Opis

Kilka samotnych kobiet w domu na odludziu. Bawią się nie najgorzej, choć wkrótce śnieżyca odcina je od świata. I nagle jedna z nich zostaje zamordowana. W sytuacji ostatecznej w bohaterkach budzą się głęboko skrywane urazy.

Sześć podejrzanych, mnóstwo butelek wina, a policja ciągle daleko. Tej nocy są zdane tylko na siebie, więc same będą musiały poprowadzić śledztwo.

Gdyby nie to, że bohaterki zamiast herbaty piją wino, dużo wina…, a rzecz się dzieje we współczesnej Polsce, tę historię mogłaby napisać sama Agatha Christie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Text copyright © by Anna Fryczkowska, 2016

Copyright © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2016

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Opieka merytoryczna: Anna Luboń

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Renata Bubrowiecka

Korekta: Magdalena Szroeder-Stępowska, Agnieszka Więckowska

Skład i łamanie: TYPO2

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki i layoutu: Asia Gwis/kavkadesign.com

ISBN: 978-83-8053-167-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

owietrze drżało od głośnej muzyki, w której rytmie kilka całkiem szczupłych kobiet dreptało po bieżniach i stepperach, a faceci ruszali sztangami, wpatrzeni w swoje błyszczące bicepsy, równie seksowne jak piłki tenisowe.

– Ach! Ach! Ach! – jęki i stękania niosły się po sali. – Ech! Ech!

I po serii jeszcze jedno z głębi duszy:

– Eeeech!

Czuła się jak na planie niemieckiego pornosa.

Weszła na bieżnię i stopniowo zwiększała tempo, aż biegła dwanaście na godzinę. Koszulkę na plecach miała mokrą, oddech krótki. Krew buzowała w uszach tak, że stękanie facetów ze sztangami stało się prawie niesłyszalne. Biegła i mogła tak jeszcze długo. Nagle prawie zaryła czołem w maszynę, bo bieżnia skrzypnęła i się zatrzymała. Otworzyła oczy. Przed nią stał menedżer.

– Kible nieumyte.

– Wczoraj myłam – odparowała.

– Nie płacę ci za to, żebyś korzystała z urządzeń, kiedy z kibla wali jak z paszczy dziwki.

– Słucham?!

Patrzyła na tego wypachnionego, umięśnionego mężczyznę w obcisłym podkoszulku, wartym przynajmniej pół jej miesięcznej wypłaty, i nienawidziła go. Była pewna, że on wie o tym i ma z tego dużo radości. Nie mogła jednak sobie pozwolić na utratę kolejnej pracy. Zeszła więc z bieżni i skierowała się do drzwi, żeby posprzątać toalety. Na jej ramieniu wylądowała ciężka dłoń.

– Wytrzyj rączki bieżni.

– Nigdy ich nie dotykam.

– Wytrzyj. Będą się brzydzić po sprzątaczce.

Tego już nie wytrzymała. Nabrała powietrza i na wydechu grzmotnęła go w przeponę. Zgiął się bez tchu. Doprawiła kopniakiem.

Nie oddał. Nie pobije kobiety. Nie przy ludziach.

A ona znowu będzie musiała szukać pracy.

W toalecie, gdzie usiłowała doprowadzić się do porządku, faktycznie podle cuchnęło. Zważywszy, że siłownię otwarto o szóstej rano, a teraz była dopiero ósma trzydzieści, ktoś musiał się o to nieźle postarać.

– Zaskarżę cię – powiedział menedżer, kiedy wychodziła z siłowni już ubrana i (prawie) pachnąca.

– Zaskarż. Z przyjemnością powiem wszystkim, że skopałam ci dupę – wyprężyła się. Sięgała mu teraz do sutków, wyraźnie odznaczających się pod liliową koszulką. – Niech i w sądzie się pośmieją. Wisisz mi za pół miesiąca – dorzuciła jeszcze i opuściła lokal.

Na ulicy stanęła i odetchnęła powietrzem nieprzemielonym przez klimatyzację: radość tania, ale podstawowa. Tylko na taką będzie ją stać przez najbliższe tygodnie. Wdech, wydech. Pachniało wiosną.

Szczupła, chuda nawet, niewysoka, o piersiach niewiele większych niż pryszcze na czole. Włożyła czapę, która skutecznie ukrywała jej włosy, jeszcze kilkanaście minut temu splątane w niechlujny węzeł. Jaro szedł za nią ciekaw, co teraz zrobi dziewczyna wyrzucona z pracy w tak spektakularny sposób.

Skręciła w lewo. Nagle przystanęła.

– Zostaw to, draniu! – i puściła się biegiem.

Kilkanaście metrów dalej, pod spożywczym, jakiś mocarz w ortalionowych spodniach ozdobionych z boku znaczącym motywem trzech równoległych pasków kopał w przymocowany do słupka rower. Dziewczyna dopadła do niego. Sięgała mu mniej więcej do podbródka.

– Twoje, że kopiesz?!

– Twoje, że rysujesz?! – wrzasnął facet i machnął ręką w kierunku BMW, zaparkowanego w poprzek chodnika.

– Zarysować to ja dopiero mogę.

Menedżerowi przywaliła bez namysłu, ale z tym by sobie nie dała rady tak łatwo. Gościu od beemki ewidentnie był żołnierzem ulicy.

