Sześć tysięcy gotówką - James Ellroy - ebook
Opis

Sześć tysięcy gotówką to druga część trylogii Underworld USA obnażającej mroczne oblicze Stanów Zjednoczonych lat 60. „Świetna lektura… Ta książka to testosteron w najczystszej postaci”. – The Plain Dealer „Wspaniała, a zarazem straszna książka, o wspaniałym i zarazem strasznym czasie w historii Stanów Zjednoczonych”. – The Village Voice „Jazda bez trzymanki… Amerykańska polityka zacieśniająca więzy ze spiskiem i zbrodnią. Temat tak twardy do zgryzienia, że łatwo połamać na nim zęby”. – The New York Times Book Review „Spod ręki Ellroya wychodzą zdania drapieżne, jakby pisał je furiat miotany gorączką i krótkie niczym błysk flesza aparatu fotograficznego.” – Gazeta Wyborcza 22 listopada 1963 roku. Zaledwie kilka godzin po zamachu na Johna F. Kennedy’ego w Dallas spotyka się trzech mężczyzn: Wayne Tedrow Jr. ‒ młody i prawy policjant z Las Vegas, Ward J. Littell ‒ zdeprawowany agent FBI oraz Pete Bondurant ‒ specjalista od szantażu i brudnej roboty. Mają przed sobą jedno zadanie – posprzątać bałagan po zamachu na 53. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Taki początek nie zwiastuje niczego dobrego. Przez kolejne pięć lat cała trójka będzie musiała zagłębić się nie tylko w sprawę morderstwa Kennedy’ego. Wszyscy zostaną wplątani w inne, równie nieprzyjemne kwestie: przejęcie Las Vegas przez Howarda Hughesa, wojna Hoovera przeciwko ruchowi praw obywatelskich, handel heroiną w Wietnamie a także zamach na Martina Luthera Kinga.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 935

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginalu:

The Cold Six Thousand

Copyright © 2001, James Ellroy

All rights reserved

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Violetta Dobosz under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Izabela Sieranc

ISBN: 978-83-8110-760-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Billowi Stonerowi

CZĘŚĆ IEKSTRADYCJA22–25 LISTOPADA 1963

1Wayne Tedrow Jr.(Dallas, 22 listopada 1963)

Wysłali go do Dallas, żeby zabił czarnego alfonsa o nazwisku Wendell Durfee. Nie był pewien, czy da radę. Wysłała go Rada Zarządców Kasyn. Opłacili mu bilet lotniczy w pierwszej klasie. Nadszarpnęli swój fundusz łapówkowy. Posmarowali mu. Podsypali sześć kawałków gotówką.

Niktnie powiedział:

Zabij tego smolucha. Załatw to, jak należy. Weź honorarium.

Lot przebiegał gładko. Stewardesa serwowała drinki. Dostrzegła pistolet. Stała się upierdliwa. Zaczęła zadawać głupie pytania.

Powiedział, że pracuje w Wydziale Policji Las Vegas. Dowodzi sekcją wywiadowczą. Kompletuje akta i zdobywa informacje.

Spodobało się jej. O mało co nie zemdlała.

– Kotku, a co będziesz robił w Dallas?

Powiedział jej.

Pewien Murzyn dźgnął nożem rozdającego przy grze w oczko. Rozdający stracił oko. Murzyn prysnął do Wielkiego D. Spodobało się jej. Przyniosła mu whisky z wodą sodową. Pewne szczegóły pominął.

To rozdający sprowokował napaść. Rada wydała wyrok – śmierć za napad drugiego stopnia, z bronią.

Odprawa przed podróżą. Porucznik Buddy Fritsch:

„Nie muszę ci mówić, czego oczekujemy, synu. I nie muszę dodawać, że twój ojciec też tego chce”.

Stewardesa zaczęła odgrywać gejszę. Nastroszyła swoje wysoko upięte włosy.

– Jak się nazywasz?

– Wayne Tedrow.

Zapiała z zachwytu.

– No tomusisz być Junior!

Spojrzał na nią obojętnie. Zaczął pitolić byle co. Ziewnął.

Nie przestawała się do niego łasić. Wprost uwielbiaaaała jego tatusia. Latał z nią mnóstwo razy. Wiedziała, że jest szychą wśród mormonów. Tak baaaardzo chciałaby się dowiedzieć więcej.

Wayne opowiedział o Waynie Seniorze.

Był przewodniczącym związku zawodowego pomocy kuchennych. Zaniżał swoje dochody. Miał szmal. Miał wpływy. Kolportował prawicowe ulotki. Zadawał się z grubymi rybami. Znał J. Edgara Hoovera.

Pilot włączył interkom. Lądowanie w Dallas – o czasie.

Stewardesa nastroszyła fryzurę.

– Założę się, że masz rezerwację w Adolphusie.

Wayne zapiął pas.

– Czemu tak sądzisz?

– Cóż, twój tatuś mówił mi, że zawsze się tam zatrzymuje.

– Ja też mam się tam zatrzymać. Nikt mnie nie pytał o zdanie, ale tam właśnie zaklepali mi pokój.

Stewardesa przykucnęła. Podciągnęła jej się spódnica. Wyszła podwiązka.

– Twój tatuś mówił, że mają tam, w hotelu, milutką restauracyjkę, i… no, cóż…

Samolot wpadł w turbulencję. Wayne kiepsko to zniósł. Spocił się. Zamknął oczy. Ujrzał Wendella Durfee’ego.

Stewardesa dotknęła go. Wayne otworzył oczy.

Zobaczył jej pryszcze. Zobaczył popsute zęby. Poczuł zapach jej szamponu.

– Chyba się troszkę wystraszyłeś, Waynie Juniorze.

„Junior” przepełnił miarę.

– Daj mi święty spokój. Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz, i nie zamierzam zdradzać żony.

13.50.

Wylądowali. Wayne wysiadł pierwszy. I tupnął parę razy, by przywrócić krążenie w nogach.

Ruszył do terminalu. Jakieś uczennice blokowały przejście. Jedna płakała. Jedna certoliła się z paciorkami różańca.

Ominął je. Kierując się znakami, ruszył po bagaż. Dokoła snuli się ludzie. Wyglądali jak rozmemłani frajerzy.

Czerwone oczy. Buuu. Baby z chusteczkami przy nosach.

Wayne zatrzymał się przy odbiorze bagażu. Obok przemknęły jakieś dzieciaki. Strzeliły z kapiszonowców. Ryknęły śmiechem.

Podszedł jakiś facet – południowy wsiok – wysoki i tłusty. Na głowie miał stetsona. Na nogach wielkie kowbojki. Przy pasie czterdziestkę piątkę inkrustowaną masą perłową.

– Jeśli pan to sierżant Tedrow, to ja jestem Maynard D. Moore z Wydziału Policji Dallas.

Podali sobie ręce. Moore żuł tytoń. Moore cuchnął tanią wodą kolońską. Jakaś kobieta minęła ich – buuu-uuu-uuu – jeden wielki czerwony nos.

Wayne spytał:

– Co się dzieje?

Moore się uśmiechnął.

– Jakiś ćwok stuknął prezydenta.

Większość sklepów była zamknięta. Flagi państwowe powiewały w połowie masztów. Jacyś kolesie na samą górę powciągali flagi konfederackie.

Moore wiózł Wayne’a. Moore miał plan: wpadnijmy do hotelu/ zameldujmy cię/ znajdźmy tego czarnucha.

John F. Kennedy – nie żyje.

Obiekt miłości jego żony. Przedmiot obsesji macochy. JFK sprawiał, że Janice miała mokre majtki. Janice powiedziała o tym Wayne’owi Seniorowi. I Janice zapłaciła za to. Przez to Janice utykała. I pokazywała siniaki na udach.

Nie żyje znaczyło, że nie żyje. Ale Wayne nie chwytał. Docierało to do niego jak przez mgłę. Moore żuł tytoń. Potem splunął przez okno. Słychać było wystrzały. Radość na zadupiu.

Moore powiedział:

– Niektórzy wcale się nie smucą.

Wayne wzruszył ramionami. Minęli billboard – JFK i ONZ.

– Nie jesteś rozmowny. Muszę powiedzieć, że jak na razie to nie jest z ciebie najweselszy partner od ekstradycji, jakiego miałem.

Wystrzelił jakiś pistolet. Blisko. Wayne sięgnął do kabury.

– Hej! Aleś się spietrał, chłopcze!

Wayne zaczął grzebać przy krawacie.

– Chcę to już mieć z głowy.

Moore przejechał na czerwonym świetle.

– Wszystko w swoim czasie. Jestem pewien, że już niedługo pan Durfee przywita się z naszym upadłym bohaterem.

Wayne zamknął okno. Pochwycił zapach kolońskiej Moore’a.

Moore powiedział:

– Byłem ostatnio w Vegas. Prawdę mówiąc, wiszę na dziś całkiem sporo markierowi w Dunes.

Wayne wzruszył ramionami. Minęli przystanek autobusowy. Jakaś kolorowa dziewczyna szlochała.

– Słyszałem o twoim tatusiu. Słyszałem, że niezła z niego szyszka w Nevadzie.

Jakaś ciężarówka przejechała na czerwonym świetle. Kierowca pomachał piwem i rewolwerem.

– Mnóstwo ludzi gada o moim ojcu. Wszyscy powtarzają, że go znają, to już brzmi jak zdarta płyta.

Moore się uśmiechnął.

– Hejże, chyba wyczuwam tu lekkie spięcie.

Pozostałości po przejeździe kawalkady. Transparent w oknie: „Dallas kocha Jacka i Jackie”.

– O tobie też słyszałem. Że masz skłonności, które nie za bardzo podobają się twojemu tatusiowi.

– Na przykład?

– Powiedzmy, że lubisz czarnuchów. Powiedzmy, że niańczysz Sonny’ego Listona, jak przyjeżdża do Vegas, bo Wydział Policji boi się, że koleś wpakuje się w jakieś szambo z gorzałą i białymi babkami, a ty go lubisz, za to nie lubisz tych miłych makaroniarzy, którzy dbają o czystość w twoim małym mieście…

Wóz wpadł w dziurę. Wayne rąbnął o deskę rozdzielczą.

Moore gapił się na Wayne’a. Wayne gapił się na Moore’a. Mocowali się na spojrzenia. Moore przejechał na czerwonym. Wayne mrugnął pierwszy.

Moore puścił oko.

– Nieźle się w ten weekend zabawimy.

Hotelowy hol był elegancki. Grube dywany. Faceci zahaczali o nie obcasami kowbojek.

Ludzie pokazywali na ulicę – patrz, patrz, patrz – ta kawalkada przejeżdżała obok hotelu. JFK tu machał. JFK dostał tu w pobliżu.

Ludzie gadali. Nieznajomi wspierali nieznajomych. Faceci w teksańskich garniturach. Kobiety wystrojone à la Jackie.

Recepcję oblepili goście, którzy chcieli się zameldować. Moore coś ściemnił. I zaprowadził Wayne’a do baru.

Tylko miejsca stojące – w barze tłumy.

Na stoliku grał telewizor. Barman podkręcił dźwięk. Moore przepchnął się do budki telefonicznej. Wayne ruszył w stronę odbiornika.

