Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 394 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sześć sekund - Rick Mofina

Kobieta, która ukoi swój ból tylko poprzez zemstę, a spokoju u szczęścia zazna dopiero w niebie.
W Iraku zamaskowani żołnierze brutalnie mordują męża i syna angielskiej pielęgniarki. Nie zdołała im pomóc, ale ratuje życie Amerykaninowi, wierząc, że jest on jej szansą na pomszczenie śmierci najbliższych.

Udręczona matka , która rozpaczliwie poszukuje swego dziecka.
Tak jak inne matki w Kalifornii, przyjechała odebrać swego syna ze szkoły. Odkryła, że jej mąż zabrał go wcześniej i zniknął bez śladu.

Detektyw, który chce odkupić swoją winę. Policjant wszczyna prywatne śledztwo w sprawie śmierci małej dziewczynki. Trop prowadzi do szkoły, ale wtedy rozpoczyna się wyścig z czasem. Z każdą mijającą sekundą zbliża się wydarzenie, które może zmienić historię.

Troje nieznajomych połączonych wspólnym losem. Odegrają role w wydarzeniu, które może zmienić historię świata... w Sześć sekund!

Opinie o ebooku Sześć sekund - Rick Mofina

Fragment ebooka Sześć sekund - Rick Mofina

Rick Mofina

Sześć sekund

Tłumaczył Krzysztof

Łatwo zstąpić w cienie Awernu, dniem i nocą otworem stoją wrota mrocznego Plutona. Ale cofnąć swój krok ku światłu górnemu, znów ujrzeć niebo wysokie nad głową, oto sztuka największa, oto trud nad trudy.

Wergiliusz„Eneida”, przeł. Wanda Markowska, IW

PROLOG

Kobieta na ekranie ma na sobie biały, wyszywany delikatnymi paciorkami hidżab, który sięga jej do ramion. Nieskazitelnie biały szal okala twarz, podkreślając jej naturalne piękno. Lekko kiwa głową do kamery.

Rozlega się cichy sygnał i kobieta zaczyna mówić.

– Nazywam się Samara. Nie jestem dżihadystką. Jestem matką i wdową, ochrzczoną krwią mojego męża i dziecka, po tym jak zamordował ich wasz rząd.

W jej silnym, zdradzającym inteligencję głosie pobrzmiewa bliskowschodni akcent z naleciałościami ze wschodniego Londynu. Płonącymi oczami patrzy w kamerę, która powoli się oddala. Mówi wprost do publiczności, która już wkrótce będzie mogła ją obejrzeć w telewizji na całym świecie.

Milczy przez chwilę. Złożone ręce trzyma na zwykłym drewnianym stole. Na jej kciuku i serdecznym palcu połyskują pierścionki. Kamera ukazuje oprawione zdjęcie rodzinne, na którym kobiecie towarzyszą mężczyzna i chłopiec. Wszyscy się uśmiechają. Oczy kobiety są pełne radości. Ta fotografia pochodzi z innych czasów. Z innego życia. Teraz stoi obok niej niczym nagrobek jej szczęścia i świadek jej przeznaczenia.

By oddać ten ból.

Analityk wywiadu, który będzie badał tę wiadomość, nie znajdzie tu oczywistego przekazu. Żadnego granatnika na stole. Żadnego kałasznikowa obok.

Kobieta nie intonuje wersetów ze świętej księgi.

Na ścianie nie wiszą czarno-złote flagi. Nie ma tam emblematów żadnego ekstremistycznego ugrupowania. Na podłodze nie ma dywanu czy chodnika. W tle znajdują się tylko ustawione pod kątem lustra.

Nic nie zdradza miejsca, gdzie dokonano nagrania, i kto jej w tym pomaga. Kobieta może się znajdować w bezpiecznym domu na Zachodnim Brzegu Jordanu. Albo w Atenach. Może w Manili. W Paryżu, Londynie lub w Madrycie. W Casablance albo na przedmieściach jakiegoś miasta w Stanach Zjednoczonych.

– Wasi żołnierze najechali mój dom, torturowali mojego męża i syna. Kazali im patrzeć, kiedy po kolei mnie gwałcili. A potem na moich oczach zabili mi męża i dziecko. Uciekli, kiedy wasze samoloty zrzuciły bomby na moje miasto. Niosłam mego martwego syna przez ruiny na brzeg Edenu. Tam pogrzebałam jego, mego męża i moje życie. Jednak zmartwychwstałam, by dochodzić sprawiedliwości za te zbrodnie. To z ich powodu chcę wam dać mój gniew. Gniew zbolałej matki i wdowy. Z powodu tych zbrodni poznacie śmierć. Umieranie nie jest dla mnie śmiercią. Jeśli umrę, dotrzymam tylko obietnicy. Pomszczę unicestwienie mojego świata, sprowadzając śmierć na wasz. Jeśli umrę, będzie to dla mnie nagrodą i będę mogła dołączyć do męża i syna w raju. To dla nich stałam się wieczną męczennicą. To dla nich stałam się zemstą.

CZĘŚĆ PIERWSZA

„GDZIE JEST MÓJ SYN?”

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Blue Rose Creek, Kalifornia

Maggie Conlin opuściła dom, wciąż wierząc w kłamstwa. Wierzyła, że wszystko wróciło do normy. Wierzyła, że fatum, które prześladowało jej rodzinę, już zniknęło, a Logan, jej dziewięcioletni syn, pogodził się z tym, co wydarzyło się w ich domu po powrocie ojca z Iraku.

Kiedy jednak jechała do pracy, powoli zaczęła docierać do niej prawda. Ich rany – te niewidzialne – jeszcze się nie zagoiły. Kiedy rano czekała z Loganem na szkolny autobus, chłopak znowu był niespokojny.

– Kochasz tatę, prawda, mamo? – zapytał.

– Oczywiście. I to bardzo.

Logan spuścił głowę i kopnął kamyk.

– O co chodzi? – spytała.

– Boję się, że stanie się coś złego. Że weźmiecie rozwód.

Maggie ścisnęła mocno jego ramiona.

– Nie ma mowy. Ale to zrozumiałe, że masz wątpliwości. Było nam ciężko po tym, jak tata wrócił do domu. Ale to już za nami, prawda? – zapytała. Logan skinął głową. – Będziemy teraz mieszkać z tatą w naszym domu. Już zawsze. W porządku, synku?

– Tak.

– Pamiętaj, że po szkole zabieram cię na basen. Nie wracaj więc autobusem.

– Jasne. Na razie, mamo.

Logan uściskał ją tak mocno, że zabolało. Podbiegł do autobusu, a potem pomachał jej i uśmiechnął się zza szybki, zanim zniknął z jej pola widzenia.

Jadąc do centrum handlowego Liberty Valley przez Blue Rose Creek, stutysięczne miasto, położone koło hrabstwa Riverside, Maggie rozmyślała o tym, co niepokoiło jej syna. Zaparkowała swego forda focusa i podbiła kartę pracowniczą w księgarni Stobel and Chadwick, gdzie pracowała jako kierowniczka jednego z działów.

Ranek minął jej szybko, gdyż zajęła się telefonowaniem do klientów z informacjami, że przyszły już zamówione książki, pomaganiem przy wyszukiwaniu kolejnych tytułów czy prezentów oraz zmianą ekspozycji z bestsellerami. Jednak mimo nawału pracy nie mogła uciec przed prawdą. Jej rodzina poniosła olbrzymie straty z powodu zdarzeń, które zupełnie wymknęły się spod kontroli.

Jej mąż, Jake, był kierowcą. W ciągu ostatnich paru lat wciąż psuła mu się ciężarówka i mieli coraz większe problemy ze spłacaniem rachunków. Sytuacja stała się bardzo ciężka. By wyjść z długów, Jake zdecydował się na pracę dla wojska w Iraku. Było to zajęcie niebezpieczne, ale wysoko płatne. Maggie nie chciała go puścić, ale przecież potrzebowali pieniędzy.

Kiedy Jake wrócił do domu parę miesięcy temu, okazało się, że bardzo się zmienił. Zdarzało mu się milczeć ponuro przez dłuższy czas, stał się nieufny, miewał paranoiczne, trudne do wytłumaczenia napady. Coś musiało się stać w Iraku, ale nie chciał o tym mówić. Twierdził, że obejdzie się bez pomocy.

Czy to wszystko już minęło? Spłacili długi i odłożyli nawet trochę pieniędzy na konto. Jake dostawał dobre, długoterminowe zlecenia i wyglądało na to, że się uspokoił, a Maggie zaczęła wierzyć, że być może najgorsze jest już za nimi.

– Maggie, telefon do ciebie! – dobiegł do niej komunikat z głośników. Odebrała koło działu z książkami na temat historii sztuki.

– Maggie Conlin, czym mogę służyć?

– To ja.

– Jake? Gdzie jesteś?

– W Baltimore. Pracujesz dziś cały dzień?

– Tak. Kiedy będziesz w domu?

– Na weekend przyjadę do Kalifornii. Jak tam Logan?

– Tęskni za tobą.

– Ja za nim też. I to bardzo. Zajmę się nim po powrocie.

– Ja również za tobą tęsknię, Jake.

– Wiesz, muszę już kończyć.

– Kocham cię – wyznała Maggie.

Nie odpowiedział. Cisza, która panowała w słuchawce, była znakiem, że Jake wciąż niesłusznie uważa, że Maggie go zdradzała, kiedy był w Iraku. Stała tak przy telefonie w księgarni na przedmieściu, pragnąc, by jej ukochany już do niej wrócił. Pragnęła, by wszystko było tak jak dawniej.

– Kocham cię i tęsknię, Jake – powtórzyła.

– Muszę już kończyć.

Tego popołudnia dwukrotnie wymykała się do łazienki, gdzie zamykała się w toalecie i przyciskała chusteczki do mokrych oczu.

Po pracy dotarła szybko i sprawnie do szkoły Logana. Kiedy się tam pojawiła, właśnie odjeżdżały ostatnie autobusy.

Maggie wpisała się do książki w sekretariacie, a następnie ruszyła do sali, gdzie można było odebrać dzieci. Czekało tam dwóch chłopców i dwie dziewczynki pod opieką Eloise Pearce, nauczycielki odpowiedzialnej za młodych uczniów. Maggie nie dostrzegła tam Logana. Może jest w łazience?

– Dzień dobry – powitała ją z uśmiechem pani Pearce. – Pani tutaj? Przecież Logan już pojechał.

