Szczygły - Beata Ostrowicka - ebook + książka

Szczygły ebook

Beata Ostrowicka

5,0

Opis

Zojka lubi swoje miasteczko. Za nazwę, która kojarzy się jej z czymś miękkim jak aksamit, za to, że centrum jest blisko, i za pozostałości domu Kulików. W zdziczałym ogrodzie czas płynie inaczej. W okolicy często kręci się bezdomny piesek, Pętelek, którego dziewczyna dokarmia. Robi to także ten wiecznie ponury Igor. Zoja i Igor nie znają się dobrze, ale ich drogi coraz częściej się krzyżują. Choć tego nie wiedzą, wiele ich łączy. Pewnego dnia z przytuliska dla zwierząt, w którym oboje pomagają, ktoś kradnie Szczygły

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 127

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dedykacja

Dla Agaty i Kuby oraz Mai i Huberta

Rozdział I

Rozdział I

w którym niby nie dzieje się nic szczególnego i w którym trzeba przedstawić bohaterki i bohaterów, choć nie wszystkich

Matko i córko, po co mi wiedzieć o prawobrzeżnych i lewobrzeżnych dopływach Wisły?” – rozmyślała rozeźlona Zojka. Z nerwów pogryzała końcówkę długopisu. Wyglądał, jakby go dopadł wściekły bóbr.

„Jeśli kiedyś będę potrzebować, sprawdzę w necie. Tak samo z niektórymi wzorami z matmy czy fizyki. One swoją drogą, moje życie swoją. Człowiek inteligentny to nie człowiek nafaszerowany aż po kokardę niepotrzebnymi wiadomościami”.

Poprawiła opaskę z uszkami, która zsunęła się jej na czoło.

„No nic. Jedynka z gegry to nie koniec świata. Nauczę się, w przyszłym tygodniu poprawię i będzie dobrze” – postanowiła.

Pochyliła się, udając, że coś pisze, ale tak naprawdę rozglądała się po klasie.

Osiemnaście osób. Niewiele jak na warunki miastowe, ale tu było miasteczko. O wdzięcznej nazwie Ciele. Bez dworca kolejowego, który wiele lat temu popadł w ruinę, z małym rynkiem i wielkimi marzeniami mieszkańców. Dorosłych – że w pobliżu powstanie obiecana zagraniczna fabryka samochodów, więc przybędzie miejsc pracy, a młodszych – że McDonald.

Romuś, ulubieniec wszystkich nauczycieli, pisał z prędkością światła. Zojka, która siedziała obok, wykręcała głowę i zezowała na jego kartkę, żeby cokolwiek podejrzeć, ale Romuś mistrzowsko zasłaniał tekst ramieniem. Z kolei Antek dźgał Zoję w plecy, żeby się bardziej postarała.

Angela, wyglądająca zdecydowanie na więcej lat, niż wskazywałaby jej metryka, zdenerwowana kręciła w palcach końcówki włosów. Jeszcze parę miesięcy temu miała na głowie truskawkowe pasma. Teraz była różowawą blondynką. Według Zojki lekko prosiakowatą, według samej zainteresowanej – truskawkową. Angela do prawobrzeżnych zaliczyła Mazowsze, Śniardwy i Pięć Stawów, do lewobrzeżnych – Hel, Pilicę, Śląsk. Pod rozjaśnionymi lokami kołatał jej się jeszcze Dunaj, tylko nie mogła się zdecydować, do którego brzegu go przypisać. Zapatrzyła się w swoje pomalowane paznokcie. Szczególnie podobały jej się delikatne motywy roślinne. Piękno zawsze ją uspokajało i inspirowało. Tak było i tym razem. Dunaj do prawobrzeżnych.

Drobniutka Ula, najlepsza uczennica w klasie, starała się podpowiedzieć siedzącemu obok Fryderykowi. Zojce od pewnego czasu wydawało się, że Frydek się Ulce podoba. Jemu z kolei podobała się Mania, a Mani – Filip.

Mania. Kiedyś najbliższa przyjaciółka Zojki, kiedyś bliska jak siostra. Poznały się w przedszkolu. Najpierw wojowały o pudło z drewnianymi klockami, a potem już nie mogły bez siebie żyć. Przynajmniej do pewnego czasu.

Ostatnio nie potrafiły odnaleźć wspólnego języka. Mania, ciemnowłosa i żywiołowa, jednego dnia uwielbiała Zojkę, drugiego nawet nie raczyła się przywitać, zajęta rozmową z kimś innym czy wpatrywaniem się baranim wzrokiem w Filipa. Jednego dnia chciała zostać influencerką, drugiego lekarką. Jednego dnia nocowała u Zojki, drugiego nie odpowiadała na esemesy.

Zojka gubiła się w tych skokach nastroju, zaczynały ją solidnie męczyć. Choć czuła, że to, co je łączy, to już nie przyjaźń, że coś się nieodwołalnie zmieniło w ich relacjach, nadal o Mani mówiła i myślała jak o przyjaciółce. „Może teraz nie zawsze zachowuje się w stosunku do mnie w porządku, ale przez lata była super” – powiedziała kiedyś Jagodzie.

Odwróciła głowę w stronę ławki Mani. No tak. Norma. Rozanielony wzrok, wpółotwarte usta. Mania wgapiała się w Filipa jak sroka w gnat. Nawet nie zauważyła, że Frydek wcisnął jej pod łokieć ściągawkę, którą przed sekundą wręczyła mu Ulka. Zojka zgrzytnęła zębami i zerknęła kontrolnie na nauczycielkę. Pani Musiakowa zaparkowała przy ostatniej ławce. Przeglądała piórnik Olki w poszukiwaniu ściągawki.

– Zostało wam pięć minut – odezwała się surowo i zasznurowała usta. – Znacie mnie dobrze. Nie będzie ani minuty dłużej.

Nie raz i nie dwa Zojka zastanawiała się, czy ona takim samym głosem zwraca się do męża i córki Beatki, która chodziła do trzeciej klasy i choć nie za bardzo szło jej czytanie i pisanie, doskonale opanowała sztukę bycia dzieckiem nauczycielki. „Beatko, obiad na stole”. „Waldemarze, wszystkiego dobrego z okazji urodzin”.

„Teraz albo nigdy” – podjęła decyzję Zojka i rzuciła papierową kulkę, która pięknie wylądowała na Maninym czole.

Mania oderwała wzrok od boskich loków boskiego Filipa i rozejrzała się po klasie. Zauważyła ściągawkę. Przytomnie ją schowała, choć nie wiedzieć czemu westchnęła przy tym rozdzierająco. Zojka zaczęła poruszać brwiami, bezgłośnie szepcząc: „Pisz, no, pisz”, i znowu zerknęła na nauczycielkę. Ta stała przy oknie i starała się dosięgnąć lufcika, by go otworzyć.

Dziewczynka dosłownie na moment przymknęła oczy. Poczuła mrowienie w całym ciele. Było to nawet miłe. Przypominało krople deszczu.

– Ej, Musiakowa się znowu zawiesiła – prychnął ktoś z tyłu klasy.

– Stoi jak zamurowana.

– Ciekawe, na jak długo.

– Do wakacji, he, he.

– Do emerytury, cha, cha.

Nauczycielka, wyciągnięta jak struna, z uniesioną ręką stała bez ruchu przy oknie. Ktoś cisnął w nią papierową kulą. Poleciało jeszcze kilka. Zaczęły się szepty, chichoty, pospieszne zaglądanie w kartki i do podręcznika. Mania przepisywała ze ściągawki w tempie tak ekspresowym, aż się jej dymiło z długopisu.

Szurnęło odsuwane krzesło i za nauczycielką stanął Artur, zwalisty blondyn. Syn szkolnego wuefisty. W ręku trzymał swój plecak.

– Rzucę i trafię. Zakładamy się?

Niektórzy zarechotali cienko, niektórzy grubo. Wszyscy z aprobatą.

– W plery – podsunął Romuś i zachichotał.

– Nie wygłupiaj się! – wrzasnęła dziko Zojka.

– A ty co? Jej anioł stróż? – fuknęła pogardliwie Angela.

– NIE WY-GŁU-PIAJ SIĘ – powtórzyła Zojka, nadal nastroszona.

– Odczep się – uprzejmie zaproponował Artur.

– Zojka-tojtojka – palnął ktoś niskim, nosowym głosem. Chyba Franek.

Zojka westchnęła. Jej imię ciągle stanowiło powód do żartów. Co ciekawe, Brajan, Selena i Dżesika, którzy chodzili do tej samej szkoły, nie mieli takich problemów.

– Nadal was to bawi? – spytała spokojnie. – Jeśli tak, to serdecznie współczuję.

– Bawi, bawi. He, he, he – zaśmiał się Artur.

– Wracaj na miejsce. Dobrze ci radzę.

