Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 416 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szepczące źródła - Jayne Ann Krentz

Zoe Luce, wzięta projektantka wnętrz, specjalizuje się w urządzaniu domów ludzi, którzy chcą zapomnieć o przeszłości.
Lecz sama wie najlepiej, że nie wszystko da się ukryć pod warstwą nowej farby. Niektóre tajemnice nieoczekiwanie wychodzą na jaw i mogą być niebezpieczne – jak ponura zbrodnia, na której trop Zoe przypadkowo trafia. Żeby rozwiązać zagadkę, wynajmuje prywatnego detektywa. Lecz wkrótce zaczyna się panicznie bać, że Ethan, który działa na jej zmysły, jak żaden inny mężczyzna, odkryje coś więcej. Że pozna prawdę o niej samej i o jej przeszłości, która nie przestaje jej ścigać...

Opinie o ebooku Szepczące źródła - Jayne Ann Krentz

Fragment ebooka Szepczące źródła - Jayne Ann Krentz

Strona redakcyjna

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Light in Shadow

Copyright © 2002 by Jayne Ann Krentz

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4673-4

Warszawa 2013. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Stephenowi Castle’owi, bratu i przyjacielowi,

z wyrazami miłości

Rozdział 1

ŚCIANY ZNOWU KRZYCZAŁY.

— Niech to szlag — szepnęła Zoe Luce. Zatrzymała się w drzwiach pustej sypialni i zapatrzyła na białe mury. Nie teraz. Nie dzisiaj. Nie tym razem. Naprawdę potrzebuję tej pracy.

Ściany zaszlochały. Przerażenie pulsowało przez warstwy tynku i świeżej białej farby. Milczący krzyk odbijał się rykoszetem od podłogi i sufitu.

Przycisnęła palce do skroni odruchowym, całkowicie bezużytecznym gestem. Zacisnęła mocno powieki i napięła mięśnie; chaotyczne przebłyski lodowatego światła przeszywały jej ciało jak pędzące pociski i zamarzały w skurczonym żołądku.

Davis Mason szedł tak blisko za Zoe, że kiedy nagle stanęła, wpadł na nią.

— Ups. — Odzyskał równowagę. — Przepraszam. Zagapiłem się.

— Nie, to moja wina. — Cofnęła się z drzwi sypialni na korytarz. Miała nadzieję, że dostatecznie dyskretnie. Tu było o wiele lepiej, czuła się pewniej. Uśmiechnęła się do Davisa, wierząc, że jej uśmiech wydaje się wystarczająco pogodny i szczery. Nie było to łatwe; z sypialni ciągle dobiegały stłumione krzyki.

Chciała wydostać się z tego domu. I to szybko. Cokolwiek wydarzyło się w tej sypialni, z pewnością było straszne.

— Hej. — Davis dotknął lekko jej ramienia. — Wszystko w porządku, Zoe?

Obdarzyła go kolejnym słabym uśmiechem. Do Davisa łatwo było się uśmiechać — przystojny, elegancki i zadbany facet — ale bez przesady, dokładnie tyle, ile trzeba. Gdyby był samochodem, z pewnością byłby zgrabnym, sportowym kabrioletem. Sądząc po tym przestronnym domu, szytej na miarę koszuli i spodniach oraz sygnecie z onyksem i brylantem, był także zamożny. Krótko mówiąc, pomyślała ze smutkiem, aż do tej pory wydawał się idealnym klientem.

Oczywiście teraz wszystko się zmieniło.

— Tak, wszystko w porządku. — Przez chwilę oddychała głęboko; technika rozluźniająca, której nauczyła się na zajęciach z samoobrony. Przypominając sobie wskazówki nauczyciela, spróbowała odszukać pewny, stały punkt, który podobno każdy ma w swoim wnętrzu. Niestety, tej części kursu nie zdążyła jeszcze przećwiczyć. Pewne było tylko to, że za chwilę będzie się trzęsła jak osika.

— Co się dzieje? — Davis wyglądał na zaniepokojonego.

— Po prostu zaczyna się migrena — powiedziała Zoe. — Często mi się to zdarza, kiedy zapomnę zjeść śniadania.

Kłamstwa przychodziły jej teraz z taką łatwością. No cóż, miała sporą praktykę. Szkoda tylko, że nie była na tyle sprytna, żeby przekonać samą siebie. Trochę autosugestii dobrze by jej zrobiło.

Davis patrzył na nią uważnie przez chwilę, w końcu się uspokoił.

— Zapomniałaś o porannej porcji kofeiny?

— I o jedzeniu. Mam za niski poziom cukru we krwi. Powinnam bardziej uważać. — Poczuła, że koniecznie musi zmienić temat. Spojrzała w głąb sypialni i powiedziała to, co przyszło jej do głowy.

— Co się stało z łóżkiem?

— Z łóżkiem?

Oboje spojrzeli na połać nagiej, drewnianej podłogi między dwoma masywnymi stolikami nocnymi.

Zoe z trudem przełknęła ślinę.

— Reszta domu jest umeblowana — powiedziała. — Trudno nie zauważyć, że brakuje tu łóżka.

— Zabrała je — powiedział ponuro Davis.

— Twoja była żona?

Westchnął.

— Uwielbiała to cholerne łóżko. Przez całe miesiące go szukała. Dałbym głowę, że znaczyło dla niej więcej niż ja. Odchodząc, zabrała tylko łóżko. I oczywiście osobiste rzeczy.

— Aha.

— Wiesz, jak to jest z rozwodami. Czasami największe awantury dotyczą najmniejszych rzeczy.

Jakiekolwiek było to łóżko, pomyślała Zoe, z pewnością nie należało do najmniejszych.

— Rozumiem.

Davis obserwował uważnie wyraz jej twarzy.

— Bardzo boli?

— Jak wypiję filiżankę kawy i zjem lunch, od razu mi się polepszy — zapewniła.

— Wiesz co? Widziałaś już resztę domu. Jestem pewien, że masz już ogólne wyobrażenie. Może zróbmy sobie przerwę i zjedzmy coś w klubie. Przy okazji powiesz mi, co sądzisz o domu.

Na myśl o jedzeniu zrobiło się jej niedobrze. Wiedziała, że nie utrzyma jedzenia w żołądku, dopóki nie ustaną dreszcze. A to mogło jeszcze chwilę potrwać. Nie spodziewała się, że będzie znów to przeżywać.

Sama jest sobie winna. Powinna być ostrożniejsza. Ale pochłonęło ją oglądanie wnętrz, skoncentrowała się na swoich planach, a poza tym reszta ogromnej rezydencji wydawała się taka nowa i czysta. Po prostu nie przewidywała żadnych problemów i, jak to się często zdarzało, musiała za to zapłacić.

— Chętnie zjadłabym z tobą lunch, ale obawiam się, że musimy to przełożyć. — W dość teatralny sposób spojrzała na zegarek. — Mam dziś po południu jeszcze jedno spotkanie i muszę się do niego przygotować.

Davis nie był całkowicie przekonany.

— Jeśli naprawdę musisz iść...

