Szczypta miłości - Amanda Prowse - ebook
lub
Opis

Kolejna urzekająca opowieść mistrzyni literatury kobiecej, która pokazuje, że na pogoń za szczęściem nigdy nie jest za późno

Pru Plum jest właścicielką znanej i szalenie modnej piekarni Mayfair. To typ eleganckiej kobiety, która roztacza wokół siebie aromat Chanel, a na fryzjera wydaje niemalże fortunę. Niemal nikt nie uwierzyłby, że ta atrakcyjna kobieta ma już sześćdziesiąt sześć lat.

Jednak w głębi duszy Pru wcale nie czuje się pewną siebie i odnoszącą sukcesy bizneswoman. Aby osiągnąć swoją obecną pozycję, dopuściła się czynów, które kładą się cieniem na jej przeszłości. Teraz zrobi wszystko, żeby jej sekrety nie wyszły na jaw, zwłaszcza że po raz pierwszy w życiu naprawdę się zakochała.

__

Romantyczne, wciągające dzieło. Na początku smakuje przesłodko, ale później niespodziewane zwroty akcji dodają książce wartości.

- „Page to Stage”

___

Amanda Prowse – spędziła 10 lat życia, pracując w korporacji jako konsultantka. Po tym czasie odkryła, że jej powołaniem jest pisarstwo. Specjalizuje się w prozie miłosnej, która swoim niepowtarzalnym stylem urzeka niejedną kobietę. Amanda mieszka w West Country z mężem i dwójką nastoletnich synów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 381

Popularność


Chodziła po kwadratowym pokoju w tę i z powrotem, bose stopy przywierały jej do drewnianej podłogi. Buzujący w palenisku ogień zdawał się ogrzewać jedynie najbliższą sobie przestrzeń, nie rozpraszając ciepła. W sypialni panował chłód – w każdym razie takie miała wrażenie, dygocąc na całym ciele. Objęła się ramionami, lecz to niewiele pomogło.

Znajdowała się w dziwnym stanie między paniką a histerią i musiała z całych sił walczyć, żeby nie poddać się żadnej z nich, co przywiodło ją na skraj wyczerpania następnego dnia rano. Rano. Wydawało się, że od poranka dzieli ją cała wieczność.

Skóra jej nóg nasączona jedwabistym balsamem lśniła w świetle lampy. To był prosty chwyt, jeden z wielu, których zdążyła się już nauczyć w ciągu ostatnich tygodni. Taki sam jak nakładanie wazeliny na rzęsy, żeby wyglądały na gęstsze, czy splatanie włosów w gruby, luźny warkocz, dzięki czemu układały się w bujne, miękkie fale.

Przycupnęła na pozszywanej z kolorowych skrawków narzucie, a wysłużony materac ugiął się pod jej ciężarem. Westchnęła i wygładziła palcami przód koronkowej koszulki, upewniając się, czy wszystkie perełkowe guziczki są należycie zapięte. Chciała wyglądać schludnie i atrakcyjnie. Przyjrzała się swoim paznokciom i wyczyściła każdy po kolei kciukiem drugiej dłoni.

W miarę jak zapadał zmrok, jej zdenerwowanie rosło coraz bardziej. Zerknęła na zegarek na szafce obok łóżka, żałując, że nie może cofnąć wskazówek i skraść jeszcze kilku godzin na przygotowanie. Nie żeby to mogło coś zmienić. Tak czy siak w końcu dotarłaby do tego punktu i czułaby się dokładnie tak samo. Miałaby te same mdłości w dole brzucha, ten sam pulsujący szum w uszach i dłonie mokre od potu, który zebrał się w cienką strużkę wzdłuż jej linii życia. Przesunęła po niej językiem, zdziwiona, że słonawa wilgoć nie ma przykrego smaku, i wytarła rękę o ramię.

Rozłożyła palce i uważnie przyjrzała się rysie biegnącej w poprzek dłoni. Serce zabiło jej szybciej. Kiedyś żona złomiarza, pani Stanescu, która bez względu na pogodę zawsze nosiła na włosach czarną, grubą chustę, uparła się, żeby powróżyć jej z dłoni. Nachyliła się nad nią z rozklekotanego wózka swojego męża, złapała ją za nadgarstek i szczerząc do niej wielkie, czarne zęby, siłą odgięła jej palce. Trzeba było się skupić na każdej samogłosce, żeby zrozumieć jej twardą angielszczyznę z silnym rumuńskim akcentem. Pani Stanescu powiedziała, że widzi bardzo długie życie, po czym wskazała drobne, trójkątne wypustki rozsiane równomiernie wzdłuż linii. „To bardzo ciekawe” – powiedziała, dźgając je kolejno czarnym od brudu paznokciem. – „Wzgórki na dłoni mogą oznaczać dwie rzeczy: chwile wielkiego cierpienia albo ogromnej radości. Przesądzają o całym życiu”. Podniosła głowę i napotkała nieruchomy wzrok starej kobiety. Usta jej zadrżały, a źrenice się rozszerzyły. „A co oznaczają moje?” – wyszeptała niepewna, czy chce usłyszeć odpowiedź. Pani Stanescu nawet nie drgnęła powieka. „Twoje nie są szczęśliwe. Czeka cię życie z sercem zakutym w łańcuchy i oczami matowymi od smutku, który wypełni ci usta goryczą i będzie zatruwał wszystko, czego tylko się dotkniesz. Umrzesz stara i opuszczona, ale przedtem zdążysz poznać smak śmiertelnego strachu”.

Z płaczem uciekła do mamy, która pogładziła jej głowę ukrytą w swoim fartuchu i powiedziała, że to tylko stek nic nieznaczących bzdur i że nie trzeba przejmować się gadaniem zbzikowanej pani Stanescu, która pewnie powtarza to samo każdemu. W tamtej chwili ją to uspokoiło, ale często potem nocami, tuż przed zaśnięciem, słowa starej wiedźmy złowieszczo rozbrzmiewały jej w uszach i gdy tylko próbowała wyobrazić sobie życie z sercem zakutym w łańcuchy, w język zaczynały szczypać ją gorzkie iskry, a gardło zaciskało się jej z przerażenia.

Za drzwiami skrzypnął nagle górny stopień schodów, przywracając ją do rzeczywistości. Z ust wyrwał się jej zalękniony okrzyk, serce w niej zamarło. To już.

– Przepraszam.

Nie wiedziała, dlaczego wyszeptała to słowo i do kogo było skierowane, ale wymówiła je szczerze, z głębi serca. Znów poczuła wilgoć wewnątrz dłoni i pomyślała o pani Stanescu. Może to było tylko głupie gadanie, ale co do jednego stara czarownica się nie pomyliła. Zamknęła oczy, próbując stłumić narastającą falę śmiertelnego strachu.

Pru narzuciła szlafrok na piżamę, wciągnęła na stopy grube skarpety i wymknęła się cicho z mieszkania, starając się nie obudzić Milly śpiącej w drugiej sypialni w głębi korytarza. Bezgłośnie zeszła po schodach do sutereny. Lubiła się tak czasem wymykać do nieczynnej piekarni w środku bezsennych nocy. Towarzyszył temu miły dreszcz podekscytowania.

Budzik miał zadzwonić dopiero za trzy godziny, ale zamiast wtulać twarz w miękki puch poduszki, krążyła po podziemnych korytarzach i wstukiwała kody w zamkniętych drzwiach, oglądając się przez ramię przyczajona na palcach niczym włamywaczka.

Jak zawsze podczas tych nocnych eskapad zapaliła tylko niezbędne światło i przygotowała sobie miejsce do zrobienia babeczek bez nowoczesnych urządzeń i skomplikowanych przepisów, które wypracowały przez lata razem z Milly, a jedynie przy pomocy drewnianej łopatki i miski kamionkowej, tak jak nauczyła ją babcia.