Ludzie jazgotali. Faceci w kapeluszach. Wszyscy w kowbojkach na wysokich obcasach. Wayne stanął na palcach. I wyciągał szyję ponad rondami kapeluszy.

Obraz podskoczył i znieruchomiał. Zakłócenia głosu i harmider na ekranie. Gliny. Jakiś chudy cieć. Słowa: „Oswald”/ „broń”/ „zwolennik komu…”.

Jakiś koleś wymachiwał karabinem. Pchali się dziennikarze. Ujęcie panoramiczne. I znów ten chudy cieć. Zestrachany i posiniaczony.

Hałas w barze był okropny. Dym gęsty. Wayne zachwiał się na palcach.

Jakiś gość wzniósł toast:

– Za Oswalda. Powinni mu dać…

Wayne stanął na całych stopach. Popchnęła go jakaś kobieta – miała mokre policzki i rozmazany tusz do rzęs.

Wayne podszedł do budki telefonicznej. Moore rozmawiał przy uchylonych drzwiach.

Powiedział:

– Słuchaj, facet…

Powiedział:

– Niańczę jakiegoś smarkacza przy okazji jednej bzdurnej ekstradycji.

„Bzdurnej” przesądziło.

Wayne dźgnął Moore’a. Moore się obrócił. Nogawki jego spodni podjechały do góry.

Kurwa – noże w cholewkach. Kastet w skarpecie.

Wayne powiedział:

– Wendell Durfee, pamiętasz?

Moore się wyprostował. Moore’a sparaliżowało. Wayne podążył za jego spojrzeniem.

Zobaczył telewizor. Zobaczył ujęcie. Zobaczył obrazek: „Zastrzelony policjant J.D. Tippit”.

Moore się gapił. Moore drżał. Moore dygotał.

Wayne powiedział:

– Wendell Durf…

Moore popchnął go. I wybiegł na zewnątrz.

Rada zarezerwowała mu duuuży apartament. Boy hotelowy snuł opowieści. JFK uwielbiał ten apartament. Posuwał tutaj babki. Ava Gardner obciągnęła mu na tarasie.

Dwa salony. Dwie sypialnie. Trzy telewizory. Fundusz łapówkowy. Sześć kawałków gotówką. Załatw tego czarnucha, chłopcze.

Wayne przechadzał się po apartamencie. Żywa historia. JFK uwielbiał Dallas i tutejsze cipki.

Włączył telewizory. Nastawił na trzy różne kanały. Oglądał przedstawienie w trzech inscenizacjach. Chodził między odbiornikami. Poznawał historię.

Chudym cieciem był Lee Harvey Oswald. Cieć zastrzelił JFK i Tippita. Tippit pracował w Wydziale Policji Dallas. Tutejsze gliny były bardzo ze sobą zżyte. Moore pewnie go znał.

Oswald był za czerwonymi. Oswald kochał Fidela. Oswald pracował w magazynie podręczników. Sprzątnął prezydenta w przerwie na lunch.

Policja z Dallas go miała. W tutejszej kwaterze wrzało. Gliny. Pismaki. Fotografowie i cała reszta.

Wayne rzucił się na kanapę. Zamknął oczy. Ujrzał Wendella Durfee’ego. Otworzył oczy. Ujrzał Lee Oswalda.

Wyłączył dźwięk. Wyciągnął z portfela zdjęcia.

Oto jego matka – jeszcze w Peru w Indianie.

Rzuciła Wayne’a Seniora. Pod koniec 1947. Wayne Senior ją bił. Nieraz pogruchotał jej kości.

Spytała raz Wayne’a, kogo kocha najbardziej. Odpowiedział: „Tatusia”. Uderzyła go w twarz. Płakała. Przepraszała.

Ten cios przesądził. Został z Wayne’em Seniorem.

Odwiedził matkę – w maju 1954 – wpadł do niej po drodze do wojska. Powiedziała: „Nie bierz udziału w głupich wojnach”. I jeszcze: „Nie ziej nienawiścią jak Wayne Senior”.

Zerwał z nią. Zdecydowanie/ permanentnie/ na zawsze.

A oto i jego macocha.

Wayne Senior puścił kantem mamę Wayne’a. I ruszył w konkury do Janice. I zabrał ze sobą Wayne’a. Wayne miał wtedy trzynaście lat. Wayne był napalony. Wayne ślinił się na widok Janice.

Janice Lukens Tedrow sprawiała, że na salonach wrzało. Grała znudzoną żonę. Grała dobrze w golfa. Grała w tenisa.

Wayne Senior bał się jej ognia. Patrzyła, jak Wayne dorasta. Jego żar rozpalał żar w niej samej. Zostawiała otwarte drzwi. Lubiła, kiedy patrzył. Wayne Senior to wiedział. I wcale o to nie dbał.

No i teraz jego żona.

Lynette Sproul Tedrow. Siedząca na jego kolanie. Zakończenie studiów w Brigham Young.

On jest oszołomiony. Właśnie zdobył dyplom z chemii – Uniwersytet Brighama Younga, rocznik 1959 – z wyróżnieniem. Rwał się do działania. Wstąpił do Wydziału Policji Las Vegas. Pieprzyć wyróżnienie.

Poznał Lynette w Little Rock. Jesienią 1957. W liceum Central High zniesiono segregację. Wsioki z Południa. Kolorowe szczeniaki. Osiemdziesiąta Druga Dywizja Powietrznodesantowa.

Włóczą się jacyś biali chłoptasie. Biali chłoptasie wyrywają kanapkę kolorowemu. Lynette daje mu swoją. Chłoptasie atakują. Kapral Wayne Tedrow Jr. odpiera atak.

Pokonuje ich. Dźga jednego dupka. Dupek drze się: „Mamusiu!”.

Lynette leci na Wayne’a. Ma siedemnaście lat. On dwadzieścia trzy. Skończył jakiś college.

Pieprzyli się na polu golfowym. Zmoczyły ich zraszacze. Opowiedział o wszystkim Janice.

Ona powiedziała:

– Szybko wam poszło z Lynette. I pewnie walka podobała wam się tak samo jak seks.

Janice go znała. Janice była jego prywatną wyrocznią.

Wayne wyjrzał przez okno. W dole snuły się ekipy telewizyjne. Ich furgonetki parkowały w dwóch rzędach wzdłuż krawężnika. Przeszedł przez apartament. Wyłączył telewizory. Trzej Oswaldowie znikli.

Wyciągnął swoje akta. Same kopie: WPLV/ Biuro Szeryfa Dallas.

Durfee, Wendell. Mężczyzna/ czarny/ ur. 6.06.1927/ okręg Clark, Nevada. 190 cm/80 kg. „Często gra w kości”. Niezatrzymywany poza Vegas i Dallas.

„Jeździ cadillacami”.

„Nosi krzykliwe stroje”.

„Spłodził trzynaścioro nieślubnych dzieci”.

„Stręczy Murzynki, białe, homoseksualistów i meksykańskich transwestytów”.

Dwadzieścia dwa aresztowania za stręczycielstwo. Czternaście wyroków. Dziewięć odsiadek za niepłacone alimenty. Pięć przypadków niestawienia się na rozprawę po zwolnieniu za kaucją.

Uwagi gliniarzy: Wendell jest bystry/ Wendell jest tępy/ Wendell pociachał gościa w Binion’s.

Gość był opłacony. Gość przypieprzył się do Wendella pierwszy. Taka była polityka Rady. Wydział Policji Las Vegas ją egzekwował.

„Znane kontakty w okręgu Dallas”:

Marvin Duquesne Settle/ czarny mężczyzna/ areszt stanu Teksas.

Fenton „Duke” Price/ czarny mężczyzna/ areszt stanu Teksas.

Alfonzo John Jefferson/ czarny mężczyzna/ Wilmington Road 4219, Dallas 8, Teksas. „Partner do hazardu Wendella Durfee’ego”. Na zwolnieniu warunkowym z więzienia okręgowego (nr 92.04 w rejestrze stanu Teksas): 14.09.1960–14.09.1965. Zatrudniony: rozlewnia napoju Dr Pepper. Uwaga: „Zobowiązany do spłacania grzywny przez okres zwolnienia warunkowego w każdy trzeci piątek (wypłata w Dr. Pepper) na ręce kuratora okręgowego”.

Donnell George Lundy/ czarny mężczyzna/ areszt stanu Teksas.

Manuel „Bobo” Herrara/ mężczyzna pochodzenia meksykańskiego/ areszt stanu Tek…

Zadzwonił telefon. Wayne chwycił słuchawkę.

– Tak?

– To ja, synu. Twój nowy serdeczny kumpel.

Wayne sięgnął do kabury.

– Gdzie jesteś?

– Teraz akurat w żadnym szczególnym miejscu. Ale spotkajmy się o ósmej.

– Gdzie?

– W klubie Carousel. Przyjedź tam i znajdziemy tego palanta.

Wayne się rozłączył. I poczuł, że go skręca.

Wendell, nie chcę cię zabić…

2Ward J. Littell(Dallas, 22 listopada 1963)

Jest limuzyna. Czeka na pasie startowym. Najnowszy model czarnego wozu FBI. Samolot podkołował do auta. Minął stojącego Air Force One. Żołnierze piechoty morskiej pełnili wartę w szeregach po obu stronach wyjścia.

Pilot wyłączył silnik. Samolot zarzucił ogonem. Ze stukotem opadły schodki.

Littell wysiadł. Uszy mu się odetkały. Skurcze w nogach ustąpiły.

Działali błyskawicznie. Poprzestawiali dla niego plan lotów. Wsadzili go w mało luksusową awionetkę dla dwóch osób.

Zadzwonił do niego pan Hoover – DC do LA.

Powiedział: „Zastrzelono prezydenta. Chcę, żeby pan tam poleciał i monitorował śledztwo”.

Zamach nastąpił o 12.30. Teraz była 16.10. Pan Hoover zadzwonił o 12.40. Pan Hoover otrzymał wiadomość i zadzwonił natychmiast.

Littell podbiegł. Kierowca limuzyny otworzył drzwi. Miękka tylna kanapa. Przyciemniane szyby. Lotnisko Love Field widoczne w odcieniach szarości. Niewyraźne sylwetki ludzi. Bagażowi. Dziennikarze i czarterowe samoloty.

Kierowca ruszył. Littell spostrzegł pudełko na kanapie. Otworzył. Opróżnił.

Odznaka agenta specjalnego – sztuk jedna. Legitymacja FBI ze zdjęciem – sztuk jedna. Standardowa trzydziestka ósemka w kaburze – sztuk jedna.

Jego stare zdjęcie. Jego stara broń.

Zdał ją w sześćdziesiątym. Pan Hoover go wtedy wyeliminował. Miał teraz swoje narzędzia – nowe i stare – i gładko wrócił na dawne stanowisko.

Pan Hoover przechował rzeczone narzędzia. W Dallas. Pan Hoover przewidział zamach.

Znał lokalizację. Przeczuwał ramy czasowe. Był biernie współwinny. Wyczuwał zaangażowanie Littella. Wyczuwał potrzebę Littella, by sprawę wyciszyć.

Littell wyjrzał przez okno. Ciemne szyby zniekształcały widok jak krzywe lustra odbicia. Chmury implodowały. Budynki się chwiały. Ludzie pulsowali.

