Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę ebook

Agnès Martin-Lugand

4.4 (5)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 176 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę - Agnès Martin-Lugand

Francuski fenomen wydawniczy. Po prostu o miłości.

Autorka opublikowała książkę w wersji e-book na własny koszt, ale popularność tej wzruszającej historii szybko obiegła świat i wprowadziła książkę na listy bestsellerów.

Mąż i córeczka Diane zginęli w wypadku samochodowym. Gdyby nie pozwoliła im wtedy wyjść z domu na krótką przejażdżkę, wszystko wyglądałoby inaczej. Teraz jest sama i jej całe życie sprowadza się do bezsensownego, kurczowego trzymania się pamięci o jej bliskich. Kiedy postanawia wyjechać do małego miasteczka w Irlandii, które zawsze chciał odwiedzić jej mąż, ma nadzieję, że tam wszyscy zostawią ją w spokoju. Nie przypuszczała, że zaangażowani sąsiedzi, nastrojowy klimat miasteczka i pewien gburowaty nieznajomy pomogą jej odnaleźć utraconą radość życia.

Opinie o ebooku Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę - Agnès Martin-Lugand

Fragment ebooka Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę - Agnès Martin-Lugand

Rozdział 1

– Mamusiu, proszę!

– Klara, nie zgadzam się.

– Daj spokój, Diane. Pozwól jej jechać ze mną.

– Colin, nie rób ze mnie idiotki. Jeśli ją zabierzesz, to razem gdzieś przepadniecie i wyjedziemy na wakacje z trzydniowym opóźnieniem.

– Wobec tego jedź z nami. Przypilnujesz nas!

– Nie ma mowy! Widziałeś, ile zostało do zrobienia.

– I właśnie dlatego powinnaś puścić Klarę. Będziesz miała spokój.

– Mamusiu, zgódź się.

– No dobrze. Niech wam będzie. Już was tu nie ma.

Klara i Colin zbiegli w podskokach po schodach.

Dowiedziałam się później, że wciąż wygłupiali się w samochodzie, kiedy uderzyła w nich ciężarówka. Chciałam wierzyć, że zginęli śmiejąc się. Nie mogłam sobie wybaczyć, że nie byłam wtedy z nimi.

Od tamtego czasu minął rok. Codziennie pragnęłam śmierci, jednak ku mojej rozpaczy moje serce uparcie biło, utrzymując mnie przy życiu.

Leżałam na kanapie i paliłam papierosa. Puszczałam kółka z dymu, kiedy otworzyły się drzwi i do mieszkania wszedł Feliks. Nie czekał na moje zaproszenie, prawie codziennie wpadał bez zapowiedzi. Co mnie podkusiło, żeby mu dać zapasowy komplet kluczy?

Na jego widok podskoczyłam z wrażenia i popiół spadł mi na piżamę. Zdmuchnęłam go z siebie, i żeby nie patrzeć, jak Feliks zacznie krzątać się po salonie, uciekłam do kuchni zafundować sobie kolejną dawkę kofeiny.

Po powrocie do pokoju zauważyłam, że bałagan nie zniknął. Na stoliku piętrzyły się popielniczki z niedopałkami, brudne filiżanki po kawie, kartony po żarciu oraz butelki. Feliks siedział ze skrzyżowanymi nogami i przyglądał mi się z uwagą. Jego poważna mina na sekundę zbiła mnie z tropu, chociaż jeszcze bardziej zdziwił mnie jego strój. Dlaczego włożył garnitur? Gdzie się podziały jego nieśmiertelne dziurawe dżinsy i obcisły podkoszulek?

– Ale się wystroiłeś! Idziesz na ślub czy na pogrzeb?

– Która godzina?

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Co mnie obchodzi, która jest godzina? Ubrałeś się odświętnie, żeby poderwać nowego kochasia?

– Niestety nie. Już po drugiej. Umyj się i ubierz. Nie możesz iść w takim stanie.

– A dokąd mam niby iść?

– Pospiesz się. Twoi rodzice i rodzice Colina będą na nas czekać. Za godzinę musimy być na miejscu.

Przeszył mnie dreszcz i zaczęły trząść mi się ręce. Poczułam żółć w gardle.

– Nie ma mowy, żebym poszła na cmentarz, rozumiesz?

