Szept lasu - Marlena Joanna Sychowska - ebook

Szept lasu ebook

Marlena Joanna Sychowska

4,1

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Najpiękniejsza dziewczyna w królestwie, zakochany książę i nieufny drwal — tę trójkę naznaczył los z pomocą magicznego lustra i mściwej wiedźmy.

Retelling najpiękniejszych bajek dzieciństwa w nowej, dojrzałej odsłonie z baśniowym klimatem wpasowuje się w obecny nurt young adult.

Eillen, jak każda dziewczyna w Amarat, wybiera się na doroczny Bal Najpiękniejszej organizowany przez króla Strahana. Drwal Jahter na zlecenie wiedżmy musi ukraść Diadem Najpiękniejszej przed wybiciem północy, zaś książę Cedric, rozdarty między ojcem a własnym sercem, poprzysięga, że uchroni swoją ukochaną przed okrutnym losem. Kiedy Lustro wybiera tegoroczną Najpiękniejszą, a z zamku znika coś więcej niż tylko korona, bohaterowie muszą zmierzyć się z przeznaczeniem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (98 ocen)
43
24
24
7
0
Sortuj według:
raczki_wspaczki

Nie oderwiesz się od lektury

Kojarzyło mi się z filmem o śnieżce i łowcy, ale znalazłam tu też nawiązania do innych baśni. jednak gdy na te baśń sie nie zwraca uwagi lektura jest jeszcze lepsza. Historia wcoaga od pierwszej strony i nie pozwala jej opiscic aż do samego zakończenia.
60
val2209

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno nie czytałam tak dobrze napisanej książki. Wciąga od pierwszych stron. Bardzo dobrze przemyślany świat ❤️
30
martyna_pam

Nie oderwiesz się od lektury

Świetny pomysł na książkę! połączenie tak wielu cudownych baśni w jedną opowieść o sile miłości i przyjaźni ! uwielbiam ❤️❤️❤️
30
Natnat93

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita historia, która wciągnęła mnie od pierwszej strony. Lubię baśnie. Mają w sobie coś nieuchwytnego, magicznego, ale wyrósłam już z bajek dla dzieci. A może po prostu przeczytałam je tyle razy, że zwyczajnie mnie znudziły? Ta jeste jednak inna, ciekawcza. Akcja, postacie z bajek w wydaniu, jakich nie spotkałam nigdzie indziej. Baśń dla "dużych dzieci". 😁
30
AnaMali

Nie oderwiesz się od lektury

piękna i przyjemna opowieśc. spędziłam z nią cały dzień. Hipnotyzujacy styl, wspaniali bohaterowie i niesamowita przygoda. polecam
30

Popularność




Szept lasu copyright by © Marlena Sychowska 2022

Copyright by © Wydawnictwo Osobliwe

Copyright for the cover art by © Marlena Sychowska

Copyright for photograpy by © wirestock

Wszystkie prawa zastrzeżone, All rights reserved

Wydanie pierwsze, Gdynia 2022

ISBN: 9788396342126

Redaktor prowadząca: Justyna Chojnacka

Redakcja i korekta: Kamila Śliwińska

Projekt okładki: Marlena Sychowska

Ilustracja: Justyna Chojnacka

Skład: Marlena Sychowska

Konwersja elektroniczna: Marlena Sychowska

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydawnictwo Osobliwe

www.wydawnictwoosobliwe.pl

www.facebook.pl/wydawnictwoosobliwe

www.instagram.pl/wydawnictwoosobliwe

[email protected]pl

Dla Oro i Ani.

Gdyby nie Wy, nigdy bym nie skończyła

i nie uwierzyła w siebie.

Dla Dari, która pilnowała, bym pisała,

jadła i spała.

Dawno, dawno temu za siedmioma górami i siedmioma morzami, pośród Siedmiu Królestw, w krainie Amarat, gdzie zawsze świeciło słońce, w zamku najpotężniejszego z królów stało lustro. Przez cały okrągły rok spoczywało schowane przed ludzkim wzrokiem, okryte grubą zasłoną, tak aby żadne oblicze się w nim nie odbijało. W jeden jednak dzień roku, gdy król Strahan Berlath wyprawiał Bal Najpiękniejszej, lustro wnoszono do sali tronowej. Przez całą noc w szklanej tafli ukazywały się sylwetki wszystkich pięknych dziewcząt z całego królestwa. A panien były setki i były one najróżniejsze. Ich włosy miały kolory złota, węgla, ognia i cynamonu. Niektóre szczyciły się cerą jasną jak śnieg; inne przypominały piaskowe posągi upstrzone ceglastymi piegami niczym pyłkami rozdmuchanymi przez ciepły wiatr. Były też takie, o których mówiono, iż kąpały się w czekoladzie. Każda przybywała w najlepszej sukni, by razem z innymi tworzyć tęczowy korowód mieniący się, jakby posypano go szczerozłotymi okruszynami.

I każda wyczekiwała północy.

Gdy zegar wybijał dwunaste uderzenie, cały zamek spływał ciszą, którą jedynie przerywał donośny głos króla:

– Lustereczko, powiedz przecie, która najpiękniejsza jest na świecie?

Jestem lustrem. Każdego roku pragnąłem po raz ostatni wskazać Najpiękniejszą. Widziałem ich bowiem zbyt wiele; tyle dziewcząt, tyle istnień. Każda urody tak nieskazitelnej, że nawet gwiazdy na niebie nie mogły się z nimi równać. Panny o czystych, dobrych sercach. Gdybym ich nie wybrał, nigdy by nie poczuły zawiści wobec tej, którą utytułowałem.

Idealne Najpiękniejsze.

I Kufer Gizeli

Eillen

Brukowane uliczki Amaratu, wijące się wzdłuż wysokich kamienic, oblewają się złocistym blaskiem popołudniowego słońca. Rozświetla on drewniane okiennice, czule pieści kwiecie w zawieszonych donicach i rozjaśnia twarze przechodniów, którzy podążają po swoje sprawunki. Na Trzecim Rynku lada moment odsłonią niedawno wzniesiony pomnik króla.

Strahan Berlath miał się zapisać w historii jako jeden z najpotężniejszych i najmądrzejszych władców Amaratu.

Zwracam twarz do słońca i pozwalam promieniom ją ogrzać. Nie znam zimna. W Amaracie panuje wieczne lato. To część naszego życia.

Jest połowa marca. Do królewskiego balu został jeszcze tydzień. Każdego wieczoru boję się go coraz bardziej. Z chwilą gdy czerwony atłas opada na ziemię i ujawnia oblicze władcy, przed którym kazano mi niebawem się stawić, ten lęk wydaje się poważniejszy, niż sądziłam. Długo wpatruję się w kamienne oczy króla, próbując zrozumieć, co może się w nich kryć. Mądrość? Ludzie tak mówią. Potęga? To oczywiste, jest władcą, przed którym inne kraje drżą – ulegają każdym jego żądaniom. Miłość? Wydaje mi się to niemożliwe, ale poddani wychwalają jego dobroć i miłosierdzie dla własnego ludu. Zatem czego tak się obawiam?

– Eillen! – Słyszę wołanie za sobą i wcale nie jestem z tego rada. – Eillen, mam dla ciebie kufer!

