Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 15 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 11 godz. 15 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Opis ebooka Sześć lat później - Harlan Coben

Minęło sześć lat od kiedy Jake Fisher stał w białym wiejskim kościółku i patrzył jak Natalie, miłość jego życia, wychodzi za innego mężczyznę. Przez sześć lat dotrzymywał obietnicy, jaką wymogła na nim Natalie: że zostawi ją i jej męża Todda w spokoju i nie będzie próbował nawiązać z nią kontaktu. Jednak przez tych sześć lat jego uczucia do niej nie wygasły. Jake wciąż myśli o swojej ukochanej i cudownych chwilach jakie spędzili razem w ośrodku pracy twórczej w Vermoncie. Nie może zrozumieć jej nieoczekiwanej decyzji, ani pogodzić się z jej utratą. Tak więc gdy przypadkiem natrafia w internecie na nekrolog Todda, nie może się powstrzymać i biegnie na jego pogrzeb. Tam czeka go największa niespodzianka w jego życiu.  Jake odkrywa wiele niepokojących faktów związanych z jego ukochaną Natalie, a także dowiaduje się czegoś o sobie samym. Te fakty są tak dziwne, że chwilami Jake wątpi w swoje zdrowe zmysły, a swoimi upartymi poszukiwaniami najwyraźniej budzi upiory przeszłości, gdyż nagle jego życie jest poważnie zagrożone...

Opinie o ebooku Sześć lat później - Harlan Coben

Cytaty z ebooka Sześć lat później - Harlan Coben

Jakiś student, sądząc, że chcę wziąć udział w zabawie, rzucił mi kółko. Upadło na ziemię, a ja biegłem dalej. – Facet, musisz popracować nad techniką! Zignorowałem naganę. Zbliżałem się do chevroleta, gdy zobaczyłem, że jego tylne światła się zapalają. Kierowca uruchomił silnik. Pobiegłem jeszcze szybciej. Jasne promienie słońca odbijały się od przedniej szyby, nie pozwalając mi zobaczyć kierowcy.

Fragment ebooka Sześć lat później - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

O książce

Sześć lat temu Natalie Avery, ukochana Jake’a Fishera, miłość jego życia, wyszła za innego mężczyznę. Na jej ślubie odrętwiały z bólu patrzył, jak ubrana w białą suknię składa przysięgę małżeńską. Przez sześć lat żył ze złamanym sercem, wypełniając pustkę pracą. Przez sześć lat dotrzymywał obietnicy, jaką na nim wymogła: że zostawi ją i jej męża Todda w spokoju, nie będzie jej śledził, nie będzie dzwonił ani nawet wysyłał maili. Ale jego uczucia nie wygasły. Kiedy przypadkiem natrafia w internecie na nekrolog Todda Sandersona – dziwnym zbiegiem okoliczności absolwenta College’u Lanforda, w którym sam jest wykładowcą nauk politycznych – nie może się powstrzymać i rezerwuje lot do Savannah. Na pogrzebie czeka go niespodzianka… pogrążona w żałobie wdowa to nie Natalie, ale zupełnie inna kobieta. Co więcej – żona Todda od ponad dziesięciu lat. Kim zatem była Natalie? I czy w ogóle istniała? Czy wspomnienia cudownych chwil, jakie z nią spędził, są jedynie produktem jego wyobraźni? Dlaczego wszystko, w co dotąd wierzył, okazuje się fikcją? Nikt nie pamięta Natalie, nawet bliscy przyjaciele Jake’a. Nikt nigdy nie widział ich razem. Poszukując prawdy o kobiecie, która złamała mu serce, Jake budzi upiory przeszłości i sam naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo… podobnie jak Todd, który nie umarł naturalną śmiercią, lecz został zamordowany…

HARLAN COBEN

Współczesny pisarz amerykański, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył trzecią książką Bez skrupułów, opublikowaną w 1995. Jako pierwszy współczesny autor otrzymał trzy prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą – Edgar Poe Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 od thrillera Nie mów nikomu, zekranizowanego w 2006 przez Guillaume’a Caneta. Kolejne powieści, za które otrzymał wielomilionowe zaliczki, m.in. Bez pożegnania, Niewinny, W głębi lasu, Na gorącym uczynku, Wszyscy mamy tajemnice, Zostań przy mnie, Kilka sekund od śmierci i Sześć lat później, uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. W 2014 ukaże się jego nowy thriller Missing You.

www.harlancoben.com

Tego autora

NIE MÓW NIKOMU

BEZ POŻEGNANIA

JEDYNA SZANSA

TYLKO JEDNO SPOJRZENIE

NIEWINNY

W GŁĘBI LASU

ZACHOWAJ SPOKÓJ

MISTYFIKACJA

NA GORĄCYM UCZYNKU

KLINIKA ŚMIERCI

ZOSTAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

TĘSKNIĘ ZA TOBĄ

Myron Bolitar

BEZ SKRUPUŁÓW

KRÓTKA PIŁKA

BEZ ŚLADU

BŁĘKITNA KREW

JEDEN FAŁSZYWY RUCH

OSTATNI SZCZEGÓŁ

NAJCZARNIEJSZY STRACH

OBIECAJ MI

ZAGINIONA

WSZYSCY MAMY TAJEMNICE

Mickey Bolitar

SCHRONIENIE

KILKA SEKUND OD ŚMIERCI

Jako współautor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZŁĄCZY

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2011

Tytuł oryginału: SIX YEARS

Copyright © Harlan Coben 2013

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2014

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2014

Redakcja: Beata Słama

Ilustracja na okładce: Arman Zhenikeyev/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-013-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Brada Bradbeera.

Bez ciebie, drogi przyjacielu, nie byłoby Wina.

1

Usiadłem w ostatniej ławce i patrzyłem, jak miłość mojego życia wychodzi za innego mężczyznę.

Natalie miała oczywiście na sobie białą suknię, w której wyglądała – ku mojej wiecznej udręce – wspaniale. Jej uroda zawsze była krucha, a jednocześnie emanowała spokojną siłą. Teraz, stojąc przed ołtarzem, Natalie sprawiała wrażenie eterycznej, niemal nieziemskiej.

Przygryzała dolną wargę. Przypomniały mi się te leniwe ranki, kiedy kochaliśmy się, a potem wkładała moją niebieską koszulę i schodziliśmy na dół. Siadaliśmy w kąciku jadalnym i czytaliśmy gazetę, a ona w końcu wyjmowała szkicownik i zaczynała rysować. Kiedy mnie portretowała, właśnie tak przygryzała wargę.

Do mojej piersi wdarły się dwie dłonie, złapały serce i złamały je na pół.

Po co ja tu przyszedłem?

Czy wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? Ja też nie. Natomiast wierzę w silne, więcej niż fizyczne zauroczenie od pierwszego wejrzenia. Wierzę, że czasem – raz, może dwa razy w życiu – czujesz do kogoś silny, nieodparty pociąg, silniejszy od przyciągania magnetycznego. Tak było z Natalie. Czasem na tym się kończy. Czasem to uczucie rośnie, rozpala się i zmienia w cudowny żar, niewątpliwie prawdziwy i mający trwać wiecznie.

A czasem mylisz się, biorąc to pierwsze za to drugie.

Naiwnie myślałem, że zawsze będziemy razem. Ja, który nigdy naprawdę nie wierzyłem w stały związek i robiłem, co mogłem, żeby uniknąć jego pęt, wiedziałem od razu – no, przynajmniej już po tygodniu – że przy tej kobiecie będę budził się każdego dnia. To była kobieta, którą gotów byłem chronić, narażając życie. Była tą – tak, wiem, jak ckliwie to brzmi – bez której nie mogłem żyć, która sprawiała, wydawało mi się, iż nawet zupełnie prozaiczne czynności mają głęboki sens.

Zatkajcie mi usta, dobrze?

Duchowny z gładko ogoloną głową coś mówił, ale szumiąca mi w uszach krew nie pozwalała zrozumieć jego słów. Patrzyłem na Natalie. Chciałem, żeby była szczęśliwa. To nie był tylko frazes, jedno z tych kłamstw, które często sobie mówimy, ponieważ tak naprawdę, jeśli ukochana osoba nas nie chce, to życzymy jej, żeby cierpiała. Ja naprawdę tego pragnąłem. Gdybym wierzył w to, że Natalie będzie szczęśliwsza beze mnie, pozwoliłbym jej odejść, obojętnie jak bolesny byłby to dla mnie cios. Jednak nie wierzyłem, że będzie szczęśliwsza, pomimo wszystkiego, co powiedziała czy zrobiła. A może to było tylko samousprawiedliwienie, jedno z tych kłamstw, które sobie wmawiamy?

Natalie nawet na mnie nie spojrzała, ale zauważyłem, że lekko zacisnęła usta. Wiedziała, że jestem w kaplicy. Nie odrywała oczu od swojego przyszłego męża. Miał na imię, jak niedawno odkryłem, Todd. Nienawidzę imienia Todd. Todd. Zapewne nazywają go Toddy, Todd-Man lub Toddster.