– Zrób to dla Klary i Colina – odparł łagodnie Feliks. – Oddaj im hołd. Właśnie dziś powinnaś pójść, w rocznicę ich śmierci. Będziemy cię wspierać.

– Gwiżdżę na was. Nie wezmę udziału w tej idiotycznej ceremonii. Czy naprawdę myślisz, że zamierzam czcić ich śmierć?

Drżał mi głos i rozpłakałam się po raz pierwszy tego dnia. Jak przez mgłę zobaczyłam, że Feliks wstaje. Objął mnie i mocno przytulił.

– Diane, błagam, zrób to dla nich.

Odepchnęłam go ze złością.

– Powtarzam ci, że nigdzie nie pójdę, ograniczony tępaku. Wynoś się! – krzyknęłam, widząc, że znów chce mnie objąć.

Pobiegłam do sypialni. Drżącymi rękoma przekręciłam w zamku kluczyk i usiadłam na podłodze przy drzwaiach, przyciskając kolana do piersi. W mieszkaniu zapanowała cisza, przerywana tylko głośnymi westchnieniami Feliksa.

– Wpadnę wieczorem.

– Nie chcę cię widzieć.

– Przynajmniej się wykąp, bo jak nie, to cię siłą wepchnę pod prysznic.

Po chwili usłyszałam jego oddalające się kroki, a trzaśnięcie drzwi potwierdziło, że wreszcie sobie poszedł.

Przez dłuższą chwilę siedziałam skulona, opierając głowę na kolanach, ale gdy mój wzrok padł na łóżko, z trudem się do niego doczołgałam, wdrapałam się i otuliłam kołdrą. Jak zawsze, gdy się tam chroniłam, szukałam zapachu Colina. Właściwie całkiem się już ulotnił, ale nie zmieniłam pościeli. Tak bardzo pragnęłam czuć go nadal i zapomnieć o zapachu szpitala, i o śmierci, która wniknęła w skórę Colina, kiedy po raz ostatni wtuliłam się w jego szyję.

Marzyłam tylko, żeby zasnąć. Sen pomagał mi zapomnieć.

Rok temu, kiedy dotarliśmy z Feliksem na ostry dyżur, lekarze poinformowali mnie, że przyjechałam za późno. Moja córka zmarła w karetce. Lekarze dali mi czas, żebym zwymiotowała, zanim dodali, że Colin ma przed sobą kilka minut, a w najlepszym razie kilka godzin życia. Jeśli chcę go pożegnać, to nie mam chwili do stracenia. Chciałam krzyczeć, oskarżyć ich o kłamstwo, ale głos uwiązł mi w gardle. Znalazłam się w samym środku koszmaru i z całych sił chciałam wierzyć, że zaraz się obudzę. Jednak pielęgniarka zaprowadziła nas na oddział, na którym leżał Colin. Każde słowo, każdy gest od momentu wejścia do szpitalnej sali na zawsze wryły mi się w pamięć. Colin, podłączony do tysiąca szumiących i migoczących maszyn, leżał nieruchomo jak kłoda, a jego twarz była pokryta siniakami i wybroczynami. Zamarłam i wpatrywałam się w niego oniemiała. Feliks podtrzymywał mnie, abym nie upadła. Nagle Colin powoli odwrócił głowę w moją stronę. Kiedy nasze oczy się spotkały, znalazł w sobie resztkę siły, żeby się uśmiechnąć. Dopiero wtedy odważyłam się do niego podejść. Wzięłam go za rękę, a on lekko oddał uścisk.

– Musisz iść do Klary – wykrztusił z trudem.

– Colinie, Klara...

– Jest na sali operacyjnej – przerwał mi Feliks.

Spojrzałam na przyjaciela. Uśmiechał się do Colina, unikając mojego wzroku. Jego słowa huczały mi w uszach, oczy zaszły mgłą, drżałam każdą cząsteczką ciała. Poczułam jak Colin jeszcze mocniej ściska mnie za rękę. Widziałam, jak chłonie słowa Feliksa, który mówił mu o Klarze, pocieszając go, że córka przeżyje wypadek. Kłamstwo Feliksa brutalnie wyrwało mnie z odrętwienia. Łamiącym się głosem Colin powiedział, że nie zauważył ciężarówki, bo śpiewał razem z Klarą. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Pochyliłam się nad nim i pogłaskałam go po głowie i twarzy. Colin ponownie się do mnie odwrócił. Przez łzy widziałam jego twarz coraz mniej wyraźnie, jakby już zaczął znikać. Zakrztusiłam się. Mój mąż podniósł dłoń i pogłaskał mnie po policzku.