— Przykro mi, ale tak. — Starała się, by zabrzmiało to tak, jakby naprawdę żałowała. — Muszę się zbierać. Miałeś rację. Zobaczyłam już wszystko, co trzeba. — A wyczułam o wiele więcej niż trzeba, serdeczne dzięki. — Mam plany domu. Zrobię kilka kopii i szkiców, żebyś mógł się ogólnie zorientować, co zamierzam zrobić.

— Będę wdzięczny za rysunki. — Davis rzucił okiem na sypialnię i potrząsnął głową jakoś ze smutkiem. — Brakuje mi wyobraźni przestrzennej. O wiele łatwiej się zorientuję, jeśli zobaczę to na rysunku.

— Zawsze jest łatwiej, kiedy patrzy się na szkice. Poczekaj, zajrzę do terminarza.

Sięgnęła do pojemnej torby, która służyła jej również jako aktówka. Miała jeszcze pięć podobnych, w różnych kolorach. Dzisiaj wzięła tę w kolorze żółtawej zieleni; podobał jej się kontrast z ciemnofioletowym kostiumem.

Grzebiąc po omacku w przepastnym wnętrzu, odsunęła na bok mały aparat fotograficzny, szkicownik, miarkę, plastikowe pudełko pełne kolorowych długopisów i markerów, teczkę z próbkami tkanin i wielką mosiężną gałkę od drzwi przymocowaną do kółka z kluczami od mieszkania.

Terminarz był na samym dnie. Wyłowiła go i otworzyła.

— Przeleję swoje pomysły na papier — powiedziała z ożywieniem — i postaram się, żeby wstępne plany były gotowe do końca tygodnia. Może spotkamy się w moim biurze w piątek po południu?

— W piątek? — Davis był wyraźnie zawiedziony. — To prawie tydzień. Musimy z tym czekać aż tak długo? Chciałbym zacząć tak szybko, jak to możliwe. Ten dom jest cholernie przygnębiający, odkąd odeszła moja żona.

Wcale się nie dziwię, pomyślała.

— Rozumiem — powiedziała głośno, starając się, by zabrzmiało to współczująco. Nie było to łatwe, zważywszy, że pod rękawami lekkiej marynarki wciąż czuła gęsią skórkę.

— Nie chciałbym wyjść na zgorzkniałego rozwodnika — powiedział Davis — ale to wszystko słono mnie kosztuje. Mam przeczucie, że jeszcze długo będę dostawał rachunki od prawników.

Wszystko wskazywało na to, że Davis Mason wyszedł z rozwodu w doskonałej kondycji finansowej. Miał rezydencję, która musiała kosztować fortunę, był gotów dobrze zapłacić za to, żeby zmieniła wystrój wnętrz, i stać go było na drogie członkostwo w snobistycznym klubie. Ale postanowiła trzymać język za zębami.

Bardzo szybko uczyła się, jak być dyplomatką w stosunkach ze świeżo rozwiedzionymi klientami, odkąd odkryła, że stanowią świetną klientelę dla projektantów wnętrz, takich jak ona. Mnóstwo ludzi mających za sobą nieudane małżeństwo marzyło o zmianie wystroju mieszkania w ramach terapii, chcąc zostawić za sobą negatywne emocje rozstania.

Kartkowała oprawiony w skórę terminarz, udając, że sprawdza rozkład zajęć. Nagle zamknęła go z trzaskiem i powiedziała stanowczo:

— Niestety, jestem potwornie zajęta. Piątek to jedyny dzień, kiedy będę mogła poświęcić ci tyle czasu, na ile zasługuje ten projekt. Czy druga ci odpowiada?

— Wygląda na to, że nie mam wielkiego wyboru. — Davis nie był zadowolony. Przyzwyczaił się, że zawsze dostaje to, czego chce. — Niech będzie piątek. Nie chciałem cię poganiać. Po prostu bardzo mi zależy, żeby jak najszybciej ruszyć z pracami.

— Oczywiście. Kiedy się już podejmie decyzję o zmianie wystroju przestrzeni życiowej, jest zupełnie naturalne, że chce się natychmiast zacząć działać. — Mówiła szybko, starając się nadać swojemu głosowi profesjonalne, rzeczowe brzmienie. — Ale takie przeprojektowanie całej rezydencji to poważne przedsięwzięcie i każda pomyłka może słono kosztować.

— Tak. Już się o tym boleśnie przekonałem. — Ponownie zerknął na sypialnię. — Kiedy przemalowałem ten pokój, zdałem sobie sprawę, że nie obejdzie się bez pomocy fachowca. Sądziłem, że pomalowanie ścian na biało to niezły pomysł, ale kiedy skończyłem, zorientowałem się, że sprawa nie wygląda zbyt dobrze. Chciałem, żeby pokój był jasny i przestronny, a wyszło coś... — Urwał i wzruszył ramionami. Jego mina wskazywała, że nie jest zadowolony z osiągniętego efektu.

Wyszło coś, co atmosferą przypomina prosektorium albo kostnicę, dokończyła w myślach Zoe. Nawet jasne słońce Arizony, którego promienie tańczyły po powierzchni szafirowego basenu, nie było w stanie złagodzić tego efektu. Czyste białe ściany z pewnością częściowo powodowały jej nieprzyjemne odczucia, ale Zoe wiedziała, że nie tylko o to chodzi. Najważniejsze było to, co kiedyś wydarzyło się w tej sypialni. Niektórych rzeczy nie da się ukryć pod warstwą farby.

Wiedziała też, że Pan Idealny Klient nie jest świadom emocji uwięzionych w ścianach. Zawsze żałowała, że nigdy nie udało jej się spotkać kogoś, kto odbierałby rzeczy w ten sam sposób co ona — jako czystą, surową energię. Ale widziała wystarczająco dużo przypadków subtelnych, nieświadomych reakcji ludzi na atmosferę poszczególnych miejsc, by mieć pewność, że wiele osób podświadomie reaguje na otaczającą przestrzeń.

Dostała też bolesną nauczkę. Należało zatrzymać tę wiedzę dla siebie.

— Zdecydowałeś się na czystą, jaskrawą biel. — Znów cofnęła się o krok, jeszcze dalej od drzwi sypialni. — Ludziom się zdaje, że z bielą nie powinno być najmniejszego problemu, ale tak naprawdę bardzo trudno z nią pracować, bo odbija dużo światła, zwłaszcza tu, na pustyni. Poza tym kiedy doda się meble, powstają zimne cienie. W ostatecznym efekcie brak tu harmonii i spokoju. Miałeś rację, że skończyłeś malowanie na tym pokoju.

— Wiedziałem, że to nie najszczęśliwszy pomysł. — Davis swobodnym gestem zachęcił ją, żeby poszła za nim wzdłuż korytarza. — Ale powiem ci Zoe, że mimo iż postanowiłem skorzystać z pomocy profesjonalnego projektanta, nie przywiązuję zbytniej wagi do tego całego feng shui, którym się zajmujesz.

— Wiele ludzi ma wątpliwości, dopóki nie zobaczą rezultatów.