Miał zbyt długie włosy i ten czterodniowy zarost, który niektórzy uważają za modny, a inni – wśród nich ja – za prowokujący do ciosu w szczękę. Jego oczy pobieżnie i z zadowoleniem przesuwały się po gościach, zanim spoczęły… no cóż… na mnie. Zatrzymały się na sekundę, patrząc uważnie, zanim Todd zdecydował, że nie jestem wart jego zainteresowania.

Dlaczego Natalie odeszła właśnie z nim?

Pierwszą druhną była siostra Natalie, Julie. Stała na podium, trzymając bukiet w obu rękach, z zastygłym, sztucznym uśmiechem. Nie znaliśmy się, ale widziałem jej zdjęcia i słyszałem, jak rozmawiały przez telefon. Julie również wyglądała na zaskoczoną takim obrotem spraw. Próbowałem popatrzeć jej w oczy, ale miała ten nieobecny wzrok.

Znów spojrzałem na twarz Natalie i poczułem się tak, jakby w mojej piersi eksplodowało kilka małych ładunków wybuchowych. Bach, bach, bach. Człowieku, to był zły pomysł. Kiedy drużba wyjął obrączki, płuca zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Nie mogłem oddychać.

Dość.

Chyba przyszedłem tu, żeby zobaczyć to na własne oczy. Przekonałem sam siebie, że tak trzeba. Mój ojciec zmarł na atak serca pięć miesięcy temu. Nigdy nie miał problemów z krążeniem i wydawało się, że jest w całkiem dobrej formie. Pamiętam, jak siedziałem w szpitalnej poczekalni, a potem wezwano mnie do dyżurki i przekazano druzgoczącą wiadomość – a potem zapytano, zarówno tam, jak i w domu pogrzebowym, czy chcę zobaczyć zwłoki. Odmówiłem. Pomyślałem, że nie chcę pamiętać go leżącego na stole lub w trumnie. Chciałem pamiętać go takim, jakim był.

Jednak z czasem zacząłem mieć problem z zaakceptowaniem tego, że umarł. Był przecież pełen życia i energii. Dwa dni przed jego śmiercią poszliśmy na mecz hokejowy nowojorskich Rangersów – tata miał wejściówki na cały sezon – a kiedy mecz kończył się dogrywką, obaj krzyczeliśmy i wiwatowaliśmy, no więc jak mógł być martwy? Mimo woli zacząłem się zastanawiać, czy nie popełniono jakiejś pomyłki albo gigantycznego oszustwa i mój ojciec nadal żyje. Wiem, że to bez sensu, ale rozpacz potrafi igrać z człowiekiem i jeśli dasz jej choć odrobinę swobody, znajdzie ci rozmaite alternatywne odpowiedzi.

Ponadto dręczyło mnie to, że nie widziałem ciała ojca. Nie chciałem teraz popełnić tego samego błędu. Jednak – podtrzymując tę kulawą metaforę – już zobaczyłem zwłoki. Nie było powodu sprawdzać pulsu, dotykać czy pozostawać tu dłużej niż to konieczne.

Próbowałem wyjść tak niepostrzeżenie, jak się da. Nie jest to łatwe, kiedy masz metr dziewięćdziesiąt pięć i jesteś zbudowany – używając porównania Natalie – jak drwal. Mam duże dłonie. Natalie je uwielbiała. Trzymała je w swoich i wodziła po nich palcem. Mówiła, że to prawdziwe dłonie, męskie dłonie. I rysowała je, ponieważ, jak twierdziła, opowiadały moją historię – o moim robotniczym pochodzeniu, o tym, że zarabiałem jako bramkarz w miejscowym nocnym klubie, by móc studiować w College’u1 Lanforda, także o tym, że zostałem najmłodszym wykładowcą na wydziale nauk politycznych.

Chwiejnie wyszedłem z białej kaplicy na rozgrzane letnie powietrze. Lato. Czy ostatecznie to było tylko to? Letnia przygoda? Ale nie byliśmy dwojgiem napalonych dzieciaków, szukających wrażeń na letnim obozie, byliśmy dwojgiem dorosłych szukających ucieczki – ona, by malować, ja, by przygotować dysertację z nauk politycznych – którzy spotkali się, zadurzyli w sobie, a teraz nadszedł wrzesień i, no cóż, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Nasz związek miał w sobie coś nierealnego, oboje oderwaliśmy się od codziennego życia i zwyczajnych spraw z nim związanych. Może dlatego to było takie niesamowite. Może to, że spędzaliśmy razem czas tylko w tej oderwanej od rzeczywistości kapsule, czyniło nasz związek lepszym i intensywniejszym. A może wygadywałem głupoty.

Za drzwiami kaplicy usłyszałem okrzyki i brawa. To wyrwało mnie z odrętwienia. Nabożeństwo się skończyło. Todd i Natalie byli teraz panem i panią Nieogolonymi. Wkrótce przejdą nawą. Zastanawiałem się, czy zostaną obsypani ryżem. Toddowi pewnie by się to nie spodobało. Ziarna zepsułyby mu fryzurę i utkwiły w zaroście.

Nie musiałem tego oglądać.

Poszedłem za kaplicę i zniknąłem wszystkim z oczu, w chwili gdy drzwi otworzyły się na oścież. Popatrzyłem na polanę. Nie było tam nic, tylko ta polana. W oddali rosły drzewa. Domki stały po drugiej stronie wzgórza. Kaplica była częścią ośrodka pracy twórczej, w którym zatrzymała się Natalie. Ja mieszkałem nieco dalej, w ośrodku dla pisarzy. Oba były dawnymi farmami i nadal prowadzono tu trochę organicznych upraw.

– Cześć, Jake.

Odwróciłem się, słysząc znajomy głos. Niecałe trzy metry ode mnie stała Natalie. Odruchowo spojrzałem na serdeczny palec jej lewej ręki. Jakby czytając w moich myślach, podniosła ją, pokazując obrączkę.

– Gratuluję – powiedziałem. – Bardzo się cieszę, że jesteś szczęśliwa.

Zignorowała tę uwagę.

– Nie wierzę, że tu jesteś.

Rozłożyłem ręce.

– Słyszałem, że będą wspaniałe przystawki. Trudno mi się było oprzeć.

– Zabawne.

Wzruszyłem ramionami, choć moje serce rozsypało się w proch, który po chwili rozwiał wiatr.

– Wszyscy mówili, że się nie pojawisz, jednak ja wiedziałam, że przyjdziesz.

– Wciąż cię kocham.

– Wiem.

– A ty wciąż kochasz mnie.

– Nie, Jake. Widzisz?

Pokazała mi obrączkę.

– Złotko? – Zza rogu wyłonili się Todd i jego zarośnięta gęba. Zauważył mnie i ściągnął brwi. – Kto to jest?

Jednak było widać, że wie.

– Jake Fisher – przedstawiłem się. – Gratulacje z okazji ślubu.

– Gdzie ja już pana widziałem?

Zostawiłem wyjaśnienia Natalie. Uspokajająco położyła dłoń na jego ramieniu.

– Jake często był naszym modelem. Zapewne widziałeś go na niektórych rysunkach.

Todd wciąż miał ściągnięte brwi. Natalie odwróciła się do niego.

– Zostaw nas na chwilę, dobrze? – poprosiła. – Zaraz przyjdę.

Todd zerknął na mnie. Nie ruszyłem się z miejsca. Nie cofnąłem. Nie odwróciłem oczu.

– W porządku – mruknął niechętnie. – Ale nie zabaw tu długo.

Posłał mi jeszcze jedno niechętne spojrzenie i znikł za rogiem kaplicy. Natalie popatrzyła na mnie. Wskazałem opuszczone przez Todda miejsce.

– Wygląda na zabawnego faceta – powiedziałem.

– Po co tu przyszedłeś?

– Musiałem ci powiedzieć, że cię kocham. Musiałem ci powiedzieć, że nigdy nie przestanę.

– To już koniec, Jake. Pogodzisz się z tym. Nic ci nie będzie.

Nie odpowiedziałem.

– Jake?

– Co?

Lekko przechyliła głowę. Wiedziała, jak działa na mnie ten gest.

– Obiecaj mi, że zostawisz nas w spokoju.

Milczałem.

– Obiecaj, że nie będziesz nas śledził, dzwonił, ani nawet e-mailował.

Ból w mojej piersi się nasilał. Zmienił się w coś ostrego i ciężkiego.

– Obiecaj mi, Jake. Obiecaj mi, że zostawisz nas w spokoju.

Wbiła we mnie wzrok.

– Dobrze – powiedziałem. – Obiecuję.

Nie mówiąc nic więcej, Natalie ruszyła w stronę kaplicy i mężczyzny, którego właśnie poślubiła. Stałem przez chwilę, usiłując wyrównać oddech. Próbowałem wzbudzić w sobie gniew, zbagatelizować sprawę, zbyć ją wzruszeniem ramion i powiedzieć, że to jej strata, usiłowałem nawet podejść do tego dojrzale, lecz mimo to wiedziałem, że tylko odwlekam chwilę, kiedy przyjdzie mi stawić czoło rzeczywistości, w której na zawsze będę miał złamane serce.