– Cicho, kochanie – szepnął. – Uspokój się. Słyszałaś, co mówił Feliks. Klara będzie cię potrzebować.

Nie mogłam znieść jego pełnego nadziei wzroku, że nasza córeczka zostanie odratowana.

– A co z tobą? – wyszeptałam.

– Najważniejsza jest Klara – odparł Colin, ocierając łzę z mojego policzka.

Zaszlochałam i przytuliłam twarz do jego wciąż ciepłej dłoni. Był ze mną. Nadal był. Rozpaczliwie uchwyciłam się słowa „nadal”.

– Colinie, nie mogę cię stracić – szepnęłam.

– Nie będziesz sama, masz Klarę. Feliks się wami zaopiekuje.

Potrząsnęłam głową, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy.

– Kochanie, wszystko będzie dobrze, musisz być dzielna dla naszej córki...

Kiedy jego głos zamarł, przeraziłam się i uniosłam głowę. Colin był tak bardzo zmęczony. Zużył ostatnie siły dla mnie, jak zawsze. Przywarłam do niego, żeby go ucałować, a on oddał mi resztkę życia, która w nim pozostała. Położyłam się obok, pomogłam mu oprzeć o mnie głowę. Dopóki będę go tulić w ramionach, nie opuści mnie. Colin szepnął po raz ostatni, że mnie kocha, i ja wyznałam mu miłość. Wtedy zasnął na wieki. Przez kilka godzin leżałam, tuląc go w ramionach. Kołysałam go, całowałam, wdychałam jego zapach. Kiedy rodzice próbowali mnie od niego oderwać, nakrzyczałam na nich. Rodzice Colina chcieli pożegnać syna, ale nie pozwoliłam im go dotknąć. Był mój. W końcu ustąpiłam dzięki cierpliwości Feliksa, który długo mnie uspokajał i pocieszał, zanim mi przypomniał, że muszę pożegnać córkę. Od zawsze tylko Klara mogła oderwać mnie od Colina. Śmierć niczego nie zmieniła. Rozluźniłam palce dłoni i puściłam jego ciało. Po raz ostatni pocałowałam go w usta i wyszłam z sali.

Jakby przez mgłę, poszłam do Klary. Oprzytomniałam dopiero przed drzwiami jej pokoju.

– Nie – oświadczyłam Feliksowi. – Nie dam rady.

– Diane, musisz się z nią pożegnać.

Wbiłam wzrok w drzwi, zrobiłam kilka kroków do tyłu i rzuciłam się pędem korytarzami szpitala. Nie zamierzałam oglądać mojej córki martwej. Pragnęłam zapamiętać jej uśmiech, burzę złotych loków okalających jej twarzyczkę, oczy, w których każdego ranka tańczyły figlarne chochliki, oraz jej pożegnanie, zanim na zawsze wybiegła z tatą.

Dzisiaj, jak przez cały ubiegły rok, w mieszkaniu panowała głucha cisza. Zamarła muzyka, śmiech i niekończące się rozmowy.

Powlokłam się do pokoju Klary. Był cały różowy. Kiedy się dowiedziałam, że urodzi nam się córka, oznajmiłam, że urządzimy jej pokoik na różowo. Colin na różne sposoby próbował odwieść mnie od tego pomysłu, ale przegrał z kretesem.

Niczego tutaj nie ruszyłam. Kołdra Klary nadal była zwinięta w kłębek, zabawki rozrzucone po kątach, jej koszulka nocna leżała na podłodze. W walizce na kółkach czekały lalki, które Klara spakowała na wakacje. Zniknęły tylko dwa pluszowe misie. Jednego Klara zabrała ze sobą w swoją ostatnią podróż, drugi spał ze mną.

Delikatnie zamknęłam drzwi i poszłam do garderoby Colina, z której wyjęłam jego koszulę.

Właśnie zamykałam drzwi od łazienki, żeby wziąć prysznic, kiedy usłyszałam kroki wracającego Feliksa. Na lustrze w łazience zawiesiłam wielkie prześcieradło. Szuflady świeciły pustkami, z wyjątkiem jednej, w której ustawiłam buteleczki perfum Colina. Wyrzuciłam wszystkie przybory do makijażu, kremy oraz biżuterię.