Przymykam oczy i z udawaną serdecznością obracam się w stronę placu, gdzie przez tłum gapiów, którzy obserwują odsłonięcie pomnika, przedziera się wysoka dziewczyna, ciągnąc za sobą pokaźny i stary kufer.

– Naprawdę? Dla mnie? – pytam, próbując ukryć niechęć.

– Przecież jesteście z matką biedne, na pewno nie macie porządnej skrzyni.

Upuszcza kufer przed moimi nogami, nie zwracając uwagi, czy przypadkiem ich nie uderzy.

Patrzy na mnie z wyraźną wyższością, którą zawsze odczuwam, kiedy przebywamy razem. Odkąd tylko przybyłyśmy z matką do Amaratu, ona i jej siostra stały się moimi cieniami. Mówiły o sobie „przyjaciółki Eillen”, nawet śmiały się, że są dla mnie niczym przyrodnie siostry. Przez to, że nie miałam tu nikogo bliskiego, a dni spędzałam samotnie, gdy matka pracowała w polu, akceptowałam ich ciągłe docinki i fałszywe sympatie, odnajdując w tym odrobinę towarzystwa i przychylności.

– Właściwie to mam kufer – oznajmiam, lustrując darowaną skrzynię. Jest w jeszcze gorszym stanie niż moja.

– Och, naprawdę? – Gizela wydaje z siebie zniesmaczony świst. – No cóż. Zabierz ją, nie mam ochoty dźwigać tego z powrotem do domu. Zrobił mi się odcisk na dłoni, muszę coś z nim zrobić przed balem.

Macha mi przed twarzą dłonią, na której nie dostrzegam nic prócz delikatnego zaczerwienienia. Wzdycham i schylam się, by chwycić za metalową rączkę, ale ta odrywa się od kufra niemal natychmiast po podniesieniu go. Waliza uderza o bruk, co wywołuje nieprzyjemny śmiech dziewczyny.

– Gizelo, jesteś pewna, że jej nie potrzebujesz? – pytam z jękiem, mając nadzieję, że moja „przyjaciółka” zmieni zdanie.

– Zwariowałaś? Popsułaś ją, masz szczęście, że jest stara, bo kazałabym ci kupić mi nową!

Obraca się, nim zdążę cokolwiek odpowiedzieć, i znika w kolorowym tłumie, pozostawiając po sobie jedynie jaśminową woń perfum i kilku zachwyconych młodzieńców, którzy wpatrują się w jej szczupłą sylwetkę i falujace kasztanowe pukle.

Zrezygnowana klęczę przy kufrze. Jestem coraz bardziej przytłoczona zbliżającym się wydarzeniem. Mieszkańcy mijają mnie bez słowa; żaden z nich nie przystanie, by zapytać, czy potrzebuję pomocy. Nie mogę się im dziwić. Gdybym miała urodę i suknię Gizeli, któryś z tych młodych chłopaków pewnie na plecach zaniósłby tę nieszczęsną walizę do mojego domu. Tymczasem jedynie słyszę ich chichot, aż po chwili i oni odchodzą, gdy jeden z nich woła, że na uliczce obok sprzedają miodowe piwo prosto z beczki. Zostaję sama pośród rozchodzących się mieszczan. Od czasu do czasu któryś przydeptuje rąbek mojej lnianej, brązowej spódnicy i nie raczy nawet przeprosić.

– Suń się, przybłędo! – warczy jeden z nich, kopiąc skrzynię, z której odpada zaczep. Łzy poczynają zbierać się w kącikach moich oczu.

Spoglądam na barczystego jegomościa z tłustą twarzą, który przesłania mi teraz słońce. Błyszczące guziki jego zielonej kamizelki wyglądają, jakby zamierzały zaraz wystrzelić w dal, a wąs pod nosem kręci się cudacznie i postarza mężczyznę, choć i tak jestem przekonana, że ma więcej niż pięćdziesiąt lat. W oczach iskrzy mu dzika satysfakcja.

– Kultury więcej, świnio malowana – burczy inny przechodzień, który zatrzymuje się na chwilę przy nas. – Przeproś panią – dodaje, ale nie patrzy w moim kierunku. Właściwie wbija oczy w tłum, ale wymownie odsłania masywną siekierę u pasa.

Wstaję, otrzepując kurz ze swojej prostej sukni i zdając sobie sprawę, że gdy klęczałam, musiałam wyglądać jak godna politowania sierota.

– Nie trzeba, nie powinnam tak rozkładać się na środku traktu – szepczę, pochylając głowę.

– Przeproś panią – cedzi przez zęby nieznajomy.

Stoi do mnie tyłem; widzę jego masywne plecy i nieco zmierzwione włosy opadające na kark. Ma na sobie skórzaną kamizelkę, szeroką, lnianą koszulę i spodnie dopasowane do ciała tak, że aż przez chwilę czuję się nieswojo. Strój ten nie pasuje do dworskiej i miejskiej mody, przypomina raczej ubiory drwali. Uzmysławiam sobie, że podobnie nosił się mój ojciec.

Widzę, jak twarz magnata zmienia się pod naporem spojrzenia tego dziwnego mężczyzny. Po chwili mamrocze ciche „przepraszam” i w pośpiechu, stukając eleganckimi trzewikami, czmycha z ulicy. Poprawiam jasny kosmyk włosów, który opadł mi na czoło, i chcę podziękować wybawcy, ten jednak prycha pod nosem przeciągle. Nie poświęciwszy mi już więcej uwagi, robi krok do przodu i rozpływa się wśród ludzi.

Znów zostaję sama z tym przeklętym kufrem. Na domiar złego zaczyna padać ciepły deszcz. Uderza dotkliwie o moje ramiona, moczy mi włosy, które już po chwili kleją się do twarzy, ramion i dekoltu. Tłum poczyna się przerzedzać; każdemu jest spieszno do domu, bo nikt nie chce wyglądać jak zmokła kura. Ostatni raz spoglądam na nowy pomnik Strahana Berlatha. Ulewa nie jest mu straszna. Stoi tak samo dumny, omiatając swoimi oczyma widok na całe miasto. Myślę, że Berlathowie nie mają pojęcia o moim istnieniu.

Może mogłabym pozostać w domu i nie iść na ten bal?

– Wielkie nieba! – woła ktoś, ale nie jestem w stanie zauważyć kto. Woda dostaje mi się pod powieki, rozmazując widoczność. – Deszcz w Amaracie o tej porze? To niemożliwe! I to jeszcze w dniu odsłonięcia pomnika naszego czcigodnego pana!

Dopiero teraz uświadamiam sobie, jakie to dziwne. Faktycznie, pora deszczowa w Amaracie bywa niezwykle krótka, letnie zaś ulewy przychodzą głównie nocą, nie w środku dnia. Najwidoczniej los postanowił uprzykrzyć mi drogę do domu. Na dodatek targanie starej skrzyni – teraz mokrej i cięższej – stanie się zadaniem prawie niewykonalnym. Nie mam jednak wyboru, nie mogę liczyć, że ktoś wreszcie się nade mną zlituje. Chwytam drugą rączkę, choć przeczuwam, że niebawem też odpadnie, i z westchnieniem ruszam przed siebie, ciągnąc kufer po bruku.

