Szelma w aksamicie - Loretta Chase - ebook
Opis

Odkąd odpowiedzialność za butik spoczęła głównie na jej barkach, Leonie Noirot jest osobą ogromnie zajętą. Aby pozyskać nowe klientki, podejmuje się zapewnić towarzyskie powodzenie niezbyt urodziwej i mało kobiecej lady Gladys. Współpraca z rzeczoną damą okazuje się trudna, a w dodatku Leonie wpadła w oko lordowi Lisburne'owi, arystokracie znudzonemu przymusowym pobytem w Londynie. A przecież ona absolutnie nie ma czasu na nierozsądne zauroczenia! Gdy jednak niepostrzeżenie nadciąga katastrofa, Leonie i lord Lisburne muszą połączyć siły.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 451

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Vixen in Velvet

Projekt okładki: Dorotea Bylica

Copyrigh © 2014 by Loretta Chekani

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2017

ISBN 978-83-7551-556-5

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Pamięci mojej matki

Rozdział 1

INSTYTUT BRYTYJSKI – DAWNI MISTRZOWIE.

Ta doroczna wystawa najlepiej rekompensuje małostkowość,

z jaką nasi możnowładcy zamykają obrazy

przed publicznością – przekształcając swoje kolekcje

w, jakkolwiek by było, prywatne folwarki.

– „The Athenaeum”, 30 maja 1835 roku

Instytut Brytyjski, Pall Mall, Londyn

Środa, 8 lipca

Leżał nagi, jeśli nie liczyć płótna udrapowanego na jego męskości. Z odrzuconą do tyłu głową, zamkniętymi oczami i rozchylonymi ustami spał zbyt głęboko, by zauważyć diabliki bawiące się jego zbroją i bronią albo tego, który dmuchał mu w ucho przez muszlę. Kobieta spoczęła w pobliżu, półleżąc, wsparta łokciem na czerwonej poduszce. W przeciwieństwie do mężczyzny była w pełni ubrana w obrębioną złotem szatę i całkowicie rozbudzona. Przyglądała mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Na jej wargach igrał cień uśmiechu czy niezadowolenia, a może błądziła myślami zupełnie gdzie indziej?

Leonie Noirot nasuwało się szesnaście różnych odpowiedzi, przy czym żadna jej nie satysfakcjonowała. Nie ulegało natomiast wątpliwości, jakiemu zajęciu oddawała się para, zanim mężczyzna – rzymski bóg Mars, jak informował katalog wystawy – zasnął.

Jeśli jakiekolwiek inne kwestie krążyły Leonie po głowie – na przykład powód, dla którego tutaj przyszła, albo gdzie owo „tutaj” się znajdowało, albo kim była – przewędrowały w odległy zakątek. Nie liczyło się, ba!, wręcz nie istniało nic poza obrazem.

Stała przed dziełem Botticellego, zatytułowanym Wenus i Mars, lecz równie dobrze mogłaby przebywać na innej planecie lub w innej epoce, tak zaabsorbował ją ten obraz. Wpatrywała się w niego i dałaby radę policzyć wszystkie pociągnięcia pędzla, usiłując dotrzeć do jego sedna. Nie mogłaby natomiast przed nim uciec…

Udusiłaby, gdyby ktoś zasłonił jej widok. Doroczna letnia wystawa Instytutu Brytyjskiego cały czas przyciągała nie tylko zwiedzających, lecz także licznych artystów, którzy desperacko rozstawiali sztalugi w galeriach, aby skorzystać z być może jedynej okazji stworzenia kopii dzieł dawnych mistrzów. Mimo to nikt nie przeszkadzał Leonie ani nie perorował jej nad uchem. Nie odnotowała tego, a tym bardziej nie zastanawiała się nad przyczyną. Nie przybyła tutaj dla sztuki, lecz z jednego konkretnego powodu.

Szalenie ważnego powodu… który odszedł w niepamięć, kiedy jej wzrok spoczął na tym obrazie.

Stałaby przykuta do tego miejsca aż do dnia Sądu Ostatecznego, ewentualnie do momentu, w którym wyrzuciłby ją któryś z dozorców. Ale…

Jakiś łoskot, nagły jak trzask pioruna, zakłócił ciszę w pomieszczeniu.

Podskoczyła, po czym cofnęła się chwiejnie.

I wpadła na ścianę, której nie powinno tam być.

Nie, nie na ścianę.

Na coś dużego, ciepłego i żywego.

To coś pachniało mężczyzną: mydło do golenia, krochmal i wełna. Dwie silne dłonie w rękawiczkach, które chwyciły ją lekko za ramiona i płynnie przywróciły do pionu, utwierdziły ją w tym wrażeniu.

Odwróciła się prędko i podniosła wzrok – wysoko, wysoko w górę.

O bogowie…

Czy też, ściślej – o Marsie…

Może nie do końca przypominał postać na obrazie. Przede wszystkim ten żywy mężczyzna był w pełni ubrany, do tego kosztownie. Ale nos i czoło, i usta były uderzająco podobne.

Zieleń oczu znaczyły drobinki złota, korespondujące z jasnymi pasmami w ciemnoblond włosach. Te z kolei, kręcone jak u Marsa, były pociągająco niesforne. Coś jednak w tych oczach i ustach sugerowało niesforność innego rodzaju: lekki uśmiech, oczy otwarte minimalnie zbyt szeroko i niewinnie. Czyżby to była głupota?

– W całym tym zamieszaniu chyba podstawiłem pani nogę – powiedział. – Najmocniej przepraszam.

Czyli głupi nie był.

Co ważniejsze, od jakiejś chwili stał zbyt blisko, a ona tego nie zauważyła. Leonie nigdy nie dopuszczała, by się do niej podkradano. W Paryżu taka nieuwaga mogłaby się okazać fatalna w skutkach. Nawet w Londynie była ryzykowna.

Zatrzymała obawy dla siebie, jak nauczyła się to robić wieki temu.

– Mam nadzieję, że nie wyrządziłam panu trwałej szkody – powiedziała.

Z rozmysłem spuściła oczy. Buty miał nieskazitelnie czyste. Jego lokaj wypolerował je tak, że oślepiony tym przerażającym blaskiem kurz z londyńskich ulic nie miał szans.

Jego zielone spojrzenie również ześlizgnęło się w dół.

– Drobna stópka obleczona w odrobinę satyny i skrawek skóry miałaby wyrządzić szkodę? Marne szanse, nie sądzi pani?

– Te skrawki satyny i skóry to hiszpańskie trzewiki – odparła. – A moje stopy nie są drobne. Niemniej to szlachetnie z pana strony, że pan tak mówi.

– W tych okolicznościach wypada, bym powiedział coś miłego – stwierdził. – Wypada także, bym wynalazł mądry powód, dla którego podkradłem się do pani. Albo powód szarmancki, jak zamiar osłonienia pani przed upadającą sztalugą. Jednak wówczas uznałaby mnie pani za idiotę. Jak widać, od sprawcy zamieszania dzieli nas kilkanaście kroków.

Dotarło do niej, że kilka metrów dalej ktoś głośno przeklina. Z tego samego kierunku dobiegał odgłos drewna trącego o drewno i szelest ciężkiego materiału. Nie popatrzyła w tamtą stronę. Dziewczyny, które nie zachowują zimnej krwi, gdy na ich drodze stają bogowie, pakują się w kłopoty. Zapytajcie Dafne, Ledę albo Danae.

Słońce, tego dnia kapryśne, postanowiło w tej właśnie chwili wlać się przez świetlik. Jego promienie padły na głowę znaczoną złotymi pasmami.

– Może urzekł pana obraz – podsunęła. – I przestał pan zważać na otoczenie.

– Wyśmienita wymówka. Ponieważ jednak obraz jest mój i miałem dość czasu, żeby się w niego wpatrywać, nie nada się.

– Pański – powiedziała.

