Szkarłatna Cytadela - Robert E. Howard - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Szkarłatna Cytadela ebook i audiobook

Robert E. Howard

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Conan, król Akwilonii, wyrusza na pole bitwy, by wesprzeć sprzymierzeńca – i zbyt późno pojmuje, że został zwabiony w pułapkę. Sojusze okazują się kłamstwem, jego armia zostaje rozbita, a on sam trafia w ręce wrogów, którym marzy się jego tron.

 

Wtrącony w trzewia szkarłatnej twierdzy, w lochy rządzone przez czarnoksiężnika o spojrzeniu węża, barbarzyńca poznaje grozę, przy której śmierć od miecza wydaje się litością. Z dala od niego inni już dzielą jego królestwo, pewni, że nigdy nie ujrzy światła dnia.

 

Lecz Conana nie złamią ani kajdany, ani mrok, ani magia. A ci, którzy go zdradzili, zapomnieli o jednym: barbarzyńca, który raz zdobył koronę mieczem, nie odda jej bez walki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 80

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 13 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Conan Barbarzyńca

Szkarłatna Cytadela

Robert E. Howard

Przetłumaczył Marcin Gołda

Rozdział I

Spętali Lwa, gdy legł na Shamu złotym piasku,żelazem skuli moc, co lśniła niegdyś w blasku;i wzbił się ryk surm hen, pod sklepienie nieba:„Padł władca pustyni! Lękać się nie trzeba!"Lecz biada wam gdy zerwie swe żelazne kajdanyi wstanie Lew z niewoli, na wolność wyrwany!

–Stara Ballada

Wrzawa bitwy ucichła; okrzyk zwycięstwa zmieszał się zjękiem konających. Niczym barwne liście po jesiennej burzy, polegli zaścielali równinę; zachodzące słońce mieniło się na wypolerowanych hełmach, zdobnych złotem kolczugach, srebrnych napierśnikach, złamanych mieczach iciężkich, królewskich fałdach jedwabnych sztandarów, powalonych wkałuże krzepnącej purpury. Wmilczących stosach leżały rumaki bojowe wraz ze swymi odzianymi wstal jeźdźcami, powiewne grzywy ipióropusze splamione jednako krwawym przypływem. Wokół nich ipośród nich, niczym naniesione burzą szczątki, rozrzucone były pocięte istratowane ciała wstalowych przyłbicach iskórzanych kaftanach – łuczników ipikinierów.

Olifanty rozbrzmiewały fanfarą triumfu po całej równinie, akopyta koni zwycięzców tratowały piersi pokonanych, gdy wszystkie rozproszone, lśniące szeregi zbiegały się ku środkowi niczym szprychy migotliwego koła, ku miejscu, gdzie ostatni zżywych wciąż toczył nierówny bój.

Tego dnia Conan, król Akwilonii, ujrzał, jak kwiat jego rycerstwa zostaje rozniesiony wpył, zmiażdżony irozbity na strzępy. Zpięcioma tysiącami rycerzy przekroczył południowo-wschodnią granicę Akwilonii iwjechał na trawiaste łąki Ofiru, by zastać swego niegdysiejszego sprzymierzeńca, króla Amalrusa zOfiru, sprzysiężonego przeciw niemu wraz zzastępami Strabonusa, króla Kothu. Zbyt późno dostrzegł zasadzkę. Uczynił wszystko, co wludzkiej mocy, ze swymi pięcioma tysiącami jazdy przeciwko trzydziestu tysiącom rycerzy, łuczników iwłóczników spiskowców.

Bez łuczników ipiechoty rzucił swą opancerzoną konnicę na nacierające zastępy, ujrzał, jak wrodzy rycerze wlśniących kolczugach padają pod jego kopiami, rozdarł na strzępy nieprzyjacielski środek, gnając rozbite szeregi przed sobą – tylko po to, by uwięznąć jak wimadle, gdy nietknięte skrzydła zwarły się wokół niego. Szemiccy łucznicy Strabonusa zasiali spustoszenie wśród jego rycerzy, naszpikowując ich strzałami, które trafiały wkażdą szczelinę zbroi, kładąc konie, akothyjscy pikinierzy rzucali się naprzód, by przebić powalonych jeźdźców. Opancerzeni kopijnicy rozgromionego środka zwarli na nowo szyki, wzmocnieni jeźdźcami ze skrzydeł, iszarżowali raz za razem, zmiatając pole samą przewagą liczebną.

