wszystko podobno z poczucia lojalności wobec współtowarzysza dziwkarskiej eskapady, podległego mu wachmistrza Kukulki. Jezu! Poza tym chodziły słuchy, że Plaskowitz i tak już nie żyje. Podobno zginął w wypadku samochodowym. Może dlatego że za dużo wiedział, a naziści nie lubili partaczy, fuszerujących powierzone im zadania? – Kellerman wzdrygnął się i poczuł zimny pot na czole.

Ale Abell działał mu na nerwy nie tylko z tego powodu. Otwarcie lekceważył hierarchię służbową. Bywał arogancki i zawsze wiedział lepiej. Uparcie trzymał się obranej przez siebie linii śledztwa i lekceważył uwagi swego zwierzchnika. Kiedyś prowokacyjnie powiedział mu: „Mogę postąpić, tak jak pan chce albo dobrze. Wolę tę drugą opcję”.

Kellerman nie mógł mu natomiast odmówić tylko jednego – inteligencji i determinacji w prowadzeniu śledztwa. Abell był dobrym śledczym. Być może najlepszym, jakiego miał do dyspozycji. Także z tego powodu zlecił mu dochodzenie w sprawie zabójstwa starszego mennonitów.

– Wrócił pan z Elbląga, Abell. Wiem z telefonicznego meldunku, że Oxelrode nie żyje.

– To prawda. – Abell otworzył swój notes. – Mówiąc precyzyjnie: zmarł wskutek ciężkich obrażeń ciała. Stracił za dużo krwi. Udostępniono mi raport elbląskiej policji. Ktoś najpierw go ogłuszył, a następnie wyciął mu język i wydłubał prawe oko. Uważam, że morderca był silnym, młodym mężczyzną, chyba że sprawców było więcej.

– Skąd ten wniosek? – zainteresował się Gursche, uważnie oglądając swoje dłonie z dokładnie obciętymi i wyczyszczonymi paznokciami.

– Oxelrode niewątpliwie odzyskał przytomność w trakcie okaleczania go. Musiał odczuwać przeraźliwy, dotkliwy ból. Zapewne wierzgał i walczył. Nie był skrępowany. Zakładam więc, że jego przeciwnik zdecydowanie przewyższał go siłą. Być może siedział na nim okrakiem i wycinał mu organy niczym rzeźnik.

– W takim razie, dlaczego sprawca go nie dobił, dlaczego pozostawił go żywego? – indagował dalej Gursche.

– Myślę, że okaleczony Oxelrode na koniec tej rzezi stracił przytomność. Oddychał prawie niedostrzegalnie. W szpitalu ledwo wyczułem jego puls. Morderca uznał zapewne, że stary nie żyje. Albo nie zdążył dokończyć dzieła, bo ktoś go spłoszył. Być może była to Emma Winter, sprzątająca w kaplicy. Czytałem jej zeznanie odebrane przez policję niemiecką. Wszczęła alarm kwadrans po osiemnastej. Lekarz sądowy elbląskiej Kripo po oględzinach ciała jest zdania, że do zdarzenia doszło niewiele wcześniej.

– Nasuwa się podstawowe pytanie… – Kellerman postanowił przypomnieć, kto tu rządzi. – Dlaczego usiłowano pozbawić życia kogoś tak świątobliwego jak Oxelrode? To znany i szanowany członek naszej społeczności. Interesują się tą sprawą nawet niektórzy senatorowie – odchrząknął i sięgnął po kolejne cygaro.

– Fakt, to istota sprawy – zgodził się Abell. – Zebrałem niezbędne informacje. Wczoraj rozmawiałem też z jego córką w Bodenwinkel. Wim Oxelrode cieszył się powszechnym szacunkiem. Od ćwierćwiecza stał na czele mennonickiej wspólnoty.

– Coś o nich słyszałem, ale po prawdzie to wiem niewiele. – Gursche rozłożył ręce, odsłaniając grudy sękatych mięśni. – To jakaś cholerna sekta?

– Raczył ich pan chyba pomylić z satanistami – odparował Abell. Nigdy nie przepadał za Gurschem, zapewne z wzajemnością. – To potomkowie holenderskich kolonistów przybyłych na te tereny w szesnastym wieku. Pracowici i bogobojni ludzie, którzy osuszyli całe połacie Żuław. Są anabaptystami, czyli protestantami, jak większość z nas. Oczywiście z wyjątkiem pana radcy Gurschego, którego wyznaniem jest narodowy socjalizm. – Abell nie mógł sobie odmówić lekkiego szyderstwa. – Opuścili rodzinne Niderlandy, ponieważ prześladowano ich tam za zbytni radykalizm społeczny i etyczny. Musieli wyemigrować w podobny sposób jak hugenoci wygnani z Francji po nocy świętego Bartłomieja w tysiąc pięćset siedemdziesiątym drugim roku. Żyją według własnych reguł, ale nigdy nie przysparzali kłopotów. Nie słyszałem o morderstwie w tym środowisku.