— Wiedziałem, że to teraz modne i tak dalej. Panie z klubu naprawdę w to wierzą. Kiedy Helen Weymouth poleciła mi ciebie, rozwodziła się bez końca o tym, jak radykalnie zmieniłaś jej dom po jej rozstaniu z mężem. Powiedziała, że początkowo miała zamiar sprzedać dom z powodu wszystkich złych wspomnień, jakie budził. Teraz jest pełna uznania dla ciebie, bo zmieniłaś zupełnie jego atmosferę.

— To zlecenie było bardzo interesujące. — Już coraz bliżej do drzwi frontowych. Jeszcze kilka minut i wydostanie się stąd. — Pani Weymouth dała mi wolną rękę.

— Radziła mi, żebym zrobił to samo. Parę miesięcy temu, zaraz po odejściu Jennifer, powiedziałbym, że te przestawianie mebli i regulacja przepływu negatywnej i pozytywnej energii to jakieś bzdury. Ale im dłużej mieszkam sam w domu, który urządzaliśmy wspólnie, tym bardziej jestem przekonany, że może coś jest w tych teoriach.

— Nie trzymam się jednej szkoły. — Ku swojemu przerażeniu zdała sobie sprawę, że mówi o wiele za szybko. Zachowuj się normalnie. Wiesz, jak to zrobić. — Stosuję elementy z kilku różnych technik feng shui w połączeniu z podstawowymi założeniami innych klasycznych tradycji projektowania, takich jak vastu.

— Co to takiego?

— Starożytna hinduska nauka, która wyznacza główne zasady w architekturze i projektowaniu. Włączam też w moje projekty najbardziej użyteczne elementy ze współczesnych teorii, dotyczących harmonii i proporcji. Mój styl jest dość eklektyczny.

Prawdę mówiąc, głównie improwizuję, dodała w myślach. Ale jej klienci woleliby tego nie wiedzieć.

Szła szybko w stronę drzwi frontowych, rozpaczliwie pragnąc wydostać się na świeże powietrze. Teraz, kiedy doświadczenie z sypialnią wyostrzyło jej zmysły, wyczuwała także wiązki mrocznych, niezdrowych emocji z innych ścian w rezydencji. Musiała jak najszybciej wydostać się z tego miejsca.

W końcu znalazła się w wyłożonym terakotą holu. Davis szedł tuż za nią. Kiedy otworzył przed nią drzwi wejściowe, uciekła w krzepiące ciepło listopadowego dnia.

— Dotrzesz spokojnie do swojego biura? Czujesz się już dobrze? — dopytywał się Davis.

Zachowuj się normalnie.

— Mam energetyczny batonik w samochodzie. — Kolejne kłamstwo. Czyżby naprawdę aż tak się wyrobiła?

— Doskonale. No cóż, uważaj na siebie. Widzimy się w piątek.

— Jasne. W piątek.

Rzuciła mu pogodny, profesjonalny uśmiech — a przynajmniej miała nadzieję, że tak to wyglądało — ścisnęła mocniej torbę i energicznym krokiem ruszyła do samochodu. Starała się, by nie wyglądało to na paniczną ucieczkę.

Kiedy znalazła się przy samochodzie, odetchnęła z ulgą. Szarpnięciem otworzyła drzwi i rzuciła torbę na siedzenie. Wsunęła się za kierownicę, włożyła ciemne okulary i przekręciła kluczyk w stacyjce. Wszystko stało się tak szybko, że niemal nie zauważyła, kiedy samochód ruszył.

Ręce ciągle jej drżały. Jeszcze nie opadł jej poziom adrenaliny. To nie pierwszy raz, umie sobie z tym poradzić.

Ale musiała mocno ściskać kierownicę, żeby wyjechać z tego eleganckiego osiedla. Po lewej stronie rozciągała się wielka połać nieprawdopodobnie zielonego trawnika, podziurawionego dołkami golfowymi klubu Desert View. Wokół pola golfowego, malowniczo rozrzucone, stały wytworne domy, podobne do rezydencji Masona.

Za polem golfowym ciągnęła się surowa przestrzeń pustyni Sonora i niskie, pofalowane pogórze. Osiedle z klubem golfowym i leżące nieopodal miasto Whispering Springs znajdowały się niewiele ponad godzinę jazdy samochodem od Phoenix, dostatecznie blisko, żeby czerpać profity z przemysłu turystycznego, ale na tyle daleko, by uniknąć wielkomiejskiego tłoku i zakorkowanych ulic.

Gdy przeprowadziła się tu przed rokiem, surowy pustynny krajobraz wydawał jej się dziwnym i obcym miejscem, ale stopniowo nowe otoczenie stało się znajome i nawet zaczęła się czuć swobodnie. Odkryła nieoczekiwane piękno pustyni, z jej widowiskowymi wschodami i zachodami słońca, zdumiewającą głębią światła i cienia. Zawsze interesował ją kontrast, a tu — wbrew nazwie Szepczące Źródła — nie było niczego łagodnego.

Pomysł, żeby zamieszkać w Whispering Springs, był całkiem niezły, ale decyzja dotycząca kariery zawodowej, którą podjęła w tym samym czasie, wymagała jeszcze przemyślenia. Projektowanie wnętrz wydawało się naturalną, logiczną drogą. W końcu miała przecież wykształcenie w dziedzinie sztuk pięknych, dobre, wyrobione oko i z całą pewnością wiedziała, jak nadać wnętrzom określony charakter. W dodatku nie potrzebowała żadnych dodatkowych stopni naukowych czy kwalifikacji, żeby legalnie założyć ten interes. Ale dzisiejsze wydarzenia sprawiły, że zaczęła się poważnie zastanawiać.

Umundurowany strażnik wyszedł z niewielkiego budynku obok strzeżonego wejścia. Emblemat na eleganckiej kurtce koloru khaki wskazywał, że jest pracownikiem firmy Radnor Security Systems. Przywitał ją uprzejmie, życzył udanego dnia i wrócił do swojego klimatyzowanego azylu, żeby zrobić wpis w rejestrze.

W tej świetnie zaprojektowanej enklawie bogactwa przykładano wyjątkową wagę do środków bezpieczeństwa. A jednak komuś w rezydencji Masona wcale to nie pomogło.

Dopiero kiedy przejechała przez bramę i ruszyła w drogę powrotną do śródmieścia Whispering Springs, wzięła do ręki telefon. Wybrała jedyny numer, który był zapisany w jego pamięci.

Arcadia Ames odebrała telefon po trzecim sygnale, podając nazwę swojego sklepu z upominkami:

— Galeria Euphoria — powiedziała niskim, zmysłowym głosem.

Arcadia sprzedawała kosztowne luksusowe drobiazgi klienteli z wyższych sfer, ale Zoe była przekonana, że z takim głosem udałoby się jej sprzedawać nawet piasek na pustyni.

Arcadia była jej najlepszą przyjaciółką. Właściwie jedyną przyjaciółką. Kiedyś Zoe miała innych przyjaciół. Ale to było dawno temu, kiedy jeszcze żyła zwyczajnym życiem i nie musiała się ukrywać.

— To ja — powiedziała Zoe.

— Co się stało? Coś nie tak z Panem Idealnym Klientem?

— Można tak powiedzieć.

