Szczury Wrocławia. Kraty - Robert J. Szmidt - ebook

Szczury Wrocławia. Kraty ebook

Robert J. Szmidt

4,2

Opis

10 sierpnia 1963. Epidemia czarnej ospy, po której Wrocław został objęty ścisłą kwarantanną, staje się preludium znacznie poważniejszych wydarzeń. W ciągu zaledwie kilku godzin milicja oraz wezwane na pomoc oddziały wojska tracą kontrolę nad mnożącymi się w zastraszającym tempie hordami nieumarłych. Z dnia na dzień upada stary porządek rzeczy.

Garstka ludzi próbuje znaleźć ocalenie za murami więzienia. Cena ich bezpieczeństwa jest wysoka – na wolność wydostają się najgorsi przestępcy, w tym wielu skazanych na śmierć morderców, którzy są najlepiej przystosowani do przetrwania w chaosie, jaki ogarnął miasto. Jednym z nich jest Fabian Sprycha, bezwzględny zabójca i kanibal, który zrobi wszystko, by ludzie mu podobni objęli władzę nad Wrocławiem.

„Szczury Wrocławia” to historia zmagań o kształt nowej rzeczywistości, w której drugi człowiek może okazać się gorszym wrogiem niż hordy zombie.

Robert J. Szmidt nie tylko tchnął ponownie życie w umarłych, ale też ukazał przygnębiający, szary krajobraz Polski lat sześćdziesiątych w tak obrazowy sposób, że „Szczury Wrocławia” przerażają podwójnie. – Graham Masterton

Robert J. Szmidt snuje epickie opowieści o żywych i nieumarłych z takim rozmachem, że nie sposób się od nich oderwać. – Kevin J. Anderson

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 867

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (126 ocen)
64
34
20
6
2
Sortuj według:
DawidLegimi

Z braku laku…

Autor ma talent do pisania, jednak poza zombie, fabula jest tak nieciekawa, a bohaterzy obojętni, że ciężko było przez tę książkę przebrnąć.
00

Popularność




Copyright © 2019 Robert J. Szmidt

Redakcja Urszula Gardner | urszulagardner.pl

Konsultacja naukowa Katarzyna Cieślar

Korekta Elżbieta Krok

Skład Tomasz Brzozowski

Okładka i komiksyRobert Rajszczak | facebook.com/RobertoBookCovers

Projekt planów WrocławiaDesign Partners | designpartners.pl

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this editionInsignis Media, Kraków 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN wersji pełnej 978-83-66071-68-1

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Wprowadzenie

Wieczorem 9 sierpnia 1963 roku milicjanci pilnujący izolatorium na Psim Polu są świadkami mrożących krew w żyłach zdarzeń. Część poddanych kwarantannie cywilów zamienia się w krwiożercze bestie. Przełożeni lekceważą pierwsze doniesienia o nieumarłych, ale gdy sygnały zaczynają napływać z innych miejsc odosobnienia, major Biedrzycki, sekretarz Niesyto, podsekretarz Bremer i kapitan Łukasz Brandys, zastępujący podczas feralnego weekendu najważniejszych dygnitarzy, zostają zmuszeni do podjęcia zdecydowanych działań. Sytuacja w mieście wymyka się jednak spod kontroli pomimo wysłania do akcji nie tylko zwykłych milicjantów, ale też elitarnych oddziałów ZOMO.

Decydenci, widząc beznadziejność sytuacji, rejterują kolejno, pozostawiając walkę z hordami zombie „młodym wilkom”. Biedrzycki i jego towarzysze nie zamierzają się jednak poddać. Do akcji wkracza więc wezwane wojsko, ale i ono nie jest w stanie powstrzymać rzesz tysięcy nieumarłych, tym bardziej że poczynione wcześniej kroki zaradcze, takie jak palenie unieszkodliwionych chodzących trupów, okazują się śmiertelnie groźne dla tych, którzy wciąż żyją. Dymy zasnuwające miasto roznoszą zarazę w rejony, które do tej pory wydawały się bezpieczne.

Dochodzi do masakry. Zatłoczone dworce stają się masowymi grobami tych, którzy próbują zbiec z miasta. Upada także Komenda Wojewódzka, z której kierowano działaniami sił zbrojnych. Pozbawieni dowództwa żołnierze dezerterują dziesiątkami. Zdawać się może, że nie ma już żadnej nadziei.

Informowany o sytuacji towarzysz Zatylny, ostatni z sekretarzy PZPR, jacy pozostali w mieście, zwraca się najpierw do władz centralnych, a za ich zgodą do Rosjan, z prośbą o bratnią pomoc, czyli o zrzucenie na miasto bomby termonuklearnej, ponieważ tylko jej moc może – jego zdaniem – powstrzymać tę potworną zarazę. Termin nalotu wyznaczono na godzinę szóstą trzydzieści następnego ranka, skazując tym samym na pewną śmierć nie tylko tych mieszkańców Wrocławia, którzy ocaleli, ale także tysiące mundurowych, którzy z poświęceniem własnego życia starają się zapanować nad chaosem.

Tymczasem w mieście trwa akcja ewakuacji decydentów. Elita komunistycznych władz zamierza przetrwać bombardowanie w schronie przeciwatomowym, który mieści się pod gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, jednakże i decydenci napotykają na swojej drodze przeszkody, gdyż nad wieloma dzielnicami panują już hordy krwiożerczych żywych trupów.

Próby podejmowane przez majora Biedrzyckiego, który chce odwieść Zatylnego od popełnienia potwornej zbrodni, nie przynoszą skutku, lecz atak nie następuje, ponieważ apokalipsa zombie, która rozpoczęła się we Wrocławiu, w ciągu kilku godzin obejmuje niemal cały świat. Wirus czarnej ospy, jak się okazuje, był katalizatorem, który przyśpieszył rozwój wypadków w stolicy Dolnego Śląska, ale problem dotyczy wszystkich kontynentów.

Zdani tylko na siebie obrońcy w obliczu grożącej im klęski postanawiają przegrupować siły i wycofać się na rzadziej zaludnioną Wielką Wyspę, by tam przygotować plany dalszej obrony i kontrataku. Z tysięcy żołnierzy i milicjantów posłanych do walki z zombie na teren ogrodu zoologicznego dociera tylko garstka, lecz to dopiero początek walki o przetrwanie.

W mieście za rzeką pozostali wciąż czekający na ratunek cywile…

1

sobota, 10 sierpnia 1963, godzina 04:04

Zakład Karny Nr 1 przy ulicy Klęczkowskiej* 35

– Zamknijcie to okno, do cholery – warknął kapitan Wojciech Okrutny, nie odrywając wzroku od leżących przed nim papierów.

– No ale jakże to tak, szefie kochany – zaprotestowała piskliwym głosem ukryta za ścianą sekretarka. – Podusimy się przecie, jak te karpie w wannie na święta…

– Kubisiowa! – Poirytowany zastępca naczelnika podniósł głos jeszcze bardziej. – Wy mi tu z tymi waszymi religijnymi zabobonami nie wyjeżdżajcie. To nie harcerstwo, tylko służba więzienna. Jeśli mówię zamknąć okno, to zamykacie i na tym koniec!

Przygadał Agatce ostrzej, niż zamierzał, ponieważ sytuacja zaczynała go przerastać. Poza tym, będąc mężczyzną słusznej postury, pocił się za dwóch. Noc okazała się wyjątkowo upalna, a jedyna szansa na złapanie oddechu odeszła właśnie w niepamięć, gdy lekki wiaterek ponownie zmienił kierunek, ściągając nad kompleks więzienia kłęby gęstego, cuchnącego potwornie dymu.

Od strony sekretariatu dobiegło najpierw głośne trzaśnięcie, potem trudne do zrozumienia, ale na pewno gderliwe mamrotanie sekretarki. Niemal natychmiast zrobiło się duszniej, całkiem jakby ktoś włączył palnik pod tym wielkim poniemieckim ceglanym piekarnikiem, w którym przyszło im spędzić ostatnią noc.

Okrutny skwitował narzekania Agaty podobnym nieartykułowanym pomrukiem, po czym przeniósł wzrok z zapisanego maczkiem skoroszytu na czekających w równym szeregu podwładnych. Stali przed nim trzej mężczyźni i kobieta.

– Jest tylko jeden sposób – powiedział, stukając palcem wskazującym w sporządzone przez siebie wyliczenia. – Jeśli mamy zdążyć, musimy wyprowadzać na dziedziniec całe bloki.

– Ale to po trzystu chłopa będzie – zaoponował Sękala, szczupły i niemal łysy okularnik, który nawet gdy stał przed siedzącym przełożonym, niespecjalnie nad nim górował. Wymięta bluza mundurowa z dystynkcjami starszego sierżanta wisiała na nim jak na wieszaku, spodnie też były za luźne, mimo że wydano mu najmniejsze dostępne w magazynie sorty. – A mamy na zmianie tylko dwudziestu czterech ludzi, jeśli liczyć wieżowych i baby.

– Nie zapanujemy nad takim tłumem, jeżeli dojdzie do… – poparła go sierżant Agnieszka Medygrał, piastująca funkcję szefowej przeznaczonego dla kobiet bloku D. Była niższa nawet od Sękali, drobniutka jak nastolatka, a gdy spoglądała na człowieka tymi wielkimi, błękitnymi oczami, serce od razu miękło, choć niejeden absztyfikant przekonał się boleśnie, że zadzieranie z nią nie jest najlepszym pomysłem. Jak przychodziło co do czego, nie było ostrzejszej kosy wśród tutejszych strażniczek.

– Do niczego nie dojdzie, możecie mi wierzyć – przerwał jej kapitan.

– Gdy tylko zauważą, że są w przewadze… – nie ustępowała.

– Wiem, co robię, zaufajcie mi. – Okrutny wszedł jej w słowo po raz drugi. – Plan wygląda następująco. Zaczniemy od oczyszczenia kurwidołka, a zaraz po babach zajmiemy się blokiem C, gdzie siedzą sami tymczasowi i ci z najniższymi wyrokami. Z nimi problemów nie będzie, więc połowę roboty odwalimy w try miga. Dalej przejdziemy do skrzydła B. Tam mamy sporo recydywy, ale to przecież w przeważającej większości doliniarze, pospolite draby i moczymordy. Nie sądzę, by zmuszenie ich do wyjścia za mur nastręczyło nam większych problemów. Blok A zostawimy sobie na koniec.

– I tu zaczną się schody – wycedził starszy sierżant.

– Robert dobrze gada – odezwał się milczący do tej pory sierżant Tomasz Rawiński, dowódca zmiany na wspomnianym bloku, wyższy o pół głowy od Sękali i znacznie masywniejszy warszawiak, swojak z Pragi, który dobrze poznał półświatek stolicy, i to z obu stron, zanim trafił do dolnośląskiej służby więziennej. – Babami i doliniarzami możemy się nie przejmować, pełna zgoda, ale blok A to zupełnie inna sprawa. Moje żuczki już zauważyły, że za murem coś się dzieje. Nie wiedzą jeszcze, co jest grane, to prawda, ale odgłosy całonocnej strzelaniny na pewno dały im do myślenia. Doniesiono mi – dodał – że mniej więcej od północy między celami krążą grypsy mówiące o wybuchu kontrrewolucji. Dlatego chłopcy mają pietra, że zaraz po otwarciu cel osadzeni mogą czegoś próbować.

– Nawet jeśli im powiemy, że władza ludowa ogłosiła bezwarunkową amnestię?

– Dla krawaciarzy? – zaśmiał się Rawiński. – Uwierzylibyście na ich miejscu w takie rewelacje, towarzyszu kapitanie? Bo ja na pewno nie.