Znowu niektórzy zarechotali cienko, znowu niektórzy grubo.

Drobna Zojka i wielki Artur.

Ona zawsze odklejona od rzeczywistości i ostatnio z uszkami na głowie. Gadająca do mrówek, motyli i zwierząt. Weganka. Dziwna jakaś.

Niedawno klasę obiegła wiadomość od Romusia. Romuś wracał do domu i spotkał Zoję, która siedziała nad wielką kałużą i w zapamiętaniu wyrywała kartki z zeszytu. Obok leżał plecak. „W tej kałuży pływało ze sto stateczków, a ona ciągle robiła nowe. Zaczęło padać, ale dalej je robiła”.

– Oj, przestańcie – odezwała się Mańka. Gestem dała znać przyjaciółce, że już skończyła przepisywać.

„Nareszcie” – pomyślała Zojka i westchnęła z ulgą. Znowu przymknęła oczy. Mrowienie minęło, nauczycielka się odwróciła i dosłownie wpadła na Artura.

– Grzybowski? – Ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. – A co tu robisz? Z plecakiem? Planujesz jakieś wagary?

– Eee, nie, nic z tych rzeczy – wydukał Artur i zaczął tyłem wracać do swojej ławki. – Przepraszam – bąknął jeszcze.

Gdyby to była każda inna uczennica, każdy inny uczeń, już miałby wpis do dzienniczka o „karygodnym przeszkadzaniu w prowadzeniu lekcji”. Ale Artur, z racji zawodu ojca, należał do dzieciaków innej kategorii.

– Siadaj, siadaj. – Musiakowa machnęła ręką i ruszyła na swój spacer. – Koniec pisania – zarządziła i zaczęła zbierać kartkówki. – A ty co? – Stanęła nad Zoją. – Kartka pusta. Będzie jedynka. No, ale po tobie raczej trudno się spodziewać rewelacji. Może czas, który marnujesz na strojenie się w te… uszka, lepiej byłoby poświęcić na naukę? – spytała ze złośliwym uśmieszkiem.

Zojka w tej chwili pożałowała, że nie rzuciła w nią swoją kanapką. Na pewno pięknie by się rozciapała na jej plecach. I że rano wywaliła z bocznej kieszeni plecaka jabłko, które zbyt długo tam mieszkało i bardziej przypominało paciaję niż owoc. Teraz byłoby jak znalazł.

Zaczęła nawet żałować, że powstrzymała Artura.

Poczuła na sobie czyjś wzrok.

Angela. Z wywalonym językiem.

Rozdział II

Rozdział II

w którym są i buty, i pies, i farbki

Zojka od jakiegoś czasu nosiła się z zamiarem zrobienia niespodzianki ogrodowi. Nie bardzo wiedziała, co to ma być, aż w końcu któregoś dnia wymyśliła. Potrzebowała do tego swoich starych akwarelowych farbek. Wiedziała, że muszą być w którymś z pudeł na strychu. Znalazła je od razu. Kolorowe oczka na niebieskiej palecie. Najmniej było żółtego, pomarańczowego i zielonego.

– Bo wtedy, kiedy chodziłam do przedszkola, malowałam najchętniej słońce i słoneczniki – wyjaśniła Zojka ciemnemu żukowi, który wychylił się z kąta. – Jak to, nie wiesz, jak wygląda słonecznik? Nie, nie, ty chyba mówisz o kapuście… Poczekaj tu – poleciła, już stojąc na schodach. – Zaraz wracam.

Wróciła po chwili z kubkiem wody, kilkoma pędzlami, kawałkiem tektury i nadgryzionym jabłkiem.

– Zaraz zobaczysz – zamruczała niewyraźnie ze względu na jabłko, które chrupała. Żuk podpełzł bliżej i z uwagą przyglądał się jej poczynaniom. – Ej, czy mi się dobrze wydaje, że ciebie bardziej interesuje jabłko niż to, co robię? Aha. Okej. Podoba mi się, że nie owijasz w bawełnę. Proszę. – Położyła ogryzek na podłodze i wróciła do malowania.

Jeszcze łodyga, dwa liście i na tekturze zażółcił się dorodny słonecznik.

– Pięknie, pięknie. – Zojka zacmokała z podziwem. – Naprawdę zdolna ze mnie osóbka. Jak chcesz, mogę ci coś jeszcze namalować. Dobrze, następnym razem. Mnie też było miło – powiedziała, zgarniając farbki i kubek, z którego wystawały pędzle. – Zapraszam do ogrodu – dodała, zrobiła tajemniczą minę i wyszła ze strychu.

* * *

W Cielu były dwa punkty zbiórki złomu. Jeden obok starego budynku dworca, drugi niedaleko lasu, zdecydowanie bliżej domu Igora. Co prawda za jego właścicielem, panem Zbigniewem, miejscowym elegantem i mistrzem złośliwości, Igor nie przepadał, ale nie uśmiechało mu się pchać rower z przytroczonymi workami puszek na drugi koniec miasteczka. Nie miał na to czasu.

– Tylko bomba na to miejsce – mruknął chłopak, gdy stanął obok drewnianej budki odgrywającej rolę kanciapy. Przez otwarte okno dobiegało disco polo. Na ścianie czerwienił się napis: „SKUP ZŁOMU codziennie od 7 do 18”.

Oparł rower o odrapaną ławkę. Z niesmakiem popatrzył na stertę żelastwa, na wannę wypełnioną pogniecionymi rurami, na składowisko lodówek, na pomalowane opony udające kwietniki. Skrzypnęły drzwi i obok Igora stanął właściciel. Pulchny czterdziestolatek w skajowej kurtce, podartych dżinsach i lustrzankach zajmujących połowę twarzy. Całości dopełniały jasnopopielate buty zakończone sporymi czubami.

– Dzień dobry – przywitał się Igor.

– A dzień dobry, dzień dobry. – Pan Zbigniew uśmiechnął się szeroko. – Puszki jak zwykle? – Przejechał wokół nich sporym magnesem. – Robię to tylko pro forma – dodał wyjaśniająco, a chłopak skinął głową. Zawsze to słyszał. Taka tradycja tego miejsca. – Dobry towar przywozisz, nigdy żelastwa żadnego nie wtrynisz. Książkę, jak to mówią, bym napisał o tych cwaniaczkach, co tu przychodzą. A jakie pomysły mają! Dawaj na wagę. Czternaście trzydzieści. Po zaokrągleniu, dla stałego klienta piętnaście. Reflektujesz?

– Pewnie.

Mężczyzna wyjął garść drobnych z kieszeni kurtki, skrupulatnie odliczył i podał chłopakowi.

– Dobry klient z ciebie. Prawdziwy skarb. Przyjeżdżasz tu jak w zegarku. No, ale trudno się dziwić, skoro masz źródełko, jak to mówią, niewysychające w chacie.

Igorowi stężała twarz. Przez chwilę miał szczerą ochotę odpowiedzieć panu Zbyszkowi, żeby się zajął swoimi sprawami. Ot, na przykład mógłby wyczyścić obcasy butów. To na początek. Zamiast tego uśmiechnął się do siebie. „Szkoda słów na tego pacana” – pomyślał.

– Piękne buty – rzucił, wskakując zwinnie na rower. „Idealne do wyganiania pająków z kąta”.

– O tak, tanie, jak to mówią, nie były. – Mężczyzna się napuszył. – Ostatnie w sklepie. Znasz się, chłopie, na tym, co dobre.

– Do widzenia.

– Do widzenia. Pewnie już niedługo, Stasinek alko lubi, he, he.

Igor zatrzymał się za najbliższym zakrętem. Z rowerem ukrył się w zaroślach. Otoczyły go zieleń i spokój. „Tyle magii dwa metry od drogi”. Przymknął oczy. Czas stanął w miejscu. „Prawie tak samo fajnie jak w składziku”. Przeciągnął się. Z kieszeni spodni wyjął pieniądze i przełożył je do szmacianego woreczka, który na długim rzemieniu wisiał na szyi schowany pod koszulką.

Zaszurały krzaki i przed chłopakiem stanął niewielki pies z zieloną obrożą. Wyglądał jak stary mop z ruchliwym ogonem.

– Pętelek! – Igor kucnął i zaczął głaskać zwierzaka. – Dawno cię nie widziałem. – Psiak szczeknął krótko i polizał chłopaka po kolanie. – Zrozumiałem, zrozumiałem. Mam kanapki z kiełbasą. Może być?

* * *

Zojka spacerowała po ogrodzie w tempie ślimaka. W jednej ręce trzymała farbki, w drugiej kłębek sznurka, który znalazła w szufladzie w kuchni. Z uwagą rozglądała się dookoła.

– Nareszcie. To jest to – powiedziała cicho do siebie, przystając obok ogromnego krzaku hortensji. – Nic się nie bój, kochasiu, nie stanie się nic złego. Taka zabawa. Do pierwszego deszczu.