— W końcu postanowił, że cię nie zatrudni, tak? Idiota. Ale nie martw się, będziesz miała innych dobrych klientów. Ludzie nie przestają się rozwodzić.

— Niestety, Mason nie zmienił zdania — odparła Zoe. — Szkoda, że się nie rozmyślił.

— Czy ten dupek dobierał się do ciebie?

— Nie. Zachowywał się bez zarzutu.

— Chyba nie chodzi o pieniądze? Musi być bogaty, bo każdy, kto mieszka w Desert View, z definicji śpi na pieniądzach — powiedziała cierpliwie Arcadia. — W takim razie co poszło nie tak?

— Nie wiem, czy Mason nie zamordował swojej żony.

Rozdział 2

DWADZIEŚCIA MINUT PÓŹNIEJ ZOE POSTAWIŁA SAMOCHÓD na parkingu dla klientów Fountain Square, ekskluzywnego centrum handlowego. Przeszła chodnikiem i skręciła w ocienione palmami wejście. Arcadia czekała na nią przy małym stoliku na patio jednej z licznych knajpek.

Arcadia, jak zwykle, przypominała srebrną rzeźbę lodową. Krótko ostrzyżone włosy miały kolor platyny i świetnie harmonizowały z długimi, akrylowymi paznokciami. Oczy podkreślał niecodzienny srebrzystoniebieski cień. Była wysoka, smukła i pełna leniwego wdzięku paryskiej modelki. Miała na sobie bladoniebieską jedwabną bluzkę i przewiewne jedwabne białe spodnie. W uszach i na szyi połyskiwała srebrna biżuteria z turkusami.

Zoe właściwie nie wiedziała, ile naprawdę lat ma Arcadia. Jej przyjaciółka nigdy tego nie zdradziła. Poza tym było w niej coś takiego, co kazało zastanowić się dwa razy przed zadaniem osobistego pytania. Zoe zakładała, że Arcadia zbliża się do czterdziestu pięciu lat, ale nie dałaby sobie za to uciąć ręki.

W innych czasach i okolicznościach, pomyślała Zoe, Arcadia mogłaby wieść życie emigrantki w Paryżu, popijać absynt i zapisywać w dzienniku spostrzeżenia na temat początkujących gwiazd. Wokół niej unosiła się aura wyrafinowanego znużenia, sugerującego, że niewiele na tym świecie może ją jeszcze zadziwić. W rzeczywistości była kiedyś odnoszącym sukcesy brokerem.

Przed Arcadią stała mała filiżanka espresso. Na Zoe czekała szklanka mrożonej herbaty. Sąsiednie stoliki były puste.

Zoe rzuciła torbę na krzesło i usiadła. Jak zwykle uderzył ją głęboki kontrast pomiędzy nią i jej przyjaciółką. Zewnętrznie bardzo się różniły. Włosy Zoe były w głębokim odcieniu rudego brązu, a oczy w niespotykanym, trudnym do opisania kolorze, będącym mieszanką zieleni i złota; w prawie jazdy określono je w końcu jako piwne. I w przeciwieństwie do Arcadii uwielbiała żywe, jaskrawe kolory.

Stanowimy zupełne przeciwieństwo, pomyślała Zoe, ale łącząca nas więź jest tak silna, jak między rodzonymi siostrami.

Spojrzała przelotnie na koniuszki palców. Już nie drżały. To dobry znak.

Arcadia zmarszczyła lekko płowe brwi.

— Wszystko w porządku?

— Tak. Najgorsze mam już za sobą. Dałam się wciągnąć w pułapkę przez zaskoczenie, to wszystko. Powinnam pomyśleć, zanim wpadnę beztrosko do nieznanego pokoju, jakby nigdy nic.

Podniosła przyjemnie zimną, oszronioną szklankę i pociągnęła wielki łyk mrożonej herbaty. Podniecenie, zawsze towarzyszące tego typu wydarzeniom, już opadało, ale wiedziała, że minie jeszcze chwila, zanim dojdzie do siebie. Nieuchronnym następstwem silnych emocji były dziwny niepokój i głód.

— Zamówiłam nam sałatki — powiedziała Arcadia.

— Świetnie. Dzięki.

Kelner przyniósł pieczywo i przyprawioną rozmarynem oliwę z oliwek. Poustawiał naczynia na stole i odszedł.

Zoe oderwała wielki kawałek chleba i zamoczyła w oliwie. Poczekała chwilę, aż chleb dobrze nasiąknie, posypała go solą i odgryzła solidny kęs.

— Na pewno wszystko w porządku? — Arcadia nie była do końca przekonana. — Nie obraź się, ale nie wyglądasz najlepiej.

— Czuję się dobrze — odpowiedziała Zoe, przeżuwając chleb. — Problem polega na tym, że nie wiem, co mam teraz zrobić.

Arcadia pochyliła się do przodu i zniżyła głos, mimo że w pobliżu nikogo nie było. — Jesteś absolutnie pewna, że facet zabił swoją żonę?

— Nie, jasne, że nie jestem pewna. — Zoe przełknęła kolejny kęs. — Nie umiem się dowiedzieć, co dokładnie stało się w tamtym pokoju. Odbieram tylko ślady jakichś wydarzeń, ale nie wiem, co rzeczywiście zaszło. Powiem ci tylko tyle, że cokolwiek tam się stało, było naprawdę straszne. — Wzdrygnęła się. — I to niedawno.

— Potrafisz to wszystko stwierdzić na podstawie tych twoich dziwnych odczuć?

— Tak. — Pomyślała o swoich wrażeniach. — Co więcej, mam pewne dowody na poparcie moich wniosków. A przynajmniej tak mi się wydaje.

— Jakie dowody?

— Nic takiego, co można przedstawić przed sądem. Ale zniknęło łóżko.

— Łóżko?

— Twierdził, że zabrała je jego eksżona.

— Może naprawdę zabrała. Brak łóżka to jeszcze nic podejrzanego.

— Wiem, ale zniknęło nie tylko łóżko. Pod ścianami drewniana podłoga pociemniała, ale obok miejsca, gdzie kiedyś stało łóżko, mały prostokątny kawałek jakimś cudem nie zmienił koloru.

— Dywanik?

— Uhm. — Zoe odgryzła kolejny kawałek chleba. — Też zniknął. Mason nie mówił o tym, że żona zabrała również dywanik. Poza tym ściany w sypialni zostały niedawno przemalowane na biało, co w ogóle nie pasuje do całości. Mason powiedział, że sam je malował i rzeczywiście na to wygląda. Zupełna amatorszczyzna. Przecież taki zamożny człowiek jak on, który mieszka na luksusowym osiedlu, wynająłby malarza, skoro sam nie ma o tym najmniejszego pojęcia.

— Hm. — Arcadia bębniła lekko platynowym paznokciem w małą filiżankę. — Przyznaję, że nie brzmi to zbyt dobrze.

— Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej niepokoją mnie te białe ściany. To ma jakieś symboliczne znaczenie. Zupełnie jakby próbował ukryć pod warstwą bieli coś bardzo mrocznego.

— Wiem, co masz na myśli.

Kelner pojawił się z sałatkami. Zoe wzięła widelec i zabrała się do jedzenia.