– Święta racja – wtrącił Sękala, odwdzięczając się koledze.

Skazani na śmierć bandyci nieufnie podejdą do takiej obietnicy. Niektórych od zadyndania na stryczku dzieliło już tylko kilka dni. Nie byli też tak głupi jak przestępczy plankton siedzący za zgarnięcie flaszki z knajpy albo obrobienie piwnicy.

– A co wy o tym wszystkim sądzicie, Patryku? – Okrutny przeniósł wzrok na chorążego Rojewskiego, ostatniego z wezwanych podoficerów, szczupłego jak Robert, ale najwyższego z tej trójki brodacza o sterczących włosach i pociągłej twarzy, któremu podlegał blok C.

– Ryzykowne posunięcie moim zdaniem. – Patryk odpowiedział po chwili zastanowienia. – Rzekłbym nawet, że zbyt ryzykowne. Recydywa postawi się, jak tylko wyczuje pismo nosem. A nasi chłopcy są za bardzo przestraszeni, żeby zgrywać twardzieli, co dodatkowo może ośmielić wyprowadzanych na plac apelowy żuczków.

– W takim razie mamy cholerny problem. – Kapitan odepchnął się od biurka, by wstać przy akompaniamencie przeraźliwego zgrzytu nóg ciężkiego krzesła. – Nie wiem, co Zatylny nam rychtuje, ale Bednarek słyszał na własne uszy, jak ta gnida mówi staremu, że ewakuacja działaczy musi się zakończyć przed wpół do szóstej. Bezwzględnie. A to znaczy, że zostało nam… – spojrzał na zegarek – …osiemdziesiąt minut, może półtorej godziny, ale na pewno nie więcej. Przeliczyłem to na wszelkie sposoby. – Wskazał leżące na blacie notatki. – Albo zaczniemy akcję opróżniania więzienia w tej chwili, wyprowadzając na plac całe bloki, albo możecie się pożegnać z rodzinami… – Przesunął wzrokiem po twarzach podwładnych. – Nie liczcie na to, że oni okażą komukolwiek litość.

Podoficerowie spuścili głowy. Wiedzieli, co zrobią poproszeni przez sekretarza o pomoc Rosjanie, gdy wejdą do miasta. Żaden nie będzie pytał, czy napotkany człowiek jest zarażony. Tylko mur mógł zagwarantować ich bliskim względne bezpieczeństwo, przynajmniej w pierwszych godzinach czystki, kiedy będzie najgoręcej.

– Może pozbądźmy się tylko bab i tych z niskimi wyrokami, a resztę hołoty zostawmy w celach – zaproponował po chwili milczenia Rawiński.

– Chcecie, żeby nasze żony i dzieci przebywały w tym samym miejscu co taki Sprycha, Nerynk albo Magdziarek? – zapytał z niedowierzaniem w głosie Wojciech. – Poza tym jak to sobie wyobrażacie?

– Możemy odciąć ten blok od reszty… – zaczął Sękala.

– Albo przenieść ich do Babińca – przerwała mu Medygrał. – Potem, już na spokojnie, pod bronią maszynową, cela po celi.

Kapitan kręcił wolno głową. Rozważał to rozwiązanie, ale im dłużej nad nim myślał, tym więcej widział zagrożeń. W bloku A siedzieli najgorsi przestępcy, a takim nie trzeba wiele, żeby pokazali, na co ich stać – a przecież właśnie przed tym chciał ochronić najbliższych, zarówno swoich, jak i pozostałych funkcjonariuszy.

– Nie – rzucił zdecydowanym tonem. – To nie wchodzi w rachubę.

– Jest jeszcze jedno wyjście, towarzyszu kapitanie – przypomniał mu Rawiński, zniżając głos.

Okrutny westchnął ciężko.

Tak, nad tym także się zastanawiał, choć znacznie krócej. W odróżnieniu od podwładnych miał bowiem lepsze rozeznanie w sytuacji. Wciąż jednak nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał od przyjaciela, intendenta dwójki, naocznego świadka niedawnych wydarzeń w Komendzie Wojewódzkiej. Gdyby nie znał majora Brandta tak dobrze – i gdyby pół godziny później nie utracił łączności z Zakładem Karnym Nr 2 – być może uznałby, że to jakiś głupi żart Krzysztofa. Nieumarli? Ludzie, których nie da się zabić? Długo bił się z myślami, czy podzielić się tymi informacjami ze swoimi podwładnymi, od których zależało powodzenie akcji ewakuacyjnej, lecz ostatecznie uznał, że nie powinien tego robić.

– Znacie kogoś, kto wykona dwieście egzekucji w półtorej godziny? – zapytał, patrząc podoficerom prosto w oczy.

Spuścili wzrok, nie odpowiedzieli. Nie musieli pytać podległych im funkcjonariuszy, by wiedzieć, jaką otrzymają odpowiedź. Gdyby zdecydowali się na to rozwiązanie, likwidacja najgorszego elementu spadłaby na nich samych.

– Może nie dwieście… – mruknął po chwili Rawiński.

– A jaka jest waszym zdaniem różnica między setką a dwiema setkami straconych? – odwarknął kapitan.

– Krawaciarzy mamy tylko nieco ponad dwudziestu – przypomniał wszystkim zebranym Sękala.

– I z trzy razy tyle niewiele od nich lepszej recydywy z wyrokami dłuższymi od niejednego życiorysu – skontrował od razu kapitan. – Nie mówiąc o tym, że po pierwszych strzałach dobiegających od strony magazynu każdy pensjonariusz bloku A wpadnie w amok.

– Mamy przecież trzy jadzie – rzuciła niepewnym tonem Medygrał.

– I tylko dziewięćdziesiąt minut, a właściwie… – Wojciech zerknął na zegarek.

– Lepsze to niż ryzyko buntu, zanim ściągniemy tutaj naszych.

Dalszą wymianę zdań ucięło zadane przez milczącego od dłuższej chwili Rojewskiego pytanie:

– Jak stoimy z bronią?

– W sensie? – Dowódca wydawał się zaskoczony.

– W sensie: ile mamy broni na całym obiekcie.

– Jeśli wziąć pod uwagę wszystko, co znajduje się w zbrojowni… – Kapitan przeliczył szybko w pamięci. – Wyjąwszy mojego makarowa, dysponujemy czterdziestoma czterema tetetkami i ośmioma peemami.

– Mało – westchnął Sękala. – O wiele za mało.

– Na trzystu chłopa i przy tak małej przestrzeni stanowczo za mało. – Rawiński poparł go, jak można było się tego spodziewać.

– Trudno, będzie musiało wystarczyć – zbył ich wzruszeniem ramion Okrutny.

– A co z amunicją? – nie ustępował Rojewski.

Spojrzeli po sobie. Władza ludowa nie lubiła ryzyka, nie zbroiła więc swoich obywateli tam, gdzie nie zachodziła taka potrzeba. Służba więzienna, jak każda formacja mundurowa socjalistycznej ojczyzny, dysponowała wprawdzie bronią palną, lecz z dostępem do amunicji różnie bywało. Klawisze pełniący dyżury w blokach A i B mieli w magazynkach po sześć naboi, z czego trzy pierwsze ślepaki. Strażnicy w wieżach dysponowali ostrą amunicją, ale wydawano im magazynki z co najwyżej dwunastoma nabojami. I to wszystko. Żadnej rezerwy w zbrojowni nie trzymano. Władza wychodziła ze słusznego założenia, że tyle naboi powinno wystarczyć do podniesienia morale załogi i powstrzymania ewentualnej ucieczki jednego bądź nawet kilku osadzonych, ponieważ – w razie gdyby sprawy za murem przybrały gorszy obrót – do akcji miało wkroczyć KBW.

– Mamy jej tyle, co kot napłakał… – Rawiński wyraził na głos obawy wszystkich.

Patryk potoczył wzrokiem po pozostałych i uśmiechnął się zagadkowo.

– Chyba wiem, jak możemy z tego wybrnąć.

* * *

Pomysł chorążego się sprawdził. Opróżnienie żeńskiej części więzienia przebiegło szybko, sprawnie i bez incydentów. Podobnie wyglądało oczyszczanie bloku C, a nawet B. Rozwiązanie podsunięte przez Patryka było genialne w swojej prostocie. Strach ma wielkie oczy… To stare porzekadło sprawdza się nawet w przypadku najbardziej zatwardziałych kryminalistów, a na Klęczkowskiej siedziało ich naprawdę wielu.

– Pobudka! – Walenie pałką w drzwi potęgowało chaos panujący od jakiegoś czasu pod celami. Strażnicy postarali się, by szczęk zasuw i zgrzyt przekręcanego w zamku klucza zabrzmiały równie groźnie.

Osadzeni zeskakiwali z prycz, cofali się pod zakratowane okna, chwytali co było pod ręką, byle stawić opór oprawcom. Widząc skierowane na siebie lufy tetetek i peemów, musieli czuć strach. I o to chodziło. Im mocniej się bali, tym bardziej byli podatni na sugestię.

– To jebana rewolucja! Partia wydała rozkaz likwidacji wszystkich osadzonych! – krzyczeli wybrani podoficerowie, stając pomiędzy uzbrojonymi kolegami a więźniami. – Spierdalajcie żuczki, póki możecie! – dodawali zaraz, cofając się za próg, by zrobić przejście. – Ruchy, kurwa, ruchy! Musimy otworzyć tyle cel, ile się da, zanim dotrą tutaj Ruscy i KBW!

W takich chwilach człowiek przestaje się zastanawiać. Niczym przysłowiowy tonący gotów jest chwycić się brzytwy, idzie przecież o życie. A jeśli dodać do tego perspektywę wyrwania się zza znienawidzonych krat, choćby nawet na krótko…

Okrutny obserwował z okna kancelarii, jak nieprzerwany strumień więźniów znika w mroku za rozsuniętymi na całą szerokość skrzydłami niebieskiej bramy. Nikt nie przystawał, nikt się nie rozglądał. Gnali przed siebie ile sił w nogach, jakby nie wierzyli we własne szczęście. Strach ma wielkie oczy, a dziś podsycano go wyjątkowo efektywnie, z jednej strony wykorzystując godziny oczekiwania w napięciu i niepokój wzbudzony odgłosami całonocnej strzelaniny, a z drugiej potęgując umiejętnie eksponowane detale – jak zapalone światła i krzątanina przy budynku magazynu, gdzie najpierw Gestapo, a potem NKWD przeprowadzało masowe egzekucje; jak ciężarówka załadowana do pełna prostymi skrzyniami, w których składano zwłoki.

Każdy, kto opuszczał krzyż więziennych zabudowań i trafiał na półkolisty placyk przed komendanturą, mógł zobaczyć to wszystko na własne oczy, jeśli więc zbudziły się w nim nawet jakieś wątpliwości, w tym momencie tracił je bezpowrotnie.

To miejsce cieszyło się ponurą reputacją. Najpierw było niemiecką, a potem hitlerowską katownią, jeszcze później służyło tym samym celom, ale już nowej, socjalistycznej władzy. Gilotyna, szubienice, rozstrzeliwania, czasami masowe. Osadzeni o wszystkim wiedzieli. Naczelnik zadbał bowiem, by każda egzekucja odbijała się znacznie szerszym echem, niż powinna, ponieważ jego zdaniem nic tak nie trzyma ludzi w ryzach jak obawa przed utratą życia.

Ten sam lęk zaślepiał dzisiaj złodziei, gwałcicieli, pospolitych opryszków i wszelkiej maści element antysocjalistyczny. Tylko dzięki strachowi w niespełna godzinę od rozpoczęcia akcji udało się pozbyć zza muru ponad tysiąca osadzonych. Znacznie szybciej, niż można by przypuszczać.