– A to? – Facet chwycił rower i potrząsnął nim na tyle, na ile pozwalała mu blokada. – Co masz na tej rączce? – Poskrobał paznokciem i wyciągnął zakrzywiony palec w jej stronę. – Mój lakier granat metalik.

Guma zabezpieczająca rączki roweru rzeczywiście nieco się przetarła, odsłaniając stalowe rury.

– I na tej wysokości rysa na moim wozie! Płacisz albo wpierdol.

– A ja wzywam policję i bekniesz za parkowanie na środku chodnika.

Jaro widział nawet stąd, że dziewczyna, kłócąc się z gościem, niemal niepostrzeżenie otwiera blokadę roweru.

– Mogą mi nagwizdać.

Osiłek znowu wyciągnął łapę w jej stronę, ale jej nie dosięgnął, bo wskoczyła na rower, wykręciła tak, że facet stracił równowagę, i pognała na ulicę, gdzie zniknęła pośród trąbiących samochodów.

Mężczyzna jeszcze chwilę pocierpiał nad rysą, a potem się wyprostował i dostosował wygląd do imponującej, mimo rysy, beemki, bo chwiejąc się na obcasach, podeszła właśnie do niego postawna blondyna.

– Cześć, Dawid – rzuciła.

– Cześć, Julia.

Przytulił blondynę, przejeżdżając dłonią po jej niewielkim, ale wystającym tyłeczku.

– Spóźniłaś się.

– Szykowałam się dla mojego Dawidka – odrzuciła do tyłu włosy ruchem, który musiała podpatrzeć w Top Model.

Jaro wychylił się zza kiosku i nagle się zdziwił. Chuda zołza, wyrzucona przed chwilą z pracy, stała z drugiej strony budki z tym swoim rowerem i uważnie przysłuchiwała się wymianie zdań, robiąc jednocześnie coś niepojętego: zrzuciła wielką czapę, zdjęła gumkę z włosów, potrząsnęła głową. Wyjęła z kieszeni szminkę, umalowała sobie usta, a luźną kurtkę upchnęła do sakwy przy bagażniku roweru. Została w obcisłym T–shircie, spod którego wojowniczo sterczały okruchy sutków, bo raczej nie nosiła stanika.

Mocarz chwycił blondynę w talii i podprowadził do BMW blokującego chodnik, ale zanim zdążyli wsiąść, z drugiej strony samochodu pojawiła się chuda, która wyprostowana, z wymalowanymi wargami wyglądała teraz raczej wulgarnie niż żałośnie. Jaro zamarł. Jeszcze chwila i będzie musiał interweniować, bo przecież nie pozwoli, by ktoś skrzywdził kobietę w jego obecności. Zwłaszcza taką kobietę.

– Cześć, Dawid – powiedziała chuda z rozmarzonym uśmiechem, hamując obok tamtej pary. Zdawała się w ogóle nie zauważać blondyny. – Ale była impreza, co? Ale było ruchańsko… Tylko potem obiecywałeś, że zadzwonisz! – to ostatnie wykrzyczała z żalem, patrząc na blondynę. – Kto to jest?! Mówiłeś, że jesteś wolny!

Wpatrywała się jeszcze przez chwilę w osłupiałego Dawida, po czym wybuchnęła łkaniem i nacisnęła na pedały, by zniknąć za rogiem.

Jaro wpadł w zachwyt: chuda była genialna! Od razu ruszył za nią, nie przyglądając się dłużej, jak blondyna wali Dawida w pierś, starając się nie połamać paznokci.

Chuda zahamowała za zakrętem i znowu odziewała się w kurtkę. Właśnie miała odjechać, kiedy Jaro przytrzymał jej kierownicę.

– Jeszcze jeden – westchnęła, ścierając szminkę wierzchem dłoni. – Zmówiliście się dzisiaj czy jak?

Do niczego, pomyślała Alka. Po co komu kolejna powieść o chudej furiatce walczącej z okrucieństwem męskiego świata? No dobrze. Fajne były bicepsy, równie seksowne jak piłki tenisowe. Niezły był też plan niemieckiego pornosa. Generalnie dałoby tu się znaleźć kilka udanych kawałków. Gorzej, że nie miała pojęcia, kim miałby być ów Jaro. I czego miałaby dokonać na kolejnych kartach zdeterminowana sprzątaczka, dorabiająca między innymi na siłowni. Menedżer natomiast kogoś Alce przypominał. Jej mąż również miał kiedyś taką liliową koszulkę, pod którą odznaczały się sutki. Kilka lat temu nawet jej się to podobało. Potem mąż przestał nosić obcisłe koszulki, bo pod nimi odznaczał się głównie brzuch. A poza tym, jak zwracać uwagę na to, co odznacza się pod koszulką, gdy dla własnego bezpieczeństwa należy raczej skupić się na tym, co lęgnie się mężowi w głowie…

Dość o mężu, to żałosne.

Podeszła do okna. Śnieg padał od kilku godzin. Nadrabiał za mokrawy listopad, suchy grudzień i szarawy styczeń, więc zamiast pojedynczych gwiazdeczek atakował płatami wielkości poszewek na jaśki, wypuszczanymi z nieba z wydajnością chińskiej fabryki. Zakrył wszystko: Centrum Handlowe Arkadia, bloki wokół, a nawet zakończony biało-czerwoną flagą maszt niepodległości na rondzie Radosława. Całe szczęście, bo na ogół przypominał niechlujnie ustawiony stosik patyków, z którego w czasie deszczu zwisała mokra szmatka.