Uliczką spływa strumień wody, zbierając piasek i kurz, a ja brnę w tym brudzie, czując na sobie pogardliwe spojrzenia tych, którzy chowają się pod straganami albo markizami zawieszonymi nad wystawami okolicznych sklepików i warsztatów. Muszę przyznać, że miasteczko zlane deszczem wydaje się jedynie podobne do pięknej, zawsze skąpanej w słońcu stolicy. Panująca teraz szarówka odziera gród z krasy i dobrobytu, odsłania brudne ściany bezładnie rozrzuconych, przeludnionych kamienic i smutek w oczach ich mieszkańców. Tętniące zazwyczaj życiem trakty teraz są opustoszałe i ciche. W górę niosą się jedynie odgłosy deszczu i nieprzyjemne stukanie o bruk ciągniętego przeze mnie kufra.

Utyka na nierównym kamieniu, a ja omal nie przewracam się zaskoczona nagłym hamowaniem. Teraz mam ochotę – podobnie jak tamten wstrętny człowiek – kopnąć niechciany i niepotrzebny mi prezent. Zastanawiam się, czy policzki mam mokre od bezradnego szlochu, czy od panującej pogodowej aury, ale gdy widzę swoje odbicie w szybie eleganckiego zakładu krawieckiego, wiem, że jestem jedynie przemokniętym straszydłem z czerwonym nosem i opuchniętymi oczami.

Nagle w tafli zauważam nadjeżdżający powóz. Z piskiem obracam się gwałtownie, po czym wstrzymuję oddech. Nieczęsto mam okazję zobaczyć z bliska zaprzęg pochodzący z pałacu. Przeraża mnie, to prawda, ale widok bogato zdobionej karety, zaprzęgniętej do czterech gniadych koni z pióropuszami na łbach, sprawia, że nawet mnie zapiera oddech. Wielkie koła, które błyszczą, jakby pokryto je szczerozłotą warstwą, dudnią wzdłuż murów i domów. Z niektórych okien wyłaniają się głowy gapiów podziwiających przejazd królewskiego powozu, ja zaś stoję niczym wmurowana, nie zwracając uwagi na upokarzający wygląd. Ciekawość jest silniejsza niż poczucie wstydu i strachu przed Berlathami.

Podziwiam stangretów w zielonych mundurach i białych pelerynach. Mimo deszczu dumnie prezentują się na przednim siedzisku, gwardziści zaś, podążający konno dookoła karety, podejrzliwie spoglądają na mijanych poddanych. Wiem, że i mnie się przyglądają, więc zatrwożona schylam głowę i nie zamierzam jej podnosić, dopóki powóz mnie nie minie. Tymczasem zamiast oddalającego się tętentu słyszę prychanie koni i skrzypienie zatrzymywanego pojazdu. Serce podskakuje mi do gardła, robię krok w tył. Zapominam jednak, że za mną leży przeklęty kufer, i wpadam na niego z łoskotem. Ląduję na mokrej drodze. Syczę z bólu, bo gdy upadłam, nienaturalnie wykręciłam rękę, próbując się nią uratować przed całkowitą kompromitacją. W skórę dłoni wbijają mi się ostre ziarenka piasku, spódnica zaś rozdarła się na boku i przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Nikt jednak się nie śmieje, a gdy unoszę wzrok, rozumiem dlaczego.

Drzwiczki karocy zostają otwarte przez stangreta, który wysuwa jednocześnie spod podłogi drewniane schodki. Czerwone, jedwabne zasłony uchylają się i z wnętrza wynurza się postawny, młody mężczyzna w szacie tak olśniewającej, że zdaje się, że pochodzi z zupełnie nieznanej mi krainy. Na jego twarzy widnieje uśmiech pełen spokoju i rozczulenia. Przez moment odczuwam nieopisaną błogość, ale zaraz znów panikuję. Próbuję nieporadnie podnieść się z ziemi, czym na pewno go rozśmieszam.

– Jesteś cała, panienko? – Wyciąga ku mnie dłoń. Na palcach błyszczą złote pierścienie.

Nie umiem wydusić z siebie głosu. Targają mną skrajne emocje; przerażenie i ekscytacja biją się o władzę nad moim ciałem. Powoli się podnoszę, ale nie chcę chwytać ręki mężczyzny. Dociera do mnie, kim on jest.

– Tak, Wasza Książęca Mość – odpowiadam cicho i udaję, że nie odczuwam przejmującego rwania w nadgarstku.

– Musi panienka być ostrożniejsza – mówi łagodnie. – Tak łatwo wpaść pod koła powozu, szczególnie gdy pogoda zdaje się płatać figle.

– Tak, Wasza Książęca Mość.

Wiatr się wzmaga, chociaż jestem pewna, że wcześniej – mimo deszczu – było bezwietrznie. Porywa moje mokre włosy, ośmieszając mnie jeszcze bardziej przed księciem Cedrikiem Berlathem. Wciąż próbuję wstać, ale boląca ręka, śliskie kamienie i noga, która utknęła na kufrze, skutecznie mi to uniemożliwiają. Następca tronu sam chwyta moje ramię.

– Obejmij mnie – nakazuje.

Nie mogę odmówić, niemniej czuję wielką obawę. Czy godzi się dotykać człowieka, który za kilka lat będzie rządził Amaratem? Czy powinnam pozwolić, by uniósł mnie ktoś, kogo wyobrażeniu nie ufałam przez większość swego życia? Delikatnie, jakbym miała dotknąć zakazanego przedmiotu, owijam ręce wokół szyi księcia i natychmiast zastygam, gdy czuję, jak pod naporem jego siły przywieram do królewskiej piersi. Podnosi mnie, jakbym nic nie ważyła.

– Mój panie! – wymyka mi się z ust, na co on uśmiecha się jeszcze łagodniej.

Jego oczy barwy słonecznego nieba niezwykle współgrają z gęstymi, czarnymi włosami, na których kiedyś ma spocząć królewska korona.

Nie zwracam uwagi na mieszczan, zaskoczonych zapewne równie mocno jak ja. Szepczą do siebie i na zmianę wydają okrzyki zdumienia. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to to, że gdyby Gizela lub jej siostra Anabella ujrzały tę jakże dziwną scenę, rzuciłyby się na mnie jak rozwścieczone ptactwo walczące o ziarno na polu.

– Czy możesz chodzić? – pyta książę.

– Chyba tak, Wasza Książęca Mość. – Nie umiem się sama przed sobą wytłumaczyć, że wcale nie chcę, by tak szybko mnie postawił na ziemię. Po chwili moje stopy dotykają bruku. Czuję ból, ale nie tak silny, by nie móc iść dalej. – Dziękuję, panie – dodaję.

Deszcz sprawia, że i on jest już cały mokry.

– Jak się nazywasz? – pyta po chwili.

Wdycham głęboko powietrze.

– Eillen Fintry, panie.

– Straż! – woła.

Więc jednak moje powody do strachu okazują się uzasadnione. Mam wrażenie, że zaraz znów upadnę.

– Zabierzcie tę pannę tam, gdzie wam ona nakaże – rzuca do gwardzisty, który natychmiast zeskakuje z konia i podchodzi do nas. Książę odwraca się w moją stronę.