— Najgorsze jest to, że on naprawdę chce mnie zatrudnić — powiedziała, jedząc. — To Helen Weymouth dała mi doskonałe referencje. Jestem umówiona z nim na spotkanie w piątek.

— Możesz je odwołać. Powiedz, że nie jesteś w stanie zająć się jego rezydencją, bo masz poważny problem z innym zleceniem, i nie będziesz miała dla niego czasu.

Zoe parsknęła rozbawiona.

— Niezła wymówka. Dobra jesteś, wiesz? Ale odnoszę wrażenie, że Mason nie byłby zachwycony, gdybym się wycofała. Bardzo mu na mnie zależy. Może nieświadomie też odbiera część negatywnych wibracji z sypialni. A może dręczą go wyrzuty sumienia i myśli, że dzięki zmianie wystroju poczuje się lepiej. Tak czy owak wydaje mi się, że mógłby mi urządzić nieprzyjemną scenę.

— Co ci zrobi? Poskarży się Stowarzyszeniu Konsumentów?

— Masz rację. Właściwie co może mi zrobić? Jeśli ma na sumieniu coś naprawdę paskudnego, nie będzie chciał ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi i nie zrobi awantury szanowanej projektantce w jej własnym biurze.

— Więc dlaczego nie odwołasz tego piątkowego spotkania?

— Wiesz dlaczego. — Zoe przełknęła ostatni koreczek anchois, usiadła wygodniej i spojrzała Arcadii w oczy. — A jeśli naprawdę zamordował żonę?

— Jak na razie wiesz tylko tyle, że w tej sypialni stało się coś okropnego.

— Tak.

Arcadia przyglądała się przyjaciółce przez dłuższą chwilę, a potem westchnęła łagodnie, wiedząc, że nic nie wskóra.

— Znam ciebie, nie odpuścisz tej sprawy.

— Nie mogę tak po prostu przestać o niej myśleć — powiedziała Zoe przepraszająco.

— W porządku, rozumiem. — Arcadia nabrała na widelec odrobinę sałatki. — Musimy to wszystko dokładnie przemyśleć, zanim podejmiemy jakąś decyzję.

— Na pewno nie mogę zrobić jedynej słusznej w tej sytuacji rzeczy: pójść na policję.

— Nie — powiedziała szybko Arcadia. — To nie wchodzi w grę. Roześmialiby ci się w nos, gdybyś powiedziała, że wyczuwasz negatywną energię w sypialni klienta.

— Może powinnam do nich zadzwonić z anonimowym donosem? Mogłabym udać, że widziałam, jak coś podejrzanego dzieje się u Masonów, i poprosić, żeby zainteresowali się, gdzie obecnie przebywa Jennifer Mason.

— Jeśli nikt nie zgłosił jej zaginięcia, wątpię, by zechcieli wszcząć poszukiwania — odparła Arcadia. — Nie jesteś członkiem rodziny. Nawet nie znasz tej kobiety.

— Racja. A gdyby nawet udało mi się jakimś cudem ich przekonać, żeby przeszukali rezydencję Masona, nie znaleźliby żadnych dowodów. Wiem coś o tym. Dziś rano osobiście zwiedziłam wszystkie pomieszczenia, włączając w to bieliźniarkę.

— Możliwe, że to, co stało się w sypialni, nie ma nic wspólnego z Masonami. Może coś zdarzyło się, zanim jeszcze kupili dom.

— Może. Ale Mason mówił, że razem z żoną wprowadzili się tam tuż po ślubie, jakieś półtora roku temu. Myślę, że to, co tam wyczuwam, stało się później.

— Ale nie masz pewności, prawda?

— Nie — przyznała Zoe. — Kiedy emocje są wyjątkowo silne, mogą utrzymywać się przez długi czas.

— Więc nie jest wykluczone, że jakieś wydarzenia mogły mieć miejsce przed wprowadzeniem się Masonów.

— No tak. To możliwe. — Ale niezbyt prawdopodobne, pomyślała Zoe. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale nauczyła się wyczuwać, kiedy coś dotyczy dawniejszych wydarzeń. Wrażenie było wtedy słabsze, jakby gasnące. To, co czuła dziś po południu, wydało się jej zupełnie świeże. — Posłuchaj, chyba nietrudno sprawdzić, czy pani Mason nadal żyje i czy ma się dobrze. Jeśli się okaże, że spędza czas beztrosko na południu Francji, będę mogła odetchnąć, bo to oznacza, że mąż jej nie zabił.

— Racja. — Arcadia wyraźnie odetchnęła z ulgą.

— Potrzebny mi jest prywatny detektyw — powiedziała Zoe. — Założę się, że fachowiec potrafi wszystko sprawdzić przez Internet i odpowie na moje pytania w pół godziny. — Zerwała się na równe nogi. — Zaraz wrócę.

— Gdzie idziesz?

— Poszukam książki telefonicznej.

Weszła pośpiesznie do małej restauracji. Zniszczony egzemplarz Żółtych stron leżał przy kasie za barem. Zapytała, czy może je pożyczyć. Barman wzruszył ramionami i podał jej książkę.

Już przy stoliku zajrzała do książki. Pod hasłem „Usługi detektywistyczne” znajdowały się dwie pozycje.

Reklama Radnor Security Systems zajmowała całą stronę. Firma zapewniała usługi doświadczonych profesjonalistów, długoterminowe śledztwa, szkolenia w zakresie bezpieczeństwa firm, ochronę budynków i wykorzystanie najnowocześniejszych technik śledczych.

Druga agencja nazywała się Truax Investigations. Z malutkiego ogłoszenia, wielkości mniej więcej pięć centymetrów na trzy, wynikało, że firma działa w Whispering Springs nieprzerwanie od ponad czterdziestu lat i gwarantuje klientom przede wszystkim prywatność i poufność. Podawano też numer telefonu i adres na Cobalt Street.

— A więc muszę dokonać wyboru między prawdziwym gigantem, który specjalizuje się w usługach dla przedsiębiorstw, i małą agencją z długą tradycją. — Zoe popatrzyła na ogłoszenie Truax Investigations. — Prawdopodobnie jednoosobowy interes.

— Spróbuj z tą dużą firmą — poradziła Arcadia. — Daje większe gwarancje na to, że będą mieli kogoś, kto zna się na Internecie. Za to pewnie będzie droższa.

— Ile może kosztować takie proste dochodzenie? — Zoe wygrzebała z torby telefon. — Chcę się tylko dowiedzieć, czy Jennifer Mason używała ostatnio kart kredytowych i czy w ogóle korzystała ze swojego konta. Jestem pewna, że dla każdego detektywa to bułka z masłem.

Wybrała numer Radnor Security Systems. Telefon natychmiast odebrał profesjonalny recepcjonista. Szybko zadała pytanie o ewentualne koszty i gdy poznała odpowiedź, rozłączyła się.

— I co? — zapytała Arcadia.

— Muszę chyba zrewidować swoje poglądy. Byłam potwornie naiwna. Wbrew moim przypuszczeniom, tego typu poszukiwania słono kosztują. Nie chodzi tylko o to, że stawka za godzinę jest bardzo wysoka. Oprócz tego obowiązuje opłata podstawowa, która nie podlega zwrotowi, a jej wysokość jest równa opłacie za trzy godziny dochodzenia.