Nie zwracałam uwagi na chłód posadzki. Po moim ciele spływały strugi wody, ale kąpiel nie dawała mi ukojenia ani ulgi. Nalałam na dłoń truskawkowy szampon Klary. Kiedy poczułam jego landrynkowy zapach, rozpłakałam się. Dawał mi jakąś dziwną, makabryczną pociechę. Zaczęłam swój codzienny rytuał. Skropiłam się perfumami Colina, które stanowiły moją pierwszą warstwę ochronną. Pozapinałam guziki od koszuli – to druga warstwa. Włożyłam bluzę Colina z kapturem – trzecia. Związałam wilgotne włosy, żeby dłużej pachniały truskawkami – czwarta warstwa.

Wróciłam do salonu, z którego wreszcie zniknęły śmieci. Okna były otwarte na oścież, a z kuchni dochodziły odgłosy krzątaniny. Przed spotkaniem z Feliksem pozamykałam i pozasłaniałam okna. Półmrok stał się teraz moim najlepszym przyjacielem.

Feliks grzebał w zamrażalniku. Stanęłam w progu i patrzyłam na niego. Znowu był ubrany jak zwykle. Gwizdał i poruszał w takt biodrami.

– Może mi powiesz, co cię wprawiło w taki dobry nastrój?

– Wczorajsza noc. Pozwól, że zrobię nam kolację, i wszystko ci opowiem.

Odwrócił się i otaksował mnie wzrokiem, po czym zbliżył się i kilkakrotnie głęboko wciągnął przez nos powietrze.

– Obwąchujesz mnie jak pies – burknęłam.

– Najwyższy czas, żebyś przestała się tak zachowywać.

– Nie rozumiem, czemu narzekasz. Przecież się wykąpałam.

– Rzeczywiście, wielka mi rzecz.

Dał mi całusa w policzek i znowu zaczął kręcić się po kuchni.

– Kiedy nauczyłeś się gotować?

– Wcale się nie nauczyłem, używam mikrofalówki. Przede wszystkim muszę znaleźć coś do zjedzenia. W twojej lodówce panują większe pustki niż na pustyni Gobi.

– Jeśli jesteś głodny, to zamów pizzę. Nie masz pojęcia o gotowaniu. Nie poradzisz sobie nawet z mrożonką.

– Dlatego przez dziesięć lat stołowałem się u was. Pizza to świetny pomysł. Teraz będę ci mógł poświęcić więcej czasu.

Opadłam na kanapę. Feliks zaszczyci mnie relacją o upojnej nocy. Błyskawicznie pojawił się przede mną kieliszek czerwonego wina, a on usiadł naprzeciwko mnie i podał mi paczkę papierosów. Natychmiast zapaliłam jednego.

– Rodzice przesyłają ci ucałowania.

– Ich sprawa – skwitowałam jego słowa, wydmuchując mu dym prosto w twarz.

– Martwią się o ciebie.

– Nie mają powodu.

– Chcieliby cię odwiedzić.

– Nie chcę ich widzieć. Masz cholerne szczęście, jesteś jedynym człowiekiem, którego towarzystwo jeszcze toleruję.

– Bo jestem niezastąpiony, nie możesz się beze mnie obejść.

– Feliks!

– Już dobrze. Skoro nalegasz, opowiem ci w szczegółach o wczorajszym wieczorze.

– Och, nie! Zniosę wszystko z wyjątkiem detali z twojego intymnego życia.

– Zdecyduj się. Albo opowiem ci o moich podbojach, albo o rodzicach.

– Skoro tak, to dawaj. Słucham.

Feliks nie poskąpił mi pikantnych szczegółów. Dla niego życie było jedną wielką imprezą, przyprawioną nieokiełznaną seksualnością i zażywaniem przeróżnych substancji. Tak go pochłonęła jego własna opowieść, że nie czekał na moją reakcję, tylko paplał jak najęty. Nie przerwał nawet wtedy, kiedy zadźwięczał dzwonek.

Dostawca pizzy również usłyszał, w jaki sposób Feliks znalazł się w łóżku dwudziestoletniego studenta.

– Gdybyś widziała jego minę, małego biednego kochaneczka, dzisiaj rano, prawie mnie błagał, żebym przyszedł znowu się nim zająć. Wzruszył mnie do łez – dodał, udając, że ociera łzę.