Nie wyszukała dotąd nazwiska wypożyczającego na końcu katalogu. Założyła, że arcydzieło należy co najmniej do znamienitego członka rodziny królewskiej.

– To znaczy nie jestem Botticellim, wie pani, biedaczysko nie żyje od kilku wieków. Jestem Lisburne.

Leonie wzięła się w garść, skupiła na interesach i zaczęła przerzucać strony prowadzonej w głowie księgi, gdzie gromadziła prywatne kompendium wiedzy o brytyjskiej arystokracji, jak również godne uwagi kąski z gazet plotkarskich i od rozgadanych klientek.

Odnalazła rzeczony wpis z łatwością, ponieważ aktualizowała go całkiem niedawno: „Lisburne” oznaczał Simona Blaira, czwartego markiza Lisburne’a. Lat dwadzieścia siedem, jedyny potomek wielce opłakiwanego trzeciego markiza Lisburne’a. Wdowa po nim dopiero co wyszła ponownie za mąż i rezydowała we Włoszech.

Lord Lisburne, który przez pięć lub sześć ostatnich lat również mieszkał za granicą, przed dwoma tygodniami przybył z kontynentu ze swoim kuzynem pierwszego stopnia i bliskim przyjacielem, lordem Swantonem.

To właśnie z powodu lorda Swantona Leonie zawitała do galerii przy Pall Mall w dzień roboczy.

Znów popatrzyła na obraz. Następnie rozejrzała się wokół, w gruncie rzeczy po raz pierwszy. Dopiero wtedy zrozumiała, dlaczego wcześniej nikt jej nie przeszkadzał. Wszędzie na ścianach galerii wisiały krajobrazy, wizje mitologicznych i historycznych śmierci czy bitew oraz madonny tudzież inne obrazy o tematyce religijnej. Botticelli nie miał z nimi nic wspólnego. Żadnych kazań, żadnej przemocy i z całą pewnością ani śladu sielankowej niewinności.

– Interesujący wybór – stwierdziła.

– Rzeczywiście, cokolwiek się wyróżnia – przyznał. – Ostatnimi czasy Botticelli najwyraźniej nikogo nie interesuje. Przyjaciele nalegali, żebym zamieścił jakąś scenę bitewną.

– Zamiast tego wybrał pan moment po bitwie – podsumowała.

Jego zielone spojrzenie spoczęło przelotnie na obrazie, po czym wróciło do niej.

– Przysiągłbym, że uprawiali miłość.

– A ja bym przysięgła, że Wenus go rozgromiła.

– Ach, lecz on powstanie, żeby… eee… walczyć dalej – odparł.

– Zapewne.

Odwróciła się w stronę obrazu i zbliżyła o krok, choć wiązało się to z ryzykiem, że w nim zatonie. Ponownie. Bez wątpienia widywała równie piękne dzieła – na przykład w Luwrze. Ale to tutaj…

Jego właściciel stanął obok niej. Przez chwilę podziwiali obraz w milczeniu, dla niej połączonym z dotkliwie odczuwaną fizycznością.

– Intryguje mnie wyraz twarzy Wenus – odezwała się. – Zastanawiam się, o czym myśli.

– Oto różnica między mężczyznami a kobietami. On śpi, a ona myśli.

– Ktoś musi myśleć. I jakże często są to kobiety.

– Zawsze mnie ciekawi, dlaczego także nie kładą się spać.

– Nie wiem – odparła Leonie.

Naprawdę nie wiedziała. Jej rozumienie fizycznego aktu między mężczyzną a kobietą, jakkolwiek szczegółowe i precyzyjne dzięki relacji najstarszej siostry, w żadnym punkcie nie opierało się na osobistym doświadczeniu – a w tej chwili, napomniała się, nie była pora, żeby sobie takie doświadczenie wyobrażać. Najpierw interesy, zawsze. Zwłaszcza teraz.

– Zajmuję się tym, jak dama prezentuje się światu.

Otworzyła torebkę, wyjęła niewielki kartonik i podała mu. Bilet był piękny, co oczywiste, skoro jej butik uchodził za najprzedniejszy w Londynie. Rozmiarów damskiego bileciku wizytowego, elegancko tłoczona i kolorowana, była to jednak wciąż wizytówka firmowa – Maison Noirot, Krawiectwo dla Modnych Dam, St. James’s Street 56.

Oglądał ją przez chwilę.

– Jestem jedną z właścicielek – wyjaśniła.

Podniósł wzrok znad wizytówki i spojrzał jej w oczy.

– To nie pani poślubiła mojego kuzyna Longmore’a?

Nie zdziwiło jej, że trafiła na kuzyna swego świeżo upieczonego szwagra. W eleganckim świecie wszyscy zdawali się ze sobą spokrewnieni, a w przypadku rodu Fairfaiksów, do którego należał hrabia Longmore, z potężnej głównej gałęzi wyrastały liczne gałązki i pędy.

– Chodzi panu o moją siostrę Sophy – wyjaśniła. – Na przyszłość, to ta blondynka.

Wiedziała, że w ten sposób trzy właścicielki Maison Noirot funkcjonują w świadomości socjety: Trzy Siostry – niekiedy Trzy Wiedźmy lub Francuzeczki – brunetka, blondynka i rudzielec.

– No tak. A jedna z pań poślubiła księcia Clevedona.

– Moja siostra Marcelline. Brunetka.

– Jak dobrze, że rodzice pań postarali się, żeby łatwo dało się je odróżnić – skomentował. – I jak miło z pani strony, że udzieliła mi pani wyjaśnień. Gdybym, na przykład, pomylił hrabinę Longmore z panią i spróbował z nią flirtować, ten brutal, jej małżonek, zareagowałby przemocą, co z pewnością miałoby niekorzystny wpływ na stan mojego halsztuka. Poświęciłem pełne pół godziny, żeby odpowiednio go zawiązać.

Leonie była doświadczoną dwudziestojednoletnią kobietą interesu, fachowo przyjrzała się więc halsztukowi – czy też próbowała. Zadanie okazało się jednak ponad jej siły.

Halsztuk pod szlachetnie wycyzelowaną linią szczęki był nie tylko nieskazitelnie czysty, lecz również tak bezbłędnie zawinięty i przymarszczony, że wyglądał jak wykuty w marmurze.

Reszta stroju także zdawała się nadludzko doskonała – podobnie jak twarz i sylwetka.

Leonie zakręciło się przez chwilę w głowie i pomyślała, że to idealny moment, aby zemdleć. Jednak poczucie zawodowego obowiązku kazało jej zmierzyć halsztuk krytycznym okiem.

– Wyśmienicie spożytkował pan czas – orzekła.

– Nie żeby robiło to jakąkolwiek różnicę – stwierdził. – Żadna nawet nie spojrzy na innego mężczyznę, kiedy on kręci się w pobliżu.

– On – powtórzyła.

– Mój rozpoetyzowany kuzyn. Cierpię na nadmiar kuzynów. O, są, niech to licho.

Leonie uzmysłowiła sobie, że słyszy głosy dobiegające od strony głównych schodów.

Odwróciła się w tym kierunku, a jej oczom ukazały się kapelusze i głowy. Wkrótce pojawiły się całe sylwetki. Młode kobiety pospieszyły ku łukowemu przejściu do galerii, w której stała Leonie. Tam panny się zatrzymały, przepychając się i trącając łokciami w sposób nieprzystający damom, aczkolwiek robiły to z umiarem. Po chwili rozstąpiły się, by przepuścić wysokiego, smukłego, eterycznego dżentelmena. Miał przydługie słomkowe włosy, odziany był z teatralnym zacięciem.

– On – powiedział lord Lisburne.

– Lord Swanton – uzupełniła.

– W kogóż innego dwa tuziny dziewcząt wlepiałyby oczy z wyrazem zadurzenia na twarzach?