Zawiązała sobie fartuch wokół talii, po czym ułożyła rzędem na ladzie składniki i przybory. Upewniwszy się, że ma przed sobą wszystko, co potrzebne, poczuła znajomy przypływ energii i entuzjazmu. Taki sam jak wtedy, wiele lat temu. Ogarnęła spojrzeniem bieluteńką mąkę, cukier i tłustą kluskę margaryny naszykowane na tacy obok wyszorowanej do czysta, połyskliwej miski. Wszystko na nią czekało.

Nucąc pod nosem, wrzuciła margarynę i cukier do naczynia i zaczęła ucierać je na gęstą masę. Rozkoszując się żwirowatym chrzęstem kryształków rozgniatanych łopatką o śliską powierzchnię z wyżłobionymi rowkami, ugniatała, mieszała i ubijała, aż do zdrętwienia palców, dopóki ciasto nie wzdęło się apetycznie spulchnione bąbelkami powietrza. Następnie do misy trafiło kilka łyżek mąki, kropla aromatu do ciasta, proszek do pieczenia, jajko i stopniowo odmierzane dalsze porcje mąki. Pru nie potrafiłaby dokładnie opisać wzbierającej w niej fali radości i podniecenia, gdy patrzyła, jak poszczególne, sypkie składniki przeobrażają się w aksamitny, bladozłoty krem. Nie istniał żaden miarodajny sposób, żeby stwierdzić, kiedy mieszanina jest gotowa. Uciekła się więc do starej, wypróbowanej metody, unosząc łopatkę nad miską i obserwując opadanie ciasta. Jeżeli ściekało zbyt szybko, było zanadto leiste, wówczas należało dodać więcej mąki i dalej ucierać. Zaś w przypadku, gdy gruby gnieciuch nie odklejał się od łopatki, trzeba było je rozrzedzić i delikatnie roztrzepać. Przy idealnej konsystencji masa odrywała się od łopatki lekko, acz nieśpiesznie.

Z radosnym wibrowaniem w żołądku obserwowała, jak babeczki rumienią się w piekarniku. Gdy już upieczone stygły na kontuarze, przyrządziła sobie filiżankę mocnej, pachnącej kawy, po czym zabrała się za dekorowanie tak, jak nauczyła ją babcia – oblewając je nieregularnie lukrem, a następnie oprószając lekko rzęsistym deszczem kolorowej posypki. U babci lukier i posypka należały do rzadkich luksusów. W końcu zatopiła zęby w pulchnym, przepojonym waniliowym aromatem cieście, rozkoszując się ciepłą, puszystą masą na języku i słodyczą lukru klejącego się do podniebienia. Pochłonęła je szybko i łakomie, wszystkie, co do jednej.

– Już widzę, jak kręcisz głową i cmokasz z potępieniem, ale proszę cię, nie osądzaj mnie, Alfie! Bywają gorsze słabości – powiedziała w przestrzeń, wznosząc oczy do góry, i z błogim uśmiechem zlizała resztkę lukru i kilka kolorowych wiórków, które osiadły jej na górnej wardze.

Choć jako właścicielka znanej na całym świecie cukierni Plum Patisserie Pru miała na co dzień dostęp do najbardziej wyrafinowanych słodkości i deserów, nic nie sprawiało jej takiej przyjemności jak ciepłe babeczki według przepisu babci pałaszowane skrycie w środku nocy. Nie tylko ze względu na rozkoszny smak świeżego, wilgotnego ciasta, ale również dlatego, że gdy zamknęła oczy, przenosiła się z powrotem do dawnej, surowej kuchni w Bow*, gdzie jako mała dziewczynka pomagała babci przy kulawym stole obitym spłowiałą ceratą. Jeszcze zanim odkryła świat za progiem domu i wiedziona ambicją i marzeniami podjęła mozolną, pełną trudów wspinaczkę na sam szczyt. Znowu widziała babcię stojącą przy płytkim, fajansowym zlewie w poprzecieranej podomce przepasanej różowym fartuchem oraz swoich trzech braci o zapadłych policzkach i czarnych od brudu szyjach, krążących wokół misy i wtykających umorusane palce w gładką masę jedwabistego ciasta, by następnie wpakować je sobie zachłannie do rozdziawionych buzi. Od zapachu złocących się w piekarniku sztabek chciało im się płakać. W nietypowej dla siebie ciszy zbijali się w gromadkę wokół pieca i czekali.

Po upieczeniu babcia przesypywała ciasteczka z blachy na metalową kratkę do ostygnięcia, a oni trwali nieruchomo odurzeni aromatem kłębiącej się pary. Mijały całe wieki, zanim pozwalała wreszcie wziąć każdemu po jednym. Moment, w którym dostawali do garści ciepły, rumiany biszkopcik, był jak czary z bajki w ich skądinąd mało bajkowym życiu. Do dzisiaj pamiętała tamto upojne uczucie i nic nie świadczyło lepiej o jej późniejszym sukcesie niż fakt, że może bezkarnie wsunąć całą blachę babeczek upieczonych w kuchni Plum Patisserie. Nigdy nie przyznała się nikomu do tych nocnych wypadów. To była jedna z wielu jej najskrytszych tajemnic.

Pru zaśmiała się sama do siebie, siedząc na skraju łóżka kilka godzin później. Rozprowadziła porcję nawilżającego kremu Crème de la Mer na twarzy i szyi. Minęła szósta rano, ale ona działała już na pełnych obrotach, będąc od dawna na nogach. Pomasowała palcami skronie i nastroszyła cienkie, faliste kosmyki, niegdyś puszyste i lśniące. Był to jeden z nawyków, których nabrała ostatnio, odkąd skończyła sześćdziesiąt sześć lat. Tak samo, jak podciąganie palcem brwi, żeby choć przez chwilę odtworzyć duże, szerokie oczy z dawnych lat, zanim jej powieki poddały się nieustępliwemu działaniu grawitacji i zaczęły ciążyć smętnie ku dołowi.

– Kiedyś była ze mnie niczego sobie laska. Nie żebym tak wtedy uważała, mimo zapewnień Trudy. Nigdy nie udało mi się nabrać jej pewności siebie. Kto by to zresztą potrafił? Była niesamowita, prawda? Ile to już lat… Sama nie wiem, Alfie, czemu nagle przyszło mi to na myśl. Nasze mieszkanko przy Kenway Road, moje życie w Earls Court**. Dobre to były czasy: ciężkie, ale szczęśliwe. Jak z innego świata. Jesteś jedyną osobą, której o tym mówię. Zakładam, że potrafisz dochować tajemnicy, co, mój drogi? – Zwróciła się w stronę kilku oprawionych w srebrne ramki zdjęć stojących na szafce przy łóżku. Konkretnie − do fotografii młodego mężczyzny ze skrętem w kąciku ust, który siedząc okrakiem na motorowerze, spoglądał do tyłu przez ramię. Fotografia była czarno-biała i chociaż zrobiona została dużo później, wyglądała jak z lat sześćdziesiątych. Alfie miał w sobie na niej coś z Jamesa Deana, a może tylko Pru lubiła tak o nim myśleć: jak o zbuntowanym antybohaterze, a nie zatraconym, bezwolnym narkomanie.

Odpowiedział jej uśmiechem zmrużonych oczu znad ciemnych okularów, które zjechały mu na czubek nosa, gdy odwrócił się do obiektywu. Pru uwielbiała ten portret. Nie miała zbyt wielu zdjęć swojej rodziny – kupno aparatu fotograficznego nigdy nie znalazło się na liście priorytetów. Ale ten jego uśmiech i całe otoczenie wskazujące na piękną, słoneczną pogodę pozwalały jej sądzić, że tego jednego dnia był naprawdę szczęśliwy. A przynajmniej w tym konkretnym momencie. Miała nadzieję, że kiedy wszystko wymknęło mu się z rąk, wspomnienie tamtej chwili pomagało mu przetrwać. Teraz milczał jak zwykle.