– Zachowałeś się poniżej krytyki.

– Uprzedzałem go, ale sama wiesz, że jak już ktoś posmakuje Feliksa, to staje się uzależniony.

Ledwie skosztowałam dwa lub trzy kęsy, a Feliks stał się dziwnie podenerwowany i wcale nie szykował się do wyjścia. W pewnej chwili zamilkł, zebrał naczynia i resztki jedzenia i przepadł w kuchni.

– Diane, nawet nie spytałaś, co się działo na cmentarzu.

– Nie interesuje mnie to.

– Nie wierzę. Jak możesz być aż tak obojętna?

– Zamknij się. Jak śmiesz tak do mnie mówić? – krzyknęłam, zrywając się na równe nogi.

– Do cholery! Spójrz na siebie. Jesteś wrakiem człowieka. Nie robisz nic całymi dniami. Przestałaś pracować. Twoje życie ogranicza się do palenia, picia i spania. Zrobiłaś z mieszkania sanktuarium. Nie mogę patrzeć, jak każdego dnia coraz bardziej się w sobie zapadasz.

– Nikt nie potrafi tego zrozumieć.

– Nieprawda. Wszyscy wiedzą, przez co przechodzisz. Ale to nie powód, żeby zgasnąć i umrzeć. Colin i Klara odeszli rok temu, a ty musisz wrócić do świata żywych. Musisz podjąć walkę. Zrób to dla nich.

– Po pierwsze, nie wiem, jak to zrobić, a po drugie, wcale nie mam na to ochoty.

– Pozwól sobie pomóc.

Nie mogłam go dłużej słuchać. Zatkałam uszy i zamknęłam oczy. Feliks objął mnie i zmusił, żebym usiadła. Kolejny raz musiałam znosić jego czułości, niemal miażdżona w jego ramionach.

– Wybierzemy się na miasto? – spytał.

– Ty nic nie rozumiesz – odparłam, mimowolnie się do niego przytulając.

– Wyjdź wreszcie z domu, bądź znowu wśród ludzi. Nie możesz dłużej żyć jak pustelnik. Przyjdź jutro do Les Gens.

– Mam gdzieś Les Gens!

– W takim razie pojedźmy razem na wakacje. We dwoje. Zamknę kawiarnię. Klienci obejdą się bez nas... a przynajmniej beze mnie przez parę tygodni.

– Nie chcę nigdzie jechać.

– Jestem pewien, że jest dokładnie na odwrót. Zabawimy się. Będę się przez cały czas tobą opiekował. To ci pomoże dojść do siebie.

Na szczęście Feliks nie dostrzegł, że moje oczy zrobiły się wielkie i okrągłe jak spodki na myśl, że miałabym go przez cały czas na karku.

– Daj mi się zastanowić – odparłam pojednawczo, z nadzieją, że się odczepi.

– Obiecujesz?

– Tak. Chcę się położyć, idź już.

Feliks cmoknął mnie w policzek i wyjął z kieszeni telefon. Po przewertowaniu imponującego zbioru kontaktów, zadzwonił do Stevena, Freda, i na deser do Alexa. Podekscytowany perspektywą spędzenia rozpustnego wieczoru, dał mi wreszcie spokój. Wstałam i zapaliłam papierosa, podeszłam do drzwi, a on pożegnał się z rozmówcą, pocałował mnie raz jeszcze i szepnął na ucho:

– Do jutra, ale nie licz na to, że zobaczymy się wczesnym rankiem, dziś wieczorem będzie sporo się działo.

W odpowiedzi wzniosłam oczy do nieba. I co z tego, że Feliks nie otworzy Les Gens punktualnie? Nie dbałam o to. To w poprzednim życiu prowadziłam kawiarnię literacką.

Kiedy wyszedł, poczułam się wyczerpana i znużona. Kochałam go nad życie, ale coraz gorzej znosiłam jego towarzystwo.

Leżąc w łóżku, dumałam nad propozycją Feliksa. Wyglądał na zdecydowanego, aby przywrócić mnie do świata żywych. Musiałam za wszelką cenę znaleźć sposób, żeby mu się wywinąć. Kiedy się uprze, nic nie jest w stanie go powstrzymać. W przeciwieństwie do mnie pragnął, abym poczuła się lepiej. Muszę coś wymyślić.