Przywiózł ze sobą radio. Słuchał podczas lotu. Znał podstawowe fakty:

Zatrzymany jeden podejrzany – jakiś pajac – urobiony lewicowiec. Guy Banister go podstawił. Pajac zabił gliniarza. Jednego z dwóch podstawionych, by zabić jego. Etap numer dwa się nie powiódł. Drugi gliniarz spieprzył zadanie.

Littell przypiął kaburę. Littell przyglądał się swej legitymacji.

Gliniarz/prawnik wtedy. Prawnik mafii teraz. Od Hoovera-wroga do Hoovera-sojusznika. Jednoosobowa firma prawnicza z trzema klientami:

Howard Hughes/ Jimmy Hoffa/ Carlos Marcello.

Zadzwonił do Carlosa. O dziesiątej rano czasu LA. Carlos był szczęśliwy. Bo wygrał sprawę o unieważnienie nakazu deportacji wydanego przez Bobby’ego K.

Bobby procesował się z Carlosem w Nowym Orleanie. Carlos miał Nowy Orlean w kieszeni. Carlos był tam nietykalny dla ławy przysięgłych.

Klan Kennedych i ta ich nieposkromiona pycha…

Ława przysięgłych uniewinnia Carlosa. Bobby się wścieka. Jack ginie godzinę później.

Wymarłe ulice. Migające okna budynków. Tysiące włączonych telewizorów.

To był jego show.

To on sporządził plan. Pete Bondurant mu pomógł. Carlos wszystko zatwierdził i podstawił ekipę Guya Banistera. Guy udoskonalił jego plan. Guy go zmienił. Guy wszystko spieprzył.

Pete też był w Dallas. Pete się ożenił. Pete był w hotelu Adolphus. Guy B. też tu był. Guy B. był gdzieś w pobliżu.

Littell liczył okna. Wszystkie zniekształcone przez ciemne szyby. Smugi i zygzaki. Jego myśli się rozbiegały. A potem się zbiegły:

Pogadać z Pete’em. Zabić Oswalda. Postarać się, by śledztwo wskazało na sprawstwo samotnego strzelca.

Limuzyna wjechała do centrum Dallas. Littell przypiął odznakę.

Oto i Dealey Plaza. Niedaleko jest budynek Wydziału Policji. Rozejrzeć się za: magazynem podręczników/ szyldem Hertza/ greckimi kolumnami.

Są…

Kolumny. Szyld. Żałobnicy na skrzyżowaniu Houston i Elm. Sprzedawca hot dogów. Szlochające zakonnice.

Littell zamknął oczy. Kierowca skręcił w prawo. Stanął na początku podjazdu. Zahamował ostro. Tylne szyby się zsunęły.

Ktoś zakaszlał. Ktoś spytał:

– Pan Littell?

Littell otworzył oczy. Ujrzał podziemny garaż. Ujrzał smarkatego fedzia. Smarkaty fedzio był cały spięty.

– Sir, jestem agent specjalny Burdick… Hm, szef mówił, że powinien pan pójść prosto na górę i zobaczyć świadków.

Littell chwycił swoją aktówkę. Spluwa wbijała mu się w biodro. Wysiadł. Rozprostował się. Przetarł okulary.

Burdick trzymał się blisko. Burdick go drażnił. Wsiedli do windy towarowej. Burdick wcisnął 3.

– Sir, muszę powiedzieć, że to jakiś obłęd. Mamy ludzi, którzy twierdzą, że było dwóch strzelców, że trzech, że czterech, nie potrafią nawet ustalić, skąd padły…

– Odizolowaliście ich?

– No… nie.

– Kto ich przesłuchuje?

Chłoptaś się zająknął. Przełknął głośno ślinę.

– Jakie agencje, chłopcze?

– No cóż, my, Wydział Policji Dallas, Biuro Szeryfa i…

Drzwi się otworzyły. Buchnął zgiełk. Pokój operacyjny pękał w szwach.

Littell się rozejrzał. Burdick stał się nerwowy. Littell miał go gdzieś.

Świadkowie też byli nerwowi. Świadkowie mieli plakietki z nazwiskami. Świadkowie przycupnęli na jednej ławie.

Trzydzieści parę osób. Rozgadanych. Przejętych. Zanieczyszczających fakty.

Oddzielone ściankami boksy. Gliniarze i cywile – zadekowani w dziuplach przesłuchań. Nerwowi gliniarze i zszokowani cywile.

Czterdzieści biurek. Czterdzieści telefonów. Czterdziestu gadających głośno stróżów prawa. Gdzieniegdzie odznaki na garniturach. Poprzewracane kosze na śmieci. Międzyagencyjny chaos i…

– Sir, czy możemy…

Littell podszedł. Littell spojrzał na ławę. Świadkowie się wiercili. Świadkowie palili. Pełne popielniczki podskakiwały.

Widziałem to/ widziałem tamto/ głowa roztrzaskała mu się na kawałki! Maraton gadania – kompletna fuszerka – zwyczajna partanina z udziałem masy świadków.

Littell szukał typów szczególnych. Porządnych/wiarygodnych świadków.

Cofnął się. Objął wzrokiem ławę. Dojrzał kobietę: ciemnowłosą/atrakcyjną/trzydziestopięcioletnią na pewno.

Siedziała nieruchomo. Była opanowana. Obserwowała wyjście. Spostrzegła Littella. Odwróciła wzrok. Nawet nie mrugnęła.

Burdick podszedł z telefonem. Bezgłośnie powiedział: „On”. Littell chwycił telefon. Kabel się naprężył.

Pan Hoover rzekł:

– Proszę mówić krótko.

Littell zasłonił wolne ucho. Hałas w pomieszczeniu przycichł.

– Śledztwo we wstępnej fazie prowadzone jest bardzo nieudolnie. To jedno, czego na razie mogę być pewien.

– Nie jestem zaskoczony i nie jestem zawiedziony, i jestem całkowicie przekonany, że Oswald działał na własną rękę. Pańskim zadaniem jest usunięcie nazwisk potencjalnie kłopotliwych świadków, którzy mogliby tej tezie zaprzeczyć.

Littell odparł:

– Tak jest, sir.

Burdick podniósł podkładkę do pisania. Miał do niej przypięte jakieś świstki. Karty z danymi świadków/ wstępne zeznania/ prawa jazdy.

Głos w słuchawce zamilkł. Burdick zabrał telefon. Littell wziął od niego podkładkę. Świstki odstawały. Trzymający je klips latał luźno.

Przejrzał pobieżnie świstki.

Dwulinijkowe oświadczenia. Zatrzymane prawka. Zabezpieczenie przed ucieczkami. Wykluczające się nawzajem informacje: 3/4/5/6 strzałów z 1/2/3 kierunków.

Parkan. Magazyn podręczników. Trzypasmowy przejazd pod wiaduktem. Strzały z przodu. Strzały chybione. Strzały z tyłu.

Littell sprawdzał fotki na prawach jazdy.

Świadek nr 6: strzały ze skrzyżowania Houston i Elm. Świadek nr 9: strzały z miejsca w bok od autostrady. Opanowana kobieta: dwa strzały z dwóch kierunków. Jej dane: Arden Smith/West Mockingbird Lane.

Dym papierosowy był gęsty. Littell zrobił krok w tył. Od dymu zaczął kichać. Wpadł na biurko. Rzucił kwity. Podszedł do dziupli przesłuchań.

Burdick wlókł się za nim. Hałas w pomieszczeniu się wzmógł. Littell sprawdził dziuple.

Partacka robota – żadnych magnetofonów/żadnych stenotypistek.

Sprawdził dziuplę nr 1. Chudy gliniarz maglował chudego smarkacza. Smarkacz się śmiał. Ale jaja. Mój tato głosował na Nixona.

Littell sprawdził dziuplę nr 2. Gruby gliniarz maglował grubego faceta.

Gliniarz mówił:

– Panie Bowers, nie zaprzeczam temu, co mi pan powiedział.

Pan Bowers miał na głowie czapkę kolejarską. Pan Bowers nie mógł spokojnie usiedzieć.

– No to dziesiąty raz powtarzam, żebym mógł wreszcie iść do domu. Byłem w wieży za tamtym parkanem na wzgórku. Zobaczyłem dwa podjeżdżające samochody około… cholera… jakieś pół godziny przed strzelaniną… i dwóch mężczyzn stających przy końcu ogrodzenia, a potem, jak tylko usłyszałem strzały, ujrzałem błysk, dokładnie w tym miejscu, gdzie stali.

Gliniarz rysował jakieś bohomazy. Pan Bowers strzepnął popiół z papierosa. Littell mu się przyglądał. Littella ogarnął niepokój.

Nie znał planów dotyczących strzelca. Ale znał się na wiarygodnych świadkach. Bowers był nieustępliwie pewny swego. Z Bowersa był dobry świadek.

Burdick poklepał Littella po ramieniu. Littell się obrócił. Littell prawie go przewrócił.

– Czego?

Burdick zrobił krok w tył.

– Hm, właśnie tak sobie pomyślałem, że Wydział Policji zgarnął takich trzech gości, włóczęgów chyba, z wagonu kolejowego za tamtym parkanem, jakieś pół godziny po strzelaninie. Mamy ich w areszcie.

Niepokój Littella wzrósł.

Littell powiedział:

– Prowadź.

Burdick ruszył natychmiast. Minęli dziuple. Minęli pokój socjalny. Korytarze się krzyżowały. Skręcili w lewo. Dotarli do pomieszczenia zamkniętego od frontu drucianą siatką.

Przez interkom rozbrzmiało:

– Agent Burdick proszony do dyżurki.

Burdick rzekł:

– Powinienem tam pójść.

Littell potaknął. Burdick nie mógł ustać w miejscu. I już go nie było. Littell chwycił siatkę. Światło było kiepskie. Littell mocno zmrużył oczy.

Zobaczył dwóch meneli. Zobaczył Chucka Rogersa.

Chuck był człowiekiem Pete’a. Mokra robota/ CIA. Chuck trzymał się z Guyem B.

Rogers zobaczył Littella. Menele go zignorowali. Rogers się uśmiechnął. Littell dotknął swojej odznaki. Rogers na migi pokazał strzał z karabinu.

Poruszył ustami. Wyszło: „Bum!”.

Littell się wycofał.

Zawrócił. Skręcił w prawo. Znalazł się na skrzyżowaniu korytarzy. Skręcił. Zobaczył boczne drzwi. Otworzył je. Ujrzał schody i drabiny przeciwpożarowe. Po drugiej stronie korytarza: toaleta i drzwi oznaczone napisem: „strażnik”.

Drzwi toalety się otworzyły. Wyszedł pan Bowers. Przeciągnął się. Zapiął rozporek. Poprawił klejnoty.

Ujrzał Littella. Zmrużył oczy. Dostrzegł odznakę.

– FBI, hę?

– Zgadza się.

– No to dobrze, że na pana wpadłem, bo jest coś, o czym zapomniałem powiedzieć tamtemu gościowi.

Littell się uśmiechnął.

– Przekażę.

Bowers podrapał się po karku.

– No dobra. Niech mu pan powie, że widziałem paru gliniarzy, jak wlekli kloszardów z suki i jeden wyglądał dokładnie tak jak jeden z tych gości, których widziałem przy parkanie.