Pozostał już tylko ostatni, ale zarazem najtrudniejszy etap. Wypuszczenie pospolitych przestępców na wolność, nawet tak iluzoryczną, to jedno, ale pozbycie się z więzienia najgorszych szumowin, w tym ponad dwudziestu zbrodniarzy oczekujących na egzekucję, to zupełnie co innego. Szczególnie w wypadku człowieka, dla którego prawo to świętość. Podoficerowie byli gotowi na podjęcie takiego ryzyka, ale nie on. Postawił więc sprawę jasno: żaden z osiemdziesięciu czterech więźniów, którzy odsiadywali na Klęczkowskiej najdłuższe wyroki, nie wydostanie się za tę bramę, nawet jeśli zapowiadane masowe czystki rozpoczną się w ciągu pół godziny. Po krótkiej i zaciekłej dyskusji, podczas której raz jeszcze rozważono rozstrzelanie osób i tak skazanych na karę śmierci, Medygrał zaproponowała pewne rozwiązanie. I ono było połowiczne, ale usatysfakcjonowało kapitana.

Stojąc teraz w zaciemnionym pokoju, Wojciech patrzył przez okno na znajdujący się dwie kondygnacje niżej zasnuty dymem placyk, przez który wciąż przebiegali rozglądający się trwożliwie mężczyźni. Wyczekiwał znaku, ostrego brzęku telefonu, który wezwie go do głównego budynku, zanim zbiorą się tam wszyscy uzbrojeni strażnicy. Jeszcze chwila i rodziny strażników, czekające w należących do kompleksu więzienia kamienicach, będą mogły wejść za mur, gdzie znajdą schronienie przed siepaczami nasłanymi przez towarzysza, tfu, sekretarza. Jeszcze momencik…

Telefon w sekretariacie zaczął dzwonić.

* * *

Pierwsi ewakuowani członkowie rodzin przekroczyli próg więzienia, zanim kapitan zdążył zbiec na wybrukowany sześciokątnymi płytami plac. Szedł więc razem z nimi, otoczony tłumem milczących kobiet i dzieci – przerażonych nagłym rozkazem opuszczenia przydziałowych kwater jeszcze bardziej niż usuwani kryminaliści. Jedynymi dźwiękami, jakie docierały w tym momencie do uszu Okrutnego – prócz nieustannego szurania zdartych podeszew o bruk – były niemal nieustanne pokasływania, co przy potwornym zadymieniu nie wydało mu się niczym dziwnym. Od czasu do czasu dolatywały go także zduszone szlochy.

Ci ludzie przeszli swoje. Najpierw wsłuchiwali się w narastającą z każdą godziną palbę – a strzelano przecież tuż za ich oknami. Potem kazano im się spakować, wyprowadzono ich z mieszkań, przewieziono na Klęczkowską i upakowano w sześciu trzykondygnacyjnych kamienicach należących do zbudowanego pod koniec dziewiętnastego wieku kompleksu więziennego. Tam rodziny strażników czekały na umówiony sygnał, gnieżdżąc się w ciasnych klitkach, a nawet na schodach, bo dla takiej masy osób brakowało miejsca. Na szczęście nie trwało to długo, ale i ta godzina z okładem wystarczyła, by wyprać ewakuowanych z wszelkich uczuć poza przygnębieniem i strachem.

– Towarzyszu kapitanie! – Wojciech zatrzymał się, słysząc znajomy głos.

Obejrzał się, a że przy wzroście sięgającym prawie dwóch metrów górował nad strumieniami przepływających przez plac uciekinierów, bez trudu dostrzegł machającego do niego ciemnowłosego kaprala.

– Zawieźliście pułkownikową i jej pomiot do KW? – zapytał, gdy Bednarek zdołał się do niego przecisnąć.

– Tak jest, towarzyszu kapitanie. – W głosie młodego podoficera dało się wyczuć lekki akcent charakterystyczny dla pogórza, co nie było dziwne, zważywszy, że Paweł pochodził z Nowego Sącza. – Odprowadziłem wszystkich pod same drzwi bunkra.

– Jak wygląda sytuacja?

– Mocno nieciekawie, towarzyszu kapitanie. – Bednarek poprawił palcem okulary. – Przy placu Dąbrowszczaków zrobił się nieludzki korek, zwożą tam na potęgę rodziny wszystkich dygnitarzy.

Ta wiadomość, wprawdzie spodziewana, lecz wciąż niepokojąca, sprawiła, że Okrutny instynktownie podjął marsz w kierunku zbudowanych na planie krzyża gmachów.

– Dowiedzieliście się czegoś konkretnego?

– Nie. Ważniacy nabrali wody w usta. Żaden szofer nic nie wie. A jeśli już któryś się odezwie, to gada takie rzeczy, że szkoda mówić. – Kapral machnął ręką.

– Na przykład co?

– Na przykład, że chcą nas zbombić jak tę tam, Hiroszimę.

– Chcą zrzucić na Wrocław bombę atomową? – zaśmiał się kapitan. Były to jednak tylko pozory wesołości: na dnie żołądka czuł znajomy ucisk, jakby mu tam ktoś kamieni nawrzucał, a po jego plecach przebiegał właśnie bardzo wolno zimny i naprawdę nieprzyjemny dreszcz. Zatylny był tak wielką kanalią, że mógł poprosić towarzyszy z Moskwy o całkowite zniszczenie miasta. – Bzdura – dodał, pilnując się, by głos mu nie zadrżał. – Nie powtarzajcie tych kretyńskich plotek nikomu. Chłopcy są już i tak zdrowo podenerwowani.

– Jasna sprawa, towarzyszu kapitanie.

Okrutny wzdrygnął się wewnętrznie. Jeśli to prawda, skonstatował, schronienie się za murem nie zwiększy naszych szans. Bezwiednie oblizał spierzchnięte wargi. Co mógł w tej sytuacji zrobić?… Wtem doznał olśnienia. Schrony przeciwlotnicze z czasów wojny! Mieli ich tu kilka. Tylko że były słabo wyposażone i dość ciasne, bo przewidziane na wypadek chwilowego, co najwyżej kilkugodzinnego pobytu w nich znacznie mniejszej liczby osób. Bez mebli, sanitariatów, studni artezyjskiej…

Zamyślony głęboko kapitan minął próg bloku A, nie odpowiadając na salut stojącego przy drzwiach wartownika. Zastanawiał się, jak przerzucić część żywności i wody do pomieszczeń, które mogą, choć nie muszą, przetrwać niszczycielską eksplozję. Jak to zrobić, nie budząc podejrzeń tych, którzy pozostaną na zewnątrz? Oto jest pytanie…

– Bednarek! – Odwrócił się nagle do kaprala. – Pędźcie na piętro do sierżanta Sękali i powiedzcie mu, żeby poczekał na mnie z rozpoczęciem akcji. Przekażcie, że wpadłem na świetny pomysł, ale muszę coś sprawdzić.

– Tajest.

Paweł ruszył biegiem w górę schodów.

* * *

– Jakiś problem? – zainteresował się Rawiński, gdy kapitan dotarł w końcu na blok.

– Bednarek wam nie powiedział? – Wojciech udał zdziwienie.

– Coś tam pitolił, ale niekonkretnie. Podobno wpadliście na świetny pomysł i dlatego kazaliście na siebie czekać – odparł Sękala.

– Niestety pomysł okazał się chybiony – rzekł wymijająco kapitan i aby zmienić niewygodny temat, zaraz dodał: – Bierzmy się do roboty. Dzięki Rojewskiemu mamy spore przody, ale zostało nam niespełna pół godziny. Nie chcecie chyba, żeby chłopaki z kolumny transportowej przywitały krasnoarmiejców gdzieś na ulicy? – Nie chcieli, mógł więc spokojnie przejść do następnego punktu odprawy. – Dobra, panowie. Mamy cztery wozy, do każdego pakujemy po dwudziestu jeden żuczków. Jest nas tylu, że spokojnie możemy podzielić siły na dwie grupy i pracować równolegle. W każdym zespole będzie trzech chłopaków z bronią maszynową i czterech z tetetkami. Reszta zabezpiecza przejścia, tu, tam i tam – wskazał rozmieszczenie posterunków. – Otwieramy celę, skuwamy drani, wyprowadzamy pod lufami, pakujemy do wozów, zamykamy na kłódkę, wyrzucamy kluczyk i wyprawiamy w miasto. – Funkcjonariusze kiwali głowami, przyjmując do wiadomości kolejne polecenia. – Ślepaki usunięte? – zapytał jeszcze Okrutny, zanim ruszyli.

– Tajest!

– Jak tylko zauważycie, że coś jest nie tak, walcie od razu w ścianę albo podłogę, żeby widzieli ślady po kulach. Coś takiego na pewno da im do myślenia. Tylko pamiętajcie, pod żadnym pozorem nie możecie żadnego zastrzelić.

– Wy naprawdę wierzycie w te opowieści o nieumarłych, towarzyszu kapitanie? – zapytał całkiem poważnym tonem Sękala.

Wojciecha zamurowało.

– Skąd o nich wiecie? – bąknął dopiero po kilku sekundach.

– Stąd co wszyscy – zaśmiał się sierżant. – Od chłopaków, którzy pilnowali ewakuowanych. Ludzie opowiadali niestworzone historie. Ponoć tych suczych synów nie da się zabić…

– Bujdy – rzucił któryś z funkcjonariuszy.

– Bajanie wystrachanej cywilbandy – dodał inny, rechocząc.

– Albo i nie – zgasił go Okrutny. – Pewien człowiek, oficer, któremu w pełni ufam, był w Komendzie Wojewódzkiej, kiedy doszło tam do rzezi naszych.

– Jakiej rzezi? – Rawiński zrobił wielkie oczy.

Kapitan już otwierał usta, chcąc streścić rozmowę z majorem Brandtem, ale zrezygnował. Nie mieli teraz czasu na puste gadanie. Sękala natychmiast to wykorzystał, by wtrącić swoje trzy grosze:

– Rozumiem, że ta zaraza zmienia ludzi w krwiożercze bestie, bardzo odporne i nieczułe na ból, ale w życiu nie uwierzę, że nie da się ich zabić.

– Uważacie, sierżancie, że władza ludowa spieprzyłaby do bunkrów, zostawiając sprzątanie Ruskim, gdyby chodziło o jakąś bagatelę?

– Ja tylko mówię, że zarażeni są…

– Człowieku, im dłużej będziemy tu pieprzyć bez sensu, tym mniejsze szanse na bezpieczny powrót za mur będą mieli chłopcy z konwoju. Jeśli nie zamkniesz natychmiast ryja, sam będziesz przekazywał wdowom informacje, że nadal mogłyby mieć mężów, lecz tobie zachciało się zgłębiać tajemnicę życia, przez co staliśmy tutaj jak kołki, zamiast robić swoje!

Sękala nie odpowiedział. Obrócił się na pięcie i pognał pomostem, machając ręką na przydzielonych mu ludzi. Rawiński, zawiedziony wyraźnym unikiem przełożonego, poprowadził drugi oddział przeciwległym pomostem. Resztę uzbrojonych w peemy i pistolety funkcjonariuszy rozmieszczono przy schodach i wyjściu, skąd w razie potrzeby mogliby razić ogniem tych osadzonych, którzy próbowaliby uciekać z podstawianych na plac więźniarek.