– Pojechał? Dlaczego miałby pojechać?

– Ktoś go dzisiaj wcześniej odebrał.

– Niemożliwe!

Eloise Pearce powiedziała, że osoba, która odebrała Logana, wpisała się rano do książki w sekretariacie. Maggie wróciła tam biegiem i uderzyła w dzwonek na kontuarze tak szybko, że zaraz pojawili się sekretarka i zastępca dyrektora, Terry Martens.

– Gdzie jest mój syn? Gdzie jest Logan Conlin?!

– Proszę spojrzeć, pani Conlin. – Zastępca dyrektora podsunął jej książkę. – Dziś rano odebrał go ojciec.

– Ale Jake jest w Baltimore. Parę godzin temu rozmawiałam z nim przez telefon.

Terry Martens i sekretarka wymienili spojrzenia.

– Przyjechał tu dziś rano – powiedział zastępca dyrektora. – Tłumaczył, że coś pani wypadło i nie może pani odebrać Logana.

– Co takiego?! – zawołała Maggie.

– Czy coś się stało?

Maggie oddychała ciężko, kiedy wybierała numer Jake’a na komórce, spiesząc do swego wozu. Usłyszała parę dzwonków, a potem włączyła się poczta głosowa.

– Jake, zadzwoń i powiedz, co się dzieje! Błagam!

Kiedy jechała do domu, wydawało jej się, że musi stać całą wieczność na czerwonych światłach. Zadzwoniła do domu, a kiedy włączyła się sekretarka, zostawiła wiadomość dla Jake’a. Gdy wreszcie dotarła do swojej dzielnicy, zaczęła się zastanawiać, czy nie powiadomić o wszystkim policji. I co im powiem? – pomyślała.

Lepiej sprawdzić, co dzieje się w domu. Może coś źle zrozumiała i obaj są już w domu? Może Jake dzwonił jednak z Blue Rose Creek? Ale dlaczego powiedział, że jest w Baltimore? Dlaczego skłamał?

Maggie skręciła w ulicę, przy której mieszkali, spodziewając się, że zobaczy ciężarówkę męża obok ich parterowego domu. Ulica była pusta. Wjechała na podjazd przed domem i zahamowała z piskiem. Podbiegła do drzwi i włożyła klucz do zamka.

– Logan!

Nie zauważyła plecaka syna przy drzwiach. Przeszła do jego pokoju. Ani Logana, ani jego plecaka. Przechodziła z pokoju do pokoju, na próżno szukając syna.

– Jake! Logan!

Znowu zadzwoniła do męża. A potem jeszcze raz i jeszcze. Następnie wykręciła do nauczycielki Logana i po kolei do jego kolegów. Nikt nic nie wiedział. Pobiegła do sąsiada, pana Millera, ale ten emerytowany hydraulik powiedział, że dopiero wrócił do domu. Zadzwoniła na basen do trenera Logana. I do warsztatu, w którym Jake naprawiał ciężarówkę. Nikt nic nie wiedział. Czyżby zwariowała? Nie można w ciągu paru godzin dojechać z Baltimore do Kalifornii.

Maggie zaczęła przeglądać biurko Jake’a, nie bardzo wiedząc, czego szuka. Zadzwoniła do operatora męża, by sprawdzić, czy można ustalić, skąd ostatnio dzwonił. Musiała długo przekonywać, ale w końcu powiedzieli jej, że Jake w ciągu ostatnich dwóch dni w ogóle nie korzystał z komórki. W końcu wczesnym wieczorem zadzwoniła na policję.

Oficer dyżurny starał się ją uspokoić:

– Zaraz przekażę markę i numery rejestracyjne tego wozu naszym patrolom, proszę pani. Sprawdzę też wypadki. Tyle na razie możemy zrobić.

Zapadł zmrok, Maggie straciła rachubę czasu. Nie wiedziała też, ile telefonów wykonała. Za każdym razem, kiedy jakiś samochód przejeżdżał obok, biegła do okna, przyciskając do piersi bezprzewodowy aparat. W narastającym mroku docierały do niej słowa Logana: „...stanie się coś złego...”.

ROZDZIAŁ DRUGI

Pięć miesięcy później

Faust’s Fork koło Banff, prowincja Alberta, Kanada

Haruki Ito był sam. Spacerował wzdłuż rzeki, gdy nagle zamarł w bezruchu.

Podniósł aparat do oka i wysunął długi obiektyw, aż w końcu widoczny w oddali niedźwiedź wypełnił cały celownik. Samica grizzly polowała na pstrągi w dzikiej rzece Faust River w Górach Skalistych.

Ito marzył o tym, by sfotografować niedźwiedzia grizzly w czasie swoich wakacji. Na co dzień pracował jako fotoreporter w jednej z największych tokijskich gazet, Yomiuri Shimbun. Zrobił pierwsze zdjęcie i zaczął się szykować do następnego, kiedy coś mu zamajaczyło w tle. Nastawił ogniskową i nacisnął spust aparatu. Miał przed sobą małą, wystającą z rwącego nurtu dłoń.

Ito pobiegł w kierunku brzegu, by pomóc tonącemu. Przedzierał się przez krzaki i ślizgał po mokrych od mgły skałach. Widział najpierw dłoń, potem ramię i głowę, która obracała się w wirze. Zbliżył się ostrożnie do wody, zdjął aparat i szukając oparcia dla nóg, zanurzył się stopniowo aż po talię, sięgając po ciało dziecka.

Biały chłopiec. Ma pewnie osiem albo dziewięć lat, pomyślał Ito. Był ubrany w dżinsy, bluzę i tenisówki.

Dziecko nie żyło.

Ito poczuł dojmujący smutek.

Miał już wyciągnąć chłopca na brzeg, kiedy usłyszał za sobą głośny trzask. Skrzywił się i odwrócił głowę. Nieco dalej zauważył przewrócone canoe, które uderzyło w wystającą z wody skałę. Było puste.

Ito spojrzał w górę rzeki i zadrżał.

Czy są jeszcze inne ofiary?

Pobiegł na szlak, gdzie udało mu się zatrzymać dwie kobiety – turystki z Niemiec na rowerach. W ciągu godziny strażnicy z parku rozpoczęli akcję ratunkową.

Ten obszar nosił nazwę Faust’s Fork. Był dziki, pełen górskich rzek, jezior, lasów, lodowców i szczytów, które rozciągały się na terenie Parku Narodowego Banff i ziemiach regionu Kananaskis. Przecinały go turystyczne szlaki, przy których znajdowały się obozowiska. Można było się tam dostać pieszo lub konno, za wyjątkiem kilku obozów nad rzeką, gdzie można było dojechać samochodem, a także paru odległych obozów położonych przy leśnych drogach, wykorzystywanych przez drwali.

Przedstawiciele parku potwierdzili śmierć chłopca i, w obawie, że mogą być również kolejne ofiary, poinformowali o wypadku Kanadyjską Królewską Policję Konną, eksperta medycyny sądowej, ratowników medycznych, miejscowych strażaków, strażników i innych pracowników parku. Wyznaczyli też kolejne kwartały, w których miały się toczyć poszukiwania.

Na rzece pojawiły się łodzie ratunkowe, które nie mogły jednak szukać rozbitków w rejonie, gdzie znaleziono chłopca, ponieważ rzeka płynęła tam zbyt rwącym nurtem. Utworzono ekipy ratunkowe, które przeszukiwały teren pieszo, konno i na quadach. Wszyscy mieli krótkofalówki, niektórym ekipom towarzyszyły psy. Cały obszar patrolowały helikopter i mały samolot, a także zespoły poszukiwawcze złożone z ochotników, które informowały o wszystkim turystów z Faust’s Fork.

Daniel Graham stał w obozowisku położonym na wzniesieniu w pobliżu rzeki, z którego miał doskonały widok na toczącą się z hukiem wodę, góry i niebo.

Spojrzał na mosiężną urnę, którą trzymał w dłoniach, i pogładził liście i gołębicę wygrawerowane na opasce, która biegła przez środek urny. Po chwili odkręcił jej wieko, przechylił urnę i wyrzucił jej zawartość na wiatr. Przypominające piasek popioły tańczyły przez chwilę na powierzchni rzeki, aż w końcu w niej zniknęły.

Daniel spojrzał na ośnieżone szczyty, jakby mogły one dać odpowiedź na dręczące go pytanie. Nie doczekał się jej jednak. Spokój, którego szukał, został przerwany przez łomot wirnika helikoptera, który przeleciał jakieś trzysta metrów nad rzeką. Po kilku minutach helikopter zawrócił i skierował się w przeciwnym kierunku. Pewnie kogoś szukają, pomyślał, odstawiając urnę. Spojrzał raz jeszcze na wodę, chcąc sprawdzić, co się dzieje. Po kolejnych minutach w jego obozowisku pojawili się ludzie ubrani w pomarańczowe kombinezony, którzy cały czas rozmawiali przez krótkofalówki.

– Jesteśmy ratownikami, proszę pana – wyjaśnił jeden z nich. – Na rzece wydarzył się wypadek i szukamy tych, którzy ewentualnie ocaleli. Proszę dać znać, gdyby coś pan zauważył.

– Na ile poważny? – zapytał Daniel.

Ratownicy zmierzyli go wzrokiem. Mężczyzna miał na sobie dżinsy i T-shirt. Wyglądał na około czterdzieści lat, miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i był mocno umięśniony. Jego twarz pokrywał parodniowy zarost, a mocna szczęka podkreślała intensywne spojrzenie jego głęboko osadzonych oczu.

Wyjął skórzany portfel i pokazał im złotą odznakę z koroną i wieńcami z liści klonowych, grawerowanymi słowami „Kanadyjska Królewska Policja Konna”, głową bizona i mottem: Maintiens le Droit. Identyfikator był wystawiony na nazwisko kaprala Daniela Grahama.

– Jest pan z policji konnej?

– Tak, pracuję w wydziale zabójstw w Calgary. Mam teraz wolne. Jak poważny był ten wypadek? Czy ktoś zginął?

– Z pewnością jedna osoba. Chłopak. Nie znamy jeszcze szczegółów.

– Czy są tu inne ekipy ratunkowe? Czy możecie skontaktować się z dyspozytorem?

Jeden z ratowników sięgnął po krótkofalówkę, rozmawiał przez chwilę z dyspozytorem i powiedział, że ekipy ratunkowe z Banff i Canmore są już w drodze. Inne miały się dopiero pojawić.