Ubrana w szarą, dżersejową piżamę i szlafrok, Pru krążyła po mieszkaniu z kubkiem gorącej kawy, nucąc pod nosem. Przechodziła z pokoju do pokoju, odnajdując spokój w tym, że wszystko jest dokładnie tak, jak zostawiła to poprzedniego wieczoru, czerpiąc pewność siebie i siłę z ładu, w jakim żyła, oraz dumę z faktu, że jest właścicielką tylu pięknych przedmiotów. Obrazy wisiały prosto, poduszki były równo ułożone, a ozdoby rozmieszczone ze smakiem. Choć musiała przyznać, że pomijając ewentualność bezczelnego włamania albo naturalnej katastrofy, prawdopodobieństwo, że znalazłaby swój dom w innym stanie, było raczej znikome.

Usiadła przy orzechowym biurku w rogu sypialni i podniosła do oczu wyciąg z banku. Nie przywiązywała już tak wielkiej wagi jak kiedyś do rzędów czarnych cyfr i kolejnych zer, upewniała się tylko, czy wszystkie opłaty zostały uiszczone, i sprawdzała aktualny stan konta. Dawno minęły czasy, gdy rozpaczliwie grzebała w rachunkach i wydzielała najpilniejsze należności, żeby nie stracić dostawców, odraczała terminy i przekładała zamówienia według ważności, próbując zabezpieczyć pensje pracowników. Już ładnych kilkadziesiąt lat temu dotarła w biznesie do punktu, w którym dochody z działalności zaczęły przewyższać koszty i od tamtej pory proporcje nigdy więcej się nie odwróciły. Odkręciła wieczne pióro Montblanc i postawiła maluteńki krzyżyk przy płatności oznaczonej jako „ŁM”. Czternastego wypłaciła z tego tytułu tysiąc funtów, jak co miesiąc od dziesięciu lat. Żołądek ściskał jej się w ciasny supeł na myśl o łącznej sumie tych przekazów, a do gardła podchodziła zimna fala strachu, więc wolała nawet tego nie podliczać. Złożyła dokumenty i wsunęła do skórzanej aktówki, którą schowała z powrotem do szuflady.

Wzięła prysznic, wysuszyła kasztanowe włosy, równo przycięte w zgrabną, puszystą fryzurę wokół twarzy i zasiadła przy toaletce. Delikatnie musnęła usta szaro-brązową pomadką i ledwie jednym pociągnięciem umalowała rzęsy, po czym spuszyła włosy na skroniach. Nigdy nie wyobrażała sobie siebie jako starszej pani. Gdy za młodu zdarzało jej się myśleć o przyszłości, zawsze widziała się najdalej przed trzydziestką – na tyle dojrzałą, żeby samej o sobie decydować, ale ciągle dość młodą, żeby używać życia. I proszę, oto ledwo może rozpoznać własne odbicie w lustrze. A stało się to ot tak, w mgnieniu oka! Westchnęła, po czym przygryzła górną wargę, żeby napiąć skórę szczęki i szyi tak, jak wyglądała w młodości. Na koniec spryskała się lekką mgiełką Chanel No. 5 i przeszła do garderoby. Wybrała granatowe spodnie i białą, jedwabną bluzkę, którą przystroiła kilkoma sznurami pereł opadającymi swobodnie na jej niewielki, podniesiony biust. Wsunęła stopy w granatowe mokasyny, które chętnie nosiła przy takiej pogodzie jak dzisiaj.

Wstrzymała oddech i podciągnęła roletę. Przy krawężniku stała na światłach awaryjnych biała furgonetka, która przywiozła Guy wszystko, czego potrzebował do pracy w kuchni i za ladą cukierni. Chodnikiem po drugiej stronie, trzymając się pod ramię, maszerowało chwiejnym krokiem dwóch mężczyzn w garniturach i luźno zwisających krawatach. Najpewniej wracali do domu tą wczesnoporanną porą. Pru uśmiechnęła się. To była jej Curzon Street, taka, jaką zostawiła ją wczoraj.

Cały czas nie mogła pozbyć się obawy, że któregoś dnia po podniesieniu rolet ujrzy pod sobą gwarny ruch Kenway Road w Earls Court, kilka kilometrów dalej, i okaże się, że odniesiony sukces, kamienica w Mayfair, włoskie, marmurowe posadzki na podłodze, ekspres do kawy i osobna garderoba tylko jej się przyśniły. A tak naprawdę ciągle tam mieszka i wiedzie tamto życie – w brudzie i niedostatku, chociaż jakże fascynujące dla młodej, przebojowej dziewczyny o rezolutnym spojrzeniu, którą wtedy była.

W dniu, kiedy stanęły z Milly przed sześciopiętrową kamienicą przy Kenway Road, były gotowe na wszystko, wolne od wątpliwości i obaw, które dały o sobie znać dopiero znacznie później, wraz z wiekiem. Był to ostatni adres na długiej liście pokoi na wynajem, które pozakreślały w gazecie po skrzętnym przejrzeniu ofert, i gdy tylko przekroczyły próg, wiedziały, że dobrze trafiły. Drzwi otworzyła im elegancka, wytworna kobieta ubrana w jedwabne kimono, paląc cygaretkę przez lufkę z kości słoniowej. Przedstawiła się jako Trudy. Zajmowała mieszkanie na ostatnim piętrze. Pru wyjrzała przez jedno z dwóch wysokich okien osadzonych w głębokich wnękach na podeście i jej oczom ukazała się wspaniała panorama londyńskich wież sięgająca aż poza Fulham. Z zachwytem błądziła wzrokiem po dalekiej, najeżonej ceglanymi kominami linii widnokręgu. To tu, pośród dachów zachodniego Londynu, u boku tej śmiałej, obytej w świecie kobiety miała się rozpocząć ich wielka życiowa podróż. Pru podążyła korytarzem za Trudy, podziwiając jej pewny siebie, pełen wdzięku krok w butach na wysokich obcasach i otaczającą ją aurę seksapilu. Postanowiła, że nauczy się chodzić w ten sposób, a gdy będzie miała dość pieniędzy, kupi sobie parę czerwonych szpilek ze skóry, takich jak te należące do Trudy.

„Kim jest David Parkes?” – zapytała Milly, przystając z wyciągniętym palcem przed oprawionym w ramki dyplomem wiszącym na ścianie. „David był… ekhm… moim bratem” – odpowiedziała Trudy, marszcząc starannie wyprofilowane brwi. – „Umarł kilka lat temu”. „Tak mi przykro” – pośpieszyła Pru, gromiąc Milly spojrzeniem. Kuzynka zawsze musiała chlapnąć coś bez zastanowienia.

Opowiedziały Trudy, że marzą o otwarciu własnej piekarni połączonej z cukiernią i kawiarenką, których pieczywo i desery nie miałyby sobie równych w calutkim Londynie.

W przeciwieństwie do wszystkich innych, którym dotąd zwierzyły się ze swoich planów, Trudy nie parsknęła ironicznym śmiechem, lecz pokiwała głową, wypuszczając z ust zgrabne kółka dymu. Potem zacisnęła umalowane na karminowo usta i rzekła: „Moim zdaniem ludzie pozbawieni marzeń żyją tylko w połowie, a ja chcę żyć pełnią życia”. Pru była pod wrażeniem. Słowa Trudy zabrzmiały niezwykle poetycko. „Ale same marzenia na nic się nie zdadzą, jeżeli nie będą poparte ciężką pracą. Trzeba mieć marzenia, ale też wyznaczyć sobie drogę, żeby je osiągnąć. Marzeniami człowiek się nie naje ani nie wypcha portfela”.

Pru podświadomie dotknęła ukrytej w kieszeni portmonetki, w której znajdowały się pieniądze na czynsz za pierwszy tydzień, karnet autobusowy i jej szczęśliwa moneta z dziurką w środku. Tyle właśnie wynosił ich cały wspólny majątek. Skinęła głową, rozmyślając o tym, w jaki sposób mogłyby utorować sobie drogę do wymarzonego celu – tę, która ostatecznie doprowadziła je do lśniącej witryny Plum Patisserie.