Jeden koniec sznurka przywiązała do palety, drugi przerzuciła przez gałęzie jabłoni, w cieniu których skrywał się krzak.

– Helenka? A co ty, dziecko, robisz? – Zza płotu wychyliła się sąsiadka, pani Kamionkowa.

Zawsze zwracała się do niej imieniem mamy. Kiedyś Zojka poprawiała, teraz już przestała, nie miało to sensu. Dla pani Kamionkowej zawsze będzie Helenką.

Sąsiadka mieszkała niedaleko w ciemnozielonym domu, który Zojce przywodził na myśl gęsty las. Przed nim pysznił się największy krzak róży, jaki kiedykolwiek widziała.

– Dzień dobry. – Dziewczynka pięknie dygnęła, jednocześnie nie wypuszczając z dłoni końca sznurka. – Tak się bawię – dodała oględnie.

– Ale co robisz? – Pani Kamionkowa przechyliła głowę na bok. – Widzę, że się bawisz, a nie plewisz czy coś.

– Przymocuję farbki, poleję je wodą, kolorowa woda spłynie na ten krzak i będzie ładnie.

– Ale po co? – Ciemne oczy pani Kamionkowej zaokrągliły się ze zdziwienia.

– Będzie ładnie – powtórzyła Zojka z przekonaniem.

– Oj, Helenka, Helenka, z ciebie to jednak dziwne dziecko… Nie szkoda ci czasu na takie głupoty?

– Nie – odparła szczerze.

Pani Kamionkowa znowu westchnęła.

– Rób, rób, ja popatrzę.

– W sumie to już zrobiłam – zaczęła niepewnie dziewczynka. – Muszę iść do domu po konewkę.

– No to szybko. Nie mam tyle czasu, żeby tu tak sterczeć.

Zojka przymocowała sznurek do gałęzi, wiążąc na jego końcu przepiękne supły, odsunęła się na dwa kroki i spod zmrużonych powiek przyjrzała się swojemu dziełu.

Idealnie wyszło. Paleta dyndała dokładnie nad środkiem hortensji.

– Helenka, konewka – przypomniała pani Kamionkowa. – Obiad muszę robić.

Dziewczynka puściła się pędem do domu. Do jej planu nadawała się ta z dużego pokoju. Pękata, niewielka. W sam raz.

Kiedy Zojka i pękata konewka dotarły pod jabłonkę, okazało się, że do żony dołączył pan Kamionek.

– No, Józia mówi, że zaraz jakieś cuda będą – zagaił. – A po co? A co to? – wyrzucił z siebie szybko.

– Zaraz, zaraz – sapnęła Zojka.

Wyobrażała sobie, że wspina się na jabłonkę, tak jak to robiła setki razy. Nie brała pod uwagę, że musiałaby używać do tego tylko jednej ręki. Jakieś inne rozwiązanie? Mogła jeszcze wejść na drzewo w trybie normalnym i poprosić któreś z sąsiadów o podanie konewki…

– Obiad – przypomniała surowo pani Kamionkowa.

Zojka zamachnęła się i, tak od serca, chlapnęła wodą na farbki. Zgodnie z jej oczekiwaniami już po chwili krzak był usiany kolorowymi maziajami.

– Myślałam, że będzie ładniejsze – mruknęła dziewczynka, odwracając się w stronę sąsiadów.

– Helenko, jest pięknie. – Pani Kamionkowa uśmiechnęła się szeroko. – Heniuś, prawda?

– Prawda. – Heniuś energicznie przytaknął. – Ale nietrwałe to będzie. Jakbyś chciała, to mam trochę olejnej, zostało nam z ostatniego malowania. Powinna być zielona i taka écru. – Mężczyzna wymówił to słowo, tak jak się pisze.

– Olejne nie mogą być, w żadnym razie! – zaśmiała się dziewczynka.

– Bo co?

– Przecież to niezdrowe dla krzaka.

Państwo Kamionkowie, jak na zawołanie, jednocześnie wywrócili oczami.

Rozdział III

Rozdział III

w którym się biega i ucieka, i dużo rozmawia

Zojka lubiła swoje miasteczko za parę rzeczy.

Za nazwę. Kojarzyła jej się z czymś miękkim, takim jak aksamit. Kolory mokka i czekolada. Mogła je wąchać na okrągło.

Za to, że w niedużej odległości od tego, co szumnie nazywano centrum, a na co składało się parę sklepów, kościół, biblioteka, posterunek policji i gabinet piękności Violetta, czyli „Fryzjer, solarium i tipsy jak marzenie”, rozciągały się lasy, pola i wiła się niewielka rzeczka.

Za pozostałości po domu Kulików.

Miejscowa legenda głosiła, że Kulikowie któregoś popołudnia wrócili do domu. Starsi z pracy, młodsi ze szkoły. Najmłodszy z przedszkola. Wieczór spędzili jak zawsze. Zjedli kolację, poszli spać, a rano już śladu po nich nie było. Zupełnie jakby ich wywiała trąba powietrzna. Miejscowy pijak, pan Luteczek, utrzymywał, że to byli kosmici i on ich widział, nawet z nimi rozmawiał. Nie za długo, ale jednak.

Inna wersja mówiła, że żadni kosmici, bo to przecież wierutna bzdura, tylko zwykłe złe moce. Kulikowie do kościoła nie chodzili, Kulikowa włosy na rudo farbowała, to się dochrapali. Według tej opcji zdarzeń huknęło, dmuchnęło i już ich nie było. Niektórzy mówili, że śmierdziało siarką. Zniknął też Bryś, wielki leniwy kundel, który nigdy nie zaznał mieszkania w budzie, bo go Kulikowie brali do domu.

Kiedy Zojka dawno temu spytała babcię o to, jak było naprawdę, i dodała, że jej bardziej podoba się wersja z kosmitami niż z siłami nieczystymi, babcia najpierw parsknęła śmiechem, a potem opowiedziała, jak było. W latach sześćdziesiątych młodsi Kulikowie wyjechali do miasta, chyba Bydgoszczy, i po jakimś czasie ściągnęli tam resztę rodziny. Tyle tajemnicy.

Został zdziczały ogród, sterta cegieł i jedna ściana domu.

Za to samo, za co Zojka lubiła Ciele, Mania szczerze go nienawidziła.

Kiedyś często o tym rozmawiały, choć teraz, z perspektywy czasu Zojka oceniłaby to raczej jako monologowanie przyjaciółki.

Mania chciała skończyć szkołę i wyjechać stąd daleko, daleko. „Będę tu przyjeżdżać tylko w święta – odgrażała się. – A najlepiej jak ściągnę rodziców do siebie. Czy ty rozumiesz, że ja jestem cielanką? Do końca życia wszędzie muszę wpisywać jako miejsce urodzenia Ciele”. Tutaj następowała seria głębokich wzdychów – w robieniu których Mania była mistrzynią. A potem pojawiało się sakramentalne: „Tobie to dobrze, tobie wpiszą Świnoujście”. Tego Zojka w ogóle nie rozumiała, dla niej ta kwestia nie miała żadnego znaczenia.

Co do konkretów na temat swojej przyszłości Mania nie miała żadnych wyobrażeń i wcale jej to nie przeszkadzało. Wierzyła, że urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą i że to wystarczy.

* * *

Lekcje się skończyły.

Dziewczynki szły do domu Kulików. Zojka prawie biegła, Mania ciągnęła się noga za nogą.

Zojka uważała, że czas tam płynie inaczej. Spokojniej. Ciszej. Milej. Nic nie warczało, nie stukało, nie krzyczało. Za to pachniało, świergotało. Brzęczało. W rogu ogrodu rozrosły się krzaki czerwonych porzeczek. Zdziczałe, więc owoce były bardzo drobne i wyjątkowo pyszne.

Dziś Mania zachowywała się jak za starych czasów. Zojka, choć bardzo się z tego cieszyła, bo brakowało jej dawnej przyjaciółki, wiedziała, że to chwilowa zmiana, że niedługo Mania może znowu jej unikać, równie dobrze dwa dni, jak dwa tygodnie.

– Nie rozumiem i już. – Mania się skrzywiła. – U mnie w ogrodzie, w tej części za obórką, jest tak samo zarośnięte. Nie możemy tam siedzieć? Bliżej szkoły, bliżej domu, bliżej cywilizacji. I lepszy zasięg – kusiła.

– Wolę tu – odpowiedziała spokojnie Zojka i wyciągnęła się w pachnącej trawie. Nad nią przemykały białe chmury. Zawsze chciała mieć jedną, choćby najmniejszą, najbardziej postrzępioną, w charakterze poduszki, przytulanki, ciepłego szalika na zimę. Nowe pomysły pojawiały się cały czas, ostatnio chmurka-czapka i chmurka-kołnierz. – Przecież wiesz – dodała ugodowo.