Arcadia wzruszyła lekko ramionami.

— Najwyraźniej nie zależy im na małych zleceniach. Zadzwoń do tej drugiej agencji. Na pewno będą zadowoleni z propozycji. — Zamilkła na chwilę. — Istnieje też mniejsze ryzyko komplikacji.

Zoe spojrzała na nią. Nie ma potrzeby wnikać, co miała na myśli, mówiąc o komplikacjach. Obie wiedziały, że trzeba ostrożnie działać, jeśli nie chcą ściągnąć na siebie zbędnego zainteresowania.

— Dobrze, zadzwonię do Truax Investigations. — Zoe wybrała numer, starając się myśleć pozytywnie. — To chyba najlepsze rozwiązanie. Skoro ciągnie ten biznes od ponad czterdziestu lat, to znaczy, że dobrze mu idzie. Prawdziwy, staromodny detektyw. Założę się, że przez ten czas nawiązał masę kontaktów w środowisku i ma dobre układy z policją. Jeśli Jennifer Mason zaginęła, może uda mu się nawet przekonać gliniarzy, żeby się tym zajęli, bez podania konkretnej przyczyny.

— Ale zastrzeż wyraźnie, że nie chcesz, żeby twoje nazwisko było związane z tą sprawą.

Zoe ponownie zerknęła na ogłoszenie Truax Investigations, przysłuchując się sygnałowi w słuchawce.

— Piszą tu, że ochrona prywatności klientów to ich zasada. Na pewno jego reputacja wzięła się stąd, że potrafi zachować dyskrecję.

— Jaka reputacja? — zapytała Arcadia. — Przecież zanim otworzyłaś tę książkę, żadna z nas nie miała pojęcia o jego istnieniu.

— To dowodzi, że wie, jak niepotrzebnie nie ściągać na siebie uwagi. — Zmarszczyła brwi. Nikomu w Truax Investigations nie śpieszyło się, żeby podnieść słuchawkę. Poczekała jeszcze chwilę i wyłączyła telefon.

— Wyszedł na lunch? — zapytała Arcadia z przekąsem.

— Na to wygląda. Biuro mieści się na Cobalt Street. To kilka przecznic stąd. Jak skończymy jeść, pójdę tam i dowiem się co i jak. — Zoe zamknęła książkę telefoniczną i dopiła herbatę. Niepostrzeżenie poczuła się lepiej. Może dlatego, że była najedzona i zaczynała już działać kofeina? — Mam dobre przeczucie co do niego. Wynajęcie Truaksa to słuszna decyzja. Jestem przekonana.

— Jesteś pewna, że chcesz to zrobić?

— Tak.

Arcadia pokręciła głową. Srebrne, błyszczące wargi wykrzywiły się nieznacznie w lekko drwiącym uśmieszku.

— Nigdy nie przestaną mnie zadziwiać twoje niewyczerpane zasoby optymizmu. Patrzysz na świat tak irracjonalnie, że gdybym cię lepiej nie znała, mogłabym przysiąc, że bierzesz narkotyki.

— Jedni widzą szklankę w połowie pustą, ja — w połowie pełną.

— A ja widzę zawsze wszystko w najczarniejszych kolorach. Zastanawiasz się czasem, czemu tak dobrze się dogadujemy?

— Chyba się uzupełniamy. Poza tym obie przeszłyśmy tę samą szkołę.

— Za Xanadu i stare dzieje. — Arcadia uniosła filiżankę i stuknęła nią lekko o szklankę Zoe. Przez chwilę jej oczy błyszczały wściekłością. — Niech wybuchnie podwodny wulkan i zmiecie je na zawsze z powierzchni ziemi.

Zoe przestała się uśmiechać.

— Wypiję za to z przyjemnością.

Rozdział 3

OPTYMIZM ZOE NIECO PRZYGASŁ, kiedy skręciła w Cobalt Street. To zdumiewające, jak bardzo może zmienić się charakter miasta na przestrzeni kilku przecznic. Modne sklepy i nowoczesne centrum biznesowe znajdowały się zupełnie niedaleko, a wydawało się, jakby należały do zupełnie innego wymiaru. Tu, na Cobalt Street, panowała typowa atmosfera starych, zaniedbanych uliczek.

Budynki były przeważnie piętrowe, utrzymane w hiszpańskim, kolonialnym stylu. Pokryte stiukiem domy miały zaokrąglone narożniki, wykończone łukami drzwi, głęboko osadzone okna i dachy z czerwonych dachówek. Stare drzewa, posadzone wiele lat temu, jeszcze zanim rada miejska zaczęła się martwić ochroną zasobów wodnych, tworzyły cieniste sklepienia.

W połowie ulicy Zoe zatrzymała się na chwilę, żeby sprawdzić zanotowany adres. Nie było mowy o pomyłce. Znajdowała się dokładnie na Cobalt Street 49.

Przecięła niewielkie patio i spojrzała przez brudną szybę na tablicę informacyjną. Siedziba Truax Investigations mieściła się na piętrze. Większość pomieszczeń w budynku była pusta, tylko na parterze jedno z nich zajmowała firma, opisana jako SINGLE—MINDED BOOKS.

Otworzyła frontowe drzwi i zawahała się przez moment na progu. Przypomniała sobie, że dziś dostała już jedną nauczkę. A stare budynki były przeważnie najgorsze.

Nie wydarzyło się jednak nic strasznego. Nie wyczuła, żeby ściany emanowały dzikimi, gwałtownymi emocjami. Korytarz był pogrążony w mroku, ale nie zostało tu popełnione żadne morderstwo. W każdym razie nie ostatnio.

Skierowała się w stronę schodów. Drzwi Single-Minded Books były zamknięte. Właścicielowi najwyraźniej niezbyt zależało na tym, by zachęcić przechodniów do wejścia.

Wspięła się po skrzypiących, słabo oświetlonych schodach na piętro i ruszyła ostrożnie w głąb ciemnego korytarza. Po drodze minęła dwoje zamkniętych drzwi, na których nie było żadnych wywieszek. Na trzecich znajdowała się mała tabliczka. TRAUX INVESTIGATIONS. Częściowo uchylone drzwi odsłaniały ponure wnętrze.

Zwlekała z wejściem. Zastanawiała się, czy nie popełnia poważnego błędu. Może jednak byłoby rozsądniej złożyć zlecenie tej dużej agencji, mieszczącej się po drugiej stronie miasta? Co z tego, że ich usługi są trzy lub cztery razy droższe? Na tym świecie dostaje się to, za co się zapłaciło.

Ale skoro już tu przyszła... Poza tym miała niewiele czasu, a pieniądze też nie były bez znaczenia, zwłaszcza teraz, kiedy zapowiadało się, że Pan Idealny Klient może wcale nie jest idealny.

Pchnęła drzwi i niepewnie weszła do środka. Ale kiedy przekroczyła próg, poczuła ulgę. Nie wyczuwała w tych ścianach niczego niepokojącego.

Rozejrzała się wokół. Można dowiedzieć się dużo o firmie i jej właścicielu ze sposobu, w jaki urządzone jest biuro, pomyślała.