– Liczę, że skierujesz się już do domu, panienko. Szkoda, byś zachorowała.

Odczuwam ulgę. Raz jeszcze posyła mi uśmiech i kieruje się do swojej karocy. Wstępuje na schodki, ale na moment się zatrzymuje, jakby jakaś myśl nie dawała mu spokoju.

– Czy ujrzę cię na balu?

Przez sekundę chcę skłamać.

– Tak, Wasza Wysokość.

– W takim razie nie mogę się doczekać. – Cedric znika za zasłoną, stangret zaś zamyka za nim drzwiczki tak prędko, jakby chciał udać, że to zdarzenie nigdy nie miało miejsca.

Serce wciąż bije niemiarowo, gdy śledzę odjeżdżający zaprzęg. Zostaje dwóch gwardzistów i jeden z nich szarpie się z kufrem. Bawi mnie, że nie tylko mnie sprawiał kłopot, ale wreszcie oświadczam:

– Może pan to zostawić, to tylko stara, brudna skrzynia.

– Nie potrzebuje jej panienka? – dziwi się. Najwidoczniej i on uważa, że jestem tak biedna, że utrata kufra będzie dla mnie końcem świata. – Nie jest panienki?

Łapię swoje rozwichrzone włosy i układam je na prawym ramieniu, martwiąc się, że z powodu ich długości będę miała wieczorem kłopot, by je rozczesać. Pierwszy raz sądzę, że może gdybym uzyskała ten upragniony przez wszystkie panny tytuł Najpiękniejszej, już nigdy nie musiałabym iść samotnie w deszczu brukowaną ulicą.

– Nie – odpowiadam hardo i czuję ulgę, kiedy wyjaśniam: – To kufer Gizeli.

II Pod zegarem

Jahter

Karczma Pod Zegarem cieszy się równie wielkim zainteresowaniem, co interesik ślepego kowala – czyli niemalże żadnym. Nic dziwnego, że to tu najczęściej przesiadują zbóje przybywający do Amaratu. Nikt o zdrowych zmysłach do Pod Zegarem nie zagląda i łajdacy spod ciemnej gwiazdy mogą swobodnie rozmawiać.

Czuję się teraz podobnie do nich. Siedzimy z Dunhanem pod ścianą, skrywając swe oblicza pod kapturami. Jesteśmy w izbie sami, ale dla nas, Szeptów, nawet własny cień może być zdrajcą.

– Jahter – bełkocze Dunhan, oblizując palce tłuste od przepiórczych udek – wybierzesz się na Bal Najpiękniejszej.

Omal nie krztuszę się piwem. Nie takiej rozmowy się spodziewałem, gdy mój przyjaciel zapraszał mnie na pintę.

– Jasne, barani móżdżku, pędzę w podskokach jak te cholerne dziewuchy – odpowiadam mu z kpiną. – Pożycz mi swój gorset, żebym miał powabną kibić.

Dunhan łypie na mnie groźnie zdrowym okiem i bierze duży łyk piwa. Piana spływa mu po rudej brodzie, wsiąkając w warkocze, splecione metalową zapinką.

Moda z Tangburu.

– Nie drwij, byłem kiedyś hrabią…

– Synem hrabiego, Dunhan, to stare dzieje – przerywam mu. – Z hrabią masz teraz tyle wspólnego co dziwka z cnotą.

Nie podobają mu się moje słowa, ale nie mam zamiaru przepraszać. Obaj tkwimy w lesie; pozbawieni przeszłości i przyszłości. Mamy tylko dzisiaj. Dzisiaj, które łatwo wydrzeć nam z rąk kolejnym dekretem króla Strahana Berlatha.

Dunhana znam od trzech zim. Przybył z Iodenu, chociaż pochodzi z Tangburu. Przeżył masakrę rodziny tylko dlatego, że urodził się następnego dnia. Jeden z Szeptów zdążył wyprowadzić hrabinę Storklov, nim rycerze Berlathów dotarli do ich dworu. Dunhan nigdy nie wspominał, co się stało z matką.

Zakładam, że nie miała tyle szczęścia co on.

Psiakrew, Strahan i jego poplecznicy wymordowali pół Tangburu, a Dunhan teraz chce, bym poszedł potańczyć na zamku Berlathów. Parskam po nosem.

Tymczasem Szept nachyla się lekko nad stołem i patrzy mi w oczy. Nie lubię tego; zbielałe od poparzenia ogniem oko przypomina śmierć, którą zdążyło zobaczyć, nim oślepło.

– Szepci mają dla ciebie ważną misję, Jahter.

Nie kończy, bo drzwi szynku otwierają się ze skrzypnięciem i do środka wchodzą dwie jednakowe postaci w płaszczach podobnych do zupełnie niczego. Idealne, by wtopić się w noc i tłum. Siadają z brzegu, blisko brudnych okien i wypatrują czegoś na ulicy. Kwintesencja tutejszych gości. Zwracam uwagę, że jeden z nich ma błyszczące, gładko związane włosy, jakby przecierał je mazią żywiczną.

Mój przyjaciel przez chwilę się waha, jednak wreszcie kończy. Mówi dużo ciszej niż wcześniej. Muszę się przybliżyć, by go usłyszeć.

– Masz ukraść Diadem Najpiękniejszej.

Prostuję się jak cięciwa po wypuszczeniu strzały. Unoszę brwi. Nie wierzę, że Szepci są aż tak nieostrożni.

– To niebezpieczne – odpowiadam. – Gwardziści, goście, zabezpieczenia…

Słyszę trzask. Dunhan nadgryzł kość w udku.

– Ale tylko ty jesteś w stanie to zrobić i wymknąć się z zamku jak cień.

Wzdycham. Chwytam kufel i powoli kręcę nadgarstkiem; wprowadzam piwo w ruch, przez co piana się wzburza i lekko unosi. Kołyszę kuflem i rozważam propozycję Szeptów. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jeśli Rada o czymś zdecydowała, jest to raczej nieuniknione.

Powoli wypuszczam powietrze. Mam zaledwie kilka godzin, by sobie przypomnieć chociaż walca, którego kiedyś umiałem tańczyć dobrze.

– Na co Szeptom diadem? – pytam.

Chcę zrozumieć powód, dla którego mam się narazić.

– Diadem jest z białego złota. To malantar, ale nadal w cenie. Jednakże nie o złoto chodzi. – Dunhan znów spogląda na mężczyzn pod oknem. – W diademie umieszczono trancyt. Wiesz, co to jest, Jahter?

– Brzmi jak coś drogiego i raczej nie jak pikantne udka przepiórcze – odpowiadam, unosząc lekko kącik ust.

Najwyraźniej tylko mnie to bawi, bo Dunhan nie reaguje.

– To najwspanialszy kryształ na świecie. Zmienia kolory. Rozumiesz to, Jahter? Myślisz sobie: „Chcę czerwoną błyskotkę!”. I masz, trancyt robi się czerwony. Chcesz niebieski wisiorek? Taki się staje.

Dunhan aż podskakuje na krześle. Zdrowe oko błyszczy, zbielałe – wciąż jest pozbawione emocji. Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, co może się kryć za tym poparzonym?

– To już są sztuczki godne Willharta – stwierdzam od niechcenia. – Na co nam ten trancyt? Jeśli jest tak wyjątkowy, nigdzie go nie sprzedamy.