– To nadal nie tłumaczy, dlaczego Wim Oxelrode zginął. – Kellerman słuchał go uważnie, patrząc na niego spod ciężkich powiek.

– Powiedziałem przed chwilą, że w kolonii mennonitów dotychczas nie zdarzały się tak spektakularne morderstwa. Ale to nie oznacza, że sytuacja nie mogła się zmienić – powiedział Abell.

– Co pan ma na myśli? – Kellerman poruszył się niespokojnie.

– Żyjemy w chorej, zbrutalizowanej rzeczywistości, panie komisarzu. Jeszcze nigdy nie notowaliśmy tylu zabójstw jak w minionych dwóch, trzech latach. I to przy użyciu tak wymyślnych narzędzi jak piła tarczowa i skalpel, którymi ostatnio poćwiartowano pewnego mieszkańca Oliwy. Mennonici nie żyją na księżycu. Złe wzorce szerzą się jak zaraza. Dobro ma zawsze pod górę.

– Nadal nie rozumiem…

– Chcę przez to powiedzieć, panie komisarzu, że poszukiwanie zabójcy starszego mennonitów należy rozpocząć od nich samych. Mam pewną koncepcję i chciałbym pójść tym tropem.

– Dobrze, niech pan się bierze do roboty. Liczę na szybkie efekty śledztwa – komisarz uznał, że odprawa dobiegła końca.

Przy drzwiach na Abella czekał Gursche.

– Nie po raz pierwszy ze mną zadzierasz, Abell. Pamiętaj, mamy cię na oku – wysyczał mu do ucha i wycelował w niego gruby paluch.

Abell wzruszył ramionami. Gardził Gurschem. Szybko zapomniałby o całym incydencie, gdyby nie to „mamy cię na oku”, które pobrzmiewało w jego głowie niczym alarmowy brzęczyk. „My” to znaczy kto? Naziści? Siepacze Alberta Forstera? Wiedział, że po tamtej stronie nie ma przyjaciół. Już przejęli całą władzę polityczną w mieście. Zdecydowanie rugowali niechętnych sobie ludzi z miejskich urzędów. Było tylko kwestią czasu, kiedy zabiorą się za Kripo. Zapewne już ostrzyli na niego noże. Nie zapomną mu Plaskowitza. Pytanie tylko, kiedy się o niego upomną.

6.

Kilka następnych godzin spędził pracowicie w biurze. Drzwi do jego gabinetu nieustannie otwierały się i zamykały. Najpierw wezwał wachmistrza Kukulkę, z którym przez godzinę omawiał plan śledztwa. Wachmistrz był jedyną osobą w prezydium policji, do której miał pełne zaufanie. Łączyły ich wspólne tajemnice z przeszłości i mocne, choć nigdy niezwerbalizowane, więzi męskiej lojalności. Kukulka był mu bezwarunkowo oddany. Wykonywał nawet polecenia, za które mógł zapłacić głową. Tylko oni dwaj wiedzieli o pewnym opuszczonym magazynie portowym na zapleczu stoczni Schichaua. To tam wachmistrz za pomocą metod, które sam nazywał niekonwencjonalnymi, otwierał usta nawet najbardziej zatwardziałym przestępcom. Nie nadużywali tej metody. Sięgali po nią tylko wtedy, gdy zagrożone było zastosowanie zasady, którą obaj uznawali za własną – że każda zbrodnia musi być ukarana.

Po wyjściu Kukulki poprosił do siebie lekarza sądowego, doktora Martensa. Wspólnie raz jeszcze przeanalizowali protokół lekarza elbląskiej Kripo, sporządzony po odnalezieniu Wima Oxelrode. Kolejne dwie godziny spędził na indagowaniu szpicli i informatorów, których doprowadzał mu wachmistrz. O czternastej postanowił zrobić sobie przerwę. Na obiad zaprosił Kukulkę i radcę Karla Gebhardta, pracującego przy Karrenwall dopiero trzeci miesiąc. Gebhardt był młody, bystry i obdarzony kindersztubą, wyniesioną z dobrego, junkierskiego domu. Ale w Kripo nie miał łatwo i musiał przejść całą drogę zarezerwowaną dla takich nowicjuszy jak on. I to przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim był arystokratą, a dla większości oficerów była to klasa zdegenerowana i zasługująca jedynie na splunięcie i pogardę. Skoro więc Gebhardt nie urodził się jednym z nich, musiał zachowywać się tak, jakby cały czas spłacał wyimaginowany dług, zaciągnięty wobec policyjnego plebsu. Zaciskał zęby i powoli piął się w górę. Nie po plecach kolegów, bo nigdy by na to nie pozwolili, ale dzięki swej cierpliwości i niekwestionowanym przymiotom. Abell doceniał fakt, iż był on jednym z niewielu oficerów w prezydium Kripo, z którymi można było porozmawiać nie tylko o pracy. Kiedyś wdał się z nim w dyskusję o Schopenhauerze i młodzik wcale nie ustępował mu w szermierce na argumenty.