„A pani o czym marzy?” – zapytała Milly znad ramienia Pru. Trudy przeniosła uwagę na młodszą z dziewcząt i niespiesznie zaciągnęła się cygaretką. „O odrobinie miłości” – odparła, po czym odwróciła się i postąpiła kilka kroków naprzód. – „Jak każdy”.

Droga, kochana Trudy.

Pru zamknęła drzwi swojej sypialni i wetknęła głowę do kuchni, gdzie odnalazła Milly ubraną w jednoczęściowy, cętkowany dres.

– Co ty masz na sobie? – pokręciła głową.

– Niedawno go kupiłam. W życiu nie miałam nic wygodniejszego! Możliwe, że nigdy już go nie zdejmę.

– Zrobisz nam świetną reklamę.

Milly zanurzyła pulchny rogalik francuski w filiżance z kawą i wpakowała sobie rozmokłą breję do ust.

– Fuj – skrzywiła się Pru.

– Tak się robi we Francji! – zapewniła Milly z pełnymi ustami.

– Być może, ale ty nie jesteś Francuzką, Mills.

– Że co? Chyba żartujesz! Mon Dieu! Byłam przekonana, że dzieciństwo w Bow to tylko niecny wybryk mojej wyobraźni, a tak naprawdę wychowałam się na wytwornych przedmieściach Paryża! – Milly mrugnęła figlarnie.

Pru z uśmiechem opuściła mieszkanie i zeszła po schodach na parter. Wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi do kawiarni. Uzgodniły z Milly, że będą na zmianę dokonywać porannego obchodu i w tym tygodniu przypadała jej kolej. Prawdę mówiąc, po dwudziestu latach prowadzenia biznesu i przy zaufanym zespole pracowników ze sławnym Guy Baudinem na czele, rzecz ograniczała się do dyskretnego zaznaczenia obecności szefowej przez przywitanie wszystkich po kolei i rzutu oka na postępy w przygotowaniach, a nie rzeczywistej pracy.

Po kawiarni uwijały się już dziewczyny z ekipy sprzątającej w niebieskich kombinezonach i z włosami upiętymi wysoko w luźne koczki, polerując mosiężne wykończenia żółtymi ściereczkami i myjąc jasną, drewnianą podłogę pokrytą lakierem. Pierwsze promienie słońca przenikały zrazu nieśmiało przez szerokie okno wystawowe opatrzone logo Plum Patisserie, sięgając stopniowo coraz dalej i dalej, niczym rozkładany przez tancerkę wachlarz, aż rozpełzły się bezkarnie po całym wnętrzu, wydobywając z mroku stoły przystrojone smukłymi wazonikami z pączkami białych różyczek, przeszkloną gablotkę wystawową zaaranżowaną na wzór dziewiętnastowiecznych paryskich kawiarenek oraz wielopoziomowe szklane patery na ciasto i porcelanowe talerzyki z ręcznie malowanymi motywami kwiatowymi wijącymi się wzdłuż misternie żłobionych brzegów. Wkrótce miały się one zapełnić kuszącymi kompozycjami ptysiów z kremem i konfiturą, pulchnych lukrowanych drożdżówek i oprószonych cukrem pudrem babeczek oraz wykwintnych ciast francuskich z marcepanowym nadzieniem i posypką z pokruszonych migdałów, doskonałych z filiżanką aromatycznej kawy parzonej na miejscu.

Pru najbardziej lubiła ten moment w ciągu dnia, zanim do lokalu napływały tłumy złaknionych słodkości klientów, zanim zaczynały pojawiać się problemy, a jej nie pierwszej już młodości członki ogarniało narastające zmęczenie.

– Dzień dobry paniom! – zawołała śpiewnie. Wiele z nich nie znało angielskiego, ale domyślając się znaczenia jej słów z tonu głosu, uśmiechnęły się i skinęły głowami w odpowiedzi. – Świetnie to wygląda, dziękuję bardzo.

Dziewczęta znów skłoniły się z uśmiechem.

Gdy krętą klatką schodową schodziła do sutereny, ostatni stopień nieoczekiwanie skrzypnął pod jej ciężarem. Krzyknęła i znieruchomiała z jedną ręką przy piersi, a drugą opartą o ścianę, żeby opanować rozszalałe tętno. Wreszcie, z głębokim westchnieniem przylgnęła bezwładnie do chłodnego tynku, ocierając dwoma palcami drobne kropelki potu, które wystąpiły jej nad górną wargą. Przyłożyła do mostka rozpłaszczoną dłoń i wyrównała oddech.

– No już, weź się w garść, durna cielęcino.

Cały czas jej się to zdarzało. Wystarczył krótki błysk, przelotne skojarzenie jakiejś sceny lub dźwięku, a natychmiast dopadały ją wspomnienia, które najchętniej wymazałaby z pamięci na dobre.

Odczekała chwilę i dopiero gdy udało jej się przywołać na twarz uśmiech, pchnęła szerokie, podwójne drzwi wahadłowe z okrągłymi szybkami w mosiężnym obramowaniu. W jednej chwili owiał ją zapach świeżo upieczonego chleba, który zawsze działał na nią kojąco, dając poczucie ciepła i sytości. Przywoływał przytulny spokój ognia na kominku i bezpiecznego, domowego zacisza.

– Dzień dobry, Guy.

– Dobry? No nie wiem! – Guy cisnął podkładkę z wykazem dostaw na blat z nierdzewnej stali.

Nie było to nic nowego. Guy musiał już się urodzić ze zmarszczonymi brwiami i pełnym irytacji westchnieniem. Smukły jak źrebak, z idealnie równomierną opalenizną nieblaknącą przez cały rok, zdawał się czerpać siły witalne z kofeiny i własnego wzburzenia.

– Co się stało? – Pru w ostatniej chwili powstrzymała się, żeby nie dodać „znowu”. Starała się wybaczać Guy jego wieczne niezadowolenie oraz skłonność do dramatyzowania, bo idące z nimi w parze perfekcjonizm i zmysł estetyczny zapewniały kawiarni najwyższy standard zarówno przyrządzanych specjałów, jak i obsługi. To jego dbałości o szczegóły i nowatorskim pomysłom Plum Patisserie zawdzięczała swoją światową renomę producenta najbardziej wyrafinowanych wypieków artystycznych. Pru lubiła określać Guy jako klejnot w swojej koronie.

– Specjalnie zaznaczyłem w zamówieniu, że na dziś potrzeba będzie więcej cytryn do dessert du jour, bo zaplanowałem kruche ciasteczka migdałowe z musem cytrynowym, a przysłali mi tyle, co zwykle. Ci ludzie doprowadzają mnie do szału! Uparli się chyba, żeby zrujnować mi dzień. W takich warunkach nie da się pracować! – Wziął do rąk siatkę pełną Bogu ducha winnych owoców i skrzywił się, jakby przyniesiono mu zdechłego szczura, a nie źle odważony przydział połyskliwych cytrusów.

– Nie przypuszczam, żeby próbowali zrujnować ci dzień. Pewnie po prostu zapomnieli albo pomylili zamówienia. Wiesz, jak jest, kiedy coś nagle odbiega od normy. Zawsze po drodze zakradnie się jakiś błąd. Może posłalibyśmy kogoś do sklepu po więcej?

Guy oparł dłonie na biodrach.

– Chyba nie mamy wyjścia.

Pru zauważyła w jego oczach krótki błysk zawodu jak zawsze, gdy okazywało się, że pożar można łatwo i szybko ugasić.

– Aha, Guy, mógłbyś też sprowadzić kogoś, żeby naprawił najniższy stopień schodów do kuchni? Skrzypi. – Odkaszlnęła.

– Ojej, Pru! Co z tego, że skrzypi? Moglibyśmy codziennie wzywać tu technika do czegoś, co skrzypi. Ten budynek ma ponad sto lat, nic dziwnego, że skrzypi! – Guy wzniósł rozpostarte dłonie do sufitu.