– Czy wiecie, kim są i gdzie znajdowały się ofiary? – zapytał Daniel.

Dyspozytor wyjaśnił przez krótkofalówkę, że znaleziono jedynie ciało około ośmio-dziesięcioletniego chłopca, który utonął kilometr w dół rzeki od obozowiska Daniela. Wyglądało na to, że przewróciło się jego canoe. Strażnicy przypuszczali, że mogą być też inne ofiary.

– Wszystko wydarzyło się bardzo niedawno – poinformował dyspozytor.

– Wobec tego pójdę brzegiem w stronę tego miejsca. Możecie je zostawić.

Członkowie ekipy ruszyli w górę rzeki, natomiast Daniel wziął parę swoich rzeczy i poszedł w przeciwną stronę. Starał się przedzierać jak najszybciej przez las i zwały kamieni. Pozwoliło mu to zapomnieć o tym, dlaczego się tu znalazł. Odsunął od siebie swoje problemy, by ratować innych.

Zatrzymał się i przez lornetkę zaczął uważnie oglądać wzburzoną wodę, skupiając wzrok na wystających z niej skałach. Wokół nich tworzyła się piana i powstające w kurtynach z kropelek wody tęczowe refleksy. Raz jeszcze usłyszał w oddali silnik helikoptera, a potem odgłos małego samolotu.

Po drodze poślizgnął się na mokrych głazach i uderzył w kolano, ale szedł dalej. Przedzierał się przez skały, stanowiące rodzaj bramy wodospadu, który nieco dalej spadał z wysokości dwóch pięter. Daniel słyszał jego huk.

Sprawdził, czy stoi pewnie, a potem zerknął głębiej. Wydawało mu się, że dostrzegł coś kolorowego pomiędzy wielkimi skałami, o które woda rozbijała się na środku rzeki, tworząc wielkie gejzery. Znalazł bezpieczne miejsce i skierował lornetkę w tamtą stronę. Woda zasłaniała mu widok, ale był niemal pewny, że za jej kurtyną znajduje się coś różowego. Znalazł lepsze miejsce, z którego widział teraz więcej szczegółów: niewielką głowę, ramię, dłoń.

To dziecko. Dziewczynka. Woda przyparła ją do skały. Za chwilę może zginąć, pomyślał.

Dziecko znajdowało się zaledwie kilkadziesiąt metrów od niego, osłaniała je kopuła rozpryskującej się wody. Za chwilę dziewczynka utonie albo też woda zepchnie ją w stronę wodospadu. Z pewnością nie przeżyje upadku.

Nie miał czasu do stracenia. Nie wziął krótkofalówki ani komórki. Nie widział też nigdzie śladu ratowników. Sam musiał podjąć decyzję.

Daniel patrzył na różowy punkt, stojąc obok huczącej rzeki, i niemal czuł w klatce piersiowej potężne uderzenia wody. Wiedział, czym ryzykuje, jeśli wejdzie do rzeki. Miał niewielkie szanse na to, by ocalić dziewczynkę. Jeśli popełni błąd, prąd zniesie go wprost na wodospad.

Jednak po tym, co się stało, nie miał już nic do stracenia.

Daniel wiedział, że prawdopodobnie nie przeżyje upadku. Chciał jednak ratować to dziecko, które nie miało żadnych szans bez jego pomocy.

Musiał wejść do wody.

Przeszedł szybko jeszcze dalej w górę rzeki. Zdjął buty, a potem położył obok swoją odznakę policyjną i lornetkę, które w wodzie mogły mu tylko przeszkadzać, i wślizgnął się do lodowatej rzeki.

Nurt wody przesuwał go do przodu. Poczuł przypływ adrenaliny, gdy przemieszczał się od skały do skały, wciąż walcząc z prądem. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, kiedy uderzył nogą w podwodną skałę. Poczuł ból i na moment zanurzył się cały. Słyszał bulgotanie wody w uszach i czuł jej nacisk na żołądek.

Wynurzył się jednak, kaszląc i plując wodą. Wciągnął powietrze do płuc, a potem zaczął szukać bezpiecznego podłoża, wciąż wpatrując się w miejsce, gdzie powinna znajdować się dziewczynka. Nie widział już różowego punktu. Musiały go zakryć fontanny wody rozbijającej się o skały, która nawet w tej chwili zalewała mu oczy. Wpadł na ukrytą pod wodą skałę i na moment stracił oddech. Starał się na nią wdrapać i jej ostra krawędź przecięła mu dłoń. Daniel zanurkował i we wzburzonej wodzie dostrzegł niewielkie nóżki, które przywarły do skały przed nim. Zebrał siły i przesunął się w ich stronę. Napór wody sprawił, że przywarł do skały. Znajdował się pod wodą, nie mógł się ruszyć, nie mógł wydostać się na powierzchnię. W uszach mu dzwoniło. Zaczęło mu brakować powietrza. Pomyślał, że to już koniec.

„W górę, Daniel” – usłyszał głos żony. „Nie poddawaj się”.

Użył całej swojej siły, by zwalczyć napór wody i przesunąć się do góry. W końcu złapał powietrze i trwał przez moment przygwożdżony do skały. Po paru sekundach odzyskał świadomość i zaczął pełznąć wzdłuż skały, aż wreszcie sięgnął najdalej, jak mógł, i poczuł w dłoni małe palce, a potem dłoń i ramię dziewczynki. Przesuwał się dalej, aż w końcu znalazł się tuż przy niej.

Patrzyły na niego rozszerzone z przerażenia oczy. Jej usta były sine. Żyła, ale cała drżała. Mogła mieć pięć, najwyżej sześć lat.

Daniel przesunął się bliżej, objął ją ramieniem i odciągnął od skały. Dziewczynka miała krwawą ranę na głowie. Daniel przesunął się wraz z dzieckiem na drugą stronę skały, gdzie nurt nie był tak silny. Modlił się w duchu, by jego wysiłki nie poszły na marne.

Gdy ją trzymał, spojrzała mu w oczy. Zbliżył usta do jej ucha, by ją pocieszyć.

– Nic ci nie będzie – powiedział. – Pomogę ci. Tylko się trzymaj, po prostu się mnie trzymaj.

Dziewczynka patrzyła na niego i zaczęła poruszać ustami. Daniel przysunął do nich ucho, ale huk wody sprawiał, że nie był pewny jej słów.

– Nie... proszę... zostaw... tatusiu...

ROZDZIAŁ TRZECI

Blue Rose Creek, Kalifornia

W tej samej chwili, ponad trzy tysiące kilometrów od Faust River, Maggie Conlin zatrzymała się przed siedzibą gazety, rozmyślając o pięciu miesiącach, które minęły od zniknięcia Jake’a i Logana.

Dzień po tym wydarzeniu szeryf wysłał do niej swojego zastępcę, by sprawdzić, czy czegoś nie ukrywa, a następnie skierował Maggie do Vica Thompsona, gderliwego i wiecznie przepracowanego śledczego. Thompson powiedział jej, że Jake ma dziesięć dni od jej zażalenia na to, by podać prokuraturze okręgowej swój adres i telefon i rozpocząć postępowanie o ustalenie praw rodzicielskich. Jeśli to nie nastąpi, biuro szeryfa wyda nakaz jego aresztowania z powodu uprowadzenia dziecka. Maggie przekazała mu wszystkie dane dotyczące ich konta, karty kredytowej, szkoły, adresów mailowych i informacji medycznych.

Thompson poradził jej, żeby wzięła adwokata.

Trisha Helm, najtańsza dostępna prawniczka, reklamująca się hasłem „pierwsza wizyta za darmo”, poradziła jej, żeby wniosła pozew o rozwód i wystąpiła o przyznanie jej syna.

– Nie chcę się rozwodzić. Muszę odnaleźć Jake’a i z nim porozmawiać – odparła na to Maggie.

Trisha zaproponowała więc, by wynajęła prywatnego detektywa, i poleciła Lyle’a Billingsa z Farrow Investigations. Maggie dała mu ksero wszystkich danych, którymi dysponowała, a także czek na kilkaset dolarów. Dwa tygodnie później Billings poinformował ją, że Jake nie zarejestrował swego prawa jazdy na terenie Stanów Zjednoczonych czy Kanady, a nazwiska Logana nie ma w żadnym szkolnym rejestrze.

– Musimy założyć, że zmienili nazwisko – powiedział Billings. – To łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać. Wygląda na to, że pani mąż gdzieś się ukrył.

Agencja potrzebowała dalszych funduszy, by kontynuować poszukiwania. Maggie nie miała pieniędzy. Zostało jej tyle, by przez trzy, może cztery miesiące utrzymywać dom. Później będzie musiała go sprzedać. Ostatnio bez przerwy szukała oszczędności. Wciąż pracowała w księgarni, ale było jej coraz ciężej.

Zrezygnowała więc z usług agencji. Zaczęła samodzielne poszukiwania, spędzając większość wieczorów przed komputerem. Kontaktowała się z organizacjami zrzeszającymi kierowców ciężarówek i takimi, które poszukiwały zaginionych dzieci. Pisała o swoim problemie do biuletynów informacyjnych i na blogach. Sprawdzała strony z informacjami na temat wypadków drogowych z udziałem ciężarówek, w których zginęły dzieci w wieku Logana.

Każda nowa tragedia, o której czytała, sprawiała, że coraz bardziej ściskały jej się wnętrzności.

Chodziła na spotkania grup wsparcia. Poradzono jej, by zainteresowała swoimi poszukiwaniami media. Najpierw co parę tygodni, a potem co tydzień kontaktowała się z gazetami ze swojej listy: Los Angeles Times, Orange County Register, Riverside Press-Enterprise i niemal wszystkimi stacjami radiowymi i telewizyjnymi z południa Stanów Zjednoczonych.

– O tak, sprawdziliśmy tę sprawę – powiedział pewien producent, gryząc przy tym jabłko, po tym jak zostawiła trzy informacje. – Nasz informator twierdzi, że chociaż oficjalnie sprawa dotyczy uprowadzenia, to chodzi o prywatne, rodzinne sprawy. Bardzo mi przykro.

Dziennikarze przestali odbierać jej telefony, za wyjątkiem Stacy Kurtz, która pisała do działu kryminalnego w Star-Journal.