Dunhan macha ręką, jakby przeganiał muchę. Jego szerokie nozdrza wydają mi się jeszcze większe.

– Złoto przetopimy i zawieziemy do Tangburu. Tam sztabkę kupi pierwszy lepszy kupiec. Ale trancyt… Rugla chce go mieć.

Moja ręka zawisa w powietrzu, a nieprzyjemny chłód wspina się po kręgosłupie. Zastanawiam się, czy nie sypiam za rzadko. Może wyobrażam sobie tę rozmowę, bo z każdą kolejną minutą jest ona dla mnie coraz mniej pojęta. Rugla? Rugle to potężne istoty. Demony.

– Czym zapłaci? – dopytuję.

Dunhan pociera brodę.

– Rugla wie, jak zabić króla Strahana. Zdradzi nam to, kiedy otrzyma trancyt.

– Słuchaj, Dunhan. W całym Amaracie żyje tylko jedna rugla. Myślisz, że gdyby wiedziała, jak zgładzić Berlathów, toby nie rozpoczęła swojej zemsty?

– Nas jest więcej. Mogła się obawiać strażników.

Nie daję wiary jego słowom, ale nie było mnie, przy rozmowach, które Szepci prowadzili z ruglą. Zasępiam się. Na talerzu zostało mi jeszcze jedno udko, ale tracę apetyt. Wiem doskonale, że nie można ufać demonom. Żadnym.

– Nie wiem, z kim lub z czym się na łby pozamieniałeś, ale lepiej oprzytomnij – furkam. Z obrzydzeniem wpatruję się w tłuste udko. – Jak miałbym dostać się na zamek i stanąć obok najbardziej chronionego artefaktu? To niewykonalne.

Dunhan sięga po worek, który do tej pory spoczywał obok jego nóg. Kładzie go na stole i przesuwa do mnie, nic przy tym nie mówiąc, ale wygląda tak, że nie zdziwiłbym się, gdybym w środku znalazł głowę królewskiego gwardzisty.

Powoli unoszę pakunek. Jest lekki. Uspokajam się. W końcu rozsupłuję sznurek i wewnątrz widzę połyskujący materiał. Dunhan najwyraźniej dostrzega moje zdumienie, bo znów przemawia:

– To muślin, Jahter. Koszula z muślinu, przeszyta srebrną nicią. Ani twoja matka, ani babka nigdy nie miały czegoś takiego, a twój ojciec może co najwyżej widział to na jakiejś dziwce.

– Skąd to masz? – pytam podejrzliwie.

Obawiam się, że Dunhan popisał się jeszcze większą głupotą, niż mógłbym się spodziewać. Jeśli ukradł to jednemu z gości…

– Szept Raghnall zna damę, która szyje takie cacka dla magnatów. – Dunhan przerywa moje myśli, próbując mnie uspokoić. – Zajął się nią odpowiednio.

– Nie wnikam – burczę pod nosem.

Dotykam koszuli. Ma niezwykle delikatny splot, a co za tym idzie, wygląda na drogą. Tylko po tym potrafię poznać ekskluzywny materiał. Len i bawełna są sztywne, nierozciągliwe i dzięki temu wytrzymałe. W obozie Szeptów wytrzymała tkanina to gwarancja dobrego ubioru.

– Będziesz udawał magnata z Iodenu.

Mlaskam z niezadowoleniem. Uświadamiam sobie, że robię się niespokojny, gdy mowa o dworze i lordach. Coś mrocznego już od lat skrywa się za murami zamku Berlathów i to sączy się jadem do umysłów dziedziców zamożnych i arystokratycznych rodów. Odsuwam sakwę.

– Dunhan, poproś kogoś innego – syczę po cichu.

– Chciałbym. Nie myśl, że pałam entuzjazmem do tego pomysłu. Ty magnatem? Prędzej niedźwiedzia bym ubrał w te fatałaszki i wysłał na zamek. Nikt by nie poznał.

Tkanina worka marszczy się pomiędzy palcami Dunhana. Przysuwa go bliżej; jakby pragnął mieć go tylko dla siebie. Najwyraźniej fakt, że urodził się w rodzinie magnatów, wciąż ma wpływ na jego życie. Gdyby nie król, on nie byłby moim przyjacielem.

– Świetnie, że się rozumiemy. Jak mogę wykręcić się od tego interesu?

Jego ręka opada z impetem na stół i w kuflach podnosi się piana.

– Nie możesz, Jahter. – Wzrok Dunhana przeszywa mnie na wskroś. – Dzisiaj udasz się na Bal Najpiękniejszej i ukradniesz diadem z trancytem.

Mam wrażenie, że wcześniej tylko siedziałem na krześle, a teraz się w nim zapadam, gdy dociera do mnie, że nie wymigam się od tego zadania. Pocieram czoło; mocno, wręcz wciskam w nie palce, a potem podpieram nimi skronie.

– Świetnie – warczę. – Rugla, kradzież, koszula z muślinu. Zapowiada się ekscytujący wieczór.

Dunhan odchyla się na krześle, nabierając w pierś powietrza. Wypuszcza je powoli, a ja przez krótką chwilę skupiam się na haftkach na jego skórzanej kamizelce. Są złote. Hrabia pełną gębą.

– Co ci szkodzi, Jahter? Wybierzesz się na bal. Zjesz coś lepszego niż zupa z kradzionej kury i marchewek.

– A jak się nie uda, to w areszcie też zjem coś lepszego?

– Nie zakładaj od razu niepowodzenia!

Chcę mu odpowiedzieć, ale mój wzrok przykuwają mężczyźni, którzy niedawno weszli do karczmy. Nerwowo przeglądają pogniecione kartki, aż w końcu podnoszą się i wychodzą.

Dunhan wzdycha zrezygnowany.

– Niepowodzeniem można by nazywać moją dyskusję z lordem. Ze wszystkich Szeptów tylko ciebie uważa za godnego wykonania dzisiejszej misji.

Drży mu dłoń, gdy to wyznaje, ale próbuje tuszować to podniesieniem kufla i porządnym łykiem piwa. Takie słowa przychodzą mu z trudnością; najpewniej często myśli podobnie. Chowa w sobie uraz, że choć wywodzi się z magnackiego rodu, Szepci nigdy go nie wybierają. Ale jest moim przyjacielem i nie powie mi wprost, że jest zazdrosny. Nie wiem, czy kiedyś mu przyjdzie do głowy, że tak naprawdę nie musi się tłumaczyć, bo my, Szepci, nie potrzebujemy słów.

– Masz szczęście, Dunhan – odpowiadam mu ze śmiechem. – Z naszej dwójki to ja ciągle muszę narażać swój tyłek dla ciebie.

– Uważaj, bo znowu trzeba ci będzie go szyć.

Nasze spojrzenia się spotykają i jest w nich coś, czego brakowało od początku rozmowy – serdeczność. Chyba wybaczył mi, że to nie on pójdzie na Bal Najpiękniejszej.

Unoszę rękę i za chwilę do naszego stolika podchodzi wolno karczmarka. Proszę o kolejne dwa piwa, a Dunhan – o jeszcze kilka udek przepiórczych. Kiedy kobieta odchodzi, ja wracam do rozmowy.