Pierwsze drzwi na górze otworzyły się z głośnym łomotem, który natychmiast utonął we wrzaskach strażników. Kilka sekund później padł strzał, potem drugi. Zanim ich echa wybrzmiały w wielkiej, pustej przestrzeni więziennego bloku, u szczytu klatki schodowej pojawili się skuleni mężczyźni. Truchtali gęsiego z rękami założonymi na kark. Za każdym z nich szedł mundurowy z pistoletem gotowym do strzału; naglące dźgnięcia lufą w nerki motywowały skazańców do szybszego marszu. Po otwarciu następnych cel nikt nie strzelał, konieczność użycia broni zaszła ponownie dopiero wtedy, gdy opróżniano czwarte z kolei pomieszczenie.

Tym razem po huku wystrzału nie zapadła cisza. Stojący na parterze Wojciech usłyszał nieludzki skowyt, który zwiastował problemy. Kapitan opuścił więc posterunek przy drzwiach i pognał ile sił w nogach w górę schodów. Czwarta cela od końca po prawej. Siedziało tam trzech delikwentów z parszywej dwunastki, jak po cichu nazywano morderców czekających na wykonanie najwyższego wyroku.

– Co ja mówiłem o strzelaniu do osadzonych?! – wysapał gniewnie kapitan, przepychając się między stojącymi w drzwiach funkcjonariuszami.

– Skurwiel próbował odebrać broń Olkiewiczowi – poskarżył się blady jak ściana szeregowy Radosław Lenart, wskazując przełożonemu dymiący wciąż pistolet.

Okrutny obrzucił wzrokiem celę, w której tłoczyli się trzej struchlali przestępcy, zbici w grupkę wokół stolika pod jedynym oknem, i zwijający się z bólu funkcjonariusz.

Krauz nie przestawał syczeć, obiema dłońmi zaciskał obficie krwawiącą łydkę.

– Żuczek chciał odebrać broń Olowi i dlatego raniliście Łukasza? – Okrutny miażdżył wzrokiem wystraszonego strzelca.

– To był rykoszet, towarzyszu kapitanie. – Sękala wskazał na obłupany tynk łukowego nadproża. – Pech, po prostu pech.

– Ty i ty. – Wojciech wskazał stojących najbliżej funkcjonariuszy. – Zanieście rannego do ambulatorium. Migiem, zanim nam się tu wykrwawi. Ja was zastąpię – dodał złowróżbnym tonem, przenosząc wzrok na osadzonych. – Który próbował odebrać ci broń? – Zwrócił się do Olkiewicza.

– Me… me… melduję, że Ma… Ma… – bełkotał roztrzęsiony Tomasz, wskazując palcem wysokiego brodacza z tatuażem na potylicy.

– Towarzysz Magdziarek. – Okrutny poruszył głową, jak bokser rozluźniający mięśnie karku przed walką. – Wyprowadzić pozostałych – rozkazał, nie spuszczając wzroku z winnego. – I kontynuować akcję. Ja się zajmę wyjaśnieniem tej sprawy.

Wymieniony z nazwiska więzień spoglądał na niego z pogardą. Nic dziwnego, człowiek, który zakatował młotkiem własną rodzinę, wliczając w to dwójkę nieletnich dzieci, nie powinien pękać przy byle okazji. Gdyby nie ta przeklęta epidemia, za dwa tygodnie zadyndałby w nieodległym magazynie na konopnym powrozie, uwalniając świat od swojego istnienia. Teraz – niestety – zabicie go nie wchodziło w grę ze zrozumiałych względów, ale kto powiedział, że nie może pocierpieć.

– Zatańczymy, Cangaceiro? – zapytał kapitan przymilnym tonem, zaciskając pięści.

Skazaniec wyszczerzył zęby. Lubił ten dziwny, chyba latynoski przydomek nadany mu już tutaj, w więzieniu, przez inną, jeszcze gorszą kanalię. Starcie tego uśmiechu z jego twarzy było czystą przyjemnością, tym większą, że stawiał czynny opór – przynajmniej przez te kilka sekund, zanim nogi dziwnie mu zmiękły.

* * *

Wojciech wrzucił nieprzytomnego Magdziarka jak worek ziemniaków na pakę więźniarki, prosto między nogi upakowanych w dwóch rzędach osadzonych. W ciągu tych paru minut, które poświęcił na wyperswadowanie młotkowemu agresywnych zachowań, funkcjonariusze opróżnili cele do końca. Cangaceiro trafił więc do innej więźniarki, niż pierwotnie przewidziano, ale to nie powinno mieć wielkiego znaczenia. Do godziny zero pozostało niespełna dwanaście minut, zrzut bomby nastąpi więc – o ile Zatylny rzeczywiście planował coś tak zbrodniczego – nie prędzej niż za pół godziny. Towarzysz sekretarz nie ryzykowałby niepotrzebnie, na pewno zostawił sobie co najmniej kwadrans zapasu. Co do tego kapitan nie miał wątpliwości.

Trzydzieści minut wystarczy, by wozy trafiły w wyznaczone miejsca, a kierowcy zdążyli wrócić na teren więzienia. Co stanie się z nimi później, to już zupełnie inna sprawa.

– Strasznieś pan okrutny, towarzyszu kapitanie – rzucił ktoś z głębi ciemnej, cuchnącej potem paki.

Wojciech zatrzymał się w pół ruchu, obrócił wolno, zmrużył oczy. Na samym końcu rzędu po lewej dostrzegł w półmroku bladego, uśmiechniętego młodzieńca, którego postronny obserwator mógłby wziąć za podrostka.

– Od urodzenia, ale i tak daleko mi do ciebie, przyjacielu mojej kozy – odparł, hamując gniew.

– Wezmę to za komplement. – Skazaniec wyszczerzył równe zęby.

Co najmniej czternaście kobiet, głównie młodych sprzedawczyń ze sklepów GS-u, dało się zwieść urokowi tego uśmiechu. Co najmniej, ponieważ śledczy podejrzewali, że oskarżonemu można by przypisać drugie tyle morderstw. Niestety drań konsekwentnie szedł w zaparte, a im brakowało dowodów. Biedne dziewczyny oddawały temu mężczyźnie rękę – choć nie do końca w taki sposób, o jakim skrycie marzyły – a gdy dochodziło do skonsumowania związku, niewiele z nich zostawało. W sam raz tyle, by organa ścigania przyjęły do wiadomości istnienie ofiary, ale w żaden sposób nie mogły zidentyfikować zwłok.

Fabian Sprycha, spokojny hodowca miniaturowych królików, czy też Kanibal z Ińska, jak ochrzciły go jeszcze przed procesem ogólnopolskie, a nawet zagraniczne media, grasował w całym kraju przez dekadę – jego przyjazny chłopięcy wygląd był bowiem bardzo mylący. Dopiero gdy człowiek przyjrzał mu się bliżej, zauważał nieco zbyt wysokie jak na młodzika czoło, maskowane spiczastą grzywką, i przyprószone szczyptą popiołu skronie świadczące o bardziej zaawansowanym wieku.

– Pomyślałem, że możesz tęsknić za swoim ulubionym kundlem – dodał po chwili zastanowienia kapitan – więc ci go przyniosłem. Powiedz dziękuję i będziemy kwita.

Więzień przestał się uśmiechać. Nie spojrzał nawet na leżącego nieruchomo Magdziarka.

– Proszę się tak nie przemęczać, towarzyszu kapitanie. I zalecam umiar w piciu. Nie chciałbym, aby pańska wątroba ucierpiała zanadto przed naszym następnym spotkaniem.

Okrutny roześmiał się w głos, po czym zatrzasnął drzwi więźniarki i otwartą dłonią walnął trzy razy w jej burtę, dając kierowcy znak, że może ruszać. Zdziwiłbyś się, śmieciu, gdybyś zobaczył, jak potraktowałaby cię kolejna ofiara, którą chciałbyś zabić, a potem zjeść, pomyślał, gdy szary star mijał bramę. Niestety, a może na szczęście, nie będzie ci dane się tego dowiedzieć, ponieważ zdechniesz razem z resztą tej hołoty już za chwilę, jak tylko wejdą Ruscy albo jak spadnie bomba.

– Udusiłbym bydlaka gołymi rękami – wymamrotał stojący dwa kroki od kapitana Sękala.

– Gdybyś to zrobił, niczym byś się od niego nie różnił – odparł zamyślony Okrutny.

– Tak tylko mówię – żachnął się sierżant – bo wypuszczanie ich za ten mur to naprawdę zły pomysł.

– Zabicie takiego ścierwa nie powinno podlegać karze – poparł go Rawiński, który także obserwował przebieg całego zajścia.

– Nie wam o tym decydować – uciął Wojciech. – Jak przebiega ewakuacja naszych?

– Mamy na obiekcie pięćset dwadzieścia dziewięć osób. Brakuje jeszcze trzydziestu ośmiu, ale z tego, co wiem, powinny dojechać lada chwi…

Od strony Klęczkowskiej dobiegło znajome mruczenie silnika. Moment później rozmawiający usłyszeli przenikliwy pisk klaksonu.

– O wilku mowa.

Niebieska brama znów została otwarta. Tym razem tylko na dwa metry, by przywiezieni autobusem ludzie mogli się dostać na teren więzienia. Gdy ostatni cywil znalazł się na dziedzińcu, wielka stalowa konstrukcja zaskrzypiała ponownie, wracając na miejsce.

– Wygląda na to, że się udało. – Sękala pomachał objuczonym tobołami kobietom i dzieciom.

W Zakładzie Karnym Nr 1 pracowało niemal czterysta osób, jeśli zliczyć wszystkie etaty, lecz plan Okrutnego zakładał, że za mur zostaną ściągnięci wyłącznie bliscy mundurowych, których można było poinformować o akcji zdalnie. Wprawdzie personel cywilny też mieszkał w okolicy więzienia, ale w tym wypadku błyskawiczny kontakt nie wchodził w grę, ponieważ zwykli ludzie nie mogli nawet pomarzyć o luksusie, jakim był służbowy telefon. Pozostawali jeszcze strażnicy z nocnej zmiany, których dałoby się wysłać z wiadomością, jednakże kapitan bardziej potrzebował ich na miejscu, dlatego od razu odrzucił ten pomysł.

I słusznie, jak życie pokazało. Nawet po ograniczeniu liczby ewakuowanych ledwie starczyło mu czasu na dopięcie wszystkiego. Ostatni szczęściarze, głównie członkowie rodzin funkcjonariuszy mieszkających najbliżej centrum, mijali go właśnie, kierując się ospale na główne zabudowania, które miały się stać ich tymczasowym domem na nadchodzące dni, może nawet tygodnie. Albo masowym grobem, jeśli w plotkach zasłyszanych przez Bednarka kryje się choć ziarno prawdy, pomyślał Okrutny.

Stał przy wejściu do bloku A i przyglądał się powłóczącym nogami kobiecinom, zapłakanym dzieciom i ponurym mężczyznom, z których tylko kilku zdążyło włożyć kompletne mundury. Milczący, objuczony dobytkiem tłum, który nieco przypominał pochód uciekinierów opuszczających atakowane w czasie wojny miasta, przelał się w przerywanej tylko kasłaniem ciszy przez plac i zniknął w drzwiach, którymi dopiero co wyprowadzono skazańców.

– Kapitanie! – Od budynku komendantury, w którym mieściło się także więzienne ambulatorium, zmierzał raźnym krokiem ubrany w biały kitel mężczyzna.

– Słucham, doktorze Wegner. – Okrutny zerknął na zegarek, by sprawdzić, ile ma jeszcze czasu. Ta rozmowa niezbyt mu pasowała. Nie w tym momencie. – Jak się miewa nasz ranny kolega?