Pozostałem na tyłach kaplicy, aż uznałem, że wszyscy sobie poszli. Wtedy się pokazałem. Duchowny z ogoloną głową stał na stopniach. Siostra Natalie, Julie, również. Położyła dłoń na moim ramieniu.

– Dobrze się czujesz?

– Super – zapewniłem ją.

Duchowny uśmiechnął się do mnie.

– Cudowny dzień na ślub, nie uważa pan? Zamrugałem w słońcu.

– Chyba tak – powiedziałem i odszedłem. Zrobiłem to, o co prosiła Natalie. Zostawiłem ją w spokoju. Myślałem o niej codziennie, ale nigdy nie zadzwoniłem, nie próbowałem się z nią skontaktować ani nawet odszukać w sieci. Dotrzymałem słowa.

Przez sześć lat.

2

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

Największa zmiana w moim życiu zaszła między piętnastą dwadzieścia dziewięć a piętnastą trzydzieści, chociaż wtedy nie mogłem o tym wiedzieć.

Właśnie skończyłem zajęcia z pierwszym rokiem poświęcone moralnym aspektom polityki. Poszedłem do wyjścia z Bard Hall. Dzień zachęcał do spaceru po kampusie. Było pogodne i słoneczne popołudnie w Massachusetts. Na trawnikach szaleli amatorzy frisbee. Studenci leżeli wszędzie, jakby porozrzucani jakąś olbrzymią dłonią. Muzyka ogłuszała. Wyglądało to jak żywcem wzięte z broszury reklamującej kampus marzeń.

Uwielbiam takie dni, ale kto ich nie lubi?

– Profesorze2 Fisher!

Odwróciłem się. Na trawie siedziało półkolem siedmioro studentów. Dziewczyna, która mnie zawołała, w środku.

– Zechce się pan do nas przyłączyć?

Machnąłem z uśmiechem ręką.

– Dziękuję za zaproszenie, ale mam konsultacje.

Poszedłem dalej. I tak bym nie został, chociaż chętnie posiedziałbym z nimi w taki piękny dzień – kto by nie chciał? Jest jednak granica między nauczycielem a uczniem i niestety, choć może zabrzmi to nieprzyjemnie, nie chciałem być nauczycielem – może wiecie o czym mówię – który zbyt często przestaje z uczniami, uczestniczy w studenckich zabawach i może nawet stawia piwo na meczach piłkarskich. Profesor powinien być pomocny i przystępny, ale nigdy nie powinien być kumplem ani rodzicem.

Kiedy dotarłem do Clark House, pani Dinsmore powitała mnie znajomym groźnym grymasem. Ta sekutnica pracowała jako sekretarka tutejszego wydziału nauk politycznych chyba od czasów administracji Hoovera. Miała ze dwieście lat, ale była humorzasta i wredna, jakby miała o połowę mniej.

– Dzień dobry, seksowna – rzuciłem do niej. – Jakieś wiadomości?

– Na twoim biurku – powiedziała pani Dinsmore. Nawet jej głos był groźnie skrzywiony. – I jak zwykle przed twoimi drzwiami stoi kolejka studentów.

– W porządku, dziękuję.

– Wygląda to jak nabór do rewii.

– Rozumiem.

– Twój poprzednik nie był tak łatwo dostępny.

– Niech pani tak nie mówi, pani Dinsmore. Kiedy byłem studentem, wciąż tu do niego przychodziłem.

– Tak, ale przynajmniej miałeś szorty odpowiedniej długości.

– Co było dla pani lekkim rozczarowaniem, no nie?

Pani Dinsmore robiła, co w jej mocy, żeby się do mnie nie uśmiechnąć.

– Zejdź mi już z oczu, dobrze?

– Niech pani przyzna.

– Chcesz kopa w zadek? Wynocha.

Posłałem jej całusa i wyszedłem tylnymi drzwiami, żeby ominąć kolejkę studentów, którzy zapisali się na konsultacje. W każdy piątek od piętnastej do siedemnastej miałem dwie godziny „pozaplanowych” konsultacji. Dwie godziny, po dziewięć minut na studenta, żadnego planu czy wcześniejszych zapisów. Wystarczyło przyjść – kto pierwszy, ten lepszy. Ściśle przestrzegaliśmy czasu. Masz dziewięć minut. Nie mniej, nie więcej, a potem minutę, żeby wyjść i wpuścić następną osobę. Jeśli ktoś potrzebował więcej czasu lub byłem jego opiekunem naukowym czy coś takiego, pani Dinsmore zapisywała go na dłuższe spotkanie.

Punktualnie o piętnastej wpuściłem pierwszą studentkę. Chciała omówić teorie Locke’a i Rousseau, dwóch politologów lepiej znanych z ich reinkarnacji w telewizyjnym serialu Zagubieni niż ze swoich teorii filozoficznych. Druga studentka przyszła tylko z jednego powodu – i nie będę owijał w bawełnę – żeby się podlizać. Czasem w takich przypadkach miałem ochotę podnieść rękę i powiedzieć: „Może zamiast tego upieczesz mi kilka ciastek?”, ale powstrzymywałem się. Trzecia przyszła wykłócać się o stopień; uważała, że należy jej się nie B+, lecz A-, podczas gdy tak naprawdę powinna otrzymać B.

I tak to szło. Niektórzy przychodzili do mojego gabinetu, żeby czegoś się nauczyć, inni zrobić dobre wrażenie, jedni ponarzekać, a drudzy pogadać – i to było w porządku. Nie osądzałem ich na podstawie tych wizyt. To byłby błąd. Każdego studenta przechodzącego przez moje drzwi traktuję jednakowo, ponieważ jesteśmy tutaj, aby uczyć, jeśli nie politologii, to może odrobiny krytycyzmu, a nawet – o rety! – życia. Gdyby studenci przychodzili do nas w pełni ukształtowani i bez żadnych problemów, jaki byłby sens tych wizyt?

– Zostawiam ocenę B plus – powiedziałem, kiedy skończyła narzekać. – Jednak założę się, że za następną rozprawkę zdołasz uzyskać lepszy stopień.

Zabrzęczał zegar stojący na moim biurku. Tak jak powiedziałem, pilnuję czasu. Była dokładnie piętnasta dwadzieścia dziewięć. Właśnie dlatego, kiedy patrzę wstecz na wszystko, co się wydarzyło, wiem dokładnie, kiedy to się zaczęło – między piętnastą dwadzieścia dziewięć a piętnastą trzydzieści.

– Dziękuję, panie profesorze – powiedziała studentka i wstała, by wyjść.

Ja również wstałem.

Mój gabinet nie zmienił się ani trochę, od kiedy cztery lata temu zostałem dziekanem, przejmując go po moim poprzedniku i mentorze, profesorze Malcolmie Humie, sekretarzu stanu jednej administracji i szefie personelu drugiej. Wciąż panowała tu ta cudowna nostalgiczna atmosfera akademickiego nieładu – stare globusy, zbyt wielkie księgi, pożółkłe rękopisy, plakaty odłażące ze ścian i oprawione w ramy portrety brodatych mężczyzn. W pokoju nie było biurka, tylko wielki dębowy stół, przy którym mogło usiąść dwanaście osób, czyli dokładnie tyle, ilu miałem magistrantów.

Każdy kąt był zagracony. Nie posprzątałem tu nie z szacunku dla mojego mentora, jak powszechnie uważano, ale dlatego że jestem leniwy i nie chciało mi się do tego zabierać. Poza tym nie miałem własnego stylu ani zdjęć rodzinnych do pokazywania. No i nie wierzyłem w bzdurne twierdzenie, że „gabinet jest odzwierciedleniem człowieka”, a nawet gdybym wierzył, to właśnie taki byłem. Uważałem, że bałagan stymuluje samorealizację. Jest coś w sterylnej czystości i porządku, co hamuje spontaniczność studenta. Bałagan zdaje się sprzyjać swobodzie wypowiedzi moich studentów, którzy najwyraźniej uważają, że skoro otoczenie jest takie zagracone i bałaganiarskie, to czy ich śmieszne pomysły mogą mu jeszcze bardziej zaszkodzić?

Jednak głównym powodem było to, że jestem leniwy i mi się nie chciało.

Oboje staliśmy przy wielkim stole, ściskając sobie dłonie. Przytrzymała moją odrobinę dłużej, niż musiała, więc pospiesznie przerwałem uścisk. Nie, to nie zdarza się cały czas. Jednak się zdarza. Teraz mam trzydzieści pięć lat, lecz kiedy zacząłem tu pracować – jako młody wykładowca po dwudziestce – dochodziło do tego częściej. Czy pamiętacie tę scenę w Poszukiwaczach zaginionej Arki, gdy studentka napisała sobie na powiekach: „Kocham cię”? Coś takiego przydarzyło mi się w pierwszym semestrze, tylko że pierwszym słowem nie było „kocham”, a drugie słowo zmieniło się z „cię” na „mnie”. Nie pochlebiam sobie. My, wykładowcy, mamy naprawdę ogromną władzę. Ci z nas, którzy tracą z tego powodu głowę albo wierzą, że są godni takiego zainteresowania (to nie seksizm, ale prawie zawsze są to mężczyźni), zazwyczaj są bardziej niedowartościowani i spragnieni rodzicielskich uczuć niż którykolwiek ze studentów.

Gdy usiadłem, czekając na następnego studenta, spojrzałem na komputer stojący na stole po prawej. Na ekranie widoczna była główna strona college’u, typowo akademicka, jak sądzę. Po lewej widniała galeria zdjęć ukazujących studenckie życie oraz studentów różnych narodowości, wyznań, religii i płci zażywających przyjemności studiowania, przebywania ze sobą i wykładowcami, zajęć nadobowiązkowych, no wiecie. Baner na górze strony ukazywał godło szkoły i większość najłatwiej rozpoznawalnych budynków, łącznie z prestiżową kaplicą Johnsona, większą wersją kaplicy, w której patrzyłem, jak Natalie wychodzi za mąż.

Po prawej stronie ekranu znajdowała się kolumna z ostatnimi wiadomościami i teraz, gdy Barry Watkins, będący następnym studentem na liście, wszedł do pokoju i rzucił: „Hej, panie psorze, jak leci?”, zauważyłem wśród nich nekrolog, który przykuł moją uwagę.

– Cześć, Barry – powiedziałem, nie odrywając oczu od ekranu. – Usiądź.

Usiadł i położył nogi na stole. Wiedział, że nie mam nic przeciwko temu. Barry przychodził co tydzień. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Jego wizyty były raczej rozwodnionymi sesjami terapeutycznymi niż rozmowami na tematy naukowe, ale przeciwko temu również nic nie miałem.

Spojrzałem uważniej na monitor. Moją uwagę zwróciła nie większa od znaczka pocztowego fotografia zmarłego. Nie rozpoznałem go – nie z tej odległości – ale wyglądał młodo. Właściwie nie jest to niezwykłe w przypadku nekrologów. Bardzo często uczelnia, zamiast postarać się o nowsze zdjęcie, skanuje fotografię zmarłej osoby z albumu absolwentów danego rocznika, ale tutaj nawet na pierwszy rzut oka widziałem, że jest inaczej. Uczesanie nie było fryzurą z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Również zdjęcie nie przypominało tych czarno-białych, jakie umieszczano w albumach do 1989 roku.

Jesteśmy małą uczelnią, wypuszczamy rocznie około czterystu absolwentów. Zgony nie są czymś rzadkim, ale może dlatego że to niewielka uczelnia, zarówno jako student, jak i członek grona pedagogicznego zawsze traktowałem śmierć któregoś z jej absolwentów jak osobistą stratę.

– Hej, trenerze!

– Chwileczkę, Barry.

Marnowałem należny mu czas. Używam przenośnego zegara, takiego, jakie widuje się na meczach koszykówki w całym kraju, z wielkimi czerwonymi cyframi na wyświetlaczu. Znajomy dał mi go w prezencie, założywszy ze względu na mój wzrost, że gram w kosza. Nie gram, ale uwielbiam ten zegar. Ponieważ został nastawiony tak, by automatycznie odliczał dziewięć minut, widziałem teraz, że studentowi zostało osiem minut i czterdzieści dziewięć sekund.

Najechałem kursorem na maleńką fotografię. Kiedy zrobiła się większa, zdołałem powstrzymać okrzyk zaskoczenia.

Zmarły nazywał się Todd Sanderson.

Wyrzuciłem nazwisko Todda z pamięci – na ślubnym zaproszeniu napisano tylko: Ślub Todda i Natalie, ale, o rany, znałem tę twarz. Znikł gdzieś modny zarost. Na tym zdjęciu był gładko ogolony, z włosami ostrzyżonymi niemal na rekruta. Zastanawiałem się, czy to wpływ Natalie – zawsze narzekała, że mój zarost ją drapie – a potem zadałem sobie pytanie, dlaczego myślę o czymś tak niedorzecznym.

– Zegar tyka, trenerze.

– Chwileczkę, Barry. I nie nazywaj mnie trenerem.

Podano, że Todd skończył czterdzieści dwa lata. Był trochę starszy, niż przypuszczałem. Natalie miała trzydzieści cztery – rok młodsza ode mnie. Sądziłem, że Todd był w wieku bardziej zbliżonym do naszego. Według nekrologu stanowił filar uczelnianej drużyny piłkarskiej, miał też stypendium Rhodesa. Imponujące.

Ukończył z wyróżnieniem studia na wydziale historii, założył fundację dobroczynną o nazwie Nowy Start, a na ostatnim roku pełnił funkcję przewodniczącego Psi U, mojego stowarzyszenia.

Todd był nie tylko absolwentem mojej uczelni, ale też członkiem tego samego stowarzyszenia studenckiego, do którego należałem ja. Jak to możliwe, że o tym nie wiedziałem?

Było tego więcej, znacznie więcej, ale prześlizgnąłem się wzrokiem do ostatniego wiersza:

Uroczystości pogrzebowe odbędą się w niedzielę w Palmetto Bluff w Karolinie Południowej, w pobliżu Savannah w stanie Georgia. Pan Sanderson miał żonę i dwoje dzieci.

Dwoje dzieci?

– Profesorze Fisher?

Głos Barry’ego brzmiał trochę dziwnie.

– Przepraszam, ja tylko…

– Nie, człowieku, nie ma sprawy. Nic panu nie jest?

– Nie, nic.

– Na pewno? Jest pan strasznie blady. – Barry opuścił na podłogę nogi w sportowych butach i położył dłonie na blacie. – No, mogę przyjść innym razem.

– Nie – powiedziałem.

Oderwałem wzrok od monitora. To będzie musiało poczekać. Mąż Natalie umarł młodo. To smutne, owszem, a nawet tragiczne, ale mnie nie dotyczy. Nie jest to powód, by przerywać pracę lub marnować czas moich studentów. Zaskoczyło mnie to – oczywiście nie tyko śmierć Todda, ale to, że studiował na tej samej uczelni co ja. Zapewne to przedziwny zbieg okoliczności, ale nie jakaś wstrząsająca rewelacja.

Może Natalie po prostu lubiła absolwentów Lanforda?

– No to o co chodzi? – zapytałem Barry’ego.

– Czy zna pan profesora Byrnera?

– Pewnie.

– To palant.

Miał rację, ale nie powiedziałem tego.

– Na czym polega problem?

W nekrologu nie widziałem przyczyny śmierci. W uczelnianych nekrologach często jej nie podawano. Sprawdzę później. Jeśli jej tam nie ma, może znajdę w sieci obszerniejszy nekrolog.

Choć właściwie dlaczego miałbym chcieć wiedzieć więcej? Co za różnica?

Lepiej trzymać się od tego z daleka.

Tak czy inaczej, musiałem zaczekać do końca konsultacji. Skończyłem z Barrym i przyjąłem kolejnych studentów. Próbowałem nie myśleć o nekrologu i skupić się na nich. Byłem wytrącony z równowagi, ale tego nie zauważyli. Oni w ogóle nie zdają sobie sprawy, że ich profesorowie mają swoje życie, tak samo jak nie wyobrażają sobie, że ich rodzice uprawiają seks. To dobrze, choć nieustannie napominam ich, żeby widzieli nie tylko siebie. Ludzie są skłonni uważać się za bardzo skomplikowanych, a wszystkich innych za nieco łatwiejszych do zrozumienia. Co oczywiście nie jest prawdą. Wszyscy mamy swoje marzenia, nadzieje, potrzeby, żądze i udręki. Każdy jest szalony w inny sposób.

Błądziłem gdzieś myślami. Jak najbardziej znudzony student na najbardziej nudnych zajęciach patrzyłem na zegar powoli odmierzający czas. Kiedy pokazał siedemnastą, wróciłem przed komputer. Kliknąłem i na ekranie pojawił się pełny nekrolog Todda Sandersona.

Nie, nie podano przyczyny zgonu.

Dziwne. Czasem można to wywnioskować z części o sugerowanych datkach. Na przykład że zamiast kwiatów proszę o datek na Amerykańskie Stowarzyszenie Walki z Rakiem lub inne. Tu jednak niczego takiego nie napisano. Nie wspomniano również, jaki Todd miał zawód. Ale co z tego?

Drzwi mojego gabinetu otworzyły się nagle i wszedł Benedict Edwards, wykładowca z wydziału nauk humanistycznych i mój najlepszy przyjaciel. Nie fatygował się pukaniem, ponieważ nie musiał i nie odczuwał takiej potrzeby. Często spotykaliśmy się w piątki o siedemnastej, żeby pójść do baru, w którym jako student pracowałem w charakterze bramkarza. Wtedy ten lokal był nowy, lśniący, nowoczesny i modny. Teraz był stary, zaniedbany oraz równie nowoczesny i modny jak kaseta wideo.

Benedict stanowił moje przeciwieństwo: był niskim, drobnokościstym Afroamerykaninem. Jego oczy powiększały grube szkła okularów przypominających ochronne gogle z pracowni chemicznej. Inspiracją, by nosić bujne wąsy i fryzurę afro był chyba dla niego Apollo Creed3. Miał smukłe palce pianisty, stopy, których mogłaby mu pozazdrościć balerina, i nawet ślepy nie wziąłby go za drwala.

Pomimo to – a może właśnie dlatego – Benedict był rozrywkowym facetem i podrywał więcej babek niż raper z hitem na radiowej liście przebojów.

– Co się stało? – zapytał.

Pominąłem „nic” oraz „skąd wiesz, że coś się stało?”, od razu przechodząc do konkretów.

– Czy słyszałeś kiedyś o niejakim Toddzie Sandersonie?

– Nie sądzę. Kim on jest?

– Absolwentem. Jego nekrolog jest w sieci. Obróciłem monitor w stronę Benedicta. Poprawił okulary.

– Nie rozpoznaję. Dlaczego pytasz?

– Pamiętasz Natalie?

Lekko spochmurniał.

– Nie słyszałem, żebyś wymawiał jej imię od…

– Tak, tak. W każdym razie to jest, a raczej był, jej mąż.

– Ten gość, dla którego cię rzuciła?

– Tak.

– A teraz nie żyje.

– Najwidoczniej.

– Więc ona znów jest samotna – zauważył Benedict, unosząc brew.

– Co za wrażliwość.

– Raczej zaniepokojenie. Jesteś moim najlepszym skrzydłowym. Potrafię sam zdobywać kobiety, ale ty masz wygląd, na który lecą. Nie chcę cię stracić.

– Co za wrażliwość – powtórzyłem.

– Zamierzasz do niej zadzwonić?

– Do kogo?

– Do Condoleezzy Rice. A jak myślisz, o kim mówię? Do Natalie.

– Taak, pewnie. Powiedzieć coś w rodzaju: „Hej, facet, dla którego mnie rzuciłaś, nie żyje? Chcesz pójść do kina?”.

Benedict czytał nekrolog.

– Czekaj.

– Co?

– Tu jest napisane, że ona ma dwoje dzieci.

– I co z tego?

– To komplikuje sprawę.

– Przestaniesz?

– No cóż, dwoje dzieci. Może się roztyła? – Benedict spojrzał na mnie powiększonymi przez szkła oczami. – Jak Natalie teraz wygląda? Wiesz, dwójka dzieci. Pewnie jest gruba, no nie?

– Skąd mam to wiedzieć?

– Hm, stąd co wszyscy. Z Google, Facebooka, takich rzeczy.

Pokręciłem głową.

– Nie sprawdzałem.

– No coś ty? Wszyscy to robią. Do licha, sam wyszukuję moje stare miłości.

– I internet wytrzymuje takie obciążenie łączy?

Benedict się uśmiechnął.

– Istotnie, potrzebny mi osobny serwer.

– Człowieku, mam nadzieję, że to nie jest eufemizm.

Jednak pod jego uśmiechem dostrzegłem smutek.

Przypomniałem sobie, że pewnego razu w barze, kiedy Benedict był pijany, zauważyłem, jak wpatrywał się w podniszczone zdjęcie, które wyjął z portfela. Zapytałem go, kto na nim jest. „Jedyna dziewczyna, którą zawsze będę kochał”, wymamrotał. Schował zdjęcie pod kartę kredytową i pomimo moich zaczepek już nigdy więcej o niej nie wspominał.

Wówczas miał na ustach ten sam smutny uśmiech.

– Obiecałem Natalie – powiedziałem.

– Co jej obiecałeś?

– Że zostawię ich w spokoju. Nie będę próbował ich odszukać ani niepokoić.

Benedict się zastanowił.

– Wygląda na to, że dotrzymałeś słowa, Jake.

Nic nie powiedziałem. Przed chwilą skłamał. Nie szukał na Facebooku stron swoich byłych dziewczyn, a jeśli to robił, to bez entuzjazmu. Jednak raz, kiedy wpadłem do jego gabinetu – tak jak on, nigdy nie pukałem – zobaczyłem, że korzystał z Facebooka. Zauważyłem, że strona, którą przeglądał, należała do tej samej kobiety, której zdjęcie nosił w portfelu. Benedict pospiesznie zamknął przeglądarkę, ale założę się, że często sprawdzał tę stronę. Może nawet codziennie. Założę się też, że oglądał wszystkie nowe zdjęcia jedynej kobiety, którą kochał. Założę się, że patrzył na jej obecne życie, może na rodzinę i mężczyznę, z którym dzieliła łoże, i spoglądał na nich w taki sam sposób, w jaki patrzył na zdjęcie ze swojego portfela. Nie mam na to dowodu, to tylko przeczucie, ale nie sądzę, żebym bardzo się mylił.

Jak już powiedziałem, każdy jest szalony w inny sposób.

– Co próbujesz mi powiedzieć? – zapytałem go.

– Mówię tylko, że ich związek właśnie się zakończył.

– Natalie od dawna nie jest częścią mojego życia.

– Naprawdę w to wierzysz? – zdziwił się Benedict. – Czy kazała ci także zapomnieć, co czujesz?

– Sądziłem, że nie chcesz stracić swojego najlepszego skrzydłowego.

– Nie jesteś aż tak przystojny.

– Okrutny z ciebie drań.

Wstał.

– My, humaniści, wiemy wszystko.

Benedict zostawił mnie samego. Wstałem, podszedłem do okna i spojrzałem na park. Obserwowałem przechodzących studentów i – często to robiłem przed podjęciem jakiejś decyzji – zadawałem sobie pytanie, co poradziłbym któremuś z nich, gdyby znalazł się na moim miejscu. Nagle i niespodziewanie wszystko wróciło: biała kaplica, jej fryzura, gest, jakim pokazała mi obrączkę na palcu, cały ból, udręka, miłość, cierpienie. Ugięły się pode mną nogi. Myślałem, że już o niej zapomniałem. Złamała mi serce, ale pozbierałem kawałki, poskładałem je i zacząłem nowe życie.

To głupie, snuć teraz takie myśli. Egoistyczne. I niewłaściwe. Ta kobieta właśnie straciła męża, a ja jak kutas martwiłem się, jakie konsekwencje będzie to miało dla mnie. Zostaw to, mówiłem sobie. Zapomnij o sprawie i o niej. Żyj.

Jednak nie mogłem. Po prostu taki już jestem.

Po raz ostatni widziałem Natalie na jej ślubie. Teraz zobaczę ją na pogrzebie. Niektórzy uznaliby to za ironię losu, ale ja nie byłem jednym z nich.

Wróciłem do komputera i zarezerwowałem lot do Savannah.

3

Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, odebrałem, słuchając mowy pogrzebowej na cmentarzu.

Palmetto Bluff było nie tyle miastem, ile olbrzymim osiedlem domków jednorodzinnych. Ta nowo wybudowana niby-wioska była piękna, czysta, zadbana i architektonicznie spójna, co nadawało jej sterylny, disnejowski wygląd. Wszystko wydawało się trochę zbyt doskonałe. Śnieżnobiała kaplica – taak, jeszcze jedna – stała na szczycie urwiska tak malowniczego, że wyglądała jak… no cóż… namalowana. Jednak upał był aż nazbyt realny – niczym żywy, oddychający stwór – a wilgotność tak duża, że wisiała w powietrzu niczym gruba kurtyna.

W przelotnym przypływie zdrowego rozsądku zadałem sobie pytanie, dlaczego tu przyleciałem, ale zaraz przegoniłem je jak natrętną muchę. Już tu jestem, więc po co pytać? Zajazd w Palmetto Bluff wyglądał jak fasada scenografii do jakiegoś filmu. Wszedłem do miłego baru i u miłej barmanki zamówiłem szkocką.

– Przyjechał pan na pogrzeb? – zagadnęła mnie.

– Mhm.

– Co za tragedia.

Kiwnąłem głową i zapatrzyłem się w szklankę. Miła barmanka pojęła aluzję i już się nie odezwała.

Uważam się za człowieka oświeconego. Nie wierzę w los, przeznaczenie czy podobne bzdury i przesądy, a jednak byłem tu, usprawiedliwiając swoje impulsywne zachowanie w taki właśnie sposób: jestem tutaj, ponieważ mam tu być, mówiłem sobie. Musiałem zarezerwować ten lot. Nie wiedziałem dlaczego. Widziałem na własne oczy, jak Natalie wychodzi za innego, a jednak nawet teraz nie mogłem tego zaakceptować. Wciąż czułem potrzebę zamknięcia tej sprawy. Sześć lat temu Natalie rzuciła mnie, zostawiając liścik, że wychodzi za swojego dawnego chłopaka. Następnego dnia otrzymałem zaproszenie na ich ślub. Nic dziwnego, że to wszystko wciąż wydawało się jakieś… niedokończone. Teraz jestem tu w nadziei, że znajdę, jeśli nie zamknięcie, to przynajmniej uzupełnienie tej historii.

Zdumiewające, jakie usprawiedliwienia potrafimy wymyślić, kiedy naprawdę czegoś pragniemy.

Tylko czego ja właściwie chcę?

Dopiłem drinka, podziękowałem miłej barmance i powoli ruszyłem w kierunku kaplicy. Oczywiście zamierzałem trzymać się w odpowiedniej odległości. Mogę być okropny, gruboskórny i samolubny, ale nie aż tak, żeby narzucać się wdowie chowającej męża. Stanąłem za dużym drzewem – palmą, jakżeby inaczej – niemal nie mając odwagi spojrzeć na żałobników. Kiedy zaintonowano pierwszy psalm, pomyślałem, że teren jest czysty. Potwierdził to szybki rzut oka. Wszyscy byli już w kaplicy. Ruszyłem do drzwi. Śpiewał chór kościelny – i robił to wspaniale. Nacisnąłem klamkę i stwierdziłem, że drzwi nie są zamknięte (ależ niespodzianka). Pchnąłem je i wszedłem. Wchodząc, spuściłem głowę i zasłoniłem twarz ręką, udając, że drapię się w policzek.

Kamuflaż dla ubogich.

Zupełnie niepotrzebny. Kaplica była pełna. Stanąłem z tyłu wraz z innymi spóźnionymi żałobnikami, dla których zabrakło miejsc. Chór skończył śpiewać uduchowiony psalm i za pulpitem stanął jakiś mężczyzna – nie wiem, czy pastor, ksiądz czy ktoś inny. Zaczął mówić o Toddzie jako o „troskliwym lekarzu, dobrym sąsiedzie, szczodrym przyjacielu i cudownym ojcu rodziny”. Lekarz. O tym nie wiedziałem. Mężczyzna elokwentnie omawiał zalety Todda, jego działalność dobroczynną, ujmującą osobowość, hojność, umiejętność rozmawiania z ludźmi, gotowość do zakasania rękawów i pomagania każdemu, obcemu czy znajomemu, który tego potrzebował. Naturalnie uznałem to za typową mowę pogrzebową – mamy zwyczaj przesadnie wychwalać zmarłych – ale widziałem łzy w oczach żałobników, widziałem, jak kiwali głowami przy tych słowach, jakby do wtóru pieśni, którą tylko oni słyszeli.

Z miejsca w ostatnim rzędzie próbowałem wypatrzyć stojącą z przodu Natalie, ale widok zasłaniało mi zbyt wiele głów. Nie chciałem zwracać na siebie uwagi, więc przestałem. Przecież przyszedłem do tej kaplicy, popatrzyłem, a nawet wysłuchałem przemowy o zaletach zmarłego. Czy to nie wystarczy? Co jeszcze zostało do zrobienia?

Czas odejść.

– Pierwszą mowę pogrzebową wygłosi Eric Sanderson – oznajmił mężczyzna.

Do pulpitu podszedł blady nastolatek – powiedziałbym, że około szesnastoletni. W pierwszej chwili pomyślałem, że to bratanek Todda Sandersona (a więc i Natalie), ale pierwsze słowa chłopca przekreśliły tę koncepcję.

– Ojciec był moim bohaterem…

Ojciec?

Zajęło mi to kilka sekund. Myśli mają skłonność do podążania utartymi ścieżkami i z trudem przeskakują na nowy tor. Kiedy byłem dzieckiem, ojciec zadał mi zagadkę, której – jak sądził – nie zdołam rozwiązać. Ojciec i syn mieli wypadek drogowy. Ojciec umarł. Syna zawieziono do szpitala. Chirurg powiedział: „Nie mogę operować tego chłopca. To mój syn”. Jak to możliwe? Właśnie o to mi chodziło, gdy mówiłem o utartych szlakach. Dla ludzi z pokolenia mojego ojca ta zagadka była zapewne umiarkowanie trudna do rozwiązania, lecz dla ludzi w moim wieku odpowiedź – że chirurg to jego matka – była zupełnie oczywista. Pamiętam, że się roześmiałem i zapytałem: „I co dalej, tato? Uruchomisz swój ośmiościeżkowy magnetofon?”.

Tu miałem do czynienia z podobną sytuacją. Zadałem sobie pytanie, jak mężczyzna będący mężem Natalie od zaledwie sześciu lat mógł mieć nastoletniego syna? Odpowiedź: Eric jest synem Todda, nie Natalie. Albo Todd był już wcześniej żonaty, albo przynajmniej miał dziecko z inną kobietą.

Znów spróbowałem dojrzeć Natalie w pierwszym rzędzie. Wyciągnąłem szyję, ale stojąca przede mną kobieta westchnęła, zirytowana tym, że się do niej przysuwam. Syn Todda, Eric, rozczulił wszystkich. Przemawiał pięknie i wzruszająco. Wszyscy obecni w kaplicy mieli łzy w oczach. Oprócz mnie.

I co teraz? Mam tak stać? Złożyć wdowie kondolencje, zaskakując ją i wytrącając z równowagi na pogrzebie? A co z moją samolubną osobą? Czy naprawdę chcę znów zobaczyć jej twarz, patrzeć, jak płacze po stracie miłości swojego życia?

Nie sądziłem, że tego chcę. Spojrzałem na zegarek. Lot powrotny miałem zarezerwowany na wieczór. Taak, szybko tam i z powrotem. Bez bagażu i makijażu, nocowania, płacenia za hotel. Tanie zakończenie historii.

Znajdą się tacy, którzy wytkną oczywistą rzecz: nadmiernie idealizowałem czas, kiedy byliśmy razem. Ja to rozumiem. Obiektywnie rzecz biorąc, takie twierdzenie nie byłoby bezpodstawne. Jednak serce nie jest obiektywne. Ja, który podziwiałem wielkich myślicieli, teoretyków i filozofów naszych czasów, nigdy nie zniżyłbym się do tego, żeby użyć tak trywialnego aksjomatu jak „po prostu wiem”. Tylko że ja naprawdę wiem. Wiem, czym był mój związek z Natalie. Widzę go jasno i wyraźnie, i właśnie dlatego nie mogę pojąć, dlaczego zakończył się w taki sposób.

Podsumowując, wciąż nie potrafię zrozumieć, co się z nami stało.

Gdy Eric skończył i wrócił na swoje miejsce, w śnieżnobiałej kaplicy słychać było pociąganie nosami i ciche szlochy. Duchowny odprawiający nabożeństwo znów stanął na mównicy i wykonał powszechnie zrozumiały gest, mówiący: „proszę wstać”. Kiedy wierni zaczęli się podnosić, wykorzystałem zamieszanie i wymknąłem się na dwór. Odszedłem kawałek, pod osłonę palmy. Oparłem się o jej pień, tak by być niewidocznym od strony kościoła.

– Dobrze się pan czuje?

Odwróciłem się i zobaczyłem miłą barmankę.

– Doskonale, dziękuję.

– Doktor był wspaniałym człowiekiem.

– Taak – mruknąłem.

– Dobrze się znaliście?

Nie odpowiedziałem. Kilka minut później drzwi kaplicy się otworzyły. Wytoczono trumnę na prażące słońce. Kiedy znalazła się przy karawanie, podeszli mężczyźni, z których jednym był syn zmarłego, Eric. Potem w drzwiach pojawiła się jakaś kobieta w czarnym kapeluszu. Jedną ręką obejmowała dziewczynę wyglądającą mniej więcej na czternaście lat. Z drugiej strony stał wysoki mężczyzna. Opierała się na nim. Był trochę podobny do Todda. Domyśliłem się, że to jego brat i siostra, ale tylko zgadywałem. Mężczyźni podnieśli trumnę i wsunęli ją na tył karawanu. Kobietę w czarnym kapeluszu i dziewczynę zaprowadzono do pierwszej limuzyny. Wysoki, być może brat, otworzył im drzwi. Eric wsiadł za nimi. Patrzyłem na pozostałych żałobników wychodzących z kaplicy.

Ani śladu Natalie.

Uznałem, że to trochę dziwne. Wiedziałem, że różnie bywa. Zdarza się, że żona idzie na początku konduktu, tuż za trumną, czasem nawet trzymając na niej dłoń. Bywa też, że idzie na końcu, odczekawszy, aż kościół opustoszeje, zanim odważy się przejść nawą. Pamiętałem, że moja matka na pogrzebie ojca nie chciała z nikim rozmawiać. Posunęła się do tego, że wymknęła się bocznymi drzwiami, żeby uniknąć tłumu krewnych i przyjaciół.

Obserwowałem wychodzących żałobników. Ich smutek, tak jak ten południowy upał, stał się żywą, oddychającą istotą. Był szczery i namacalny. Ci ludzie nie przyszli tutaj tylko z kurtuazji. Lubili zmarłego. Jego śmierć nimi wstrząsnęła, lecz właściwie czego innego się spodziewałem? Czy sądziłem, że Natalie rzuciła mnie dla jakiegoś nieudacznika? Czy nie lepiej przegrać z takim uwielbianym lekarzem niż jakimś nadętym konowałem?

Dobre pytanie.

Barmanka wciąż stała obok mnie.

– Na co umarł? – szepnąłem.

– Nie wie pan?

Pokręciłem głową. Milczała. Odwróciłem się do niej.

– Został zamordowany – powiedziała.

Ostatnie słowo zawisło w parnym powietrzu, nie chcąc wybrzmieć. Powtórzyłem je:

– Zamordowany?

– Tak.

Otworzyłem usta, zamknąłem i znów otworzyłem.

– Jak? Przez kogo?

– Chyba został zastrzelony. Nie jestem pewna. Policja nie wie, kto to zrobił. Uważają, że jakiś spłoszony włamywacz. No wie pan, włamał się i nie wiedział, że ktoś jest w domu.

Zacząłem czuć lekkie odrętwienie. Ludzki potok wypływający z kaplicy wysechł. Patrzyłem na drzwi i czekałem, aż pojawi się w nich Natalie.

Jednak wciąż jej nie było.

Mężczyzna odprawiający nabożeństwo wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Wsiadł do karawanu, ten ruszył, a pierwsza limuzyna za nim.

– Czy jest tam boczne wyjście? – zapytałem.

– Co?

– W kaplicy. Czy są tam boczne drzwi?

Barmanka ściągnęła brwi.

– Nie – powiedziała. – Są tylko te jedne.

Procesja ruszyła. Gdzie, do diabła, jest Natalie?

– Nie wybiera się pan na cmentarz? – zainteresowała się barmanka.

– Nie.

Położyła rękę na moim ramieniu.

– Wygląda na to, że przydałby się panu drink.

Trudno było się z nią spierać. Powlokłem się do baru i opadłem na ten sam stołek co poprzednio. Nalała mi drugą szkocką. Nie odrywałem oczu od konduktu i drzwi kaplicy stojącej na niewielkim placu.

Natalie nie było.

– Nawiasem mówiąc, mam na imię Tess.

– Jake – przedstawiłem się.

– Skąd znał pan doktora Sandersona?

– Ukończyliśmy tę samą uczelnię.

– Naprawdę?

– Tak. Dlaczego pani pyta?

– Wygląda pan na młodszego.

– Bo jestem. On skończył ją wcześniej.

– Och, w porządku, to ma sens.

– Tess?

– Tak?

– Czy zna pani rodzinę doktora Sandersona?

– Jego syn, Eric, chodził z moją bratanicą. To dobry dzieciak.

– Ile ma lat?

– Szesnaście, może siedemnaście. Co za tragedia. Był bardzo zżyty z ojcem.

Nie wiedziałem, jak naprowadzić ją na interesujący mnie temat, więc po prostu zapytałem:

– A zna pani żonę doktora Sandersona?

Tess przechyliła głowę.

– Pan jej nie zna?

– Nie – skłamałem. – Nigdy jej nie poznałem. Spotkaliśmy się z doktorem na kilku zjazdach absolwentów. Był sam.

– Wydaje się pan bardzo poruszony, jak na faceta znającego go tylko ze spotkań absolwentów.

Nie wiedziałem co odpowiedzieć, więc zwlekałem, upijając łyk whisky.

– Chodzi o to, że nie widziałem jej na pogrzebie – odezwałem się w końcu.

– Jak mógł pan ją rozpoznać?

– Co?

– Powiedział pan, że nigdy jej nie spotkał, jak więc miał ją pan rozpoznać?

Ludzie, chyba naprawdę nie jestem dobry w te klocki.

– Widziałem zdjęcia.

– Musiały być kiepskie.

– Dlaczego?

– Była tam. Szła zaraz za trumną, razem z Katie.

– Katie?

– Ich córką. Eric był jednym z tych, którzy nieśli trumnę. Potem szedł brat doktora Sandersona z Katie i Delią.

Pamiętałem ich, oczywiście.

– Delią?

– Żoną doktora Sandersona.

Zaczęło mi się kręcić w głowie.

– Myślałem, że ma na imię Natalie.

Barmanka skrzyżowała ręce na piersi i patrzyła na mnie, ściągając brwi.

– Natalie? Nie. Ma na imię Delia. Ona i doktor Sanderson chodzili ze sobą już w liceum. Dorastali niedaleko stąd. Byli małżeństwem od wieków.

Tylko się na nią gapiłem.

– Jake?

– Co? – spytałem.

– Jest pan pewny, że przyszedł pan na właściwy pogrzeb?

4

Pojechałem na lotnisko i wsiadłem w pierwszy samolot do domu. Co innego mogłem zrobić? Pewnie mógłbym podejść do pogrążonej w bólu wdowy i zapytać ją przy grobie, dlaczego jej szanowny zmarły małżonek sześć lat temu poślubił miłość mojego życia, ale w tym momencie wydawało mi się to nieco niestosowne. Taki jestem delikatny.

Tak więc wydawszy część uczelnianej pensji na bilet lotniczy, którego nikt mi nie zrefunduje, i ze względu na jutrzejsze zajęcia oraz konsultacje, niechętnie wsiadłem do jednego z tych „ekspresowych” odrzutowców, za małych dla facetów o moich gabarytach, podciągnąłem kolana prawie pod brodę i poleciałem do Lanfordu.

Mieszkam w wypranym ze stylu hotelu asystenta, zbudowanym z surowej cegły. Wystrój wnętrza można by łaskawie nazwać funkcjonalnym. Jest czyste i wygodne, z jedną z tych rozkładanych kanap, jakie widuje się w ogłoszeniach składów meblowych za sześćset dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów. Ogólny efekt jest chyba bardziej żałosny niż brzydki, ale może tylko to sobie wmawiam. W małej kuchni jest mikrofalówka i toster – a nawet piekarnik, którego chyba nigdy nie używałem – a zmywarka często się psuje. Jak może się domyślacie, nieczęsto podejmuję tu gości.

Wcale nie mówię, że nie chodzę na randki i nie mam za sobą żadnych istotnych związków. Właściwie mam, chociaż okres przydatności do spożycia większości z nich kończył się po trzech miesiącach. Niektórzy mogliby to wiązać z tym, że mój związek z Natalie trwał nieco ponad trzy miesiące, ale ja nie jestem jednym z nich. Nie, nie mam złamanego serca. Nie płaczę po nocach ani nic takiego. Powtarzam sobie, że się z tym pogodziłem. Jednak czuję pustkę, choć brzmi to łzawo. I czy mi się to podoba, czy nie, myślę o niej każdego dnia.

I co teraz?

Mężczyzna, który poślubił kobietę moich marzeń, najwidoczniej był również mężem innej – nie wspominając o tym, że… no cóż… zmarł. Ujmując to inaczej, Natalie nie była obecna na pogrzebie swojego męża. A to chyba wymaga jakiejś reakcji z mojej strony, no nie?

Przypomniałem sobie moją obietnicę sprzed sześciu lat. Natalie prosiła: „Obiecaj mi, że zostawisz nas w spokoju”. Nas. Nie jego lub ją. Nas. Ryzykując, że zabrzmi to zimno i może zanadto dosłownie, nie ma już żadnych „ich”. Todd nie żyje. I głęboko wierzę, że to oznacza, iż tę obietnicę, nawet jeśli traktować ją poważnie, kiedy nie ma już „ich”, należy uznać za wygasłą i nieważną.

Włączyłem komputer – tak, leciwy – i wpisałem w wyszukiwarkę „Natalie Avery”. Pojawiła się lista odnośników. Zacząłem je przeglądać, ale szybko się zniechęciłem. Na stronie jej dawnej galerii wciąż było kilka jej obrazów. Żadne nowe nie przybyły od… no cóż, od sześciu lat. Znalazłem kilka artykułów o otwarciu wystaw i tym podobnych wydarzeniach, ale i te były stare. Wywołałem najnowsze linki. Otrzymałem dwa trafienia na białych stronach, lecz jedna Natalie Avery była siedemdziesięciodziewięcioletnią staruszką i żoną jakiegoś Harrisona, a druga miała sześćdziesiąt sześć lat i męża Thomasa. Były także inne typowe wzmianki, jakie znajduje się w odnośnikach do niemal każdego nazwiska: strony genealogiczne, absolwentów liceów i uczelni, takie rzeczy.

Jednak tak naprawdę nie było niczego istotnego.

Cóż więc się stało z moją Natalie?

Postanowiłem poszperać w Google i zobaczyć, co znajdę na temat Todda Sandersona. Istotnie był lekarzem, a konkretnie chirurgiem. Imponujące. Miał gabinet w Savannah w stanie Georgia i współpracował z Centrum Medycznym Uniwersytetu Memorial. Jego specjalnością była chirurgia plastyczna. Nie wiedziałem, czy oznaczało to poważne operacje rozszczepów podniebienia, czy sztuczne cycki. Nie wiedziałem także, dlaczego miałoby to być istotne. Doktor Sanderson nie udzielał się na portalach społecznościowych. Nie miał konta na Facebooku, LinkedIn, Twitterze i tym podobnych.

Było kilka wzmianek o Toddzie Sandersonie i jego żonie Delii, organizujących zbiórki dla fundacji dobroczynnej Nowy Start, ale niewiele można było się z nich dowiedzieć. Próbowałem połączyć jego nazwisko z Natalie. Zero trafień. Przez chwilę siedziałem i zastanawiałem się. Potem znów pochyliłem się nad klawiaturą i spróbowałem znaleźć coś o ich synu, Ericu Sandersonie. Był jeszcze dzieckiem, więc nie spodziewałem się wielu wzmianek, ale pomyślałem, że zapewne ma profil na Facebooku. Zacząłem od tego. Rodzice często nie chcą założyć sobie strony na Facebooku, ale jeszcze nie spotkałem studenta, który by jej nie miał.

Po kilku minutach trafiłem: Eric Sanderson, Savannah, Georgia.

Zdjęcie profilowe – to trochę przygnębiające – Eric ze zmarłym ojcem. Uśmiechali się szeroko, szczęśliwi, usiłując utrzymać jakąś wielką i ciężką rybę. Wspólna wyprawa na ryby, domyśliłem się z ukłuciem żalu człowieka, który chciałby być ojcem. Za ich plecami zachodziło słońce, więc twarze mieli w cieniu, ale nawet z ekranu monitora emanowały zadowoleniem. Uderzyła mnie dziwna myśl: Todd Sanderson był dobrym człowiekiem.

Tak, to tylko fotografia, i owszem, byłem świadomy tego, że ludzie potrafią udawać radość i inne uczucia, ale wyczuwałem w nim dobroć.

Obejrzałem pozostałe zdjęcia Erica. Na większości był on i jego przyjaciele – przecież to nastolatek – w szkole, na prywatkach, na meczach, znacie to. Dlaczego dzisiaj wszyscy na zdjęciach robią durne miny lub gesty? Co to za moda? To była głupia myśl, ale myśli często takie są.

Był tam album zatytułowany po prostu Rodzina. Fotografie obejmowały okres wielu lat. Na kilku Eric był niemowlęciem. Potem pojawiła się jego siostra. Następnie wycieczka do Disneylandu, inne wyprawy na ryby, rodzinne obiady, bierzmowanie, mecze piłki nożnej. Przejrzałem wszystkie zdjęcia.

Todd nigdy nie miał długich włosów – na żadnym z nich – i zawsze był gładko ogolony.

Co to oznaczało?

Nie wiadomo.

Wszedłem na tablicę Erica, czy jak tam nazywa się ta główna strona. Były na niej dziesiątki kondolencji.

Twój tata był super, tak mi przykro.

Jeśli tylko mogę coś dla ciebie zrobić…

RIP, doktorze S. Byłeś wspaniały.

Nigdy nie zapomnę, jak twój tata pomógł mojej siostrze.

Potem jedna zwróciła moją uwagę:

Co za bezsensowna tragedia. Nigdy nie zrozumiem okrucieństwa ludzi.

Przeszedłem do starszych wiadomości. Po sześciu kolejnych znalazłem następną, która przykuła mój wzrok:

Mam nadzieję, że złapią tego doopka, który to zrobił, i usmażą na krześle.

Wszedłem w wyszukiwarkę wiadomości i spróbowałem znaleźć więcej. Wkrótce natrafiłem na następujący artykuł:

ZABÓJSTWO W SAVANNAHMiejscowy lekarz zamordowany

Znany miejscowy lekarz i działacz organizacji charytatywnej, doktor Todd Sanderson, został zabity zeszłejnocy w swoim domu, zdaniem policji w rezultacie nieudanego napadu rabunkowego.

Ktoś próbował otworzyć drzwi do mojego mieszkania, ale były zamknięte. Usłyszałem szelest wycieraczki – wpadłem na oryginalny pomysł i schowałem pod nią zapasowy klucz – potem usłyszałem odgłos przekręcanego klucza i drzwi się otworzyły. Wszedł Benedict.

– Cześć – rzucił. – Surfujesz po witrynach porno?

Ściągnąłem brwi.

– Nikt już nie używa słowa „surfować”.

– Jestem ze starej szkoły. – Benedict skierował się do lodówki i wyjął piwo. – Jak tam twoja wycieczka?

– Zaskakująca.

– Opowiadaj.

Opowiedziałem. Benedict był wspaniałym słuchaczem, jednym z tych facetów, którzy naprawdę słuchają każdego twojego słowa, skupiają uwagę na tobie i nie próbują cię przegadać. On wcale tego nie udaje ani nie rezerwuje tylko dla swoich najlepszych przyjaciół. Ludzie go fascynują. Uznałbym to za największą zaletę Benedicta jako nauczyciela, ale zapewne słuszniejsze będzie uznanie tego za jego największą zaletę jako donżuana. Kobiety potrafią oprzeć się różnym technikom podrywu, ale facetowi, który ze szczerym zainteresowaniem słucha tego, co mówią? Kandydaci na żigolaków, uwaga!

Kiedy skończyłem, Benedict upił łyk piwa.

– Oo! Chcę powiedzieć… oo! To wszystko, co mogę powiedzieć.

– Oo?

– Tak.

– Czy na pewno jesteś wykładowcą na anglistyce?

– Przecież wiesz, że istnieje jakieś logiczne wytłumaczenie tego wszystkiego, prawda? – rzekł powoli.

– Takie jak…?

Podrapał się w podbródek.

– Może Todd jest jednym z tych gości mających kilka rodzin, które nie wiedzą o sobie nawzajem.

– Hm?

– Uwodzicielem mającym kilka żon i kilkoro dzieci oraz jedno życie, powiedzmy, w Denver, a drugie w Seattle, dzielącym czas pomiędzy nie tak, że jedna rodzina nic nie wie o drugiej. Wciąż widuje się takie rzeczy w Dateline. Bigamiści. Albo poligamiści. Potrafią tak żyć latami.

Skrzywiłem się.

– Jeżeli to jest twoje logiczne wytłumaczenie, bardzo chciałbym usłyszeć, jak brzmi to naciągane.

– Słuszna uwaga. Może więc podam ci najbardziej oczywiste?

– Najbardziej oczywiste?

– Tak.

– Strzelaj.

Benedict rozłożył ręce.

– To nie jest ten Todd.

Nic nie powiedziałem.

– Nie pamiętałeś jego nazwiska, prawda?

– Prawda.

– Zatem czy jesteś pewny, że to ten sam facet? Todd to nie jest najrzadsze imię na świecie. Zastanów się, Jake. Po sześciu latach widzisz zdjęcie, umysł płata ci figla i voila, bierzesz go za swojego arcywroga.

– On nie jest moim arcywrogiem – sprostowałem.

– Nie był arcywrogiem. Nie żyje, pamiętasz? Mów w czasie przeszłym. A poważnie, chcesz usłyszeć najbardziej oczywiste wyjaśnienie? – Pochylił się w moją stronę. – Po prostu pomyliłeś facetów.

Oczywiście brałem taką możliwość pod uwagę. Rozważałem również teorię Benedicta o bigamii. Obie miały więcej sensu niż… niż co? Co tak naprawdę pozostawało? Jakie inne – oczywiste, logiczne czy naciągane – wyjaśnienie?

– No? – zachęcił mnie Benedict.

– To ma sens.

– Widzisz?

– Ten Todd, Todd Sanderson, lekarz, wyglądał inaczej niż Todd Natalie. Miał krótsze włosy, był gładko ogolony – przyznałem.

– No i masz! – wykrzyknął Benedict. Spojrzałem na niego. – No co?

– Nie wiem, czy to kupuję.

– Dlaczego nie?

– Po pierwsze, ten człowiek został zamordowany.

– I co z tego? To tylko potwierdza teorię o bigamii. Oszukał niewłaściwą dziewczynę i nakarmiła go ołowiem.

– Daj spokój, chyba nie sądzisz, że to jest odpowiedź – prychnąłem.

Benedict usiadł prosto i zaczął skubać dwoma palcami dolną wargę.

– Ona zostawiła cię dla innego.

Czekałem, aż powie coś jeszcze.

– Hmm, tak, kapitanie Oczywisty, wiem – powiedziałem po chwili.

– Trudno było ci się z tym pogodzić – ciągnął z ubolewaniem. – Rozumiem to. Rozumiem to lepiej, niż myślisz. – Pomyślałem o tamtej fotografii i ukochanej, którą stracił, o tym, jak wielu z nas chowa w sercu ból i nigdy o tym nie mówi. – Byliście zakochani, dlatego nie możesz tego zaakceptować. Jak mogła rzucić cię dla innego mężczyzny?

Znów ściągnąłem brwi, ale poczułem w piersi bolesne ukłucie.

– Na pewno nie jesteś wykładowcą psychologii?

– Pragniesz tego tak bardzo: drugiej szansy, możliwości prawdziwego odkupienia, że nie dostrzegasz prawdy – dodał Benedict.

– A jaka to prawda?

– Ona odeszła – odparł po prostu. – Rzuciła cię. Nic tego nie zmienia.

Przełknąłem ślinę, usiłując przepłynąć przez tę krystalicznie jasną rzeczywistość.

– Myślę, że jest w tym coś więcej.

– Na przykład co?

– Nie wiem – przyznałem.