– Wiem, wiem. Dobra energia, przestrzeń dla myśli… Ale nie rozumiem. – Mania nadęła się jak rozdymka. Potem od razu, duszkiem, wypiła połowę mineralki. – Chcesz?

– Dzięki, mam. – Zojka przyciągnęła swój plecak. Pogrzebała w nim i wyjęła drugie śniadanie. Oderwała kawałek srebrnej folii, w którą było zawinięte, i ruszyła pod najbliższe drzewo. Uklękła i zaczęła dłubać patykiem w ziemi. – Łatwo nie jest – mruknęła.

– Co mówisz? – Mania leżała w trawie z plecakiem pod głową. Z rozmachem przyklepywała grzywkę i układała ją za prawym uchem. Według Zojki wyglądała, jakby ją krowa polizała.

– Nic, mówię do siebie…

– Za duża już jesteś na niebka.

– Powtarzasz mi to od lat.

Mania sięgnęła po komórkę i zaczęła ją przeglądać. Zojka usiadła, opierając się plecami o drzewo i zatonęła w myślach.

Coś szurnęło. Potem jeszcze raz. Mania pisnęła przerażona. Z krzaków wypadł kudłaty psiak. Szczeknął chrapliwie i przypadł do Zojki.

– Pętel, ty psia łazęgo, dawno cię nie widziałam. – Zojka głaskała psa obiema rękami. – Co słychać?

– Przestraszył mnie – powiedziała Mania z obrażoną miną. – Na śmierć. Serce mi się tłucze jak oszalałe. Chyba słychać aż w Paryżu – dodała, moszcząc się z powrotem w trawie.

Pies szczeknął i popatrzył wyczekująco na Zojkę. Ogon tańczył w prawo i w lewo.

– Zapraszam z całego serca! – zaśmiała się dziewczynka i ruszyła w kierunku plecaka. – Kanapka z pasztetem wege, rzodkiewką i sałatą. Zielsko oczywiście wyjmę – mówiła do psa, jednocześnie rozwijając srebrny pakunek.

Pętelek zajął się jedzeniem. Zojka wróciła pod drzewo. Nadal próbowała wykopać dziurę. Coś do siebie szeptała, podśpiewywała pod nosem. Sprawiała wrażenie zadowolonej. Mania wygrzebała z plecaka okulary przeciwsłoneczne i je włożyła.

– Zauważyłaś, że Filipowi zjaśniały włosy? I chyba jakoś tak bardziej zaczęły się kręcić… – odezwała się w pewnej chwili rozmarzonym głosem. – Serce znowu bije mi normalnie… nie, nie, na myśl o Filipie zdecydowanie przyspiesza i mam klasyczne motyle w brzuchu.

– Nic nie zauważyłam – jęknęła Zojka.

Koniec spokoju, teraz Mania dostanie słowotoku i będzie opowiadać o chłopaku, odmieniać jego imię przez wszystkie przypadki.

– Oj, tak. Ładnie Filipowi było w tym niebieskim T-shircie. Chyba też kartkówka nieźle mu poszła. Aha, Fredek dał mi superściągę, powinnam mieć dobrą ocenę. A tobie jak poszło?

– W ogóle mi nie poszło…

– Szkoda, szkoda. Fajnie, że się ta paskudna Musiakowa zawiesiła.

– Fajnie…

– Ciekawe, czemu ona tak ma. Grześ mówił, że może być sterowana przez kosmitów.

– Wątpię.

– Mnie tam wszystko jedno. Szkoda, że się częściej nie zawiesza. A Monisia… Zresztą teraz to nieważne. Słuchaj! Będzie nius! Bomba! Wiesz co?

– No nie wiem, ale zaraz mi powiesz.

– Tadam!!! Filip się do mnie rano uśmiechnął. W szatni. Chyba nawet chciał coś powiedzieć, ale przyszła ta durna Angela i po prostu się zmył. Trudno mu się dziwić, ona jest mocno wykurzająca.

– Gdyby chciał, toby zagadał – zauważyła trzeźwo Zojka. Cały czas dłubała w ziemi, szeleściła folią, uklepywała. – Miał milion okazji.

– Świnia jesteś, a nie przyjaciółka. – Mania pociągnęła nosem.

– Bo ci mówię prawdę?

– Właśnie dlatego. Oraz mnie nie pocieszasz. Ciii. Słyszysz? – Już siedziała, kręcąc głową na wszystkie strony.

Pętelek cicho zawarczał. Ścieżką między pokrzywami szło dwóch rosłych dwudziestolatków. Głośno rozmawiali, dzwoniło w reklamówce.

Mania porwała plecaki i ukryła się w pobliskich krzakach. Zojka złapała psa za obrożę i pociągnęła go w tę samą stronę.

– Ble… Nasze moczymordy miasteczkowe – szepnęła Zojka, wychylając się do połowy z krzaków. Poprawiła opaskę. Bardzo ją lubiła, ale czasami ozdoba żyła własnym życiem. Tak było i tym razem. Znów niebezpiecznie zjechała na czoło. – Kamil i ten okropny Sylwester.

– Stanisław – poprawiła ją Mania, też zerkając na ścieżkę. – Nazywany Stasinkiem. – Skrzywiła się.

– Kto go tak nazywa?

– Nie wiem, wszyscy. To brat Igora.

– Tego z VII b?

– Z VIII a. Tego wiecznie ponurego.

– Nie cierpię go.

– Igora? – Mania otworzyła szeroko oczy. – Za co?

– Staniulka! – prychnęła Zojka w odpowiedzi.

– Stasinka. Stasinka. Aha. Z jakiegoś szczególnego powodu?

– Kiedyś próbował uderzyć psa. Gnojek.

– Gnojek.

Mężczyźni usiedli na murku, z reklamówki wyjęli kilkanaście puszek z piwem i zaczęli je ustawiać obok siebie.

– Będzie miło. – Stasinek beknął.

– No – przytaknął Kamil.

– Spadamy. Nic tu po nas – mruknęła Zojka i znowu poprawiła uszka. – A gdzie Pętelek?

– Był tu przed chwilą. Kurczę! – Mania syknęła. – Polazł po resztki twojej kanapki. Myślałam, że jest mądrzejszy.

– Ja też – mruknęła Zojka. – Pętelek, Pętelek. Chodź tu, chodź – zaczęła nawoływać szeptem.

Pies w odpowiedzi krótko szczeknął i ponownie zajął się jedzeniem.

– Angela, nasza piękna, kolejną swoją słitfocię wrzuciła – mruknęła Mania zapatrzona w telefon. – Chcesz zobaczyć?

– Niekoniecznie – sapnęła Zojka. – Dobra, Mania, zmywaj się stąd – zarządziła w pewnej chwili. – Ściągnę tego psiego matołka i też się stąd zmywam.

– No to pa – mruknęła Mania.

Porwała swój plecak, przyklepała grzywkę i pochylona ruszyła w kierunku miasteczka.

– Patrz, Kamil. Zwierzątko – beknął naraz Stasinek.

Podniósł kawałek cegły i cisnął nim w psa.

– O, nie! – syknęła Zojka i błyskawicznie przymknęła oczy.

W bezruchu zamarł Stasinek z wysuniętą ręką i puszką przy ustach, zamarł Kamil z głupim uśmiechem.

– Pętelek, czy ty nie masz rozumu? – odezwała się z wyrzutem dziewczynka, wychodząc na ścieżkę. – Życia nie znasz? – Już głaskała psa. – Jak dla mnie, to mogliby tak zostać na sto lat. – Skrzywiła się, patrząc z niechęcią na unieruchomionych pijaczków. – Ale jeszcze nie skończyłam, o, tam. – Machnęła wolną ręką w stronę drzewa, przy którym wcześniej kopała. – Idziesz ze mną?

Podeszli… Dołek w ziemi, sreberko. Na sreberku liście, kolorowe płatki. Zojka przykryła to wszystko kawałkiem szkła i przysypała ziemią. Pętelek przyglądał się temu z prawdziwym zainteresowaniem.

– Ładne, prawda? A szkiełko, oczywiście, z tutejszej butelki. Pełno tego dookoła. Dobra, możemy iść… tylko jeszcze coś. – Podbiegła do murku i sięgnęła po puszki z piwem. – Wyleję i puste odłożę, tak jak były – wyjaśniła psu. – Się chłopaki zdziwią. – Zachichotała, podniosła swój plecak z trawy i ruszyła szybkim krokiem przed siebie. Pętelek biegł obok.

Zatrzymali się obok starej gruszy. Widać już było miasteczko, słychać było samochody.