Leonie omiotła wzrokiem kobiety, w jej wieku lub młodsze, z wyjątkiem garstki matek lub ciotek, zobowiązanych pełnić funkcję przyzwoitek. Na skraju kręgu wielbicielek lorda Swantona i ich niechętnych towarzyszek wytropiła nową szwagierkę Sophy, lady Clarę Fairfax, która wyglądała na znudzoną. Dama stała obok pospolitej młodej kobiety, niesłychanie źle ubranej.

Leonie szybciej zabiło serce. Przyszła tutaj z zamiarem powiększenia klienteli, nie śmiała jednak liczyć na aż tak wiele.

Przez chwilę niemal zapomniała o bogu Marsie, a nawet obrazie. Niemal. Stłumiła ekscytację i na powrót skierowała uwagę na lorda Lisburne’a.

– Dziękuję, milordzie, że ocalił mnie pan przed pójściem w ślady tej nieszczęsnej sztalugi – powiedziała. – Cieszę się, że wybrał pan na wystawę ten konkretny obraz. Nie interesują mnie sceny przemocy, a święte istoty wydają mi się wielce irytujące. Jednakże było to wyborne doświadczenie.

– Które dokładnie doświadczenie? – zapytał. – Nasza znajomość, choć krótka, obfituje w wydarzenia.

Kusiło ją, żeby zostać i kontynuować flirt. Celował w tym. Co więcej, nie dość, że piękny, był arystokratą – właścicielem obrazu, który, popularny czy nie, przypuszczalnie uchodził za bezcenny. Bez wątpienia posiadał kilka setek innych oszałamiająco kosztownych przedmiotów, a do tego dwie lub trzy olbrzymie rezydencje z przynależną do nich sporą częścią terytorium Wielkiej Brytanii. Jeśli – czy raczej kiedy – weźmie sobie żonę i/lub zainstaluje kochankę, będzie płacił za jej kwatery, służbę, powóz, konie oraz, co najważniejsze, za jej stroje.

Niemniej dziewczyna, przyjaciółka Clary, sprawiała wrażenie, jakby miała lada moment stąd czmychnąć. Taka zdobycz nie trafia się codziennie. Leonie tak czy owak pozyskała już uwagę lorda Lisburne’a. Była przekonana, że w najbliższych dniach markiz zajrzy do butiku.

– Istotnie – odparła. – Przyszłam tu jednak w interesach.

– W interesach – powtórzył.

– Damy – wyjaśniła. – Suknie. – Szybkim gestem omiotła swoją garderobę, której przygotowaniu poświęciła znacznie więcej aniżeli pół godziny. – Reklama.

Następnie dygnęła i ruszyła ku lordowi Swantonowi oraz jego czcicielkom. Za plecami usłyszała stłumiony dźwięk, ale nie miała czasu oglądać się za siebie. Źle ubrana dziewczyna właśnie ciągnęła lady Clarę za ramię.

Leonie przyspieszyła kroku.

Mając oczy utkwione w towarzyszce lady Clary, nie zauważyła rozłożonego na posadzce płótna.

Zahaczyła o nie noskiem buta i runęła do przodu.

Usłyszała, jak wiele osób naraz gwałtownie wciąga powietrze, czemu towarzyszyły chichoty, kiedy upadała, niewdzięcznie kręcąc młynka ramionami.

* * *

Lisburne również nie zauważył rozłożonego przez malarza płótna. Zbyt zaabsorbowało go podziwianie panny Noirot od tyłu, jakkolwiek przyjrzał się już tym partiom do woli – zarówno z daleka, jak i z nieprzyzwoicie bliska – kiedy stała przed Botticellim, nieświadoma nie tylko jego obecności, lecz także tego, że świat wokół niej wciąż się kręci. Kiedy odwróciła się, żeby nań spojrzeć, nieomal się zatoczył, przekonany, że to ożywiona Wenus Botticellego: ta sama twarz w kształcie serca i kusząco niedoskonały nos… soczyste usta z cieniem uśmiechu lub głębokiego namysłu, a może kłopotliwego wspomnienia… zaskakująco stanowczy podbródek.

Jakkolwiek jego myśli wędrowały ku nieprzyzwoitym fantazjom, zdołał zachować refleks i jednym płynnym ruchem postąpił naprzód, złapał ją i zagarnął w ramiona.

Od czasu jego ostatniego pobytu w Anglii, blisko sześć lat temu, suknie dam stały się jeszcze bardziej wymyślne. Trudno było rozpoznać, które części dziewczyny są prawdziwe, a które wykreowano dla wzmocnienia efektu. Choć doceniał wyraz artystyczny, z radością odkrył, że w tym przypadku na oko cudownie kształtna sylwetka okazała się zafałszowana jedynie w najbardziej powierzchownym sensie. Wnosząc z ciepłych części, z którymi wszedł w kontakt, jej ciało całe składało się z idealnych krągłości. Do tego pięknie pachniała.

Zobaczył, jak jej oczy się rozszerzają – oczy barwy tak żywo niebieskiej, że zawstydziłyby szafiry i toskańskie niebo – a soczyste wargi rozchylają nieznacznie.

– Udało się pani – szepnął. – Wszyscy na panią patrzą.

Nie przesadzał. Każda osoba w zasięgu wzroku porzuciła swoje aktualne zajęcie bądź urwała w pół słowa, żeby na nią spojrzeć. Trudno się dziwić. Olśniewające rudowłose panny nie co dzień padają mężczyznom w ramiona.

Poruszenie zaczęło przyciągać ludzi z innych pomieszczeń.

Wbrew jego oczekiwaniom, ten dzień bynajmniej nie okazał się nudny.

– Panna Noirot!

Swanton przepchnął się przez tłum wielbicielek – rozdeptując po drodze kilka palców u nóg – by pospieszyć ku nim. Wielbicielki ruszyły jego śladem. Nawet kuzynki Lisburne’a, Clara i Gladys Fairfax, podążyły za grupą, jakkolwiek nie wzbudziło to ich entuzjazmu.

– Na Zeusa, co się stało? – zapytał gwałtownie Swanton.

– Dama zemdlała – odparł Lisburne.

Wiedział, że sporo obecnych – przynajmniej tych, którym udało się oderwać wzrok od Swantona – widziało, jak dziewczyna się potyka. Potoczył wokół spojrzeniem, leniwie zapraszając świadków, żeby zaprzeczyli jego słowom. Nikt tego nie zrobił. Nawet ci hultaje, Meffat i Theaker, trzymali język za zębami.

Prawda, lady Gladys Fairfax chrząknęła, ale nikt nie zwracał na nią uwagi – no, chyba że komuś zależało na tym, aby wprawić się w stan morderczej furii. Także i ona dopiero co wróciła do Londynu po kilkuletniej nieobecności, nikt jednak nie zdołałby jej zapomnieć, tak jak nie zapomina się dżumy, wielkiego pożaru albo wścieklizny.

– Merci – podziękowała mu półgłosem panna Noirot.

Lisburne nie tyle to usłyszał, ile poczuł, mniej więcej na wysokości piersi.

– Je vous en prie1 – odparł.

– Na moment zakręciło mi się w głowie, to nic takiego – odezwała się głośniej. – Może mnie pan już postawić, milordzie.

– Na pewno, madame? – zapytał Swanton. – Zarumieniła się pani, nic dziwnego. To piekielne gorąco. Ani tchnienia wiatru dzisiaj. – Popatrzył na świetlik. Publiczność zrobiła to samo. – A oto i słońce, poraża nas, jakby źle skręciło w drodze na Saharę. Czy ktoś byłby tak uprzejmy i przyniósł madame szklankę wody?

Madame? Potem Lisburne przypomniał sobie elegancką wizytówkę firmową. Do krawcowej, zwłaszcza z gatunku tych droższych, zwyczajowo zwracano się per „madame”, bez względu na jej stan cywilny.

A Swanton znał tę konkretną madame. Nawet się na ten temat nie zająknął, podstępna bestia. Ale nie, podstępność nie leżała w jego naturze. Najprawdopodobniej opętała go poetycka ekstaza i po prostu zapomniał o niej, dopóki nie zobaczył jej ponownie. Typowe.