– Nie wydaje mi się, żebym mogła o tym jeszcze napisać, ale proszę mi dać znać, gdyby coś się wydarzyło – powtarzała, kiedy Maggie do niej dzwoniła.

Przynajmniej słuchała tego, co Maggie miała jej do powiedzenia. Maggie nigdy nie poznała Stacy Kurtz, ale jej zdjęcie pojawiało się czasami obok jej artykułów. Nosiła okulary w ciemnej oprawie, kolczyki w kształcie kół i miała uśmiech, który robił się coraz twardszy z powodu charakteru jej pracy. To, że zajmowała się strzelaninami, pożarami, utonięciami, wypadkami i innymi ludzkimi tragediami, powoli odciskało na niej swoje piętno. Czasami wyglądała na starszą, niż była.

– Nie mogę zagwarantować, że o tym napiszę, ale obiecuję, że wysłucham panią, jeśli w tej sprawie pojawi się coś nowego. – Stacy nie owijała niczego w bawełnę, gdyż zwykle miała mało czasu.

Maggie również czuła, że brakuje jej czasu.

A jeśli nigdy nie znajdzie Logana? Jeśli już nigdy się z nim nie zobaczy?

Zatrzymała się teraz przed opustoszałym, jednopiętrowym budynkiem, stojącym przy czteropasmowej ulicy, w którym mieściła się redakcja Star-Journal. Znajdował się on między Sid’s Check Cashing i Fillipo’s Menswear i wyglądał bardziej na sklep, który zbankrutował, niż na siedzibę gazety. Przy wejściu rosła palma, której liście wisiały smętnie nad drzwiami. Słaby wiatr z trudem poruszał niebiesko-biało-czerwoną flagę na dachu, gdzie ze starego klimatyzatora sączyła się rdzawa woda i spływała po ścianie budynku.

Dla ludzi z Blue Rose Creek Star-Journal stanowił wrzód na ciele miasta, którego trzeba było się pozbyć. Dla Maggie był on ostatnią szansą na znalezienie Logana, ponieważ jej nadzieja blakła coraz bardziej z każdym dniem, tak jak flaga na dachu budynku. Przyszła tu jednak dzisiaj, nie mając nic prócz modlitwy.

– Czym mogę służyć? – spytała otyła kobieta we wzorzystej sukni, siedząca za biurkiem w pobliżu kontuaru.

Inne biurka stały dalej, ustawione jedno przy drugim jak w typowej redakcji. Było ich kilkanaście, większość wolnych. Kilku dziennikarzy o ponurych twarzach było skoncentrowanych na monitorach swoich komputerów i prowadzonych rozmowach telefonicznych.

Na brudnobiałych ścianach wisiały mapy, pierwsze strony gazet, fotografie i różne nagłówki. W kącie popiskiwał odbiornik do wychwytywania komunikatów policyjnych, stojący obok trzech telewizorów, nastawionych na najważniejsze programy informacyjne. Na końcu redakcji, w przeszklonym pomieszczeniu jakiś łysiejący mężczyzna z poluzowanym krawatem kłócił się z młodzieńcem z aparatem fotograficznym na ramieniu.

– Chciałabym rozmawiać ze Stacy Kurtz – powiedziała Maggie.

– Jest pani umówiona?

– Nie, ale...

– Nazwisko?

– Conlin. Maggie Conlin.

– Maggie Conlin? – powtórzyła otyła recepcjonistka, a potem spojrzała na kobietę, która rozmawiała właśnie przez telefon.

– Nie, wykluczone! – powiedziała kobieta do słuchawki zdecydowanym głosem i wpisała coś do komputera, zerkając jednocześnie na Maggie. – Wasz rzecznik powiedział mi coś innego na miejscu przestępstwa. Niech pan powie śledczemu Wycheskiemu, żeby zadzwonił na moją komórkę. Tak, Stacy Kurtz ze Star-Journal. Jeśli nie zadzwoni, uznam to za potwierdzenie tej informacji.

Stacy Kurtz, która w niewielkim stopniu przypominała siebie ze zdjęcia, wpisała coś jeszcze do komputera, a potem podeszła do kontuaru.

– Stace, to jest Maggie Conlin – powiedziała kobieta we wzorzystej sukience. – Nie jest umówiona, ale chce z tobą porozmawiać.

Stacy Kurtz wyciągnęła dłoń do Maggie.

– Tak, tak, kojarzę nazwisko...

– Mój mąż zniknął wraz z synem parę miesięcy temu.

– Właśnie, dziwny przypadek uprowadzenia. Czy wydarzyło się coś nowego?

– Nie. Mój mąż... – Maggie ścisnęła uchwyt torebki. – Czy możemy porozmawiać na osobności?

Stacy spojrzała na nią, jakby chciała się upewnić, czy nie zmarnuje czasu. Obróciła się w stronę przeszklonego pomieszczenia, gdzie łysiejący mężczyzna wciąż kłócił się z fotoreporterem, i zagryzła wargi.

– Bardzo proszę, chcę z panią porozmawiać – nalegała Maggie.

– Dobrze, ale mam tylko dwadzieścia minut.

– Dziękuję.

– Della, powiedz Perry’emu, że poszłam na kawę.

– Masz komórkę? – upewniła się Della.

– Tak.

– Włączoną?

– Tak!

– Naładowaną?

– Na razie, Della.

Jakiś czas później Stacy Kurtz siedziała na ławce parę ulic od budynku gazety i sącząc kawę, stukała długopisem w swój notes. Nad ich głowami krzyczały mewy, a Maggie starała się wyjaśnić, co ją dręczy.

– Nie wydarzyło się nic nowego, prawda? – przerwała jej Stacy.

– Nie, ale miałam nadzieję, że teraz, po tych wszystkich miesiącach, będzie pani o tym mogła napisać.

– Nie wydaje mi się.

– Bardzo proszę. Mogłaby pani zamieścić ich zdjęcia i przekazać tę informację do wszystkich redakcji na całym świecie...

– Bardzo mi przykro, ale nie wydrukujemy tego artykułu.

– Błagam. Jest pani moją ostatnią nadzieją.

Z torebki Stacy dobiegły pierwsze gitarowe dźwięki Sweet Home Alabama i dziennikarka sięgnęła po komórkę.

– Przepraszam, muszę odebrać – rzuciła w jej stronę, a potem przez chwilę słuchała. – Dobra, będę tam za dwie minuty.

– Ale czy pani o tym napisze? – Maggie wyciągnęła kopertę w jej stronę.

– Co to takiego? – zapytała dziennikarka.

– Zdjęcia Logana i Jake’a.

Stacy machnęła ręką i zrobiła pierwszy krok w stronę biura. Maggie ruszyła za nią.

– Przecież nigdy nie mówiłam, że to opublikujemy – powiedziała Stacy.

– Niech pani porozmawia z wydawcą.

– Już to zrobiłam i w tym momencie nie jesteśmy zainteresowani tą historią.

– W tym momencie?! – wybuchnęła Maggie. – Co to znaczy?! Czy musi się stać coś strasznego, żebyście mogli o tym napisać? Czy ktoś musi zostać zabity lub znaleziony martwy?

Stacy nagle zatrzymała się przed wejściem.

Dotarły do Star-Journal. Wrzuciła papierowy kubek z resztką kawy do kosza i popatrzyła na Maggie. Nie przepadała za tym, ale potrafiła sobie radzić ze zdesperowanymi ludźmi. Polegało to na tym, że zawsze mówiła im prawdę.

– Rozmawiałam ze śledczym Thompsonem. Wspomniał coś o tym, że pani mąż miał zatarg z trenerem piłkarskim. I to już wszystko, więc ta sprawa ma wyłącznie osobisty charakter.

– Co takiego? To nieprawda.

– Bardzo mi przykro – powtórzyła Stacy.

Wszystko wokół Maggie zaczęło wirować: domy, chodnik, ruch uliczny. Oparła się o skrzynkę na korespondencję. Uniosła wyżej głowę, pragnąc powstrzymać łzy, które pojawiły się już na jej policzkach.

– Mój syn jest całym moim życiem – powiedziała. – Mąż bardzo się zmienił, kiedy pracował za granicą. To już pięć miesięcy, a obaj zniknęli bez śladu. Zaczynam tracić nadzieję, że jeszcze ich zobaczę.

Znowu zadzwoniła komórka Stacy. Dziennikarka spojrzała na numer i się rozłączyła.

– Muszę już iść.

– A co by pani zrobiła na moim miejscu? – spytała Maggie. – Byłam na policji, u adwokata i prywatnego detektywa. I wszystko na próżno. Nikt mi nie chce pomóc. Nie mam rodziny czy przyjaciół. Jestem sama. Była pani moją jedyną nadzieją. Moją ostatnią nadzieją.

– Jestem pewna, że wszystko się jakoś ułoży. Naprawdę przykro mi z powodu tego, co się stało, ale muszę już iść. – Mówiąc to, otworzyła drzwi i weszła do budynku.

Maggie stała na chodniku, a łopot flagi i metaliczny stukot masztu stanowiły requiem dla jej nadziei. Wsiadła do samochodu, a kiedy popatrzyła we wsteczne lusterko, napotkała nieznaną twarz. Zamrugała, widząc zmarszczki, które pojawiły się na jej czole. Strasznie schudła i ostatnio w ogóle się nie uśmiechała. Jak to się stało, że zmieniła się tak bardzo? Kochali się z Jakiem i stanowili szczęśliwą rodzinę. Dobrze im się razem żyło.

Maggie wybuchnęła płaczem i ukryła twarz w dłoniach. Płakała, aż ktoś zastukał w boczną szybkę. Zobaczyła Stacy Kurtz, która stała na chodniku.

Maggie opuściła szybkę.

– Wie pani... – Stacy szukała swego notesu. – Szkoda, że to się tak skończyło.

Maggie zebrała siły, patrząc, jak dziennikarka przerzuca kolejne strony. Nie chciała pokazywać, jak bardzo jest załamana.

– Nie jestem pewna, czy to pomoże, ale proszę to wziąć. – Dziennikarka zapisała coś na czystej kartce i wydarłszy ją z notesu, podała Maggie. – Niewiele osób wie o tym, czym ona się zajmuje. Nie bierze pieniędzy. Nigdzie się nie ogłasza, a kiedy chciałam o niej napisać, odmówiła. Unika rozgłosu.

Maggie wytarła lewą ręką łzy i spojrzała na kartkę: imię, nazwisko, numer telefonu.