Akwilończycy nie uciekli; polegli na polu bitwy, iz pięciu tysięcy rycerzy, którzy poszli za Conanem na południe, ani jeden nie zszedł zpola żywy. Ateraz sam król stał wpotrzasku pośród posiekanych ciał swoich przybocznych, plecami oparty ostos martwych koni iludzi. Ofirscy rycerze wpozłacanych kolczugach przesadzali na koniach pagórki trupów, by ciąć samotną postać; krępi Szemici osinoczarnych brodach iciemnolicy rycerze kothyjscy otaczali go pieszo. Szczęk stali wzbijał się ogłuszająco; czarno odziana sylwetka króla Zachodu górowała pośród rojących się wrogów, zadając ciosy niczym rzeźnik wymachujący wielkim tasakiem. Konie bez jeźdźców pędziły przez pole; wokół jego okutych żelazem stóp narastał krąg poszarpanych ciał. Napastnicy cofali się przed jego rozpaczliwą zaciekłością, dysząc, ztwarzami pobladłymi.

Teraz przez wrzeszczące, klnące szeregi nadjechali władcy zwycięzców – Strabonus oszerokiej śniadej twarzy iprzebiegłym spojrzeniu; Amalrus, szczupły, wybredny, zdradziecki, niebezpieczny niczym kobra; oraz wychudły sęp Tsotha-lanti, odziany jedynie wjedwabne szaty, którego wielkie czarne oczy lśniły ztwarzy podobnej obliczu drapieżnego ptaka. Otym kothyjskim czarnoksiężniku krążyły mroczne opowieści; rozczochrane kobiety wwioskach na północy izachodzie straszyły jego imieniem dzieci, akrnąbrnych niewolników szybciej niż batem doprowadzano do skruszonej uległości groźbą sprzedania go wjego ręce. Powiadano, że posiadał całą bibliotekę mrocznych dzieł oprawnych wskórę zdartą zżywych ofiar, iże wbezimiennych lochach pod wzgórzem, na którym stał jego pałac, paktował zmocami ciemności, wymieniając krzyczące niewolnice na bezbożne tajemnice. To on był prawdziwym władcą Kothu.

Teraz uśmiechnął się ponuro, gdy królowie ściągnęli wodze wbezpiecznej odległości od groźnej, okutej żelazem postaci górującej pośród zabitych. Przed dzikimi błękitnymi oczami płonącymi morderczo spod pierzastego, powgniatanego hełmu cofał się inajodważniejszy. Ciemna, naznaczona bliznami twarz Conana pociemniała jeszcze bardziej zfurii; jego czarna zbroja była posiekana wstrzępy izbryzgana krwią; wielki miecz czerwony aż po jelec. Wtej ostatecznej próbie cała powłoka cywilizacji opadła; to barbarzyńca stał naprzeciw swoich pogromców. Conan zurodzenia był Cymmeryjczykiem, jednym ztych srogich, posępnych górali, którzy zamieszkiwali swą mroczną, zachmurzoną krainę na północy. Jego saga, która wywiodła go aż na tron Akwilonii, stała się osnową całego cyklu opowieści obohaterach.

Tak więc obaj królowie trzymali się teraz zdaleka, aStrabonus rozkazał swoim szemickim łucznikom razić wroga strzałami zdystansu; jego dowódcy padali niczym dojrzałe zboże pod mieczem Cymmeryjczyka, Strabonus zaś, równie skąpy na rycerzy jak na złoto, pienił się zwściekłości. Lecz Tsotha pokręcił głową.

– Wziąć go żywcem.

– Łatwo powiedzieć! – warknął Strabonus, niespokojny, że czarno odziany olbrzym mógłby jakimś sposobem przerąbać sobie drogę ku nim przez las włóczni. – Któż weźmie żywcem ludożernego tygrysa? Na Isztar, depcze po karkach moich najlepszych szermierzy! Wyszkolenie każdego znich kosztowało siedem lat istosy złota, aoto leżą niczym żer dla sępów. Strzały, powiadam!