– Jak mam to zrobić?

– Przyjdziesz na bal. Potańczysz, zjesz coś, wtopisz się w tłum. O północy lustro wybierze Najpiękniejszą, więc musisz ukraść diadem, zanim to się stanie. Gwardziści po kilku godzinach balu będą zmęczeni, może nawet nieco pijani. – Unosi brwi, jakby dawał mi do zrozumienia, co myśli o gwardzistach. – Dzięki temu łatwiej ich ominiesz. Tu masz coś, co ci pomoże. – Wyciąga z kieszeni kurtki małą buteleczkę. – To magiczny pył. Rugla mówiła, że wystarczy szczypta, by zamglić spojrzenie kogoś, kto nie powinien czegoś widzieć.

– Magia? Nie używam magii. Nie ufam też rugli. Za to przydałby się glejt.

Dunhan wkłada buteleczkę do worka z koszulą.

– Zrobisz, co będziesz uważał, ale jeśli nie uda ci się ukraść diademu, lord Neven będzie niepocieszony. Lepiej więc zrób wszystko, by go nie zawieść. A glejt w dniu balu niepotrzebny.

Wciągam głęboko powietrze. Wolę jednak zaufać własnemu sprytowi i sile swoich mięśni niż wątpliwej zawartości buteleczki od podejrzanej rugli.

Nie można ufać demonom.

Dunhan opiera się o ławkę, wyciąga fajkę i skórzaną kiesę. Rozwija ją z namaszczeniem, jakby zabierał się za palenie ziela z krainy tak dalekiej, gdzie nie prowadzi żadna ze znanych nam leśnych ścieżek. Powoli wsypuje drobny susz do kominka, a ostry, nieco pieprzowy zapach wdziera mi się nachalnie do nozdrzy.

– Z Tangburu? – pytam. – Podzieliłbyś się.

– Podzielę. – Dunhan uśmiecha się pod nosem. – Jak przyniesiesz diadem. I butelkę królewskiego wina.

Wzdycham. Zastanawiam się, co będzie mi łatwiej ukraść – koronę dla Najpiękniejszej czy butelkę wina z królewskiej piwnicy.

III Kwiat pomarańczy

Cedric

Rzadko opuszczam pałac, a kiedy to się dzieje, rozkoszuję się widokiem Amaratu, tak jakbym miał oglądać go po raz ostatni. Tego jednego dnia nie było inaczej; mój wzrok bacznie śledził zmieniający się krajobraz za szybą, gdy jechałem powozem. Padał deszcz, a deszcz w Amaracie to rzadkość. I wtedy zobaczyłem tę dziewczynę. Zamieniłem z nią kilka słów. Dotknąłem jej. I zrozumiałem, że chciałbym móc widzieć ją częściej.

Może spowodowała to moja samotność, nieustanne dbanie o to, by żadna dwórka nie zbliżyła się do mnie na tyle, bym musiał odczuwać zwierzęce potrzeby. To czyniło mnie silniejszym, podobnym do ojca, który pozwalał sobie oglądać tylko jedną dziewczynę i tylko jednej nocy w roku – Najpiękniejszą na Balu Najpiękniejszej.

Jestem synem potwora, chociaż przez większość swego życia tego nie zauważałem. Mój ojciec, król Strahan, poprowadził potężną armię i podbił Siedem Królestw nad Morzem Złotym – spętał, stłamsił, zagarnął wszelkie dobra. I kiedyś byłem z niego dumny.

Biorę do ręki pomarańczę. Jej pomarszczona skórka przesiąknięta jest sokami dojrzałego owocu i po chwili moje dłonie pachną tym słodkim aromatem. Gdyby nie ród Berlathów, pomarańczy w Amaracie by nie było. To mój pradziad sprowadził je dla ukochanej żony po tym, gdy powiedziała, że chciałaby ugryźć słońce. Podobno pieśniarz opowiedział, że na skraju Siedmiu Królestw rosną drzewa o białych kwiatach, które wydają owoce przypominające słoneczne kule, zatem król Edgar natychmiast wyprawił się z rycerstwem, by ujrzeć je na własne oczy i przywieźć do stolicy. Miały być symbolem jego miłości i oddania, czegoś zupełnie nieuchwytnego i niemożliwego.

Zaciskam palce na owocu; paznokcie wżynają się w łupinę, a pomarańcza mięknie pod ich naciskiem. Nie znam miłości, nie jako uczucia pomiędzy dwojgiem niemal zatraconych w sobie ludzi. Ojciec wpajał mi od dziecka, że Berlathom nie wolno kochać. Sądziłem, że to normalne.

– Panie, czy mamy już ruszyć? – pyta jeden z moich rycerzy.

To Ferigal. Jeden z nielicznych oddanych mi ludzi, którzy byliby skłonni złamać rozkaz króla na moje polecenie. Oczywiście, żadnemu tego nie nakazałem, ale wiem, że gdybym tak uczynił, Ferigal odrąbałby sobie dla mnie rękę.

Czeka na moją decyzję; nie zrobi niczego, o czym mógłby nie pomyśleć dziedzic Berlathów.

– Nie – odpowiadam. Stukam laską o ściankę powozu. – Pójdę pieszo. Gdzie jest ten dom?

– Wasza Książęca Mość, nie możesz! – Mój rycerz protestuje i blokuje ramieniem drzwiczki karocy. – Nie mogę pozwolić, by książę się narażał.

– Pozwolisz, bo taka jest moja wola – oznajmiam szorstko. – Nie zapominaj, kim jestem.

Sam czasem o tym zapominam, mięknę, obnażam swoją ludzką twarz. Wtedy surowe oczy ojca przywołują mnie do porządku, przypominają, że będę następcą tronu. Nie mogę się z nikim bratać.

Rycerz kaja się przede mną. Podbródkiem mógłby uderzyć o własny brzuch, gdyby nie tkwił w sztywnej zbroi.

– Mój panie, to niebezpieczne – Nie patrzy mi w oczy.

Unoszę dłoń. Gestem każę mu zamilknąć i odejść. Biorę kosz z pomarańczami, a potem wychodzę z powozu. Rycerze kłaniają się w pas – jest ich czterech – i zaraz ustawiają się dookoła mnie jako strażnicy, gotowi zabić każdego, kto się zbliży. Są dumni, że pozwalam im przebywać obok mnie. Wiem, że gdy kończą służbę, w karczmach przechwalają się swoją pozycją w gwardii. Jestem ich świętością, największą z nagród dla młodego rycerza.

– Dom, o który pytałem, gdzie jest?

Poruszają się niespokojnie, płyty ich zbroi dźwięczą. Wiedzą, że wymagam od nich posłuszeństwa, ale jednocześnie boją się gniewu króla, gdybym z tej przyczyny naraził się na niebezpieczeństwo. W końcu odzywa się pierwszy z nich, Asam:

– Za tym ugorem, Wasza Książęca Mość. – Wskazuje mi niewielką chatę na skraju nieplewionego pola.

– Czekajcie tu na mnie.

Ucinam ich protesty. Chcą iść za mną, ale grożę, że odbiorę im rycerskie tytuły. Wtedy milkną, jedynie Ferigal wychodzi przed szereg.