Littell wyciągnął notatnik.

Pisał. Rozmazał trochę atramentu. Ręka mu drżała. Notes się trząsł.

Bowers powiedział:

– Żal mi Jackie.

Littell się uśmiechnął. Bowers się uśmiechnął. Bowers uchylił czapki. Zabrzęczał monetami. Odszedł powoli. Odszedł baaardzo powooooli.

Littell patrzył za nim.

Bowers kroczył. Bowers skręcił w prawo. Bowers znalazł się w korytarzu głównym. Littell rozluźnił ręce. Odetchnął.

Podszedł do drzwi pokoju strażnika. Złapał za klamkę. Nacisnął.

Drzwi puściły. Littell wszedł.

Klitka trzy na trzy – pusta. Biurko/ krzesło/ wieszak na klucze.

Papiery – przypięte do korkowej tablicy: karty włóczęgów – „Doyle”/„Paolino”/„Abrahams” – bez zdjęć.

Jasna sprawa: Rogers skombinował lewe papiery. Siedział tu pod lewym nazwiskiem.

Jeden klucz na wieszaku – wielki/gruby/mosiężny.

Littell zebrał papiery. Littell schował je do kieszeni. Littell zabrał klucz. Przełknął ślinę. Wyszedł, jakby nigdy nic. Podszedł do drucianej siatki.

Otworzył drzwi. Rogers przygotował meneli. Zawołał ich. Pokazał: „teraz cisza”. Wygłosił krótką mowę.

Oto pojawił się nasz zbawca – róbcie, co wam każę.

Menele stali blisko siebie. Zaraz się rozeszli. Stanęli przy ścianach.

Littell odszedł.

Wrócił na główny korytarz. Stanął przed pokojem operacyjnym. Zasłonił sobą widok na korytarz. Dał znak Rogersowi. Pokazał ręką. Drzwi przeciwpożarowe – jazda.

Usłyszał kroki. Menele zapiszczeli. I głośno zachichotali. Drzwi pożarowe skrzypnęły. Jeden menel wrzasnął „Alleluja!”. Drzwi trzasnęły.

Littell poczuł wietrzyk. Oblał się zimnym potem. Tętno mu oszalało.

Wszedł do pokoju operacyjnego. Nogi mu dygotały, kolana miał jak z waty. Ocierał się o biurka. Wpadał na ściany. Wpadał na gliniarzy.

Ława dla świadków spowita była dymem. Dymiło dwadzieścia papierosów. Arden Smith znikła.

Littell się rozejrzał. Przebiegł wzrokiem po biurkach. Zobaczył dokumenty świadków.

Wziął je do ręki. Sprawdził oświadczenia i prawa jazdy. Papiery Arden Smith – też znikły.

Zajrzał do dziupli. Zajrzał w korytarze. Wyjrzał przez okno.

Jest Arden Smith. Na ulicy. Idzie szybko. Odchodzi.

Przeszła przez Houston. Weszła na jezdnię, nie bacząc na samochody. Skierowała się na Dealey Plaza.

Littell zamrugał.

I zgubił ją. Zasłonili ją żałobnicy opłakujący Jacka.

3Pete Bondurant(Dallas, 22 listopada 1963)

Apartament dla nowożeńców. Pieprzalnia pierwsza klasa.

Złocona tapeta. Amorki. Różowe dywaniki i fotele. Narzuta na łóżko ze sztucznego futra – różowiutka jak pupa niemowlaka.

Pete przyglądał się śpiącej Barb.

Nogi nagle jej zjechały. Wierzgnęła zamaszyście. Skopała pościel.

Barbara Jane Lindscott Jahelka Bondurant.

Przywiózł ją tu zawczasu. Zamknął apartament na cztery spusty. Powyłączał wiadomości. Lecz ona w końcu się obudzi. Usłyszy wiadomość. Będzie wiedzieć.

Pieprzyłam się z Jackiem w sześćdziesiątym drugim. Było krótko i nijako. Zapluskwiłeś niektóre pokoje. Nagrałeś głosy. Miałeś to na taśmie. Szantaż nie wypalił. Twoi kumple się przegrupowali. Zamiast szantażować, zabiliście Jacka.

Pete przesunął fotel. Zyskał świeży widok. Barb się przekręciła. Jej włosy zafalowały.

Nie kochała Jacka. Służyła mu tylko własnym ciałem. Zgodziła się na szantaż. Na śmierć by się nie zgodziła.

18.10.

Jack powinien już nie żyć. Tak samo jak pajac Guya. Chuck Rogers miał gdzieś ukryty samolot. Ekipa powinna już być w drodze.

Barb się skrzywiła. Pete’a rozbolała głowa. Łyknął aspirynę i popił szkocką.

Miewał paskudne bóle głowy – chroniczne – zaczęły się od szantażu Jacka. Szantaż nie wypalił. Pete świsnął trochę mafijnej heroiny. Pomógł mu jeden gość z CIA.

Kemper Cathcart Boyd.

Byli ze sobą très blisko. Mieli kontakty z mafią. Znali Sama G. Pracowali dla Carlosa M. Pracowali dla Santa Trafficantego. Wszyscy nienawidzili komuchów. Wszyscy kochali Kubę. Wszyscy nienawidzili Brodacza.

Kasa i terytorium – dwie pieczenie na jednym ogniu. Stuknijmy Brodacza. Otwórzmy na nowo nasze kasyna.

Santo i Sam zaczęli grać na dwie strony. Zaczęli podlizywać się Castro. Kupili herę od Brata Raúla.

Carlos pozostał czysty. Nie olał la Causa.

Pete i Boyd świsnęli prochy. Sam i Santo ich przycykali. Do Pete’a dotarły słuchy: przez tę ich kradzież szlag trafił interes z Fidelem.

Carlos się do tego nie mieszał. Biznes to biznes. Prawo mafii było ponad wszelkimi wielkimi sprawami.

Wszyscy oni nienawidzili Bobby’ego. Wszyscy nienawidzili Jacka. Jack orżnął ich z Zatoką Świń. Jack robił naloty na obozy kubańskich uchodźców. Jack podlizywał się Brodaczowi.

Bobby deportował Carlosa. Bobby gnębił mafię na très wielką skalę. Carlos nienawidził Jacka i Bobby’ego – molto bravissimo.

Nienawidził ich także Ward Littell. Ward przeszmuglował Carlosa z powrotem. Ward został jego totumfackim. Ward zajął się jego procesem o deportację.

Ward powiedział: „Stuknijmy Jacka”. Carlosowi się spodobało. Carlos pogadał z Santem i Samem.

Im też się spodobało.

Santo i Sam mieli własne plany. Powiedzieli: „Stuknijmy Pete’a i Boyda. Chcemy odzyskać herę. Chcemy zemsty”.

Ward pogadał z Samem i Carlosem. Ward wstawił się za Pete’em. Chłopcy odpuścili swój morderczy plan.

Haczyk: darujemy wam życie. Będziecie nam dłużni. Sprzątniecie Wielkiego Jacka K.

Guy Banister opracowywał swój plan zamachu. Jego plan przypominał plan Littella. Plany zamachu mnożyły się na potęgę. Jack wkurzał mucho gorących głów. Dupek miał przechlapane.

Guy miał przebicie. Guy znał Carlosa. Guy znał kubańskich uchodźców. Guy znał grube ryby ze szmalem. Guy urobił jednego frajera. Guy uprzedził plan Littella.

Poszedł ze swoim do Carlosa. Carlos go zatwierdził. Carlos udaremnił plan Warda. Ich przygotowania poszły na marne. Zmienili się ludzie. Niektórzy z chłopaków Pete’a i Warda dołączyli do ekipy Guya.

Zaczęły się mnożyć usterki – last minute – Pete i Boyd musieli je usuwać.

Santo i Sam nie mogli ścierpieć Boyda. Odnowili swój wyrok śmierci. Kemper Boyd – mort sans doute1.

Barb się poruszyła. Pete wstrzymał oddech. Aspiryna zaczynała działać. Ból głowy zelżał.

Santo i Sam jemu darowali życie. Carlos go polubił. Kochał la Causa. A obaj Chłopcy mieli plany. Plany, w które Pete mógł się wpasować.

Pracował dla Howarda Hughesa – od 1952 do 1960 roku. Stręczył mu dziwki. Dostarczał prochy. Robił za goryla.

Ward Littell był teraz prawnikiem Hughesa. A Hughes chciał wykupić Las Vegas. Hughes pragnął całego Vegas Strip. Hughes pragnął wszystkich hoteli i kasyn.

Hughes miał plan wykupu. Mówił, że to potrwa wiele lat. Chłopcy też mieli plan:

Sprzedajmy mu Las Vegas. Ale zróbmy Howarda Hughesa na szaro. Nasze ekipy dalej będą tam pracować. Oskubiemy Hughesa do czysta. Vegas wciąż będzie należeć do nas.

Ward należał do Carlosa. I dostał zadanie: wynegocjować kontrakt tak, żeby wyszło na nasze.

Pete należał do Chłopców. Chłopcy zaproponowali:

Jedź do Vegas. Pracuj z Wardem. Przygotuj grunt dla kontraktu z Hughesem. Znasz się na mokrej robocie. Znasz się na heroinie. Może uchylimy nasz zakaz handlu prochami. Może pozwolimy ci sprzedawać czarnuchom.

Może cię nie zabijemy. Może nie zabijemy twojej królowej twista.

Barb nie zabrała swoich ciuchów do hotelu. Niebieskie cekiny i zieleń. Mieli dwa występy dziś wieczór. Jego żona i trio jej eks-męża.

Jakaś smutna knajpa. Smutna Barb. Zadedykujmy jeden numer Jackowi.

Wiadomość o akcji poprzedziła akcję. Chłopcy z mafii gadali. Chłopcy wiedzieli. Hesh Ryskind zameldował się w Adolphusie. Hesh miał raka. Hesh przyjechał, by zobaczyć i umrzeć.

Hesh widział kawalkadę. Hesh umarł o 13.00. Kopnął w kalendarz w tym samym czasie co Jack.

Pete dotknął łóżka. Różowa pościel, a na niej rude włosy – krzykliwe zderzenie kolorów.

Rozległ się dzwonek u drzwi – melodia Eyes of Texas w tonacji B-dur. Barb się nie obudziła. Pete podszedł. Uchylił drzwi.

Kurwa mać – przyszedł Guy Banister.

Guy się pocił. Guy był po sześćdziesiątce. Guy był po dwóch zawałach.

Pete wyszedł na korytarz. Zamknął za sobą drzwi. Guy pomachał szklanką z whisky i wodą sodową.

– Chodź. Wynająłem pokój w głębi korytarza.

Pete poszedł za nim. Chodnik na podłodze się elektryzował. Guy otworzył drzwi, po czym zamknął je na zasuwkę.

Złapał za flaszkę – whisky marki Old Crow – Pete zaraz mu ją odebrał.

– Powiedz mi, że obaj nie żyją i przyszedłeś po mnie nie dlatego, że coś się spieprzyło.

Guy zamieszał whisky w szklance.

– Król John Pierwszy nie żyje, ale mój chłoptaś zabił gliniarza i został aresztowany.

Podłoga zaczęła się zapadać. Pete zaparł się nogami.

– Gliniarza, który miał zabić jego?