Ojciec Swantona poległ młodo pod Waterloo, a jego rolę przejął ojciec Lisburne’a. Tym sposobem Lisburne stał się opiekuńczym starszym bratem, którą to pozycję zajmował do tej pory ze względu na fakt, że Swanton był Swantonem.

– Milordzie, nazbyt pan uprzejmy – powiedziała. – Dziękuję za wodę, nie trzeba. Czuję się całkiem dobrze. To była tylko przejściowa słabość. Markizie, gdyby zechciał mnie pan już postawić.

Wykręciła się lekko w ramionach Lisburne’a. Co za zabawa.

Jako mężczyzna tryskający zdrowiem, absolutnie sprawny pod każdym względem, nie palił się do tego, by ją uwolnić. Nie mógł jednak przeciągać tej chwili w nieskończoność, toteż opuścił Leonie na ziemię z najwyższą ostrożnością, tak że ześlizgiwała się wolno po jego ciele. Jej stopy dotknęły posadzki, lecz mimo to jeszcze przez chwilę trzymał ją w ramionach.

Zamknęła oczy i wymamrotała coś pod nosem, po czym otworzyła je znowu i przywołała na twarz uśmiech, równie olśniewający jak jej oczy. Efekt przyprawił go o lekki zawrót głowy.

– Madame, jeśli czuje się pani na siłach, pozwoli pani, że przedstawię ją moim przyjaciołom? – zapytał Swanton. – Zabijają się, żeby panią poznać.

Dżentelmeni, to bez wątpienia. Z dziką rozkoszą zostaną przedstawieni jakiejkolwiek atrakcyjnej kobiecie, zwłaszcza teraz, gdy graniczyło z niemożliwością, by zwrócili na siebie uwagę gromadki tłoczącej się wokół Swantona.

Ale damy? Czy życzyłyby sobie zostać przedstawione właścicielce sklepu?

Nie byłoby w tym nic niezwykłego, uznał Lisburne. Trzy siostry Noirot zdobyły już sławę. Ostatnio słyszał o nich na kontynencie. Ich prace, mówiono, rywalizowały z dziełami słynnej Victorine z Paryża, która nawet od królowych wymagała wcześniejszego umawiania się i wizyt w swej pracowni.

Leonie przesunęła po zebranych wzrokiem i obdarowała ich rozbrajającym uśmiechem.

– Nazbyt pan uprzejmy, milordzie – powiedziała. – Jednak dostatecznie już dziś wszystkim przeszkodziłam. Damy będą wiedziały, gdzie mnie znaleźć: za rogiem, pod numerem 56 przy ulicy St. James. A damy, jak panu wiadomo, są dla mnie najważniejsze.

Pod koniec tej przemowy posłała spojrzenie komuś w tłumie. Kuzynce Clarze? Następnie dygnęła i zaczęła się oddalać.

Pozostali odwrócili się w drugą stronę, najpierw kobiety. Swanton na nowo podjął poetyzowanie, uromantycznianie, czy czemukolwiek się oddawał, a towarzystwo przeszło do Między Cnotą a Występkiem Veronesego.

Lisburne wszakże obserwował odchodzącą pannę Noirot. Stąpała jakby nie do końca pewnie, gdzieś zniknęła wcześniejsza niewymuszona gracja. U szczytu schodów przytrzymała się poręczy i skrzywiła usta.

* * *

Leonie nie było dane wymknąć się po cichu.

Usłyszała, że podąża za nią markiz Lisburne. Rozpoznała go bez patrzenia – zapewne dlatego, że za sprawą skrajnie nieprzystojnego sposobu, w jaki moment wcześniej opuścił ją na ziemię, z daleka wyczuwała jego obecność.

A może przesłał przez salę swego rodzaju impuls, tak jak niektórzy bogowie, którzy – jak dawniej wierzono – obwieszczali swoje przybycie za pomocą dziwnych świateł, magicznych dźwięków lub boskiego zapachu?

– Zdaje się, że coś panią boli – powiedział. – Mogę służyć wsparciem?

– Miałam nadzieję wyślizgnąć się chyłkiem – odparła.

– Z tym nie będzie trudności. Wszyscy wiszą nad moim kuzynem. Mędrkuje na temat Cnoty i Występku, a oni wierzą, że kryje się w tym jakiś sens.

Mówiąc to, zarzucił sobie na szyję jej lewe ramię, po czym objął ją w talii.

Wstrzymała oddech.

– Musi panią piekielnie boleć – stwierdził. – Może lepiej sprawdzę, co z pani kostką, zanim ruszymy dalej. Niewykluczone, że szkoda jest większa, niż sądzimy.

Jeśli dotknie jej kostki, Leonie zemdleje, niekoniecznie z przyczyn medycznych.

– Tylko ją skręciłam – zapewniła. – Gdyby było gorzej, siedziałabym na stopniu, łkając w równym stopniu z bólu, co z upokorzenia.

– Poniosę panią – zaproponował.

– Nie – odparła, z opóźnieniem dorzucając: – Dziękuję panu.

Wolno zeszli po schodach. Dodawała w głowie kolumny liczb, żeby odwrócić myśli od ciepła potężnego ciała służącego jej za oparcie. Nie było to łatwe. Zbyt długo wpatrywała się w Botticellego, wskutek czego jej umysł mógł jedynie tworzyć obrazy muskularnych ramion i torsu pozbawionych jakiegokolwiek przyodziewku.

Do momentu, w którym dotarli na półpiętro, jej zwykle tak uporządkowany umysł zapuszczał się w dziwne boczne drogi i przesadnie koncentrował na doznaniach fizycznych.

Zmusiła się, żeby się odezwać.

– Pozostaje mi żywić nadzieję, że ludzie założą, iż tak mnie oszołomiło to krótkie spotkanie z lordem Swantonem.

– Tak będę mówił, jeśli pani sobie życzy – zadeklarował. – Ale odniosłem wrażenie, że się znacie.

– Paryż. Wieki temu.

– Raczej nie wieki – zaoponował. – Jest pani nieco uszkodzona, ale nie w ruinie.

– To była jego pierwsza wizyta w Paryżu – doprecyzowała.

– Czyli ponad pięć lat temu.

Kiedy Leonie miała niespełna szesnaście lat, była szczęśliwa w pracy i na łonie rodziny, zwłaszcza z powodu swej pięknej maleńkiej siostrzenicy, i radowała się sukcesem Emmeline, luksusowego butiku ciotki Emmy.

Dopóki świat się nie rozpadł.

– Lord Swanton zaszedł do butiku mojej ciotki, żeby kupić prezent dla matki – wyjaśniła. – Był miły i uprzejmy. W Paryżu dżentelmenom dość często zdarzało się pomylić dom mody z burdelem.

Tym, którzy upierali się przy pomyłce, przydarzały się nieszczęśliwe wypadki.

Jedna z pierwszych zasad, jakie przyswoiła sobie Leonie, brzmiała: „Mężczyźni chcą tylko jednego”. Ciotka Emma udzieliła swoim młodym podopiecznym wskazówek nie tylko w zakresie szycia sukien, lecz także obrony przed napastliwymi mężczyznami. Jej nauki nie obejmowały jednak relacji z rzymskimi bogami. Utrzymanie zawodowego dystansu okazało się zaskakująco trudne, mimo że Leonie była najbardziej przedsiębiorcza z trzech sióstr. Marcelline i Sophy zawsze bujały w obłokach: marzycielki i intrygantki, typowe Noirot, typowe DeLucey.

Pachniał tak czysto jak powietrze po deszczu. Jak to robił? Czy to była jakaś woda? Cudowne nowe mydło?

Zanim dotarli na parter, rwący ból w kostce jakby nieco się zmniejszył.

– Sądzę, że dam radę, wspierając się tylko na pańskim ramieniu – powiedziała.

– Na pewno?