Jeśli to prawda, kondycja finansowa Truax Investigations jest w opłakanym stanie albo właściciel nie uznał za stosowne zainwestować choćby znikomej części zysków w wyposażenie biura.

Staromodne, ciężkie, drewniane biurko i ogromne, skórzane fotele na pierwszy rzut oka mogły wydawać się zabytkowe, ale, choć mocne i solidnie wykonane, nie zainteresowałyby żadnego antykwariusza. Ludzie nie kolekcjonowali tego typu sprzętów. Zarówno biurko, jak i fotele były zużyte i powycierane, ale nie było mowy, by kiedykolwiek miały się rozlecieć czy połamać. Gdyby ich właściciel w końcu postanowił się od nich uwolnić, musiałby osobiście zawlec je na śmietnisko.

Kusiło ją, żeby wyjąć aparat fotograficzny. To miejsce było idealne, żeby zrobić czarno-białe ujęcie. Widziała fotografię oczyma wyobraźni: ponure, kapryśne, bardzo nastrojowe wnętrze, z zamglonymi promieniami popołudniowego słońca wpadającymi skośnie przez żaluzje.

Na biurku stał telefon, ale nigdzie nie dostrzegła komputera. Nie wróżyło to dobrze. Liczyła na detektywa, który będzie obeznany z najnowszą techniką i szybko wyjaśni nurtujący ją problem. Niezbyt zachęcający był też brak sekretarki czy recepcjonistki.

Ale najbardziej niepokoił ją stos kartonów, który zajmował jedną trzecią powierzchni małego biura. Większa część pudeł była pozalepiana, ale kilka było otwartych. Podeszła do najbliższego kartonu, zajrzała do środka i zobaczyła lampkę na biurko oraz kilka zgrzewek nowych notatników w dwóch rozmiarach. Połowa była wielkości w sam raz pasującej do kieszeni męskiej koszuli, a reszta w formacie A4, w linie. Było też kilka starych, podniszczonych książek.

Najwyraźniej ktoś zbierał manatki. Serce jej zamarło. Truax Investigations było w trakcie zwijania interesu.

Z jakiegoś powodu nie mogła powściągnąć ciekawości. Sięgnęła do pudła i wyciągnęła jedną z ciężkich ksiąg. Spojrzała na tytuł. Historia morderstwa w San Francisco końca XIX wieku.

Odłożyła książkę do pudła i wyjęła następną. Badania nad przemocą i morderstwami w kolonialnej Ameryce.

— Idealna lektura do poduszki — mruknęła pod nosem.

— Jeff? Theo? Nareszcie jesteście.

Zoe wzdrygnęła się zaskoczona i odłożyła książkę na miejsce. Głos dobiegał z gabinetu w głębi. Męski głos. Niegłośny, ale niski i dźwięczny, budzący respekt.

Zawsze kiedy słyszała tego typu głos, robiła się nieufna.

— Mam nadzieję, że któryś z was pamiętał o mojej kawie. Czeka nas jeszcze dzisiaj dużo pracy.

Zoe odchrząknęła.

— Nie jestem Jeffem. Ani Theo.

W gabinecie na chwilę zapadła cisza. Drzwi zaskrzypiały na zawiasach, tajemniczy osobnik po drugiej stronie otworzył je na całą szerokość.

W progu pojawił się mężczyzna, opierając potężną dłoń o klamkę. Stał w cieniu i przyglądał się jej z enigmatycznym wyrazem twarzy, co pewnie według niego miało uchodzić za uprzejme zdziwienie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jego oczy, pomyślała Zoe. Były w interesującym odcieniu jasnego brązu. Widziała nieraz podobne oczy w telewizji przyrodniczej i na zdjęciach w „National Geographic”. Zwykle należały do zwierząt z najostrzejszymi kłami.

Był ubrany w obcisłe spodnie koloru khaki, nisko opuszczone na biodrach, i świeżo wyprasowaną białą koszulę. Koszula, rozpięta pod szyją i z podwiniętym rękawami, odsłaniała gęste ciemne włosy na piersi i przedramionach. Z kieszeni koszuli wystawał mały notatnik.

Pozycja, jaką przyjął w drzwiach, zdradzała siłę i wrodzoną pewność siebie. Instruktor samoobrony Zoe z pewnością określiłby go jako jednostkę emocjonalnie stabilną. Nie był wyjątkowo wysoki, zaledwie średniego wzrostu, ale w jego ramionach kryła się jakaś pełna wdzięku, ukryta moc. Stwarzał nieodparte wrażenie, że panuje nad sobą. Może za bardzo, pomyślała Zoe.

Jego włosy kiedyś były tak ciemne, że w cieniu nadal można je było uznać za czarne, mimo srebrnych nitek na skroniach. Harmonizowały ze zmarszczkami doświadczenia w kącikach oczu i wokół ust.

Ta twarz świetnie pasowała do spokojnego, autorytatywnego głosu — niezbyt przystojna, ale o wyrazistych rysach i przykuwająca uwagę. Do człowieka obdarzonego takim głosem i taką twarzą ludzie automatycznie zwracają się o pomoc w razie kłopotów. Ale w innych okolicznościach byłby skrajnie irytujący, bo przyzwyczajony do bycia u steru w każdej sytuacji, zawsze chciałby pokazać, kto tu rządzi.

Był podobny do swoich mebli: zużyty i powycierany, ale tak jak i one, nie do zdarcia. I tak samo jak w przypadku biurka i foteli, gdyby ktoś chciał się go pozbyć, musiałby zawlec go siłą na śmietnisko, a to wcale nie byłoby proste.

Jeśli to był Truax z Truax Investigations, ogłoszenie w książce telefonicznej było w jakimś sensie mylące. Ten facet miał za sobą kawał interesującego życia, ale z pewnością nie był staruszkiem.

— Przepraszam. Stałem na drabinie. Nie zauważyłem, że pani weszła. W czym mogę pomóc? — zapytał.

Niski głos sprawił, że się ocknęła. Nagle zdała sobie sprawę, że cały czas wstrzymywała oddech, jakby ta chwila i ten mężczyzna byli dla niej niezwykle istotni, choć sama tego nie rozumiała.

Skup się, rozkazała sobie w myślach. Oddychaj. Co z tego, że ostatnio nie miałaś życia towarzyskiego. To nie jest powód, żeby tak się gapić na obcego faceta.

— Przyszłam się zobaczyć z panem Truaksem — powiedziała z godnym pochwały opanowaniem, wziąwszy pod uwagę okoliczności.

— To ja.

Chrząknęła zaskoczona.

— To pan jest Truaksem od Truax Investigations?

— Od trzech dni, zgodnie z datą na mojej licencji. Nazywam się Ethan Truax.

— Nie rozumiem. Z ogłoszenia w książce telefonicznej wynika, że służy pan społeczeństwu już od ponad czterdziestu lat.

— Mój wuj zamieścił to ogłoszenie. W zeszłym miesiącu przeszedł na emeryturę. Przejmuję po nim interes.

— Rozumiem. — Wskazała ręką na kartony. — Czyli dopiero się pan wprowadza, a nie wyprowadza?