Guy wpatrywał się we flaszkę. Pete oddał mu ją.

– Zgadza się. Tippita. Mój chłoptaś wyciągnął spluwę i stuknął go na Oak Cliff.

– A czy twój chłoptaś wie, jak się nazywasz?

Guy odkorkował flaszkę.

– Nie, kontaktowałem się z nim przez łącznika.

Pete walnął w ścianę. Posypał się tynk. Guy rozlał gorzałę.

– Ale twój chłoptaś wie, jak się nazywa łącznik. Łącznik wie, jak ty się nazywasz, a prędzej czy później twój chłoptaś zacznie sypać nazwiskami. Popraw mnie, kurwa, jeśli się mylę.

Guy nalał sobie drinka. Ręka mu drżała. Pete usiadł okrakiem na krześle. Ból głowy powrócił. Zapalił papierosa. Jego ręka też drżała.

– Musimy go zabić.

Guy starł to, co rozlał.

– Tippit miał wsparcie, ale chciał iść sam. To była robota dla dwóch, a teraz musimy za to zapłacić.

Pete ścisnął oparcie krzesła. Szczeble zadrżały. Jeden się obluzował.

– Nie mów mi, co trzeba było zrobić. Powiedz lepiej, jak dobierzemy się do twojego chłoptasia.

Guy usiadł na łóżku. Guy wyciągnął się wygodnie.

– Zleciłem tę robotę wsparciu Tippita.

Pete rzekł:

– I?

– Facet ma dostęp do aresztu i jest do tej roboty dostatecznie wredny, a na dodatek wisi trochę kasy markierom z kasyn, co oznacza, że ma dług u mafii.

Pete rzekł:

– Jest jeszcze coś. Na razie za różowo mi to wygląda.

– Cóż…

– Cóż, cholera, co?

– Cóż, facet jest uparty i nie chce tego zrobić, a do tego jest udupiony robotą jako wsparcie jakiegoś gliny z Vegas.

Pete strzelił knykciami.

– Przekonamy go.

– Nie wiem. To twardziel.

Pete pstryknął papierosem. Trafił prosto w Guya. Guy podskoczył. Zdusił niedopałek. Przypalił poduszkę.

Pete zakaszlał.

– Ciebie pierwszego Carlos stuknie, jak twój chłoptaś zacznie mówić.

Włączył się gdzieś telewizor – piętro niżej. Dźwięk niósł się po ścianach: „Naród w żałobie”/ „dzielna pierwsza dama”.

Guy powiedział:

– Boję się.

– To twój, kurwa, pierwszy sensowny komentarz.

– Ale go dostaliśmy. Przez nas świat stanął na głowie.

Stary pierdoła aż się zaczerwienił. Pot i durne uśmiechy.

– Opowiedz resztę.

– Co powiesz na toast za zastrzelonego…

– Co powiesz o Rogersie i naszym zawodowym strzelcu?

Guy zakaszlał.

– No dobra, do rzeczy. Pan Hoover, jak tylko dotarła do niego wiadomość, przysłał tu Littella, a ja sam widziałem go w Wydziale Policji. Gliniarze podczas łapanki zgarnęli Rogersa, ale Littell go wypuścił i zniszczył dokumentację. Rogers miał lewe papiery, więc zdaje się, że tu jesteśmy czyści.

Usterki/poprawki…

– Ten zawodowiec. Udało mu się zwiać?

– Spokojna głowa. Dostał się do McAllen i przekroczył granicę. Zostawił wiadomość u mnie w domu w Nowym Orleanie, a ja zadzwoniłem tam i wiem, że wszystko jest cacy.

– A co z Rog…

– Siedzi w motelu w Fort Worth. Littell mówił, że świadkowie są zakręceni, opowiadają różne historie, a panu Hooverowi jak diabli zależy na udowodnieniu, że to robota mojego chłoptasia. Według Littella powinniśmy się przejmować tylko jednym gościem…

Pete rzekł:

– Mówże. Nie męcz mnie tak.

– Dobra. Littell powiedział, że jeden kolejarz prawie rozpoznał Rogersa, więc moim skromnym zdaniem powinniśmy go załatwić.

Pete pokręcił głową.

– To będzie za bardzo podejrzane. Lepiej niech wraca do roboty, jakby się nic nie stało.

– No to trochę go nastraszę.

– Nie ty. Niech ten od wsparcia to załatwi. Każ mu udawać gliniarza.

Telewizor ryczał: „Naród opłakuje”/ „samotny zabójca”.

Guy założył ręce.

– Jest jeszcze jedna sprawa.

– Gadaj już.

– No dobra. Rozmawiałem z naszym zawodowym strzelcem. Uważa, że możliwe, iż Jack Ruby się we wszystkim połapał.

Ruby: poborca haraczy/ alfons/ dawny kapuś Littella/ właściciel lokalu ze strip…

– Trzymałem tę całą ekipę w kryjówce w Oklahomie. No i Rogers zadzwonił do Ruby’ego i załatwił coś dla rozrywki. Zawodowiec powiedział, że Ruby pojawił się z dwiema panienkami i jakimś sługusem i widział karabiny na tyłach… Zaczekaj, jeszcze się tak nie podniecaj – powiedziałem temu od wsparcia, żeby przycisnął Ruby’ego i sprawdził, co wie.

Pokój gdzieś odpłynął. Wymiary się zniekształciły. Pete wziął się w garść.

Guy powiedział:

– Może trzeba będzie ich stuknąć.

Pete powiedział:

– Nie.

Guy znów się zaczerwienił. Jakby miał dostać trzeciego zawału.

– Nie? Ty, wielki gość, mówisz nie? Wielki gość mówi nie, jakby nie wiedział, że Chłopcy gadają, a gadają, że stracił ochotę na Życie…

Pete wstał. Pete strzelił kciukami. Pete wyciągnął ręce. Pete chwycił szczeble krzesła, szarpnął. Pete rozwalił krzesło w drzazgi.

Guy zlał się w spodnie. Guy, kurwa, nie wytrzymał. Plama się powiększała. Z krocza mu ciekło. Pomoczył pościel.

Pete wyszedł. Korytarz jakoś tak się rozpływał. Ściany pomagały utrzymać równowagę. Wracał do apartamentu. Zatrzymał się trzy metry przed drzwiami. Usłyszał telewizor.

Usłyszał, jak Barb szlocha. Usłyszał, jak ciska krzesłami o ściany.

4(Dallas, 22 listopada 1963)

Psie odchody na wybiegu. Striptizerka próbująca ominąć gówna. Witamy w klubie Carousel.

Gliniarze klaskali. Gliniarze pohukiwali. Gliniarze rządzili tą spelunką. Klub został zamknięty dla zwykłych śmiertelników. Właściciel kochał Jackie. Właściciel kochał JFK.

Popłaczmy więc. Przetrwajmy jakoś tę gehennę. Okażmy trochę szacunku.

Wystarczyła odznaka. Właściciel kochał gliniarzy. Sługa uniżony – Jack Ruby.

Wayne wszedł. I rzucił nazwisko Maynarda Moore’a. Ruby go posadził. Gliniarze z Dallas byli wysocy. To przez te buty na obcasach. Wayne miał ponad metr osiemdziesiąt. A przy tutejszych czuł się jak karzeł.

Estrada przylegała do wybiegu. Grał saksofon i jakiś bęben. Dwie striptizerki się rozbierały. Blondynka przypominała Lynette. Brunetka przypominała Janice.

Moore się spóźniał. W klubie było głośno. Combo grało Night Train. Wayne sączył 7 Up-a. Muzyka go wkurwiała. Łomot bębna wywoływał obrazy.

Bum – załatwia Wendella Durfee’ego. Bum – podrzuca mu spluwę.

Obok niego zakołysała się striptizerka. Miała cieliste majteczki. Prześwitywało przez nie odrastające owłosienie. Jakiś gliniarz strzelił jej gumką. Zachwiała się i poleciała w jego stronę.

Ruby krzątał się po lokalu. Oczyszczał popielniczki. Rzucał kości. Zganiał psa z wybiegu. Nalewał drinki. Podawał ogień. I wylewał żale.

Jakiś dupek zabił jego prezydenta. Dupek-bitnik podobno. A jemu samemu księgowa prysła. Przerżnęła jego kasę. Wykiwała go. Ale jego przyjaciół nie wykiwa.

Wisiał kasę urzędowi skarbowemu. Arden mówiła, że mu pomoże. Arden była cuchnącą pizdą. Arden kłamała i kradła. Arden miała fałszywy adres. A jakiś bitnik zastrzelił jego bohatera.

Wszedł Maynard Moore.

Zapiał z zachwytu. Zawył z rozkoszy. Rzucił kapeluszem. Kapelusz złapała striptizerka.

Moore podszedł do Ruby’ego. Ruby dalej pieprzył swoje. Wskoczył pomiędzy nich pies. Moore go złapał. Pocałował. Pociągnął za ogon.

Ruby się skrzywił. Chłopcze – to boli!

Moore upuścił psa. I wziął się za Ruby’ego. Popchnął go. Pstryknął w mezuzę. Zrzucił mu kapelusz.

Wayne patrzył. Moore urabiał Ruby’ego.

Szarpnął za jego krawat. Strzelił szelkami. Dźgnął go palcem w pierś. Ruby się zwijał. Ruby wpadł na automat z gumkami.

Moore szarpał go za ubranie. Ruby wyciągnął chusteczkę i otarł czoło.

Wayne podszedł. Wayne przycisnął Moore’a.

– Pete jest w mieście. Ludziom nie spodoba się to, co możesz wiedzieć, więc chyba wisisz nam parę przysług.

Wayne zakasłał. Moore się obrócił. Ruby ścisnął łańcuszek od mezuzy.

Moore się uśmiechnął.

– Wayne, to jest Jack. Jack jest jankesem, ale i tak go lubimy.

Moore miał jakąś pilną sprawę w Plano. Wayne się zgodził. Pieprzyć to. Co się odwlecze… Odłóżmy Wendella D. na później.

Ruchu praktycznie nie było. Wiatr hulał. Moore jechał swoją prywatną furą. Chevroletem 409 – chromowane rury i felgi – autostradą Stemmonsa baaaardzo szyyyybko.

Wayne trzymał się deski rozdzielczej. Moore żłopał wódę. Spaliny drażniły oczy.

Radio wyło na cały regulator. Jakiś kaznodzieja nawracał:

John F-jak-Fiutek Kennedy kochał Czerwonego Papieża. Sprzedał duszę Narodom Zżydowionym. Niech Bóg błogosławi Lee H-jak-Heros Oswalda.

Wayne ściszył. Moore ryknął śmiechem.

– Masz niską odporność na prawdę. W przeciwieństwie do twojego tatusia.

Wayne uchylił trójkątną szybkę po swojej stronie.

– Czy wszyscy gliniarze z Wydziału są tacy jak ty, czy może w twoim przypadku zrezygnowali z testu na inteligencję?

Moore mrugnął.

– Wydział Policji w Dallas jest bardzo na prawo. Jest u nas trochę ludzi z Klanu i trochę od Johna Bircha2. Tak jak w tych ulotkach kolportowanych przez twojego tatulka. „Wybierasz czerwień czy błękit, biel i czerwień?”

Wayne wyczuł nadciągający deszcz.