– Z moją kostką jest już lepiej. Nie muszę się na panu tak uwieszać.

W istocie wcale nie musiała, tak zdecydowanie trzymał ją przy swoim boku. Była świadoma każdego centymetra jego muskularnego ramienia i – pomimo warstw halki, gorsetu, sukni i pelerynki – konkretnego miejsca w dolnych rejonach jej klatki piersiowej, gdzie spoczywały jego palce.

Puściła jego szyję, on z kolei mocno chwycił jej obleczoną w rękawiczkę dłoń.

Trudno było nazwać to intymnością w porównaniu z tym, jak jeszcze przed chwilą dociskał ją do swego ciała, ale pozostawało faktem, że od lat żaden mężczyzna nie znalazł się tak blisko niej. Nadal wszakże nie tłumaczyło to jej chęci ucieczki. Umiała się bronić, czyż nie? Była za mądra na to, żeby dać się oczarować przystojnej twarzy i kształtnej sylwetce tudzież niskiemu, uwodzicielskiemu głosowi.

Nie mogła ulegać panice. Stan jej kostki nieco się poprawił, lecz i tak nie uśmiechała jej się droga w upale do butiku. Zanim dotarłaby do celu, pogorszyłaby uraz i konieczna okazałaby się dłuższa kuracja.

Interesy na początku, na końcu, zawsze. Kiedy wyszli na Pall Mall, zaczęła szacować wartość markiza, przypomniała sobie o rychłych żonach i/lub kochankach i zdusiła niepożądane emocje liczbami, jak to miała w zwyczaju. Niewykluczone, że jej niezdarność odstręczyła towarzyszkę lady Clary. Ten tutaj może okazać się jedynym nowym nabytkiem.

– Mówiła pani coś o interesach – odezwał się.

– Mówiłam?

Serce zabiło jej gwałtownie. Czyżby myślała na głos, nie zdając sobie z tego sprawy? Czyżby doznała wstrząśnienia mózgu i nawet tego nie zauważyła?

– Wcześniej, kiedy pospieszyła pani do mojej kuzynki.

– Ach, wtedy – powiedziała. – Tak. Tam, gdzie udaje się lord Swanton, można zwykle znaleźć sporo młodych dam. Wspomniał jednej z naszych klientek, że tego popołudnia zamierza odwiedzić Instytut Brytyjski. Uznałam, że to dobra okazja, by zapoznać z propozycjami butiku te panie, które jeszcze ich nie znają.

– Czyli nijak nie wiąże się to z jego poezją.

Wzruszyła ramionami, za co zapłaciła bolesnym ukłuciem w kostce.

– Prowadzę butik, milordzie – odparła. – Brak mi romantycznej wrażliwości.

Pracowała od dziecka. Młode kobiety, które wielbiły lorda Swantona, nie żyły w Paryżu w czasach chaosu, nędzy i zniszczenia niesionego przez cholerę. W jej odczuciu smutek, cierpienie i śmierć były dalekie od romantyzmu.

– Kompletnie tego nie rozumiem, przyznaję – rzekł. – Nie dostrzegam w tej poezji nic romantycznego. Z drugiej strony, nie różnię się w tym od większości mężczyzn. Choroba zdaje się dotykać młode kobiety – z nielicznymi wyjątkami. Mimo że jest w krytycznym wieku, kuzynka Clara wyglądała moim zdaniem na znudzoną. Kuzynka Gladys sprawiała z kolei wrażenie skwaszonej, ale ona zawsze tak wygląda, trudno zatem ocenić, czy zalicza się do czcicielek.

– Kuzynka Gladys – powtórzyła. – Ta młoda towarzyszka lady Clary?

– Lady Gladys Fairfax – wyjaśnił. – Córka lorda Boulswortha. Wie pani, ciotecznego dziadka Clary. Bohatera wojennego. Nie jestem pewien, co zwabiło Gladys z powrotem do Londynu, aczkolwiek żywię pewne denerwujące podejrzenie.

Dotarli do wylotu ulicy St. James, gdzie uderzył w nich gorący wiatr, który niósł kurz wzniecany przez pojazdy, jeźdźców i pieszych. Głowa dokuczała Leonie równie mocno jak kostka. Usiłowała przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni słyszała wzmiankę o lady Gladys Fairfax, ale ból, upał i zmieszanie zawładnęły jej umysłem.

– Dość tego – oznajmił markiz. – Zaniosę panią.

Najzwyczajniej w świecie nachylił się i zrobił to, co zapowiedział, nim Leonie zdążyła zaprotestować.

– Tak, wszyscy będą się gapić – powiedział. – Dobra reklama, nie sądzi pani? Chyba zaczynam łapać, o co chodzi z tymi interesami.

* * *

Tymczasem w Instytucie Brytyjskim

Sir Roger Theaker i wielmożny pan John Meffat należeli do nielicznych osób, które zwróciły uwagę na odejście lorda Lisburne’a z panną Noirot. Obydwaj przybyli do Instytutu z koterią lorda Swantona, choć zasadniczo do niej nie należeli. Jako szkolni koledzy Swantona dręczyli go bezlitośnie przez blisko rok, dopóki jego kuzyn nie spuścił im cięgów. Wielokrotnie. Ponieważ wolno kojarzyli. I jeszcze wolniej zapominali.

Wcześniej oddalili się nieco od tłumu podążającego za lordem Swantonem, po części dlatego, by utrzymać bezpieczną odległość od jego niebezpiecznego kuzyna.

Spojrzenie Theakera zawisło na schodach. Kiedy Lisburne i boża krówka zniknęli im z oczu, zawyrokował:

– Lisburne wpadł po uszy.

– Jeśli ktoś tu przepadł, to ta Francuzeczka – zaoponował Meffat. – Stawiam dziesięć funtów.

– Nie masz dziesięciu funtów – stwierdził Theaker.

– Ty też nie.

Theaker z powrotem skierował uwagę na poetę. Przez chwilę obserwowali, jak młode kobiety przepychają się, bynajmniej nie ukradkiem, żeby znaleźć się bliżej swego idola, podczas gdy ten perorował o Veronesem.

– Irytujący zasmarkaniec, czyż nie? – odezwał się Theaker.

– Zawsze taki był.

– Wypisuje czyste brednie.

– Zawsze tak było.

Nikt nie mógłby powiedzieć, że nie dołożyli starań, by oświecić czytelników. Jeszcze przed powrotem Swantona do Anglii przesłali do różnych gazet pół tuzina anonimowych paszkwili na jego poezję, a ponadto dwa obelżywe limeryki. Większość krytyków podzielała zresztą ich opinię.

Jednakże pewna młoda dama zignorowała krytyków i zakupiła Alcintusa i inne wiersze, tomik smętnych utworów Swantona, po czym najwyraźniej wypłakała sobie oczy. Opowiedziała wszystkim przyjaciółkom, że to nowy lord Byron czy coś w tym guście. Nim ktokolwiek się zorientował, drukarze nie nadążali z zamówieniami.

Ponieważ przyglądanie się zasmarkańcowi nieszczególnie ich bawiło, Theaker i Meffat skierowali uwagę na pechowego artystę, który ustawiwszy na powrót sztalugi, próbował naprawić zniszczony obraz.

Podeszli, żeby służyć żartobliwymi radami i przypadkiem przewrócić kilka przedmiotów, które malarz zdążył pieczołowicie ulokować na poprzednich miejscach. Podsuwali mu własne ulubione tematy i spierali się o to, czy w rogu obrazu widać czepek, czy raczej kobiece części intymne. Zaabsorbowani dręczeniem kogoś zbyt słabego, biednego lub zastraszonego, żeby się odgryzł – ich typowe modus operandi – nie zauważyli zbliżającej się kobiety, dopóki ich nie osaczyła.