– Kto to taki?

– Moja przyjaciółka, która pracuje w policji, twierdzi, że pomogła im odnaleźć podejrzanego o morderstwo, zlokalizowała też zaginioną nastolatkę, której szukało FBI. I dziecko, które wywieziono do Europy...

– Nie rozumiem. Czy to znaczy, że pracuje w policji?

– Nie. Potrafi wyczuć pewne rzeczy i zobaczyć coś odległego...

– To znaczy, że jest jasnowidzem?

– Kimś w tym rodzaju. Zrobi pani z tym, co zechce. – Stacy wskazała kartkę. – Jeszcze raz przepraszam, ale mamy dziś sądny dzień w pracy. I proszę mnie poinformować, gdyby coś nowego się wydarzyło. Do widzenia.

Maggie jeszcze długo patrzyła na zapisane niebieskim atramentem słowa: „Madame Fatima”. Ściskała kartkę tak mocno, jakby to była jej ostatnia deska ratunku.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Faust’s Fork w pobliżu Banff, prowincja Alberta, Kanada

Daniel wciąż trzymał dziewczynkę.

Jak długo to trwało? Pół godziny? Może godzinę? Nie miał pojęcia.

Był już zmęczony walką z rzeką, ale się nie poddawał.

Gdzie jest helikopter? Powinni już nas wypatrzyć. No, dalej!

Nie było sensu krzyczeć. Woda wciąż napierała na nich, a on był niczym sopel lodu. Obawiał się, że lada chwila straci przytomność.

Pomyślał o Norze, swojej żonie. O jej oczach. Jej uśmiechu.

To dodało mu sił.

Rzeka wciąż napierała, ale on się nie poddawał. Jego dłonie krwawiły, ale nie puszczał skały, przypominając sobie to wszystko, czego go uczono w czasie ćwiczeń w akademii policyjnej w Regina.

Nie poddawaj się. Nie odpuszczaj. Walcz do końca.

Trzymał się resztkami sił, aż w końcu poczuł, jak niebo nad nim zaczęło pulsować i drżeć.

To helikopter.

Próbował spojrzeć w górę, ale wszystko zamazywało mu się przed oczami. Jednak już po chwili ratownik obniżył się wraz z koszem ratunkowym i Daniel pomógł umieścić w nim dziewczynkę. Trzymał się skały, dopóki ratownik nie wrócił po niego. Przypiął Daniela pasami i wyciągnął go z wody. Góry wirowały mu przed oczami, gdy przelatywali nad rzeką. Kiedy wylądowali na polanie, ratownicy ściągnęli z nich mokre ubrania i owinęli kocami termoizolacyjnymi. Następnie helikopter znowu wzniósł się w powietrze.

Ratownicy zajmowali się dziewczynką, a helikopter leciał przez dolinę, która wcinała się głęboko między szczyty. Po paru minutach wylądowali na polanie koło schroniska, gdzie czekało już kilka karetek, a także czerwony helikopter służby medycznej STARS z Calgary. Daniel zauważył, że maszyna ma otwarte tylne drzwi, a jej wirnik już się obraca.

– Dziewczynka nie reaguje! – krzyknął jeden z ratowników do lekarza i sanitariuszy.

Lekarz pogotowia, pielęgniarz i pielęgniarka pracowali szybko. Mieli na sobie kaski i kombinezony. Natychmiast założyli dziewczynce wenflon i rozpoczęli resuscytację, podając jej maskę z tlenem. Przewieziono ją na wózku, a następnie helikopter ruszył do szpitala w Calgary.

Daniel pozostał na polanie. Leżał bosy i owinięty kocami, a ratownicy rozgrzewali go i opatrywali rany na rękach. Pozostali ludzie patrzyli na niego w milczeniu.

– Zawieziemy pana na badania do szpitala w Banff – zakomunikował jeden z ratowników.

Daniel potrząsnął głową, wciąż patrząc na helikopter, który leciał na wschód.

– Nic mi nie jest. Chcę wziąć udział w poszukiwaniach.

Jeden ze strażników ruszył do swego pikapa. Po chwili wrócił z pomarańczowym kombinezonem, skarpetkami i butami. Rzucił je Danielowi.

– Są suche. Powinny być dobre – powiedział. – Jak się pan przebierze, zawiozę pana do centrum poszukiwań. – Mężczyzna uścisnął dłoń Daniela. – Jestem Bruce Dawson.

Parę minut później Daniel siedział już w samochodzie na miejscu pasażera. Ruszyli leśną drogą, starając się omijać wyboje. Kiedy jechali między sosnami, Dawson poprosił kolegów przez krótkofalówkę, by zabrali rzeczy, które Daniel zostawił na brzegu rzeki, a także jego torbę z obozowiska.

– Kogo szukamy? – zapytał Daniel. – Przecież te dzieci nie przyjechały tu same.

– Tak, pomyśleliśmy też o dorosłych. Przeszukujemy teraz kolejny sektor w dole rzeki. – Dawson wpatrywał się w drogę. – Słyszałem o tym, co się działo, zanim wypatrzyli pana z powietrza. To był prawdziwy wyczyn.

Daniel nie odpowiedział, popatrzył tylko na góry.

Droga była wyboista, ale po trzydziestu minutach dotarli do chaty strażników z tego rejonu. Stała na płaskowyżu w pobliżu przebiegającego przez grań szlaku. Wcześniej mieściła się tu wybudowana z bali świerkowych kuchnia, która na początku dwudziestego wieku służyła pracownikom kopalni.

Obecnie znajdowało się tu centrum ratunkowe. Na ścianach w największej sali wisiały poznaczone na czerwono mapy. W środku pełno było ludzi, a na dużym, drewnianym stole stało kilka laptopów, leżały GPS-y i kolejne mapy. Były tam też bez przerwy dzwoniące telefony i krótkofalówki, przez które ratownicy informowali na bieżąco o stanie poszukiwań.

Daniel odnalazł łazienkę, wziął gorący prysznic i przebrał się w swoje rzeczy. Kiedy dołączył do pozostałych, pomyślał przede wszystkim o dziewczynce.

– Czy wiadomo, co się dzieje z tą małą z rzeki? – zapytał.

– Nie mieliśmy jeszcze meldunku na temat jej stanu zdrowia – odparł Dawson, podając mu kawę i kanapkę. – Wiemy, że helikopter wylądował przed chwilą w szpitalu dziecięcym w Calgary. Musimy zaczekać, a w tym czasie poinformuję pana o stanie poszukiwań.

Daniel przyjął kawę, ale podziękował za kanapkę. Dawson wskazał leżącą na stole mapę i dotknął końcem ołówka punktu przy rzece.

– Tutaj znaleziono martwego chłopca. Jest tam już policja z Banff i Canmore, a także specjalista medycyny sądowej.

– Czy wiadomo, jak się nazywa? Może jest na liście zaginionych dzieci albo szukają go rodzice?

Dawson pokręcił głową.

– Jeszcze nie. Za dużo tu możliwości. – Przesunął końcem ołówka wzdłuż rzeki. – Mamy tu sporo obozów i turystów. Sprawdzamy zarejestrowane osoby, a nasi ludzie szukają ich w obozowiskach. Jednak turyści bez przerwy się przemieszczają. Część jest na szlakach, część pojechała do Banff czy Calgary... Na wszystko trzeba czasu.

Daniel skinął ze zrozumieniem głową.

– Podzieliliśmy ten obszar na kwartały. Nasi ludzie sprawdzają wszystko z ziemi, wody i powietrza...

– Czy jest tu kapral Graham? – odezwała się z końca sali jedna z telefonistek.

– To ja. – Daniel podszedł do niej i wziął czarną słuchawkę, a następnie zakrył dłonią drugie ucho. – Dziękuję.

– Dan? Słyszeliśmy już o twoim wyczynie. Nic ci nie jest?

To był inspektor Mike Stotter, szef policji konnej południowego dystryktu Calgary.

– Wszystko w porządku.

– Zrobiłeś więcej, niż można oczekiwać w takiej sytuacji.

– To nic wielkiego.

– Bardzo mi przykro, ale mam smutne wieści...

– Co się stało?

– Mieliśmy właśnie telefon ze szpitala. Nie udało się jej odratować.

Daniel przypomniał sobie drżące ciało dziewczynki, rozszerzone ze strachu oczy, ostatnie słowa, które wciąż brzmiały mu w uszach. Zmęczonym gestem przeciągnął dłonią po twarzy.

– Daj mi tę sprawę, Mike – powiedział Daniel.

– Nie, jeszcze za wcześnie – odparł Stotter.

– W tym tygodniu kończy mi się urlop.

– Mam dla ciebie starsze sprawy. Poza tym to przecież tylko wypadek, nie ma w tym nic podejrzanego. Mogą się tym zająć ludzie Forniera z Banff.

– Chcę zająć się tą sprawą, Mike.

– Naprawdę chcesz?

– Czy dziewczynka mówiła coś może w trakcie lotu albo w szpitalu?

– Zaczekaj. Shane rozmawiał z pielęgniarzami i z lekarzem.

Daniel spojrzał na góry za oknem, czując, jak ściska się mu żołądek. Po minucie lub dwóch znowu usłyszał głos szefa.

– Nie, nic. Dlaczego pytasz?

– Bo coś mi powiedziała.

– Co takiego?

– Nie jestem do końca pewny, ale mam wrażenie, że to nie był wypadek. Dlatego to nasza robota, a ja chcę się zająć tą sprawą, Mike.

Szef zastanawiał się przez dłuższą chwilę.

– Dobra, powiem Fornierowi. Od tej chwili prowadzisz to śledztwo. Jeśli okaże się, że to tylko wypadek, przekażesz sprawę ludziom Forniera. Prell jest teraz w Canmore z innym zadaniem, więc przyślę go, żeby ci pomógł.

– Prell? Co za Prell? – zdziwił się Daniel.

– Posterunkowy Owen Prell. Trafił do nas z Medicine Hat.

– Dobra. Dzięki, Mike.

– Jesteś pewny, że sobie poradzisz? Jak do tej pory masz dwoje martwych dzieci, a może być ich więcej.

– Nic mi nie będzie.

– Więc sprawdź najpierw to miejsce, gdzie znaleziono chłopca.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Faust’s Fork w pobliżu Banff, prowincja Alberta, Kanada

Na twarzy chłopca nie było najmniejszej skazy.