Ona sama czuła się ostatnio podobnie.

No, do roboty. Jeszcze raz.

W powietrzu wisiał odór drogiego odświeżacza powietrza, ludzkiego potu i męskich dłoni trących o sztangi. Ciągle wisiał, choć ostatni ćwiczący wyszedł stąd sześć godzin temu. Po jego wyjściu jednak wyłączono klimatyzację, a okien w lustrzanych ścianach nie przewidziano.

Siłownia działała od szóstej do dwudziestej drugiej, więc posprzątać mogła albo o czwartej rano, albo przed północą. Tak czy siak, skazywało ją to na życie nietoperza. Miała przyjść wieczorem, ale wykończona zasnęła w wannie, więc w klubie pojawiła się o martwej godzinie, kiedy starcy odchodzą do krainy śmierci, a pościel najbardziej kusi.

Najpierw zebrała, co zostawili ćwiczący. Wrzuciła do kosza z kartką „Rzeczy znalezione” słuchawki od iPoda oraz koszulkę, chyba damską, na pewno drogą. Znalazła też pisemko „Muskuły” z jednym z umięśnionych menedżerów na okładce, ale wiedziała, że powinna zostawić je tam, gdzie było, zatknięte za rączkę rowerka, gdyż na pewno nie było przeznaczone do tego, by chować się w głębokim koszu, lecz budzić zazdrość ćwiczących.

Wyczyściła odkażającym płynem skórzane siedzenia i rączki wszystkich urządzeń Przetarła lustra, w których klienci mogli podziwiać swoje walory. Odkurzyła i umyła podłogę. Wymieniła wodę w wiadrze i zeszła krętymi schodami do dolnej sali. Na górze było królestwo rowerków, stepperów i bieżni (raz uruchomiła jedną – gumowa taśma porwała ją do tyłu, bezbronną jak żuk przewrócony na grzbiet), na dole królowały ławeczki do ćwiczeń brzucha i sztangi. Wymyła więc ławeczki błyszczące od potu (a podobno mieli kłaść sobie pod plecy ręczniki), potem odwróciła się w stronę sztang. Najgorzej było, gdy wieczorem nie odłożono ich na miejsce. Tych najcięższych nie była w stanie odwiesić. Zostawiała je więc na podłodze, a menedżer się zżymał, bo rano sam je musiał odkładać, wysilając swoje okrągłe błyszczące bicepsy (dla niej równie seksowne jak piłki tenisowe). Ale dziś nikt nie zostawił sztangi na podłodze. Tym razem leżała na mężczyźnie, na szyi mężczyzny cichego jak granitowa pokrywa grobu i lśniącego jak ona w tych fragmentach, które wystawały mu spod designerskiej koszulki w kolorze lila, pod którą odznaczały się sutki.

– Proszę pana!

Na wszelki wypadek dotknęła jego szyi. Zimna jak rączka sztangi. Już nawet nie szukała pulsu na tętnicy, tylko od razu poszła do swojej kurtki po telefon. To wszystko oznaczało, że dziś już sprzątać więcej nie musi. Nawet nie powinna. Za to może popijać kawę z ekspresu w recepcji i czekać na policję. Zaraz też zadzwoniła po menedżera… Och, jaki był zaspany, jaki zły! Raz będzie musiał przyjść do pracy przed szóstą, a nie przed dziesiątą, jak to robił na co dzień.

Uśmiechnęła się, siorbnęła kawy, włączyła muzykę. Czekała – ona na górze, a on na dole. On, czyli denat przypominający sklepowy manekin – o równie nierealnych kształtach, równie martwej twarzy i równie sztywnych członkach. Idiota stracił życie poświęcone w dużej mierze pielęgnowaniu ciała, które rychło miało się nieodwracalnie rozpaść. Jak by ją spytał, powiedziałaby mu, że to bez sensu. Ale nikt jej o nic nie pytał. Ze sprzątaczką się przecież nie rozmawia.

Alka huknęła pokrywą laptopa. Ile razy można opisywać trupa męża?

Dziesiątki razy, na wiele sposobów. To była metoda Alki na trwanie w tym związku. Bywają gorsze. Gorsze metody. Gorsze związki chyba też.

Wojenka z życiem, z mężem, z pracą wyczerpywała Alkę tak znacznie, że musiała się odtruwać codziennymi dawkami zbrodni, które z detalami opisywała. Inaczej by zwariowała. Wstawała więc w dni powszednie o martwej godzinie, piąta trzydzieści rano, wygrzebywała samotny czas w weekendy i wpisywała w komputer okrutne bluzgi na rzeczywistość, przede wszystkim małżeńską, choć przecież nie tylko. Nie, nie dodawała hejterskich komentarzy na przeróżnych forach, jak spora część polskiego społeczeństwa. Ona pisała książki.

W głębi śpiącego lub pustego domu dawała upust swojej frustracji, który pozwalał jej na zarobienie kolejnych paru groszy. Bo na szczęście umiała tak formułować swoje żale, by wydawane były w formie powieści czytanych przez wiernych, choć nielicznych miłośników. Zamiast więc fundować mężowi ciche dni, milej jest odbierać mu życie na ekranie komputera, a potem witać go kawą i szerokim uśmiechem. Zamiast pyskować szefom, lepiej torturować ich na papierze, by ze spuszczoną głową słuchać potem popisów ich butnej niekompetencji.