– Jeżeli o mnie chodzi, możemy wzywać technika czy techniczkę codziennie, a w razie potrzeby nawet co godzinę, bez względu na koszty. Nie mogę znieść tego dźwięku. Nie mogę i koniec. Okej?

– Okej. – Wzruszył ramionami i wymruczał coś w ojczystej francuszczyźnie.

– Jak idzie dekoracja wystawy? – Pru wiedziała, jak najłatwiej odwrócić jego uwagę i szczerze mówiąc, sama też chciała zmienić temat. Między otoczonym oknami wejściem do kawiarni a drzwiami wiodącymi do mieszkań na górze znajdował się przeszklony wykusz z logo cukierni. Była to jedyna pozostałość po zajmującej niegdyś róg ulicy wiktoriańskiej aptece, którą zastąpił ich obecny lokal. Nieco ponad półtorametrowej głębokości wnęka przeznaczona na wystawę idealnie nadawała się do ekspozycji najnowszych arcydzieł wychodzących spod mistrzowskiej ręki Guy. Ich witryna szybko stała się najchętniej fotografowanym miejscem w całym Mayfair, ku wielkiej radości Pru. Nieważne, czy zdjęcia były robione dla prasy czy przez przypadkowego turystę – fakt, że jej logo i wypieki cieszyły się tak szerokim uznaniem, gwarantował jej świetną reklamę.

Guy złożył ręce przy ustach, momentalnie zapominając o cytrynowym dramacie i niezrozumiałej kwestii skrzypiącego schodka.

– Och, Pru! Mówię ci, jest więcej niż rewelacyjna. Boska! Nie, więcej niż boska, jest… oszałamiająca, jest… Po prostu brak mi słów. – Guy podniósł trzy środkowe palce do zaciśniętych ust i zamrugał gwałtownie.

– Aż tak?

Skinął głową, niezdolny wykrztusić słowa.

– Mais oui, a nawet lepiej. – Z trudem łapał oddech.

Pru uśmiechnęła się. Zachwycał się w ten sposób każdym swoim dziełem, lecz musiała przyznać, że jego entuzjazm zawsze okazywał się w pełni uzasadniony.

– Nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczę. A jak tam poszukiwania nowego asystenta?

– Nawet. Mnie. Nie. Denerwuj! – Wystawił w jej stronę ostrzegawczo rozpostartą dłoń. – Wszyscy, których mi przysyłają, są całkiem do niczego. Po każdym nieszczęsnym spotkaniu odbywam z agencją tę samą rozmowę. Już sam nie wiem, jak im wytłumaczyć, że nie potrzebuję cukiernika! Cukierników jest na świecie na pęczki. Bez obrazy, Pru.

– Nie ma sprawy. – Pru była nader dumna ze swojego zawodu.

– Mnie jest potrzebny artysta! Człowiek z wrażliwością, wyczuciem, pełen pasji i wyobraźni, wizjoner, który będzie potrafił stworzyć z lukru prawdziwe dzieło sztuki i urzeczywistnić najśmielsze fantazje! Czy to takie trudne? – Drugi raz w ciągu kilku minut wydawał się bliski łez.

Pru patrzyła na niego, szukając w myślach stosownej odpowiedzi i zastanawiając się przy tym, czy taki właśnie opis kandydata przekazał agencji pracy. Po chwili zrezygnowała i porzuciła temat.

– Muszę dziś rano wyjść. Bobby ma przymiarkę w Spitalfields, ale Milly zostanie na straży, jakby co.

– Przymiarkę sukni? Cudownie! Widziałem ich wczoraj po południu, szli ulicą, trzymając się za ręce. Wyglądali jak sen o miłości. Mój Boże, ależ są razem uroczy! Wyobrażasz sobie, jakie śliczne będą les enfants? Opatrzność nad nimi czuwa, to pewne.

– Wiem, Bobby ma wielkie szczęście, że nie jest podobna do mnie, tylko do swojej matki. Była najpiękniejszą kobietą, jaką znałam.

Pru nieczęsto o tym wspominała. Astrid wyjechała do Indii, kiedy Bobby miała trzy miesiące, zostawiając córkę pod opieką swojego wiecznie naćpanego chłopaka Alfiego. Stwierdziła, że potrzebuje swobody i duchowego oczyszczenia, najwyraźniej nie rozumiejąc, że jej córka z kolei potrzebowała mieć mamę przy sobie, a nie na dystans dziesięciu tysięcy kilometrów. Paradoksalnie ta decyzja chyba jednak ocaliła Astrid życie. Zabawiała się narkotykami tak samo jak Alfie, ale zdążyła zniknąć, zanim on przerzucił się na heroinę, która ostatecznie go zabiła.

– Co ty mówisz, Pru, oczywiście, że jest podobna do ciebie. Jesteś piękna w środku i na zewnątrz. Widzę to… – Guy osłonił sobie oczy dłonią. – Zrobiłabyś furorę w reklamie protez dentystycznych albo dźwigów schodowych!

Pru cisnęła w niego serwetką i wyszła z kuchni szczerze rozbawiona.

* Jedna z ubogich dzielnic we wschodniej części Londynu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
** Dzielnica Londynu położona na południowy zachód od centrum miasta, dawniej słynąca z intensywnego życia nocnego.

Dwie godziny później Pru stała w podziemnej, rzęsiście oświetlonej przymierzalni Spitalfields, czując w skroniach początki migreny od oślepiającej bieli ścian i podłogi. Bella obejrzała się na nią z błagalnym wyrazem twarzy – Bobby nie ułatwiała jej zadania.

– Bobby, przestań się wiercić, bo przeszkadzasz Belli! – Pru przyłożyła sobie rękę do czoła i rozluźniła szczęki. – Jeżeli się nie uspokoisz, to zaraz któraś z tych szpilek skończy w twoim ciele – fuknęła na bratanicę, która podrygiwała w miejscu i potrząsała rękami, rozgadana i ożywiona.

Pru przesunęła ręką po włosach, po czym wyciągnęła przed siebie prawą dłoń i przyjrzała się srebrnemu pierścionkowi z roziskrzonym brylantem spoczywającym luźno na jej palcu. Kupiła go sobie sama jako symbol swojego sukcesu i niezależności oraz dowód dobrego smaku. Nie mógł w pełni zastąpić pierścionka od mężczyzny, ale i tak pomagał. Wygładziła palcami przód granatowego żakietu Chanel, upewniając się, czy wszystkie guziczki są należycie zapięte i obciągnęła rękawy tak, aby nie zasłaniały jedwabnych mankietów bluzki. Była dumna, że choć dobiega już siedemdziesiątki, wciąż może się poszczycić smukłymi nogami i zgrabną sylwetką oraz szykownym ubraniem. Myśl o tym zawsze podnosiła ją na duchu.

– Takczysiakmogęcięukłuć – wymamrotała Bella i puściła oko.

– Nawet się nie waż! – zawołała Bobby.

– Stój prosto! – upomniała Pru. Wszystkie te przygotowania okazały się o wiele bardziej stresujące, niż którakolwiek z nich przypuszczała.

Wykonała ramionami przepraszający gest w stronę Belli, przysadzistej, zażywnej krawcowej, która z ustami pełnymi okrągłych łepków szpilek i poduszeczką przymocowaną do przegubu dłoni, majstrowała zawzięcie przy rąbku sukni, naciągając, marszcząc i upinając zwiewny materiał.

Przyszła panna młoda stała na około trzydziestocentymetrowym podwyższeniu, niemal szorując głową po nisko zawieszonym suficie.

– Nie mogę, ciociu, jestem za bardzo przejęta! Czuję się jak figurka na szczycie twojego tortu. Nie mogę uwierzyć, że za niecały rok będę panią Williamową Fellsley! To już tylko jedenaście miesięcy, zleci, ani się obejrzymy.

Jeszcze całe jedenaście miesięcy! Pru znów odetchnęła głęboko.