Tak jakby śmierć zupełnie ją wygładziła.

Miał zamknięte oczy. Żadnego śladu na ciele. Wyglądał jak śpiący aniołek, a wiatr delikatnie pieścił jego włosy, jak matka, która chce obudzić swoje uśpione dziecko.

Bardzo przypominał dziewczynkę i zapewne był jej starszym bratem. Miał na sobie spłowiałe dżinsy, bluzę ze znakiem Canadian Rockies, a także zwykłe, ale nieznoszone sportowe buty. Mógł mieć osiem, dziewięć lat i jego ciało w worku na trupy wydawało się bardzo małe.

Kim był? Co lubił? O czym marzył? O czym myślał przed śmiercią? – zastanawiał się Daniel, klęcząc obok niego nad brzegiem rzeki. Obok stała Liz DeYoung, ekspert medycyny sądowej z Calgary.

– Co o tym sądzisz? – zapytał głośniej Daniel, by usłyszała go przez szum wody. – Wypadek? A może masz jakieś podejrzenia?

– Jeszcze za wcześnie, żeby o tym rozmawiać. – Liz pochyliła się i ostrożnie obróciła chłopca. Na rękach miała niebieskie gumowe rękawiczki. Daniel zobaczył rozbitą niczym skorupka jajka czaszkę. – To go zabiło.

– Uderzenie o skały?

– Najprawdopodobniej. Będziemy wiedzieli więcej po sekcji zwłok. W tej chwili możesz za to winić tylko naturę.

Daniel spojrzał na zegarek Liz i zapisał datę i godzinę w notesie, który pożyczył od strażników z Banff.

– Nie miał kamizelki ratunkowej – zauważył.

– Słucham?

– Dziewczynka też była bez kamizelki. Widziałaś może jakąś gdzieś w pobliżu?

– Nie. Może powiesz mi, dlaczego jesteś taki podejrzliwy?

– To tylko przeczucia – odrzekł.

– Przeczucia?

– Nieważne. Muszę jeszcze odmarznąć. Znalazłaś przy nim jakąś legitymację? A może coś szczególnego w kieszeni?

– Nie. Tylko małą latarkę i baton muesli. No dobra, wracaj do pracy. Musisz sprawdzić, kim są, i poszukać ich rodziny, żebyśmy mogli zweryfikować dane od dentysty z tym, co tu mamy. Zresztą sam wiesz najlepiej.

Daniel wiedział doskonale.

– Możemy już go zabrać? – upewniła się Liz. Miała jeszcze dużo pracy.

Daniel nie odpowiedział. Patrzył z troską na leżącego przed nim chłopca, tak że Liz się zaniepokoiła.

– Coś się stało? – zapytała. Nagle przypomniała sobie to, co ostatnio słyszała, i położyła dłoń na jego ramieniu. – Wiesz, spotkałam się z Norą tylko raz, w zeszłą Gwiazdkę. Byliśmy na przyjęciu u prokuratora generalnego. Wyszliśmy razem, pamiętasz?

Pamiętał.

– Bardzo mi przykro, że nie byłam na jej pogrzebie, ale pojechałam na konferencję do Australii.

– Nie ma sprawy.

– Jak się trzymasz? Tak naprawdę.

Daniel popatrzył najpierw na chłopca, a potem na rzekę, jakby tam właśnie znajdowała się odpowiedź. Wstał.

– Możecie go zabrać – powiedział.

Liz zamknęła torbę. Jej pomocnik zapiął worek i umieścił ciało na noszach. Następnie przymocował je do nich w trzech miejscach. Daniel patrzył na karetkę, która oddalała się wolno leśną drogą. Jej resory co chwila jęczały, chociaż kierowca prowadził naprawdę ostrożnie.

Daniel stał przez chwilę na opustoszałej polanie. Na rękach miał rękawiczki, na nogach ochraniacze na buty. Ta część nabrzeża była odgrodzona od lasu żółtą taśmą. Pracownicy laboratorium kryminalistycznego policji konnej, którzy w białych kombinezonach przeczesywali ten teren w poszukiwaniu śladów, wyglądali tu zupełnie nieziemsko. Fotoreporter robił kolejne zdjęcia głazów i rzeki.

Daniel znał podstawową zasadę, którą kierowali się śledczy z jego wydziału – śmierć w dziczy może stanowić przykrywkę doskonałego morderstwa. Dlatego takie przypadki należy traktować ze szczególną ostrożnością. Trzeba poznać wszystkie fakty, by móc w końcu dotrzeć do prawdy.

Daniel zaczął przeglądać swoje dotychczasowe notatki. Ciało odnalazł niejaki Haruki Ito, lat czterdzieści cztery, fotoreporter z Tokio. Następnie zatrzymał dwie cyklistki: Ingrid Borland, lat pięćdziesiąt jeden, bibliotekarkę z Frankfurtu, i Marlenę Zimmer, lat trzydzieści trzy, specjalistkę komputerową z Monachium. Cała trójka wyglądała na zwykłych turystów.

W ich zachowaniu nie było niczego podejrzanego.

Fotoreporter z Tokio potraktował całą rzecz ze stoickim spokojem. Wcześniej robił już zdjęcia ofiar wypadków, a także spustoszeń po przejściu tsunami, więc to zdarzenie nie zrobiło na nim większego wrażenia. Co innego obie Niemki. Próbowały ratować chłopca i były wstrząśnięte tym, co się stało. Wciąż powtarzały: „Biedne dziecko, takie biedne dziecko”.

Daniel usłyszał trzask radiostacji i spojrzał na zbliżającego się mężczyznę, który wyszedł spomiędzy wozów ratunkowych, minął grupę policjantów i świadków i zatrzymał się przy żółtej taśmie. Mądra decyzja.

– Kapral Graham?

Daniel podszedł w jego stronę. Nowo przybyły miał trzydzieści parę lat i był od niego odrobinę niższy. Miał na sobie koszulę w kratkę i dżinsy, a także skórzaną kurtkę.

– Jestem Owen Prell – przedstawił się nieznajomy. – Przysłał mnie inspektor Stotter.

Daniel uścisnął jego dłoń.

– Szybko się tu zjawiłeś.

– Byłem już w Canmore.

– Mike mówił, że pracowałeś w Medicine Hat.

– Tak, zajmowałem się tam analizą danych geograficznych. W pracy dostałem biurko obok pańskiego. Z przyjemnością będę z panem pracował.

– Jestem Daniel.

Prell skinął głową, a potem spojrzał w stronę wozów patrolowych i strażników.

– Chcieli wiedzieć, czy mogą już zwolnić świadków – rzucił. – Jak sądzisz, możemy ich puścić?

– Za chwilę – powiedział Daniel. – Ale najpierw weź ich paszporty. Sprawdzimy ich w Interpolu. Powiedz, że to formalność i że jutro je zwrócimy.

– W porządku.

Prell odszedł, a po chwili nad ich głowami pojawił się helikopter Królewskiej Policji Konnej z Edmonton. Gdy zniknął, Daniel usłyszał, że ktoś go woła. Jeden z ludzi z ekipy technicznej badającej canoe pomachał w jego stronę.

To mogło być coś ważnego.

Po chwili Daniel trzymał w dłoni małą metalową tabliczkę z napisem „Przystań Wolfe Ridge” i numerem 27. Łatwo było dopasować ten kawałek metalu do miejsca, gdzie się poprzednio znajdował na dziobie łodzi.

Ktoś wynajął to canoe.

Można więc było sprawdzić nazwisko tej osoby.

– Prell! – zawołał Daniel.

Jego współpracownik zaraz się pojawił. Daniel wydał mu dyspozycje, a on porozumiał się przez krótkofalówkę z dyspozytorem, który miał sprawdzić, kto wynajął łódź z numerem 27 z przystani Wolfe Ridge.

Po dwudziestu minutach mieli już informacje.

Łódkę wynajął niejaki Ray Tarver z Waszyngtonu. Zezwolenie na wjazd do parku obejmowało Raya, Anitę, Tommy’ego i Emily Tarverów. Mieli zająć obóz numer 131.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Faust’s Fork w pobliżu Banff, prowincja Alberta, Kanada

Obóz numer 131 znajdował się w górze Faust River, daleko od głównych szlaków. Otaczały go gęste lasy świerkowe i sosnowe. Z obozu rozciągał się wspaniały widok na rzekę i ciągnące się wzdłuż rzeki skały pasma Dziewięciu Niedźwiedzi.

Kiedy Daniel przyjechał na miejsce, nie odnalazł tam śladów życia.

Obok dużego namiotu stała stara terenówka. Obóz był typowo turystyczny: kuchenka gazowa, krzesła ogrodowe, a także cztery kamizelki ratunkowe, ułożone porządnie pod świerkiem. Jedzenie przechowywano w bezpiecznej odległości od namiotu, a na sznurze rozciągniętym między dwoma drzewami wisiały wyprane ubrania. Strażnicy zaczęli nawoływać Tarverów, ale odpowiedział im tylko szum rzeki i huk silników dwóch helikopterów.

Miejsce było opustoszałe.

Bez życia.

Daniel nakazał otoczyć obóz żółtą taśmą policyjną. Kiedy policjanci się tym zajmowali, a Prell wzywał wsparcie przez krótkofalówkę, Daniel wszedł do namiotu sam. W środku wyczuł miły zapach mydła i kremu. Miał też nieodparte wrażenie, że coś tu przerwano, ale nie mógł dokładnie określić co. Czas się tutaj zatrzymał. Popatrzył na duży śpiwór, w którym mogły spać dwie osoby. Po jego lewej stronie leżała powieść Danielle Steel, po prawej latarka.

Dalej obok siebie leżały dwa kolejne śpiwory. Na jednym znajdował się otwarty komiks ze SpongeBobem, a na drugim siedział różowy królik i z otwartymi łapkami oczekiwał powrotu właścicielki.

Daniel podniósł zabawkę i zajrzał w jej guzikowe oczy.

Westchnął i spojrzał w bok. W dwóch plecaczkach leżały kolorowe, dziecięce ubrania: koszulki, sweterki, spodnie... Dwa duże plecaki też były otwarte i wyjęto z nich część ubrań.

Wszystko wyglądało bardzo schludnie.

Daniel na próżno szukał torebki lub portfela. Turyści często chowali je gdzieś albo zostawiali w depozycie. Po zrobieniu notatek wyszedł na zewnątrz. Prell natychmiast poinformował go o tym, czego się dowiedział.