– Na pewno nas już nie zobaczą. Odczaruję te całe Stasinki… Nie, nie, jeszcze coś. Zdejmę im buty i skarpetki – postanowiła Zojka i skrzywiła się z obrzydzeniem, a pies warknął, co odebrała jako wyraz współczucia. – Mam w plecaku w bocznej kieszeni woreczek śniadaniowy. Użyję jako rękawiczki – dodała. – Niech wracają do domu na bosaka.

Już po chwili w stronę największych pokrzyw leciały buty i skarpetki.

– Bomba biologiczna jak nic. Jutro będzie tu spalona ziemia. Aha, gdybyś chciał im nasikać do butów, nie czuj się w żaden sposób skrępowany… Pięknie. Jak skończysz, to biegniemy do gruszy. Aha, skończyłeś? – Już po chwili byli pod drzewem. Pętelek machał ogonem, wyraźnie zadowolony z życia. – Teraz odczaruję te dwa piękne lola… Dobra, koniec czaru. Słyszysz? – Podskoczyła z radości.

Od strony domu Kulików słychać było pełne wściekłości głosy mężczyzn. Przekleństwa przeplatali rozpaczliwymi pytaniami: „Gdzie moje buty?” oraz „Kurde, a skarpety?”, „Jezu, co to takie mokre?”.

– Brawo, Pętelek. – Cmoknęła psa w łeb. – Słuchaj, pewnie nie wiesz… – Zojka klęknęła, przybrała tajemniczą minę i zaszeptała: – Mam taki czar, który potrafi unieruchamiać ludzi… Na jak długo? Na ile chcę. Mówię na niego „czar patyczaka”… Prawda? – Cała się rozjaśniła. – Też uważam, że to supernazwa. Pętelek, masz gust. Szacunek.

* * *

Igorowi już dawno zaczęło burczeć w brzuchu, ale nie chciał się odrywać od swoich zajęć. Dobrze mu się pracowało, dobrze myślało. Gdyby mógł, siedziałby tu od rana do nocy, a od biedy można by było nawet spać na tej rozkraczonej kozetce.

Sześć metrów na cztery. Tyle jego prywatnego świata. Składzik. Drewniane ściany, dach, który przecieka w czasie deszczu. Betonowa podłoga. Półki z narzędziami, kartony z kablami, sprężynami i wszystkim tym, co zdaniem Igora miało status „jeszcze się może przydać”, a wyglądało jak zwykłe śmieci.

Stały tu dwie stare szafy, koślawy stół pełniący funkcję warsztatu, taborety i kilka krzeseł.

Centralne miejsce zajmował Duduś. Srebrzysty motocykl. WSK Dudek. Dokładnie WSK M21W2 Dudek, produkowany w latach 1975–1977 w Świdniku. Teraz już takich nie robią.

Motor ojca. Jego miłość i duma. Mama wspominała, że został kupiony jeszcze przed ślubem. „Chwilami byłam zazdrosna – mówiła. – Gdyby ojciec mógł, trzymałby go w dużym pokoju. Czasami się zastanawiałam, czemu ożenił się ze mną, a nie z Dudusiem”.

Coraz bardziej zacierały się w jego pamięci rysy ojca, brzmienie jego głosu. Zostało wspomnienie nieogolonej brody, która drapała, gdy ojciec całował go w policzek, i zapachu wody kolońskiej. Pamiętał zdarzenia, sytuacje, najbardziej wspólne siedzenie w składziku, bo przy Dudusiu często było coś do roboty, a jeśli nie, to wystarczyło pobyć, patrzeć na niego i snuć plany, że może by jeszcze kosz dokupić i wtedy cała rodzina mogłaby jeździć po Polsce. „Namiot, karimaty i w drogę”.

Czasami siedzieli w składziku w czwórkę, czasami w trójkę, ale najczęściej ojciec z Igorem. Stasinek nie przepadał za tym miejscem, za jego atmosferą.

Zamyślony chłopak przecierał kawałkiem starego podkoszulka lusterko w chromowanej obudowie. Najwięcej pracy wymagały hamulce. Przydałyby się nowe świece, linka, dobre śrubokręty, klucze imbusowe; francuz nadawał się na złom.

– Zapomnij, Igorku – mruknął sam do siebie. – Musiałbyś sprzedać nerkę. Może nawet dwie.

Za mało pieniędzy na codzienność, na remont domu. Dach przecieka. Rynna do wymiany. Potrzebny jest nowy kocioł do ogrzewania, nowa kuchenka, lodówka. Pralka coraz głośniej się tłucze przy wirowaniu, ostatnio powędrowała na drugi koniec łazienki. Mama powinna iść do dentysty i to nie tego w przychodni, tylko prywatnie. Renty po ojcu jest tyle co kot napłakał, a i tak Stasinek potrafi ją przepuścić w kilka chwil. Gdzie tu myśleć o nowym sprzęgle czy oponach…

Wytarł ręce w szmatę, włożył słuchawki i włączył odtwarzacz. Kiedy myśli zaczynały doskwierać, kiedy niepokój stawał się zbyt wielki, można było odpłynąć w muzykę. Odkrył ten mechanizm dopiero niedawno.

Wcześniej biegał.

Jeszcze wcześniej tłukł patykiem w uschnięty pień lipy w ogródku.

W drzwiach składzika stanęła drobna jasnowłosa kobieta. Igor wyglądał jak jej młodsza kopia.

– Igorku, chodź coś zjeść. – Kiedy nie doczekała się odzewu, podeszła do syna i delikatnie położyła mu rękę na ramieniu. – Chodź. Obiad czeka.

Chłopak popatrzył na matkę nieprzytomnym wzrokiem.

– Zaraz, jeszcze coś tu muszę skończyć.

– Znam to twoje zaraz. – Uśmiechnęła się. – Zupełnie jakbym ojca słyszała.

– Przyjdę, serio. – Też się uśmiechnął i znowu włożył słuchawki.

W pewnej chwili schylił się po szmatę, która mu upadła, i wtedy spod T-shirtu wysunął się woreczek. Igor podszedł do drzwi. Ogarnął spojrzeniem podwórko, parę kur pracowicie rozgrzebujących grządki w ogródku pod oknem kuchni. Pod ścianą domu stała drewniana ławka, jeszcze zrobiona przez ojca. Siedział na niej Stasinek. Nogi poparzone pokrzywami trzymał w miednicy z wodą. Obok niego stała bateria piw.

– Te, młody! – wrzasnął Stasinek i beknął. – Sprawę mam.

– No?

– Kasę byś pożyczył?

– Nie.

Igor starannie zamknął drzwi, a potem przesunął skrzynię stojącą pod ścianą. W rogu, w stercie szmat, leżał litrowy słoik do połowy wypełniony banknotami. Chłopak przełożył do niego pieniądze z woreczka i przysunął skrzynię z powrotem.

Podszedł do motoru i poklepał go po siodełku.

– Niedługo dostaniesz to obiecane sprzęgło.

* * *

Zojka wielokrotnie i bezskutecznie próbowała sobie przypomnieć, kiedy odkryła czar patyczaka. Kiedy zauważyła związek między myśleniem o unieruchamianiu, czasami połączonym z przymykaniem oczu, a unieruchamianiem innych.

Pamiętała za to doskonale, kiedy po raz pierwszy świadomie użyła tej umiejętności. To było niedługo po śmierci mamy.

Wracały do domu z Jagodą. Grześ był na kolejnym muzycznym wyjeździe.

Zza krzaków koło mleczarni wybiegł kulejący pies, za nim grupka wyrostków. Jagoda próbowała ich zatrzymać, nawet na nich huknęła, ale chłopakom to nie przeszkadzało. Jeden z nich zamierzył się kamieniem. Mała Zojka przymknęła powieki. Chłopak stanął nieruchomo z wyciągniętą ręką. Jego koledzy zaczęli rechotać. Pies zdążył uciec.

Zojka nie chciała o tym rozmawiać ze smutną babcią.

Grześ był za daleko.

Powiedziała więc tylko Lemkowi.

Rozdział IV

Rozdział IV

kłótliwy i wspomnieniowy

Zojka urodziła się dwanaście lat temu w Świnoujściu. Mieszkała tam dwa lata, potem z mamą przeniosła się do Warszawy, Krakowa i wreszcie Łodzi. Po drodze było jeszcze miasteczko, którego nazwy nie mogła nigdy zapamiętać, wioska zabita dechami, przez chwilę Amsterdam i malutka miejscowość w Austrii.

Mama, niczym barwny ptak, znajdowała Zojce i sobie kolejne miejsca, w których miało im być dobrze. „Tam będzie nasz kawałek nieba – mówiła i rozjaśniały się jej niebieskie oczy. – Czuję to”. Pakowały ubrania, drobiazgi, misia Remigiusza, którego imię – trudne do wymówienia dla małej Zojki – brzmiało „Lemigius”, zdrobniale Lemek. Zojka dostała go od cioci Agaty, szalonej przyjaciółki mamy. Lemek lubił przeprowadzki.