– Zastanawiałam się nad bukietem – trajkotała Bobby – i już dokładnie wiem, jaki chcę. Będę mieć pęk białych lilii przetykanych gałązkami bluszczu. Chciałabym, żeby wyglądały jak przypadkowo zebrane i ułożone naprędce w trochę bezładną, ale śliczną wiązankę! Nie sądzisz, że to będzie cudowne? – podskoczyła i klasnęła w ręce.

– Tak, Bobby, cudowne. Mój organizm chyba domaga się cukru.

– Myślałam, że odstawiłaś słodycze?

– Odstawiłam, ale niekiedy miewam wątpliwości, czy to był dobry pomysł. – Pru nie wyjawiła, że wspomaga się jedną lub dwiema paczkami żelków w ciągu szczególnie uciążliwych dni. A wszystko wskazywało na to, że to będzie jeden z nich.

Roberta Plum położyła smukłą, wypielęgnowaną dłoń na wiotkiej talii i rozciągnęła usta, przygryzając policzek. Przybierała tę minę, ilekroć sprawy szły nie po jej myśli.

– Ciociu, wyglądasz na znudzoną. Chyba nie do końca cieszysz się razem ze mną.

– Cieszę się, kochanie. Tyle że cieszymy się z tobą od dziesięciu miesięcy i czasami już nie mogę słuchać o tym, jaki cudowny jest Billy, co powiedział, dokąd cię zaprosił, co miałaś na sobie, co zjadł, dokąd się wybieracie w podróż poślubną i ile zamierzacie mieć dzieci, poczynając od chłopca o imieniu Harry.

– Henry, a nie Harry! Wiedziałam, że mnie nie słuchasz.

Pru potarła skronie i zamknęła oczy, masując głowę kciukami, jakby doskwierał jej jakiś niewidzialny ucisk.

– Przepraszam, skarbie, masz rację. Musiałam być rozkojarzona, kiedy o tym mówiłaś.

Pewnie jak zwykle w trakcie paplania bratanicy przebiegała w myślach listę spraw, którymi należało się zająć. Przypilnować dostawy lukru, wezwać kogoś do naprawy drugiego robota do ciasta chlebowego, wystawić fakturę dla hotelu The Dorchester, wysłać lady Miriam próbki kolorów tortu urodzinowego do wyboru, zadzwonić do działu kreatywnego w Condé Nast, ponaglić agencję w kwestii poszukiwań asystenta, umówić się do Cleo na strzyżenie, zamówić farbę do pomalowania fasady…

– Możesz powtórzyć, Bobby? Przysięgam, że będę uważać.

Bobby rozpogodziła się, a Pru ogarnęło znajome wrażenie ciepła na widok uśmiechniętej buzi bratanicy.

– No więc kiedy się już pobierzemy, najpierw zamieszkamy przy Curzon Street, ale tylko do czasu, aż William dostanie awans i wyślą go za granicę. Oby tylko w jakieś ciepłe miejsce. Jeżeli o mnie chodzi, to mógłby być Cypr albo Belize, chociaż wolałabym Cypr, bo wiesz, jak uwielbiam halloumi i taramosalatę, a nie mam pojęcia, co się je w Belize.

Pru zawsze z lekkim rozbawieniem traktowała ekscytację Bobby, która potrafiła cieszyć się jak dziecko z każdej błahostki. Z ulgą przyjęła również potwierdzenie, że dziewczyna nie od razu wyprowadzi się na koniec świata. Niechętnie myślała o tej chwili i cieszyła się, że jeszcze nieprędko to nastąpi. Będą miały z Milly czas, żeby się oswoić. Bobby zostanie jeszcze trochę w mieszkaniu na górnym piętrze, dzięki czemu będą mogły nadal nad nią czuwać, tak jak to robiły, odkąd zamieszkała z nimi nad piekarnią, gdy miała osiem lat.

– Postaram się zajść w ciążę tuż przed samym wyjazdem i przez dziewięć miesięcy będę się wygrzewać na słońcu, a pan major będzie robił, cokolwiek robią majorzy, a potem wrócę do Londynu, żeby urodzić chłopca, któremu damy na imię…?

– Henry! – dopowiedziała Pru.

Bobby skinęła głową usatysfakcjonowana.

– Tak, Henry! Bardzo dobrze, ciociu. A w dniu porodu przyniesiesz mi cały koszyk tych pysznych babeczek z białej czekolady przystrojony błękitną kokardą, a ponieważ ciągle jeszcze będę trochę gruba, będę mogła je zjeść bez żadnych wyrzutów!

Pru zaczęła grzebać w granatowej kopertówce z satyny w poszukiwaniu batona Galaxy, który nosiła w razie nagłej potrzeby.

– Nietutaj! – warknęła Bella wciąż ze szpilkami w ustach, piorunując czekoladkę wzrokiem. Ze zrozumiałych względów nieufnie odnosiła się do pomysłu dopuszczenia lepkiej, brunatnej mazi w pobliże zwojów białego atłasu z ręcznie naszytymi paciorkami.

– Oczywiście, Bello. Wiem przecież! Nawet nie zamierzam go jeść, po prostu lepiej się czuję, kiedy mam go w ręce i wiem, że ewentualnie mogę zjeść go później. Czego i tak nie zrobię, bo odstawiłam słodycze. – Wskazała batonikiem bratanicę obleczoną w bajeczne kaskady bieli. – Sama nie wiem, kiedy się taka zrobiła, daję słowo.

Bobby wyglądała olśniewająco z masą jasnych włosów spływających po lewym ramieniu i blaskiem w oczach nad szlachetnie wyrzeźbionymi policzkami.

Prawdę mówiąc, to, że Bobby wyrosła na błyskotliwą, tryskającą życiem młodą kobietę, kosztowało ją wiele starań, troski i wyrozumiałości. Po wyjeździe Astrid Alfie przez wiele lat męczył się samotnie, próbując zerwać z nałogiem i zapewnić opiekę swojej malutkiej dziewczynce. Jednak kiedy poczuł, że nie jest w stanie zwalczyć uzależnienia, powierzył Bobby Pru, swojej starszej siostrze, zamożnej i bezdzietnej właścicielce świetnie prosperującej cukierni. Niektórzy członkowie rodziny uznali go wówczas za bezdusznego drania. „Jak można oddać komuś córkę? Jaki człowiek wyrzeka się własnego dziecka?”, cmokali przepełnieni świętym oburzeniem, popijając herbatę i krzywiąc z przyganą usta. Te same usta, które przez lata wygłaszały tysiące powodów, dla których nie mogli mu pomóc, kiedy najbardziej tego potrzebował. Ale Pru i Milly odważnie stanęły w jego obronie z hardo uniesionymi głowami. One jedne rozumiały, co się naprawdę stało. Wiedziały, że było to z jego strony ogromne poświęcenie i gest największej miłości. Potrafił zdobyć się na to, żeby oddać swoją ukochaną dziewczynkę w ręce kogoś, kto zająłby się nią lepiej, mimo że pękało mu serce.

Pru nigdy nie zapomniała dnia, gdy Alfie pojawił się w drzwiach jej eleganckiego domu w Mayfair razem z małą istotką ściskającą w rączkach reklamówkę z całym swoim dobytkiem. Rozejrzał się, jakby w obawie, że ktoś go może przegonić. Miał zmatowiałe od niemycia włosy i poszarzałą, podziobaną wypryskami cerę. Pru zauważyła, że stracił więcej zębów, przez co zaciskał usta, przypominając starca, którym nigdy w końcu się nie stał. Ze zniszczonych tenisówek wyzierały bose, brudne stopy, a na śmierdzącej bluzie od dresu widać było plamy i przetarcia.

Pru ścisnęło się serce, kiedy nachylił się i pocałował Bobby w czubek głowy. „Będziesz grzeczną dziewczynką, tak?”. Bobby kiwnęła główką i przywarła do niego, obejmując go za nogi drżącymi ramionkami i krztusząc się od łez, które zostawiały jasne smugi na jej zapadłych policzkach. Buzia dziewczynki nosiła ślady stresu i cierpienia kogoś, kto doświadczył życia z narkomanem – życia w mrocznych piwnicach, nędzy i ciągłej niepewności.