Obiad postanowili zjeść w Der Lachs przy Breitgasse. Abell często odwiedzał ten lokal nie tylko z uwagi na goldwassera, który wytwarzany był na miejscu, w tej wiekowej manufakturze. Zasłużoną renomą cieszyła się także tutejsza kuchnia. Karta dań była krótka, ale jak to ujął Kukulka – smaczna. Usadowili się przy wielkim kaflowym piecu w rogu sali. Biło od niego przyjemne ciepło, pozwalające odtajać zmrożonym twarzom i dłoniom. Zamówili zupę rybną i półmisek raków jako danie główne. Do tego goldwassera, mieniącego się drobinkami złota w oszronionej karafce. W Der Lachs poddawano coraz rzadszego raka szlachetnego, a nie jego mniej smakowitego kuzyna z Ameryki Północnej, raka pręgowanego.

– Nie ma nic lepszego niż dobrze przyrządzone raki – perorował Kukulka. – Tutaj akurat wiedzą, jak to robić, na szczęście. Trzeba ugotować je w lekko osolonej wodzie, tak na trzy, cztery procent, z dodatkiem kopru i szczypty cukru do smaku. O cukrze, panowie, trzeba pamiętać koniecznie, bo inaczej szlag trafi cały geschmack. Potem mięso trzeba schłodzić i spożywać ten dar boży z opiekanym chlebem. Prosit! – wzniósł kieliszek goldwassera ku górze.

Knajpa powoli wypełniała się ludźmi. Stołowali się tutaj urzędnicy magistratu, komiwojażerowie w delegacji, handlujący Biblią, trutką na szczury i cudownym eliksirem na męską potencję, kanceliści z pobliskiej Sparkasse i co bardziej luksusowe kurwy, szukające klientów przy Breitgasse. Stolik przy barze od pewnego czasu zajmowali SA-mani w swoich brązowych uniformach i opaskach z hakenkreuzem.

Wśród nich rej wodził olbrzym w mundurze niebezpiecznie opiętym na wielkim karku. Musiał już sporo wypić.

– Mówię wam, Hitler się doigra. Założył jedwabne kalesony i zaczyna tańczyć, tak jak mu każą te pasibrzuchy z von przed nazwiskiem. Nie tak to miało wyglądać! Wygraliśmy! To jest rewolucja, pierdolona rewolucja! I trzeba ją doprowadzić do końca! – uderzył pięścią w blat stołu, aż podskoczyła butelka z wódką.

– Nie gorączkuj się, Horst. Hitler najpierw musi się umocnić na swoim stanowisku – próbował go mitygować jego mniej pijany towarzysz z ceglastymi plamami na twarzy. – Nie ma jeszcze nawet roku, jak został kanclerzem. Przyjdzie jeszcze czas i popędzi im kota!

– Pierdolić czekanie! Już wystarczająco długo czekamy! – Wielkolud nie dawał się przekonać. – On otacza się tymi tłustymi świniami, fabrykantami i jaśnie państwem, a wiernym towarzyszom żołądki przyrastają do kręgosłupa! Zapomina, komu zawdzięcza zwycięstwo! I kto go wyniósł do władzy! To Röhm powinien tworzyć nową armię, a nie te skurwysyny z monoklem w oku!

– Trochę cię ponosi, Horst. – Jego oponent nie zamierzał ustępować pola. – Hitler wie, co robi. Jeszcze rok temu byliśmy w głębokiej dupie[6]. Wydawało się, że więcej nie urośniemy! A jednak w trzy miesiące później Hitler był już kanclerzem. To geniusz! Musi najpierw ogarnąć państwo, potem weźmie za pysk całe to zgniłe towarzystwo!

Te i inne głosy powoli tonęły w chmurze dźwięków i woni wypełniających lokal. Zapach mokrych palt i rozgrzanych ciał mieszał się z aromatem rybnych marynat, cynamonu i czosnku, dobiegającym z kuchni. Nad stolikami unosiły się skręcone wstęgi tytoniowego dymu, które rozmywały rysy twarzy, zaczerwienionych teraz od alkoholu i parujących potraw.

Abell z zainteresowaniem słuchał opowieści Gebhardta o jego rodzinnym Kahlbergu.

– Z jednej strony otwarte morze, z drugiej cichy zalew. Nigdzie nie ma tak pięknej plaży. I nigdzie nie zobaczycie tak wielu kormoranów. Okolice Mierzei Wiślanej znam jak własną kieszeń. – Na bladą twarz Gebhardta wystąpił rumieniec.

– Wim Oxelrode miał działkę w Succase[7] nad samym Zalewem, wyczytałem to w aktach – przypomniał sobie Abell.

– Chyba wiem, którą – przytaknął Gebhardt. – Piękny duży teren, przy plaży. Niegdyś zatrzymywaliśmy się tam z ojcem, po drodze do Fromborka.

– Zetknąłeś się kiedyś z samym Oxelrode?