Zojka podziwiała mamę za to, że podąża swoją drogą. Że ma marzenia, próbuje zmian. Mama ciągle powtarzała, że warto czegoś próbować, coś robić, zmieniać się, rozwijać, nawet popełniać błędy, one też są częścią życia. Jego ważną częścią, podobnie jak wyciąganie wniosków. „Pamiętaj, jesteś wyjątkowa” – dodawała i pieczętowała to zawsze gorącym całusem.

Zojka bardzo szybko się nauczyła, że jej rodzina to mama, babcia Jagoda, której wprawdzie nigdy nie widziała na oczy, za to z którą często rozmawiała przez telefon i na Skypie, oraz Lemek. O tacie nic nie wiedziała. Nie znała nawet jego imienia.

„Masz ojca, oczywiście w sensie biologicznym, ale go nie poznasz, nie pytaj dlaczego. Sama nie wiem, gdzie jest”.

W wieku przedszkolnym Zojka wyobrażała sobie, że jej tata jest marynarzem, lekarzem w Afryce lub podróżnikiem. Że ma ciemne włosy i nosi okulary. Że jest blondynem. Raz był małomówny, raz gadatliwy. Raz miał talent do grania na każdym instrumencie świata, innym razem potrafił naprawić każdy silnik.

Z czasem przestała o nim myśleć.

W trakcie podróżowania po Polsce, kiedy na dłużej zatrzymały się w Krakowie, mama poznała Grześka.

„On jest moją połówką” – szeptała do córeczki, a Zojka się cieszyła, bo szczerze lubiła Grzesia i miała nadzieję, że zostaną w tym Krakowie, że nie będzie kolejnych przeprowadzek, bo już ją męczyły. „Tu jest nasze niebo, tu będziemy rodziną” – mówiła mama i oczy jej jaśniały. Zojka zaprzyjaźniła się z wiewiórkami, które biegały w parku, na Błoniach, miała znajome gołębie na Rynku. Dobrze im tu było.

I wtedy się okazało, że życie ma wobec mamy inne plany.

Zaczęły się problemy w wydawnictwie, gdzie mama pracowała jako redaktorka. Potem ktoś włamał się do mieszkania. Ukradziono laptop, oszczędności trzymane w szufladzie biurka, ukochany pierścionek z fioletowawym oczkiem, który mama dostała na osiemnastkę od rodziców. Pierścionek leżał od pewnego czasu w drugiej szufladzie, bo mamine palce zrobiły się szczupłe, zaczął spadać i czekał na pomniejszenie u złotnika.

Mama nie była w najlepszej psychicznej formie. Wszystko to ją podłamało. Chodziła smutna. Rozjaśniała się tylko w obecności Grzesia.

Babcia często dzwoniła, dużo rozmawiały. Któregoś razu Jagoda się przyznała, że złamała rękę. Mama błyskawicznie podjęła decyzję. Wszyscy wyjeżdżają do Ciela. Na jakiś czas. Pomóc Jagodzie, odpocząć, popatrzeć na niebo, pod którym mama się wychowywała. Babcia, zawsze samodzielna, zaradna, tryskająca energią, chętnie tę pomoc przyjęła.

Z czasem Zojce przyszło do głowy, że Jagoda po prostu stęskniła się za córką i wnuczką i chciała lepiej poznać Grzesia.

W Cielu było wspaniale.

Kwitła miłość mamy i Grzesia. W cieple ich uczucia kwitła Zojka. Jagoda była najwspanialszą babcią na świecie. Niebo było najpiękniejsze. Przedszkole cudowne, Mania kochana.

Mama miała cały czas jasne oczy, choć chudła przeraźliwie szybko.

Dom zaczął wysyłać sygnały. Ostrzegał. Skrzypiał inaczej, trzaskały drzwi, raz po raz otwierała się szafka w łazience, w której babcia trzymała lekarstwa. Ni z tego, ni z owego Jagoda albo mama znajdowały na stole starą książkę telefoniczną. Zawsze otwartą na stronie „lekarze, gabinety lekarskie”.

Nikt na to nie zwrócił uwagi.

Zojka zrozumiała dopiero niedawno.

Po roku mamy już nie było wśród żywych.

* * *

Dom Jagody ciągle zadziwiał Zojkę.

Zaprzyjaźnili się od razu, ale nadal lubił zaskakiwać. Nagle skrzypiały schody, które do tej pory były nieme, a te gadające przestawały się odzywać. Deska na półpiętrze, która uginała się pod stopami, za chwilę sprawiała wrażenie nowej. Drzwi, nie tak dawno oliwione, zaczynały przeraźliwe piszczeć. Ni z tego, ni z owego bulgotało w rurach, coś popiskiwało na strychu, skrzeczało w kominie.

Zojka mieszkała tu już tyle lat, a nie było dnia, żeby czegoś nowego nie dostrzegła. Drobna rysa na drzwiach szafy w korytarzu, rzeźbione kwiaty na poręczy schodów, tak drobne, że na początku można je było wziąć za robotę jakichś szalonych korników.

Potem dom zaczął jej dawać prezenty.

Tęcza, która powstawała, gdy promienie słońca padały na kryształowe szybki biblioteczki stojącej w zielonym pokoju.

Koralik, który znienacka wyskakiwał dziewczynce spod nóg. Malusi, opalizujący. Gdy pokazała go babci, ta się autentycznie wzruszyła. „Jak byłam trochę młodsza od ciebie, miałam sukieneczkę z kołnierzykiem obszytym takimi koralikami. Nosiłam ją tylko na specjalne okazje”.

Niespodziewany zapach konwalii w korytarzu. Przez chwilę – tyle, żeby pociągnąć nosem i mieć wrażenie, że się jest w wiosennym lesie, na polanie pełnej kwiatów.

Każdy pokój miał swój kolor. Zojkowy był błękitny. Ona uważała, że to kolor niezapominajek, Mania – że spranych majtek.

Lemek przeważnie przesiadywał na parapecie w jej pokoju. Miał stąd doskonały widok na ogród i kawałek drogi. Nudzić się nie mógł. Polubił się z domem. Czasami znajdywała przytulankę w kuchni albo w którymś z pokoi. Najpierw przypuszczała, że to nowa zabawa Jagody, potem się dogadały, że babcia myślała, że to nowa zabawa Zojki. Zojka nie zaprzeczyła.

Dziewczynka, jak mogła, też starała się być miła dla domu. Często do niego mówiła, opowiadała, co się dzieje w miasteczku, ozdabiała go kwiatami, rozkładała w różnych częściach liście, kwiaty, kasztany. Nawet zrobiła niebko w doniczce stojącej w dużym pokoju.

Później do zabawy przyłączył się ogród. Przestał wysyłać na dziewczynkę roje komarów, zagubione gęsi sąsiadów, które koniecznie chciały ją uszczypnąć w łydki. Nie było pokrzyw, które znienacka parzyły. Pojawiały się czerwone drobne poziomki, na trawie leżało błękitne piórko sójki, pajęczyny stroiły się w krople rosy. Kwiaty miały intensywne barwy i zapach.

Wtedy Zojka zaczęła robić niebka.

* * *

Zojka z talerzem na kolanach siedziała na schodkach werandy. Pachniała maciejka wysiana na początku wiosny. Jagoda jeszcze nie wróciła. Zostawiła makaron z tofu w lodówce i karteczkę na stole opartą o miskę z owocami, że będzie później i że cmoka. Zojka wylizała talerz po sosie pomidorowym, którym hojnie chlapnęła, sięgnęła po szklankę z kompotem i zapatrzyła się w ogród.

I nagle przed nią stanęła Mania. Przebrana, z gładko zaczesanymi mokrymi włosami.

– Co tu robisz? – zaśmiała się Zojka.

– Mama wygoniła mnie do sklepu – wyjaśniła i łapczywie wypiła resztkę Zojkowego kompotu. – Klasycznie po sól.

– Sklep jest po drugiej stronie – zauważyła Zojka spokojnie. – Chcesz jeszcze pić? Przyszłaś tu, taki kawał drogi?

– Przyjechałam. Rower zostawiłam przy furtce. – Machnęła ręką za siebie. – Sprawę mam. Poważną.

– Mów.

Mania usiadła obok przyjaciółki. Westchnęła raz i drugi. Zojka cierpliwie czekała.

– Zojeczko, moja ty kochana – zaczęła w końcu Mania jękliwym tonem, a Zojka, gdy tylko to usłyszała, wywróciła oczami. – Ptaszku ty mój, kwiatuszku, zróbmy tak. Pogadasz z Filipem, żeby się chciał ze mną spotkać, dobrze? Jak się spotkamy, to już będzie z górki. Filip się we mnie zakocha i będzie super. Co ty na to?