Alfie oswobodził się z jej uścisku, po czym przytulił siostrę i ostatni raz pocałował córkę. Pociągnął nosem, wbił ręce w kieszenie i szybkim krokiem odszedł z ich życia. Nie obejrzał się ani razu. Pru i Bobby spoglądały za nim, dopóki nie zniknął za rogiem, a wtedy dziewczynka wydała z siebie rozdzierający krzyk i rozpaczliwie zatupała w miejscu. Pru otoczyła jej drobną postać ramionami. „Wszystko będzie dobrze, Bobby, zobaczysz”. „Ja… ja chcę do taty! Musi po mnie wrócić! Chcę do domu! Nie lubię cię!” – załkała żałośnie.

Od tamtej pory minęło jedenaście lat – a teraz stała na podium, promieniejąc szczęściem.

– Nie do wiary. Wygląda jak Veronica Lake. – Pru nieświadomie wypowiedziała swoje myśli na głos.

– Kto to jest Veronica Lake? Mam nadzieję, że nie ma nic wspólnego z Ricki Lake! – Bobby wysunęła dolną wargę z niesmakiem.

Pru pokręciła głową.

– Słyszysz, Bello? Wydałam majątek na jej edukację. Mówi i zachowuje się, jakby przyszła na świat ze srebrną łyżeczką w zębach, ale siano w głowie jak było, tak jest.

– Stanowczo protestuję! To nie moja wina, że posłałyście mnie do elitarnych szkół. Zawsze słyszałam, że nie chcesz, żebym mówiła jak ty i Milly, a teraz, kiedy tak jest, tylko się ze mnie śmiejesz. Ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby chodzić do tej samej szkoły, co wy. Nie widziałabym żadnej różnicy. – Bobby skrzyżowała ręce na piersi dokładnie w taki sam sposób, w jaki stawiała opór jako mała dziewczynka.

– Podpuszczam cię tylko, Bobby. Mówisz pięknie i cała jesteś piękna. Poza tym nie wytrzymałabyś nawet pięciu minut w naszej dawnej szkole, o ile jeszcze nie zburzyli jej pod wytwórnię zapałek. Nie mieszkałabyś w Mayfair i nie byłoby dnia, żeby nie zabrano ci na przerwie zegarka lub pieniędzy na obiad. I nie przejmuj się, jesteś warta każdego grosza, moja najdroższa dziewczynko. Chciałam, żebyś wyrosła na damę, i udało się.

– Tylkożebyminieprzytyła! – wybełkotała Bella, przestraszona tym, że do ślubu został jeszcze prawie rok.

– Bez obawy, Bella. Apetyt ma jak wilk, ale nie przybiera nawet kilograma. To niesprawiedliwe.

– Iktotomówi – zamruczała Bella, wskazując brodą smukłą figurę Pru.

– Myślisz, że William już zawsze będzie mnie kochał? – zapytała Bobby, przygryzając usta i mrugając gwałtownie. Wspomnienie taty, człowieka, który kochał ją najbardziej na świecie, a mimo to zostawił ją i odszedł, nawet się nie oglądając, nieustannie żyło w jej pamięci. I nieważne było, czemu to zrobił. Zostawił ją i tej rany nic nie mogło uleczyć.

– Musiałby upaść na głowę, żeby cię nie kochać. A niech no tylko pomyśli, żeby zrobić ci krzywdę, to będzie miał ze mną do czynienia – zapewniła Pru tylko na poły żartobliwie.

Nie podzieliła się z Bobby obawami co do Williama. Zachowywał jakiś dziwny dystans. Nie żeby był zupełnie obojętny, ale z pewnością nie wydawał się tak zaangażowany jak jego przyszła żona. Zdaniem Milly Pru była nadopiekuńcza. Ale przecież Alfie oddał swoją najdroższą dziewczynkę w jej ręce, nie mogła zawieść jego zaufania. Nigdy nie zapomniała słów, które wypowiedział tamtego wieczoru. Kiedy Bobby płakała i wiła się w progu domu, Alfie popatrzył w niebo, a potem na chodnik i pogłaskał córeczkę po głowie i ramionach, nie mogąc spojrzeć w oczy tej jedynej na świecie istotce, której nie potrafił okłamywać. Pokręcił bezradnie głową. „Nie wrócę po ciebie, Bob. Ale nie bój się, ciocia Pru się tobą zaopiekuje”.

Bobby jakby czytała jej w myślach.

– Ciekawe, co powiedziałby tata, gdyby mnie teraz zobaczył! – Zebrała w ramiona sute fałdy spódnicy i z lubością pozwoliła im opaść. – Ostatnio uświadomiłam sobie, że spędziłam bez niego większość mojego życia, a wcale tego nie czuję. Jakie to dziwne, że można tak strasznie tęsknić za czymś, co miało się tylko przez chwilę.

Alfie umarł samotnie cztery miesiące później w zapyziałej suterenie w Hackney. Po jego odejściu Pru przez wiele dni rozpaczała – nie tyle z powodu tego, jak umarł czy nawet jaki ból jego śmierć miała sprawić Bobby, ale dlatego, że zasługiwał na więcej i gdyby tylko miał szansę zacząć jeszcze raz, przy odrobinie wiary w siebie mogło mu się udać.

Bobby przyjęła wiadomość o jego śmierci dziwnie obojętnie, co poważnie zaniepokoiło Pru i Milly. Pru posadziła małą na kanapie i próbowała wytłumaczyć jej, że nie ma nic złego w tym, że czuje się smutna i ma ochotę popłakać po odejściu taty. Dziewięcioletnia Bobby wzruszyła ramionami, odgarnęła grzywkę i spojrzała na ciotkę nieruchomo. „Wiem, ale ja już wypłakałam za nim wszystkie moje łzy. Odkąd mnie tu zostawił, wiedziałam, że nie zobaczę go nigdy więcej, i przez to jest mi smutno cały czas: kiedy budzę się rano, czasem w szkole i zanim pójdę spać. Jestem już tak smutna, jak mogę. Nie potrafię bardziej”. Jej słowa były tak szczere i poruszające, że Pru poczuła łzy pod powiekami.

Teraz popatrzyła na jego uroczą dorosłą córkę i skinęła głową.

– To prawda, kochanie. Ja też nadal nie mogę się z tym pogodzić. Ciągle mam wrażenie, że lada chwila pojawi się cały rozpromieniony i opowie mi coś zabawnego. Nikt inny nie umiał rozśmieszyć mnie tak jak on.

– Tak mi żal, że nie spotkał Williama. Z początku powiedziałby, że to bufon, ale kiedy już poznaliby się bliżej, na pewno by go polubił. Nie obchodzi mnie, kim mój tata był i co robił. Dałabym wszystko, żeby poprowadził mnie do ołtarza. Gdyby tylko mógł wrócić na ten jeden dzień!

– Moja kochana. – Pru z wysiłkiem przełknęła dławiącą gulę w gardle, której nie mogła się pozbyć od dziesięciu lat. – Na pewno byłby z ciebie niesamowicie dumny! Ale on jest przy tobie cały czas i zawsze nad tobą czuwa. Wiesz o tym, prawda?

Bobby skinęła głową. Wiedziała.

Wieczorem tego dnia William opadł bezwładnie na fotel w mieszkaniu Pru, potarł oczy i wyciągnął długie nogi przed siebie. Skrzyżował w kostkach ciężkie wojskowe buty i splótł ręce za głową.

– Jestem wykończony.

– Tak? A co ja mam powiedzieć po całym dniu u krawcowej z twoją narzeczoną? Należy mi się przynajmniej jeden z twoich orderów. Trwało to kilka godzin, ale wlokło się co najmniej jak tydzień!

– Jak wygląda?

– A jak ci się wydaje?

William uśmiechnął się.