– Pamiętam go jak przez mgłę. Wyjechałem z miasteczka w wieku szesnastu lat. Poza tym Oxelrode nie bywał zbyt często w Kahlbergu. Z czasem przyjeżdżał tam chyba coraz rzadziej. Ale pamiętam, że cieszył się dużym szacunkiem. Nie przypominał duszpasterza. Przystojny, rosły mężczyzna o indiańskich rysach twarzy. Mógłby podobać się kobietom. Pamiętam, że Oxelrode przeżył wtedy straszliwy dramat. Jego żona została znaleziona martwa na plaży. Podobno utonęła podczas kąpieli. Ludzie mówili, że stary bardzo przeżył tę tragedię, właściwie nigdy się z niej nie podniósł.

– Dlaczego „podobno”? – zainteresował się Abell.

– Żona Wima Oxelrode świetnie pływała. Była młodsza od męża. Tego feralnego dnia była piękna pogoda, spokojne woda, bez fal. Zagadkowa śmierć. Podobno wdowiec całe swoje uczucie ulokował w jedynej córce. Byli ze sobą bardzo związani. Tak mówili moi rodzice.

– Kiedy doszło do tej tragedii?

– To musiało być w tysiąc dziewięćset dwudziestym. Tak, było już po wojnie.

– Spotkałeś kiedykolwiek jego córkę, Agnes? Rozmawiałem z nią wczoraj.

– Nigdy jej nie poznałem. Musiała być młodsza ode mnie. Właściwie, w jakim jest wieku?

– Myślę, że ma jakieś dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat.

– W tych sprawach pan radca nigdy się myli. – Wachmistrz wykrzywił twarz w grymasie, który miał być uśmiechem.

– I zawsze wiem, ile wypiłeś, Kukulka. Na dzisiaj wystarczy.

Po powrocie do pracy długo jeszcze studiował protokoły przywiezione z Elbląga. Opuszczał gmach jako jeden z ostatnich. Policjant w dyżurce, zaskoczony jego widokiem, próbował ukryć przeglądane pod blatem karty. Na podłogę posypały się pornograficzne fotki wyuzdanych dziwek, minettes[8], skrępowanych łańcuchami i liżących stopy opasłych mężczyzn, odzianych jedynie w krawaty i cylindry. Dziwki były brzydkie i miały puste oczy jak u sklepowych manekinów.

– Posprzątajcie te śmieci, Kluge, i to szybko – powiedział do zakłopotanego posterunkowego. – A wtedy może zapomnę, że coś widziałem.

Nie czekając na odpowiedź zafrasowanego policjanta, pchnął drzwi wyjściowe i znalazł się na dworze. Potrzebował kilku prób, aby uruchomić samochód. Gdy dotarł do domu, był już późny wieczór. Latarnie na Hochstriess ledwie było widać spod czap kopnego śniegu. Blade refleksy światła ginęły w gęstniejącym mroku. Znużony położył się na łóżku. Wybrał płytę i uruchomił patefon. Z zamkniętymi oczami słuchał ochrypłego głosu Louisa Armstronga. Pomyślał, że od niedzieli nie widział się z Gabi. Jeszcze nie tak dawno nie potrafił bez niej zasnąć. Coś się zmieniło? Przez chwilę zastanawiał się nad tą nieoczekiwaną konstatacją, ale pół godziny później pogrążony już był w głębokim śnie.

7.

Czwartkowe przedpołudnie dwunastego stycznia spędził w bibliotece miejskiej. Najpierw zamówił kilka tomów traktujących o dziejach i kulturze mennonitów. Zdziwił się, że jest ich tak niewielu, mimo iż żyli na tych terenach od czterech stuleci. Na obszarze Wolnego Miasta Gdańska żyło tylko około sześciu tysięcy mennonitów. Pracowicie przepisywał do notesu interesujące go dane i informacje. Ze szczególną uwagą studiował przetłumaczoną na niemiecki Fundamentenbook (Księgę Podstaw), fundamentalne dzieło Menno Simmonsa, wydane po raz pierwszy w 1539 roku.

Z okładki patrzył tak niego poważny mężczyzna z długą, patriarchalną brodą i smutnymi oczami mędrca. Na głowie miał dziwny kapelusz z podniesionym rondem, symboliczny atrybut wiążący go ze światem zwykłych ludzi, których uwzniośleniu poświęcił swoje życie. Podpierał się wędrownym kosturem. Znakiem kalectwa? Metaforą długiej, ciernistej drogi, jaką przejść musieli jego wyznawcy? W dłoni dzierżył swoją księgę praw podstawowych. Tysiące liter, z których każda była iskierką światła w ciemności. Zebrane w słowa i prawdy, wskazywały kierunek setkom niepokornych anabaptystów, którzy z imieniem Menno na ustach przedzierać się będą w ciągu następnych stuleci przez zasieki uprzedzeń i katolickiego obskurantyzmu.