Rozdział 2

Niedługo minie tydzień, od kiedy Feliks przystąpił do realizacji projektu „Wyciągamy Diane z depresji” i zaczął mnie zarzucać mniej lub bardziej absurdalnymi propozycjami. Osiągnął szczyt, rozkładając na stoliku foldery i broszurki biur podróży. Od początku wiedziałam, do czego zmierza: wakacje w tropikach, i wszystko, co się z tym wiązało. Hordy turystów, leżaki, koktajle z podrabianego rumu, opalone, lśniące od oliwki ciała, gimnastyka w wodzie, podczas której można napawać wzrok ciałem instruktora. Spełnienie marzeń Feliksa, koszmar dla mnie. Urlopowicze ściśnięci jak sardynki w puszce na mikroskopijnej plaży, patrzący na siebie spode łba w galowych strojach podczas kolacji ze szwedzkim bufetem, przerażeni na myśl, że sąsiad sprzątnie im sprzed nosa ostatnią kiełbaskę, szczęśliwcy, którzy spędzili kilkanaście godzin w blaszanej puszce w towarzystwie wrzeszczących bachorów. Na samą myśl o tym wszystkim robiło mi się niedobrze.

Wciąż byłam w matni nie wiedząc, co zrobić. Paliłam papierosa za papierosem, aż drapało mnie w gardle. Nawet sen nie przynosił ukojenia. Śnił mi się Feliks w kąpielówkach. Kazał mi tańczyć salsę w dyskotece i nie odpuszczał, dopóki się nie zgodziłam. Musiałam się jakoś wykręcić, odeprzeć jego argumenty, uśpić czujność i pozbyć się go. Wyjazd na dłużej z Paryża wydawał się jedynym sensownym rozwiązaniem. Muszę znaleźć jakiś odległy, daleki od cywilizacji zakątek, dokąd za mną nie pojedzie.

Wypad do świata żywych stał się nieunikniony. Szafki i lodówka rozpaczliwie świeciły pustkami. Znalazłam jedynie przeterminowane ciasteczka – ulubiony przysmak Klary, i piwo Colina. Obracałam butelkę w ręce, zanim ją otworzyłam, a potem powąchałam, jakbym wdychała aromat najlepszego rocznika. Wypiłam łyk i natychmiast zalała mnie fala wspomnień.

Nasz pierwszy pocałunek miał smak piwa. Ile razy śmialiśmy się z tego? Kiedy mieliśmy po dwadzieścia lat, nie bawiliśmy się w romantyzm. Colin pijał wyłącznie ciemne piwo, nie przepadał za jasnym i za blondynkami, i zawsze zadawał sobie pytanie, z jakiego powodu wybrał właśnie mnie.

Temat piwa pojawił się również, kiedy zastanawialiśmy się, dokąd pojechać na wakacje. Colin chciał spędzić kilka dni w Irlandii. Później próbował mnie oszukać, że zrezygnował z tego pomysłu z uwagi na deszcz, wicher i chłód. Ale tak naprawdę na tyle dobrze znał moje upodobanie do słońca i opalania, że nie chciał zmuszać mnie do noszenia w lecie kurtki przeciwdeszczowej i polaru oraz wyjazdu do miejsca, które by mi się nie spodobało.

Butelka wypadła mi z ręki i rozbiła się o posadzkę.

Usiadłam przy biurku Colina, otworzyłam atlas i uważnie przyjrzałam się mapie Irlandii. Jak wybrać swój własny grób pod niebem? Jakie miejsce przyniesie mi spokój oraz ciszę, których potrzebuję, żeby połączyć się z Colinem i Klarą? Nic nie wiedziałam o Irlandii i niezdolna do podjęcia decyzji, zamknęłam oczy i zdałam się na ślepy los.

Otworzyłam powiekę i zbliżywszy twarz do mapy odczytałam ukrywającą się pod palcem nazwę. Przeznaczenie zdecydowało, że pojadę do maleńkiej wioski. Z trudem odczytałam na mapie literki: Mulranny. Jechałam na wygnanie do Mulranny.

Nadeszła chwila, żeby powiadomić Feliksa o moim wyjeździe do Irlandii. Potrzebowałam trzech dni, żeby zebrać się na odwagę. Właśnie zjedliśmy kolację. Feliks zmusił mnie, abym przełknęła kilka kęsów, a ja chciałam go uszczęśliwić. Siedział rozwalony na fotelu i przeglądał broszurki.