Nie powinna więc narzekać. Nie dość, że ulewała sobie żółci, to jeszcze pełne zaufania wydawnictwo spisało z nią umowę i dało zaliczkę na kolejną powieść. Zaliczkę niewielką, ale bardzo przydatną, bo już dawno się rozeszła na sprawy bieżące. Gdy Alka sześć miesięcy temu cieszyła się z przelewu, wydawało się jej, że ma jeszcze mnóstwo czasu na napisanie kolejnej krwawej historii. Nic z tego. Nie szło jej.

Dziś również. Sobota, więc od kilku godzin miała wolne, pustą chatę, ciszę ze spokojem, ani męża, ani dzieci. Poszła do kuchni i pstryknęła przycisk czajnika, jakby herbata mogła pomóc na cokolwiek. Wróciła z parującym kubkiem do biurka, ustawiła go na teczce z umową, podniosła pokrywę laptopa i nawet nie zaglądając do poprzedniego tekstu, zaczęła nowy. Zatarła dłonie – rytuał przed rozpoczęciem pisania od dłuższego czasu coraz mniej skuteczny. No tak, bo nieudanymi początkami kolejnego kryminału mogłaby już wytapetować sypialnię, a jeśli jeszcze chwilę popracuje, to i na salon starczy.

A przecież jeszcze jakiś czas temu pisała jak w transie, dzięki czemu wydała trzy wspaniałe krwawe kryminały. Z przyjemnością zabijała na papierze, wypruwała flaki, obcinała sutki i nosy, wycinała monogramy na skórze trupów. Dzięki temu z mniejszym obrzydzeniem szła do pracy, gdzie za błyszczącym biurkiem, przerzucając stosy papierów, rozpłaszczając sobie tyłek na zebraniach, słuchała bałwanów, których z zamkniętymi oczami pokonałaby i w teście na IQ, i w zwykłej dyskusji. Udawała głupszą od nich, udawała pokorną, by dostać dwanaście pięćset na rękę i spokojnie móc spłacać kredyt. By po pracy wsiąść do służbowego audi i słuchając audiobooka, ruszyć do domu. Jej służbowe audi ze służbowo wbudowanym zestawem głośnomówiącym i z mandatami pokrywanymi przez firmę i bez tego było sporo lepsze od ich prywatnej dziesięcioletniej toyoty, do której Miłosz nigdy Alki nie dopuszczał, bo zarysuje, bo rozwali skrzynię biegów, przesunie fotel i lusterka. Alka więc z rozkoszą wsiadała do audi, trzymając Miłosza na siedzeniu pasażera, co jeszcze bardziej podkopywało jego poczucie własnej wartości, zdewaluowane ostatnio do dwóch sześciuset. Pewnie dlatego coraz szybciej się na nią denerwował, a w łóżku zrobił się prędki i samolubny. Coraz rzadziej też angażował się w sprawy domowe. Dzieci, ich lekcje, ich łzy, ich zebrania, ich projekty naukowe, ich nowe buty, ich „dlaczego mam takie małe kieszonkowe”, i „conversy to wcale nie takie zwykłe trampki, to trampki markowe i wszyscy je mają” – wszystko to spadało wyłącznie na Alkę, jakby nagle stała się samotną matką, która i utrzymuje, i wychowuje, i wozi na zajęcia.

Tym bardziej więc pastwiła się nad mężem w swoich tekstach. I tak ich nigdy nie czytał. Nazywał je kobiecym hobby i programowo lekceważył.

Cóż, mógłby powiedzieć jej czasem dobre słowo, jeśli nie o pisaniu, to o czymkolwiek. Należało się jej. Za to, że nie każe mu się piąć po szczeblach kariery, tylko sama bierze sprawy w swoje ręce i nie dość, że zalicza wszystkie zebrania w szkołach dzieci, to jeszcze spłaca ich kosztowną małżeńską osiemdziesięciometrową fantazję we frankach. Bez słowa.

No dobrze, kilka razy wyrwało jej się na ten temat parę zdań przy gościach. Na przykład wczoraj. Co wkurzyło jej męża, miała na to niezbity dowód.

Zbity dowód.

Ręka powędrowała w kierunku siniaka na skroni. Bolało. Bo właśnie wczorajszego wieczoru, gdy goście już poszli, Miłosz, wkurzony, że za bardzo się przed nimi pyszniła, walnął ją w twarz. Znienacka. Potem tylko sapnął i popatrzył na swoje dłonie, zdziwiony, jakby kto inny nimi poruszał. Alka też zamarła. Właśnie przekroczyli jakąś granicę i nie była pewna, czy znajdą drogę powrotną.

Rano Miłosz zdawał się niczego nie pamiętać. Zresztą Alka nie miała za bardzo kiedy z nim pogadać. Musiała się zwijać, bo odwoziła dzieci na autokar na zimowisko. Nie spieszyła się specjalnie z powrotem, niech mąż za nią zatęskni, niech się o nią pomartwi, niech wyśle esemesa: „Gdzie jesteś, kochanie?”. A gdy ona odpowie, że na kawie, tam, gdzie kiedyś lubiliśmy jeść w soboty śniadania, to on tam wpadnie z kwiatami. Miłosz jednak ani nie esemesował, ani nie dzwonił, więc wysączyła tę kawę samotnie. Kiedy wróciła, nie było go już w domu. Brakowało również jego kurtki, torby na siłownię oraz kluczyków do toyoty. Nie chciał jej widzieć. Przykro.