– Po raz wtóry – nie! – uciął Tsotha, zsiadając zkonia. Roześmiał się zimno. – Czyż dotąd nie pojąłeś, że mój umysł potężniejszy jest niż jakikolwiek miecz?

Przeszedł między szeregami pikinierów, aolbrzymy wstalowych hełmach ikolczych kaftanach cofały się trwożliwie, byle tylko nie dotknąć choćby skraju jego szaty. Nie mniej skwapliwie ustępowali mu zdrogi pierzasto upierzeni rycerze. Przestąpił trupy istanął twarzą wtwarz zponurym królem. Wojska patrzyły wnapiętej ciszy, wstrzymując oddech. Czarno opancerzona postać górowała wstraszliwej grozie nad chudą, wjedwabie odzianą sylwetką, awyszczerbiony, ociekający krwią miecz zawisł wysoko.

– Daruję ci życie, Conanie – rzekł Tsotha, aokrutna wesołość bulgotała gdzieś wgłębi jego głosu.

– Ja daruję ci śmierć, czarowniku – warknął król ipoparte żelaznymi mięśniami oraz dziką nienawiścią wielkie ostrze opadło wciosie, który miał przeciąć szczupły tułów Tsothy na pół. Lecz nim jeszcze wojownicy zdążyli krzyknąć, czarownik skoczył naprzód – zbyt szybko, by oko mogło za nim nadążyć – ipozornie tylko położył otwartą dłoń na lewym przedramieniu Conana, zktórego naprężonych mięśni odpadł płat kolczugi. Świszczące ostrze zboczyło złuku, aopancerzony olbrzym runął ciężko na ziemię iległ bez ruchu. Tsotha zaśmiał się bezgłośnie.

– Podnieście go inie lękajcie się; kły lwa zostały wyrwane.

Królowie ściągnęli wodze iz nabożnym lękiem spoglądali na powalonego lwa. Conan leżał sztywno, niczym martwy, lecz jego oczy wpatrywały się wnich szeroko otwarte, płonące bezsilną wściekłością.

– Coś mu uczynił? – spytał Amalrus niespokojnie.

Tsotha pokazał szeroki pierścień oosobliwym wzorze, tkwiący na jego palcu. Ścisnął palce, apo wewnętrznej stronie pierścienia wysunął się maleńki stalowy kieł, niczym język węża.

– Nasączono go sokiem purpurowego lotosu, który rośnie na nawiedzanych przez upiory bagnach południowej Stygii – rzekł czarodziej. – Sprowadza on chwilowy paraliż. Zakujcie go wkajdany ipołóżcie na rydwanie. Słońce zachodzi, czas wyruszyć wdrogę do Khorshemish.

Strabonus zwrócił się ku swemu wodzowi, Arbanusowi.

– Wracamy do Khorshemish zrannymi. Towarzyszyć nam będzie jeno oddział królewskiej jazdy. Twoim zadaniem jest ruszyć oświcie ku granicy Akwilonii iobiec miasto Shamar. Ofirczycy dostarczą ci żywności po drodze. Dołączymy do ciebie najrychlej, jak zdołamy, zposiłkami.

Tak więc zastęp – zrycerzami zakutymi wstal, zpikinierami, łucznikami iobozową czeladzią – rozbił obóz na łąkach nieopodal pola bitwy. Awśród rozgwieżdżonej nocy dwaj królowie oraz czarnoksiężnik, który był potężniejszy od każdego króla, jechali do stolicy Strabonusa, otoczeni lśniącym pocztem pałacowym, ciągnąc za sobą długi szereg rydwanów wyładowanych rannymi. Wjednym znich leżał Conan, król Akwilonii, obciążony łańcuchami, ze smakiem klęski wustach ize ślepą wściekłością osaczonego tygrysa wduszy.