Następnie zażyczył sobie rocznik „Danziger Neueste Nachrichten” z roku 1920. Dziennik był starannie redagowany i wydawany. Miał swoich korespondentów nawet w Paryżu, Genewie i Rzymie. Ale przede wszystkim wyróżniał go rozbudowany dział informacji lokalnych. Abell spodziewał się znaleźć na jego łamach relacje o dramacie na plaży w Kahlbergu. Długo i bezskutecznie wertował kolejne numery gazety. Wreszcie jego wzrok padł na tytuł krótkiej notatki w dole strony: „Tragiczna śmierć w wodach Zalewu Wiślanego. Dramat w rodzinie mennonitów”. Spojrzał na datę – 30 sierpnia 1920.

W falach Zalewu WIślanego? Gdy Gebhardt opowiadał o tym zdarzeniu, był przekonany, że chodzi o wody Bałtyku. Morze zabierało ludzi każdego dnia. Ale spokojne płytkie wody Zalewu Wiślanego, w których można było brodzić po pas, właściwie bez końca?

Uważnie przeczytał całą notatkę.

„Relacja naszego lokalnego korespondenta z Kahlbergu. W dniu wczorajszym doszło tam do dramatycznego wydarzenia, które wstrząsnęło mieszkańcami tego urokliwego i spokojnego miasteczka. W godzinach popołudniowych na plaży znaleziono zwłoki trzydziestopięcioletniej Marty Oxelrode, żony starszego tutejszej gminy mennonickiej, Wima Oxelrode. Małżeństwo od kilku dni wypoczywało w Kahlbergu, wynajmując pokój w pensjonacie pani Glass. W sposób oczywisty pojawiło się przypuszczenie, że przyczyną śmierci młodej kobiety były nieszczęśliwy wypadek i utonięcie w wodach Zalewu Wiślanego. Zdaniem policji hipoteza ta wymaga jeszcze zweryfikowania, ale jest to najbardziej prawdopodobna wersja zdarzeń. Zwłoki znaleziono na plaży naprzeciwko posiadłości lokalnego potentata, handlarza bursztynem i ekscentrycznego bogacza w jednej osobie – Maximiliana Mossa. Wypadek wywołał szok we wspólnocie mennonitów, bardzo zasłużonych dla rozwoju tych terenów. Nie udało nam się uzyskać komentarza ani samego Wima Oxelrode, ani nikogo z kierowanej przez niego wspólnoty. Nie jest to jednak zaskoczenie dla redakcji. Mennonici nie od dziś unikają prasy i żyją we własnym świecie według reguł niezmienionych od czterech stuleci. Będziemy donosić o dalszych postępach śledztwa w sprawie tego dramatycznego wypadku”.

Fritz Engel, Kahlberg

Artykuł ilustrowała fotografia małżeństwa Oxelrode. W pierwszej chwili aż drgnął. Ze zdjęcia spoglądała na niego Agnes. Kobieta z fotografii patrzyła tymi samymi, rozświetlonymi oczami w kształcie migdałów, jakie odziedziczyła po niej córka. Rozpoznawał ten sam kształt pełnych ust i delikatny owal twarzy. Matka i córka były do siebie bliźniaczo podobne. Marta z uśmiechem spoglądała na stojącego obok męża. Gęste, jasne włosy wymykały się jej niesfornie spod skromnego czepka na czubku głowy. Ubrana była w suknię przewiązaną w pasie szalem, podkreślającym smukłą kibić. Ta mieszczańska suknia, która zaznaczała atuty jej kobiecej urody, w niczym nie przypominała bezkształtnego worka, w jaki odziana była ostatnio jej córka. Stojący obok Wim ubrany był w długi chałat, którego poły powiewały na wietrze. Jedną ręką przytrzymywał dziwny kapelusz z podniesionym rondem, chroniąc go widocznie przed porywistym wiatrem. Drugą delikatnie trzymał żonę za łokieć, tak jakby bał się, że morski wicher zabierze mu ten niezwykły klejnot, którym obdarzył go los. Nie było w tym geście nic z pozy zdobywcy. Raczej wdzięczność i oddanie. Ta olśniewająco piękna kobieta zgodziła się przecież wieść z nim ciche życie, z dala od pokus i w wiecznym cieniu Menno Simmonsa.

W numerze gazety z datą o tydzień późniejszą odnalazł tylko krótką notatkę:

„Policja zamyka śledztwo w sprawie tragicznej śmierci Marty Oxelrode!

Jak poinformował nas komisarz Reinhard Ludwig z elbląskiej Kripo, władze postanowiły zamknąć dochodzenie mające na celu ustalenie przyczyn wypadku na plaży w Kahlbergu, o którym donosiliśmy 30 sierpnia. Policja jest zdania, że przyczyna śmierci Marty Oxelrode była jednak naturalna (utonięcie) i wykluczyła udział osób trzecich. Decyzja nie jest zaskoczeniem w świetle uprzednich twierdzeń policji, która właśnie utonięcie wskazywała jako najbardziej prawdopodobną przyczynę śmierci Marty Oxelrode. Mimo usilnych starań nie udało nam się uzyskać komentarza policji. Kontaktów z prasą unika także sam Wim Oxelrode, lider wspólnoty mennonitów i mąż utopionej kobiety. Nieszczęśliwe utonięcie w Zalewie Wiślanym było pierwszym tego typu wypadkiem od kilku lat”.

