Wydawca: Wydawnictwo "Znaki Czasu" Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 195 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szeregowiec Doss - Frances M. Doss

„Doss, gdy pójdziemy walczyć, nie wrócisz żywy. Sam cię zastrzelę!”. „Jesteś zwykłym tchórzem!”.

Młody sanitariusz wrzucony w piekło wojny na Okinawie w obliczu pewnej śmierci ratuje dziesiątki rannych żołnierzy. Koledzy szeregowca Dossa, którzy wcześniej drwili z jego wiary i odmowy używania broni, teraz zawdzięczali mu życie. Niewiarygodne czyny przyniosły mu uznanie prezydentów i generałów, czyniąc go jednym z najbardziej nietypowych amerykańskich bohaterów.

Książka zawiera liczne wspomnienia z życia legendarnego żołnierza Desmonda Dossa oraz mało znane wątki o nierzadko osobistym charakterze. W rzeczywistości pokazuje skromnego człowieka i wyjawia źródło jego niepojętego heroizmu.

Powiedzieli o Dossie:

„Dzięki niezwykłej odwadze i niezachwianej determinacji w obliczu skrajnie niebezpiecznych warunków starszy szeregowy Doss ocalił życie wielu żołnierzy. Jego imię będzie (…) symbolem wybitnej odwagi, sięgającej daleko poza granice obowiązku” (Harry Truman, prezydent USA)

„Desmond dokonał czegoś, czego większość z nas nigdy nie będzie w stanie sobie nawet wyobrazić. Co najwyżej możemy stawiać go sobie za ideał, do którego warto w życiu dążyć” (Mel Gibson, aktor, reżyser).

„Zbyt mało jest na świecie ludzi takich jak Desmond, którzy tak dobrze znają samych siebie, że potrafią usłyszeć swój cichy wewnętrzny głos” (Andrew Garfield, odtwórca głównej roli w Przełęczy ocalonych).

„Desmond Doss, kawaler Medalu Honoru Kongresu Stanów Zjednoczonych, nie wstydził się swojej wiary i wytrwał pomimo wielkich przeciwności i prześladowania” ( Keith Morgan, dyrektor krajowy Cru Military).

Spis treści:

1. Wspomnienia – część 1
2. Wspomnienia – część 2
3. Wspomnienia – część 3
4. Wspomnienia – część 4
5. Wspomnienia – część 5
6. Wojna!
7. Dorothy
8. „Tu jest wojsko”
9. Szkolenie podstawowe
10. Dzwony weselne
11. Fort Jackson i Points West
12. Znowu w Points East – i do walki
13. Guam i Leyte
14. Okinawa
15. Powrót do domu
16. Camp Doss
17. Głuchota i implant ślimakowy
18. Tragedia
19. Znowu szczęśliwy 
20. Jeszcze raz na Okinawie
21. Rak

Opinie o ebooku Szeregowiec Doss - Frances M. Doss

Fragment ebooka Szeregowiec Doss - Frances M. Doss

TYTUŁ ORYGINAŁU

Desmond Doss Conscientious Objector: The Story of an Unlikely Hero

PROJEKTANT OKŁADKI

Maciej Zając

DYREKTOR WYDAWNICZY

Mirosław Harasim

TŁUMACZKA

Iwona Fijałkowska

REDAKTORKA I KOREKTORKA

Klaudia Głowacka-Walaszczyk

Copyright © 2005 by Pacific Press Publishing Association

All rights reserved

© Wydawnictwo „Znaki Czasu” (2016)

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7295-357-5

Zamówienia na publikacje prosimy kierować pod adresem:

Dział Handlowy Wydawnictwa „Znaki Czasu”

ul. Foksal 8/6

00-366 Warszawa

tel.: 22-331-98-00

e-mail: kontakt@znakiczasu.pl

księgarnia internetowa: sklep.znakiczasu.pl

Poprosiłem, aby tę książkę

napisała Frances, moja żona,

ponieważ lepiej niż ktokolwiek inny

zna ona doświadczenia, przez jakie

przeprowadził mnie Bóg, i wie,

że pragnę wiernie trzymać się faktów.

Desmond T. Doss

Poświęcam tę książkę

pamięci Berthy Doss,

matki Desmonda,

dla której znaczył on tak wiele.

Frances Doss

Prezydent Stanów Zjednoczonych w imieniu Kongresu

ma przyjemność odznaczyć Medalem Honoru

Desmonda T. Dossa.

Stopień wojskowy i przynależność: Starszy szeregowy Armii Stanów Zjednoczonych, oddział medyczny, 307 Pułk, 77 Dywizja Piechoty. Miejsce i czas: Okolice Urasoe Mura, Okinawa, Wyspy Ryukyu, 29 kwietnia — 21 maja 1945. Włączony do służby: Lynchburg, Wirginia. Miejsce urodzenia: Lynchburg, Wirginia. Rozkaz nr 97, 1 listopada 1945.

Pochwała: Był sanitariuszem w kompanii, kiedy 1 Batalion przypuścił atak na poszarpane urwisko o wysokości ponad stu dwudziestu metrów. Gdy nasze oddziały wspięły się na szczyt, dostały się pod silny ostrzał artyleryjski — uderzył na nie ogień z moździerzy i broni maszynowej, raniąc siedemdziesięciu pięciu żołnierzy, a pozostałych zmuszając do odwrotu. St. szer. Doss nie szukał kryjówki, ale pozostał w polu ostrzału z wieloma rannymi — wynosił ich pojedynczo na skraj urwiska, a tam opuszczał na sporządzonych z liny noszach w dół zbocza, gdzie odbierali ich koledzy.

Drugiego maja wystawił się na ostry ostrzał karabinowy i moździerzowy, ratując rannego, który znajdował się około stu osiemdziesięciu metrów poza linią wroga na tym samym stoku; dwa dni później zajął się czterema ludźmi, którzy zostali odcięci podczas szturmu na dobrze bronioną jaskinię; pod gradem granatów posuwał się naprzód, aż znalazł się w odległości około siedmiu metrów od broniących wejścia do jaskini sił wroga — opatrzył rany kolegów, a następnie czterokrotnie pod ostrzałem pokonał tę samą drogę, by przenieść ich w bezpieczne miejsce.

Piątego maja bez wahania stawił czoła ostrzałowi wroga z broni małego kalibru, aby pomóc oficerowi artylerii. Opatrzył i przeniósł swojego pacjenta do bezpiecznego punktu i przy huku spadających niedaleko artyleryjskich i moździerzowych pocisków podał rannemu osocze. Nieco później tego samego dnia, kiedy jeden z Amerykanów odniósł wielokrotne rany podczas ataku na jaskinię, st. szer. Doss podczołgał się do niego, gdy ten upadł w odległości siedmiu metrów od pozycji wroga. Udzielił mu pomocy i przez ponad dziewięćdziesiąt metrów niósł go do bezpiecznego miejsca — pod nieprzerwanym ostrzałem ze strony nieprzyjacielskiego wojska.

Dwudziestego pierwszego maja, podczas nocnego ataku na wyżynie w pobliżu Shuri, pozostał na odkrytym terenie, podczas gdy reszta jego kompanii ukryła się. Odważnie ryzykując, że zostanie uznany za japońskiego zwiadowcę, udzielał pomocy rannym, aż w wyniku eksplozji granatu sam został ranny w nogi. Zamiast wezwać innego sanitariusza, opatrzył swoje rany i przez pięć godzin czekał, aż noszowi dotrą do niego i wyniosą go w bezpieczne miejsce. W drodze powrotnej dostali się w rejon ataku czołgów wroga, a st. szer. Doss, widząc w pobliżu poważniej rannego, z trudem zsunął się z noszy i pokierował sanitariuszy, aby najpierw udzielili pomocy tamtemu człowiekowi. Oczekując ich powrotu, znowu został ranny, tym razem doznając złożonego złamania ramienia.

Wykazując ogromny hart ducha, wykorzystał kolbę karabinu jako szynę dla swojej roztrzaskanej ręki i w takim stanie czołgał się przez ponad dwieście siedemdziesiąt metrów po nierównym terenie do punktu pomocy. Dzięki niezwykłej odwadze i niezachwianej determinacji w obliczu skrajnie niebezpiecznych warunków st. szer. Doss ocalił życie wielu żołnierzy. Jego imię będzie w 77 Dywizji Piechoty symbolem wybitnej dzielności, wykraczającej ponad wymagane standardy.

Biały Dom,

12 października 1945

ZAMIAST WSTĘPU

Gdyby książka Francess Doss składała się wyłącznie z obrazów, byłyby one narysowane szybko i bardzo miękką kredką. Czytelnik spodziewający się wartkiej akcji, zwłaszcza po projekcji filmu Hacksaw Ridge (polski tytuł: Przełęcz ocalonych), przyzwyczajony do języka Cienkiej czerwonej linii Jonesa, Mostu na rzece Kwai Boulle’a lub innych książek i filmów przedstawiających wydarzenia tamtego czasu, będzie zaskoczony.

Autorka, nie będąc pisarką, stworzyła książkę-szkicownik, zbiór wspomnień z życia męża, migawek, krótkich dialogów, zapisów o bardzo osobistym charakterze. To prosta historia prostych ludzi napisana w prosty sposób.

Młodość tytułowego Bohatera (i samej Autorki) przypada na przełom lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku — taki też jest język książki. Frances Doss samym sposobem swojego pisania opowiada więcej niż zdołałby przekazać jakikolwiek pisarz beletryzujący temat ‘nietypowego bohatera’; jest tu atmosfera epoki i miejsc, język i rozmowy TAMTYCH ludzi, nieskażone naszym współczesnym podejściem. Postarano się oddać je w miarę możliwości wiernie, choć niekiedy mogą zaskakiwać powtórzenia i pewna niezgrabność dialogów.

Do wierności przekładu opisów ćwiczeń wojskowych i działań wojennych przyczynił się Pan Dariusz Gargol, któremu przekazujemy serdeczne podziękowania.

W książce pojawiają się również nazwy oraz elementy słownictwa wyznaniowego funkcjonujące w obrębie społeczności Kościoła Adwentystów. Niezbędne wyjaśnienia zostały podane w przypisach od tłumacza i redakcji.

Pamiętnik Frances Doss przedstawia bohatera rzeczywistego — i zwyczajnego. Desmond Doss pozostaje wierny wyznawanym zasadom i w pojedynkę stawia czoła wojskowej i wojennej machinie. Zapiski Autorki ujawniają jeszcze jedno: źródło jego odwagi, kiedy zmierza się, również w pojedynkę, z wrogami czyhającymi na każdego z nas — kalectwem, samotnością, chorobą, starością i śmiercią. Jest to prawda o żywym Bogu działającym w życiu zwyczajnych ludzi.

Iwona Fijałkowska

Spis treści

1. WSPOMNIENIA — CZĘŚĆ 1

2. WSPOMNIENIA — CZĘŚĆ 2

3. WSPOMNIENIA — CZĘŚĆ 3

4. WSPOMNIENIA — CZĘŚĆ 4

5. WSPOMNIENIA — CZĘŚĆ 5

6. WOJNA

7. DOROTHY

8. „TO JEST WOJSKO”

9. SZKOLENIE PODSTAWOWE

10. DZWONY WESELNE

11. FORT JACKSON I POINTS WEST

12. ZNOWU W POINTS EAST — I DO WALKI

13. GUAM I LEYTE

14. OKINAWA

15. POWRÓT DO DOMU

16. CAMP DOSS

17. GŁUCHOTA I IMPLANT ŚLIMAKOWY

18. TRAGEDIA

19. ZNOWU SZCZĘŚLIWY

20. JESZCZE RAZ NA OKINAWIE

21. RAK

DODATEK: LUDZIE NADZIEI…

Rozdział 13

Guam i Leyte

Dziewiątego lipca 1944 roku konwój transportowców opuścił Pearl Harbor, znów kierując się na zachód. 77 Dywizja Statuy Wolności znajdowała się na pokładzie. Okrętom towarzyszyły niszczyciele i cały konwój płynął zakosami, próbując udaremnić jakikolwiek niespodziewany atak Japończyków na morzu.

Kilka dni później konwój przekroczył międzynarodową linię zmiany daty, a po kilku następnych przybył na atol Eniwetok należący do Wysp Marshalla. Tutaj grupa otrzymała oficjalne rozkazy, aby udać się na Guam. Po raz pierwszy cała dywizja miała wziąć udział w toczących się walkach.

— Nie wiem, czy się bać, czy cieszyć— zauważył Desmond w rozmowie z kolegą.

— Jedno i drugie — odparł tamten.

Wojna, która zaczęła się siódmego grudnia 1941 roku zbombardowaniem Pearl Harbor na Hawajach, trwała już trzeci rok. Nie było tajemnicą, że w tamtym momencie Ameryka nie była na nią przygotowana. Ale natychmiast cały kraj został wciągnięty do szybko toczącej się machiny wojennej. Musiały powstać statki, czołgi, pojazdy i wszelkiego rodzaju amunicja, a ludzie musieli zostać przeszkoleni dla potrzeb wojska, marynarki i lotnictwa. Wprowadzono system poboru „Idziesz do wojska, czy tego chcesz, czy nie”. Ludzie musieli przyzwyczaić się do racjonowania cukru, tłuszczu, paliwa i innych rzeczy.

Po zbombardowaniu Pearl Harbor Japończycy szybko zdobyli Guam, Filipiny, Iwo Jimę i inne wyspy Pacyfiku. Dwa i pół roku później Amerykanie zaczęli wyzwalać te wyspy — nie było to proste. Japończycy umocnili swoje pozycje i zamierzali tam pozostać. Trzeba było wielu walk, aby przekonać ich do zmiany zdania. Wielu żołnierzy zginęło, a o wiele więcej odniosło rany. Desmond był jednym z sanitariuszy, którzy się nimi opiekowali.

Dużo później usłyszał intrygującą historię. Nigdy do końca nie wiedział, czy była prawdziwa. Możliwe, że tak.

Pewien adwentystyczny pastor zdał sobie sprawę, że jest śledzony. Któregoś dnia jego „cień” podszedł do niego i zapytał:

— Czy wie pan coś o Guam, sir?

— Tak, wiem — odparł pastor.

— Generał Mac Arthur chciałby z panem porozmawiać. Czy byłby pan tak uprzejmy i pojechał ze mną, aby się z nim spotkać?

Kiedy przybyli do kwatery generała, ten zapytał:

— Co pan wie o Guam? Gdyby miał pan tam lądować, żeby walczyć z Japończykami, gdzie by pan to zrobił?

— Jest tylko jedno miejsce, sir — Agat Bay. Na pozostałym terenie jest zbyt wiele urwistych klifów. Ale ostrzegam pana, Agat Bay jest silnie ufortyfikowana. Japończycy dobrze się okopali — odparł pastor.

Przyjrzawszy się mapie Guam i omówiwszy całą sytuację, generał zapytał:

— Skąd wie pan tak dużo o Guam?

— Przez wiele lat byłem tam misjonarzem Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Wtedy dobrze poznałem całą wyspę. Po zdobyciu jej przez Japończyków Amerykanie musieli ją opuścić. Właśnie dlatego 77 Dywizja znalazła się teraz w Agat Bay.

* * *

— Nie możemy podpłynąć bliżej, chłopcy — oznajmili żołnierzom marynarze na łodziach. — W zatoce jest za płytko.

Żołnierzom przydzielono mnóstwo amunicji, ale musieli ją dźwigać nad głowami, ponieważ woda sięgała im aż po pachy. Desmond nie niósł amunicji, ale miał ładunek środków pierwszej pomocy i bandaży, które nie powinny zamoknąć. W końcu dotarli do brzegu, nie wiedząc, czego się spodziewać.

Jednej rzeczy na pewno nie wiedzieli o Guam — deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz! Kiedy wyszli na brzeg, okazało się, że zmienił on ziemię w błoto o konsystencji zupy. Gdy podążali w stronę wzgórz, błoto płynne zamieniło się w błoto grząskie. Utarło się, że żołnierze powinni być wysocy i wyglądać stosownie w swoich mundurach, czyż nie? Ci żołnierze wyglądali w swoich mokrych i ubłoconych mundurach zdecydowanie gorzej niż powinni. Gdy tak brnęli w błocie, rzucali wszelkie możliwe przekleństwa, jakie przychodziły im na myśl.

Desmond uznał, że jest lepszy sposób rozładowania emocji. Kiedy po kolana grzązł w błocie, śpiewał w myślach Naprzód, Boża drużyno.

— Macie tu swoje racje K*. Wystarczy na trzy dni, aż dotrzemy do Barrigady — powiedział porucznik. — Wiecie, dlaczego to taki ważny cel?

— Nie, sir. Dlaczego?

— Bo jest tam naprawdę dobra studnia. Piliście taką wodę, jaka była dostępna. Nawet stosując tabletki odkażające**, wielu z was chorowało i miało biegunkę. Dobra woda z całą pewnością się przyda.

Racje K składały się głównie z fasoli i bekonu albo z bekonu i sera. Odkąd Desmond stał się wegetarianinem, który zgodnie z tym, co przeczytał w Biblii — w 11. rozdziale Księgi Kapłańskiej — unikał szczególnie wieprzowiny zostawało mu niewiele do jedzenia poza twardymi „psimi herbatnikami” i przypadkowo znalezionymi orzechami kokosowymi. Żołnierze wierzyli w niepotwierdzoną pogłoskę, że „psie herbatniki” i same racje C i K stanowiły pozostałości po I wojnie światowej.

Pierwszego wieczoru po wylądowaniu wykopali sobie małe błotniste okopy, żeby przetrwać noc. Doceniali to, że artyleria strzelała w stronę japońskich pozycji na wzgórzach przed nimi, ale hałas był tak straszliwy, że czuli, jakby miał powyrywać ich z okopów. Tej nocy żaden z nich nie zmrużył oka.

Następnego dnia obserwowali wroga. Niedaleko dostrzegli kilku żołnierzy. Otworzyli ogień, a tamci odpowiedzieli w ten sam sposób — aż nagle zdali sobie sprawę, że obie grupy to Amerykanie! Starcie zakończyło się, zanim się rozpoczęło — i zanim ktokolwiek został ranny.

Niedługo później, idąc drogą, zobaczyli stojący w płomieniach kościół. Dowiedzieli się, że Japończycy używali go jako kwatery i składu amunicji. Amerykanie zbombardowali budynek i gdy ten zaczął płonąć, znajdująca się wewnątrz amunicja eksplodowała.

Na szczęście miejsce to znajdowało się wystarczająco daleko, więc nikt nie został ranny ani zabity w wyniku eksplozji.

Następnego dnia ruszyli w stronę Barrigady, ale japońscy snajperzy, a niekiedy czołg lub gniazdo broni maszynowej, sprawiły, że szli tam dłużej niż oczekiwali.

Wszyscy, włącznie z Desmondem, zaczęli narzekać na głód. W końcu dotarli do celu i zostali tam przyłączeni do jednostki piechoty morskiej. Tamci mieli dobre jedzenie; byli niezależni od racji C lub K, więc wyrzucali je na śmietnik. Posiłek, który mieli zrobić dla nowoprzybyłych, nie był jeszcze gotowy, ale dostępne były wyrzucone racje C i K. Czekając, wielu żołnierzy z grupy Desmonda wzięło sobie po dwie czy trzy porcje. Byli tak głodni! Desmond znalazł coś dla siebie i zrobił tak samo.

To naprawdę nie smakuje zbyt dobrze — pomyślał. Prawdopodobnie jedzenie było zepsute, ponieważ zanim przygotowano dla nich posiłek, poczuł się chory i nie mógł go zjeść.

* * *

— Sądzimy, że na tym wzgórzu znajduje się wysunięta japońska pozycja i musimy je oczyścić — powiedział sierżant. — Idziemy. Wkrótce będzie ciemno. Miejmy nadzieję, że uda się to zrobić przed nocą, żebyśmy nie musieli martwić się o to, że Japończycy będą się tu kręcić.

Grupa, której Desmond towarzyszył jako sanitariusz, rozpoczęła zwiad. Niedługo potem zobaczyli czterech Japończyków biegnących przez wzgórze. Amerykanie natychmiast ich zlikwidowali, ale nie mieli pojęcia, gdzie mogą być pozostali. Zapadał zmrok.

— Chłopcy, przenocujemy przy szlaku — powiedział sierżant. — Mam nadzieję, że nie ma tu więcej Japończyków, ale bądźcie czujni, bo może być inaczej.

Niedługo później Desmond siedział na ziemi, próbując przyjąć wygodną pozycję, gdy poczuł, że nie jest sam.

— Stój! — zawołał. Nie miał nawet czasu, żeby dodać „Kto idzie?”, kiedy coś ostrego wbiło mu się w ramię, a potem w głowę. Bagnet?! I wtedy rozległo się… mruczenie! Czarny kot ze swoimi pazurami przeraził go niemal na śmierć, zanim zdał sobie sprawę, co to w ogóle jest. Jeszcze długo potem śmiał się cicho sam do siebie.

* * *

Walki, które odebrały Guam Japończykom i oddały wyspę w ręce Amerykanów, ciągnęły się do połowy sierpnia. Potem żołnierze na jakiś czas zostali tam, aby patrolować teren. Można powiedzieć, że były to wakacje od wojny. Pogoda sprzyjała i było ciepło.

Desmond był szczęśliwy, że może skorzystać z kilku dni odpoczynku, wyspać się, napisać listy i sięgnąć po Biblię, którą dała mu Dorothy. Był przeziębiony i przez większość czasu odczuwał zmęczenie. Znacznie później zdał sobie sprawę z tego, że to coś więcej niż zwykłe przeziębienie. Po kilku dniach odpoczynku czuł się o wiele lepiej, a kiedy transportowiec zabrał ich z Guam, znowu był w stanie służyć jako sanitariusz.

Drugiego listopada cały konwój opuścił Guam. Skierowali się na południe i mówiono, że mają trafić w rejon Nowej Kaledonii, aby tam odpocząć, dopóki nie będą potrzebni do walki w innym regionie. Gdy płynęli, Pacyfik okazał się godzien swojej nazwy: ocean był nieprawdopodobnie spokojny. Kilka dni później przekroczyli linię równika.

Konwój płynął na południe, ale pewnego dnia zawrócił i skierował się na północ. Generał MacArthur przekazał przez radio, że są potrzebni na Leyte, wielkiej wyspie na Filipinach. Transportowiec wylądował na jej wschodnim brzegu, a potem okrążył wyspę, aby podejść do niej od strony zachodniej.

— Będziemy szli w górę rzeki Ormoc w północno-zachodniej części Leyte — powiedziano żołnierzom.

Japończycy mieli tam umocnione pozycje i zaprawieni w boju żołnierze wiedzieli, że czeka ich ciężkie starcie. Mieli rację.

Wszędzie tam, gdzie toczyły się takie walki, sanitariusze pracowali ze zdwojonym wysiłkiem, opiekując się rannymi i wynosząc ich na noszach do punktu pomocy.

* * *

Pewnego dnia Kompania B przenosiła się na inne miejsce obozowania. Gdy Desmond szedł razem z grupą, podszedł do niego ktoś z piechoty i zapytał:

— Wiesz, że Glenn dostał?

— Nie — powiedział Desmond. — Gdzie on jest?

— Na tamtym wzgórzu — wskazał żołnierz. Słysząc ich rozmowę, pozostali zatrzymali się.

— Idę po niego — powiedział Desmond. — Czy ktoś pójdzie ze mną?

— Ja — zgłosił się Herb Schechter.

Desmond wiedział, że Schechter jest wierzącym w przeznaczenie Żydem i że idzie z nim tam, gdzie nie poszliby inni.

Kapitan Vernon kazał pięciu innym żołnierzom towarzyszyć im w charakterze tylnej straży, która miała ich osłaniać.

Na wzgórzu było dwóch rannych — Glenn i ranny żołnierz, któremu Glenn zamierzał pomóc. Desmond skulił się, biegnąc do tego drugiego, podczas gdy Schechter pobiegł do Glenna.

Młody żołnierz miał groźną ranę na czole, a krew spływała mu po twarzy, zalewając oczy i tam krzepła. Desmond wyjął bandaż z torby, zwilżył go wodą z manierki i zmył krew z jego twarzy.

Chociaż znajdowali się w tak niebezpiecznym miejscu, nagle twarz chłopaka rozjaśnił uśmiech:

— Myślałem, że oślepłem — powiedział.

Desmond zapamiętał ten uśmiech do końca życia i czuł się odpowiednio wynagrodzony za pomoc, jakiej udzielił tamtemu żołnierzowi i innym. Młody żołnierz wczołgał się na skarpę, a koledzy pomogli mu dostać się do punktu pomocy.

Wtedy Desmond skupił się na Glennie.

— Co z nim? — zawołał do Schechtera.

— Niedobrze — odparł Schechter. — Nieprzytomny, ale żyje.

Najwyraźniej Japończycy byli w pobliżu i słyszeli ich głosy. Zaczęli strzelać w ich kierunku. Schechter podskoczył i zaczął biec.

— Schechter, padnij! — wrzasnął Desmond.

Ten upadł tak realistycznie, że Desmond pomyślał, iż został trafiony. Podczołgał się, żeby to sprawdzić i był szczęśliwy, kiedy okazało się, że nie został nawet draśnięty.

— Koniec gadania, Schechter — powiedział. — Teraz szeptem.

Pozostawała kwestia tego, co mogą zrobić dla Glenna. Był wielkim facetem i odpowiednio dużo ważył. Sanitariusze rozesłali na ziemi jego pelerynę i wtoczyli go na nią. Potem zaczęli ciągnąć go w kierunku punktu pomocy. Znajdowali się na otwartej przestrzeni i pochylać się tak nisko, jak to tylko było możliwe. W pewnym miejscu musieli przeciągnąć go nad ciałem martwego Japończyka. Dotarli do miejsca porośniętego krzakami.

— Myślę, że tutaj musimy się zatrzymać — powiedział Desmond.

Zbadał Glenna. Był nieprzytomny, ale ciągle oddychał!

Tutaj czekali na nich ci, którzy ich osłaniali. Desmond wziął od jednego z nich maczetę i wyciął dwa bambusowe kołki. Obwiązali je peleryną i ruszyli naprzód, wspomagani przez dwóch innych żołnierzy. Było gorąco i Desmond był bardzo zmęczony. Niósł jednak swojego przyjaciela, więc mobilizował się aż dotarli do miejsca, gdzie obozowali.

Jeszcze raz obejrzał Glenna. Wydawało mu się, że nie oddycha! Sprawdził puls i niczego nie wyczuł. Clarence Glenn nie żył!

Dr Tann spojrzał na Desmonda i dostrzegł jego zmęczenie i emocjonalne wyczerpanie. Dał mu garść tabletek, kazał je połknąć i dopiero się położyć. Pigułki wyłączyły go zupełnie i nie obudził się aż do następnego dnia. Kiedy się ocknął, podziękował Bogu za opiekę w bardzo niebezpiecznej sytuacji.

Utrata najlepszego przyjaciela była dla niego straszliwym szokiem. Od tamtej pory robił, co tylko mógł dla rannych, ale próbował nigdy nie patrzeć na ich twarze — nie chciał więcej widzieć martwego żadnego ze swych przyjaciół.

Jakiś czas później Schechter i Doss nieśli na noszach żołnierza. Gdy tylko wyruszyli znad brzegu rzeki, którą przebyli, kula snajpera świsnęła zza pleców Desmonda i trafiła Schechtera, który natychmiast osunął się na ziemię.

— Pomóżcie mi! — krzyknął Desmond w stronę kilku żołnierzy na sanitarnym jeepie nieopodal.

Jeden z nich przybył z pomocą i przenieśli na noszach do auta rannego, którego Desmond niósł z Schechterem. Wzięli inne nosze i wrócili po Schechtera. W chwili gdy wkładali go do jeepa, Japończycy zaczęli strzelać do nich z broni maszynowej. Żołnierze wskoczyli do jeepa i odjechali. Desmond miał czas jedynie na to, aby wepchnąć nosze z Schechterem trochę głębiej i końcami palców uchwycić się tyłu pojazdu. Miał wrażenie, że przez większość drogi powrotnej do punktu pomocy leciał, ale był wdzięczny, że w ogóle tam dotarł.

Herb Schechter nigdy nie odzyskał świadomości. Odszedł kolejny dobry żołnierz i dobry przyjaciel. Desmond nie pozwalał sobie o tym myśleć.

* * *

Kiedy Desmond szedł z walczącymi, zawsze próbował znajdować się w dwóch trzecich odległości od czoła grupy. W ten sposób łatwiej mu było dostrzec rannego i dotrzeć do niego. Pewnego dnia jednak, zanim zdał sobie sprawę, znalazł się na początku szeregu. I właśnie wtedy żołnierz tuż obok niego krzyknął i chwycił się za stopę.

— To boli! — powiedział.

Desmond zatrzymał się i obejrzał otwór po kuli w stopie tamtego. Zabandażował ją i powiedział:

— Teraz, kolego, dam ci morfinę. To sprawi, że poczujesz się lepiej.

— Nie, nie potrzebuję. Tak naprawdę wcale aż tak nie boli — odpowiedział żołnierz i odwrócił się, żeby odejść do punktu pomocy, a Desmond wrócił do swojej grupy.

Rzeczywiście chciał podać żołnierzowi morfinę, ale nigdy nie robił niczego wbrew czyjejś woli. Wiedział, że kiedy minie odrętwienie, stopa będzie naprawdę bolała. Niedługo później upadł inny żołnierz. Dostał postrzał w brzuch i Desmond mógł jedynie stwierdzić, że wygląda to fatalnie. Pocisk wyrwał w jego brzuchu wielką dziurę, przez którą wylewały się jelita. Desmond wierzył, że każdemu powinien dać szansę, nawet jeżeli sprawa wygląda beznadziejnie. Wepchnął więc jelita do środka, a na ranę założył szeroki polowy opatrunek. Noszowi zabrali żołnierza do punktu pomocy, ale Desmond nie sądził, że doniosą go tam żywego.

Następnego dnia, gdy pojawił się w punkcie po zapas bandaży, zagadnął lekarza o tych dwóch ludzi.

— Ach, ten z dziurą w stopie? — powiedział lekarz. — Nie żyje!

— Naprawdę?! — zdziwił się Desmond. — To nie było nic poważnego. Co się stało?

— Nie mam pojęcia — odparł lekarz. — Przypuszczam, że to mógł być szok. Sam wiesz, że takie rzeczy się zdarzają.

— A ten z wyprutymi jelitami? — zapytał Desmond.

— Pozszywali go w szpitalu i wychodzi na to, że ma się nieźle.

Desmond ledwo mógł w to uwierzyć. Ale po paru latach spotkał tego człowieka, który pełnił wówczas jakieś funkcje wojskowe. Lubił on mówić:

— Mam dowód na to, że się mną zająłeś — i wskazywał na biegnącą w poprzek brzucha bliznę.

* * *

Innego dnia na Leyte pewien ranny żołnierz leżał na skraju ryżowiska. Gdy Desmond wyruszył w jego stronę, kilku sierżantów zawołało za nim:

— Schowaj się, głupku, aż przestaną strzelać. Tam jest snajper, którego nie zdjęliśmy. Musisz tam iść?

— Myślę, że tak. Jeśli zaczekam, może umrzeć, zanim tam dotrę — odparł Desmond.

Przedostał się do rannego i stwierdził, że jest on nieprzytomny. Opatrzył jego rany i wezwał dwóch noszowych. Pospiesznie wtoczyli go na nosze i zabrali do punktu pomocy.

Kiedy wrócił do miejsca, gdzie siedzieli sierżanci, usłyszał:

— Myśleliśmy, że zobaczymy, jak snajper cię zabija. Nie mogliśmy go zastrzelić, nie zabijając przy tym naszych, a on celował prosto w ciebie. Nie widziałeś go?

— Nie — odparł Desmond. I znów podziękował Bogu za opiekę.

Trzy czy cztery lata później pewien misjonarz w Japonii opowiadał o tym zdarzeniu z udziałem Desmonda. Siedzący w końcu sali człowiek powiedział jednemu z diakonów:

— Tym Japończykiem równie dobrze mogłem być ja sam. Byłem tam — i pamiętam żołnierza, którego miałem na muszce, ale nie byłem w stanie zwolnić spustu.

Po spotkaniu chcieli wypytać go o więcej szczegółów, ale mężczyzna zniknął.

* * *

Na Leyte Desmond przeżył okres osłabienia. Żołnierze przedzierali się przez dżunglę, odpierając opór Japończyków. Co pięćdziesiąt minut robili dziesięciominutową przerwę. Desmond odkrył, że nie może dotrzymać im kroku. Dołączał do grupy w momencie, kiedy oni właśnie wyruszali. Oznaczało to, że przez większość czasu szedł przez pełną Japończyków dżunglę zupełnie sam. Łatwo mógł stracić życie, gdyby Bóg nad nim nie czuwał.

Kiedy oddziały dotarły do plaży, gdzie można było odpocząć, wszyscy korzystali z tego czasu — odpoczywając i nawet grając w gry, ale nie Desmond. Spał całymi godzinami i prawdopodobnie nic by nie jadł, gdyby Jim Dorris nie przynosił mu jedzenia. Gdy wypoczął, poczuł się lepiej i był gotów iść dalej. Był pewien Bożej opieki.

Ostatecznie Leyte dostała się w ręce się Amerykanów. Dywizja 77 mogła się przenieść dalej. Siły amerykańskie napierały na Japończyków z każdej strony. Ci walczyli szczególnie zażarcie na Okinawie oddalonej jedynie o ponad 560 kilometrów od brzegów Japonii i to na tę wyspę została wysłana dywizja, w której służył Desmond.

Leyte była dla niego złym miejscem. Utrata dwóch najlepszych przyjaciół była tragedią, której z trudem stawiał czoła. Tylko prosząc Boga o siłę, był w stanie zmierzyć się ze smutkiem.

* Polowe racje żywnościowe będące na wyposażeniu Sił Zbrojnych USA od roku 1942, pakowane w metalowe puszki (przyp. tłum.).

** Halazon – tabletki do odkażania wody pitnej (przyp. tłum.).

Rozdział 15

Powrót do domu

Kochanie, jestem w domu. No, może niezupełnie. Jestem w Seattle. Jeszcze nie wiem, kiedy będę w Wirginii, ale przyjadę tak szybko, jak tylko się da — powiedział Desmond do słuchawki.

Kiedy przybył do Seattle, miał prawo do jednej darmowej rozmowy telefonicznej. Powinien, rzecz jasna, zadzwonić do Dorothy, ale gdzie mogła być? Odkąd został ranny, jej listy nie docierały do niego. Wiedział, że uczyła w szkole w Norfolk, ale teraz były wakacje. Kiedy zadzwonił do Richmond, jej matka powiedziała, że Dorothy podjęła w lecie pracę w Washington Mis­sionary College. Zadzwonił więc tam.

Dorothy niecierpliwie czekała na telefon od Desmonda. Jak bardzo się ucieszyła, słysząc jego głos! Opowiedział jej w liście, co mu się przydarzyło, ale to nie było to samo.

— Cześć, kochanie. Kocham cię i cieszę się, że cię słyszę. Chcę przyjechać do Seattle, żeby się z tobą zobaczyć. Mogę? — zapytała.

— Skarbie — odparł — nie mam pojęcia, jak długo tu będę. Słyszałem, że chcą wysłać mnie gdzieś bliżej domu, poczekaj więc, aż wrócę.

Za parę dni był w szpitalu Swannenoa w Asheville, w Północnej Karolinie, gdzie odwiedzili go rodzice. Ucieszył się, ale nadal nie widział się z Dorothy. Tak bardzo chcieli się spotkać, a znów tylko rozmawiali przez telefon.

— Desmond, chcę przyjechać do Asheville. Zostały mi dwa tygodnie letniej szkoły, ale rzucę to teraz — powiedziała.

— Kochanie, wiesz, że chciałbym cię zobaczyć, ale nie sądzę, że powinnaś przekreślać całą swoją pracę. Zostań, proszę, i dokończ — zaproponował. — Czas szybko upłynie.

Zdecydowali, że tak będzie lepiej. Dorothy podeszła jednak do końcowych egzaminów kilka dni wcześniej.

W końcu „wszystko samo przychodzi do tego, kto czeka”. Dorothy wróciła do domu w Richmond, a Desmond wsiadł do jadącego w tym samym kierunku autobusu. Matka Dorothy zawiozła ją na przystanek autobusowy i w końcu powracający z wojny żołnierz trzymał w ramionach swoją żonę — chociaż na razie tylko jedno z nich było zdrowe. Jak wspaniale, że znów byli razem!

W ramieniu Desmonda nadal tkwiła kula, więc wysłano go do Woodrow Wilson Hospital w pobliżu Waynesboro w Wirginii, gdzie ją usunięto. Niedługo później zdjęto również gips. Znów zaczynał czuć się jak ludzka istota.

Pewnego dnia przy jego pokoju zatrzymał się komendant szpitala.

— Jesteś gotów jechać do Waszyngtonu? — zapytał.

— Co ma pan na myśli? — odparł Desmond.

— Zamierzamy zabrać cię do Waszyngtonu, żebyś mógł odebrać Medal Honoru. Pojedziemy moim służbowym samochodem. Czy twoja żona może jechać z tobą? A twoi rodzice? Mam nadzieję, że również tam będą.

Co za niespodzianka! W Waszyngtonie spędzili naprawdę piękny czas. Doświadczenia żołnierza — adwentysty, który miał odebrać Medal Honoru, znajdowały się na ustach wszystkich wyznawców we wszystkich zborach adwentystów dnia siódmego.

Jego historia — wraz ze zdjęciem — została nawet opublikowana w „Review and Herald”, oficjalnym czasopiśmie Kościoła. Dwunastego października 1945 roku kilku przedstawicieli Generalnej Konferencji Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego wzięło udział w ceremonii przed Białym Domem, kiedy prezydent Harry S. Truman włożył na szyję Desmonda błękitną wstęgę z Medalem. Odczytano prezydenckie uzasadnienie nadania Kongresowego Medalu Honoru, a jego tekst znalazł się na początku tej książki.

Kiedy opuścił Waszyngton, poprosił o udzielenie mu bardzo już zaległego urlopu. Naprawdę nie było powodu, aby wracał do Woodrow Wilson Hospital, więc poszedł do wojskowego szpitala w Richmond i poprosił o przeniesienie.

— Po prostu zarejestruj się tutaj jako chory i w ogóle tam nie wracaj — doradzono mu.

— Nie mogę tak zrobić. Nie jestem chory, a to byłoby nieuczciwe — odparł.

Wrócił do Woodrow Wilson Hospital i został przeniesiony później. Stał się pacjentem wojskowego szpitala w Richmond, ale pracował na oddziale hydroterapii i lubił to. Odkrył jednak, że chociaż rano czuje się całkiem nieźle, około południa jest tak zmęczony, że ledwo może chodzić.

— Desmond, czy mógłbyś pojawić się w naszym zborze — na naszym spotkaniu namiotowym, na zjeździe młodzieży — i opowiedzieć o swoich doświadczeniach? — bezustannie słyszał to pytanie i czuł, że ciągle jest „w biegu”, zwłaszcza w weekendy.

Pewnego dnia oczekiwano, że pojedzie do Kalifornii na tygodniowy zjazd młodzieży, ale ponieważ czuł się ogromnie zmęczony i wyczerpany, a także męczył go suchy kaszel, udał się do wojskowego lekarza.

— Panie doktorze, ciągle kaszlę i nie mogę się tego pozbyć, a poza tym cały czas jestem zmęczony — poskarżył się.

— Co cię tak męczy?

— Podróżowanie po całym kraju i przemawianie w weekendy.

Opowiedział lekarzowi o swoim Medalu Honoru i o tym, dlaczego podróżuje.

— W najbliższy weekend mam jechać do Kalifornii, a nie czuję się na siłach.

— Wydaje mi się, że potrzebujesz lekarskiego zalecenia w kwestii odpoczynku. Lepiej nigdzie nie jedź. Zostań w domu i odpoczywaj.

Desmond odwołał spotkanie. W następnym tygodniu odczuwał taki ból w piersi, że znowu poszedł do lekarza, który powiedział:

— Sądzę, że powinniśmy cię prześwietlić i zobaczyć, co się dzieje.

Zrobiono prześwietlenie i Desmond czekał na wynik.

— Trzeba powtórzyć badanie, Doss — powiedział lekarz, a kiedy miał w ręku kolejny wynik, zadecydował:

— Zamierzamy przenieść cię na inny oddział. Musisz zostać w szpitalu.

Faktycznie trafił do izolatki na innym oddziale.

Co to wszystko miało znaczyć? Ostatecznie dostał odpowiedź na swoje pytania — miał gruźlicę i musiał zostać w szpitalu. Zadzwonił do Dorothy.

— Kochanie, jestem w szpitalu i nie pozwolą wyjść mi do domu. Dowiedziałem się właśnie, że mam gruźlicę.

Był bardzo zaniepokojony.

— Och, nie, Desmond! Teraz, kiedy jesteśmy gotowi, żeby się ustatkować i normalnie żyć? Przecież ja jestem w ciąży?

Odrzekł jedynie:

— Przykro mi, kochanie. Martwiło go to, że może widywać się z Dorothy jedynie w godzinach odwiedzin, a ponieważ pracowała w szkole, nie mogła pojawiać się w tym czasie. Wyjaśnił to lekarzowi, a ten powiedział:

— Nie martw się. Załatwię, żeby mogła przychodzić, kiedy tylko zechce.

Desmond pamiętał czas, kiedy był na Pacyfiku i złapał przeziębienie, którego nie mógł się pozbyć, a także dziwne zmęczenie, z powodu którego nie nadążał za kolegami. Powiedział o tym lekarzowi.

— Tam to złapałem?

— Prawdopodobnie tak — odrzekł lekarz.

Kolejne pięć i pół roku Desmond spędził głównie w szpitalach dla weteranów. Jego losy w tym czasie to dobry temat na całą kolejną książkę, ale warto wspomnieć o kilku interesujących sprawach.

Najpierw wysłano go do Fitzsimmons Hospital w Colorado, ponieważ to miejsce cieszyło się dobrą sławą w leczeniu gruźlicy. Czuł się jednak bardzo samotny bez Dorothy i martwił się o nią. Uczyła teraz w szkole i wiedział, że poświęca pół nocy, żeby przygotować się na następny dzień. A przecież była w ciąży. Wszystkie te troski sprawiały, że jego stan się pogarszał.

Pracujący w tym szpitalu adwentystyczny lekarz, dr Dart, miał kuzyna, Archa Darta, który był pracownikiem naukowym i inspektorem Dorothy. Dart — lekarz napisał więc do Darta — inspektora:

— Desmond potrzebuje Dorothy bardziej niż ty.

Dzięki temu Dorothy mogła jechać do Colorado, a zdrowie Desmonda uległo poprawie.

* * *

Wielu adwentystów w rejonie Asheville, gdzie przez pewien czas przebywał Desmond przyjeżdżało, aby go odwiedzić. W sobotnie popołudnie pojawiło się dwóch z nich.

— Czy jest coś, co moglibyśmy dla ciebie zrobić czy zdobyć? — zapytali.

— Chciałbym trochę szpul z nagraniami (poprzedniczka kasety magnetofonowej) i sprzęt, na którym mógłbym je odtwarzać. Pomogłoby mi to przetrwać ten czas i mógłbym posłuchać czegoś w szabat. Jak wiecie, nie mogę wyjść do kościoła.

— Wydaje mi się, że mam w domu coś, co mógłbym ci pożyczyć — powiedział jeden z nich. I przyniósł mu sprzęt z mnóstwem nagrań. Desmond korzystał z nich z przyjemnością i niekiedy dzielił się muzyką z innymi.

* * *

Innym razem pojawiła się Sug*. Była przełożoną pielęgniarek w szpitalu. Wszyscy zwracali się do niej w ten sposób, a ona nazywała tak każdego z nich.

— Sug, naprawdę zależy ci na tym, żeby nam się poprawiło? — zagadnął ją Desmond.

— Oczywiście, cukiereczku — odparła. — Dlaczego pytasz?

— Pacjenci dostają tu za darmo papierosy, które wolno im palić. A jak wiesz, papierosy szkodzą. Są natomiast plany, aby zmniejszyć racje mleka. Jak to?

— Cukiereczku — odrzekła — dostaniesz swoje mleko.

* * *

Przeszedł wiele prześwietleń, bronchoskopii i innych zabiegów. Gruźlica rozwinęła się w obu płucach, ale z lewym było gorzej niż z prawym. Bronchoskop miał rozszerzyć jego drogi oddechowe, żeby było mu łatwiej oddychać. Lekarze do dwa tygodnie ordynowali mu bronchoskopię. Przez tydzień pluł krwią i już zaczynał czuć się lepiej, kiedy cała procedura powtarzała się od początku.

Pewnego dnia został wezwany do laboratorium na kolejne badanie krwi. (Zastanawiał się, czy jeszcze trochę mu jej zostało.) Następnie zabrano go na oddział chirurgiczny.

— Co to wszystko znaczy? — zapytał.

— Rozkazy — odpowiedział dyżurny i nie powiedział nic więcej.

Kiedy chwilę później lekarz wszedł do poczekalni, stwierdził:

— Przypuszczam, że wiesz, czemu tu jesteś?

— Nie, nie wiem. Próbuję się dowiedzieć — odpowiedział Desmond.

— Porozmawiamy za chwilę.

Kiedy wrócił, pokazał Desmondowi zdjęcia jego płuc i wyjaśnił, że zaszła konieczność usunięcia całego lewego płuca.

— A jakie mam szanse przeżycia, jeśli nie poddam się operacji? — spytał Desmond.

— Żadnych — odparł lekarz.

— A jakie są szanse na przeżycie po operacji?

— Pięćdziesiąt procent.

— Doktorze, jestem wegetarianinem — powiedział Desmond, sądząc, że to zwiększy jego szanse.

— Doss, nigdy nie przejdziesz tej operacji bez diety wysokobiałkowej. Jedyny sposób, żebyś mógł osiągnąć wystarczający poziom białka, to jedzenie mięsa.

— Doktorze, pójdę na operację, ale nie będę jadł mięsa. Jem sporo jajek, mleka i twarogu, sam kupuję sobie soję i dają mi pół puszki dziennie. Czy to nie wystarczy?

— Nie wiem — powiedział lekarz — ale skoro przy tym obstajesz, zobaczymy jak to zadziała.

Ależ mnie zachęcił! — pomyślał Desmond, a na głos zapytał:

— Kiedy operacja?

Ustalono datę za dwa tygodnie. W międzyczasie Dorothy dzwoniła do przyjaciół i osób zainteresowanych w całym kraju i prosiła, aby wspominali Desmonda w modlitwach. Brat Roach, adwentystyczny pastor, był z nimi w kontakcie i obiecał, że przyjdzie do szpitala, żeby modlić się z nim przed operacją.

Pojawił się, przyjechała też Dorothy i jego rodzice. Wydano jednak dyspozycje, żeby przygotować pacjenta godzinę wcześniej niż to zaplanowano, kiedy więc przybyli na miejsce, okazało się, że pielęgniarki właśnie szykują go do operacji. Powiedziano mu, że przyszli jego bliscy, a on uparł się, że chce się z nimi pomodlić. Wywieziono go do nich na wózku, a oni stanęli wokół niego i pastor Roach pomodlił się.

Kiedy wieziono go z powrotem na blok operacyjny, czuł się zupełnie spokojny. Był pewny, że Bóg wie o nim wszystko, opiekuje się nim i zrobi to, co będzie dla niego najlepsze.

Później, już po operacji, powiedziano mu, że przeszedł przez nią lepiej niż wszyscy inni pacjenci. Dowiedział się także, że jego kręgosłup jest prostszy niż jakiegokolwiek pacjenta chirurgicznego, z którym mieli dotychczas do czynienia. Ktokolwiek widział Desmonda, mógł to potwierdzić.

Po raz kolejny stwierdził, że Bóg troszczy się o niego.

W tym czasie zaczęto stosować antybiotyki. Jedną z chorób, które nimi leczono, była gruźlica. Lekarze podali je również Desmondowi.

Problem polegał na tym, że ich stosowanie pozostawało nadal na poziomie eksperymentalnym i nikt nie wiedział, ile przyniosą pożytku. Desmond wspomina jeden rodzaj leku, który miał obrzydliwy smak i sprawił, że się po nim pochorował. Inny był podawany podskórnie, co sprawiało, że ledwo mógł siedzieć. Ale antybiotyki pomogły mu i wkrótce wyniki wszystkich testów były negatywne.

— Doktorze, ciągle dzwoni mi w uchu. Co się dzieje? — zapytał pewnego dnia.

— Może to reakcja na antybiotyki. Niedługo się poprawi — odparł lekarz.

Nie poprawiło się. Odkrył wręcz, że słyszy coraz gorzej. Przez następne dwadzieścia pięć lat praktycznie cały czas coraz bardziej tracił słuch. Na początku pomagał mu aparat słuchowy, ale ostatecznie nawet, kiedy go używał, nie był w stanie zrozumieć, co mówią do niego inni. Lekarze wyjaśnili mu, że bez wątpienia utrata słuchu ma związek z antybiotykami, które podawano mu w fazie eksperymentalnej, kiedy lekarze nie wiedzieli, jak ustalić odpowiednią dla niego dawkę.

* Zdrobnienie od imienia Sugar, dosł. Cukiereczek (przyp. tłum.).