Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2016

Szczęśliwe dziecko, czyli jak uniknąć najczęstszych błędów wychowawczych ebook

Aleksandra Piotrowska, Irena A. Stanisławska

4.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 202 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczęśliwe dziecko, czyli jak uniknąć najczęstszych błędów wychowawczych - Aleksandra Piotrowska, Irena A. Stanisławska

Nie da się stworzyć skutecznej instrukcji obsługi dziecka, ale zawsze warto się doskonalić w roli rodzica!
Aby dziecko miało szczęśliwe dzieciństwo, potrzebuje nie tylko kochających, ale spokojnych, w miarę pewnych siebie rodziców. Bycia rodzicem – nie idealnym, ale wystarczająco dobrym – można się nauczyć. Jeśli zatem zastanawiasz się nad tym, jakie błędy popełniasz, będąc kochającym, pełnym dobrych intencji rodzicem, jeśli nie chcesz być rodzicem nadmiernie surowym, wymagającym albo – wprost przeciwnie – ochraniającym dziecko ponad miarę i chcesz rozsądnie posługiwać się nagrodami i karami w wychowaniu – ta książka jest dla Ciebie.


„Doktor Aleksandra Piotrowska to mądry człowiek. I bardzo mądry psycholog. Mądrych ludzi trzeba szanować, słuchać i czytać. Może wtedy i nam przybędzie rozumu. Dlatego czytam wszystko, co Ola napisała. Tak będzie i teraz. Na pewno dzięki niej jestem trochę mądrzejszą matką.” - Dorota Wellman

Opinie o ebooku Szczęśliwe dziecko, czyli jak uniknąć najczęstszych błędów wychowawczych - Aleksandra Piotrowska, Irena A. Stanisławska

Fragment ebooka Szczęśliwe dziecko, czyli jak uniknąć najczęstszych błędów wychowawczych - Aleksandra Piotrowska, Irena A. Stanisławska

Zdjęcie Autorki na okładce: PIOTR SYNDOMAN
Projekt graficzny okładki: KAMIL PRUSZYŃSKI
Ilustracje: WOJCIECH STACHYRA
Redaktor prowadzący: MONIKA KOCH
Redakcja: RENATA FALKOWSKA
Korekta: JADWIGA PRZECZEK
Skład i łamanie: Plus 2 WITOLD KUŚMIERCZYK
This edition © Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2016 © Copyright by Aleksandra Piotrowska, Irena A. Stanisławska, Warszawa 2016 All rights reserved
ISBN 978-83-8073-048-9
Wydanie I
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Najtrudniejsze są początki. Nie należy się jednak zrażać, wręcz – nie wolno! Bycia rodzicem – nie idealnym, ale wystarczająco dobrym – można się nauczyć. Ba, można się w tej roli nieustająco doskonalić.

Autorki niniejszej książki są przekonane o tym, że aby dziecko mogło doświadczać szczęśliwego dzieciństwa, potrzebuje nie tylko kochających, ale i spokojnych, w miarę pewnych siebie rodziców. Nie jest dziś łatwo o taką pewność – odrzucamy przecież jako niewłaściwe dawne sposoby wychowywania, ale nie bardzo wiemy, czym je zastąpić. Paradoksalnie nie pomagają też poradniki dla rodziców, bo skutecznej instrukcji obsługi dziecka po prostu stworzyć się nie da.

Prezentowana książka nie jest poradnikiem. Kolejne rozdziały to zapis swobodnych rozmów, w trakcie których Czytelnicy mogą sobie uświadomić, jakie są najczęstsze błędy kochających, pełnych dobrych intencji rodziców.

Jeśli zatem chcesz się zastanowić nad tym, czy popełniasz jakieś błędy, i dowiedzieć się, jak ich uniknąć w takich codziennych sytuacjach, jak karmienie, podawanie smoczka, nauka korzystania z nocnika czy dzielenia się z innymi; jeśli nie chcesz być rodzicem nadmiernie surowym, wymagającym albo, wprost przeciwnie, ochraniającym dziecko ponad miarę lub pozwalającym mu rządzić w domu, jeśli chcesz rozsądnie i skutecznie posługiwać się nagrodami i karami w wychowaniu – ta książka jest dla Ciebie.

Czy my przypadkiem nie komplikujemy prostych w istocie spraw?

Czy zastanawianie się nad tym, jak być dobrą matką nie jest dzieleniem włosa na czworo? Czy analizowanie błędów rodzicielskich w ogóle ma sens? Przecież intuicyjnie każda z nas chyba wie, jak postępować wobec własnych dzieci?