– Będę się zakradał po cichu, mój panie. Pozostanę w takiej odległości, w jakiej sobie zażyczysz, Wasza Książęca Mość, ale nie opuszczę twego boku.

Zgadzam się. Ferigal jest mi bliższy od pozostałej trójki i jako jedyny istotnie potrafi stać się bezgłośnym cieniem. Kilka lat temu był szpiegiem na zlecenie mojego ojca, choć prawie wcale nie wspomina o tym okresie swego życia. Czasem jedynie opowiada o innych krajach z Siedmiu Królestw; o Tangburze, Iodenie, Velmarze… Z jego słów uczę się świata. Sprawia mi to przyjemność. Teraz jednak milczy, zgodnie z obietnicą. Zdjął zbroję i pozostał w samej bawełnianej koszuli i spodniach z wełny. Zabrał ze sobą jedynie krótki łuk. Uczynił się łatwym celem, a wszystko po to, by móc iść ze mną.

Nie chcę, by nas ktoś zobaczył, więc pochylam się nisko nad ziemią. Rycerz czyni to samo i w ten sposób pokonujemy resztę drogi. Dobrze wybrałem porę dnia. Jest przedpołudnie i wszyscy mieszkańcy Amaratu pracują w polu, a ja będę mógł pozostawić kosz pod domem Eillen. To zabawne. Ja, potomek wielkiego rodu Berlathów, następca tronu, zakradam się pod chłopski dom, by zostawić dziewczynie z ludu pomarańcze.

– Wasza Książęca Mość, ktoś jest w ogrodzie – mówi cicho Ferigal i wskazuje kolorową rabatę niedaleko ścieżki.

Unoszę wzrok i ujrzany widok cieszy moje serce. Eillen. Bezgłośnie chowamy się za żywopłotem i wyglądamy przez maleńką dziurkę, którą Ferigal wyciął sztyletem wyciągniętym z kieszonki.

Dziewczyna klęczy obok pachnącego groszku, który beztrosko wspina się po pergoli. Podoba mi się, jak odgarnia długie włosy; kosmyk łaskocze dziewczynę w policzek i przez to uśmiecha się delikatnie. Zbiera ślimaki. Podziwiam, że się ich nie obawia i nie wzbudzają w niej wstrętu. Ja nigdy nie widziałem ślimaka z bliska, a ona trzyma je w palcach.

– Co tu robisz, mały winniczku? – mówi łagodnie. – Nie powinieneś krzątać się po rabacie.

Staram się nie poruszyć, żeby przypadkiem nie zdradzić swej kryjówki. Dziewczyna tymczasem kładzie ślimaka na płaskim kamieniu.

– Matka kazała mi was wytępić. Niszczycie kwiaty i sałatę.

Słyszę po jej głosie, że nie jest pewna tego, co ma zrobić. Waha się, ale po chwili podnosi drugi kamień. Jej ręka zawisa nad skorupką.

– Nie mogę. – Wypuszcza powoli powietrze z piersi i przymyka oczy. – Nie mogę – powtarza. Naciąga fartuszek, by utworzyć w ten sposób kieszeń, i wkłada do niej ślimaka. – Zabiorę was w bezpieczne miejsce.

Obserwuję, jak podnosi kolejne winniczki z trawy i umieszcza je w fartuchu. Brązowe skorupki wpadają ze stuknięciem na siebie, a ona ogląda, czy żadna się nie roztrzaskała. Pochyla się nad rozłożystą azalią i spomiędzy liści wyciąga jeszcze jedno niewielkie stworzenie.

W końcu wstaje, podpierając się sztachetką, i zawiązuje rogi fartucha, żeby ślimaki z niego nie wypadły. Przelicza je i wreszcie wymija rabatę, a potem idzie w kierunku furtki.

Oddycham z ulgą, radując się, że nas nie zauważyła. Zastanawiam się, czy za nią iść, bo oglądanie Eillen sprawia mi wielką przyjemność. Ale nie mogę jej spłoszyć, jeśli chcę, by pojawiła się na Balu Najpiękniejszej. Nigdy nie odczuwałem tak silnego pragnienia, ale niemal drżę na myśl, że będę mógł trzymać ją w ramionach i tańczyć z nią aż do północy.

Bal Najpiękniejszej. Lustro. Mój ojciec.

Krew odchodzi mi z twarzy.

– Mój panie! – Ferigal reaguje natychmiast. – Co się stało?

– Bal jest jutro – odpowiadam. – Lustro nie może wybrać Eillen na Najpiękniejszą.

Rycerz przytakuje. Patrzymy na oddalającą się dziewczynę. W świetle pełnego słońca jest jak radosny promyk; świeża, pełna wigoru, czysta, niewinna. Czy mogłem ot tak ją pokochać?

– Lustro było podarkiem od rugli – przypomina mi Ferigal. – To czysta magia. Masz, książę, władzę nad ludzkim królestwem, lecz czy cokolwiek dało ci panowanie nad magią?

Te słowa wywołują ucisk w żołądku, jakby potężna ręka ojca zgniatała moje wnętrzności na wieść, że chcę zmienić los Najpiękniejszej, zagwarantować, że lustro nie wybierze tej, która jest mi miła.

Gdy Eillen znika za horyzontem, wstaję i podnoszę kosz z pomarańczami, by go zanieść pod drzwi. Dopiero teraz odpowiadam Ferigalowi i znów zdobywam się na ostry, hardy ton:

– Magia jest narzędziem tylko dla wiedźm. A lustro od lat służy mojej rodzinie, mnie jest więc winne posłuszeństwo.

– Tak, mój panie.

Rozglądam się, ale nikogo nie dostrzegam, więc wchodzę na zakurzoną ścieżkę. Krzywię się, gdy słyszę zgrzyt wysłużonych zawiasów, gdy naciskam klamkę i pcham starą furtkę. Mijam rabatę, gdzie wcześniej klęczała Eillen, i mój wzrok pada na kamień, którym miała zgnieść ślimaki. Darowała im życie; obślizgłym szkodnikom niszczącym jej ogród.

Coś gwałtownie trzepocze mi nad głową. Schylam się, osłaniam ręką. To krogulec, poznaję go po rdzawych cętkach na upierzeniu podbrzusza. Kluczy nade mną, wbija we mnie pomarańczowe, paciorkowe oczy. W dziobie trzyma okazały kwiat pomarańczy, więc ptak co chwilę kręci głową, by lepiej widzieć. Dziwnie być tak niezdrowo obserwowanym przez zwierzę.

Strzała ze świstem wbija się w pierś jastrzębia i krew rozbryzguje się w powietrzu; czuję, jak kilka kropel ląduje na mojej twarzy. Ptak spada mi pod nogi, a jego jasne pióra natychmiast zalewają się brunatną czerwienią, która wsiąka w piasek na ścieżce. Wycieram policzek, w palcach rozmazuję posokę i spoglądam na Firegala. Stoi przy żywopłocie z uniesionym łukiem.

– Dlaczego to zrobiłeś? – pytam.

– Nie chciałem, by cię zaatakował, Wasza Miłość.

Odkładam kosz pod drzwi, po czym podnoszę krogulca. Głupia śmierć; za komfort księcia.