Ale nic dziwnego. Bo po co się pyszniła? Po co mu przygadywała? Po co go poniżała przed znajomymi? Po co im wiedza, że to Alka lepiej zarabia, że to Alka spłaca kredyt, że to ona jeździ lepszym samochodem? Dziecinada. Każdy by się wkurzył.

Sama była na siebie wściekła. No i zrobiła to, co zawsze, gdy miała kłopoty.

Hania odebrała już po dwóch dzwonkach.

– Mam nadzieję, że ten telefon oznacza, że zabierzesz się z nami.

– Nie, nie jadę dziś do Zuzi. Chciałam tylko chwilę z tobą pogadać.

– Alka, nie mogę. Nie teraz. Zaraz muszę…

– Uderzył mnie. Miłosz mnie wczoraj uderzył… – wyznała Alka na jednym wdechu.

Chwila ciszy. I wreszcie:

– Będę u ciebie, kochana. Za jakieś dwie godziny. Do tego czasu jednak może przemyślisz, czy nie powinnaś potem pojechać ze mną do Zuzi i popić z nami.

Nie, na wieczorne spotkanie Alka nie pójdzie. Za żadne skarby.

Znowu otworzyła laptop. Ma jakieś dwie godziny, żeby ten dzień na coś się przydał. Byle zacząć, jakkolwiek. Najważniejsze pierwsze zdanie. Może najprościej: „Śnieg padał od kilku godzin”? Stąd można iść w każdą stronę. Opis nastroju, pogody, krajobrazu można wziąć z reala, takie myki są najlepsze. Znowu rzuciła okiem za okno. Śnieg pracował nad Warszawą od południa i najwyraźniej nie zamierzał przestać. Zapisała, dodała metaforę. Ale jeśli nie przestanie padać, to przecież Hania nie da rady dojechać do Zuzi. Posiedzą sobie tutaj. Albo w tym pubie co zawsze. No więc: Śnieg padał od kilku godzin. Nadrabiał za mokrawy listopad, suchy grudzień i szarawy styczeń, więc zamiast pojedynczych gwiazdeczek atakował płatami wielkości poszewek na jaśki, wypuszczanymi z nieba z wydajnością chińskiej fabryki. Zakrył wszystko: Arkadię i Pałac Kultury, dworce i kościoły, kamienice i bloki, a kiedy wyjechali z miasta, pracowicie zasłaniał pancerne nieforemne pałace nowobogackich z przerośniętymi garażami. Przysypywał billboardy z gołymi nawet zimą babami, baraki hurtowni, a już najstaranniej starał się pokryć wyboiste drogi…

Kiedy po dwóch godzinach Alka zamykała laptop, uśmiechała się do siebie. Z tego ma szansę powstać coś naprawdę sensownego. A przy tym zabawnego, dla wtajemniczonych oczywiście. Wyśle to dziewczynom. Wszystkim, które mają być u Zuzi. Wszystkim poza Bietką. Niech i one się pośmieją.

Gdy będzie to publikować, trzeba będzie zmienić kilka szczegółów, żeby łotrzyca nie miała się do czego przyczepić. Tak jednak sprytnie, by nadal wiedziała, o kogo chodzi.

Dzwonek do drzwi. Alka pobiegła, żeby otworzyć. Hania wyglądała krucho i ślicznie, obsypana śniegiem, z rumianą twarzą, strasznie młodo jak na jej czterdzieści siedem lat. Wdowieństwo zdecydowanie jej służyło.

– Wchodź, sama jestem. – Alka złapała ją za mokry rękaw.

Hania posłała jej ciepły uśmiech, tak kaloryczny, że można by na nim upiec ciasto drożdżowe.

– Wejdę, ale tylko na chwilę. Daria czeka na dole w samochodzie. Próbowałam przesunąć wyjazd do Zuzi, ale mówi, że albo teraz, albo wcale. Potem nie przejedziemy przez te śniegi. Wskocz do auta, pogadamy po drodze. I u Zuzi zaraz znajdziemy jakiś spokojny kącik. Ma przecież teraz wielki dom!

– Jak to: na chwilę? Myślałam, że zostaniesz. Że z nim pogadasz. Że… Bo ja właściwie się nie dziwię, że mnie uderzył. Naprawdę zachowałam się po świńsku – ulewało się Alce. – Miałam go wspierać, a z niego kpię. I to przy ludziach.

– Mocno cię uderzył? – spytała Hania.

Alka poprowadziła jej dłoń do swojej skroni.

– W głowę?!

– Spoliczkował mnie. Kiedy wyszli goście. Strasznie przy nich z niego kpiłam.

Zarumieniona Hania patrzyła na nią z dziwną miną. Śnieg stopniał na jej twarzy, cała lśniła od wody.

No, napomnij mnie teraz. Zwróć uwagę. Uświadom, co powinnam była zrobić, by temu zapobiec. Zrób coś takiego jak dwa lata temu, gdy lamentowałam, że chyba się rozstaniemy, bo Miłosz bywa okrutny. Choć wtedy, co prawda, bywał okrutny tylko w słowach. No, pomóż mi.