– Ta terenówka pochodzi z wypożyczalni na lotnisku w Calgary. Wynajęto ją na to samo nazwisko: Raymond Tarver. Adres też się zgadza.

– Znalazłeś coś w środku?

– Jest zamknięta.

– Więc przekaż, żeby jak najszybciej dostarczyli nam kluczyki z tej wypożyczalni. Potem niech zajmie się tym wszystkim ekipa techniczna. Zadbaj też o to, żeby nikt tutaj się nie kręcił.

Prell skinął głową, a Daniel wyciągnął dłoń w stronę nadbrzeża rzeki.

– A co z turystami z pobliskich obozów? – zapytał.

– Posłałem już naszych ludzi do najbliższych punktów – odparł Prell.

– Doskonale. Chcę, żeby powiedzieli, co robili w ciągu ostatnich godzin. I sprawdź, czy nie byli notowani.

– W porządku. Jak sądzisz, co stało się z rodzicami tych dzieci?

– Nie mam pojęcia. – Daniel jeszcze raz rozejrzał się po obozie: kamizelki ratunkowe, plastikowa lodówka, trochę śmieci obok ogniska. Żadnej wskazówki. Czy piekli kiełbaski i pianki cukrowe na ogniu? Może śpiewali skautowskie piosenki? Czy zginęli razem? – To ludzie, którzy stosują się do przepisów, zachowują bezpieczeństwo i nie chcą narażać się na ryzyko. Na razie nie wiem, co się stało – dodał.

Późnym wieczorem, kiedy Prell wyjechał do Calgary, Daniel siedział na zewnątrz i obserwował światła lamp i latarek ratowników, którzy wciąż przeczesywali teren. Był sam w obozowisku i co jakiś czas dorzucał drew do ognia. Co kilkanaście minut włączał pożyczoną krótkofalówkę, by wysłuchać kolejnych komunikatów.

Wciąż myślał o tej sprawie.

Kiedy mechanik z wypożyczalni otworzył samochód, znaleźli w nim portfel i torebkę, w której znajdowały się paszporty całej rodziny. Daniel mógł się dobrze przyjrzeć Raymondowi Tarverowi, jego żonie Anicie i dzieciom: Thomasowi i Emily, która umarła w jego ramionach.

Co tu się stało? To pytanie nie dawało mu spokoju.

Chciał wierzyć, że była to miła, amerykańska rodzina, ale wobec tego gdzie znajdowali się Ray i Anita Tarverowie?

Czyżby utopili własne dzieci?

A może utonęli razem z nimi?

Co się stało?

Czy wyjechali na wakacje i do wypadku dobrze się tu bawili? A może jednak wydarzyło się coś innego? Może mieli jakieś kłopoty? Może nie mogli się dogadać?

A co z jego własnym życiem?

W świetle ogniska widział stojącą przy wejściu do namiotu urnę.

Przeciągnął dłonią po twarzy.

Miał za sobą straszny dzień. To było ulubione miejsce Nory i przyjechał tu po to, by wrzucić do rzeki jej prochy. Chciał rzucić pracę w policji. Nie zostało mu już nic w życiu.

Zupełnie nic.

I to z jego winy.

A potem zdecydował się ratować to dziecko i gdzieś tam, kiedy szamotał się w wodzie, usłyszał głos żony. Nora powiedziała mu, żeby się nie poddawał.

Teraz już nie mógł się poddać.

Zwłaszcza po tym, jak usłyszał tajemnicze słowa Emily. Ostatnie słowa, które wypowiedziała przed śmiercią.

Nie mógł zostawić tej sprawy.

Był coś winny umarłym.

Nagle usłyszał sygnał krótkofalówki.

– Sektor siedemnasty, powtórz!

– Coś tu mamy!

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Blue Rose Creek, Kalifornia

Dochodziła pierwsza trzydzieści w nocy.

Maggie westchnęła ciężko i przeszła do sypialni. Straciła już nadzieję, że zdoła się skontaktować z Madame Fatimą. Parę razy nagrała się na jej sekretarkę, ale wszystkie jej wiadomości pozostały bez odpowiedzi.

Następnego dnia spróbuje ponownie.

Sięgnęła po narzutę i zamarła.

Co to było?

Usłyszała coś. Z dołu, od strony gabinetu dobiegły do niej jakieś dźwięki. Rozejrzała się dookoła i przez moment nasłuchiwała.

Cisza.

Była wyczerpana i chciała natychmiast zasnąć, ale gdy się tylko położyła, zwaliły się na nią najczarniejsze myśli.

Czy Jake i Logan nie żyją? Co się z nimi stało?

Po prostu podnieś słuchawkę i do mnie zadzwoń, Jake – ponaglała go w duchu. Chcę wiedzieć, że nic wam nie jest.

Dlaczego mi to robisz?

Dlaczego?

Maggie zwykle lubiła samotność, ale teraz żałowała, że nie ma przyjaciółki, z którą mogłaby pogadać. Kiedy miała sześć lat, jej matka popełniła samobójstwo, po tym jak pijany kierowca zabił jej starszą siostrę, April, gdy wracała do domu na rowerze. Ojciec wychowywał ją samotnie, aż wyszła za Jake’a. A potem związał się z młodszą kobietą, narkomanką, którą poznał na terapii.

Przeprowadzili się do Arizony i Maggie nie widziała się z nim od wielu lat. Zadzwoniła do niego, by sprawdzić, czy nie wie czegoś o Jake’u, ale rozmowa była krótka i mało owocna.

Nie.

Jake też nie miał rodziny. Jego rodzice rozwiedli się, kiedy skończył szkołę średnią. Ojciec zmarł na raka pięć lat wcześniej, a matka trzy lata po nim.

Maggie i Jake nigdy nie mieli zbyt wielu przyjaciół – wystarczało im własne towarzystwo. Razem radzili sobie ze wszystkimi problemami.

Przynajmniej do niedawna.

Co tak naprawdę stało się w Iraku?

Maggie wiedziała, że jej mąż brał udział w tajnych misjach, ale nie chciał jej niczego powiedzieć. Był tylko coraz bardziej ponury i coraz częściej zdarzały mu się napady gniewu.

Któregoś dnia pojechali do sklepu, gdzie natknęli się na Craiga Ullmana, trenera Logana. W czasie rozmowy na twarzy Jake’a pojawił się dziwny, pełen niechęci grymas. Parę dni później, gdy położyli się spać, mąż odwrócił się do niej tyłem.

– Wiem, że spałaś z Ullmanem, kiedy byłem w Iraku – powiedział.

Była oszołomiona.

Nie tylko się mylił, ale w dodatku głęboko ją zranił. Miała wrażenie, że popadł w jakieś szaleństwo. A potem zrobił jej scenę w czasie jednego z meczów. Jake przyjechał spóźniony i ruszył w stronę trybun. Logan pomachał mu z boiska. Maggie pomachała z miejsca, gdzie siedziała wraz z innymi rodzicami.

Jednak Jake podszedł wprost do Ullmana.

– Wiem wszystko, ty dupku.

Ullman spojrzał na niego zdziwiony znad swoich notatek.

– Coś się stało, Jake? – spytał.

– Pieprzyłeś moją żonę, kiedy mnie tu, kurwa, nie było!

– Co takiego?

Jake chciał go uderzyć, ale Maggie, która zdążyła do nich dotrzeć, złapała go za rękę.

– Przestań, Jake. Chodźmy do domu. Craig, bardzo mi przykro. – Maggie zerknęła przepraszająco w stronę trenera.

Jake spojrzał na nią, potem na Logana, który to wszystko widział. Wszyscy to widzieli. Jake stał przez chwilę w milczeniu, a potem opuścił dłoń i ruszył do wyjścia. Tej nocy spał w ciężarówce, zaparkowanej na podjeździe przed ich domem. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko od tych, którzy go kochali.

Maggie z Loganem przełknęli jakoś to upokorzenie. W ciągu następnych dni Jake w ogóle nie wracał do tematu tego incydentu. Wybrał się na kilka dłuższych tras, a Maggie dzwoniła do poradni psychologicznej, by znaleźć sposób na naprawienie ich życia.

Zrobiła wszystko, co mogła, by ratować rodzinę.

Nagle otworzyła oczy.

Znowu coś usłyszała.

Jakieś dźwięki.

Tym razem nieco głośniejsze.

Wstała, by sprawdzić, co dzieje się na dole.

Zeszła do holu i rozejrzała się dookoła. Poczuła dziwny niepokój, gdy skierowała się do gabinetu, który znajdował się obok salonu. Gdy tam zajrzała, nie dostrzegła niczego szczególnego, a jednak poczuła się dziwnie. Zajrzała do łazienki i sprawdziła kabinę prysznicową.

Nic.

Przeszła do pokoju Logana. Nie dostrzegła tam niczego podejrzanego, więc wróciła do gabinetu i zajrzała nieco dalej, tam, gdzie we wnęce stał komputer, a także papiery dotyczące Jake’a i Logana.

Włoski zjeżyły jej się na szyi.

Ktoś przeglądał jej papiery. Parę kartek leżało nawet na podłodze.

Czyżby ktoś był w jej domu?

Spojrzała na drzwi, wychodzące na taras. Były uchylone. Czyżby zostawiła je otwarte?

Natychmiast je zamknęła. Oczywiście zdarzało jej się, że przez roztargnienie zapominała o tym czy o owym. Jeśli drzwi były otwarte, łatwo wyjaśnić, dlaczego parę kartek leżało na podłodze. Noc była wietrzna.

Maggie pociągnęła nosem.

Co to?

Poczuła coś. Jakiś zapach, którego nie udało jej się rozpoznać.

Może to nic takiego.

Czyżby była tak zmęczona, że umysł zaczął jej płatać figle?

Co gorsza, nie potrafiła nad tym zapanować. Wciąż wydawało jej się, że ktoś był w mieszkaniu.

Aż podskoczyła, kiedy nagle zadzwonił jej telefon.

Kto może do niej dzwonić o tej porze?

Najpierw poczuła nadzieję, a potem strach chwycił ją w swoje szpony. Sięgnęła po słuchawkę.

– Halo?

Jej słowa utknęły w głuchej ciszy. Ekran identyfikacji numeru wskazywał numer zastrzeżony.

– Halo? Kto mówi?