– Feliksie, odpuść sobie oglądanie folderów.

– Zdecydowałaś się na coś?

Skoczył na równe nogi i zatarł ręce.

– Dokąd jedziemy?

– Nie wiem, dokąd ty jedziesz, ja przenoszę się do Irlandii.

Starałam się mówić tak, jakbym oznajmiała najbardziej oczywistą rzecz pod słońcem.

Feliks z trudem łapał powietrze, niczym wyciągnięta z wody ryba.

– Uspokój się – powiedziałam.

– Kpisz sobie ze mnie? Chyba nie mówisz poważnie? Kto ci podsunął ten absurdalny pomysł?

– Wyobraź sobie, że Colin.

– Fantastycznie, zupełnie postradałaś zmysły. Za chwilę mi powiesz, że Colin powstał z martwych, aby ci powiedzieć, dokąd masz pojechać na wakacje.

– Nie bądź niemiły. Po prostu kiedyś Colin chciał spędzić wakacje w Irlandii. Teraz pojadę tam dla niego.

– Nie ma mowy, nie pojedziesz – odrzekł stanowczo Feliks.

– Niby dlaczego?

– A co będziesz niby robić w kraju tych... tych...

– Kogo?

– Graczy w rugby i pożeraczy baranów.

– A od kiedy masz coś przeciwko graczom w rugby? Zwykle przypadają ci do gustu. Twoim zdaniem wyjazd do Tajlandii, jaranie na plaży w pełni księżyca i powrót z wytatuowanym na lewym pośladku „Forever Brandon” jest lepszym pomysłem?

– Słuszna uwaga... ty małpo. Ale tego nie da się porównać. Wiedziałem, że nie jest z tobą najlepiej, lecz teraz kompletnie ci odbiło.

– Przestań. Już postanowiłam, że pojadę na kilka miesięcy do Irlandii i niewiele mnie obchodzi, co o tym myślisz.

– Nie licz na to, że pojadę z tobą.

Wstałam i zaczęłam porządkować wszystko, co mi wpadło w ręce.

– Tym lepiej, nikt cię nie zaprasza. Nie zamierzam brać ze sobą pieska, który nie odstępuje mnie na krok. Duszę się przy tobie! – krzyknęłam, wbijając w niego wzrok.

– Zapewniam cię, że niedługo znów zacznę ci się naprzykrzać.

Nie spuszczając ze mnie wzroku, wybuchnął śmiechem, po czym spokojnie zapalił papierosa.

– Chcesz wiedzieć czemu? Daję ci dwa dni góra. Wrócisz z podkulonym ogonem i zaczniesz mnie błagać, abym zabrał cię tam, gdzie będziesz mogła wygrzać się na słońcu.

– Nigdy w życiu. Myśl, co chcesz, ja naprawdę wyjeżdżam po to, żeby do siebie dojść.

– Wybrałaś najgorszy ze sposobów, chociaż przynajmniej wydajesz się trochę podniesiona na duchu.

– Czy przypadkiem nie czekają na ciebie twoi kumple?

Nie mogłam dłużej znieść jego inkwizytorskiego spojrzenia. Feliks wstał i podszedł do mnie.

– Chcesz, żebym poszedł opić twój najnowszy kaprys?

Z marsową miną położył dłonie na moich ramionach i zajrzał mi głęboko w oczy.

– Naprawdę chcesz poczuć się lepiej?

– Jasne.

– Dobrze, w takim razie zgadzam się, pod warunkiem że nie weźmiesz ze sobą koszul Colina ani zabawek Klary, i że zabierzesz wyłącznie swoje perfumy.

Wpadłam we własne sidła. Rozbolał mnie brzuch, bolała mnie głowa, bolała skóra. Nic nie umykało uwadze jego czarnych jak dwa węgielki oczu, przynaglająco wbijał mi palce w ramiona.

– Oczywiście, w miarę jak będę się czuła lepiej, powoli odetnę się od ich rzeczy. Powinieneś się cieszyć, przecież od dawna na to nalegasz.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

LES GENS HEUREUX LISENT ET BOIVENT DU CAFÉ

Redakcja

Jadwiga Piller

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Copyright © Editions Michel Lafon, 2013

Copyright © for the translation by Beata Turska, 2014

Copyright © for the translation by Małgorzata Miłosz, 2014

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2014

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-64142-43-7

www.wielkalitera.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl