Szepty stepowe - Ewa Cielesz - ebook + audiobook

Szepty stepowe ebook i audiobook

Ewa Cielesz

4,5

Opis

II tom powieści „Słońce umiera i tańczy” – „Szepty stepowe” przenosi tę historię do Mongolii. Fascynujące wakacje pozostają jednak w sferze marzeń, a życie Jagody obfituje w wydarzenia, o których chciałaby jak najszybciej zapomnieć. Z czym zmierzy się Jagoda i co czeka ją po powrocie? Czy wśród dzikich i malowniczych stepów Mongolii odkryje prawdę o swoim ukochanym i o sobie? Czy tajemniczy „Dymitr” okaże się bohaterem romantycznym, czy powiedzie Jagodę na pewną zgubę? Te i inne pytania, z którymi pozostawiła czytelników powieści Słońce umiera i tańczy Ewa Cielesz, w drugim tomie wreszcie znajdują odpowiedzi.Jak zwykle w książkach Ewy Cielesz splata się tu wiele wątków, pojawiają się barwne postaci, a los stawia przed bohaterami dylematy. „Los, cyniczny szuler. Tasuje dni, patrząc nam w oczy tak, że przestajemy być sobą. Uzurpuje sobie prawo do naszych myśli, decyzji, uczuć. Stajemy się nieracjonalni, odarci ze zdrowego rozsądku. Wystarczy, że kogoś pokochamy".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 43 min

Lektor: Joanna Gajór

Oceny
4,5 (45 ocen)
30
9
5
1
0

Popularność




Copyright ‌© 2018 by Ewa ‌Cielesz

Copyright for this edition ‌© ‌2018 by Axis ‌Mundi

REDAKCJA:Elżbieta ‌Makowska, Marta Szelichowska

KOREKTA:Katarzyna Sosnowska

KOREKTA ‌TECHNICZNA: Basia Borowska

PROJEKT ‌OKŁADKI:Borys Borowski

SKŁAD:Positive Studio

WYDANIE ‌I

ISBN ‌OPRAWA ‌BR:978-83-64980-57-2

EAN OPRAWA ‌BR:9788364980572

ISBN ‌E-BOOK: 978-83-64980-51-0

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna ‌część ‌książki nie może być ‌wykorzystana ‌bez ‌zgody ‌wydawcy.

konwersja.virtualo.pl

POD ‌MONGOLSKIM NIEBEM

Pukanie się ‌powtórzyło.

– Jest pani ‌tam? – Głos kobiety, ‌od której ‌wynajmowałam ‌pokój, wydawał ‌się zniecierpliwiony, wyrażał też ‌jednak coś w rodzaju zaciekawienia, ‌może nawet troski. – ‌Mogę ‌wejść?

– Niech ‌pani wejdzie. O co chodzi? ‌– Dźwignęłam ‌się na łokciu, ‌budząc sprężyny łóżka, ‌które zaprotestowały ‌donośnym jęknięciem.

– Nic pani ‌nie je. Pomyślałam, że ‌talerz zupy dobrze ‌by pani zrobił. ‌Niech ‌się pani ‌nie boi, ‌nie policzę ‌– dodała ‌szybko, widząc mój ‌słaby protest.

– ‌Dziękuję – odparłam cicho, ‌pozostawiając jej decyzję, jak ‌to ‌zrozumie. ‌

– To ‌może w kuchni, przy ‌stole. Tam będzie wygodniej ‌– zaproponowała, uznawszy, że ‌przyjmę poczęstunek. ‌Spoglądała na mnie ‌niepewnie.

– Tak… Dziękuję – ‌powtórzyłam ‌i opuściłam nogi na podłogę. ‌Kręciło mi się ‌w głowie.

Z kuchni dolatywał ‌swojski zapach gotowanych ‌na kościach ‌warzyw. Czułam, jak ‌ślina ‌napływa mi do ust. ‌Gospodyni postawiła ‌na nakrytym ceratą stole ‌dwa parujące talerze ‌i koszyk ‌z pieczywem. W milczeniu podniosłam ‌łyżkę i zabrałam się ‌za jedzenie. To ‌prawda, że najlepszym ‌kucharzem jest głód. ‌Dawno żadna zupa nie smakowała mi tak, jak ta zwykła kartoflanka.

– Pani nietutejsza, prawda? – zagaiła kobieta, spoglądając na mnie ciekawie. Łamała chleb na drobne kawałki i wrzucała je do talerza, nie spuszczając ze mnie wzroku. Najchętniej wdarłaby się do mojego wnętrza i spenetrowała wszystkie głęboko ukryte tajemnice. – Skąd pani przyjechała?

– Sama nie wiem. Z daleka – odparłam, nie chcąc nawet wspominać miesięcy spędzonych w surowej Mongolii ani zwierzać się z obecnych kłopotów.

– A, z daleka… Tutaj lepiej?

Wzruszyłam ramionami.

– Rozumiem – bąknęła i zaczęła pośpiesznie jeść swoją zupę.

– Nic pani nie rozumie – powiedziałam nie siląc się na uprzejmość i natychmiast zmieniłam temat. – Jeśli w tym tygodniu nic nie załatwię, jutro zapłacę pani drugą ratę za pokój.

– Dobrze, nie pali się przecież. Chyba pani nie ucieknie – zażartowała i roześmiała się nieszczerze.

– Na razie nie mam dokąd.

– Mąż wyrzucił? – zapytała niby od niechcenia, ale widziałam, jak zżera ją ciekawość.

– Nie mam męża – odparłam zimno, a przed oczami natychmiast pojawił się Dymitr. Wzdrygnęłam się.

– Jak pani nie chce, to niech pani nie mówi – mruknęła z rezygnacją, przełykając ostatnią łyżkę zupy. – Każdy coś w sercu nosi, o czym woli milczeć. Niemiło wspominać, co?

– Niemiło. Dziękuję za zupę – powiedziałam i wstałam od stołu.

Odprowadzana zawiedzionym spojrzeniem gospodyni umknęłam do pokoju. Niechciane wspomnienia osaczyły mnie natychmiast, nie chciały odejść.

1

Piąta nad ranem. Lotnisko w Ułan Bator tętniło życiem. Jeśli kiedykolwiek myślałam, że moja stopa po wyjściu z samolotu zetknie się ze stepową, surową ziemią, przejdę przez byle jak skleconą budę dla pasażerów, a moim oczom ukaże się stado wielbłądów w charakterze oczekujących taksówek – myliłam się. Port lotniczy w stolicy Mongolii niczym nie ustępował tym pięknym i nowoczesnym z wielkich europejskich miast. Wokół rozlegał się wielojęzyczny gwar, a ludzie ubrani byli różnorodnie i kolorowo. Biegłam truchtem za Dymitrem, ciągnąc średniej wielkości walizkę. On objuczony był jak osioł. Byłam ciekawa miasta, w którym skupiała się większość mieszkańców całego kraju, ale Dymitr kategorycznie się sprzeciwił jakiemukolwiek zwiedzaniu.

– Nie mamy czasu – skwitował. – Musimy znaleźć dworzec, z którego odjeżdżają minibusy. Możemy mieć transport już za dwie godziny.

– To pojedziemy trochę późniejszym – marudziłam. – Skoro już tu jestem, chciałabym zwiedzić miasto.

– Nie wiesz, co mówisz. Nie będzie późniejszego. Jest jeden w ciągu dnia. Poza tym musimy wymienić dolary na tugriki.

– A nie możemy zostać tu do jutra?

– Nie ma mowy. Jeśli się zatrzymamy, trzeba będzie gdzieś przenocować i coś jeść, a to wszystko kosztuje – pouczył mnie, następnie zwrócił się do przechodzącego mężczyzny i o coś go po mongolsku zapytał. Mogłam się jedynie domyślać, że pyta o najbliższy kantor lub drogę na dworzec. Tamten odpowiedział mu, szeroko gestykulując. Dymitr podniósł swoje tobołki i skinąwszy na mnie, zawrócił. Zdziwiło mnie, że wymienił na mongolską walutę wszystkie dolary, jakie mieliśmy, ale nie odezwałam się, zdając się całkowicie na niego.

Na dworcu oczekiwało zaledwie kilka osób. Zerknęłam na zegarek. Wskazywał dwudziestą drugą, ale oczywiście czasu polskiego. Poszukałam wzrokiem dworcowego zegara. Szósta. O tej porze w Polsce spałabym w najlepsze – pomyślałam i przesunęłam wskazówki na czas mongolski.

– Mało osób – szepnął do mnie Dymitr. – Niedobrze.

– Dlaczego niedobrze? Przynajmniej nie będzie tłoku – odparłam zadowolona.

– Tłok będzie. Tylko nie wiadomo, kiedy – powiedział, a ja popatrzyłam na niego, nic nie rozumiejąc. – Minibus będzie czekał tak długo, aż wypełni się ludźmi – wyjaśnił. – Zwykle jest ich dwa razy więcej niż miejsc, dopiero wtedy odjeżdża.

– A jeśli się nie uzbiera, to nie pojedzie? – zapytałam z nadzieją, że tak właśnie będzie. Wtedy zostaniemy tu, czy się Dymitrowi to podoba, czy nie.

– Pojedzie, jeśli zgodzimy się zapłacić kierowcy za puste miejsca – tłumaczył cierpliwie, widząc, jak bardzo są mi obce tutejsze zwyczaje.

Do godziny ósmej zebrało się więcej ludzi i kierowca pozwolił nam wsiąść do pojazdu. Nie był jeszcze wypełniony, więc siedzieliśmy, wyglądając niecierpliwie potencjalnych pasażerów.

– Bywa, że trzeba czekać do wieczora – szepnął mi „na pocieszenie” Dymitr i rozparł się wygodniej na siedzeniu. – Zjadłbym jakieś śniadanie – dodał i spojrzał wymownie na torbę z prowiantem.

– Mamy jeszcze kanapki i owoce – oznajmiłam, zaglądając do środka.

– Obawiam się, że to za mało. Wyskoczę i kupię coś jeszcze.

– Za mało? – zdziwiłam się. – Możesz zjeść wszystkie, mnie wystarczą owoce.

– No nie wiem. Przed nami ponad tysiąc kilometrów – oświadczył.

Gapiłam się na niego bez słowa. Nie spodziewałam się, że wioska, do której jedziemy, jest tak bardzo oddalona od stolicy.

– Dokąd jedziemy?

– Na zachód, najpierw do Cecerlegu, prawie pięćset kilometrów stąd, potem dalej, do Uliastaju w dzawchańskim ajmaku. Stamtąd piechotą, jeśli nic nam się nie trafi.

– Dzawchańskim ajmaku? Co to jest?

– No, jakby ci powiedzieć… Ajmaki to takie polskie województwa. Uliastaj to stolica ajmaku dzawchańskiego.

– Nigdy się tego nie nauczę.

– Nauczysz się. Zresztą za miesiąc, dwa wrócimy do Polski.

Ku naszej radości minibus szybko się zapełniał. Dymitr kupił w pobliskim sklepie pieczywo i sery.

– Potem nie będzie już szansy na europejskie jedzenie – powiedział. – W podróży lepiej jeść to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

Około południa do pojazdu nie można było wcisnąć nawet szpilki. W dwunastoosobowym busie mieściło się ponad dwadzieścia osób. Mężczyźni siedzieli na parcianych workach, pustych beczkach i tobołach wiezionych do domu. Widocznie w stolicy pozbyli się towaru, a za zarobione pieniądze kupili to, czego brakuje w stepie. Przysunęłam się do okna, żeby zrobić obok siebie jeszcze trochę wolnego miejsca. W rezultacie siedzieliśmy po troje, a niektórzy usadowili się na podłodze. Panował gwar jak na jarmarku. Ludzie śmiali się, przekrzykiwali i częstowali wzajemnie rarytasami zakupionymi w stolicy. Byli to w większości mieszkańcy wiosek, którzy przybyli do miasta w jakimś określonym celu. Szybko zorientowałam się, że przewożą pomidory, pory, selery i inne warzywa. Teraz wracali do domów. Wyjęłam polską czekoladę i puściłam ją w obieg. Dymitr się skrzywił.

– Lepiej zawiozłabyś dla naszych – burknął niezadowolony.

– Mam jeszcze kilka – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do niego. On jednak nie odwzajemnił uśmiechu, tylko spojrzał na mnie w jakiś nieprzyjemny sposób i wzruszył ramionami.

Kiedy ruszyliśmy, niemal przycisnęłam nos do okna, nie chcąc uronić niczego z przesuwających się obrazów. Mijaliśmy bloki, przypominające te nasze z czasów PRL-u, dziwne, trochę surrealistyczne nowoczesne budynki, duże gmachy, mieszczące zapewne muzea i hotele. Wzrok przyciągały barwne buddyjskie klasztory w tybetańskim stylu. Pomiędzy wielkomiejskimi budynkami, ku mojemu zdumieniu, wyrastały jurty, przypominające grzyby w białych kapeluszach. Im bliżej obrzeża miasta, tym było ich więcej. Nie mogłam zbyt wiele zobaczyć, skupiając się na utrzymaniu równowagi. Nasz kierowca jechał jak kaskader, nie zważając na przepisy ruchu drogowego. Tłok na ulicach był ogromny i zewsząd słychać było klaksony sfrustrowanych kierowców. Korek rozładował się dopiero po wyjeździe z miasta. Niebawem skończył się asfalt i wjechaliśmy na szutrową drogę, podskakując na drobnych wybojach. Kiedy zaczął się piach, samochód zwolnił znacznie i odtąd jechaliśmy mniej więcej czterdzieści kilometrów na godzinę. Za oknami rozciągała się porośnięta stepową trawą równina, z zarysem gór na horyzoncie. Gdzieniegdzie wyrastały kępki krzaków, które były jedynymi wyższymi punktami na tej płaszczyźnie. Co pewien czas bieliły się oddalone od drogi pojedyncze namioty, wokół których kręciły się ciemniejsze sylwetki tubylców i ich zwierząt. Czasem stada pasły się dalej od gospodarstw, pod nadzorem mongolskich pasterzy. Zachodzące słońce złociło falujące na delikatnym wietrze trawy, uwydatniało kontury rozsiadłych na zboczu jurt. Pasażerowie byli ożywieni i rozmowni. Ktoś z tyłu zaintonował jakąś pieśń, którą podchwycili pozostali, łącznie z kierowcą. Jakiś mężczyzna wydobył z plecaka butelkę i częstował pasażerów. Kiedy dotarła do mnie, powąchałam ostrożnie zawartość.

– Undaa! – wołali podochoceni pasażerowie, a ja bezradnie patrzyłam na Dymitra, czekając na tłumaczenie.

– Pij! – wyjaśnił. – Oni częstują cię kumysem. To taki alkohol z mleka klaczy. Spróbuj.

– Dobrze, spróbuję. Ale ty nie pij – przestrzegłam i upiłam mały łyk. Był kwaśny w smaku.

– Dlaczego mam nie pić? Nawet muzułmanom Koran tego nie zabrania.

– Dymitr, proszę… Obiecałeś.

– E tam, obiecałem. Nic się nie stanie, zobaczysz. Nie zacznę pić od nowa, nie bój się – zapewniał, po czym pociągnął sążnisty haust z butelki.

– Hooray! – zawołali mężczyźni i zaczęli klaskać.

Samochód przyśpieszył i momentami jechaliśmy siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Ruch na drodze był umiarkowany, to znaczy spory, jak zapewniał Dymitr, któremu po alkoholu wrócił humor. Co piętnaście, czasem dwadzieścia minut mijał nas jakiś jeep.

Zapadał zmierzch, a rozbawione towarzystwo śpiewało już na całego. Dymitr zdjął z półki gitarę, przesiadł się na podłogę, gdzie zyskał nieco przestrzeni, i zaczął grać jakąś nieznaną mi melodię. Wciąż jechaliśmy przez stepy, mijając kolejne jurty i zbite w gromadę stada owiec. Siedzący obok mężczyzna trącił mnie łokciem i pokazał coś za oknem. Przy samej drodze siedział wielki, czarny ptak. Nigdy nie widziałam prawdziwego sępa z tak bliska. Wyglądał groźnie. Pomyślałam, że bez trudu uniósłby owcę w swoich silnych szponach.

Na tle skał pojawiło się miasto. Wynurzyło się z zapadającego zmroku i z przełęczy, których tu nie brakowało. Dymitr przestał grać, wstał z podłogi i nachylając się nade mną, powiedział:

– Widzisz tam daleko góry? To Changaj. Miasto u ich stóp to właśnie Cecerleg. Tutaj wysiadamy. Ale nie ciesz się, bo tu jest dopiero półmetek. Dalej pojedziemy jutro.

Zaczęliśmy zbierać swoje bagaże i szykować się do opuszczenia pojazdu, który wjeżdżał na parking dla busów. Mimo że był koniec maja, noc okazała się zimna, a miasto spowijała ciemność, przetykana jaśniejszymi punktami ulicznych świateł. Szczękając zębami, wydobyłam z walizki gruby, wełniany sweter i otuliłam się nim szczelnie.

– Co teraz? – zapytałam. – Gdzie przenocujemy?

– Zaraz się dowiemy – odpowiedział Dymitr i złapał za ramię jednego z wysiadających za nami pasażerów. Po krótkiej rozmowie uśmiechnął się szeroko i poklepał go przyjaźnie. – Już wiem – zwrócił się do mnie. – Ten człowiek zawiezie nas nad jezioro Caagan. Tam są jurty, gdzie można przenocować. Poszedł po swój samochód.

– Będziemy spać w jurcie?! – zawołałam i aż podskoczyłam z radości.

– Tak, kochana – powiedział z uśmiechem Dymitr i widać było, że cieszy go moja radość, a kumys nie wywietrzał mu jeszcze z głowy.

– Uważaj, nie nadepnij na próg, bo wniesiesz nieszczęście – szepnął, gdy mała mongolska kobieta wprowadzała nas do wnętrza swojego namiotu. Wskazała łóżko, na którym mieliśmy spać. Rozmawiała swobodnie z Dymitrem, a do mnie tylko kiwała głową, uśmiechając się uprzejmie.

W środku było ciepło i przytulnie. Brakowało jednak elektryczności i wody. Kobieta przyniosła ją z jeziora, żebyśmy mogli się trochę obmyć. Potem zajęła się przygotowaniem herbaty. Patrzyłam, jak rozłupuje sprasowaną w brykiet kostkę herbaty, zalewa oderwane okruchy wodą i gotuje. Potem dopełnia naczynie mlekiem, dodaje trochę soli i wrzuca do niego kawałki jakiegoś tłuszczu. Mimowolnie skrzywiłam się. Dymitr dyskretnie trącił mnie łokciem.

– Nie wypiję tego – mruknęłam. – Za nic. Poproś ją o zwykłą czarną herbatę, bez tych wszystkich rarytasów.

– Nie wygłupiaj się – mitygował mnie. – Nikt ci tu nie poda czarnej herbaty, w dodatku z samą wodą. To obraza gościa. Brak szacunku. Musisz wypić to, co tam nawarzyła. W przeciwnym wypadku ty ją obrazisz.

Wypiłam, przełykając z trudem. Słona, tłusta herbata z mlekiem przyprawiała mnie o mdłości, ale starałam się tego nie okazywać, zwłaszcza że mongolska gospodyni zerkała na mnie raz po raz i kiwała z zadowoleniem głową. Z ulgą położyłam się do łóżka i niemal natychmiast zasnęłam. Dymitr wdał się za to w pogawędkę z gospodynią.

Obudziłam się bardzo wcześnie, gdy on pochrapywał jeszcze w najlepsze. Gwałtowna zmiana strefy czasowej sprawiła, że sen miałam płytki i nie czułam się wcale wypoczęta. Poza tym dokuczał mi ból głowy. Kiedy wstawałam, kobieta na łóżku po przeciwnej stronie poruszyła się niespokojnie. Toaleta była przybudówką jurty, więc naciskając ostrożnie klamkę, wyszłam na zewnątrz. Stanęłam oniemiała z wrażenia. Delikatnie zmarszczona tafla przejrzystego jeziora, ozłocona odbiciem wschodzącego słońca drżała jak fałdy sukni zastygłej w bezruchu tancerki. Mimo przejmującego chłodu nie mogłam oderwać oczu od niecodziennego widoku. Sąsiednie namioty, pogrążone we śnie, jaśniały wśród chwiejącej się trawy. Dygotałam z zimna, gdy wracałam do ciepłego wnętrza namiotu. Myślałam tylko o tym, że za chwilę wtulę się w ramiona Dymitra, które ogarną mnie błogim ciepłem, ale wtedy właśnie usłyszałam głos spod kołdry:

– Dobrze, że wstałaś. Musimy się zbierać, bo nie zdążymy na autobus.

Biegliśmy przez ospałe jeszcze miasto, mijając miejsca, przy których chciałabym zatrzymać się choć na chwilę. Z daleka majaczył żółty budynek klasztoru, dalej góry, nad którymi zawisło słońce. Na parkingu stały busy gotowe do odjazdu. Czekałam z boku, aż Dymitr zorientuje się, który zawiezie nas do Uliastaju. Powtórzyło się oczekiwanie na komplet pasażerów i wyruszyliśmy dopiero około trzynastej. Tym razem nie było aż tak ciasno, zwłaszcza że kilku pasażerów wysiadło po drodze. Kierowca włączył mongolską muzykę i dał się jej ponieść, przekrzykując dźwięki z płyty. Nikt się temu nie dziwił. Widocznie takie panowały tu zwyczaje.

Krajobrazy za oknem nie zmieniły się. Obserwowałam z niejakim znużeniem bezkresne przestrzenie brunatnej, porośniętej trawą ziemi, punkciki rozsianych z rzadka jurt, ciemne plamy zwierząt. Czułam tremę przed spotkaniem z rodziną Dymitra i to nie pozwalało mi na błogie odprężenie i kontemplowanie stepowych widoków. Mimowolnie powracały niechciane wspomnienia, które powinny zostać daleko stąd. Przez zakurzone okna samochodu patrzyłam na niebo, po którym płynęły puchate chmury, zastanawiając się, czy podgląda mnie stamtąd Agata. Być może teraz moja przyjaciółka puka się w czoło, widząc, na co się porwałam. Pewnie nie spodziewałaby się po mnie szaleństwa, jakim było zastawienie mieszkania i wyjazd za te pieniądze do Mongolii. Myślałam też o panu Wiesławie, który odzyskał nagle syna i przekupił go całym swoim majątkiem, by tamten zechciał nazwać go wreszcie ojcem. Jak bumerang powracało wspomnienie Juliusza i jego żony, skazanej na mieszkanie pod jednym dachem z mężem, którego nienawidziła całym sercem. Niepokoiła mnie też myśl o rodzicach, bo z nimi w ostatnich dniach nie miałam żadnego kontaktu. Byłam spragniona głosu matki, ale telefon odpowiadał jedynie długim, głuchym sygnałem. O swoim życiu nie myślałam, pozostawiając je w rękach ślepego losu, który nieustannie uczył mnie pokory.

Ściemniało się już, gdy nagle drogę zastąpiło nam duże stado jaków, pędzonych przez pasterzy na nocleg. Kierowca zatrzymał pojazd i spokojnie zapalił papierosa. Byłam bardzo zmęczona i marzyłam o miękkim łóżku, a według słów Dymitra czekała nas jeszcze długa, piesza wędrówka.

Do Uliastaju dojechaliśmy o brzasku i natychmiast ruszyliśmy w dalszą drogę. Wlokłam się za Dymitrem, ciągnąc walizkę podskakującą na wybojach. Droga, jakby żywcem wyjęta z ostatniego malowanego przeze mnie obrazu, była piaszczysta, usiana kamieniami. Rozglądałam się po bezkresnej przestrzeni, gdzie żadne drzewo nie zakłócało monotonnego krajobrazu. Tylko hen, na horyzoncie, ukazywały się łyse jak kolano góry, nad którymi jaśniało niebo. Brązowa, sucha ziemia porośnięta była rachityczną trawą, o bardziej seledynowym niż zielonym kolorze. Pejzaż jawił się pastelowy, oszczędny w ostrości barw. Było zimno, temperatura nie przekraczała raczej dziesięciu stopni. Uczucie chłodu potęgował jeszcze wiatr hulający po nagim stepie. Po półgodzinnej wędrówce zatrzymał się obok nas nieduży, terenowy samochód. Ogorzały mężczyzna wychylił się przez okienko i zagadał coś po mongolsku. Z jego mowy nie domyśliłam się ani słowa. Dymitr odpowiedział mu i dał mi znak ręką, żebym wsiadła, co uczyniłam z wyraźną ulgą. Jechaliśmy tak ponad godzinę, zanim naszym oczom ukazały się jurty stojące u zbocza gór porosłych kępami trawy. Kierowca zatrzymał się i podniósł rękę na pożegnanie. Dymitr nie śpieszył się już. Przeciwnie, zwolnił kroku i oglądał się co chwilę na mnie, jakby szukał wsparcia i chciał sobie dodać otuchy przed spotkaniem z rodziną. Im bardziej zbliżaliśmy się do celu, tym mniej pewnie stawiał kroki. Coraz wyraźniej widziałam kręcących się przy namiotach ludzi i zwierzęta. Dymitr w końcu zatrzymał się i dotknął mojego ramienia.

– Zaczekaj – poprosił. – Tylko chwilę…

Rozumiałam go. Na pewno był bardzo wzruszony. Uśmiechnęłam się ciepło i pogładziłam go po policzku. Sama również czułam się onieśmielona.

Ktoś nas zauważył. Jedna z kobiet osłoniła oczy przed słońcem i patrzyła w naszym kierunku.

– Chyba musimy podejść, Dymitr. Ta kobieta nam się przygląda. Poznajesz ją?

– Nie jestem pewien – rzekł powoli, wytężając wzrok. – To chyba moja matka.

Kiedy zbliżaliśmy się do namiotów, obserwujących nas osób było już więcej. Porzucili swoją pracę i trwali w oczekiwaniu. Byłam bardzo podekscytowana. Setki razy wyobrażałam sobie, jak przywita nas rodzina Dymitra, jak będziemy rozdawać prezenty i opowiadać o życiu w Polsce. Podeszliśmy całkiem blisko. Byłam pewna, że ktoś rozpozna Dymitra, podbiegnie, by go przywitać. Nic takiego się nie wydarzyło. Starsza kobieta wbiła w niego wzrok. To zachowanie nie wróżyło nic dobrego.

– Ochir – odezwała się ochrypłym głosem i zrobiła krok do tyłu. Wszyscy popatrzyli po sobie, a jeden z mężczyzn powiedział coś ostrym tonem. Z potoku mongolskich słów byłam w stanie wyłowić jedynie imię Ochir, powtarzające się kilkakrotnie. Wtedy po raz pierwszy przyrzekłam sobie, że nauczę się mongolskiego. Czułam, jak skóra cierpnie mi na plecach. Nie mogłam pojąć, co się dzieje.

– Dymitr, co oni mówią? – zapytałam półgłosem, ledwo poruszając wargami. – Dymitr! – powtórzyłam głośniej i szarpnęłam go za rękę. – O co chodzi? Powiedz, co oni mówią!

Ale on nie odpowiedział. Zostawił bagaże i podszedł do matki. Była wyższa od dwóch pozostałych kobiet i nie miała, tak jak one, mongolskich rysów. Dymitr zrobił ruch, jakby chciał przytulić matkę, ale cofnęła się znowu.

– Po co wróciłeś? – odezwała się wreszcie do niego czystą polszczyzną i chociaż wiedziałam, że zna ten język, tutaj, w dalekiej Mongolii, zabrzmiał egzotycznie i zaskakująco.

– Wytłumaczę matce wszystko – rzekł i obejrzał się na mnie. Stałam jak skamieniała.

– Jeżeli masz czarne serce, nie pomoże ci nawet złoty język. Nie chcę, żebyś się tłumaczył. Idź swoją drogą! – podniosła głos.

– Żebyś tego nie żałowała – warknął i znów obejrzał się na mnie. – Należę do rodziny jak oni wszyscy – dodał i powiódł wzrokiem po twarzach zebranych wokół nas ludzi, którzy przysłuchiwali się rozmowie.

– Oni nie zrobili nic złego – odparła lodowato. Głos jej drżał, choć siliła się na spokój. – A ty lepiej żebyś usechł jak drzewo, niż… Ech! – zakończyła i machnęła ręką, jakby żal jej było każdego słowa.

Zapadła cisza. Nikt się nawet nie poruszył, tylko ja sięgnęłam po dłoń Dymitra i ścisnęłam ją mocno. Spojrzał na mnie zniecierpliwiony i zabrał rękę. Potem zmełł w zębach jakieś przekleństwo i rzucił do mnie półgłosem:

– Zabieramy się stąd.

Nie wierzyłam własnym uszom.

– Dymitr, co ty mówisz? Zwariowałeś?! Jak to zabieramy się? Dokąd? – Na samą myśl, że nie będzie nam dane odpocząć po podróży, ogarnęła mnie wściekłość.

– Nie wiem. Wymyślę coś, chodź – odpowiedział gniewnie.

Sięgnęłam po walizkę. Wtedy jeden z mężczyzn poruszył się niespokojnie.

– Niech matka da spokój – rzekł niepewnie.

– I ty to mówisz, Otgoo? – powiedziała gorzko i pokiwała głową. – Nie masz już brata – dodała ciszej, a jej głos zaszeleścił jak stepowe trawy.

Dymitr, słysząc to, rzucił matce nienawistne spojrzenie, odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Stałam tam jeszcze chwilę, niedowierzając, że to dzieje się naprawdę, że muszę wyprawić się teraz w drogę powrotną, a marzenie o wakacjach w Mongolii zmieni się w koszmar pokonywania tysięcy kilometrów, bez pieniędzy i zapasów na drogę. Zacisnęłam jednak dłoń na uchwycie walizki i podążyłam za Dymitrem.

– Otgoo – usłyszałam jeszcze za plecami głos matki. – Nie rób tu żadnego przedstawienia. Pozwól im odejść.

Dymitr nie obejrzał się na mnie ani razu i szedł szybko przed siebie. Zwolnił dopiero przy drodze.

– Zatrzymaj się – krzyknęłam. – Musimy porozmawiać.

Przystanął niechętnie i wyjął z kieszeni papierosy.

– O czym chcesz rozmawiać? Widzisz jak jest – burknął, zapalił papierosa i rzucił zapałkę na ziemię.

– Wytłumacz mi, co takiego zrobiłeś – zażądałam stanowczo.

– Nic nie zrobiłem. Matka jest stara i wymyśla sobie. Nie mam zamiaru o tym rozmawiać.

– Nie masz zamiaru, bo nie chcesz się przyznać. Jesteś zwykłym tchórzem – powiedziałam.

Pchnął mnie tak, że straciłam równowagę i omal nie upadłam na kępę trawy. Potem podszedł blisko, czułam jego oddech na policzku.

– Nigdy więcej tak do mnie nie mów, jasne? – wycedził przez zęby. W jego zwężonych oczach dostrzegłam nieznane mi dotąd iskry. Pomyślałam, że ma w sobie coś z diabła. Byłam tak zaskoczona, że w pierwszej chwili zabrakło mi słów. Nie przestraszył mnie jednak. Wtedy jeszcze nie.

– Odbiło ci? Trzymaj ręce przy sobie. Damski bokser!

– Zamknij się! – powiedział, a jego słowa zabrzmiały groźnie. Zrobił przy tym ruch, jakby chciał uderzyć mnie w twarz. Powstrzymał się jednak. – Idziemy – burknął.

Szłam, mając przed sobą szerokie plecy Dymitra, pochylone pod ciężarem bagaży. Moja złość na niego powoli zmieniała się we współczucie. Nic dziwnego, że stracił panowanie nad sobą – tłumaczyłam go w myślach. – Przecież nie takiego powitania się spodziewał. Fakt, że coś tam narozrabiał, nie usprawiedliwia jego matki. W żadnym wypadku nie powinna zachowywać się w ten sposób. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej było mi go żal. Zrównałam z nim kroki, by poczuł moją solidarność i współczucie. Kochałam go. Incydent, który w pierwszej chwili mnie zszokował, postanowiłam puścić w niepamięć. W końcu każdego mogą ponieść nerwy. Pokonywaliśmy kolejne kilometry, nasłuchując warkotu jakiegoś samochodu, ale prócz wiatru szumiącego w trawach i dalekiego pokrzykiwania ptaka, panowała cisza. Po dwóch godzinach marszu, kiedy zaczęłam tracić nadzieję na jakikolwiek środek lokomocji, usłyszałam za plecami klekotanie silnika. Stary, rozpadający się gruchot minął nas i zatrzymał się kilka metrów przed nami. Z szoferki wysiadł mężczyzna w szarej czapce z daszkiem, oparł się o pojazd i czekał cierpliwie, aż podejdziemy.

– To Munkh – stwierdził ze zdziwieniem Dymitr. – Długo się zastanawiał – zauważył cierpko.

– Wsiadajcie – mruknął półgębkiem Munkh i otworzył drzwi szoferki. – Ojciec kazał was dogonić i przywieźć – wyjaśnił po polsku, co w ustach mężczyzny o egzotycznej, mongolskiej urodzie zabrzmiało nad wyraz dziwnie.

2

Ojciec Dymitra, o typowo mongolskich rysach, wrócił ze stadem kóz, które wypasał u stóp brunatnego wzgórza, i wtedy dowiedział się o naszym przyjeździe. Był nieco niższy od swojej żony, lekko przygarbiony, jakby czas położył na jego plecach cały ciężar minionych lat. Ubrany w szary kubrak i coś w rodzaju filcowego kapelusza, z wywiniętymi do góry brzegami, stał teraz przed wejściem do jurty i z zastanowieniem spoglądał na syna. On jeden przywitał się z Dymitrem, a nawet ucieszył się z jego powrotu.

– Ehner? – powiedział, wskazując na mnie.

Nie zrozumiałam, o co pyta, ale Dymitr pokiwał głową i wypchnął mnie przed siebie, żeby ojciec mógł mi się lepiej przyjrzeć. Mężczyzna cmoknął, po czym ujął mnie za obydwa ramiona i mocno uścisnął. Wtedy podeszła bliżej matka i patrząc to na mnie, to znów na Dymitra, zapytała:

– Ożeniłeś się, Ochir? To twoja żona? Nie wspominałeś…

– Bo matka nie pytała – rzekł opryskliwie i łypnął na mnie okiem w taki sposób, że nawet nie próbowałam zaprzeczać.

Ostatecznie co za różnica, kiedy się o tym dowiedzą. Po powrocie do Polski i tak planujemy się pobrać – pomyślałam i uśmiechnęłam się najmilej, jak potrafiłam. Przy okazji zarejestrowałam, że „ehner” znaczy „żona”.

– Pies, który biega, zawsze znajdzie dla siebie kość – zauważyła, nie odwzajemniając uśmiechu. – Jakby tutejszych kobiet było mało – dodała ciszej i pokręciła głową, czym natychmiast zdmuchnęła uśmiech z mojej twarzy. Następnie ku mojemu zaskoczeniu przygarnęła mnie do siebie. – Będziesz ty się miała… – powiedziała tak, żeby Dymitr nie usłyszał. Jej głos był pełen współczucia.

Ojciec odsunął się od drzwi i szerokim gestem zaprosił nas do środka namiotu. Próg był wysoki i tylko dzięki temu pamiętałam, żeby na niego nie nadepnąć. Dymitr wniósł swój bagaż i postawił go po lewej stronie jurty. Stanęłam z walizką w ręku przy wejściu i nie wiedziałam, co ze sobą począć. Matka wskazała mi niski stołeczek. Usiadłam na nim i rozejrzałam się po wnętrzu. Pierwszą jurtę widziałam w Cecerlegu, nad jeziorem. Jej wyposażenie było podobne, a przynajmniej rozkład, bo przyznać trzeba, że urządzenie się i funkcjonowanie całej rodziny w pomieszczeniu liczącym na oko nieco ponad trzydzieści metrów kwadratowych wymagało dyscypliny. Dymitr nieraz opowiadał o mongolskich jurtach, ale wtedy wyobrażałam sobie namioty z lekkim, turystycznym sprzętem, podobnym do tego, który woziłam, gdy jeździłam z przyjaciółmi nad morze lub w góry. Tutaj widziałam drewniane komódki, które równie dobrze mogły być wyposażeniem zwyczajnych, murowanych domów. Moją uwagę przykuły wzory i barwy, wśród których wyraźnie dominował kolor niebieski. A wszystko to na tle okrągłej ściany, przystrojonej wzorzystą tkaniną. Podłogę przykrywał gruby dywan, który chronił przed ciągnącym od podłogi chłodem. Oprócz stołka, na którym siedziałam, nie było żadnych krzeseł, więc pewnie siadano po prostu na dywanie. Lewa strona jurty wyposażona była w łóżko, obok którego leżały narzędzia, i wyglądała tak, jakby korzystali z niej tylko mężczyźni. Po prawej stronie oprócz dużego małżeńskiego łoża znajdowały się półki ze stojącymi na nich w równiutkich rzędach miskami i garnkami, a niżej koszyk z przyborami do szycia i jakaś skrzynka. W kącie łoża siedziała w półmroku wsparta o poduszki niepełnosprawna siostra Dymitra, Alima. Znałam ją z jego opowieści, ale nie przypuszczałam, że jest tak bardzo chora. Zauważyłam ją tylko dlatego, że wydała z siebie jękliwy głos i zamachała gwałtownie rękami. Matka obejrzała się na nią, ale stwierdziwszy, że nic złego się nie dzieje, skupiła się na rozbijaniu grudek sprasowanej herbaty. Alima zamilkła i zaczęła gapić się na Dymitra. Można ją było uznać za ładną, gdyby nie jej zdeformowana sylwetka. Gęste, czarne włosy, niedbale splecione w warkoczyki, zasypywały jej twarz. Było ich kilkanaście, każdy przewiązany kolorowym sznureczkiem. Oczy w ciemnej oprawie rzęs, duże i skośne, sprawiały wrażenie wiecznie zdziwionych.

Pośrodku jurty stał żelazny piecyk z kominem wychodzącym przez otwór w suficie. Tędy wpadało też światło dzienne i było to jedyne jego źródło. Na wprost wejścia stała bogato rzeźbiona skrzynia na wygiętych nóżkach. Była najbardziej reprezentacyjna ze wszystkich mebli. Ustawiono na niej posąg Buddy i mogłam śmiało pomyśleć, że miejsce to należało do tutejszego boga. Ale nie tylko. Powyżej zawieszono fotografie wszystkich członków rodziny, trzy dyplomy w metalowych ramkach, a obok Buddy panoszył się jedyny puchar, zapewne duma rodziny.

Podczas gdy lustrowałam wnętrze, Dymitr siedział naburmuszony i patrzył spode łba na krzątającą się przy herbacie matkę. Ojciec w tym czasie o coś pytał ale ja go nie zrozumiałam.

– Odpowiedz ojcu – upomniała Dymitra znad imbryka, do którego wrzuciła garść herbacianych okruchów.

– Co mam odpowiedzieć? Wszyscy wiedzą, jak było. A wy mieliście sporo czasu, żeby o tym zapomnieć.

– Zapomnieć! – zawołała oburzona, a zerknąwszy na mnie, ściszyła głos i zaczęła mówić po mongolsku. Uznała widocznie, że nie powinnam być wtajemniczana w rodzinne sprawy. Nie rozumiałam ani słowa i tylko po tonie jej głosu mogłam wnioskować, że ma do Dymitra o coś pretensję. Byłam ciekawa, o czym mówi, ale nie miałam śmiałości o to pytać. Do jurty w tym czasie zaczęli schodzić się bracia, ich żony i trójka niemal jednakowo ubranych dzieci, które dla mnie różniły się od siebie jedynie wzrostem. Na widok synów matka poleciła suchym tonem:

– Zabijcie barana. Ochir przywiózł żonę, będziemy świętować.

Bracia popatrzyli po sobie, potem zerknęli na Dymitra i bez słowa opuścili jurtę. Kobiety zaś zaczęły szykować naczynia potrzebne do ugotowania mięsa. Przypomniałam sobie słowa Dymitra, że gotowanego barana serwuje się tutaj tylko od święta. Na co dzień jadano pieczone mięso ze względu na deficyt wody. Sama myśl o jedzeniu przyprawiła mnie o dotkliwe ssanie w żołądku. Ostatnio jedliśmy w drodze do Uliastaju. Od tamtej pory minęło kilka godzin. Fakt, że posiłek spaceruje jeszcze po pastwisku, nie napawał optymizmem. Na szczęście matka poczęstowała nas tłustymi plackami faszerowanymi mięsem. Potem usiadła i przyglądała się, jak jedliśmy.

Po posiłku wyszłam na zewnątrz, ponieważ czułam się nieswojo siedząc bezczynnie wśród uwijających się kobiet. Bracia Dymitra zajmowali się właśnie uśmiercaniem zwierzęcia. Nie chciałam na to patrzeć, ale wzrok sam kierował się do miejsca, gdzie Munkh, siedząc na ziemi, rozcinał delikatnie fragment skóry trzymanego na kolanach barana. Widziałam, jak szybkim ruchem zanurza w ranie rękę i błyskawicznie wyrywa zwierzęciu serce. Poruszona tym widokiem, zacisnęłam powieki i odwróciłam głowę.

– Co? – zaczepił mnie Dymitr, który właśnie nadszedł i wraz ze mną obserwował brata. – Nie podoba ci się? To najłagodniejsza śmierć, jaka mogła go spotkać. W Polsce gorzej obchodzą się ze zwierzętami. Jakbym miał ginąć z czyichś rąk, to niechby też wyrwano mi serce. Szybko i bezboleśnie.

Spojrzałam na niego i nogi się pode mną ugięły. Dymitr przyciskał do policzka jakąś mokrą szmatę. Ta część twarzy, która spod niej wystawała, wyglądała jak siekany kotlet.

– Jezus Maria! Co ci się stało?! – zawołałam przerażona.

– Nic – burknął. – Przewróciłem się.

Żaden z braci nawet nie podniósł wzroku. Zrozumiałam, że rachunki zostały wyrównane. O nic więcej nie pytałam. Wróciliśmy do jurty, gdzie matka oskrobywała właśnie wielki sagan z zaschniętych resztek jedzenia. Spojrzała na syna, ale nie odezwała się, tylko zacisnęła usta.

Minęło sporo czasu, zanim mężczyźni przynieśli poćwiartowane mięso. Natychmiast całą jurtę ogarnął mdły zapach świeżej krwi. Widok surowego mięsa i ta specyficzna woń przesunęły mój żołądek w kierunku gardła. Zwłaszcza głowa lądująca w całości w garnku, na którym widniały jeszcze ślady poprzedniego posiłku.

– Będzie dużo jedzenia – zauważył z satysfakcją Dymitr i zatarł z zadowoleniem ręce.

Spojrzałam na niego wymownie i pośpiesznie opuściłam namiot, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Na zewnątrz Otgoo zajmował się porządkowaniem miejsca, w którym niewinne zwierzę wyzionęło ducha. Chyba nie bardzo wiedział, jak zareagować na moją obecność, skrzywił się więc z zakłopotaniem i powiedział coś po mongolsku. Uniosłam brwi, dając mu do zrozumienia, że nie rozumiem.

– Ach, no tak! – klepnął się w czoło. – Nie rozumiesz. Na szczęście babka nas nauczyła języka, a przy matce mamy się odzywać tylko po polsku. Nie znamy za dużo słów, ale jakoś się dogadamy.

– Wiem, Dymitr opowiedział mi o waszych polskich korzeniach.

– Aha – mruknął i spojrzał na mnie dziwnie. – Kto powiedział? Nie zrozumiałem.

– Ochir – poprawiłam się. – Ochir mi powiedział.

– Ochir… Taaak… Długo go nie było. Myśleliśmy, że nie wróci.

– A chcieliście, żeby wrócił? – zapytałam ostrożnie. Liczyłam na to, że uda mi się wyciągnąć co nieco od Otgoo, dlatego nie chciałam go spłoszyć. Milczał przez chwilę, zanim odpowiedział:

– Nie będę mówił za siebie, bo mam z nim swoje porachunki. Przyjechał, to dobrze. Nie było go, też dobrze. Może zmądrzał w świecie.

– A matka? Wybaczy mu? – brnęłam dalej, choć widziałam, że nieco się zjeżył.

– Matki zawsze wybaczają. Ale u nas i tak bardziej liczy się zdanie ojca. A on go przyjął.

– Nie chcę się wtrącać, to wasze rodzinne sprawy, ale myślę, że nie zasłużył na tak chłodne przyjęcie. Nie widział rodziny ponad dziesięć lat. A przecież nie pojechał na wakacje. Opiekował się starą babcią.

Otgoo popatrzył na mnie z zastanowieniem, zanim zapytał:

– Czyją babcią się opiekował?

– No… – zmieszałam się. – Waszą babcią. Czekał, aż umrze…

Otgoo przerwał swoją pracę i gapił się na mnie z namysłem.

– Może źle się wyraziłam – wyjaśniłam szybko. – Dymitr był bardzo troskliwy przez te wszystkie lata, gdy ona… jakby to powiedzieć… dożywała dni.