Nikt nie mówił. Nie słyszała nawet oddechu czy jakichś odgłosów w tle. Tylko ciszę.

– Do kogo pan dzwoni?

Przez okno zobaczyła samochód, który przejechał na światłach postojowych.

Co się dzieje?

Odłożyła słuchawkę i ukryła twarz w drżących dłoniach.

Czyżby zwariowała?

ROZDZIAŁ ÓSMY

Waszyngton

Na północ od Białego Domu, za Kapitolem i Pomnikiem Waszyngtona, Carol Mintz analizowała możliwe zagrożenia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

Zbliżająca się wizyta papieża sprawiła, że sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta.

Jej szef powiedział, że powinna uważać na wszystko, zadbać o każdy szczegół i nie dać się zwieść pozorom.

Jasne. Żaden problem. Przecież tym właśnie zajmowali się dwadzieścia cztery godziny na dobę przez okrągły tydzień. I tak bez przerwy. Ich praca nigdy się nie kończyła.

Mintz spojrzała na ekran komputera i zaczęła przeglądać tajny raport z ambasady w Libii.

Francuski wywiad zdołał podsłuchać znajdujących się pod Trypolisem algierskich rebeliantów. Rozmowa wskazywała, że do wybrzeża USA zbliża się jakiś niebezpieczny ładunek wysłany z Afryki.

Nie mieli żadnych innych informacji.

Mintz, jako samodzielny analityk, sprawdziła archiwum, co potwierdziło jej podejrzenia. Najpierw, parę tygodni wcześniej, dotarła do niej wiadomość o podejrzanym parowcu wysłanym z Tangeru, na pokładzie którego znajdowały się najprawdopodobniej narkotyki z Etiopii. Według najświeższych wiadomości ten statek przedostał się przez Kanał Sueski, przepłynął przez Ocean Indyjski i znajdował się w tej chwili prawdopodobnie gdzieś na Pacyfiku.

Te wiadomości wciąż nie były potwierdzone.

Skąd więc ten kolejny sygnał?

Ludzie z Trypolisu radzili zaczekać na następne wiadomości.

No tak, czekał ją kolejny długi dzień w pracy.

Jej biuro znajdowało się w dawnej bazie marynarki wojennej, znanej jako Nebraska Avenue Complex. Na działce, która zajmowała trzydzieści osiem akrów, stało kilkadziesiąt budynków. Były zlokalizowane nieopodal Centrum Bezpieczeństwa Narodowego, jakieś dwadzieścia dwa kilometry od miejsca, gdzie samolot terrorystów uderzył w Pentagon.

Zadanie biura polegało na tym, by nie dopuścić do jakichkolwiek ataków w przyszłości.

Carol analizowała różne zagrożenia, a potem porównywała swoje dane z wynikami innych tajnych agencji rządowych: CIA, FBI, DIA i NSA, i innych. Jej zespół odpowiadał głównie za monitorowanie statków i samolotów.

Carol Mintz zagryzła wargi i spojrzała na poranne wydanie New York Timesa. Na pierwszej stronie znajdowała się informacja o tym, że zagraniczne agencje wywiadowcze odnotowały wzmożoną działalność terrorystów. Działalność wymierzoną we władze Stanów Zjednoczonych.

Taka była prawda.

Na początku tygodnia dostali informacje od wywiadu brytyjskiego i australijskiego na temat dwóch mężczyzn podejrzanych o terroryzm, którzy przelecieli boeingiem 747 z Hong Kongu do Sydney, skąd mieli połączenie do San Francisco. Powiadomiono o tym amerykańskich agentów.

Dwaj z nich uzyskali odciski palców obu mężczyzn w czasie lotu, które sprawdzono w Waszyngtonie i wykluczono możliwość ataku.

Cała operacja była tajna.

Pasażerowie ani przez moment nie podejrzewali, co się wokół nich dzieje.

Carol sięgnęła po kolejną marchewkę, kiedy na ekranie jej komputera pojawił się nowy komunikat.

Ambasada w Amsterdamie ostrzegała przed nowym niebezpieczeństwem. Aresztowany w Stambule fałszerz, który podrabiał paszporty, powiedział tureckiej policji, że na pokładzie statku znajduje się kilka ładunków wybuchowych, które zostaną zdetonowane, kiedy jednostka dotrze do Bostonu. Statek był zarejestrowany w Arubie, wypłynął z Rotterdamu i w tej chwili znajdował się już na amerykańskich wodach terytorialnych.

Carol chwyciła za słuchawkę, kiedy dostała komunikat z CIA.

Na pokładzie statku znajdowało się kilkanaście zamówionych przez Internet narzeczonych, które przemycono z Moskwy. Nie znaleziono tam żadnych materiałów wybuchowych. Obiekt nie stanowił zagrożenia. Kryminaliści często starali się podnieść swoje zasługi i opowiadali bajki w czasie przesłuchań, byle tylko dostać lżejszy wyrok.

Dzięki, Langley, że podzieliłeś się tą informacją.

Carol zaczęła masować szyję. Nawet nie przypuszczała, że jest tak spięta. Spojrzała na komunikat Narodowej Rady Do Spraw Zagrożeń.

Dziś obowiązuje alarm żółty – podwyższone ryzyko ataków terrorystycznych.

Na komputerze pojawiły się dalsze dane, dotyczące frachtowca z Afryki. Wciąż płynął przez Pacyfik w kierunku wybrzeża Stanów. Na jego pokładzie znajdowały się najprawdopodobniej narkotyki, zapewne haszysz lub khat, liściasta roślina z Etiopii.

Świetnie. Wyglądało na to, że ma już informacje z wszystkich agencji.

Mimo to przesłała dalej ten komunikat.

Trzeba dzielić się informacjami, by mieć pełny obraz. Więc jeszcze raz powędrowały one do Straży Przybrzeżnej, Urzędu Celnego, Administracji Obrotu Lekarstwami, a także ludzi z agencji w Connecticut, chociaż wszyscy i tak pewnie wiedzieli już, czego się spodziewać.

Następnie Carol zauważyła, że dostała raport z Tajnej Agencji Ochrony Dygnitarzy, odpowiedzialnej za bezpieczeństwo papieża w czasie jego zbliżającej się wizyty. Sprawdziła dane, dotyczące trasy przejazdu, odlotu, a także tego, czym powinny zająć się poszczególne agencje.

Stukała palcem w biurko i zastanawiała się nad informacjami, które do niej ostatnio dotarły.

Postanowiła przekazać je do Wydziału Analitycznego Służb Specjalnych. Doceniała to, że agencja zajmuje się wszystkim, chociaż w tej chwili jej priorytet stanowiła ochrona papieża. Było jej przykro, że dołoży jej pracy, ale miała rozkaz, by przekazywać dalej to wszystko, co do niej docierało.

Nawet informację o niepotwierdzonej dostawie narkotyków z Etiopii.

Należało mieć nadzieję, że tylko o to chodzi.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Calgary, prowincja Alberta, Kanada

Ekipa przeszukująca sektor siedemnasty znalazła ciało Anity Tarver zakleszczone między pniami drzew, które leżały w potoku wypływającym z Faust River.

Niecałe dwadzieścia cztery godziny po tym zdarzeniu nagie zwłoki kobiety leżały na metalowym wózku w sali, gdzie dokonywano sekcji zwłok, w Biurze Medycyny Sądowej w Calgary. Parę metrów obok leżały ciała jej syna i córki.

Daniel obserwował doktora Bryce’a Colliera, patologa, który wraz z asystentem przystąpił do sekcji zwłok i jednocześnie starał się wyobrazić sobie, jak wyglądało życie tej rodziny. Urodziny jej członków. Boże Narodzenia. Przygotowanie dzieci do wyjścia do szkoły. Podniecenie związane z wakacyjną wycieczką w góry. Panią Tarver, całującą dzieci na dobranoc, kiedy szły spać w namiocie.

Czy mogli się spodziewać tego, co nastąpiło?

Daniel, tak jak większość policjantów, nie lubił sekcji zwłok, ale wiedział, że stanowią one część jego pracy. W ciągu lat spędzonych w policji konnej oglądał ofiary pożarów, wypadków samochodowych, porażeń prądem, utonięć, walk na noże, strzelanin, powieszeń, uduszeń, ataków młotkami, kijami bejsbolowymi czy hokejowymi, a także ludzi, którzy zamarzli w wielkich bryłach lodu.

Jednak niezależnie od tego nie mógł się przyzwyczaić do chłodu, który panował w sali, widoku organów wewnętrznych i zapachu formaldehydu i amoniaku. Wszystko to oznaczało dla niego nieunikniony koniec.

A teraz jeszcze, bardziej niż kiedykolwiek winił siebie za śmierć swojej żony.

Kiedy sekcja się skończyła, Daniel przeszedł do biura Colliera. Bardzo lubił jego drzewko bonsai, a także ciche gulgotanie fontanny feng shui. Ich widok dodawał mu otuchy. Poza tym lubił reprodukcję obrazu Van Gogha „Montmartre, zmrok przed burzą”, która tu wisiała.

Najgorsze jeszcze przede mną, pomyślał Daniel.

Collier otworzył puszkę coli dietetycznej, wlał jej zawartość do kubka i zaczął notować w papierach, które miał przed sobą.

– Uważam, że przyczyną śmierci było uderzenie w skały i wychłodzenie. To był wypadek – powiedział doktor.

– I nie masz co do tego wątpliwości?

– Chyba że wiesz coś jeszcze, czego my nie wiemy.

– Emily próbowała powiedzieć mi coś przed śmiercią.

– Wiem. Stotter mówił, że było to niespójne.

Daniel wypuścił wolno nagromadzone w płucach powietrze.

– Prawda, Dan? – upewnił się Collier.

– Tak. Ale jak do tej pory nie znaleźliśmy ojca tych dzieci, a wszystko wskazuje na to, że był z nimi w parku.

– Myślisz, że to jego sprawka?

– Sam nie wiem, Bryce.

– Rozumiem. Cóż, na razie zakwalifikuję tę sprawę jako wypadek. – Collier napił się coli. – Potrzebuję jeszcze danych od dentysty, żeby móc dokonać ostatecznej identyfikacji. Masz kogoś z ich rodziny?

Daniel zajrzał do notatek. Kiedy Tarverowie meldowali się w parku, napisali, że w razie wypadku należy powiadomić niejakiego Jacksona Tarvera z Beltsville, w stanie Maryland.