– Stracił sporo krwi – odparł lekarz, zatrzymując się przed mundurowymi. Był łysy jak jego prawie krajan Sękala, ale o pół głowy wyższy od sierżanta i postawniejszy. Równo przycięta bródka, dla jednych kozia, dla innych hiszpańska, nadawała mu wygląd inteligenta, którym z pewnością był, mimo że przyszło mu felczerować w podrzędnym zakładzie karnym. Partia umiała sobie radzić z warchołami. – Powinien się z tego wylizać, jeśli w miarę szybko trafi do prawdziwego szpitala.

Więzienne ambulatorium nie należało do najnowocześniejszych ani najlepiej wyposażonych, ponieważ zawiadujący nim lekarz miał za zadanie tylko postawić diagnozę i opatrzyć pacjenta. W razie gdy obrażenia były poważniejsze niż na pierwszy rzut oka, delikwenta przekazywano do właściwej placówki cywilnej.

– Z tym może być problem, doktorze – odparł Okrutny. – Wiecie chyba, co dzieje się na mieście.

– Wiem, wiem – potaknął Wegner. – Mało brakowało, a sam trafiłbym do selektorium na Grunwaldzkim. Niestety komendant nie zgodził się na delegację.

– Niestety? – zdziwił się Sękala.

– Wszystko byłoby lepsze od gnicia w tym waszym parszywym więzieniu. – Lekarz spojrzał na niego krzywo.

Nie lubili się, choć obaj pochodzili z tego samego zakątka Polski. Wegner mieszkał wcześniej na rogatkach Bytomia, sierżant natomiast pochodził z leżącego kilkanaście kilometrów dalej Sosnowca. Śląsk i Zagłębie. Hanysy i gorole. Niby ta sama ziemia, a jednak dwa różne światy. Kolejna pozostałość po zaborach, którą trudno było wykorzenić nawet po tylu latach.

– Tam teraz gorąco – zauważył Okrutny.

Od strony miasta wciąż dolatywały odgłosy strzałów. Już nie tak gęste jak zaraz po północy, lecz nadal świadczące o prowadzonych zaciętych walkach.

– Może i goręcej niż tutaj, ale przynajmniej ratowałbym ludzi, zamiast doglądać kanalii, które nawet nie zasługują na życie. Cóż, kiedy partia wie lepiej…

Za podobne uwagi doktor Robert M. Wegner stracił dobrze płatną posadę w szpitalu wojewódzkim i trafił na zsyłkę. Jako że był naprawdę dobry w swoim fachu, bezpieka nie pozbyła się go permanentnie, tylko skierowała na kilkuletnią reedukację do placówki, w której miał zmądrzeć, a raczej skruszeć.

– Od tej chwili nie powinniście narzekać. – Rawiński się zaśmiał. – Macie teraz prawie sześciuset pacjentów, z których każdy siedzi tu za niewinność.

– Z pewnością wiecie, że to się źle skończy – westchnął Wegner, wodząc wzrokiem po twarzach otaczających go funkcjonariuszy służby więziennej. – Wszyscy traficie na szubienicę albo przed pluton egzekucyjny za to, że wypuściliście te szumowiny. Władza ludowa wam nie popuści…

– O to będziemy się martwić, jeśli przeżyjemy tę noc. – Okrutny odwrócił się do podwładnych. – Zanim zaczęliśmy wywozić tych drani, odebrałem telefon. Szwagier z Warszawy dzwonił, żeby podpytać co i jak… – Zamilkł dla bardziej dramatycznego efektu. – Zaraza już dotarła do stolicy. Właśnie dostali rozkaz wyjścia na miasto, żeby pacyfikować… tych tam…

– Zombie – podpowiedział Wegner. – Tak ich przed chwilą nazwano w oficjalnym komunikacie triumwiratu. Nie znam jednak etymologii tego słowa… Nigdy wcześniej go nie słyszałem.

– Tych tam, zombie, naprawdę nie da się zabić? – zainteresował się Sękala, wracając do tematu niedawnej rozmowy.

– Podobno jest to prawie niemożliwe. – Tym razem Wegner odpowiedział starszemu sierżantowi bez uszczypliwości w głosie.

– Prawie? – podchwycił zaskoczony kapitan.

– Strzelanie do nich niewiele daje, ale palą się, z tego, co mi mówiono, jak każdy inny człowiek – zapewnił go lekarz tonem wyższości. – Na popiół. Co widać, słychać i czuć – dodał, wskazując gęste pasma wciąż wijącego się u ich stóp dymu.

– Ale nie da się ich zastrzelić? – uściślił jego prawie krajan.

Wegner pokręcił przecząco głową.

– Ponoć nie.

– Bajanie.

– Podobno nawet strzał w głowę ich nie zatrzyma. – Po tym stwierdzeniu wszystkim mundurowym zrzedły miny. – Wiem, jak to brzmi, ale tak właśnie napisano w oficjalnym komunikacie, z którym miałem okazję się zapoznać dzięki uprzejmości doktora Arendzikowskiego. No i Agatki Kubisiowej. Mam nadzieję, iż pan, kapitanie, nie będzie miał mi za złe, że poprosiłem pańską sekretarkę o jednorazowy dostęp do dalekopisu pułkownika?… – Wegner zamilkł na moment, choć z całkiem innego powodu niż wcześniej kapitan. – A skoro o tym mowa, przypomniało mi się, że widziałem przed chwilą pana żonę. Z Kubisiową i paroma innymi kobietami znosiła jakieś paczki do schronu przeciwlotniczego pod komendanturą. Coś się szykuje?

– Właśnie, byłbym zapomniał!… – Okrutny pacnął się otwartą dłonią w czoło, jakby nagle doznał olśnienia.

Próbował zyskać na czasie, lecz niemal natychmiast dotarło do niego, że nie zdoła wymyślić na poczekaniu żadnego sensownego wytłumaczenia, a przez incydent z Magdziarkiem zupełnie wyleciało mu z głowy, że powinien przygotować sobie odpowiedź na pytanie, którego mógł się prędzej czy później spodziewać. Przeniesienie części zapasów do dawnego schronu przeciwlotniczego musiało zostać zauważone, choć prosił, by Lucyna zrobiła to najdyskretniej, jak to tylko możliwe.

Na jego szczęście – zanim zdążył odezwać się ponownie – ktoś zaczął walić pięścią w bramę. Wielka płaska konstrukcja ze stali zadziałała jak dzwon. Łomot był ogłuszający.

– Co jest? – Rawiński zareagował pierwszy, on też jako jedyny ruszył truchtem do wejścia.

– Sprawdźmy to – rzucił moment później Okrutny, w duchu ciesząc się z niespodziewanego ratunku.

Sprawdził godzinę. Za cztery wpół do szóstej. Jeszcze chwila i grube na metr drzwi bunkra pod Komitetem Wojewódzkim zostaną zatrzaśnięte. Zerknął odruchowo w jaśniejące dopiero niebo. Miał nadzieję, że nie myli się co do marginesu bezpieczeństwa. Jeśli Zatylny jest mniej ostrożny, niż przypuszczałem… Znów poczuł zimny dreszcz. Tyle dobrego, że nikt nawet nie poczuje, co go zabija. Takie przynajmniej krążyły słuchy o tej najpotężniejszej z bomb.

– I co tam? – zapytał Rawińskiego, dogoniwszy go przy bramie.

– Paru żuczków wróciło – zameldował szef bloku B.

– Co znaczy: wróciło?

– Zobaczyli, co się dzieje na mieście, i zdecydowali, że wolą wrócić pod celę.

– Wolą dać się rozstrzelać?

– Zobaczyli, jak wpuszczamy naszych, i zrozumieli, że ich wystawiliśmy… – Sierżant rozłożył ręce. – To co robimy? Mam otworzyć bramę?

– Wykluczone. Każcie im spierdalać.

– Akurat posłuchają.

Jak na potwierdzenie tych słów, czekający za bramą znów zaczęli w nią łomotać.

– Lada moment wrócą nasi – przypomniał Sękala, wyrastając znienacka obok nich dwu.

– Kurwa mać! – Wojciech zacisnął wielką jak bochen pięść. Kiedy Bednarek przywiezie kierowców konwoju, trzeba będzie natychmiast otworzyć bramę, w przeciwnym razie… – Każcie im spierdalać albo otworzymy ogień.

– Niby jak? – zaprotestował Rawiński.

Miał rację. W wieżach nie było strażników, ale gdyby nawet nie wycofano ich na czas akcji, raczej by się nie okazali groźni dla stojących przy bramie mężczyzn. Z kolei strzelanie z placu przez uchylony lufcik byłoby niczym więcej niż marnowaniem bezcennej w tej sytuacji amunicji.

– Ilu ich tam jest? – zainteresował się lekarz.

– Z ośmiu. Najwyżej dziesięciu – odparł Rawiński.

– Recydywa?

– Na moje oko sami tymczasowi. Nie widzę żadnego z moich…

– Miejsca macie aż nadto. – Wegner spojrzał na Okrutnego. – A kilka par dodatkowych rąk przyda się do roboty, choćby do oporządzania gadziny w chlewikach – podpowiedział, widząc zaciętą minę kapitana.

Niemcy, projektując to więzienie, zrobili wszystko, by zapewnić mu pełną samowystarczalność. Dlatego na terenie zakładu karnego znajdowały się także chlewiki, w których wytypowani więźniowie w nagrodę za dobre sprawowanie oporządzali prawie osiemdziesiąt dorodnych świń. Niestety po grządkach od strony Odry, na których przed wojną uprawiano warzywa urozmaicające jadłospis osadzonych i kadry, nie został nawet ślad. Nowa władza nie widziała sensu w kultywowaniu praktyk okupanta. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja.

– To co robimy?

– Wpuśćmy ich, zanim ściągną nam na głowy kolejnych maruderów – zaproponował Wegner.

Hałasy musiały zwrócić uwagę wałęsających się wciąż w pobliżu więźniów, którzy nie wiedzieli, co ze sobą począć. Cofka zapoczątkowana przez tych paru raptusów mogła wkrótce przybrać znacznie większe rozmiary.

– Dobra. Sękala, ściągnijcie tu paru swoich. I pamiętajcie, będziemy potrzebowali kajdanek. Nie pozwolę tym mętom łazić swobodnie między naszymi kobietami i dziećmi.

– Tajest. – Starszy sierżant ruszył biegiem w kierunku pawilonów.

– A ty ich ucisz! – Kapitan odwrócił się do Tomka. – Jeszcze słowo usłyszę z tamtej strony albo któryś zacznie się znowu dobijać, wyjdę na zewnątrz i spuszczę im taki łomot, że pokochają myśl o powrocie na miasto.

– Kapitan mówi, że was wpuści. – Rawiński odsunął wizjer w furcie na kilka centymetrów. – Za moment przyjdą po was strażnicy, ale macie tam cicho być. Jak który piśnie choćby słowo, to zostawimy was na bruku. Zrozumiano?

Hałasy umilkły jak nożem ucięte.

– No i po kłopocie.

Okrutny spojrzał w kierunku głównego budynku więzienia. Drzwi prowadzące na klatkę schodową otwierały się właśnie. Sękala prowadził sześciu mundurowych – tylu, ilu zdołał zwołać w tak krótkim czasie.

Mimo wszystko to powinno wystarczyć.

– Uchylcie bra… – zaczął Wojciech, lecz przeszkodziły mu łomoty, tym razem znacznie głośniejsze i bardziej natarczywe.

– Skurwe syny! – Rawiński powstrzymał strażnika sięgającego już do zapadki, obejrzał się na kapitana, ten jednak nie patrzył w stronę bramy, tylko na nadbiegających. Połowa z nich miała w rękach peemy.

– Otwieraj! – Okrutny odpiął kaburę i wyszarpnął z niej służbowego makarowa. – Jeśli któryś nie wykona mojego rozkazu, możecie strzelać! – rzucił do ustawiających się wokół niego ludzi Sękali. – Ale tylko w nogi!