Czy to możliwe, że aż dwa lata minęły od chwili, gdy Hania przyjechała do Alki, by opowiedzieć jej o nierozerwalności małżeństwa, o wspólnym dojrzewaniu, w którym pomaga wspólne przezwyciężanie kryzysów, o sztuce kompromisu i sztuce wybaczania? A potem wysłała Alkę do sklepu po wino. Gdy ta wróciła z butelkami i czymś do jedzenia, Hania właśnie kończyła rozmowę z Miłoszem, który zdążył jakiś czas temu wrócić z pracy. Przez kilka naprawdę przyjemnych tygodni rzeczywiście był dla Alki milszy, a i ona starała się go chwalić i dopieszczać. Poszli nawet do łóżka, gdzie było prawie fajnie, a na pewno swojsko. W końcu jednak ich starania rozpuściły się w mijającym czasie i wrócili do status quo, osłodzonego jednak świadomością, że przy odrobinie wysiłku można inaczej. A potem ona awansowała, a on wręcz przeciwnie.

Hania pogładziła ją po twarzy. Szkoda, że tak trudno przytulić się do kogoś, gdy z jego palta kapie.

– Alka, musimy pogadać – zarządziła. – Naprawdę musimy o tym pogadać. I dlatego jedziesz z nami. Daję ci dziesięć minut, byś zrobiła się na bóstwo. U Zuzi będziemy miały więcej czasu.

– Ale ja…

– Alka, nie możesz wiecznie unikać Bietki. Spojrzysz wreszcie smokowi w oczy. Dacie sobie po razie i rozwiążecie problem.

Hania nie miała racji. Ten problem był nie do rozwiązania.

– Wierzę w ciebie – dodała Hania. – I czekam na dole.

Wyszła, zostawiając kilka kropli wody na kafelkach w przedpokoju.

A Alka dalejże malować się, stroić, żeby Bietce pokazać. Co pokazać? Znowu dziecinada. Bietki to chyba nawet nie obchodzi. Zresztą i tak jest od Alki ładniejsza. Bietka wygląda jak Królewna Śnieżka, a Alka – jak jeden z krasnali, ten ze złośliwą twarzą. Cholerna zdradziecka Bietka, i tu więcej dostała od losu. Jest piękna, a kamera ją kocha. Cholerną „prawdziwą królową kryminału”.

Bo właśnie o to im poszło. O to, że Bietka mianowała się „prawdziwą królową kryminału”, nie bacząc na to, że te kryminały pisuje również Alka. „Prawdziwą”, bo przedtem na tronie zasiadała uzurpatorka, jak ją teraz z upodobaniem nazywała Bietka podczas swoich licznych wystąpień w mediach. O to też Alka miała żal. Obie znały tamtą dziewczynę, blondwłosą pisarkę o triumfującym uśmiechu i niskim, przyjemnym głosie, obie ją lubiły i przecież, choć się z niej niekiedy podśmiewały, żadna z nich źle jej nie życzyła. Ot, koleżanka, której się udało.

Blondwłosa królowa pokazywała się regularnie w większości kolorowych gazet i części poważniejszych, w mnóstwie programów telewizyjnych i w telewizjach śniadaniowych. Objeżdżała setki spotkań autorskich, sprzedawała mnóstwo książek i robiła to z takim wdziękiem, że wydawało się, że jej gwiazda świecić będzie wiecznie. Aż pojawiła się Bietka. Żmija, którą Alka poniekąd wykarmiła na własnym łonie. Żmija, która jednym ruchem zdradziła i Alkę, i blondwłosą królową. Nie robi się świństw kobietom, którym się udało – to przecież była zasada, której trzymały się wszystkie w ich paczce.

Poza Bietką, jak się okazało. Bo Bietka miała plan.

Bietka, delikatna, czarnowłosa, z porcelanową cerą Królewny Śnieżki, kwitowała w mediach poprzedniczkę eleganckim: „To taka nasza polska literacka Gra o tron. Dawna królowa musi ustąpić nowej”. Nie wchodziła w zwarcia, w konflikty. Była delikatna, a nie triumfująca czy walcząca. Była inna i dzięki temu wygrywała. Przy czym tę strategię, nawiązującą do tak modnego ostatnio serialu, wymyśliła przecież Alka podczas wieczornych popijaw i wygłupów z Bietką. Dla jaj. Nie po to, by ją realizować. Jaką strategię? Postawić się w opozycji i wygrać delikatnością, młodością, świeżością, nieopatrzoną twarzą. Być Daenerys polskiego kryminału, prawdziwą królową zepchniętą z tronu, która ma do niego pełne prawo. Godną i niewinną. Tron sam wróci do osoby, której się należy.

W ramach zaś zakulisowych działań trzeba było również odświeżyć kontakty ze wszystkimi osobami, z którymi się kiedyś pracowało czy współpracowało, bo przecież Bietka przez lata była dziennikarką. Nie zaszkodziło poumawiać się z kim trzeba na kawę, wódkę albo seks i utrzymywać przez jakiś czas zupełnie bezinteresowne kontakty towarzyskie, by w odpowiednim momencie je wykorzystać. Poza tym dobrze byłoby zbajerować drapieżną początkującą agencję piarową, która wygra tym, że wojnę królowych sprzedaje się lepiej niż pojedyncze królowanie. Można im też było obiecać procent od tantiem, jakie uda się uzyskać, gdy ją wylansują. Poza tym na okładkach należało wybijać zdjęcie pięknej pretendentki, żeby było widać, że równie śliczna. A na pewno inna, świeża, nieopatrzona, co w tym kapryśnym świecie niekiedy wystarcza za wszelkie inne zalety.