No to zacznijmy od rozprawienia się z instynktem macierzyńskim. Powszechne przekonanie jest takie, że przychodzimy na świat wyposażone w gotowe schematy zachowań, które w określonych momentach naszego życia po prostu się uaktywniają. I już umiemy być mamusią! Ale tak niestety nie jest.

Zachowania, które tak łatwo tłumaczymy bezwzględną siłą natury, bezwarunkowo działającym instynktem, są tak naprawdę bardzo złożone i tylko częściowo, w ogólnym zarysie, wyznaczane siłami biologicznymi. Przychodzimy na świat zaledwie z zadatkami i możliwościami, które mogą się w nas w trakcie życia rozwinąć, ale nie muszą. Nie ma bowiem takiej procedury, która przewidywałaby, że niezależnie od warunków rozwoju, u każdej z nas te instynkty dojrzeją. To, co nazywamy skrótowo „instynktem macierzyńskim”, jest wypadkową pewnych sił biologicznych i naszych przeżyć, doświadczeń, czyli tego, co nam mówiła mamusia, jakie książki czytali nam rodzice, czy sąsiad piętro wyżej bił żonę, czy wychodziłyśmy na dwór przez piękną klatkę schodową czy przez obskurną...Tysiąc tego typu oddziaływań przyczynia się do tego, czy mamy instynkt macierzyński, czy nie, oraz jak on się kształtuje i przejawia.

Kwestią tą zajmował się między innymi Harry Harlow z uniwersytetu w Wisconsin. Co prawda, swoje badania przeprowadzał na rezusach, ale małpki te nie różnią się od nas na tyle, abyśmy nie mogli (oczywiście z dużą ostrożnością) odnosić do siebie wyciągniętych przez niego wniosków. Okazało się, że rezuski, które przez pierwszy rok życia wzrastały w całkowitej izolacji od przedstawicieli swojego gatunku, później jako dorosłe samice nie potrafiły być matkami. Ktoś spyta, oburzony: „Jak to nie potrafiły?! Przecież jest instynkt macierzyński!”. No właśnie. Takie eksperymenty obnażają błędy naszego myślenia o instynktach. U badanych małpeczek wzrastających bez kontaktu z innymi rezusami problem pojawiał się już przy zajściu w ciążę. Ich instynkt seksualny najwyraźniej nie działał (a przynajmniej – nie w pełni), bo mimo rui nie dawały się pokryć. Trzeba było współpracy weterynarza i doświadczonego rezusa reproduktora, żeby taką małpeczkę zapłodnić. Po porodzie natomiast wiele noworodków nie przeżywało. Z różnych powodów, choćby takich, że matka w najmniejszym stopniu nie była zainteresowana swoim dzieckiem. Ono umierało z niedogrzania, niedokarmienia. Ale to tylko wersja lightowa. Bo niektóre z rezusich noworodków i niemowląt ich mamusie uśmiercały, miażdżąc im główkę czy na nich siadając, nie widząc najmniejszych powodów, żeby tego nie robić.

Więc jak jest z tym instynktem macierzyńskim? Czasem go dziedziczymy, a czasem nie?

Wczoraj natknęłam się na informację (jakich dziś wiele, bo nauczyliśmy się zwracać na to uwagę): sześciotygodniowe dziecko trafiło do szpitala skatowane, z popękanymi żebrami. Tatuś – całkiem wykształcony człowiek – twierdzi, że nie umiał sobie poradzić z płaczem dziecka! Zatem gdzie jest w nas ta naturalna, instynktowna gotowość, która ponoć jest w każdym z rodziców (a w kobietach to już na pewno!), by – gdy tylko usłyszymy płacz dziecka – natychmiast pędzić, żeby je utulić i zorientować się, co jest tego płaczu przyczyną?

Nie łudźmy się więc, że każdy człowiek z natury posiada instynkt rodzicielski. Nie mamy w głowie przycisku, za pomocą którego uruchomimy funkcję: rodzic. Dzisiaj niektóre kobiety mają odwagę się przyznawać, że nie lubią własnego dziecka, że nie lubią się nim zajmować. Robią to z poczucia obowiązku. Można oczywiście założyć, że w ich przypadku ten instynkt zawiódł. Ale w takim razie wszystko dałoby się wytłumaczyć instynktem, nawet to, że oparliśmy się lewym łokciem o stół, bo instynkt tak nam kazał! Można tak mówić, ale to przecież niczego nie wyjaśnia. Odwoływanie się do instynktu jako niezaprzeczalnej biologicznej siły, uruchamiającej się automatycznie po narodzinach dziecka, to dla mnie nadużycie.