Łomot nie milkł, zdawał się nawet przybierać na sile, zza stalowej przegrody dobiegały też coraz głośniejsze wrzaski.

– Co tam się dzieje? – wymamrotał doktor Wegner, zanim kapitan przesunął go za siebie.

Ledwie skrzydła bramy odsunęły się od siebie, w luce pojawiły się dłonie, jedna, druga, piąta. Ci z zewnątrz napierali na wrota z taką siłą, że na nic się zdał opór Rawińskiego i jego dwóch podwładnych.

– Strzały ostrzegawcze! – ryknął Okrutny, widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

Nierówna salwa zagłuszyła wszystkie inne dźwięki, ale nie zdołała skłonić więźniów do zaprzestania szturmu. Brama, choć trzymana przez trzech funkcjonariuszy, przesunęła się błyskawicznie o cały metr, co wystarczyło, by wpadło za nią dwóch naraz mężczyzn ubranych w cywilne łachy. To naprawdę musieli być tymczasowi, tylko im bowiem nie wydawano więziennych sortów.

– Na ziemię! – wydarł się Okrutny, pozostali podchwycili ten okrzyk. – Gleba, powiedziałem!

Znów padły strzały, po których więźniowie znajdujący się na dziedzińcu przystanęli, lecz nie padli, jak im kazano. Nie był to jednak przejaw agresji. Zawładnął nimi strach – strach tak potężny, że nie wiedzieli, co robić. Kapitan nie od razu to zauważył, ponieważ sam był bliski paniki.

– Brać ich! – warknął, dopadając najbliższego, by posłać go hakiem w nerkę na bruk. – Skuć drani! Migiem!

Strażnicy rzucili się na zdezorientowanych mężczyzn, przyszpilając ich kolejno. Rawiński niewiele się pomylił: zanim brama została na powrót zamknięta, na dziedziniec dostało się nie więcej niż tuzin osadzonych.

Dziesięciu już leżało skutych, dwaj ostatni, najspokojniejsi, szli chwiejnym krokiem w kierunku szamoczących się więźniów i trzymających ich funkcjonariuszy.

– Zombie! – wrzasnął niespodziewanie przyglądający się tej scenie Wegner.

– Co?! Gdzie?!

– Ci dwaj są zarażeni! – Lekarz wskazał na tych osadzonych, którzy jeszcze stali.

Rawiński podbiegał właśnie do jednego z nich. Wybił się już, spadł na plecy idącego, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Był o wiele cięższy od więźnia, runęli więc obaj na bruk jak ścinane drzewa.

– Nie! – Wegner zamachał rękami, zrobił niepewny krok do przodu, jakby chciał odciągnąć sierżanta, ale w ostatniej chwili zrezygnował. – Nie podchodźcie do nich! Nie zbliżajcie się, bo… bo… bo was pozarażają!

Wrzeszczał tak przeraźliwie, że nawet ci, którzy go nie zrozumieli, cofnęli się mimowolnie.

Tymczasem Rawiński, zamiast zerwać się z ziemi i skuć obezwładnionego, leżał na nim, jakby nagle zasłabł. Był jednak tak ciężki, że przygnieciony przez niego zombie nie mógł się oswobodzić. Drugi zarażony wykorzystał moment konsternacji i parł teraz prosto na obserwujących tę scenę ludzi. Najbliższy funkcjonariusz znajdował się zaledwie trzy kroki od niego.

– Rozwalić drania! – krzyknął Okrutny, unosząc makarowa.

Nie wiedział, ilu mundurowych go posłuchało, ale sądząc po efektach, strzelał każdy, kto trzymał w ręku broń. Zbliżający się mężczyzna podskakiwał śmiesznie po każdym trafieniu. W jego prążkowanej, niegdyś białej koszuli, a nawet w spodniach pojawiało się coraz więcej dziur, ale to go nie powstrzymywało, szedł dalej, jakby mundurowi rzucali w niego pestkami, zamiast używać ostrej amunicji. Wojciech wymierzył dokładniej. Z pięciu metrów nie mógł chybić i nie chybił. Kula kalibru 9,25 mm, o jednej z największych prędkości wylotowych w historii broni krótkiej, przebiła się przez czaszkę potwora jak przez papier, posyłając na bruk za nim kawałki skóry, kości, a także gęste bryzgi mózgowia zmieszane ze strugami krwi. Rana wylotowa miała rozmiary pięści, co wszyscy zobaczyli, ponieważ impet tego trafienia był tak silny, że zombie wykonał pełny piruet, zanim… no właśnie, nie upadł, choć powinien.

Widząc to, większość strażników podała tyły. Ludzie, którzy przeżyli koszmar kilkuletniej wojny i okupacji, wiali, jakby im ktoś odbezpieczone granaty w dupy chciał wsadzić. Więźniowie także skorzystali z zamieszania i pognali za mundurowymi w stronę głównego budynku. Ze skutymi za plecami rękami mieli jednak problem z utrzymaniem równowagi. Padali, przetaczali się i wstawali, nie bacząc na ból, byle jak najszybciej znaleźć schronienie i jak najbardziej oddalić się od istoty, której nie sposób powstrzymać ani zabić.

Parę sekund wystarczyło, by na dziedzińcu zostali tylko Okrutny, Sękala, Wegner i dwaj strażnicy pilnujący bramy, którzy padli na ziemię, gdy zaczęła się strzelanina, ponieważ znaleźli się na linii ognia.

– Tomasz! – Sękala oprzytomniał pierwszy, ominął łukiem chwiejącego się, podziurawionego jak rzeszoto zombie, i szedł dalej, by ściągnąć przyjaciela z drugiego potwora.

– Nie! – wrzasnął Wegner. – Nie dotykaj go, durny hanysie!

Sierżant nie posłuchał. Doktor zawahał się, po czym skinął głową, jakby uznał, że robi co trzeba i rzucił się w kierunku nie lubianego krajana. Dogonił go w sekundę i popchnął z całych sił. Zaskoczony Sękala wyłożył się jak długi, wypuszczając broń z ręki. Tetetka poleciała aż pod bramę, między leżących tam wciąż zdezorientowanych strażników.

– Nie wolno ich dotykać! – Wegner opadł na plecy starszego sierżanta, wrzeszcząc mu do ucha. Sękala nie słuchał, ryknął jak raniony zwierz, szarpnął się i pomimo mikrych rozmiarów strząsnął lekarza z pleców, jakby ten był nie dorosłym mężczyzną, ale dzieckiem. Oszołomiony lekko Robert wylądował na bruku, nie stracił jednak rezonu. – W kolana mu strzelajcie, w kolana! – wychrypiał, pokazując zarażonego, który właśnie ruszał w kierunku wstającego podoficera.

Jeden z leżących przy bramie funkcjonariuszy sięgnął po broń Sękali. Podparł się lewą ręką, wymierzył i pociągnął za spust. W kompletnej ciszy rozbrzmiało metaliczne stuknięcie. Magazynek był pusty.

– Szlag by to – jęknął strażnik, odrzucając tetetkę.

Powędrował dłonią do pasa, ale nie zdążył odpiąć kabury, zanim żywy trup dosięgnął jego przełożonego. Mógł więc tylko patrzeć, jak pozbawiony połowy głowy człowiek pochyla się nad oszołomionym starszym sierżantem, pada na niego i zaczyna drzeć pazurami mundur, by dostać się do ciała pod spodem.

Sękala poddał się bez walki. Zwiotczał natychmiast, jak balon, z którego ktoś wypuścił powietrze.

– Zróbcie coś, do cholery! – wrzeszczał Wegner, odczołgując się byle dalej od nieumarłego i jego ofiary.

W tym momencie uwagę zdębiałego Okrutnego przykuł sierżant Rawiński. Poruszył się, drgnął raz i drugi, jakby zaczął odzyskiwać przytomność. Całe szczęście…

– Tomek?

– On też jest już zombie! – Wegner złapał kapitana za nogę. – Patrzcie!

Oczy gramolącego się z ziemi Rawińskiego były białe, jakby wywrócone źrenicami w głąb czaszki. Skórę na twarzy miał dziwnie szarą. Poruszał się niezbornie, jak ci dwaj przed chwilą.

– Ja pier… – Wojciech przeżegnał się, co zważywszy na jego przekonania, było chyba nawet dziwniejsze od faktu, że istnieją ludzie, których nie można zabić.

– Uciekajcie! – Wegner machnął wolną ręką na funkcjonariuszy czających się wciąż pod bramą. – Tam, bokiem, omińcie ich! Wycofajmy się… – Spojrzał w górę na Okrutnego. – Musimy zamknąć wewnętrzne bramy, odciąć ich, zanim dopadną kogoś jeszcze!

– Nie! – Kapitan otrząsnął się, jakby ktoś oblał go kubłem zimnej wody. – Zaraz wrócą nasi. Nie możemy ich zostawić na pastwę tych, tych…

– Zombie – podpowiedział ponownie lekarz.

– …chujów – dokończył roztrzęsiony oficer.

– Jak zamierzacie chujów powstrzymać, skoro nie można ich tknąć? – zapytał zgryźliwym tonem lekarz.

Tymczasem strażnicy wycofali się spod bramy, jak im poradzono, szerokim łukiem omijając nieumarłych i wracające do życia ofiary.

– Skrzynie – bąknął kapitan.

– Co: skrzynie?

Okrutny uśmiechnął się triumfalnie.

– Dworczyk! – Wskazał palcem strażnika po prawej. – Leć pod magazyn, zwołaj ludzi, przynieście tutaj cztery skrzynie na zwłoki. I coś ciężkiego, najlepiej jakiś złom z warsztatów, felgi, cokolwiek. Nie gap się na mnie jak szpak w pizdę, tylko ruchy na sprzęcie! Kamil, czekaj! – zawołał, gdy młody szeregowiec ruszył w kierunku bramy prowadzącej na teren dawnych bloków dla kobiet. – Dawaj tetetkę.

Chwycił w locie rzuconą mu broń, przeładował.

– W kolana, tak? – zapytał zaskoczonego Wegnera. – To coś da?

– Powinno go spowolnić – odparł lekarz.

– Brzostek, ty zostań! – Kapitan powstrzymał drugiego strażnika gestem uniesionej ręki. – Jeszcze jeden krok, a ciebie też rozwalę! – ostrzegł, widząc, że przerażony funkcjonariusz nadal przesuwa się w stronę wejścia na blok A. – Zbierz porzuconą broń, będziemy potrzebowali maksymalnej siły ognia.

Okrutny wymierzył makarowa w podchodzącego do niego wolno Rawińskiego.

– Wybacz, Tomek – szepnął, naciskając spust.

Pierwsza kula weszła idealnie w prawą rzepkę. Odmieniony sierżant stracił równowagę, poleciał na twarz. Walnął o bruk z taką siłą, że wszyscy usłyszeli trzask pękających kości. Mimo to nie jęknął nawet, co więcej, natychmiast zaczął się gramolić z powrotem na nogi, jakby powodem upadku było najnormalniejsze w świecie potknięcie.

– Barki, przestrzelcie mu barki! – wrzasnął Wegner.

Okrutny zrobił krok do przodu, przymierzył, wypalił, potem schował opróżnionego makarowa do kabury i przełożył do prawej dłoni tetetkę Dworczyka. Strzelił po raz trzeci, mierząc w prawy staw barkowy leżącego nieumarłego. Rawiński znieruchomiał, to znaczy przestał się podpierać, choć nadal próbował się odpychać jedyną sprawną nogą, ale przy jego wadze to nie mogło wystarczyć.

– Dawaj swoją broń, Janek! – Kapitan wyciągnął dłoń w stronę Brzostka.