Fritz Engel, Kahlberg

Przewertował też kilka roczników gazety z ostatnich lat. Wzmianki o mennonitach były nieliczne. Z reguły krótkie i lakoniczne. Otwarcie nowego domu modlitewnego przy ulicy Wilhelmstrasse… Protest mennonickiej rodziny ze Steegen przeciwko próbie powołania ich syna, Johana Dircksena, do wojska… Powódź na Żuławach niszcząca zabytkowe „olęderskie” domy z podcieniami… Niestety, nie znalazł żadnych innych odniesień do dramatycznych wydarzeń na plaży w Kahlbergu.

Zegar wybijał południe, gdy znalazł się ponownie na Karrenwall. Ulicę spowijała szarobura mgła. Tory tramwajowe były oblodzone. Przypominały białe wstążki równomiernie rozłożone na bruku. W oddali majaczył masyw wielkiej synagogi, z kształtu przypominającej bardziej prawosławną cerkiew niż główną świątynię gdańskich Żydów.

W prezydium policji czekał już na niego Kukulka.

– Sprawdziłeś to, o co cię prosiłem? – zapytał Abell, sadowiąc się w swoim niewygodnym fotelu.

– Ma się rozumieć, szefie. Franz Engel nadal mieszka w Kahlbergu. Jest już na emeryturze. Uprzedziłem go telefonicznie o naszej wizycie. Był zaskoczony, ale nie robił trudności.

Po godzinie uważnej jazdy po oblodzonej drodze wjechali do Bodenwinkel. Przez chwilę miał ochotę odwiedzić Agnes Oxelrode. Było coś hipnotyzującego w tej pięknej kobiecie. Wydawała się tak różna od Gabi… Niedostępna, oddana tylko Bogu. Dziewicza, a jednak pełna podskórnego erotyzmu… Ciekawe, czy dotknął ją już jakiś mężczyzna? Co wtedy czuła? Drżenie serca, pożądanie rozpalające krew? Czy może niechęć i obrzydzenie, zmywane później pod prysznicem drucianą szczotką: długo, gorączkowo, aż do krwi…

Wyobraził sobie, jak Agnes samotnie pokonuje długie korytarze w opustoszałym teraz domu. Przegląda pamiątki po ojcu. Gładzi Biblię wytartą jego starczymi dłońmi. Przegląda wyblakłe fotografie, na których w oczach jej matki widać miłość i nadzieję. Ale szybko zwalczył pokusę odwiedzenia jej. Na pewno nie byłby tam miłym gościem. Przynajmniej nie teraz.

Po następnej półgodzinie dojechali do Kahlbergu. Był tu po raz pierwszy od dwóch lat. Miasteczko zmieniało się w oczach, nowe wille wyrastały jak grzyby po deszczu. Zamożni elblążanie budowli tu letnie domy, początkowo skromne, później rozbudowywane i przeistaczane w bogate, wysmakowane rezydencje. Wszystkie obudowane były rzeźbionymi w drewnie werandami i smukłymi wieżyczkami, które ginęły teraz w brudnej mgle wiszącej nad kurortem. Wjechali na Bellevue, główną ulicę miasteczka, mijając gmach poczty i zarządu kurortu. Rzeczywiście, rozpościerał się stąd wspaniały widok na zalew. U wylotu ulicy stał monumentalny hotel Belvedere6, z reprezentacyjnym wejściem, wspartym na białych, dekoracyjnych kolumnach. Po chwili skręcili i wjechali na Hohenweg. Przed nimi ukazał się hotel Kaiserhof. Byli na miejscu.

Franz Engel czekał na Abella w hotelowej kawiarni. Musiał mieć siódmy krzyżyk na karku, ale trzymał się prosto. Posturą przypominał niedźwiedzia. Śnieżnobiała nastroszona czupryna dziwnie nie pasowała do ogorzałej twarzy wschodniopruskiego chłopa. Ubrany był w powycierany na łokciach trzyczęściowy garnitur w kolorze marengo. Tylko fantazyjnie zawiązany pod szyją fular wskazywał na wyższe aspiracje jego właściciela.

Spod nastroszonych brwi uważnie taksował oficera w stanowczo zbyt cienkim palcie z popielatego kaszmiru.

Abell przywitał się uprzejmie. Zapamiętał charakterystykę Engela, przygotowaną przez wachmistrza Kukulkę: „Kawał chłopa, dobry dziennikarz, pyskaty, ale uczciwy do bólu…”. Uśmiechnął się w duchu – już gdzieś słyszał podobne określenia. Przy dzbanku gorącej herbaty wyjawił Engelowi cel swojej wizyty. Pokrótce zrelacjonował mu wydarzenia ostatnich dwóch dni. Dziennikarz słuchał uważnie, nie przerywając. Tylko raz podniósł wysoko swoje zrośnięte brwi, gdy Abell opowiadał o obrażeniach, jakie odniósł Oxelrode.