Trucizna, która skuła jego potężne członki bezsilnością, nie odebrała mu jasności umysłu. Gdy rydwan, wktórym spoczywał, turkotał po łąkach, myśli krążyły mu nieznośnie wokół poniesionej porażki. Amalrus przysłał posłańca błagającego opomoc przeciw Strabonusowi, który – jak twierdził – pustoszył jego zachodnie włości, wciśnięte niczym zwężający się klin między granicą Akwilonii arozległym południowym królestwem Koth. Prosił jedynie otysiąc jeźdźców io samą obecność Conana, by dodać otuchy zniechęconym poddanym. Teraz Conan wduchu złorzeczył. Wswej szczodrości przybył zpięciokrotnie większą siłą, niż żądał zdradziecki monarcha. Wdobrej wierze wkroczył do Ofiru, gdzie stanęli przeciw niemu rzekomi rywale, sprzymierzeni przeciwko niemu. Ojego mężności wiele mówiło to, że ściągnęli całą armię, by usidlić jego ijego pięć tysięcy.

Czerwona mgła przesłoniła mu wzrok; żyły nabrzmiały wściekłością, aw skroniach tętno waliło do szaleństwa. Nigdy wcałym swym życiu nie zaznał gniewu większego ani bardziej bezsilnego. Wrwących się obrazach przemknął przed jego wewnętrznym okiem korowód minionych dni – panorama, wktórej poruszały się mgliste postaci, akażda była nim samym, wrozmaitych wcieleniach ilosach: barbarzyńcą wskórzanym odzieniu; najemnym wojownikiem wrogatym hełmie ipancerzu złusek; korsarzem na galerze osmoczym dziobie, ciągnącej za sobą szkarłatny ślad krwi igrabieży wzdłuż południowych wybrzeży; wodzem zastępów wlśniącej stali, na karym, stającym dęba rumaku; królem na złotym tronie, nad którym powiewał sztandar zlwem, atłumy strojnych dworzan idam klękały ujego stóp. Lecz wciąż trzęsienie iturkot rydwanu sprowadzały jego myśli zpowrotem, by krążyły zobłędną jednostajnością wokół zdrady Amalrusa iczarów Tsothy. Żyły omal nie pękały mu wskroniach, ajęki rannych wrydwanach napełniały go dziką satysfakcją.

Przed północą przekroczyli granicę Ofiru, ao świcie iglice Khorshemishu wzniosły się lśniące izaróżowione na południowo-wschodnim widnokręgu – smukłe wieże przytłoczone ponurą szkarłatną cytadelą, która zdala zdawała się plamą jaskrawej krwi na niebie. Był to zamek Tsothy. Jedna tylko wąska ulica, wybrukowana marmurem istrzeżona ciężkimi żelaznymi wrotami, wiodła ku niemu, tam gdzie wieńczył wzgórze górujące nad miastem. Stoki owego wzgórza były zbyt strome, by wspiąć się nań gdziekolwiek indziej. Zmurów cytadeli można było spoglądać wdół na szerokie białe ulice miasta, na meczety ominaretach, sklepy, świątynie, pałace itargowiska. Można też było spoglądać z góry na rezydencje króla, osadzone wrozległych ogrodach, otoczonych wysokimi murami – bujne kłębowiska drzew owocowych ikwiatów, pośród których szemrały sztuczne strumienie, asrebrzyste fontanny nieustannie pluskały. Nad wszystkim czuwała cytadela, niczym sęp zawieszony nad zdobyczą, pogrążony we własnych mrocznych rozmyślaniach.

Potężne bramy między ogromnymi wieżami muru zewnętrznego rozwarły się ze szczękiem ikról wjechał do swej stolicy między szpalerami lśniących włóczników, gdy pięćdziesiąt trąb zagrało powitanie. Lecz tłumy nie obległy wyłożonych białym kamieniem ulic, by rzucać róże pod kopyta zwycięzcy. Strabonus wyprzedził wieści obitwie, alud, ledwie budzący się do codziennych zajęć, patrzył zotwartymi ustami, jak król powraca zmałym orszakiem, inie wiedział, czy wróży to triumf, czy klęskę.

Conan, wktórego żyłach życie znów powoli zaczynało krążyć, uniósł głowę zpodłogi rydwanu, by ujrzeć cuda tego miasta, które ludzie zwali Królową Południa. Myślał, że pewnego dnia wjedzie przez te zdobione złotem bramy na czele swych zakutych wstal szwadronów, zwielkim sztandarem lwa łopoczącym nad jego okrytą hełmem głową. Zamiast tego wkraczał w