Szczęśliwi - Władysław Reymont - ebook

Szczęśliwi ebook

Władysław Reymont

0,0
4,49 zł

lub
Opis

Szczęśliwi„ to opowiadanie Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

“ Poprawiła sobie czerwonej chustki na głowie i dziobała pogrzebaczem drwa w kominie, nie śmiejąc mówić więcej, tylko z pod oka rzucała spojrzenia na siedzącego pod oknem. Patrzała się z jakąś pokorą i żałością na jego twarz pochyloną, suchą, i jakby zamgloną smutkiem. Była to twarz jeszcze młoda, ale o wyrazie zupełnie biernym i nawet mazgajowatym, i napiętnowana zmęczeniem. Niebieskie, jakby wyblakłe oczy, świeciły jakoś sennie, ociężałość miał w ruchach i zniechęcenie.

— Marcysiu! to zrób mi herbaty — odezwał się po długiem milczeniu i spojrzał na nią.

Dziewczyna spuściła oczy i zakrzątnęła się żywo koło samowaru.

— Ojciec jest?

— Nima. Tatulo pojechali do miasta kupić coś niecoś na świnta.

— To dzisiaj wigilja? — zapytał znowu.

— Juścić ze wilija. Pon jadą dzisia do swoich?

— Jadę, muszę się nawet śpieszyć.

Podniósł się i zaczął chodzić po izbie.”


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 19

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-310-7
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

SZCZĘŚLIWI

— Będą pon pili arbatę, to zarno zrobię?  — A gdzie to Mateusz, że ty za niego?  — Pon go przecie zwolnili, i poleciał do kobity na święta.  — Prawda. Duży tam mróz?  — Sielno skrzy twa; ino się śnig łyśni, a mróz scypie kiej pies! — odpowiadała młoda dziewczyna, prawdziwy typ chłopskiej piękności, bo wysoka w miarę, rozrosła, rumiana niby miesiąc na nowiu, o regularnych rysach twarzy i wielkich, mocno modrych oczach.  Poprawiła sobie czerwonej chustki na głowie i dziobała pogrzebaczem drwa w kominie, nie śmiejąc mówić więcej, tylko z pod oka rzucała spojrzenia na siedzącego pod oknem. Patrzała się z jakąś pokorą i żałością na jego twarz pochyloną, suchą, i jakby zamgloną smutkiem. Była to twarz jeszcze młoda, ale o wyrazie zupełnie biernym i nawet mazgajowatym, i napiętnowana zmęczeniem. Niebieskie, jakby wyblakłe oczy, świeciły jakoś sennie, ociężałość miał w ruchach i zniechęcenie.  — Marcysiu! to zrób mi herbaty — odezwał się po długiem milczeniu i spojrzał na nią.  Dziewczyna spuściła oczy i zakrzątnęła się żywo koło samowaru.  — Ojciec jest?  — Nima. Tatulo pojechali do miasta kupić coś niecoś na świnta.  — To dzisiaj wigilja? — zapytał znowu.  — Juścić ze wilija. Pon jadą dzisia do swoich?  — Jadę, muszę się nawet śpieszyć.  Podniósł się i zaczął chodzić po izbie.  — Mam urlop, pojadę — myślał, zataczając koła po glinianej podłodze. — Pojadę... święta... pojadę... — i stanął nagle na środku izby. — Aha, do Józka pojadę, przecież mnie prosił! — odpowiedział sobie i zabrał się do picia herbaty.  Pił śpiesznie, prawie gorączkowo się ubierał i co chwila spoglądał na zegarek. Wyszedł przed dom, ogarnął wzrokiem niebo i ziemię i zawrócił na drugą stronę chałupy, do swoich gospodarzy, u których mieszkał i stołował się nawet.  — Zostańcie z Bogiem, Wawrzonowa! — powiedział, wyciągając rękę.  — Niech pon jadą z Bogiem! — odpowiedziała stara kobieta i, obtarłszy fartuchem rękę, ścisnęła nieśmiało jego dłoń.  — No, bądź zdrowa, Marcysiu!  Dziewczyna pokraśniała i chciała go na pożegnanie pocałować w rękę, ale on szybko schował ją poza siebie.  — Kiedy pon przyjadą? — zapytała Wawrzonowa.  — Dobrze jeszcze sam nie wiem, ale pewnie na Ś. Szczepan. No, zostajcie z Bogiem!  — Panu Bogu oddajem, szczęśliwa droga! — odpowiedziały obie, pochylając się w ukłonie.  Mróz go