Rozumiem, że ten wywód służy temu, abyśmy zrozumieli, że bycia rodzicem trzeba się nauczyć?

Naprawdę będziemy się tego uczyć przez wiele kolejnych lat, i to bez gwarancji osiągnięcia mistrzowskiego poziomu. Oczywiście najtrudniejsze są początki. Wydawać się może, że w czasie kilku miesięcy ciąży jesteśmy w stanie spokojnie przygotować się do narodzin dziecka, podjąć szereg ustaleń. Owszem, przyszli rodzice mogą zaplanować, gdzie postawią łóżeczko, mogą porozmawiać, czy dziecko na początku będzie spało z nimi czy osobno, i może nawet im się uda tych ustaleń dotrzymać, ale to jeszcze nie wszystko. O tym, w jakim środowisku rozwija się dziecko, w mniejszym stopniu rozstrzyga kolor ścian w jego pokoiku czy wzorek na pościeli, a w znacznie większym – postawy, jakie mają wobec niego rodzice. Bo to one tworzą rzeczywistość wychowawczą dziecka.

A czym te postawy są? To w miarę stały sposób reagowania rodzica wobec dziecka, odnoszenie się do niego. Przy czym to reagowanie może mieć trojaką naturę: intelektualną, uczuciową lub behawioralną (czyli przejawiającą się w określonych, widocznych na zewnątrz zachowaniach).

Składnik intelektualny to nasze przekonania i opinie o tym, co dziecko powinno, a czego nie, jakie jest (ładne – brzydkie, mądre – głupie, dobre – złe), w czym jest mocne, a w czym słabe itp. Drugi składnik to nasze uczucia, emocje. Najczęściej odczuwamy czułość, tkliwość, serdeczność, dumę, troskę i bezgraniczne oddanie. Nie jest jednak prawdą, że od rana do nocy przepełnia nas miłość i przeogromne szczęście. Każdy, kto ma dziecko, wie, że są chwile, kiedy ono nas irytuje, złości, a czasem wręcz go nienawidzimy (uspokajam: jeśli to są tylko chwile, to naprawdę wszystko jest w porządku). I wreszcie trzeci składnik naszych postaw to zachowania, takie realizowane na zewnątrz, behawioralne, typu: przytulę czy nie przytulę, wezmę na kolana czy odsunę, porozmawiam z nim czy każę się udać do swojego pokoju itp. Ważne jest, żeby w tych zachowaniach nie było fałszu. Bo możesz – wiedząc o tym, jak istotny jest kontakt fizyczny, dotyk – brać dziecko na kolana, ale tak naprawdę drętwieć z zażenowania lub niechęci, kiedy ono przylgnie do ciebie całym ciałkiem. Możesz też z nim rozmawiać, bo czytałaś o ogromnym znaczeniu takich chwil dla jego rozwoju, lecz jeśli w trakcie rozmowy odczuwasz zniecierpliwienie i masz poczucie marnowanego czasu – nie spełni ona swojej funkcji i oczekiwań dziecka.

Na czym polega dowcip z podstawami? Nie można ich przedyskutować, ustalić. A to dlatego, że realizujemy je przede wszystkim nieświadomie; nie podlegają one naszym decyzjom ani definicjom, ale są konsekwencją tego, jacy jesteśmy, jaką mamy osobowość. Jeśli ktoś zwraca mi uwagę, że popełniam błąd, mówiąc „proszę panią”, to kontrolując się przez miesiąc, mogę świadomie go zlikwidować i zacząć mówić poprawnie: „proszę pani”. I powiedzmy, że w następnym tygodniu czy miesiącu mogę podobnie kontrolować inny drobiazg. Ale nie da się kontrolować całego swojego zachowania przez dwadzieścia godzin na dobę! A przez tyle czasu zajmuje nas dziecko. Zatem nie próbujmy podejmować pewnych zobowiązań typu: nigdy się nie zirytuję na dziecko, zawsze będę z nim rozmawiała, nigdy nie powiem: „idź stąd i nie zawracaj mi głowy”. To są przyrzeczenia, co do których z góry możemy założyć, że nie zostaną dotrzymane.

A mogę założyć, że będę w pełni angażować partnera do pomocy? Że go od dziecka nie odsunę?

Możesz. Mało tego – to są tematy, które w czasie ciąży powinny zostać poruszone, bo później bywa różnie. Może się okazać, że twoja wizja posiadania dziecka jest następująca: on na chwilkę pójdzie do pracy, a gdy wróci, razem, ładnie ubrani, będziecie się trzymać za rączki i patrzeć uśmiechnięci, jak wasze maleństwo pięknie się rozwija, radośnie wymachuje nóżkami. Można i tak. Tylko potem często się okazuje, że piękne ubranko zostało zarzygane, bo dziecku właśnie się ulało, a do tego partner wraca z pracy, kiedy pociecha od dwóch godzin już śpi. I cała piękna wizja bierze w łeb.

Ustalcie więc pewne zasady, przyjmując do wiadomości, że narodziny dziecka są jak przewrót kopernikański. Umówcie się wcześniej, kto za co będzie odpowiadał, kto czym będzie się zajmował. My, kobiety, popełniamy często błąd, bo kiedy już zamieszkamy razem z ukochanym, ulegamy jakimś atawistycznym siłom i gotowe jesteśmy (choć nikt nam tego nie każe) witać go ciepłymi obiadkami, kolacyjkami przy zapalonych świecach, kwiatkami na stole. Nie zapominamy oczywiście o wyprasowaniu mu koszul! Super, tylko pod warunkiem, że ten ukochany też czasem naszą koszulkę wyprasuje i ten kwiatuszek też czasem przyniesie.

Czy ja mówię, że każda czynność powinna być wykonywana w połowie przez faceta, w połowie przez kobietę? Broń Boże! Myślę, że ludzie muszą się dogadać i ustalić, kto co robi. Jeśli kobieta mówi na przykład, że będzie gotować, ale za to nie chce mieć do czynienia z odkurzaczem, samochodem i innym śrubokrętem, to ich sprawa. Ale niech to nie będzie taki podział, że ona wykonuje 998 czynności każdego dnia, a on tylko dwie, i to nazywa się wspólnym działaniem. Bo gdy pojawi się dziecko, ten bardzo nierówny podział domowych obowiązków zacznie uderzać w rodzinę, po-nieważ kobieta będzie musiała większość swojego czasu poświęcać dziecku, a gdzie tu miejsce i siły na ogarnięcie reszty? W związku z tym u przeogromnej większości kobiet (nie u wszystkich) będzie narastało poczucie krzywdy i tego, że są wykorzystywane. A to nie jest dobry stan i dobra emocja do budowania domu dla dziecka.

To znaczy, że w czasie ciąży kobieta powinna dyplomatycznie przysposobić partnera do zajęć domowych?

Nawet całkiem niedyplomatycznie. Nie jestem zwolenniczką poglądów, że mężczyzna jest sprawny inaczej, i trzeba mu trafiać do główki w jakiś inny sposób. Ja naprawdę wierzę w to, że i oni, i my należymy do tego samego gatunku i że możemy się dogadać. Tylko trzeba wyraźnie wyartykułować, o co nam chodzi. A prosty podział: ty zajmujesz się zarabianiem pieniędzy, a wszystko, co się wiąże z dzieckiem, załatwiam ja, w większości przypadków prowadzi do osłabienia więzi, a nawet do rozpadu związku.

Ten podział to częściej pomysł kobiet czy mężczyzn?

Najczęściej mężczyzn. Znacznie prościej jest zostać po godzinach w pracy i coś tam porobić, na przykład pograć na służbowym komputerze, niż wrócić do domu i zasuwać między kuchnią, placem zabaw a łazienką.

Wykorzystajmy więc ten okres ciąży na dyskusję, jak ma wyglądać nasze życie po narodzinach dziecka, żeby jedna ze stron (niemal zawsze kobieta) nie była zostawiona sama sobie, żeby było wiadomo, czym będzie się zajmować facet. I wprowadźmy to w czyn jeszcze przed pojawieniem się dziecka. Odstąpmy od roli kobiety obsługującej. Tym bardziej że większość z nas pracuje.

Myślę, że bardzo dobrze zrobiłoby też partnerom (i na szczęście całkiem łatwo to zrealizować), gdyby spędzili jedno czy drugie popołudnie w domu, w którym jest już małe dziecko. Niech zobaczą, czy jest tak jak w reklamie, że ten słodki aniołeczek się budzi i uśmiechając się, mówi: „mama”, czy może tak, że znajomi nie mogą z nimi zamienić trzech zdań, bo maluch cały czas się wydziera.

Są takie lalki, które płaczą, które trzeba nosić ze sobą...

To głupoty. To tylko zabawa, którą zawsze można przerwać, kiedy staje się niewygodna lub nudna, i dalej żyć w przekonaniu, że z własnym dzieckiem będzie całkiem inaczej.

Rekomenduję serdecznie wszystkim paniom, żeby po urodzeniu dziecka jak najczęściej mówiły, że czegoś nie potrafią, nie wiedzą. Jeśli odgrywały do tej pory „blondynki”, niech tak robią dalej.

Przykładowo: kwestia umycia dziecka, przeniesienia, przewinięcia. Rzecz w tym, żeby sobie wyraźnie uświadomić, że ja, mamunia, nie przyszłam na świat z umiejętnością przewijania dziecka, i dokładnie taką samą zerową umiejętność ma on, czyli tatuś. W związku z tym nie ma żadnego powodu, aby to pierwsze przewinięcie po powrocie ze szpitala było w moim wykonaniu. Niestety, myślenie, że zajmowanie się małym dzieckiem jest sprawą wyłącznie kobiet, bardzo często wspierają babcie. Te dowcipy kierowane do zięciów: „A, idźże ty z tymi wielkimi łapami, bo jeszcze zrobisz dziecku krzywdę!”. Nie wiem, w czym tutaj duże łapy miałyby przeszkadzać. Przecież założenie pieluchy to nie jest finezyjna robota, to nie nawlekanie igły! W dodatku ręka pewnie trzymająca dziecko jest tym, czego ono potrzebuje. A do tego, gdybyśmy poleciały po stereotypach, mężczyźni są ponoć bardziej spokojni, opanowani (to nam przypisuje się emocjonalność). To również przemawia za tym, aby zajmowali się dzieckiem. Musimy tylko te fakty dopuścić do swojej świadomości. Uważam, że niezwykle trudno jest podać powody, dla których mężczyźni nie mogliby tego robić. Myślę, że stoi za tym nasza inercja, takie bezwładne, bezrefleksyjne przejmowanie wzorców, sposobów funkcjonowania, które działały do tej pory.

Ponawiam zatem apel: Czytelniczko, jeśli jesteś w ciąży, wykorzystaj te miesiące, które ci jeszcze zostały, do uładzenia się ze swoim facetem! Uwierz mi, że różowy czy niebieski wózek to bzdety – oby tylko był wygodny. Porozglądaj się, czy ktoś ze znajomych nie ma akurat do oddania. Naprawdę musisz nakręcać rynek i mieć nowe rzeczy? Pomyśl, czy rzeczywiście musisz kupować ciuszki, czy wystarczy, że rozpuścisz wici, i zaczną do ciebie spływać tonami. Najważniejszą rzeczą jest dogadanie się ze swoim partnerem. Nawiążcie jak najściślejszą więź, bliskość. Uświadomcie sobie, co teraz między wami trochę kuleje, i zróbcie wszystko, by sobie z tym poradzić. Po narodzinach dziecka będzie tylko gorzej. Jeśli do tej pory drażniły cię jego brudne koszule zostawione w sypialni, to wyobraź sobie, co będzie, jeśli do jego brudnych koszul dojdą brudne kaftaniki.

Możemy jeszcze ten wstęp zakończyć tak: Czytelniczko, a teraz zachęcamy Cię, abyś przeczytała, jakie błędy będziesz najczęściej popełniać jako matka.

No cóż, trudno jest błędów uniknąć, lecz ku pokrzepieniu powiem, że macierzyństwo (i w ogóle rodzicielstwo) daje niezwykle silne wzmocnienia pozytywne – od orgazmu na starcie począwszy, po zapierające dech w piersiach, rozlewające się poczucie naprawdę niewiarygodnej szczęśliwości, kiedy małe łapiny złapią nas za palec albo najpiękniejszy buziaczek świata przyssie się do naszej piersi. To są rzeczywiście cudowne chwile. Warte każdego poziomu niewyspania i zmęczenia.

Zauważyłam, niestety, że w większości rodzin, w których jednym z domowników jest małe dziecko, wręcz rytuałem są awantury związane z jedzeniem. Gdyby porozmawiać z rodzicami, to przeważająca większość powie, że ich dziecko kompletnie nie jest zainteresowane jedzeniem: „No bardzo mało je!”. Że muszą dokonywać sztuczek i cudów, żeby w ogóle zechciało coś wziąć do ust. I gdyby nie te zabiegi, to tylko patrzeć, jak ich dziecko umarłoby z głodu. Tej możliwości „nie kupuję”. Tak jak i tej, że człowiek sam chce się doprowadzić do zagłady, że znika w nim potrzeba jedzenia. W takim razie, dlaczego dziecko nie chce jeść? Jedyne wytłumaczenie jest takie, że w jego naturalnym, zdrowym mechanizmie biologicznym jakieś zewnętrzne czynniki musiały coś zepsuć. A te zewnętrzne czynniki to w przeogromnej większości przypadków nikt inny jak jego kochani rodzice. Oczywiście nie da się wykluczyć, że jedno na dwadzieścia osiem tysięcy dzieci jest chore i dlatego ma kłopoty z jedzeniem. Ale jego nie nazwałabym niejadkiem.

Niejadek to dziecko, które – paradoksalnie – jest przedmiotem ogromnych zmartwień swoich rodziców, na które oni sami ciężko zapracowali. To rodzice „produkują dzieci”, które jeżą się na widok jedzenia, dla których jedzenie to największy wróg.

Ta „ciężka praca” rodziców zaczyna się już od pierwszych dni życia dziecka czy dopiero później?

Najczęściej później. Zaczyna się wtedy, kiedy poza mlekiem matki rodzice wprowadzają dziecku inne pokarmy. Na szczęście propaguje się dziś karmienie piersią. Zdecydowanie się za tym opowiadam. Z różnych względów. Nie jestem ani dietetykiem, ani pediatrą, więc nie będę mówić o dobroczynnym wpływie kobiecego mleka – o jego wyjątkowym składzie, o roli przeciwciał itp. Mnie chodzi o fizyczną i psychiczną bliskość, która w trakcie takiego karmienia się wytwarza. Myślę, że jeżeli większość kobiet jest w stanie miesiącami niedosypiać, a mimo to funkcjonować normalnie, to w dużej mierze dzięki potężnemu systemowi nagród związanych z karmieniem piersią (i zawsze zastanawiam się, która strona dostaje więcej). Pediatrzy uważają, że gdyby matce udało się przez pierwsze sześć miesięcy służyć dziecku wyłącznie własną piersią, byłaby to dla niego sytuacja optymalna. Później natomiast, z bardzo różnych powodów, należy pomału serwować także inne, coraz bardziej zróżnicowane pokarmy. Podkreślam: obok mleka matki, nie – zamiast. Warto utrzymać karmienie piersią co najmniej przez cały pierwszy rok życia dziecka, a nawet pierwsze dwa lata, ale wtedy mleko matki jest jednym z posiłków, nie – jedynym. Może być na przykład pierwszym śniadankiem.

No właśnie, w pewnym momencie tę łyżkę musimy wprowadzić.

Tutaj dyskutowałabym, czy koniecznie łyżkę. Kto powiedział, że trzeba zacząć od tej mamałygi, od tych przetartych, zmiksowanych papek, do których zjedzenia dziecko będzie potrzebowało łyżki? Mamy inne możliwości. Matka natura tak ten świat urządziła, że dziecko, które ma sześć, siedem miesięcy, potrafi już kilka rzeczy. Po pierwsze – zaczyna utrzymywać pozycję siedzącą. Oczywiście samo nie usiądzie na środku podłogi, ale posadzone w krzesełku już nie kiwa się na boki. I co z tego? Ano to, że nie musi się podpierać. Łapki pozostają wolne! Po drugie – mniej więcej w tym okresie rośnie zainteresowanie dziecka doświadczaniem nowych smaków, nowych wrażeń dotykowych, nowych konsystencji. Dla trzy-, czteromiesięcznego malucha ten aspekt zróżnicowania świata mógłby w ogóle nie istnieć, ale już dla siedmio-, ośmiomiesięcznego – jest czymś fascynującym. Można to wykorzystać i umożliwić owym sprawnym łapkom chwytanie różnych pysznych kąsków, na przykład ugotowanych na parze niedużych kawałków marchewki, ziemniaka, buraka. Tych warzyw, które z reguły oferujemy dziecku w postaci mamałygi. Zapewniam, że swoimi bezzębnymi dziąsłami doskonale wszystko rozdrobi, potem rozmamle jęzorkiem o podniebienie, a co mu zostanie – wypluje, upuści. Ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że jest w stanie doświadczać, że jedzenie to fajna rzecz. Że jest kolorowe (warzywa gotowane na parze mają bardzo intensywne kolory), że może być bardziej twarde i całkiem miękkie (jak zaciśnie w rączce ziemniak, to mu między paluszkami wyjdzie purée)...

Odwołuję się tutaj do jednej z metod wprowadzania nowych produktów – BLW, czyli baby-led weaning, co w dosłownym tłumaczeniu brzmi: „odstawianie od piersi kierowane przez dziecko”. W Polsce określa się ją „bobas lubi wybór” – zgodnie z pierwszymi literami oryginalnej, angielskiej nazwy. Jestem gorącą zwolenniczką tej metody.

A jeśli dziecko zjadło tylko marchewkę? Przecież nie ma w niej wszystkich witamin... Co z białkiem?

Tu cię mam! Powkładano nam do głów, że jeśli dziecko jednego dnia nie zje pół ziemniaczka, ćwierć marcheweczki i oczywiście odrobiny mięska – bo mięsko jest podstawą życia wszelkiego! – to znaczy, że jego rozwój od tego dnia się zwichnie i już jutro nie będzie miało siły raczkować, gaworzyć itd. I właśnie przez takie myślenie większość rodziców zaczyna popełniać błędy. Ponieważ jesteśmy naszpikowani wiedzą, co dziecko powinno zjeść, to kiedy tego „co powinno” w siebie nie wpakuje, zaczynamy być niespokojni, że nie jesteśmy wystarczająco dobrą mamunią i że narażamy dziecko na straszne niebezpieczeństwo. No i pojawia się przymuszanie, przekonywanie, naciskanie. To jest początek klęski. Naprawdę nie znam przypadku, kiedy głodne dziecko broniłoby się przed piersią czy butlą. Dlaczego więc potem, po kilku miesiącach, tak często mamy do czynienia z dziećmi, które już na sam widok jedzenia kręcą przecząco głową albo zaczynają płakać? Okazuje się, że to między innymi nasze przekonanie, że być „dobrym rodzicem” to przede wszystkim pilnować, żeby dziecko zjadło, leży u podłoża pojawiających się i narastających kłopotów wychowawczych. Ostatnio byłam w przedszkolu, gdzie w szatni (do której mają dostęp rodzice) wywieszono tabele dla każdej grupy – w jednej rubryce wypisano imiona dzieci, a u góry symbole: zupa, ziemniaki, warzywa, mięso...

Nie powiesz mi, że zaznaczali, ile zjadł Maciuś, a ile Kasia?!

Ależ oczywiście! Stawiali „haczyk”, gdy dziecko zjadło wszystko, albo wpisywali jedna druga lub jedna trzecia – gdy mniej. Albo zero, jeśli nie tknęło niczego.

To na prośbę rodziców?