Kiedy zaś oznajmiła, że potrzebuje ich pomocy, nie roześmiali się, jak również mieli w zwyczaju, gdy osoba pozbawiona znaczenia zwracała się do nich o pomoc lub ochronę. Nie pozwolili sobie nawet na niewybredne sugestie, co dziwiło, zważywszy, że kobieta była nadzwyczaj piękna – urodziwa, smukła i młoda. John Meffat spojrzał na nią raz, potem drugi, a później zrobił szalenie zakłopotaną minę. Theaker popatrzył pytająco na przyjaciela, który przelotnie zmarszczył brwi, jakby coś przyszło mu na myśl. Widząc jednak ostrzegawcze spojrzenie posłane mu przez towarzysza, szybko ugryzł się w język.

Następnie Theaker uśmiechnął się uprzejmie – co ani chybi wywołało niejaki ból jego niewyćwiczonej twarzy – i odparł:

– Ależ oczywiście, moja droga. Znajdźmy miejsce nieco mniej publiczne, a wtedy opowie nam pani, w czym rzecz.

Rozdział 2

Jakkolwiek nie uchodzi, żeby toaleta absorbowała

na tyle, by przeszkadzało to w wypełnianiu wyższych

obowiązków, to jednak, jako że suknia młodej damy,

choćby najprostsza, uznawana jest za kryterium jej

smaku, bez wątpienia warto poświęcić jej uwagę.

Księga młodej damy, 1829

Lord Lisburne poniósł Leonie ulicą St. James w potwornej spiekocie, mijając sznur gapiów. Dwa pojazdy sczepiły się kołami, a przechodzący przez ulicę dżentelmen wpadł na słupek.

Sophy postrzegałaby tę sytuację jako cudowną reklamę, napomniała się Leonie. Zignorowała więc ból głowy tudzież rwanie w kostce i przybrała stoicki wyraz twarzy, jakby codziennie bywała noszona do butiku. Przez rzymskiego boga. Który nawet się nie zasapał.

Spojrzawszy w górę, dostrzegła cień uśmiechu na jego idealnie wyrzeźbionych ustach.

– Przednia zabawa – oznajmił. – Który numer, mówiła pani? Ach tak, pięćdziesiąty szósty. O, proszę spojrzeć. Czarujące. Takie francuskie. Czy ten chłopiec w zapierającej dech liliowo-złotej liberii należy do pań?

– Tak – odparła Leonie, nawet nie patrząc. – To Fenwick, nasz chłopak do wszystkiego.

– Otwiera drzwi czy służy jedynie za nader barwną dekorację?

– Otwieranie drzwi również należy do jego zadań.

Sophy zgarnęła Fenwicka z ulicy w trakcie jednej ze swoich wypraw, kiedy młodzian przyuczał się na kieszonkowca. Gdy już zdrapały z niego liczne pokłady ulicznego brudu, ich oczom ukazała się zaskakująco anielska aparycja. Cieszył się ogromnym powodzeniem wśród dam. Ponadto…

I wtedy Leonie przypomniała sobie o wszystkim. Sophy znalazła Fenwicka w dniu, kiedy wybrała się na przeszpiegi do ich rywalki w interesach. Aby dostać się do sklepu pani Downes, Sophy przebrała się za lady Gladys Fairfax. A w każdym razie tak, jak wyobraziła sobie lady Gladys na podstawie opisu lady Clary i zgodnie z własną przerażającą pomysłowością.

Ale Leonie nie miała czasu dłużej rozmyślać o lady Gladys. Fenwick otworzył drzwi, lord Lisburne wniósł ją do butiku, a sprzedawczynie natychmiast potraciły głowy.

Rozległy się okrzyki „Madame!” i ciche piski, dziewczęta wybiegły zza lad i stłoczyły się wokół Leonie i lorda Lisburne’a, po czym zawołały: „Nie, nie, trzeba jej powietrza!” i pomknęły w przeciwnym kierunku, żeby zaraz wrócić. Mówiły jedna przez drugą, żeby przynieść wodę i sole trzeźwiące oraz wezwać lekarzy, i toczyły o to spory. Tymczasem nikt nie zwracał uwagi na klientów, którzy mogliby wynieść pół butiku, z manekinami włącznie, podczas gdy obsługa oddawała się histerii.

Na szczęście Selina Jeffreys, kierowniczka butiku, pospieszyła do salonu sprzedaży, zwalniając obolałą Leonie z obowiązku dyscyplinowania wojsk. Jeffreys błyskawicznie zaprowadziła porządek i skierowała lorda Lisburne’a przez drzwi na zaplecze. Tam Leonie pokazała mu drogę do swojego kantorka.

Posadził ją w fotelu. Znalazł podnóżek i nie zważając na zapewnienia Leonie, że potrafi poruszać własną stopą, ukląkł, po czym delikatnie umieścił na nim jej nadwerężoną nogę. Dotyk jego dłoni wywołał magnetyczny dreszcz, ten zaś przewędrował po jej nodze w górę i rozprzestrzenił się wszędzie, włączając rejony, których spora grupa kobiet nie odsłania nawet przed samymi sobą.

– Przydałoby się coś na pokrzepienie – rzekł, gdy się podniósł.

Sprawiał wrażenie, jakby ani trochę się nie zgrzał. Jej marzyła się kąpiel w lodzie.

– Odpowiada panu brandy? – zapytała.

– Chodziło mi o coś dla pani – sprostował. – Marnie pani wygląda.

– Zrobiłam z siebie pośmiewisko na oczach najmodniejszego londyńskiego poety. Potknęłam się dwa razy w tym samym pomieszczeniu i wszyscy będą twierdzić, że się upiłam. Za drugim razem potknęłam się tak niezdarnie, że skręciłam kostkę. Markiz Lisburne nosił mnie po ulicy ku uciesze gawiedzi, czym doprowadził do obłędu moje pracownice. Cała jestem obolała i spocona, mimo że mój wysiłek ograniczył się do tego, że dałam się nieść. Oczywiście, że marnie wyglądam. A do tego jestem zagniewana, inaczej podziękowałabym panu przed przystąpieniem do narzekań.

– Nie ma potrzeby dziękować, zapewniam panią. Nie bawiłem się tak dobrze, odkąd wróciliśmy ze Swantonem do Londynu. – Zdjął rękawiczki. – Gdzie trzyma pani brandy?

Kierowany jej wskazówkami, nalał trunku do dwóch szklanek. Następnie zaczął przechadzać się po jej kantorku jak po własnym. Nic dziwnego. Arystokraci zawsze zachowywali się tak, jakby byli u siebie, bez względu na to, czy dane miejsce formalnie do nich należało, do nich należała bowiem cała Anglia.

Później jednak zaczął  d o t y k a ć   j e j   r z e c z y.

* * *

Lisburne odczuwał fascynację.

Wzdłuż jednej ściany na trzech lśniących półkach stały w doskonale równej linii księgi rachunkowe. Na biurku, również wypolerowanym do granic możliwości, obok podstawki na kałamarz i pióra umieszczono tacę z zabójczo naostrzonymi ołówkami. Na pozostałych ścianach wisiały, idealnie prosto i w równych odległościach, francuskie ryciny przedstawiające modne stroje oraz kilka widoczków z Paryża. Cokolwiek jeszcze znajdowało się w kantorku, ukryte było w starannie pozamykanych szufladach i szafkach.

Mężczyzna przekrzywił głowę, odczytując napisy na grzbietach ksiąg, po czym wyciągnął jedną, żeby spojrzeć na okładkę. Przerzucił strony. Skrupulatnie prowadzone tabele zawierały zwięzłe opisy transakcji. Obok nich maszerowały, w tym samym rygorystycznym porządku, kolumny cyfr.

– Nigdzie ani jednego kleksa – skomentował. – Pani je prowadzi? Jak udaje się pani zapisywać wszystkie te cyfry i całą resztę, nie robiąc kleksów?

– Milordzie, to są prywatne informacje finansowe. – Głos z nieznacznym akcentem wspiął się o ton wyżej.