– Wim Oxelrode został okaleczony, a następnie zamordowany w bestialski sposób – powiedział Abell. – Zastanawia mnie niesłychane barbarzyństwo, z jakim dokonano tego czynu, jakby zupełnie nieprzystające do osoby ofiary. Ktoś musiał bardzo nienawidzić tego mennonity, jeśli zdecydował się wyłupić mu oko i uciąć język.

– Tak, to rzeczywiście niesłychane – westchnął ciężko jego rozmówca. – Ludzie są jak zwierzęta. Tylko gorsi. Bardziej nieczuli i okrutni.

– Spędziłem trochę czasu w bibliotece miejskiej,czytając artykuły o mennonitach. Ale pan na pewno lepiej zna to środowisko?

– Nikt z zewnątrz nie zna go dobrze. To zamknięty, hermetyczny świat – odpowiedział z rozmysłem Engel. – Ale tak, to prawda. Zawsze interesowałem się niezwykłymi dziejami tej społeczności. Uważany byłem nawet za kogoś w rodzaju eksperta w tej materii.

– Co niezwykłego jest w ich historii?

– Wszystko. – Engel obrzucił go krótkim spojrzeniem. – Pojawili się na tych ziemiach w pierwszej połowie szesnastego wieku, po wojnach polsko-krzyżackich. Postanowiono wtedy odebrać wodzie i zasiedlić depresyjne obszary, czyli tak zwane Żuławy Niskie. To właśnie mennonitom, chociaż niewyłącznie, zawdzięczamy osuszenie i zagospodarowanie tych podmokłych terenów. Przejmowali grunty opuszczonych wsi i podmokłe łąki na warunkach prawa emfiteutycznego7. Budowali przepusty wodne, rowy irygacyjne, wały ziemne. A na koniec oryginalne domy z cudownymi podcieniami. Tak… Stworzyli wspaniałą kulturę materialną, żywą do dziś. Widział pan ich cmentarze? Te ich niezwykłe, drewniane stele z dziwnymi znakami… Nigdzie takich nie widziałem. Wie pan, co na ich grobowcu oznacza wyryty znak makówki?

– Nie mam pojęcia.

– Życzenie snu wiecznego. Ciekawe skojarzenie, prawda?

– Nie wszyscy ich jednak kochali, prawda?

– Nie wiem, dlaczego użył pan czasu przeszłego – parsknął Engel. – Mennonici także dzisiaj u wielu ludzi budzą mieszane uczucia. Żyją we własnym hermetycznym świecie i to według własnych ściśle przestrzeganych zasad. A to nie wszystkim się podoba.

– Które z tych zasad budzą największy sprzeciw?

– Ponieważ w istocie są protestantami, podstawą ich wiary jest Biblia uznawana za nieomylne, objawione boże słowo. Ale kierują się także głównymi zasadami wiary, wyłożonymi w dziele Fundamenentenbook autorstwa Menno Simmonsa. A znajdzie pan tam zasady nieakceptowalne dla władz państwowych. Mam na myśli potrójny zakaz: sprawowania jakichkolwiek funkcji publicznych, przysięgania na cokolwiek oraz noszenia i używania broni. Na terenie Wolnego Miasta Gdańska są tolerowani, ale w nowej Rzeszy Adolfa Hitlera nie widzę dla nich przyszłości. Albo będą musieli pójść na kompromis z reżimem, albo…

– Albo co?

– Wyemigrować za ocean. – Engel wzruszył ramionami. – Tak jak tysiące ich poprzedników. W Ameryce znani są jako amisze.

– Tworzą coś na kształt wspólnoty, czerpiącej głównie z przeszłości i niechętnej wzorcom współczesnym?

– Coś w tym jest. – Engel spojrzał na niego z zainteresowaniem. – Żyją jak w wielkim klasztorze. Religia jest dla nich drogowskazem. Zrezygnowali wprawdzie z posiadania świątyń i zastąpili je domami modlitwy, ale wielkim autorytetem i zaufaniem obdarzają wybranego przez siebie przewodnika zwanego „starszym”. To dlatego śmierć Wima Oxelrode była dla nich takim wstrząsem. Eucharystię pojmują jako pamiątkę ofiary Chrystusa i uczty braterskiej. Wielkie znaczenie ma dla nich chrzest, który uznają za świadome wyznanie wiary i oddanie się Bogu. Dlatego chrzest młodzieży odbywa się od czternastego roku życia, jako wyznawców, którzy dojrzeli do swojej decyzji i wiary w Chrystusa. Samego aktu dokonują przez polanie wodą lub zanurzenie w niej. W ten sposób następuje przyjęcie nowego wyznawcy do gminy. Są w nich jakaś ewangeliczna czystość, religijny żar… Trochę dziwnie to brzmi, zwłaszcza dzisiaj, gdy pustoszeją nasze kościoły, prawda? – Engel potarł brodę w zamyśleniu.