– On na swoich ulotkach tylko zarabia pieniądze. I nie zobaczysz go w białym prześcieradle w żadnym Pierdziuchowie w stanie Teksas.

– Z pewnością nie, co wcale mu się nie chwali.

Deszcz spadł. Deszcz ustał. Wayne odpłynął. Spaliny łaskotały w gardle. Samochód warczał monotonnie. Wayne znów przeżywał cały ten niedawny szajs.

Zachodnie Vegas: napaść pierwszego stopnia/ osiem zgłoszeń. Biały mężczyzna bije kolorowe dziwki.

Podrywał je. Zabierał do domu. Bił je i cykał fotki – a Wydział Policji Las Vegas miał to gdzieś.

On nie miał tego gdzieś. Powiedział Wayne’owi Seniorowi. Wayne Senior go wyśmiał.

Moore zjechał z autostrady. Krążył teraz po bocznych uliczkach. Włączył długie światła. Odczytywał nazwy ulic. Wjechał na nieutwardzoną drogę.

Zahaczał o krawężniki. Czytał nazwiska na skrzynkach pocztowych. Znalazł tę skrzynkę. Zatrzymał samochód.

Wayne zmrużył oczy. Dostrzegł nazwisko: „Bowers”.

Wayne się przeciągnął. Moore się przeciągnął. Moore wziął torebkę śniadaniową.

– To zajmie najwyżej dwie minuty.

Wayne ziewnął. Moore wysiadł. Wayne też wysiadł i oparł się o samochód.

Dom był obskurny. Trawnik wyschnięty. Ze ścian łuszczyła się farba i sypał tynk.

Moore wszedł na werandę. Moore zadzwonił. Otworzył jakiś mężczyzna. Moore pokazał odznakę. I wepchnął tamtego do środka. Kopniakiem zamknął drzwi.

Wayne przeciągnął się, żeby pozbyć się skurczy. Zaczął oglądać samochód. Butem ostukał felgi. Pomacał rury. Otworzył maskę. Powąchał zawory. Namierzył zapach. Wyczuł tlenki.

Jesteś teraz gliniarzem. Dobrym gliniarzem. I nie przestałeś być chemikiem.

Ktoś krzyknął. Wayne zatrzasnął maskę. Huk zagłuszył krzyk nr 2.

Rozszczekały się psy. Poruszyły się zasłony. Sąsiedzi zaczęli filować na podwórze Bowersów.

Moore wyszedł.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zatoczył się odrobinę. Starł z koszuli krew.

Wrócili do Wielkiego D. Moore żuł tytoń. Włączył radio na Wolfmana Jacka. Poruszał ustami do słów jego zawodzenia. Śpiewał bezgłośnie rhythm and bluesa.

Wjechali do Czarnogrodu. Znaleźli chatę faceta: cztery ściany z dykty połączone klejem.

Moore zaparkował na trawniku. Otarł się o szykownego lincolna. Lincoln miał otwarte okna. Wnętrze całe lśniło.

Moore splunął. I zabrudził siedzenie.

– Założę się, że kiedyś nazwą samochód na cześć Kennedy’ego. A każdy czarnuch będzie kradł i zabijał, żeby go tylko dostać.

Wayne podszedł do chaty. Moore powlókł się z tyłu. Drzwi były otwarte. Wayne zajrzał. I zobaczył kolorowego.

Facet kucał. Facet coś robił. Facet gmerał przy telewizorze. Stukał w pokrętła. Szarpał za kabel. Nie mógł się pozbyć pasów i śniegu.

Wayne zapukał. A Moore wszedł. Oblukał metę:

Naturalnej wielkości plakat JFK. Wycinki z Bobbym. Kukła Martina L. Kinga.

Facet ich spostrzegł. Wstał. Zadygotał. Zgiął się wpół.

Wayne wszedł do środka.

– Pan Jefferson?

Moore strzyknął śliną. Opluł krzesło.

– To on. Jefferson vel Jeff, vel Jeffy. Myślisz, że nie odrobiłem zadania domowego?

Jeff rzekł:

– To ja, sir.

Wayne się uśmiechnął.

– Nie ty masz kłopoty. Szukamy jednego z twoich przyja…

– Jak to się dzieje, że wy wszyscy macie takie prezydenckie nazwiska? Połowa gnojków, których zwijam, nazywa się bardziej dystyngowanie ode mnie.

– Tak, sir, to prawda, ale nie wiem, co panu odpowiedzieć, więc…

– Dorwałem raz szczeniaka, który się nazywał Roosevelt D. McKinley i nawet nie wiedział, skąd mamuśka wytrzasnęła mu takie imiona. To właśnie jest w tym wszystkim najbardziej przykre.

Jeff wzruszył ramionami. Moore go zmałpował. Zwiesił bezwładnie ręce. Wytrzeszczył oczy. Wyciągnął pałkę.

Telewizor zaszumiał. Obraz zamigotał. Pojawił się Lee H. Oswald.

Moore splunął na ekran.

– Oto facet, na którego cześć powinniście nazywać swoje czarnuszątka. Zabił mojego kumpla, J.D. Tippita, który był zajebistym białym facetem, i jest dla mnie obrazą fakt, że muszę tkwić z tobą w jednym pokoju w dniu jego śmierci.

Jeff wzruszył ramionami. Jeff spojrzał na Wayne’a. Moore zakręcił pałką. Telewizor zdechł. Zaczęły trzaskać uszkodzone lampy.

Jeff zadygotał. Zadrżały mu kolana. Wayne dotknął jego ramienia. Moore go zmałpował. Moore świsnął pałką w powietrzu.

– Ależ z was para, chłopcy. Tylko patrzeć, jak weźmiecie się za rączki.

To przeważyło…

Wayne pchnął Moore’a. Moore się potknął. Moore strącił lampę. Jeff trząsł się jak ciota. Wayne wepchnął go do kuchni.

Stali blisko siebie. Zlew ich do tego zmuszał. Wayne czubkiem buta zamknął drzwi.

– Wendella Durfee’ego nosi po kraju. Zawsze przynosi go do Dallas, więc może powiesz mi, co o tym wiesz.

– Sir, ale ja nie…

– Nie mów do mnie „sir”, tylko gadaj, co wiesz.

– Sir, to znaczy, proszę pana, nie wiem, gdzie jest Wendell. Niech skonam, jak to nieprawda.

– Robisz mnie w ciula. Przestań albo przekażę cię tamtemu twardzielowi.

– Proszę pana, ja wcale panu nie ściemniam. Nie wiem, gdzie jest Wendell.

Ściany się zatrzęsły. Pokój obok chyba walił się w gruzy. Wayne rozpoznał dźwięki:

Uderzenia pałką. Mocna stal w zetknięciu z dyktą i klejem.

Jeff się trząsł. Jeff głośno łykał ślinę. Jeff skubał skórkę przy paznokciu.

Wayne powiedział:

– Spróbujmy tak. Pracujesz w rozlewni Dr. Peppera. Dziś dostałeś wypłatę.

– Zgadza się. Niech skonam, jak…

– I wpłaciłeś ratę grzywny, którą jesteś zobowiązany spłacić na zwolnieniu warunkowym.

– Wpłaciłem, żadnej ściemy.

– Ale zostało ci trochę kasiorki. I ta kasiorka dosłownie wypala ci dziurę w kieszeni. Wendell to twój kumpel od hazardu. Na pewno gdzieś odbywa się dzisiaj gra w kości z okazji wypłaty, a ty możesz mi pokazać gdzie.

Jeff ssał paznokieć. Jeff łyyyyykał ślinę.

– To czemu ja nie biorę teraz udziału w tej grze?

– Bo dałeś większość swojej kasiorki Wendellowi.

Zabrzęczało szkło. Wayne rozpoznał dźwięk: jedno uderzenie pałką/jeden telewizor mniej.

– Wendell Durfee. Dawaj namiary albo powiem temu Teksowi, że zabawiałeś się z białymi dziećmi.

Jeff zapalił papierosa. Jeff się zakrztusił. Jeff zakaszlał dymem.

– Liddy Baines, kiedyś chodziła z Wendellem. Wiedziała, że wiszę mu kasę, więc przyszła i powiedziała, że jej eks zamierza prysnąć do Meksyku. Dałem jej ostatnie pięć dolców z mojej wypłaty.

Zatrzeszczało drewno. Zatrzęsły się ściany. Zadrżały podłogi.

– Adres?

– Róg Siedemdziesiątej Pierwszej i Dunkirk. Taki mały, biały domek, trzeci od skrzyżowania.

– A ta gra?

– Róg Osiemdziesiątej Trzeciej i Clifford. Zaułek koło magazynu.

Wayne otworzył drzwi. Jeff stanął za nim. Jeff przyjął pozycję startową. Moore zobaczył Wayne’a. Moore się ukłonił. Zamrugał.

Z telewizora nie zostało nic. Z chaty tylko pył. Ze ścian miazga i wióry.

Zrobiło się poważnie.

Moore miał spluwę do podrzucenia. Miał pompkę. Koroner był mu winny przysługę. Sfałszuje dane dotyczące rany.

Wayne’owi zaschło w ustach. Wayne poczuł mrowienie. Wayne’owi skurczyły się klejnoty.

Jechali. Zagłębiali się w Czarnogród coraz bardziej. Wpadli do chaty Liddy Baines. Nikogo nie zastali – Liddy, gdzie cię wcięło?

Stanęli przy budce telefonicznej. Moore zadzwonił na centralę. Moore spytał o Liddy Baines: żadnych listów gończych/ żadnych nakazów aresztowania/ brak samochodu.

Dojechali do rogu Osiemdziesiątej Trzeciej i Clifford. Po drodze mijali złomowiska i wysypiska śmieci. Sklepy z gorzałą i banki krwi. Meczet Mahometa nr 12.

Minęli zaułek. Dostrzegli w nim: uliczne latarnie/ twarze/ rozłożony koc.

Jeden grubas rzucił kości. Drugi zdzielił go w czoło. Jakiś chudy zgarnął gotówkę.

Moore zatrzymał się przy Osiemdziesiątej Drugiej. Moore wziął pompkę. Wayne wyciągnął swój rewolwer. Moore wetknął do uszu zatyczki.

– Jeśli tam jest, aresztujemy go. Zabierzemy w jakieś ustronne miejsce i tam stukniemy.

Wayne usiłował coś powiedzieć. Gardło mu się ścisnęło. Zapiszczał tylko. Moore mrugnął. I zarechotał.

Zbliżali się. Trzymali się w cieniu. Skuleni. Powietrze było suche. Grunt się zapadał. Wayne omal się nie przewrócił.

Weszli w zaułek. Wayne usłyszał bezsensowną paplaninę. Wayne ujrzał Wendella Durfee’ego.

Nogi się pod nim ugięły. Potknął się. Kopnął puszkę po piwie. Gracze w kości się ożywili.

Co jest?

Kto to?

O rany, to wy?

Moore wycelował. Moore wypalił. Moore trafił trzech mężczyzn. Dostali w nogi. Posiekał ich koc. Posiekał pieniądze.

Huk wystrzału – ryk dwunastki – mnóstwo decybeli w wąskim zaułku…

Wayne’owi zaparło dech. Wayne ogłuchł. Wayne oślepł. Moore strzelił w kosz. Śmietnik dosłownie poszybował.