– Pani sekrety nie mogłyby być bezpieczniejsze – zapewnił. – Dla mnie to jak hieroglify. Choćbym spędził długie dni na czytaniu, niewiele bym z tego wyniósł. Nie, to nie do końca prawda. Wiem, co oznacza czerwony atrament. Mój agent dostatecznie często zwraca mi uwagę na ten szczegół. To znaczy zwracał, dopóki nie zostawiłem tego rodzaju spraw Uttridge’owi, mojemu sekretarzowi. On mnie ostrzega, kiedy wynosi mnie na czerwone terytorium.

– Sekretarz zarządza pańskimi finansami? – spytała ze zgrozą. – W ogóle nie zagląda pan do ksiąg?

Jakże interesujące miała pismo! Tak precyzyjne i zdyscyplinowane, a zarazem czysto kobiece.

– Problem z zaglądaniem do ksiąg polega na tym, że są one obrazem ludzkich niedoskonałości – odparł, zręcznie omijając nudną prawdę. – Odnotowuję tu bardzo niewiele czerwieni, panno Noirot. I zajmuje się pani tym wszystkim sama, bez pomocy Uttridge’ów i innych takich? Zwyczajnie zapisuje pani każdą przeklętą pozycję i jej koszt i jakimś sposobem na koniec wszystko się pani zgadza?

– Na tym polega moja praca – odparła. – Księżna Clevedon specjalizuje się w projektowaniu strojów. Lady Longmore odpowiada za reklamowanie Maison Noirot. Ja zarządzam interesem.

– Innymi słowy, pilnuje pani pieniędzy.

– To część moich obowiązków. Zatrudniam i odprawiam szwaczki, zajmuję się ich przeróżnymi kryzysami i histeriami, wypłacam wynagrodzenia i doglądam zakupów.

Zamknął rejestr i patrzył na nią przez chwilę. A było co podziwiać. Olbrzymie niebieskie oczy i miękkie usta, i bezkompromisowy podbródek.

Ten podbródek współgrał z kolumnami schludnych cyfr i brakiem kleksów.

Natomiast suknia pochodziła ze świata baśni.

Białe falbany i koronki spływały kaskadą jak morska piana. Od filigranowej talii odcinała się spódnica wyszywana, jak się zdawało, tysiącami maleńkich niebieskich kwiatków. Suknia była tak rozkosznie kobieca, że mężczyzna pragnął dotknąć jej właścicielki jedynie po to, by usłyszeć szelest materiału.

No dobrze, nie tylko z tego powodu.

Co za radość nieść takie cudo po St. James!

Patrzył na tę twarz i tę suknię i myślał o starannie zapisanych cyfrach i kolumnach.

Wsunął księgę na miejsce.

Z ust Leonie wyrwał się bliżej nieokreślony dźwięk.

– Wszystko w porządku? – zapytał. – Boli panią stopa? Dolać pani brandy?

– Nie, nie, dziękuję – odparła. – Milordzie, nie mogę pana dłużej zatrzymywać. Był pan tak miły, tak szarmancki…

– Cała przyjemność po mojej stronie, zapewniam panią. – Przystąpił do inspekcji jej biurka. – Nastawiłem się na kolejne nudne popołudnie spędzone z rozemocjonowanym Swantonem.

Wziął jeden z zatrważająco ostrych ołówków i przytknął do opuszki palca wskazującego. Powstało niewielkie wgłębienie. Zapewne trudno by go uznać za śmiertelnie niebezpieczną broń, chyba że ktoś dźgnąłby nim z całą zawziętością, do czego ona skądinąd niewątpliwie była zdolna. Obejrzał z uwagą pedantycznie zaostrzone pióra. Kiedy odkładał je kolejno na miejsce, słyszał ciche posapywanie ich właścicielki.

– Za gorąco pani, panno Noirot? – spytał. – Otworzyć okno? Czy też wpuszczę tylko więcej skwaru z zewnątrz?

Wydała z siebie zduszony dźwięk.

– Skoro już musi pan tu węszyć, milordzie – powiedziała – a zdaję sobie sprawę, że arystokraci muszą robić to, na co im przyjdzie ochota, czy może pan przynajmniej odkładać moje rzeczy na miejsce?

Odstąpił od biurka i splótł ręce za plecami. Bynajmniej się nie stropił, mało tego, okrutnie go kusiło, żeby doprowadzić do nieładu wszystko w tym pokoju, włącznie – zwłaszcza – z nią.

Popatrzył na ołówek i pióra, a potem raz jeszcze na księgi rachunkowe.

– Eee, nie. To znaczy mógłbym spróbować, ale nie wiadomo, co by z tego wynikło. Właśnie dlatego Uttridge interweniuje, rozumie pani. Bardzo szybko się nudzę, a wtedy wszystko idzie na opak.

Nie była to do końca prawda. Ogarniało go znudzenie, kiedy już w pełni opanował dany temat.

– Pański strój jest nieskazitelny – stwierdziła.

Spojrzał na siebie.

– Dziwne, nieprawdaż? Nie wiem, jak to robię. No cóż, swój udział ma w tym Polcaire, oczywiście, mój lokaj. Bez niego bym sobie nie poradził.

Przez chwilę kontemplował swoją kamizelkę. Należała do jego ulubionych i był pewien, że dobrze się w niej prezentuje. Najwidoczniej jakiś przewidujący duszek szeptał mu dziś do ucha.

Nie, to był Polcaire.

Polcaire: „Ależ wasza lordowska mość nie może założyć na tę okazję rdzawoczerwonej kamizelki”.

Lisburne: „Ta okazja to Swanton, co oznacza, że wszystkie dziewczęta będą patrzeć na niego. Mój wygląd nikogo nie obejdzie”.

Polcaire: „Nigdy nie wiadomo, kogo się spotka, milordzie”.

Co dowodziło, że Polcaire był nie tylko geniuszem wśród lokajów, lecz także wyrocznią.

Lisburne przeniósł wzrok z kamizelki na pannę Noirot.

Blady rumieniec omywał jej kości policzkowe jak delikatne fale przyboju, pojawiając się i znikając. Smakowity widok.

– Czy powinienem podjąć ryzyko uporządkowania tych rzeczy? – zapytał. – Mogę nie sprostać pani standardom… a wtedy, jak podejrzewam, zerwie się pani z fotela i… – Zastanowił się. – Dźgnie mnie nożykiem do ostrzenia piór?

Miał świadomość, że Leonie sili się na spokój. Niełatwo było to dostrzec. Jej twarz byłaby doskonałą ilustracją hasła „nieprzenikniony”. Niemniej, jakiekolwiek Lisburne miał wady, nie zaliczał się do nich brak spostrzegawczości, zwłaszcza gdy chodziło o kobiety. W przypadku panny Noirot jak jastrząb śledził każdy jej gest.

– Przemknęło mi to przez myśl – powiedziała. – Ale piekielnie trudno pozbyć się trupa, zwłaszcza trupa arystokraty. Ludzie zauważają, kiedy ktoś szlachetnie urodzony znika.

Jako że drzwi pozostały na wpół otwarte, uzmysłowił sobie, że ktoś zbliża się do kantorka, a jego towarzyszka natychmiast przybrała czujniejszą postawę.

Kiedy w odpowiedzi na szybkie pukanie rozbrzmiało „Entrez” panny Noirot, do kantorka weszła jedna z młodych kobiet, które wcześniej tłoczyły się w salonie sprzedaży.

– Och, madame, bardzo przepraszam, że przeszkadzam – powiedziała dziewczyna, a w każdym razie tyle zdołał zrozumieć z jej wybitnie kalekiej francuszczyzny, nim darowała sobie próżny trud i przeszła na angielski. – Ale to lady Clara Fairfax i… druga dama.

– Druga dama?

Panna Noirot rozpromieniła się i poderwała z fotela, zapominając o urazie kostki. Skrzywiła się i zaklęła cicho po francusku, ale jej oczy błyszczały, a twarz jaśniała.