Kawiarnia była prawie pusta. W oksydowanym blacie baru odbijała się bateria kieliszków z rżniętego kryształu. Smętny wychudzony barman z braku lepszego zajęcia pracowicie przekładał na półce butelki koniaku, jägermeistera, goldwassera i machandela. Układał je pod linijkę, aby po chwili burzyć symetrię dopiero co ustawionej baterii szkła, tasować butelki i zaczynać wszystko od początku.

– Czy Wim Oxelrode miał wrogów? Czy jego przywództwo wśród mennonitów było bezdyskusyjne? – Abell powrócił do interesującego go wątku, nalewając sobie kolejną filiżankę angielskiej herbaty.

– Z tego, co wiem, budził powszechny szacunek. To był z gruntu uczciwy i charyzmatyczny człowiek, przynajmniej dopóki się nie zestarzał… – Engel wzruszył ramionami.

– Szacunek u jednych nie wyklucza nienawiści ze strony drugich – powiedział Abell. – Przeciwnie, czasami ludzie zbyt prawi budzą niechęć zwykłych śmiertelników, którzy nie mogą wykazać się aż tak nieskazitelnymi charakterami. Poza tym, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że mennonici nie są już monolitem. Prawdy Menno Simmonsa mogą się wydawać archaiczne w epoce radia i fizyki kwantowej.

– To prawda – przyznał mu rację Engel. – Dzisiaj prawdziwa cnota nie popłaca. Mam pan też rację w kwestii rozdźwięków w samej wspólnocie. Słyszałem, że w ostatnich latach Wimowi Oxelrode wyrósł groźny rywal, aspirujący do rządu dusz. Podobno dzieliły ich kwestie doktrynalne, a także sam sposób sprawowania kierownictwa przez Wima Oxelrode.

– Na czym polegał ten spór?

– Oxelrode rządził w tradycyjnym stylu. Widział siebie w roli duchowego przewodnika wspólnoty, charyzmatycznego patriarchy pilnującego religijnych dogmatów i piętnującego każde odstępstwo od ustalonych reguł. Dla niego to, co dobre, już było. Teraźniejszość i przyszłość jawiły się jak dzieło szatana. Jego rywal był bardziej otwarty na świat. Rozumiał, że postępu nie da się powstrzymać. Bardziej przypominał fabrycznego zarządcę niż patriarchę w biblijnym stylu. Do tego dochodziły różnice na tle religijnym, a wspomniałem już, że wiara to dla nich pojęcie nadal żywe. Obaj studiowali wskazówki Menno Simmonsa, ale niektóre z nich interpretowali zupełnie inaczej…

– To interesujące, co pan mówi. – Abell uważnie słuchał wywodów swojego interlokutora. – Kim jest ten rywal, a zapewne także potencjalny następca naszej ofiary?

– To Rinus Groot, właściciel niezłego kawałka ziemi w Bodenwinkel, od strony morza. Jego syn, Arie, smalił cholewki do Agnes, córki Wima Oxelrode.

To był już jakiś punkt zaczepienia, jakiś wątły trop odciśnięty w śniegu. „Odwiózł mnie Arie, bryczką…” Z jednej strony kadzidło i spiż, z drugiej czyjś niepohamowany, nieprzytomny gniew, każący okaleczać bliźniego swego… Słodka niewinność i męskie pożądanie? Służba Bogu i rywalizacja o splendor i uznanie? Na razie krążyły mu po głowie oderwane myśli i mgliste hipotezy. Był dopiero na początku drogi. Ale zaczęło kiełkować w nim przekonanie, że idylliczny obraz pracowitych i bogobojnych chrześcijan może nie zawsze jest zgodny z prawdą. Wyznawcy nauk Simmonsa byli pełni tajemnic. Przypomniał sobie jedną z antymennonickich karykatur widzianych w bibliotece: olbrzymi ślimak wystawiający ostrożnie swoje czujki na zewnątrz. Schowany za twardym pancerzem, zadziwiony, że poza jego skorupą jest jeszcze jakiś alternatywny świat. Być może jeden z tych skrzętnie skrywanych sekretów będzie stanowić klucz do rozwiązania zagadki?

– Teraz ja chciałbym o coś zapytać – wyrwał go z zadumy zachrypnięty głos Engela. – Będzie pan prowadził śledztwo zza swojego biurka w Gdańsku czy przeniesie się pan na Mierzeję Wiślaną?

– W grę wchodzi raczej to drugie rozwiązanie.

– To słuszna decyzja… Ale dlaczego właściwie pan mnie tak wypytuje o mennonitów, panie radco?

– Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa Wima Oxelrode. Morderca zniknął jak duch. Nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Nikt go nie widział. Muszę od czegoś zacząć.