Uspokojony zimną krwią przełożonego funkcjonariusz wykonał polecenie, po czym wrócił do zbierania broni porzuconej przez kolegów.

– Daj jedną klamkę doktorkowi – dodał Okrutny, ruszając w stronę nieumarłego z przestrzeloną głową, który właśnie złaził z zabitego starszego sierżanta. Jemu najpierw zgruchotał oba barki, które jakimś cudem nie zostały uszkodzone podczas pierwotnej kanonady, a następnie wpakował trzeci, ostatni pocisk w lewy staw kolanowy.

– Po co mi broń? – obruszył się Wegner.

– Na wszelki wypadek – warknął kapitan, stając dwa kroki od znieruchomiałego Sękali.

– Jestem lekarzem, nie rzeźnikiem – rzucił oburzony medyk, ale nie odepchnął dłoni Brzostka, gdy ten podał mu jedną z porzuconych tetetek.

– Lekarze to najwięksi rzeźnicy – zaśmiał się kapitan, sprawdzając, czy ma jeszcze naboje w pistolecie. – Janek! – Odwrócił się do strażnika. – Powyciągaj magazynki i załaduj wszystkie naboje do jednego. Tylko szybko! Sękala nadal leżał tam, gdzie upadł, za to zombie, którego obalił Rawiński, zdążył już się podnieść. Okrutny przesunął się więc w bok, ściągając na siebie jego uwagę, by Wegner miał czyste pole do strzału. Lekarz jednak nie pociągnął za spust. Ręce tak mu drżały, że gdyby nawet zmusił palec do tego niewielkiego ruchu, i tak by chybił.

Magazynek z ośmioma nabojami trafił do pistoletu Okrutnego, zanim Sękala zdążył stanąć na nogi. Sześć kolejnych wystrzałów rozbrzmiało głośnym echem, bam, bam, bam, bam, bam, bam! Gdy w bramie pojawili się ludzie niosący ściągnięte z ciężarówki skrzynie na zwłoki i złom z warsztatów, wszyscy nieumarli byli już unieszkodliwieni. Leżeli w kałużach krwi kilka metrów od bramy, wijąc się jak robaki wykopane z błota po solidnej ulewie.

Funkcjonariusze, którzy nie brali udziału w akcji, zatrzymali się bojaźliwie za siedzącym wciąż na ziemi lekarzem.

– Zdejmijcie wieka, odwróćcie skrzynie do góry dnem i nakryjcie ich! – rozkazał Okrutny, cofając się o krok. – Wykonać!

– Ale oni jeszcze dychają – zaprotestował starszy szeregowy Hubert Kruk, warszawiak, jeden z ludzi Rawińskiego, zdaje się, że jego sąsiad z Pragi.

– Tak ci się tylko wydaje – zgasił go kapitan.

– Oni są zarażeni – mruknął Wegner, odkładając tetetkę na bruk.

– Jak to: zarażeni? – żachnął się drugi z przybyłych. – Przecież to nasz sierżant i…

– Myślisz, synku, że ewakuowaliśmy was za ten mur bez powodu? – Okrutny posłał mu ostre spojrzenie. – Nie wiem, z czym mamy do czynienia, ale jedno jest pewne: każdy, kto się zarazi, w mgnieniu oka zostaje bezrozumną, krwiożerczą bestią. Ot tak – pstryknął palcami. – Lepiej więc uważajcie, żeby żadnego z nich nie dotknąć.

– Jak mamy ich ponakrywać, skoro tak giczoły porozstawiali? – zapytał Kruk, wskazując tego z przestrzeloną głową.

– Wiekiem je sobie przesuwajcie – poradził mu Wegner, który zdążył już wstać.

– Słyszeliście, co doktor powiedział?

Skinęli głowami, po czym ruszyli przed siebie bardzo niepewnym krokiem. Podeszli do nieumarłych wolno, ostrożnie, wstrzymując oddechy, jakby się bali, że zaraza dopadnie ich przez płuca. Pracowali parami, dzięki czemu sprawnie wykonali rozkaz. Proste, zbite z sosnowych desek skrzynie, w których chowano skazańców, nakryli starymi felgami i całą resztą złomu, jaki funkcjonariusze zdołali przytaszczyć z pobliskich warsztatów.

– To wystarczy? – Okrutny spojrzał na otrzepującego fartuch lekarza.

– Skąd mam wiedzieć? – odburknął Wegner.

– Z nas wszystkich to pan kończył medycynę.

– Nie uczyli nas tam o nieumarłych. Ale… – Wegner się zamyślił. – Lepiej będzie się ich pozbyć.

– Jak?

– Wystawmy ich za bramę.

– Ja nie tknę tej skrzyni. Za nic! – zaprotestował Brzostek.

– Ani ja – zawtórował mu Dworczyk.

Reszta mundurowych poparła ich znaczącymi pomrukami.

– Spalmy ich – zaproponował w końcu lekarz, przerywając niezręczną ciszę. – Parę litrów benzyny, trochę drewna z kotłowni i będzie po krzyku.

* 26 kwietnia 1971 r. Miejska Pracownia Geodezyjna powiadomiła pisemnie prasę i inne zainteresowane instytucje wrocławskie, iż obowiązującą nazwą ulicy jest „Kleczkowska”, a nie „Klęczkowska”. (Na planie Wrocławia „Kleczkowska” pojawiła się w 1972 r.). Źródło: Zygmunt Antkowiak, Stare i nowe osiedla Wrocławia, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1973.

2

sobota, 10 sierpnia 1963, godzina 05:25

plac Słowiański

Kolumna zatrzymała się na sygnał dany z jadącego na czele gazika. Bednarek najpierw podniósł lewą rękę, a sekundę później zaczął ostrożnie hamować. Ciężarówki przewożące więźniów, kanciaste stary 21, były znacznie cięższe niż wóz naczelnika. Potrzebowały niemal osiemdziesięciu metrów, by zamrzeć pośrodku torowiska opodal zbiegu ulic Słowiańskiej, Nowowiejskiej i Jedności Narodowej, czyli dawnej Stalina.

Kluczem do powodzenia tej operacji miała być precyzja – kapitan Okrutny kazał wywieźć najgorszych zwyrodnialców spośród osadzonych na plac Słowiański, ale wydał też drugi rozkaz: kolumna ma się zatrzymać najpóźniej za pięć wpół do, aby szoferzy zdążyli wrócić na teren więzienia, zanim nadejdzie termin wyznaczony przez towarzysza Zatylnego i do miasta wkroczą jednostki Armii Czerwonej. Z tego też powodu Bednarek, co rusz zerkający na leżącą na siedzeniu pasażera otwartą cebulę, zdecydował, że woli zostawić więźniów dwieście metrów od wyznaczonego celu, niż ryzykować spotkanie z pacyfikującymi miasto Rosjanami. Zwłaszcza że Sowieci z pewnością skoncentrowali siły tuż za linią Odry, dzięki czemu ich czołowe jednostki dotrą do zakładu karnego w niespełna minutę od wydania pierwszych rozkazów.

– Ruchy tam! – wrzasnął przez ramię, wrzucając wsteczny.

Kierowcy starów zeskakiwali na bruk, by wsiąść do gazika, który po ostrym zwrocie jechał wzdłuż kolumny, zbierając ich kolejno. Trzydzieści sekund po wyłączeniu silników ciężarówek odkryty gazik naczelnika zaczął ostro przyśpieszać. Jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, pozostałe cztery i pół minuty powinny wystarczyć na dotarcie do bramy więzienia.

Plan kapitana był genialny w swojej prostocie. Okrutny musiał pozbyć się problemu, i to szybko, niemal bezzwłocznie, a egzekucje nie wchodziły w grę z wiadomego mu powodu. Z drugiej strony nie mógł wypuścić na wolność zatwardziałych recydywistów – szkody, które ci dranie poczyniliby od przekroczenia bramy do nieuniknionej utylizacji przez Rosjan, obciążałyby bowiem jego sumienie. Dlatego Wojciech wybrał drogę pośrednią – usunął z zakładu karnego najgorszych zbirów, zarazem nie wypuszczając ich na wolność. Zamknięci i skuci, mieli czekać we wnętrzach więźniarek na nadejście czerwonoarmistów… albo zrzucenie bomby.

Jednego tylko tymczasowy naczelnik Zakładu Karnego Nr 1 nie przewidział…

* * *

We wnętrzu ostatniego stara panował nieludzki zaduch. Po upalnym dniu i parnej nocy metal, którym otoczono pakę przerobionej na więźniarkę ciężarówki, rozgrzał się do granic możliwości. Nie zdołała tego zmienić nawet burza, która wczesnym wieczorem przetoczyła się nad miastem niczym zwiastun nadchodzącej zagłady.

Upchani ciasno mężczyźni – a było ich tam dwudziestu dwóch, wliczając nieprzytomnego wciąż Magdziarka – pocili się więc jak myszy, nie mówiąc już o tym, że ledwie mogli oddychać. Powietrza brakowało im mimo otwarcia wszystkich niewiele szerszych od dłoni świetlików, rozmieszczonych pod samym sufitem budy. Przy zerowym wietrze nie było po prostu ciągu. Niemniej ta odrobina tlenu, jaka dostawała się do środka, pozwalała zamkniętym w więźniarce mężczyznom się nie podusić.

– Stul ryj! – warknął ukryty w mroku Sprycha, gdy któryś z jego tymczasowych kompanów znów zaczął utyskiwać.

Pomimo mikrej postury Fabian cieszył się wśród kryminalistów ogromną estymą. W więziennej hierarchii stał naprawdę wysoko, a po straceniu Aleksandra Bojdy, pseudonim Konar, znanego nożownika z Goleniowa, objął niepisaną władzę w jedynce. O przyjemnej jak na degenerata aparycji, był bowiem bezwzględniejszy od absolutnego zera, o czym pewien grypsujący przekonał się tego samego dnia, gdy nie znający więziennych obyczajów Sprycha trafił pod jego celę. Największy osiłek z trzech zakapiorów, z którymi zamknięto świeżo osądzonego kanibala, stanął przed chucherkowatym cuwaksem i zgodnie z panującą za kratami tradycją zapowiedział, że zaraz po zapadnięciu ciszy nocnej odbędzie się pomiędzy nimi walka na gołe pięści, bez zasad, na ostro, nawet jeśli miałoby się to skończyć śmiercią któregoś z nich. Fabian, któremu śledczy uzmysłowili wcześniej, że za murem będzie co najwyżej kandydatem na frajera, a może nawet cwela, potraktował tę groźbę niezwykle serio.

Dwie godziny później jego niedoszły oponent już nie żył. Nowy okazał się okrutniejszy i zmyślniejszy od większości starych garusów. Każdy przedmiot, jaki trafiał w jego dłonie, stawał się potencjalną zabójczą bronią, a że nie miał żadnych zahamowań, wszyscy się go bali, zarówno strażnicy, jak współwięźniowie. Życie za murem to w większej mierze spektakl, teatr odgrywany na okrągło przez wszystkich osadzonych, niż krwawa jatka, opisywana często w literaturze i pokazywana w kinie.

To brutalne zabójstwo, zapoczątkowane wyłupieniem oczu, gdy nie spodziewający się niczego przeciwnik zasiadł w kącie celi na cebrzyku pełniącym rolę klozetu, zapewniło cichemu, drobnemu mężczyźnie ogromny szacunek i posłuch nawet wśród najbardziej hardych bandziorów. Co jednak najważniejsze, ten pokaz okrucieństwa i bezwzględności sprawił, że Sprycha mógł teraz spoglądać z nadzieją w przyszłość, choć jeszcze kilka dni wcześniej z coraz większą obawą odliczał dni do zbliżającej się egzekucji.