– Ta dziewczyna przeniosła ślimaki, bo nie chciała ich krzywdzić, a ty pod jej domem zabijasz ptaka? – Podchodzę do rycerza i obserwuję, jak ze wstydem spuszcza wzrok.

– Mój panie, gdyby ten sokół…

– To krogulec, głupcze. Wiesz, czym są krogulce?

Firegal rozpręża ramiona i chowa łuk.

– Symbolem niewinności – odpowiada cicho. – Czczą je w Tangburze. Wybacz, mój panie.

Krew kapie mi na buty. Wzdycham i biorę rozmach. Truchło ptaka wzbija się w niebo i upada kilkanaście stóp dalej, w wysokich chwastach ugoru. Po chwili pędy zielska poruszają się gwałtownie i pomiędzy nimi przemyka polny kot.

Ludzie tacy jak Eillen znają wartość każdego życia, nawet ślimaka. Tymczasem my, potomkowie Berlathów, i ci, którzy z nami przystają, potrafią zdeptać tę wartość w obawie, że spadnie nam włos z głowy.

Czyż tego samego nie czynił mój ojciec, gdy z zimną krwią skazywał obrońców Siedmiu Królestw? Czy właśnie dlatego lustro wybiera Najpiękniejsze, bo król ze strachem spogląda w przyszłość, która wcale nie musi nadejść?

– Wracamy do zamku – rzucam oschle. – Król nie lubi, gdy na długo opuszczam mury.

IV Suknia jak ze snów

Eillen

Suknia wygląda jak ze snu. Sprawia wrażenie, jakby była świetlistym wodospadem, który niespiesznie opada kaskadą miliona srebrzystych iskierek. Jest na tyle długa, by idealnie przykryć buciki i sunąć po posadzce, a jednocześnie tak dopasowana, by nie zniszczył się jej rąbek. Z ramion spływają połyskujące koraliki i sznurki, tworząc w ten sposób rękawy. Matka nie może powstrzymać łez, gdy stoję w niej przed lustrem.

– Książę byłby głupcem, gdyby nie chciał zatańczyć z tobą dwa razy – stwierdza, wyciągnąwszy z ust szpilkę. – Nie trzeba dziesięciu halek i drutów, żeby stworzyć prawdziwe arcydzieło. Wyglądasz w niej zjawiskowo.

Zaciskam wargi na wspomnienie księcia i przyglądam się swemu odbiciu. Gdy pojawię się na balu, następca tronu zapewne nie rozpozna we mnie tamtej zmokłej dziewczyny. Nawet bez wymyślnej fryzury i bogatej biżuterii czuję się teraz jak królewska panna na wydaniu. Tylko czy naprawdę winnam pojawić się w sali balowej pałacu króla Amaratu?

– Wciąż mam wątpliwości – szepczę, poruszając biodrami. Wzdycham z zachwytu, gdy lekki materiał kołysze się wzdłuż moich nóg. Matka śmieje się i chwyta jedną z fałdek tkaniny w pasie, by ją naciągnąć szpilką. Widzę jej zmęczone palce i pragnę zawołać, by się już nie trudziła, w głębi ducha jednak czuję, że w jakiś dziwny dla mnie sposób szycie tej sukni przynosi jej ukojenie.

– Prawdziwy bal w pałacu. Pomyśl, to jedyna szansa w twoim życiu, by móc przetańczyć całą noc w zbytku i szczęściu. Pamiętam swój bal… – Ręka matki zawisa w powietrzu. – Był idealny.

Gdy przez szarawe okno do izby wpadają promienie słońca i rozświetlają jej twarz, dostrzegam błogość na matczynym obliczu. Wydaje się, że odmłodniała o kilkanaście lat. Wieczór, gdy poznała mojego ojca, był pielęgnowanym przez przemijające wiosny wspomnieniem, słodkim i coraz bardziej zatartym w jej pamięci. Wiem, że wciąż ma w głowie takt muzyki, przy której zatańczyli na dziedzińcu, bo zwykłemu uczniowi królewskiego drwala nie wolno było wkroczyć do pałacowych komnat. Nie mówiła o tym często, ale ten wyraz twarzy zdradza ją za każdym razem.

– Może i mnie czekają piękne tańce – odpowiadam z przekorą i znów zatapiam się we własnym odbiciu.

– Masz jego oczy. – Matka wstaje, pociągając kawałek materiału. Nie musi wypowiadać imienia ojca, dobrze wiem, że o niego chodzi. – Został mi jeszcze jard tkaniny. Doszyję ci tren i małą haftkę w pasie, będziesz mogła go podpiąć, by się nie zniszczył.

Uśmiecham się. Mam wrażenie, że ona cieszy się balem bardziej niż ja. Ja tymczasem wciąż nie umiem pozbyć się pewnej obawy wynikającej z własnej niewiedzy.

– Co tak właściwie dzieje się na balu? – pytam, by uspokoić myśli.

Matka zaczyna rozpinać guziczki na plecach, aby ułatwić mi ściągnięcie nieskończonej jeszcze sukni. Jest przy tym delikatna, a ja czuję przyjemne mrowienie, gdy palcem muska mój kark. Odkąd zostałyśmy same, jej dotyk uświadamia mi, że przy niej jestem bezpieczna.

– Podobno każdy jest inny i w kolejnych latach rodzina królewska stara się, by były wspanialsze niż poprzednie. Kilka rytuałów pozostaje jednak niezmiennych.

– Rytuałów? – zadziwiam się.

Zawsze myślałam, że bal to tańce i kolacja. Ręką delikatnie zsuwam z ramion plecione z koralików rękawki, uważając, by żadnego nie urwać. Ta kreacja nie pasuje ani do mnie, ani do ubogiego wnętrza naszej chaty.

– Tradycyjne obrządki. Nie ma ich zbyt wielu, ale stanowią o wyjątkowości tego wydarzenia. Gdy przybędziesz, mistrz balu poda twe imię królowi i księciu, a następnie nakażą ci podejść do ogromnego lustra w złotej ramie, gdzie winnaś się obrócić, by twoje odbicie ukazało się w całości.

– To głupota – parskam śmiechem. – Czy nie wystarczy, że ujrzy mnie książę?

Matka kiwa głową i zdecydowanym ruchem ciągnie w dół pas materiału. Suknia zsuwa się z mojego ciała, a ja z trudem szybko zasłaniam piersi. Przenika mnie chłodny dreszcz i mimowolnie spoglądam na kominek. Byłyśmy tak zajęte przymiarką, że żadna z nas nie dołożyła polana i ogień wygasł.

– Lustro musi cię zapamiętać. Kiedy wybije północ, król wypowie słowa, które sprawią, że poczujesz, jak serce próbuje wyskoczyć ci z piersi – zawiesza na moment głos i marszczy brwi. – Ach, tak to szło: „Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie, która najpiękniejsza jest na świecie?”.

– Rozumiem, że wtedy wszyscy nagle oczekują, że na tafli szkła pojawi się obraz tej wybranej?

Zastanawiam się, czy matka nie robi sobie ze mnie żartów. Jak bowiem martwy przedmiot miałby odpowiedzieć? Ale mina mamy jest poważna, gdy wstaje z klęczek. Podaje mi lnianą koszulę, którą przyjmuję z ogromną wdzięcznością. Nawet przed własną matką czuję wstyd nagości.