– Szkoda, że nie mogę jej zobaczyć. – Zapatrzył się przed siebie.

– Zobaczysz w końcu, głuptasie! – roześmiała się.

– No tak, jasne. – Kiwnął głową. Głuptas.

Ziewnął. Rzeczywiście wydawał się zmęczony. Pru fascynował jego swobodny styl bycia i pewny siebie ton wyraźnie świadczące o tym, że jako jedyny przedstawiciel płci męskiej przyjął na siebie rolę przewodnika ich małego stadka. Prawdę mówiąc, trochę dziwnie się czuła z mężczyzną w rodzinie. Odkąd jako nastolatka wyprowadziła się z domu od braci, zawsze mieszkała wyłącznie z kobietami. Nigdy nie wyszła za mąż ani nie była w związku, toteż wyraźnie odczuwała obecność Williama, jego ruchy i zachowanie. Wnosił do domu nową dynamikę, jakiś inny nastrój.

William Fellsley miał pewność siebie człowieka z wyższych sfer, którą dodatkowo ugruntował nadany mu bardzo wcześnie stopień dowódcy wojskowego. Gdyby Pru jako młoda dziewczyna zetknęła się z tak stanowczym sposobem bycia, z pewnością czułaby się speszona i zahukana. Ale nie dzisiaj. Przystanęła przed wielkim kominkiem swojego domu w Mayfair.

– Nad czym tak rozmyślasz? Miałeś ciężki dzień w biurze?

– Powiedzmy. – Zwarł szczęki i zmarszczył brwi, tłumiąc kolejne ziewnięcie. – Chodzą słuchy, że pułkownik wyznaczył mnie do udziału w szkoleniu. Czekam jeszcze na oficjalne potwierdzenie, ale wszystko na to wskazuje.

– Moje gratulacje, Billy. To świetnie!

– I tak, i nie. To rzecz jasna wielkie wyróżnienie i ważny krok w karierze. Komisja do spraw promocji bierze takie rzeczy pod uwagę, ale to oznacza, że przez trzy miesiące z przerwami co drugi weekend będę poza domem, a to mi się średnio uśmiecha.

– O nie! Naprawdę? Bobby będzie niepocieszona. Nie mógłbyś wziąć jej ze sobą? – Pru już słyszała żałosne zawodzenie bratanicy. – Mogłabym na weekendy zamówić wam pokój w hotelu, czulibyście się jak na wakacjach!

William potrząsnął głową.

– Obawiam się, że nie. To miło z twojej strony, wielkie dzięki, Pru, ale tam trzeba ostro zasuwać. Program jest bardzo intensywny, a wieczorami i w weekendy organizują zajęcia, których nie mogę opuścić: imprezy integracyjne, sesje planistyczne i takie tam. Bobby nie miałaby co ze sobą zrobić, nie czułbym się z tym dobrze. Już wolę, żeby została tutaj z wami, niż siedziała sama w hotelu, gapiąc się na zegar i buszując w barku.

Pru złożyła dłonie.

– Cóż, będziemy musiały jakoś dać sobie radę i postarać się, żeby te weekendy, kiedy będziesz wracał, były absolutnie wyjątkowe. Gdzie odbywa się to szkolenie?

– W Ashford, w Kent. Nieprzesadnie daleko, ale wystarczająco.

– Wystarczająco do czego?

– Żeby wszystko pogmatwać!

Pru skinęła głową.

– Przeżyjesz, mój drogi. Trzy miesiące to w sumie nic, kiedy macie przed sobą całe życie. Poza tym wiesz, co mówią: rozłąka zbliża kochanków, czy jakoś tak.

– Słyszałem. Chociaż, szczerze mówiąc, wolałbym nie testować tej teorii.

Pru uśmiechnęła się zadowolona, że William nie chce rozstawać się z jej ukochaną dziewczynką.

Jak na zawołanie do pokoju wleciała Bobby.

– Tu jesteś, kapitanie! – Wpakowała się Williamowi na kolana z nogami przerzuconymi przez oparcie fotela i wtuliła mu twarz w szyję, obsypując go pocałunkami. – Tęskniłam za tobą.

– Widzieliśmy się dziś rano! – parsknął śmiechem, przyjmując pieszczoty jak od rozemocjonowanego szczeniaka.

– Wiem – zamruczała – ale mnie się dłuży każda godzina bez ciebie, a co dopiero caluteńki dzień.

– Że też muszę chodzić do pracy. Gdyby nie to, moglibyśmy bawić się razem bez przerwy, co?

– Właśnie! – odparła Bobby, nie zauważając ironii w jego głosie.

William zerknął na Pru. Trzy miesiące rozstania mogły okazać się trudniejsze, niż myśleli.

– Jesteś gotowa na przyjęcie zaręczynowe, Pru? – spytał William nad głową narzeczonej.

– Tak, już się nie mogę doczekać – skłamała.

– Będzie świetnie. Moja mama bardzo się cieszy, że znów cię zobaczy, i nie tylko dlatego, że chce porozmawiać o weselnym torcie!

– O to nie musi się martwić. Guy już dawno wszystko zaplanował. Bez wątpienia będzie to tort roku, a nawet dekady. Już on się o to postara!

Bobby zapiszczała.

– Na samą myśl aż wszystko we mnie kipi! Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, co stworzy. Ufam mu całkowicie, to prawdziwy geniusz.

– To prawda – zgodziła się Pru.

– Mama zaprosiła mnóstwo starych znajomych, przyjadą też moi kumple z Sandhurst*. Na pewno nie chcesz zabrać się z nami już w piątek wieczorem? Mamy wolne miejsca w samochodzie, mogłybyście z Milly spędzić weekend w Mountfield. Mama byłaby zachwycona. Poiłaby was winem od rana do wieczora i kazałaby sobie opowiadać, jak jest w środku tych wytwornych domów, w których tak często bywacie.

Pru zakaszlała lekko. Trudno było jej sobie wyobrazić bardziej makabryczny scenariusz.

– Podziękuj mamie, mój drogi, ale mam teraz masę pracy. O tej porze roku w cukierni jest istne urwanie głowy: śluby, chrzciny i tak dalej. Wydaje się, jakby z początkiem wiosny cały kraj wpadał w szał imprezowy. Nie żebym narzekała! Ale nie mogę zniknąć na dłużej niż to naprawdę konieczne, to byłoby nie w porządku wobec Guy. Zarezerwowałam już samochód na niedzielę. Obiecuję, że dotrzemy na obiad.

– Znakomicie! – William klasnął w ręce.

Taaa, pomyślała Pru, znakomicie, psiakrew. Dobrze chociaż, że nie musiała jechać tam sama. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że Milly da się przekonać i zdejmie ten swój dresik w panterkę.

* Centrum szkoleniowe kadry oficerskiej armii brytyjskiej na pograniczu hrabstw Berkshire i Surrey.

Pru przemieściła się dyskretnie bliżej wyjścia, gdy w torebce zabrzęczał jej telefon.

– Ha-lo? – Wysiliła się na radosny ton i rozciągnęła usta w sztucznym uśmiechu.

W słuchawce przez krótką chwilę panowała cisza.

– Widziałaś go już?

– Czy co widziałam, Milly? – Pru doskonale wiedziała, o co chodzi kuzynce.

– Jak to co, tort zaręczynowy!

– Nie, nie widziałam. A ponieważ z tobą nie rozmawiam, to chyba by było na tyle – rzekła Pru z westchnieniem.

– A co niby robisz w tej chwili?

– W tej chwili nie mam wyboru. Nie udawaj, że nie rozumiesz.

– Nie do wiary, że się na mnie boczysz. Każdy inny na twoim miejscu, gdyby jego bliscy wylądowali w łóżku z zatruciem żołądkowym, raczej by się przejął czy przynajmniej okazał odrobinę współczucia.

– I po to dzwonisz, Mills? Po wyrazy współczucia?

– Nie! Dzwonię, bo jestem ciekawa przeklętego tortu!