– Żartujesz, prawda?

– Nie, już dawno o tym myślałam.

– Nie…

– Co ci szkodzi? Przyjaciółce pomożesz. Tylko pogadaj tak delikatnie, jak to mówią: mimochodem. Napomknij mu, że jestem cudowna i wspaniała. Spytaj o coś ze szkoły, no nie wiem, o to, kiedy klasówka, a potem wspomnij o mnie.

– Mania, nie…

Mania wstała i tupnęła ze zdenerwowania.

– Co ci szkodzi?! No co? Jesteś świnia, a nie przyjaciółka! – wrzasnęła rozeźlona na maksa i ruszyła ścieżką w stronę furtki. – Łaa, co za ogromniaste pokrzywy!

Rozdział V

Rozdział V

krótki, w którym jest i artystyczna kuchnia, i pachnąca pani Karolinka

Zojka bez zapału jadła śniadanie. Za niecałe dwadzieścia minut zaczynały się lekcje, ale jej wcale to nie motywowało do szybszych ruchów. Była nadal zła na Manię i miała gdzieś, czy będzie w szkole punktualnie.

Nieobecnym wzrokiem rozglądała się po kuchni. Pomieszczenie było ogromne, zajmowało większą część parteru. Babcia uważała, że kuchnia to serce domu, i coś w tym było. Tutaj przy wielkim stole siadywali goście, Zojka często odrabiała lekcje, a gdy była młodsza, urzędowała pod nim w otoczeniu poduszek i pluszaków. Jeśli jeszcze narzuciła na niego koce, powstawało coś na kształt namiotu. „To moja baza”. Kiedyś, na samym początku, nawet w niej zasnęła. Mama jej nie obudziła, tylko przykryła dodatkowym kocem.

Cała kuchnia była odbiciem artystycznej duszy Jagody.

Talerze, doniczki, kubki, kubeczki, miski, miseczki, cukierniczki, solniczki. Wypalane przez nią własnoręcznie i własnoręcznie malowane. Jedne w odcieniach szarości, inne turkusowe, a jeszcze inne tak bajecznie kolorowe, aż się kręciło w głowie. Były też w kratkę, w kropki.

Osobne miejsce na ścianie zajmowały zdjęcia. Oczywiście w ramkach babcinej produkcji. Ze zdjęć uśmiechali się mama, Grześ, Zojka, dziadek Staszek, który umarł dawno temu.

– Zojka, mam się martwić? – Babcia fruwała po kuchni w kolorowej długiej sukience.

Tu przetarła, tu coś schowała do szafki, tu skubnęła uschnięty listek z kwiatka stojącego na parapecie. Jednocześnie piła drugą mocną herbatę i przyprawiała zupę pomidorową, która wolniutko pykała na kuchence. Zojka patrzyła na babcię uważnie. Przypominała jej mamę.

– Nie, nie.

– Jakby coś się działo, to mi powiesz, prawda?

– Tak, tak. – Kiedy Zojce ciążył jakiś problem, porozumiewała się z otoczeniem monosylabami.

– Kocham te rozmowy z tobą! – prychnęła Jagoda. – Idę zaraz do pracowni, wieczorem przyjadą z galerii.

– Jak wrócę ze szkoły, to ci pomogę.

– Dam sobie radę. Ale jak wrócisz, odkurz, choćby na dole, i zamieć werandę, okej?

Zojka przytaknęła bez zapału. Babcia pochyliła się nad nią i pocałowała ją w czoło. Zapachniały delikatne perfumy, zachybotały się długie kolczyki, których Jagoda była prawdziwą entuzjastką.

– Wiesz, że cię kocham?

Te słowa zawsze wywoływały na twarzy Zojki szczery uśmiech. Zawsze wtedy też odlatywały, choć na chwilę, smutne myśli. Tak było i tym razem.

– Ja ciebie też.

* * *

Jedni biegli, drudzy szli wolno, inni jeszcze wolniej. Niektórzy jechali na rowerach. Zwykły poranny widok na ulicach miasteczka. Uczennice i uczniowie idą do szkoły. Zojka należała do ślimaczej grupy. Ciągnęła się dosłownie noga za nogą. Minęli ją rowerzyści: Marta, dwie dziewczyny z młodszych klas i Filip. On oczywiście bez kasku i najbardziej szalejący.

Zawibrował telefon. Wyłowiła go z kieszeni spodni. Na wyświetlaczu – „Grześ”.

– No hej, hej.

– Hej – odparła trochę smętnym tonem.

Grześ od razu wyczuł:

– Co jest, Zojkuś? Coś nie tak?

– Pokłóciłam się z Manią! – wybuchnęła.

Nie chciała tego mówić babci, żeby jej nie martwić. Grześ, słysząc takie wiadomości, zachowywał stoicki spokój.

– Przecież to nie pierwszy raz i nie ostatni. Wiesz to tak samo dobrze jak ja.

– No tak.

– Coś poważnego?

– Nie, takie tam nasze sprawy.

– Dogadacie się, prawda? Jak zawsze?

– Raczej tak.

– Zadzwonię wieczorem, okej? Znajdziesz czas na pogadanie?

– Znajdę, znajdę. Koło dwudziestej. Wcześniej mam hiszpański.

– To całusy, pasierbico.

– Całusy, ojczymie.

Schowała telefon i zastygła w zadumie.

Grześ.

Czasami nazywany tatą, czasami ojczymem, czasami Grzesinkiem lub Grzesiuchem. W zależności od sytuacji. Grześ zajmował dużo miejsca w jej sercu. Bez wysiłku weszli sobie nawzajem w życie. Polubili się od razu, nie było między nimi żadnych napięć czy sprzeczek. Codzienność ich łączyła, a scementowała choroba mamy i jej śmierć.

Zojka westchnęła i ruszyła w kierunku szkoły. Po drodze zmieniła zdanie i skręciła do Delikatesów u Maliny. „Nie mam wody, a trzeba pić. Może kupię banana. Ma dużo magnezu i potasu”.

Witryna sklepu, zgodnie z imieniem właścicielki, była utrzymana w kolorze malinowym, gdzieniegdzie tylko spłowiałym na skutek działania słońca. Zojka podziwiała wielkie litery układające się w napis, czterolistne koniczyny i dorodne maliny wielkości świńskiej głowy.

Na schodach z malinową poręczą siedział Pętelek. Zojka szczerze ucieszyła się na jego widok. Przykucnęła i zaczęła go głaskać.

– Siemanko, Pętel. Kupię ci bułkę z kiełbasą, co ty na to? – Pies krótko szczeknął. – Rozumiem, rozumiem. Sama kiełbasa wystarczy. Już idę.

W tym samym momencie spowił ją obłok dusznych perfum. Jeden ze znaków rozpoznawczych pani Karolinki. Kolejnymi były krzykliwe makijaże i przesada w ilości biżuterii. Dziewczynka odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z pulchną sześćdziesięciolatką.

– Dzień dobry.

– No, dzień dobry, dzień dobry. Przegoń stąd tego kundla. Tu ludzie jedzenie kupują, a zarazki na nim takie, że można gołym okiem zobaczyć. – Kobieta skrzywiła się z wyraźnym obrzydzeniem.

Zanim Zojka odpowietrzyła się z oburzenia i zanim wymyśliła odpowiedź, strzeliły malinowoburaczkowe drzwi i ze sklepu wyszła młodsza kopia Seana Connery’ego, ozdobiona słomianym kapeluszem i płóciennym plecakiem.

Na widok mężczyzny policzki pani Karolinki stały się identyczne z kolorem poręczy.

– Panie Józefie, dzień dobry – zagruchała. – Jak miło.

– Dzień dobry. – Mężczyzna ukłonił się nieco sztywno. Szczerze za to uśmiechnął się do Zojki, która na jego widok dygnęła i zarzuciła głową niczym źrebak. – Pętelek, mam coś dla ciebie. – Zaczął gmerać w plecaku.

– Piesiu, piesiuniu… – Pani Karolinka wyciągnęła upierścienioną dłoń do Pętelka, ale ten krótko warknął i uciekł. – Pewno ma jakieś swoje ważne psie sprawy – skomentowała przymilnym tonem, patrząc na pana Józefa i Zojkę, którzy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– Muszę się zbierać – powiedział mężczyzna. – Zojka, wpadnij do Przytuliska. Mam niespodziankę. – Mrugnął do dziewczynki, znowu sztywno się ukłonił zaczerwienionej pani Karolince i w pośpiechu ruszył po schodach.

Zojce w tej chwili przypominał uciekającego Pętelka.

– Panie Józefie, panie Józefie! Zapomniałam! Zapraszam na kawkę. Ciasto świeże mam! – Pani Karolinka miała głos jak dzwon. Zojka była pewna, że słychać ją w sąsiednim miasteczku. – Dziś, koło szesnastej? Jak pan woli, to może być i wcześniej. Albo i później. A może jutro? Jeśli panu dziś nie pasuje… Cha, cha, cha! – zagruchała na zakończenie.