Czy myślisz, że to nauczycielki przedszkolne poczuły taką potrzebę? One mają serdecznie dość pytań rodziców. Bo rodzice odbierający dziecko rzadko kiedy pytają: „A jak się Kasieńka bawiła? Jaki miała humor? Czy biła się dzisiaj z Bartusiem?”. Z reguły opiekunki słyszą: „Czy zjadła całą zupkę? A czy całe mięsko zjadła?”. Zobacz, jaka paranoja! Przecież dziecko w wieku przedszkolnym potrafi już samo nieźle się o siebie zatroszczyć, a w rodzicach w dalszym ciągu tkwi przymus pakowania w nie jedzenia. Amerykańscy naukowcy udowodnili, że dzieci już w drugiej połowie pierwszego roku życia, czyli gdy potrafią chwytać i kierować ruchem ręki, są w stanie o siebie zadbać. Eksperyment polegał na tym, że przez miesiąc stawiano przed dziećmi miseczki z rozmaitymi produktami, a one same mogły wybrać to, na co miały ochotę. Gdybyśmy wzięli pod uwagę tylko jeden ich posiłek – załamałby się każdy dietetyk. Bo na przykład: jedno dziecko jadło wyłącznie ziemniaki, a drugie – wyłącznie buraczki; dziecko, które wybierało wszystkiego po trochu, prawie się nie zdarzało. Horror – monotonna dieta, wszelkiej maści niedobory! Ale gdy po miesiącu przeanalizowano to, co dzieci jadły, okazało się, że w ich diecie nie miałby nic do poprawienia najlepszy dietetyk. Mogły przez tydzień jeść tylko buraki, ale potem przychodził okres na samo mięso lub samą marchewkę. Czyli w tym naszym pragnieniu rozsądnego, mądrego i przede wszystkim dobrego karmienia dzieci nie dopuszczamy do głosu, chociaż troszkę, naturalnego instynktu człowieka. Naprawdę jesteśmy tak skonstruowani, że gdy czujemy głód, to chcemy jeść. Tylko znajdź mi w tym cywilizowanym świecie, do którego my też należymy, dziecko wiedzące, co to znaczy być głodnym. Nie zrozum mnie źle – nie mówię, że mieszkamy w kraju powszechnej szczęśliwości, mówię tylko, że dziecko, które nie żyje w nędzy, jest tak prowadzone przez rodziców, że w przeogromnej większości przypadków tak naprawdę nie wie, co to znaczy poczuć głód albo czekać na posiłek. Bo kiedy w jego jadłospisie pojawiają się nowe produkty, pojawia się też możliwość wmuszania jedzenia: jeszcze łyżeczkę, jeszcze łyczek, za mamusię, za tatusia. Przy karmieniu piersią takiej możliwości nie ma – nie zmusisz niemowlaka do dłuższego ssania. Ale gdy karmimy butelką, możemy już pokombinować, na przykład zrobić większą dziurkę w smoczku, żeby więcej mleka się wlało. Możemy też zastosować patent, z którego korzysta wielu rodziców: jeśli instrukcja mówi, że aby przygotować 210 mililitrów mleka, powinniśmy odmierzyć siedem miarek mieszanki, to co robi dobra mamusia? Daje jedenaście! Bo będzie bardziej wartościowe!

Najogólniej rzecz biorąc, pod koniec pierwszego roku życia dziecka bardzo wielu rodziców (niestety głównie mam czy zastępujących je przez wiele godzin babć) wpada w pułapkę pod tytułem „wiem, ile dziecko powinno zjeść”. I nie dopuszczają czegoś, co w odniesieniu do siebie traktują jako normę: „No, dziś jakoś nie mam apetytu!”. Ale jeśli chodzi o dziecko, mamy przeświadczenie, że każdego dnia powinno zjeść tyle samo. Tyle, ile mu przygotujemy.

Jak robocik.

Powiedziałabym: jak odkurzacz. Ma pochłaniać to, co mu dajemy. Weź pod uwagę jeszcze jedno. W różnych okresach życia człowieka (mówimy tutaj o kilku miesiącach czy latach) różny jest rozwój organizmu. Na przykład w pierwszym roku życia tempo tego rozwoju jest ogromne. Gdyby takie przyrosty naszego ciężaru i wzrostu się utrzymały dłużej, to byłby dramat. Wyobraź sobie, że co roku o połowę wydłużałoby się twoje ciało, trzykrotnie rósłby twój ciężar. Przecież po paru latach bylibyśmy amebą rozlewającą się po podłodze, bo żaden kościec nie byłby w stanie utrzymać takiego cielska w pozycji wyprostowanej! Na szczęście matka natura tak mądrze to wymyśliła, że po pierwszym roku życia dzieci wolniej rosną, wolniej przybierają na wadze; a skoro tak, to nie potrzebują ogromnych ilości kalorii, jakich potrzebowały wcześniej. Na dodatek pod koniec pierwszego roku życia dziecko nie tylko siedzi, ale także zaczyna przemieszczać się na dwóch kończynach. Wiesz, jakie to atrakcyjne? Ile dziecko ma wtedy do roboty? Ile musi powłazić, powspinać się, popoznawać świata? Gdy do tej pory potrafiło tylko siedzieć i najwyżej jeść.

Ale skoro tak intensywnie się przemieszcza, to zużywa więcej energii. Logiczne się więc wydaje, że powinno więcej jeść...

Czy uważasz, że niemowlę nie zużywało energii? Myślisz, że pełzanie czy raczkowanie to drobiazg? Spróbuj w taki sposób poprzemieszczać się po podłodze. Zobaczysz, że znacznie mniej energii zużywasz na chodzenie niż na raczkowanie. To kolejny mit, że dziecko, które chodzi, ma większe zapotrzebowanie na energię. Jednak rodzice się przyzwyczaili: „Jak to?! Do tej pory wciągał całą butlę (z tymi jedenastoma miarkami zamiast siedmiu), a tutaj nagle przestaje jeść!”.