Wayne przetarł oczy. Odzyskał częściowo wzrok. Gracze w kości wrzeszczeli. Rozproszyli się. Wendell Durfee biegł.

Moore wycelował wyżej. Trafił w ścianę. Śruciny odbijały się i świszczały. Trafiły w kapelusz Durfee’ego. Posiekały opaskę. Urwały piórko.

Durfee biegł. Wayne biegł.

Celował wysoko i w bok. Durfee zaczął mierzyć ze swojej. Wypalili. Błyski wystrzałów oświetliły wąską uliczkę. Pociski walnęły w ściany.

Wayne to widział. Wayne to czuł. Wayne kompletnie nic nie słyszał.

Strzelił. Chybił. Durfee strzelił. Durfee chybił. Płomienie z luf. Fale dźwiękowe. Zero normalnego dźwięku.

Biegli. Stanęli. Wypalili. Rzucili się sprintem.

Wayne wystrzelił sześć pocisków – cały bębenek. Durfee wystrzelił osiem pocisków – cały magazynek.

Błyski zanikły. Zero światła. Zero orientacji, dokąd iść…

Wayne się potknął.

Poślizgnął się. Przewrócił. Upadł. Najadł się piachu z zaułka. Poczuł zapach kordytu. Trafił językiem na niedopałki papierosów i pył.

Przekręcił się na plecy. Ujrzał lampy na dachach. Ujrzał błyski policyjnych kogutów. Dwa radiowozy – za jego plecami – fordy Wydziału Policji.

Usłyszał jakieś dźwięki. Wstał. Złapał oddech. Odwrócił się i zaczął iść. Jego buty chrzęściły na żwirze. Słyszał to.

Stał tam Moore. Stali gliniarze. Gracze w kości leżeli na brzuchu. Skuci w nadgarstkach/kostkach/rozpieprzeni.

Porozrywane spodnie. Oparzenia i dziury od śrutu – rany aż do samych kości.

Rzucali się. Do Wayne’a dobiegały krzyki.

Moore podszedł. Moore coś mówił. Moore wrzeszczał.

Wayne wychwycił: „Bowers”. Uszy się odetkały. Zaczął odbierać dźwięki.

Moore pokazał swoją torebkę śniadaniową. Otworzył ją. Wayne zobaczył krew i chrząstkę. Ujrzał ludzki kciuk.

5(Dallas, 23 listopada 1963)

Wieńce w oknach/ flagi/ ołtarzyki na parapetach. 8.00 rano – jeden dzień później – osiedle Glenwood Apartments kocha Jacka.

Dwie kondygnacje. Dwanaście okien od frontu. Kwiaty i gadżety związane z JFK.

Littell oparł się o wóz. Rozciągała się przed nim fasada budynku. Littell łapał słońce. Namierzył wóz Arden Smith. Namierzył jej wynajętego dostawczaka U-Haul.

Pożyczył samochód z FBI. Sprawdził Arden Smith. Wydawała się czysta. Zdobył dane jej wozu. Namierzył jej chevroleta.

Podpadła mu. Widziała strzał. Wybiegła z Wydziału Policji. Wynajęcie dostawczaka to jak przyznanie, że jest UCIEKINIERKĄ.

Mieszkała pod 2D. Sprawdził od podwórza. Jej okna wychodziły właśnie tam – żadnych flag/ żadnych błyskotek/ żadnego ołtarzyka.

Pracował do północy. Znalazł sobie kawałek miejsca w komendzie. Na drugim piętrze był istny dom wariatów. Gliniarze wałkowali Oswalda. Roiło się od kamer i dziennikarzy.

Jego numer z menelami się powiódł. Rogers uciekł. Menele nawiali bez przeszkód. Widział się z Guyem Banisterem i kazał mu przycisnąć Lee Bowersa.

Przeczytał zeznania świadków. Przejrzał notatki Wydziału Policji. Brakowało w nich pewności. Pan Hoover wydał nakaz. Do śledztwa włączyli się agenci. Materiał dowodowy wskazujący na samotnego strzelca był w porządku.

Problem stanowił Lee Oswald. Tak twierdził Guy. Guy nazywał go świrem.

Lee nie strzelał. To była robota zawodowca. Strzelał z tego samego piętra, na którym znajdował się Oswald. Rogers strzelał z miejsca przy ogrodzeniu.

Lee znał swojego łącznika z Guyem. Gliniarze i federalni pracowali nad nim całą noc. Nie podał żadnych nazwisk. Guy twierdził, że wie dlaczego.

Chłoptaś łaknął uwagi. Chłoptaś był nieźle walnięty. Chłoptaś pławił się solo w świetle jupiterów.

Littell spojrzał na zegarek – 8.16 – słońce i niskie chmury.

Policzył flagi. Policzył wieńce. Glenwood kochało Jacka. Wiedział dlaczego. On też kiedyś kochał Jacka. I kochał Bobby’ego.

Nigdy nie spotkał Jacka. Bobby’ego spotkał raz.

Usiłował do nich dołączyć. Kemper Boyd go polecał. Bobby olał takie referencje. Lojalność Boyda okazała się elastyczna. Boyd pracował dla Jacka i Bobby’ego. I pracował dla CIA.

Boyd załatwił Littellowi robotę. Ward, poznaj Carlosa Marcello.

Carlos nienawidził Jacka i Bobby’ego. Jack i Bobby odtrącili Littella. Littell zbudował na tym własną nienawiść. Dostroił do niej swą życiową filozofię.

Nienawidził Jacka. Znał Jacka. To podkopało jego wizerunek. Jack słynął z gładkiej gadki. Jack dawał czadu. Jack nie miał w sobie ani krzty prawości.

Bobby definiował prawość. Bobby żył zgodnie z prawem. Bobby karał złych ludzi. Teraz Littell nienawidził Bobby’ego. Bobby go zlekceważył. Bobby wzgardził jego szacunkiem.

Pan Hoover zapluskwił ulubione miejsca spotkań mafii. Pan Hoover wychwycił aluzje. Pan Hoover przeczuwał zamach. Nie powiedział o niczym Jackowi. Nie powiedział Bobby’emu.

Pan Hoover znał Littella. Pan Hoover wiedział o jego nienawiści. Pan Hoover zachęcił go, by zadał cios Bobby’emu.

Littell miał dowody. Dowody na to, że Joe Kennedy od lat był w zmowie z mafią. Spotkał się z Bobbym – na maleńkie pół godziny – nie dalej jak pięć dni temu.

Wpadł do jego gabinetu. Odtworzył mu nagranie. Nagranie przyszpiliło Joego Kennedy’ego. Bobby był bystry. Bobby mógł teraz powiązać nagranie z zamachem. Bobby mógł uznać nagranie za groźbę.

Ani słowa o zamachu w kontekście mafii. Nie kalaj nazwiska Kennedy. Nie kalaj świętości Jacka. Czuj się współwinny. Czuj się winny. Czuj się źleeeee.

Twoja krucjata przeciw mafii zabiła twego brata. Zabiliśmy Jacka, żeby dowalić tobie.

Littell oglądał wiadomości. Wczoraj późnym wieczorem – Air Force One ląduje w Waszyngtonie. Bobby wysiada. Bobby idzie spokojnie. Bobby pociesza Jackie.

Littell zabił Kempera Boyda. Carlos tak zarządził. Littell zastrzelił Boyda w czwartek. Bolało. Ale miał dług wobec Chłopców. Dług został spłacony.

Widział Bobby’ego i Jackie. To bolało bardziej niż Boyd…

Arden Smith wyszła.

Szła szybkim krokiem. Dźwigała torbę na ramię. Niosła spódnice i pościel. Littell podszedł. Arden podniosła wzrok. Mignął jej legitymacją.

– Tak?

– Dealey Plaza, pamięta pani? Była pani świadkiem strzelaniny.

Oparła się o dostawczaka. Upuściła torbę. Opuściła rękę ze spódnicami.

– Obserwowałem panią na komendzie. Oszacowała pani swoje szanse i wykonała ruch, a ja muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Lecz będzie pani musiała wyjaśnić, dlaczego…

– Moje informacje były niepewne. Pięć czy sześć osób słyszało to, co ja, a chciałam już mieć to z głowy.

Littell oparł się o wóz.

– A teraz się pani wyprowadza.

– Tylko chwilowo.

– Opuszcza pani Dallas?

– Tak, ale to nie ma nic wspólnego…

– Jestem pewien, że to nie ma nic wspólnego z tym, co widziała pani podczas przejazdu kawalkady, i interesuje mnie tylko, dlaczego wykradła pani swoje wstępne oświadczenie i prawo jazdy, po czym opuściła komendę bez pozwolenia.

Odgarnęła włosy do tyłu.

– Niech pan posłucha, panie…

– Littell.

– Panie Littell. Chciałam spełnić obywatelski obowiązek. Poszłam na komendę i usiłowałam złożyć anonimowe zeznanie, ale jakiś policjant mnie zatrzymał. Naprawdę przeżyłam wielki szok i chciałam jedynie wrócić do domu i zacząć się pakować.

Jej głos brzmiał efektownie. Pewnie i południowo. Słychać w nim było wykształcenie.

Littell się uśmiechnął.

– Możemy wejść do środka? Czuję się niezręcznie, rozmawiając tu, na dworze.

– W porządku, ale będzie mi pan musiał wybaczyć bałagan w mieszkaniu.

Littell się uśmiechnął. Arden się uśmiechnęła. Ruszyła przodem. Przebiegły jakieś dzieciaki. Strzelały z pistoletów zabawek. Jeden chłopiec wrzasnął:

– Nie strzelaj do mnie, Lee!

Drzwi były otwarte. W pokoju dziennym panował chaos. Wszystko spakowane, meble na wózkach.

Zamknęła drzwi. Uprzątnęła krzesła. Chwyciła kubek po kawie. Usiedli. Zapaliła papierosa. Balansowała kubkiem na dłoni.

Littell odsunął się z krzesłem. Dym mu przeszkadzał. Wyciągnął notes. Stuknął piórem.

– Co pani sądziła o Johnie Kennedym?

– Dziwne pytanie.

– Jestem tylko ciekaw. Nie wygląda mi pani na osobę, którą łatwo oczarować, i jakoś nie mogę sobie pani wyobrazić, stojącej i czekającej, aż ukaże się jakiś przejeżdżający samochodem mężczyzna.

Założyła nogę na nogę.

– Panie Littell, nie zna mnie pan. Uważam, że pańskie pytania mówią więcej o panu i pańskim stosunku do prezydenta, niż sam chciałby pan przyznać.

Littell się uśmiechnął.

– Skąd pani pochodzi?

– Z Decatur w Georgii.

– Dokąd się pani przenosi?

– Myślałam o Atlancie.

– Pani wiek?

– Zna pan mój wiek, bo sprawdził mnie pan, zanim tutaj przyszedł.

Littell się uśmiechnął. Arden się uśmiechnęła. Strząsnęła popiół do kubka.

– I myślałam, że federalni zawsze działają w parach.

– Brakuje nam ludzi. Nie planowaliśmy żadnego zamachu w ten weekend.

– Gdzie pańska broń? Wszyscy ludzie z tej agencji nosili kiedyś rewolwery.