Tak dobrze się bawiły tymi absurdalnymi pomysłami, że Alka nawet nie spostrzegła, jak Bietka faktycznie zaczęła się pojawiać tu i ówdzie, coraz bardziej tu i ówdzie, wszędzie u boku panującej królowej. Zdziwiona w końcu zadzwoniła do Bietki. „Kochana, zapraszają, to chodzę – odparła tamta niedbale. – Zawsze mówię, żeby i ciebie czasem zaprosili”. Po czym tydzień później Bietka pojawiła się w jakimś luksusowym kobiecym tytule, gdzie wystylizowano ją na Królewnę Śnieżkę. W wywiadzie obok Alka przeczytała całkiem dużo dowcipnych zdań, które wymyślały kiedyś podczas wspólnych wieczornych śmichów-chichów. A potem już poszło lawiną: kobieta o wyglądzie dziewczynki, z opaską na długich, prostych czarnych włosach, w sukience z kołnierzykiem, w bucikach na paseczek, Królewna Śnieżka lub Alicja z Krainy Czarów, zależnie od stylizacji. Więc ta miękka dziewczyneczka pisała o morderstwach, zwłokach i psychopatach? Tak, na to znudzone media czekały i łykały na razie jak gęś kluski. Królewna z krainy czarów, królewna z krainy śmierci. Z tym wyglądem niewinnego dziewczątka, które samo jest zadziwione tym, że takie okropieństwa płyną spod jej palców, nikomu też nie wydawała się groźna.

Bietka wypłynęła na tej grze o tron szybko i wysoko, zbierając po telewizjach punkty za to, że mówi mało, ale celnie. Za cięty dowcip, który dobitnie kontrastował i z jej usteczkami w kształcie serca, i z jej melodyjnym dziecięcym głosikiem, i z jej dziewczęcą urodą. Tyle że Bietka nie miała żadnego dowcipu, co było widać po jej wymęczonych książkach. Miała za to świetną pamięć, dużo odwagi i bezczelności oraz dowcipną przyjaciółkę. Byłą przyjaciółkę. Alkę. I to dzięki pomysłom Alki wykopała z mediów dziewczynę do tej pory uznawaną za królową kryminału. Fajną, serdeczną dziewczynę, którą znały i wcale jej źle nie życzyły.

Bietka przejęła od niej wszystko, w pakiecie, łącznie z tytułem i wysoką sprzedażą. Skrzywdziła nie tylko blondwłosą pisarkę, ale także Alkę. Bo skoro prawdziwa królowa jest jedna, to kto będzie sobie zaprzątał głowę czytaniem pozostałych pretendentek?

Podwójna zdrada.

Media przez jakiś czas zapraszały obie królowe. Dziewczyny siedziały obok siebie i udawały, że się lubią, albo też nie udawały, zależnie od formuły programu. Z czasem jednak poprzedniczka pokazywała się coraz rzadziej, w czym, zdaje się, niemały udział miała Królewna Śnieżka, która prosiła, żeby przestać je zapraszać razem, bo przecież doskonale daje radę sama, a poza tym tron należy teraz do niej.

I to była prawda.

Alka miała żal tym większy, że Bietka pisała przeciętnie. Niewiele urosła od czasu reportaży sądowych, drukowanych w jakimś pisemku o zbrodniach. Tamten styl jej został – nadal była dosłowna, zagubiona w nadmiarze faktów i detali. Powtarzała się, przytaczała wszystkie rozmowy, opisywała dni bohaterów (twardych, niedogolonych komisarzy, samotnych i z nałogami) zdecydowanie zbyt szczegółowo, jakby nieznane jej było pojęcie redakcyjnych nożyczek. Tak, warsztatu nie miała, a jej najnowsza wylansowana powieść była nudna do wypęku. Alka zmęczyła ten produkt do końca z ciekawości, czy pojawią się wreszcie jakieś petardy. Na darmo. Przez cały tekst czuła się tak, jakby z maczetą przedzierała się przez potwornie gęstą dżunglę, bez satysfakcji z osiągnięcia końca, który wymęczony był i przewidywalny tak mniej więcej od połowy.

Mordowanie uprawiane przez Alkę było o wiele bardziej wyrafinowane literacko. I zdecydowanie mocniej nasycone emocjami. I co z tego? Może Alka i była mistrzynią przerabiania własnych irytacji na soczyste kryminały, ale nie była mistrzynią marketingu. To znaczy była. Poniekąd. Potrafiła wymyślać parodie strategii, które – jak się okazało – funkcjonowały całkiem dobrze w rzeczywistości, jeśli tylko ktoś miał wystarczająco dużo bezczelności i dostatecznie mało skrupułów, by je zastosować. I skrzywdzić przy okazji parę osób. Jak Bietka.

Bietka była autorką czterech książek. Trzy pierwsze przeszły zupełnie bez echa, czwarta dzięki „prawdziwemu królowaniu” wskoczyła od razu na półki z bestsellerami. Ludzie bowiem wierzyli w to, co mówi się w telewizji: nowa królowa jest o wiele lepsza od poprzedniej, a obie wyprzedzają o pięć długości całą resztę pisarek.

Alka zaczęła Bietki unikać. Życie i tak było zbyt bolesne, żeby przejmować się woltami przyjaciółek. Nie czytała, nie oglądała, przymykała oko na zajawki z Bietką na okładce. Ale zdrada uwierała, lekceważenie też. Powtarzała sobie, że pisanie nie wymaga uznania, że najważniejszy jest proces twórczy, że pisze lepiej niż tamta, tylko brak jej bezczelności, żeby wszędzie krzyczeć: „Ja! Ja! Ja!”. Poza tym Bietka była singielką, a ona miała na głowie dzieci, fumy Miłosza i pretensje szefów z korporacji. Miała też umowę na książkę, której terminu postanowiła dotrzymać, nawet jeśli znowu mało kto ją przeczyta. Wal się, Bietko.