— Taki mam zamiar.

— Od jak dawna mieszka pan w Whispering Springs?

Zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią.

— Od ponad miesiąca.

Więc tak wyglądają szerokie kontakty z lokalną społecznością i wymiarem sprawiedliwości, pomyślała. No cóż, mogła jeszcze zadzwonić do Radnor Security Systems. Istniała wprawdzie kwestia wysokich kosztów, ale może udałoby się jej wynegocjować wydłużony termin płatności.

Cofnęła się o krok w stronę drzwi.

— I jest pan nowy w tej branży?

— Nie. Przez kilka lat prowadziłem agencję detektywistyczną w Los Angeles.

Teoretycznie ta informacja powinna dodać jej otuchy. Czemu zatem nie była ani trochę spokojniejsza?

— Chyba trafiłam do pana w nie najlepszym momencie — powiedziała pośpiesznie. — Na pewno jest pan bardzo zajęty rozpakowywaniem rzeczy...

— Nie na tyle, żeby nie móc się zająć klientem. Może przejdziemy do gabinetu i powie mi pani, o co chodzi?

Właściwie nie zabrzmiało to jak prośba, zauważyła Zoe. Ale też nie jak polecenie. Znów poczuła dziwną, nieodpartą siłę, która przyciągała ją do tego człowieka.

Musiała podjąć jakąś decyzję. Chodziło głównie o czas i pieniądze. Nie miała zbyt dużo ani jednego, ani drugiego.

Mocniej ścisnęła rączkę torby, starając się sprawiać wrażenie kobiety, dla której wynajęcie prywatnego detektywa to chleb powszedni.

— Ile będą mnie kosztować pańskie usługi, panie Truax?

— Proszę usiąść. — Przeszedł w głąb gabinetu, zapraszając ją gestem do środka. — Możemy przedyskutować sprawę wynagrodzenia.

Zoe nie widziała żadnego powodu, dla którego nie miałaby się przynajmniej zapoznać z ewentualnymi kosztami.

— Dobrze. — Rzuciła okiem na zegarek. — Ale nie mam wiele czasu. Jeśli nie dojdziemy do porozumienia odnośnie honorarium, będę musiała zadzwonić do kogoś innego.

— Oprócz mnie, w tym mieście jest jeszcze tylko jedna agencja. Radnor.

— Tak, wiem o tym — odparła spokojnie Zoe. To był biznes. Nie chciała, by pomyślał, że nie zorientowała się wcześniej w możliwościach. — To chyba bardzo nowoczesna firma. Słyszałam, że wykorzystują w pracy najnowszą technikę.

— Zgadza się, mają komputery, jeśli o to pani chodzi, ale ja też mam komputer.

— Naprawdę? — Rozejrzała się znacząco wokół siebie. — Gdzie?

— Tu. Jeszcze go nie podłączyłem.

— Aha.

— I gwarantuję, że jestem tańszy niż Radnor.

— No cóż...

— No i jest jeszcze jeden aspekt, który może zechce pani wziąć pod uwagę. — Kąciki ust Truaksa uniosły się nieznacznie. — Jako nowy w tym mieście, mogę być bardziej drapieżny.

O mało nie rzuciła się do drzwi.

— No tak...

— I bardziej elastyczny.

Zebrała się w sobie i ruszyła do gabinetu. To prawie jak przejście przez Bramkę Numer Trzy w teleturnieju, bramkę, za którą kryje się tajemnicza nagroda, pomyślała. Można wygrać drogą wycieczkę do Paryża albo stracić wszystko, co uzyskało się do tej pory.

Stanęła na chwilę w progu, chcąc się przekonać, co może ją spotkać po wejściu. Jednak również w tym pokoju nie kryło się nic przerażającego, jedynie słabe odbicia emocji typowych dla starych budynków. Odebrała kilka szeptów smutku, lekki niepokój, trochę pozostałości gniewu — wszystkie impulsy bardzo słabe i sprzed wielu lat. Nic, czego nie mogłaby z łatwością zablokować.

— Coś nie tak? — zapytał Ethan.

Wzdrygnęła się. Spostrzegła, że Truax patrzy na nią uważnie. Większość ludzi nie widziała jej wahania przed wejściem do nieznanego pomieszczenia. Fakt, że Ethan Truax zauważył coś, co trwa ułamek sekundy, wzbudził jej niepokój. Ale przypomniała sobie, że w końcu jest prywatnym detektywem, a ludzie tej profesji powinni być spostrzegawczy.

— Nie, skądże — odparła.

Podeszła szybko do monstrualnych rozmiarów fotela, stojącego obok biurka. Niemal połknął ją całą, kiedy w nim usiadła.

Ethan obszedł masywne, odrapane dębowe biurko, jeszcze większe od biurka stojącego w pierwszym pomieszczeniu, i również usiadł. Fotel zaskrzypiał, jakby chciał zaprotestować.

Zoe rozejrzała się po gabinecie, tłumacząc sobie, że kieruje się czysto zawodowym zainteresowaniem, choć tak naprawdę nękała ją zwykła ludzka ciekawość. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wszystko, co było związane z Ethanem Truaksem, niezmiernie ją fascynowało. Poza tym można się dużo dowiedzieć o człowieku na podstawie jego otoczenia.

Gabinet był umeblowany w tym samym stylu, co reszta biura. Stały w nim takie same, solidne, staromodne, męskie meble; nawet okna miały identyczne wykończenie. Musiała przyznać, że wszystko razem nadawało miejscu stylową atmosferę i w sumie pasowało do jej wyobrażenia o prywatnych detektywach.

Ale fotel dla klientów, w którym siedziała, jest o wiele za wielki i przytłaczający, żeby gość mógł się w nim czuć swobodnie. Co więcej, masywne biurko Truaksa stało w nieodpowiednim miejscu i zakłócało przepływ energii w pomieszczeniu. Na ścianie wisiało lustro, również w złym miejscu, źle dobrane do reszty mebli.

Kilka ciężkich metalowych szafek na akta stało rzędem pod tylną ścianą. Były dość wiekowe i niezbyt atrakcyjne, ale to zrozumiałe, że detektyw potrzebuje miejsca na dokumentację.

Po obu stronach drzwi wisiały świeżo zainstalowane półki na książki. Niestety, Truax zdecydował się na tanie metalowe cuda, które nie dodawały uroku pomieszczeniu. Połowa półek była już zastawiona opasłymi, imponującymi tomami, podobnymi do tych, które zobaczyła w pudle.

Kto by przypuszczał, że prywatny detektyw może być właścicielem takiego księgozbioru? Może jej wyobrażenia ukształtowane przez kryminały, telewizję i stare filmy nie do końca były słuszne?

Otoczenie Ethana nie odpowiedziało jej na pytania, które postawiła sobie w myślach. Mało tego, pojawiły się kolejne, a ona była coraz bardziej zaintrygowana.

Jedno było jasne. Był panem swojej przestrzeni, a nie na odwrót.

Ethan wysunął szufladę biurka, wyjął z niej żółty notatnik i położył go przed sobą.

— Może zaczniemy od tego, jak się pani nazywa?