Ścisnął pióro.

– Widziała pani moją legitymację.

– Tak, ale wyciąga pan ode mnie bzdury. Coś jest nie tak.

Pióro pękło. Atrament wyciekł. Littell wytarł ręce w marynarkę.

– Pani jest w to jakoś zamieszana. Wiedziałem już wczoraj, a teraz swoim zachowaniem jeszcze to pani potwierdziła. Będzie pani musiała mnie przekonać…

Zadzwonił telefon. Arden wpatrywała się w Littella. Aparat zadzwonił trzy razy. Wstała. Przeszła do sypialni. Zamknęła za sobą drzwi.

Littell wytarł ręce. Miał usmarowane atramentem spodnie i marynarkę. Rozejrzał się dokoła. Zlustrował pokój, dzieląc go na kwadraty.

No tak…

Komoda na wózku. Cztery szuflady – zapchane.

Wstał. Sprawdził szuflady. Wymacał skarpetki i bieliznę. Wymacał coś śliskiego – plastik wielkości jakiegoś dokumentu – wyciągnął to.

No tak…

Prawo jazdy ze stanu Missisipi – na nazwisko Arden Elaine Coates.

Adres korespondencyjny: numer pocztowej skrzynki depozytowej. Data urodzenia: 15.04.1927. W jej teksańskim prawie jazdy było: 15.04.1926.

Odłożył je. Zamknął szuflady. Usiadł szybko. Założył nogę na nogę. Zaczął bazgrać. Udawał, że robi notatki.

Arden Smith wróciła. Arden Smith uśmiechnęła się i przybrała pozę.

Littell zakaszlał.

– Dlaczego oglądała pani przejazd z Dealey Plaza?

– Stamtąd miał być najlepszy widok.

– To nie do końca prawda.

– Mówię tylko to, co usłyszałam.

– A kto pani to powiedział?

Zamrugała.

– Nikt. Przeczytałam w gazecie, kiedy podano trasę przejazdu.

– Kiedy to było?

– Nie wiem. Może miesiąc temu.

Littell pokręcił głową.

– Wcale nie. Trasę przejazdu podano przed dziesięcioma dniami.

Wzruszyła ramionami.

– Nie jestem dobra w zapamiętywaniu dat.

– Nieprawda. Jest pani w tym równie dobra jak we wszystkim, czego pani spróbuje.

– Niby skąd pan to wie? Nie zna mnie pan.

Littell wpatrywał się w nią. Dostała gęsiej skórki.

– Boi się pani i ucieka.

– To pan się boi. A to nie jest typowe grillowanie FBI.

Teraz on dostał gęsiej skórki.

– Gdzie pani pracuje?

– Pracuję jako księgowa na zlecenie.

– Nie o to pytam.

– Piszę podania i wyciągam biznesmenów z kłopotów z urzędem skarbowym.

– Pytałem: Gdzie pani pracuje?

Jej dłonie drgnęły.

– Pracuję w miejscu zwanym klubem Carousel.

Jego dłonie drgnęły. Carousel/ Jack Ruby/ człowiek mafii/ skorumpowani gliniarze.

Spojrzał na nią. Ona spojrzała na niego. Ich fale mózgowe się spotkały.

6(Dallas, 23 listopada 1963)

Środki bezpieczeństwa – do dupy. Gówno warte/ niestaranne/ niedostateczne.

Pete snuł się po komendzie. Guy załatwił mu przepustkę. Nie potrzebował jej. Jakiś palant sprzedawał fałszywki. Ten sam palant sprzedawał trawę i zdjęcia gołych panienek.

Drzwi na dole były otwarte. Palanci tacy jak tamten tłoczyli się. Wartownicy pozowali do zdjęć. Kable od kamer wiły się na chodniku. Furgonetki dziennikarzy korkowały ulicę.

Reporterzy włóczyli się dokoła. Nagrajmy prokuratora. Nagrajmy gliniarzy. Całą kupę gliniarzy – fedziów/wydziałowych/okręgowych – oni wszyscy bardzo lubią gadać.

Oswald to komuch. Oswald jest czerwony. Oswald kocha Fidela. Kocha muzykę folk. Kocha śniade panienki. Kocha Martina Lucyfera King Konga. Wiemy, że to on. Mamy jego broń. Zrobił to sam. Zdaje się, że to cwel. Nie potrafi się wysikać, jak w kibelku są inni faceci.

Pete się snuł. Pete oglądał korytarze. Szkicował rzuty poszczególnych pięter. Zmagał się z bólem głowy – bardzo dłuuuugo – skurczybyk nie dawał mu spokoju i dokuczał raz w jednym miejscu, raz w drugim.

Barb WIEDZIAŁA.

Powiedziała: „Zabiliście go. Ty, Ward i ci faceci z mafii, dla których pracujecie”.

Próbował kłamać. Nic z tego nie wyszło. Barb go przejrzała.

Powiedziała: „Wyjedźmy z Dallas”. Odparł: „Nie”. Zmyła się do klubu.

Poszedł tam. Interes się nie kręcił. Barb śpiewała trzem transwestytom. Przeszyła go wzrokiem. Wyszedł z klubu sam.

Spał sam. Barb spała w łazience.

Pete się snuł. Pete minął Wydział Zabójstw. Zatrzymał się przy pokoju 317. Różni palanci kręcili się, żądni widoku. Palanci tłoczyli się przy drzwiach. Jakiś gliniarz był tak miły i otworzył je szeroko.

I oto Oswald. Wygląda na zmarnowanego. Jest przykuty do krzesła.

Tłum się zagęścił. Gliniarz zamknął drzwi. Gruchnęły rozmowy:

Znałem J.D. On był z Klanu. J.D.? Wcale nie. Będą go musieli niedługo przenieść. Jasne – do więzienia okręgowego.

Pete się snuł. Pete unikał cieciów z wózkami. Ciecie sprzedawali kanapki. Ciecie wciskali je ludziom. Ciecie chlapali ketchupem.

Pete szkicował korytarze. Pete notował.

Jedna cela za drucianą siatką. Obok porządny areszt. Cele w piwnicy. Obok pokój dla mediów. Konferencje prasowe/ dziennikarze/ kamerzyści.

Pete się snuł. Aż ujrzał Jacka Ruby’ego. Jack rozdawał pióra wieczne w kształcie penisa.

Dojrzał Pete’a. Zastygł. Spietrał się. Upuścił swoje fiutowate pióra. Pochylił się niiisko i zaczął zbierać.

Rozpruły mu się portki. Patrzcie tylko na te kraciaste gacie…

Maynard Moore źle na niego działał.

Jego cuchnący oddech. Jego popsute zęby. Jego gadka à la Ku Klux Klan.

Spotkali się na parkingu. Siedzieli w samochodzie Guya. Przed sobą mieli kościół czarnuchów i bank krwi. Moore przyniósł sześciopak piwa. Moore wychylił jedno. I wyrzucił puszkę za okno.

Pete spytał:

– Przycisnąłeś Ruby’ego?

Moore odparł:

– No, przycisnąłem. I zdaje mi się, że on wie.

Pete przesunął siedzenie do tyłu.

Moore podniósł nogi.

– Hej, zgnieciesz mi kolana.

Guy opróżnił popielniczkę.

– Ustalmy szczegóły. Jackowi nie sposób zatkać gęby, jak już raz zacznie gadać.

Moore otworzył piwo nr 2.

– No dobra, więc wszyscy – to znaczy, ludzie z ekipy – zebrali się w motelu Jacka Zangetty’ego w Altus w Oklahomie, gdzie faceci zachowują się jak na facetów przystało, a cioty postępują jak tchórze.

Pete strzelił palcami.

– Skończ już tę prelekcję.

Moore beknął.

– Schlitz, śniadanie mistrzów.

Guy powiedział:

– Maynard, do cholery.

Moore zachichotał.

– W porządku. No więc tak: Jack R. odbiera telefon od starego kumpla Jacka Z. Wygląda na to, że ten pilot i tamten Francuz mają ochotę na cipki, a Jack R. mówi, że je przywiezie.

Pilot: Chuck Rogers. Francuz: zawodowy strzelec. Lepiej nie wymieniać nazwisk.

Pete rzekł:

– Mów dalej.

Moore powiedział:

– No dobra, więc Ruby jedzie tam ze swoim kolesiem Hankiem Killiamem i tymi panienkami, Betty McDonald i Arden jakąśtam. Betty zgadza się dać dupy, ale Arden nie, przez co ten Francuz się wkurza i staje się trochę brutalny. Uderza ją w twarz, a ona przypala go płytką kuchenki elektrycznej, po czym pryska. Ruby nie zna adresu tej Arden i podejrzewa, że babka ma całą kupę ksywek. Ale najgorsze jest to, że wszyscy oni widzieli karabiny i kukły naszego celu i mogli też zobaczyć dokładny plan Dealey Plaza.

Guy się uśmiechnął. Guy przejechał palcem po gardle, jakby je sobie podrzynał. Pete pokręcił głową. Pete’owi mignęło wspomnienie sprzed wieeeelu lat:

Wybucha bomba. Huczą płomienie. Zapalają się włosy jakiejś kobiety.

Moore beknął.

– Schlitz, najlepsze piwo z Milwaukee.

Pete rzekł:

– Załatwisz Oswalda.

Moore się zakrztusił. Aż prychnął piwem.

– Eeeeee. Nie ja. To misja dla kamikadze i mnie na nią nie poślecie, zwłaszcza że mam na głowie pewną ekstradycję, a za partnera lalusia, który za bardzo się do tego nie przykłada.

Guy przesunął siedzenie. Guy docisnął Moore’a jeszcze bardziej do tyłu.

– Ty i Tippit schrzaniliście robotę. A wisisz kasę w jednym kasynie i musisz ją w końcu oddać.

Moore otworzył piwo nr 3.

– Eeeeee. Nie zamierzam dobrowolnie pchać się w szambo tylko dlatego, że wiszę jakimś makaronom parę dolców, których braku nawet nie zauważą.

Pete się uśmiechnął.

– W porządku, Maynard. Dowiedz się tylko, kiedy go będą przenosić. My załatwimy resztę.

Moore beknął.

– To mogę zrobić. To akurat nie będzie kolidowało z moimi innymi sprawami.

Pete sięgnął za siebie. Pete otworzył tylne drzwi. Moore wysiadł. Moore się przeciągnął. Moore pomachał: pa-pa.

Guy powiedział:

– Wsiowy śmieć.

Moore odpalił swojego 409. Ruszył, paląc gumy.

Pete rzekł:

– Ja go zabiję.

Betty McDonald mieszkała w Oak Cliff – Zadupkowo, USA.

Pete zadzwonił do Wydziału Policji. Pete udał gliniarza. I zdobył jej dane: cztery zatrzymania za prostytucję/ jedno za lewy czek/ jedno za narkotyki.

Dał sobie spokój z „Arden”. Nie znał jej nazwiska.

Wpadł do baru Księżycowy Promień. Carlos miał w nim udziały. Joe Campisi przyjmował tam zakłady.

Joe miał w garści cały Wydział Policji. Gliniarze lubili się zakładać. Gliniarze przegrywali. Gliniarze zbierali forsę dla Joego. Joe zdzierał z ludzi na potęgę – dług plus dwadzieścia procent.