Gdy znowu zapadła cisza, Fabian wsłuchał się w dźwięki dochodzące z ulicy. Dzięki uchylonym świetlikom nie miał problemu z rozpoznaniem echa pośpiesznych kroków, warkotu silnika terenówki przejeżdżającej obok więźniarki, nawet wypowiadanych na zewnątrz słów.

– Siedź! – syknął, gdy jeden z więźniów zajmujących miejsce bliżej wyjścia poruszył się gwałtownie.

Pomruk oddalającego się gazika cichł z wolna. Sprycha odliczał czas w myślach. Dobra, jeszcze pięć sekund…

– Teraz! – rzucił.

Z tyłu po prawej, tuż przy drzwiach, siedział Ulfig, wytatuowany na całym torsie długowłosy chudzielec z Rudy Śląskiej, który pomimo dziesięciu lat odsiadki we Wronkach nie doznał olśnienia i nie poddał się dobrodziejstwu resocjalizacji. Po wyjściu z pierdla wrócił nie do normalnego życia, tylko do dawnego fachu. Zawsze lubił motory i dobrze upędzony bimber, zatem by zdobyć upragnioną maszynę, najął się na cyngla u znanej w wielkopolskim półświatku meliniarki, niejakiej pani Marioli, z której mężem Marcinem odkiblował trzy niedziele palmowe. Czasy nastały ciężkie, wielu klientów brało towar na borg, a jeśli któryś nie spłacił zaciągniętego długu w terminie, szefowa posyłała do jego lokalu Darka. Zdarzało się to rzadko, bo restauratorzy dość szybko zrozumieli, że z panią Trittową nie ma to tamto, a mundurowi, sowicie przez nią opłacani, nie mieszali się do jej rodzinnego interesu, nawet jeśli sprała męża patelnią po pysku, co dla odmiany zdarzało się całkiem często. Tak więc wilk był napruty i owca schlana, jak zwykł mawiać Ulfig, gdy wspominał dawne, dobre czasy.

Obcięcie małego palca sekatorem, kara zapożyczona – podobnie jak liczne tatuaże – od japońskich gangsterów, o których domorosły yakuza przeczytał podczas odsiadki artykuł w sfatygowanym numerze tygodnika „Dookoła Świata”, okazało się naprawdę skuteczną metodą windykacji. Pech jednak chciał, że rozochocony sukcesami Darek przecenił swoje siły i wykonał o jedną robotę za dużo. Posunął się za daleko podczas ostatniego wypadu w rodzinne strony. Chciał dać nauczkę nowemu, nazbyt gorliwemu dzielnicowemu, który postrzelił w trakcie pościgu jego kuzyna, znanego na całą Rudę Śląską doliniarza. Tym razem nie zajął się małym palcem, jak miał to w zwyczaju, ale odjął młodemu funkcjonariuszowi oba kciuki, co miało stanowić przestrogę dla wszystkich pozostałych blacharzy, by podczas interwencji nie sięgali zbyt ochoczo po broń.

Niestety aluzja została opacznie zrozumiana, a stróże prawa, zamiast się uspokoić, ruszyli ostro do roboty. Nie dość, że Darek sam wpadł, to jeszcze siłą rozpędu zlikwidowano sieć bimbrowni i melin prowadzonych przez panią Trittową, z którą był powiązany. Gdy rozeszła się fama, że Jakuza siedzi, języki okaleczonych wcześniej restauratorów rozwiązały się ponad miarę, skutkiem czego ona zadyndała na jadzi w poznańskiej katowni razem z obitym mężem i bohaterami kolejnej lokalnej afery mięsnej, a on, skazany w odrębnym procesie miesiąc później, czekał właśnie na wykonanie podobnego wyroku. Zabrakło dosłownie trzech dni, by spotkał w zaświatach dawną zleceniodawczynię.

Pchnięte przez Ulfiga drzwi do wolności uchyliły się z piskiem źle naoliwionych zawiasów.

Sprycha uśmiechnął się pod nosem. Ulżyło mu, ale nie tylko dlatego, że we wnętrzu paki pojaśniało i zrobiło się od razu bardziej znośnie. Delikatna forma nacisku na paru strażników, realizowana przy pomocy przebywających na wolności kompanów starej grypsery, przyniosła niespodziewany efekt. Zamiast ulgowego traktowania za kratami, co było jego pierwotnym celem, całkiem nieoczekiwanie zyskał szansę na odzyskanie wolności. Funkcjonariusz, którego zmuszono do współpracy groźbą zabicia jedynej córki, spisał się na medal. Nie tylko doniósł z odpowiednim wyprzedzeniem, co kombinuje kapitan Okrutny, ale też zadbał, by więźniarka, do której trafił Fabian, nie została należycie zamknięta.

Więźniowie wyskakiwali kolejno na bruk, rozglądając się ciekawie. Paru od razu dało nogę. Pięciu pobiegło w stronę widocznego w oddali placu, dwaj inni wybrali pobliską boczną uliczkę, a trzej, nie wiedzieć czemu, ruszyli truchtem w kierunku, z którego przyjechał konwój. Po chwili przy więźniarce zostali sami krawaciarze.

– Gdzie my, kurwa, som? – zastanawiał się na głos Miron Sójka, golibroda ze Skalmierzyc, będący żywym dowodem na prawdziwość powiedzenia, że „szewc bez butów chodzi”.

Od ogłoszenia wyroku nabrał awersji do brzytwy, pewnie dlatego, że posadzono go za poderżnięcie paru gardeł. Udowodniono mu trzynaście takich czynów, a wpadł we własnym zakładzie po ostatnim morderstwie, dokonanym w biały dzień przy tłumie czekających na swoją kolej klientów. Ludzie walili do niego tłumnie, zwłaszcza w soboty, jako że należał do grona najlepszych cyrulików w powiecie. Dlaczego zabijał? Po części dla zemsty, aczkolwiek najbardziej mierziła go bezczelność ludzi, który najpierw go okradli, a potem kpili z niego w żywe oczy, dając po strzyżeniu i goleniu sute napiwki, oczywiście ze zrabowanych wcześniej pieniędzy.

Tego Miron nie mógł znieść, zasadził się więc na sąsiada, znanego lenia i moczymordę, którego podejrzewał o bliskie związki ze złoczyńcami, a ten, jakżeby inaczej, już po pierwszym cięciu wyznał prawdę. Potraktowany brzytwą opój wskazał wszystkich wspólników: leciwą bufetową z baru Kufel, jej szwagra druciarza, ich wspólnego znajomego mistrza kominiarstwa i na koniec tego, który uknuł spisek, czyli miejscowego fotografa. Miron dopadł jedno po drugim następnego ranka, w mieszkaniach i domach. Nie chciał zostawiać świadków, by nikt nie wszczął alarmu i nie zapobiegł wymierzeniu sprawiedliwości, dlatego tam gdzie zaszła potrzeba, wyrżnął całe rodziny, a potem jakby nigdy nic poszedł do roboty, wiedząc, że główny winowajca sam się zgłosi jak co sobota, by szczerząc się i przymilając do człowieka, którego miesiąc wcześniej ograbił z oszczędności całego życia, kpić ze swojej ofiary w żywe oczy.

Sójka naostrzył brzytwę o pas, jak miał to w zwyczaju przed każdym goleniem, namydlił porządnie szyję, po czym zarżnął łacha jednym, ale za to szerokim cięciem, przeciągając ostrzem od ucha do ucha. Upuścił mu krwi jak wieprzowi na świniobiciu, nie zważając na wrzaski przepychających się w drzwiach klientów. Gdy lokal opustoszał, jeśli nie liczyć dwu omdlałych kobiet, usiadł na zydelku w kącie przy służbowym stoliku, by dopić chłodną kawę i nacieszyć oczy widokiem jeszcze szybciej stygnącego fotopstryka. Tam właśnie znaleźli go przywezwani przez kogoś milicjanci.

W trakcie późniejszego procesu niezbicie wykazano, że zamordowani przez niego ludzie byli Bogu ducha winni. Oszczędności skalmierskiego cyrulika, ukryte przemyślnie w kominie rodzinnego domu, podbierała bowiem niewierna żona, a sąsiad pijus zadenuncjował osoby, z którymi sam miał na pieńku – uczynił to, żywiąc płonne nadzieje, że szalony fryzjer nie tylko daruje mu życie, ale i załatwi za niego porachunki.

– Tyle wiem co i ty – odparł Sprycha, po tym jak zeskoczył z paki i wziął kilka głębokich wdechów. – Któryś jest tutejszy? – zapytał, odwracając się do sterczących za nim więźniów.

– Ja jestem – odparł nieznany mu bliżej mężczyzna o fizjonomii boksera, recydywa jak się patrzy, z wyglądu i usposobienia.

Inny by nie trafił do tego transportu.

– Jak się nazywasz?

– Kaczmarek jestem, panie Fabianie. Tomasz, pod dziesiątką garowałem…

– Dobra, wystarczy! – uciszył go Sprycha. – Wiesz, gdzie jesteśmy?

– Przy zajezdni tramwajowej.

– Nie mów…

Stali naprzeciw szerokiej bramy prowadzącej do wielkiej hali, przed którą znajdowało się kilkanaście charakterystycznych czerwonych wagonów.

– Krótko jechaliśmy, więc to pewnie Słowiańska – wymamrotał skarcony Kaczmarek.

– Gdzie tu się najlepiej zamelinować… – Sprycha zastanawiał się na głos, patrząc już w przeciwnym kierunku, na plac.

Kręciło się po nim zadziwiająco wiele osób jak na tak wczesną porę. Uciekający w stronę placu Słowiańskiego mężczyźni próbowali ominąć największą gęstwinę szerokim łukiem, ale i tak zwrócili na siebie uwagę. Część wałęsających się po placu przechodniów ruszyła za nimi, z początku niepewnie, chwiejnym krokiem, jakby w pijanym widzie. Jeden zaraz upadł, dwaj inni potknęli się o niego i też zwalili jak kłody. Być może zdziwiłoby to Fabiana, gdyby nie słowa, które usłyszał:

– Za zajezdnią są tereny kolejowe, znam je dobrze, bo często chadzałem tam na zakupy. No i „Społem” ma tam główny magazyn.

Pokiwali głowami. Wszyscy od lat znali grypserę, wiedzieli więc, o czym ich towarzysz naprawdę mówi. Kradzieże na kolei były bardzo opłacalne, ale władza traktowała je szczególnie ostro, ponieważ ginęło mienie państwowe. Na wagony chadzali więc tylko wyjątkowi durnie albo… nieprzeciętni kozacy. W tym wypadku uwolnieni obstawiliby drugie rozwiązanie.

– Da się tam zaszyć na dłużej? Jak „Społem”, to pewnie wódy i żarcia jest w bród.

– Musowo – wyszczerzył się Kaczmarek.

– I dobrze. – Sprycha nie spuszczał oka z ludzi na placu.

Dwóch z pięciu uciekinierów wracało właśnie, zerkając bojaźliwie na podążających za nimi ludzi. To nie byli już pojedynczy, wałęsający się bez celu przechodnie, lecz zbity kilkudziesięcioosobowy tłum. Moment później od strony bocznej ulicy, w której zniknęło dwóch kolejnych zbiegów, dobiegł przeraźliwy skowyt, jakby ktoś babę żywcem ze skóry obdzierał. Takie właśnie skojarzenie przyszło na myśl Fabianowi, który doskonale wiedział, jak drą się skórowane kobiety. To tutaj brzmiało podobnie, istna muzyka dla jego uszu. Dostał nawet gęsiej skórki na przedramionach, bynajmniej nie ze strachu…