– Uciekł – odezwała się Zojka. Nie mogła się powstrzymać.

– Kto?

– No jak to kto? Pies – odpowiedziała grzecznie.

Potem teatralnie dygnęła i ruszyła w kierunku szkoły.

Rozdział VI

Rozdział VI

w którym występuje Stasinek i jest go tu, niestety, dużo

Stasinek! – ryknął Igor, wchodząc do łazienki. Podłoga była mokra, nawet ściany i lustro nosiły ślady kontaktu z prysznicem. Całe pomieszczenie zaparowało, na lustrze skraplała się woda. – Wracaj, sprzątnij po sobie! – Igor z całej siły kopnął porzucone slipy i skarpetki, sztywne od brudu. – Przecież tu się nie da wejść!

Stasinek zarechotał z głębi mieszkania. „Kurde, kurde, zaraz się spóźnię” – powtarzał w myślach chłopak, gorączkowo wycierając podłogę starym ręcznikiem.

Kiedy dziesięć minut później z wilgotnymi włosami wpadł do swojego pokoju, stanął jak wryty.

Stasinek bez najmniejszego skrępowania wysuwał szuflady, przerzucał książki i zeszyty leżące na biurku.

– Coś zgubiłeś? – wysyczał Igor.

– Spoko, spoko. – Stasinek zaglądał teraz do plecaka. – Nie grzebię bez powodu, tylko kasy szukam. Na razie znalazłem to. – Machnął banknotem dziesięciozłotowym. – W dżinsach miałeś, tych na łóżku – dodał tonem wyjaśnienia.

– Wypad. Ale już! Pieniądze zostaw, nie twoje.

Stasinek, jak to on, znowu zarechotał.

– Ty się, młody, nie gorączkuj. Mam problemy, i to poważne. Myśl, jak więcej kasy skombinować. Jakby co, to ja już mam pomysł. – Podszedł do tablicy korkowej i strzelił palcami w zdjęcie mężczyzny z motorem. – A teraz zasuwaj do szkółki. – Rechocząc, wyszedł z pokoju krokiem, którym według niego poruszały się samce alfa; tak naprawdę wyglądał, jakby jego kolana zginały się inaczej niż reszcie ludzkości.

Igor, blady i roztrzęsiony, podniósł plecak i z całej siły rąbnął nim o podłogę.

* * *

Zojka, wesoła i pogodna, w ciemnoczerwonej spódnicy i jaskrawożółtym swetrze w kolorowe grochy, raźno maszerowała do szkoły tą samą drogą, którą jeszcze nie tak dawno ledwo ciągnęła się noga za nogą. Na Zojkowej głowie podrygiwały nowe uszka. Tym razem zakończone puchatymi serduszkami w kolorze miodu. Jedna z ostatnich zdobyczy z internetu.

Pełno było kałuż, bo w nocy solidnie padało. „Kałuże są okej”. Uśmiechnęła się. Przypomniała sobie, jak biegała po nich na bosaka, i jak w tej wielkiej, która zawsze tworzyła się przed bramką domu, puszczały z mamą papierowe stateczki.

– Hej, hej, no pięknie, pięknie – sapnęła Olka, podbiegając. Chuda i wysoka nad swój wiek, zawsze tylko w czarnych ubraniach.

– Ale że co?

– Ale że ty. Taka chodząca tęcza. Moje oczy łzawią.

– Też cię lubię.

Ola przystanęła, teatralnie podparła się pod boki i obrzuciła koleżankę uważnym spojrzeniem.

– Zdecydowanie lepsze byłyby fioletowe albo różowe. Albo seledynowe. Albo jedna nogawka fioletowa, druga różowiutka. – Szturchnęła Zojkę łokciem pod żebra. – No już, przestań się nadymać. Co tam?

– A dobrze. – Zojka uśmiechnęła się szczerze.

– Cześć, dziewczyny. – Podeszła do nich Ula. Zojka ją lubiła. Zawsze kojarzyła się jej z delikatną gałązką. – Co u was?

– W porządku – odparła Ola w imieniu swoim i Zojki. – O, Mania, hej.

– Hej. – Mania stanęła obok dziewczynek.

– Gdyby nie szkoła, byłoby bardzo w porządku. – Ola zrobiła płaczliwą minę.

– Tylko tak mówisz. – Ula się zaśmiała. – Ja tam lubię szkołę – dodała, odmachując Honoratce z VIII b, i pobiegła w jej kierunku.

– Chwilami się jej boję – zaszeptała głucho Mania. – Patrz, patrz, Igor jedzie… Co wywracasz oczami? Ten od Stasinka. O rany, jaki on ponury. – Zachichotała i naraz zbladła. A po chwili zrobiła się czerwona. Zojka nie musiała pytać, o co chodzi. To znaczyło tylko jedno: gdzieś w pobliżu musiał być Filip. I był. Szalał na rowerze, wiatr rozwiewał jego jasne włosy. – Boski jest – miauknęła takim głosem, że gdyby Zojka chciała go narysować, na całym świecie nie znalazłaby tylu różowych kredek.

– Durny jest. Powinien jeździć w kasku.

– Oj, przestań – zdenerwowała się Mania.

– Co przestań? O bezpieczeństwie nie słyszał?

– Zojka ma rację – wtrąciła Ola, a Mania na nią fuknęła.

– Ciii… Tak w ogóle to on jest stworzony do jazdy na rowerze. Jeździ najlepiej z nas wszystkich. – Mania zamachała do przejeżdżającego obok chłopaka. Filip spojrzał na nią i odjechał w stronę szkoły.

– Na pewno mnie nie zauważył. – Mania westchnęła głęboko.

– Zauważył, zauważył – odpowiedziała jej, stając obok koleżanek, Angela. Dziś w wersji dżinsowej. Łącznie z trampkami i plecakiem przerzuconym przez ramię. – Tylko ten twój Fifi ma cię w tyłku – dodała z krzywym uśmiechem.

– Sama jesteś tyłek – odparowała płaczliwie Mania, a Ola zarżała radośnie.

– Dżinsuj stąd, ale już! – ostro odezwała się Zojka. – Nikt cię nie prosił o komentarz.

Angeli można było wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że dawała się łatwo spławić.

– Spokojnie, spokojnie – wycedziła przez wargi pociągnięte błyszczykiem. – Popraw sobie te durne uszka. Ja z Manią rozmawiam. Może nie wiesz, ale już cała szkoła ma ubaw z tego, że się kochasz w Fifim. I niektórzy już robią zakłady, czy się z tobą umówi, czy nie. Więcej jest tych, co uważają, że się nie umówi. – Angela puściła oko, odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę szkoły.

Zojka spojrzała na Manię, która zbladła. Usta jej drżały.

– Tylko nie płacz – szepnęła Zojka i miękkim ruchem wzięła przyjaciółkę pod łokieć. – Nie daj satysfakcji tej paskudzie. Cały czas się odwraca. Poczekaj… – Rozejrzała się szybko we wszystkie strony.

Kałuże małe, kałuże duże, samochody. Lepiej być nie mogło.

Na moment przymknęła powieki.

To wystarczyło. Biały dostawczak przejeżdżający obok znieruchomiałej nagle Angeli opryskał ją w całej jej dżinsowatości.

Ku radości zebranych. Ola z zachwytu aż się popluła.

Mania nawet się nie uśmiechnęła.

* * *

Igora bolały już szczęki od ciągłego zaciskania.

Robił tak zawsze, gdy był zdenerwowany. Poranna akcja ze starszym bratem mocno wytrąciła go z równowagi. Takie sytuacje zdarzały się coraz częściej. Stasinek żył w swoim świecie. Czasami znikał na parę dni, wracał z kasą, potem przez kilka miesięcy nie wyściubiał nosa z miasteczka, spędzając czas z kuplami i piwem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

This edition © copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2019

Text © copyright by Beata Ostrowicka, 2019

Ilustracje, tytuły, inicjały, projekt okładki i stron tytułowych Martyna Wilner

Książka powstała na podstawie treatmentu Czar patyczaka, za który Autorka otrzymała w 2017 roku wyróżnienie w konkursie Stowarzyszenia Autorów ZAiKS i Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej na treatment scenariusza filmu dla dzieci.

Redaktor prowadzący: Katarzyna Piętka

Opieka redakcyjna: Magdalena Korobkiewicz

Redakcja: Katarzyna Szroeder-Dowjat

Korekta: Roma Sachnowska, Joanna Morawska

Korekta plików po konwersji: Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13532-2

Plik wyprodukowany na podstawie Szczygły, Warszawa 2019

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o. 02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49, faks 22 643 70 28 e-mail: [email protected]

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.