– Skieruj je na górę do pokoju konsultacji i podaj napoje. Zaraz przyjdę.

Dziewczyna wyszła.

– Na górę? – powtórzył. – Zamierza pani wspinać się po schodach w tym stanie?

– Lady Clara przyprowadziła lady Gladys Fairfax – odparła. – Czy pan jej nie widział?

– Oczywiście, że widziałem Gladys. Nie sposób jej przeoczyć, tak jak walącego się budynku albo czterdziestodniowej powodzi. Pokazałem ją pani.

– Chodziło mi o jej suknię – sprostowała.

– Odwróciłem wzrok natychmiast, acz nie dość szybko. Katastrofa jak zwykle.

Braki w miłym usposobieniu Gladys nadrabiała złym gustem.

– W rzeczy samej – zgodziła się panna Noirot, a jej nieprzenikniona twarz promieniała ekscytacją równie niezrozumiałą, co zapierającą dech w piersiach. – Potrzebuje mnie. Pokonałabym te schody, choćbym musiała się po nich czołgać.

Psiakrew!

A popołudnie tak dobrze się zapowiadało.

Na Gladys zawsze można było liczyć – zepsuje wszystko, czego się dotknie.

– Co za bzdury pani opowiada – obruszył się. – Nie może pani czołgać się po schodach. Pogniecie pani suknię.

Podszedł do panny Noirot i zaofiarował jej ramię, zanim jeszcze podjęła próbę dokuśtykania do drzwi.

– Zaniósłbym panią – rzekł – ale gdyby Gladys nas zobaczyła, zrobiłaby się sarkastyczna. Bardziej niż zwykle. A i bez tego zepsuje pani popołudnie. Na pewno chce się pani z nią widzieć? Nie mogłaby pani posłać jednej ze swoich dziewcząt?

– Wepchnąć ją byle podwładnej? – Przyjęła jego ramię. – Musi się pan dużo nauczyć o interesach, milordzie.

– A pani musi się dużo nauczyć o Gladys. Widzę jednak, że sprawa jest beznadziejna. Niektórzy ludzie uczą się tylko na własnych błędach.

Pomógł jej wejść na piętro, ale wycofał się, kiedy zobaczył otwarte drzwi i usłyszał głos Gladys. Już pobrzmiewało w nim rozdrażnienie.

Koszmarnie wspominał pierwsze spotkanie z Gladys, kiedy czekała u nich w domu po pogrzebie jego ojca. Pryszczata, grubiańska piętnastolatka o ciętym języku. A jej ojciec! Sławny bohater wojenny, który usiłował zastraszyć pogrążoną w smutku wdowę, by zaręczyła syna z tym odpychającym dzieckiem. Lord Boulsworth zachowywał się tak, jakby ojciec Lisburne’a był jego oficerem, poległym w boju, nad którego pułkiem on musi teraz przejąć dowodzenie – a jedyną rolą żon, synów i córek innych ludzi pozostało maszerowanie w rytm jego rozkazów. Lisburne natknął się na Gladys kilkakrotnie od czasu swego powrotu do Londynu. Pomijając nadzwyczaj gładką cerę, nie zauważył u niej żadnych oznak poprawy po wejściu w dorosłość. Przeciwnie, coraz bardziej przypominała swego ojca.

– Przepraszam, że czmycham w popłochu jak ostatni tchórz – powiedział – ale nie przysłużę się pani, kręcąc się w pobliżu. Clarze nie przeszkadzam, oczywiście. Gladys to inny temat. Ograniczmy się do stwierdzenia, że ona i ja nie będziemy wymieniać uprzejmości. Na mój widok wpadnie tylko w gorszy humor, jeśli potrafi pani to sobie wyobrazić, a nie chciałbym dodatkowo utrudniać pani pracy.

* * *

Czterdzieści pięć minut później

– Ślepe jesteście? – spytała lady Gladys. – Spójrzcie tylko na mnie! Wykluczone, żeby piersi wylewały mi się z sukni. Ludzie pomyślą, że rozpaczliwie zabiegam o uwagę.

Spiorunowała wzrokiem trzy przyglądające jej się bacznie kobiety, a rumieniec na jej twarzy pogłębił się, przybierając nieszczęśliwy odcień nosa byle pijaczyny.

Mówiła z furią, ale Leonie dostrzegła w jej oczach cierpienie. Dama była trudna: apodyktyczna, opryskliwa, niecierpliwa, niechętna do współpracy i skora wszędzie dopatrywać się obrazy. Innymi słowy, zachowywała się jak typowa klientka.

Aktualnie lady Gladys stała przed lustrem rozebrana do gorsetu i halki dzięki fachowej pomocy Jeffreys i przy moralnym wsparciu lady Clary. Mimo to dotarcie do tego punktu wymagało stoczenia bitwy. Tymczasem Leonie bolała kostka, no i głowa, przy czym żadna z tych spraw nie miała znaczenia, podobnie jak nie miało go nieznośne zachowanie lady Gladys.

Trafiła jej się życiowa szansa.

– Milady, w przypadku sukni jedną z głównych zasad jest podkreślanie walorów damy – powiedziała Leonie. – Tam, gdzie chodzi o mężczyzn, pani biust stanowi pani największy atut.

– Jeśli przez „największy” rozumie pani, że jest olbrzymi, nie będę się kłócić – odparła lady Gladys. – Wiem, że w tym pokoju to nie ja jestem sylfidą.

Zerknęła gniewnie na lady Clarę, która była co prawda zbyt posągowa na sylfidę, kwalifikowała się jednak na nieprawdopodobną piękność: niebieskooka blondynka, obdarzona perłową cerą i kształtnym ciałem. I rozumem. I uroczym usposobieniem.

Natura w żadnym razie nie obdarzyła lady Gladys klasycznym pięknem. Nijakie brązowe włosy. Oczy w równie mdłym odcieniu brązu, a przy tym, podobnie jak usta, zbyt małe przy jej okrągłej twarzy. Figura daleka od ideału ze względu na brak wcięcia w talii. Faktem było, że miała niezły biust i znośne biodra, jakkolwiek aktualnie mógł to dostrzec jedynie najbieglejszy obserwator.

– To nie oznacza, że nie ma pani kształtów – powiedziała Leonie.

– Słyszysz, Gladys? – odezwała się lady Clara. – Czy nie mówiłam ci, że ukrywasz swoje atuty?

– Nie mam atutów! – odparowała lady Gladys. – Nie traktuj mnie protekcjonalnie, Claro. Doskonale widzę swoje odbicie w lustrze.

– Ośmielę się z panią nie zgodzić – zaprotestowała Leonie. – Gdyby istotnie widziała pani doskonale, zauważyłaby pani, że gorset został niewłaściwie dobrany do jej figury.

– Jakiej figury? – zainteresowała się lady Gladys.

– No cóż, przekonajmy się, co się stanie, kiedy zdejmiemy gorset.

– Nie! Jestem już dostatecznie rozebrana. Moja krawcowa…

– Chyba lubi sobie wypić – weszła jej w słowo Leonie. – Nie wyobrażam sobie, żeby jakakolwiek elegancka krawcowa na trzeźwo upchnęła swoją klientkę w tę… tę osłonkę do kiełbasy.

– Kiełbasy?! – wrzasnęła lady Gladys. – Claro, dosyć już wycierpiałam zuchwalstwa ze strony tej kreatury.

– Jeffreys, bądź uprzejma pomóc lady Gladys z gorsetem – powiedziała stanowczym tonem Leonie.

Elegancka krawcowa, która pozwala klientce przejąć dowodzenie, może równie dobrze zamknąć butik i zacząć zarabiać na chleb cerowaniem.

– Nie tkniesz mnie, dziewczyno – rzuciła ostro lady Gladys. – Ani się waż. Nie będzie mną poniewierać jakaś suchotnicza smarkula, która obraża moje uszy najbardziej odrażającą namiastką francuszczyzny w tym mieście cierpiącym na karygodny nadmiar ciemnoty.