Bietka nuciła The Lucky Girl zespołu The Gerbils w rytmie poskrzypujących wycieraczek. Jeszcze niedawno nie miała pojęcia, że taki zespół istnieje, a teraz go lubiła, i to najbardziej ze wszystkich, bo kojarzył jej się z Ignacym. Nuciła i patrzyła na śnieg kotłujący się przed szybą samochodu. Śnieg też kojarzył jej się z Ignacym. Z pościelą. Wczoraj wpadł do niej, żeby się pożegnać przed wyjazdem, więc wyjęła najlepsze satynowe prześcieradło, gładką poszewkę, trochę poduszek do podkładania pod biodra, żeby go czuć w sobie jeszcze lepiej. Ciągle nie mogła się nadziwić, że ta przygoda trwa już tyle czasu. Chciało jej się biegać i śpiewać, zagapiała się w okno, zapominając o jedzeniu, a koleżanki chwaliły, że nigdy jej cera nie biła takim blaskiem. Ale przecież się nie zakochała. Nie wolno. Nie w dziewiętnastolatku.

Ciągle czuła dotyk jego dłoni. Tęskniła. Tęskniła już w momencie, gdy wychodził od niej, a od tamtego czasu minęło aż osiem godzin i było coraz gorzej, bo cały następny tydzień mieli spędzić osobno. Pierwszy raz od ośmiu miesięcy rozstawali się na tak długo.

A przecież znała go od dziecka. Był chłopcem niezręcznym i grubawym, w wieku dojrzewania doszły do tego pryszcze i nieogolony wąsik. Ignacy wyglądał tak odmiennie od uroczej Zuzi, że aż się wierzyć nie chciało, że dzielili kiedyś jedno ciało. Co gorsza, mówił do Bietki „ciociu”, gdy zdarzało jej się odwiedzać Zuzię w domu, a w miarę upływu lat w ogóle przestał się odzywać. Na dźwięk dzwonka krył się w swoim pokoju, otoczony grzmiącymi nutami, z opuszczonym łbem, patrzący spod grzywki. „Taki etap – tłumaczyła Zuzia. – Wyrośnie z tego” – dodawała beztrosko.

I wyrósł. Bietka odkryła to osiem miesięcy temu.

Wracała wtedy do domu, z pracy. Ślady po łzach, które puściły się jej w kibelku, starannie zaszpachlowała i zapudrowała. Nie muszą wszyscy wiedzieć, że po sześciu latach wyleciała z roboty, podpisując haniebną kartkę „za porozumieniem stron”, chociaż nie było to żadne porozumienie, tylko szantaż. No dobrze, może nie lubiła tego budynku, tej rutyny, tych nudziarzy z redakcji, ale tylko dzięki temu, że w tygodniu zmieniała się w robota, miała możliwość pisać w weekendy książki. Wydawała je w malutkim wydawnictwie, robiącym na nich malutką kasę, z czego ona dostawała jeszcze mniejszą dolę, ale przynajmniej nie dokładała do tego hobby.

Po drodze z metra zrobiła zakupy, żeby już później nie wychodzić z domu i móc spokojnie płakać. Przecież nie wyżyje z samego pisania powieści. Szła z cienkimi foliowymi siatami, których rączki wrzynały jej się w dłonie. Po udzie wędrowało w dół oczko prujących się rajstop, buty na durnych obcasach uwierały. Cięższa z przeładowanych toreb zdążyła się zbuntować i pękła. Przez szparę wypuściła truskawki i jabłka, które rozbrykały się po chodniku. Bietka odstawiła drugą torbę i kucnęła, żeby pozbierać owoce. Ludzie lawirowali między truskawkami i nagle walka wydała jej się beznadziejna. Ale wtedy jakieś stopy przystanęły tuż obok niej. Zobaczyła sportowe buty, dżinsy, trochę wypchane na kolanach, kraciastą kurtkę, a jeszcze wyżej – ukrytą w kołnierzu twarz, lekko stropioną i lekko znajomą, choć szczuplejszą, bez pryszczy, niedogoloną, nagle dorosłą. Ignacy! Stał nad nią i patrzył niezdecydowany, jak Bietka sięga po odległą truskawkę, ocierając kolano w cienkich rajstopach o szorstki chodnik. Syknęła, powstrzymując łzy. Dopiero wtedy kucnął. Zbierał jabłka, wrzucając je sobie do plecaka. Wstali. Nieliczne ocalałe truskawki trzymali w dłoniach.

– Nie mam gdzie ich schować – uśmiechnęła się bezradnie.

Szukała w nim tego grubawego dzieciaka i chwilami miała wrażenie, że go odnajduje, choć teraz stał przed nią pachnący dobrą wodą kolońską mężczyzna, barczysty, wyższy i z zarostem.

Kiedy doszli pod jej klatkę, przełożył truskawki do jednej dłoni i zamarł z palcem przy domofonie. Podyktowała mu kod. Weszli, stanęli przed drzwiami mieszkania.

– Klucz mam w kieszeni. – W obu dłoniach nadal trzymała owoce.