Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 439 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczęśliwa ziemia - Łukasz Orbitowski

Spełnianie marzeń. Płatne przy odbiorze. Pragniesz bogactwa? Szukasz miłości? A może głosy w głowie nie dają ci żyć? Wypowiedz życzenie i patrz, co się stanie. Ostatni dzień lata. Szymon i jego przyjaciele postanawiają w niezwykły sposób pożegnać się z dzieciństwem. Wkrótce ich drogi się rozchodzą, a każdy z nich wkracza w dorosłość z brzemieniem wspólnej tajemnicy. W kopenhaskim wietrze i pośród zgiełku Warszawy, w krakowskich kawiarniach i na sennej dolnośląskiej prowincji – w różnych miejscach i różnymi metodami czterej młodzi mężczyźni uparcie szukają tego, co pozwoli im uwolnić się od przeszłości: prawdy lub zapomnienia.

Łukasz Orbitowski przedstawia swoją najbardziej dojrzałą i zaskakującą powieść. Szczęśliwa ziemia to podróż po rzeczywistości spotworniałej i zarazem niebywale pociągającej. Porusza i prowokuje do dyskusji o potrzebie miłości i stałości, uzależnieniu od stanu posiadania i wszechobecnej pustki. Na historii czterech przyjaciół związanych tajemnicą Orbitowski buduje opowieść o współczesnych trzydziestoparolatkach, ich dylematach i cieniach przeszłości. Bezsprzecznie potwierdza swoją klasę, a jeśli jeszcze pisze fantastykę, to flirtuje z nią równie urzekająco jak Palahniuk czy Vonnegut.

Opinie o ebooku Szczęśliwa ziemia - Łukasz Orbitowski

Fragment ebooka Szczęśliwa ziemia - Łukasz Orbitowski

To jest książka dla moich najstarszych druhów: Jarka, Leszka,

Łukasza, Mikołaja, Pawła, Piotra, Przemka i Tomka.

Dziękuję, że jesteście.

Rozdział pierwszy

1

Moja matka nazywała się Wściekłość. Mieszkaliśmy razem, gdy zacząłem słyszeć.

Długo prosiłem, żeby zabrała mnie do lekarza. Sama zanurzyła palec w małżowinach. Powiedziała, że wszystko jest w porządku i muszę być dzielny. Mały mężczyzna ciągle jest mężczyzną. Potem wykręciła mi ucho.

– Lekarz wsadzi ci tam igłę – usłyszałem. – To dopiero zaboli.

2

Powiadają, że prawda i szanse są tylko w wielkich miastach, ale ja bardzo długo nie wyobrażałem sobie życia gdzie indziej niż w Rykusmyku. Mama toby chciała wyjechać. W Legnicy przerażały mnie długie rzędy potężnych kamienic. Będąc tam, wypatrywałem olbrzymów żyjących w ich wnętrzach. Wrocław – gdzie bywaliśmy rzadko – składał się z ZOO, okazjonalnego lunaparku, lodów przy Rynku Głównym i kina ze starymi kreskówkami Disneya. Po seansie wsiadałem w autobus i cieszyłem się, że wracam do domu. Z tego też powodu nie jeździłem na wakacje. Rykusmyku dawało wszystko, czego potrzebowałem. Prócz ciszy.

Na Placu Zamkowym, za przystankiem, mieścił się targ, gdzie każdego dnia sprzedawano coś innego. W poniedziałek kwiaty, we wtorek zwierzęta, w środę ubrania, w czwartek samochody, i tak aż do niedzieli, kiedy upłynniano szmelc: kolorowe zapalniczki z Niemiec, rosyjskie gry elektroniczne o wilku lub łodzi podwodnej, koszule dla robotników i T-shirty z Sandrą. Najbardziej na świecie chciałem mieć kalkulatorek, okrągły i biało-czerwony, taki jak piłka do nogi. Mama dała mi nawet pieniądze, które niezwłocznie przepuściłem na automatach. Kalkulatorek narysowałem sobie sam, w zeszycie do matematyki.

Rynek był wtedy bardzo zniszczony, a najgorzej wyglądał budynek rady miejskiej, wzniesiony po wojnie. Zdawał się rozpadać z żalu nad losem kamienic, poobijanych jak te łotry balujące od rana do nocy w Ratuszowej. Wysoko nad łysiejącymi dachami sterczała Baszta Strzegomska, przy której stał nasz dom. Obok biegła Staromiejska z fryzjerem i sklepem z zabawkami, jej wylot zamykało nieczynne kino i dom kultury, miejsce pracy mamy. Maszerując prosto, wkrótce dotarłbym na pola, poza Rykusmyku, i miałbym przed sobą leśną czapę skrywającą zalany kamieniołom. Na prawo żwirowa droga z topolami po obu stronach wiodła do Zakładów Kuzienniczych, skręt w stronę przeciwną prowadził do parku ze stawem pełnym kaczek o benzynowych główkach. Był tam też niewielki plac zabaw. Huśtawki zrobiono z bali i opon połączonych łańcuchami. Nieco dalej biegł strumień, a przed nim, na niewielkim wzniesieniu, stał szkielet betonowego bunkra, zapraszający do zabawy w wojnę. Po drugiej stronie rzeczki rozrastały się nowe osiedla. Ludzie, którzy tam mieszkali, zdawali się obcy, jak barbarzyńcy wkręcający sobie kości przeciwników głęboko w wytatuowane twarze.

Podobno zgwałcono tam kiedyś kobietę, przyjezdną. Zjawiła się u nas z niewiadomego powodu, wynajęła pokój na prywatnej kwaterze i kręciła się całe dnie przy zamku. Ktoś ją dopadł zaraz za rzeką. Zgłosiła się na policję, lecz zaraz wycofała zeznania, tłumacząc, że wszystko stało się za jej zgodą. Potem wyjechała. Byłem bardzo mały, gdy przypadkiem usłyszałem tę opowieść, a dorośli odmówili mi wyjaśnienia tego, czego nie rozumiałem.

Po drugiej stronie miasteczka znajdował się jeszcze jeden park, większy i bardziej zaniedbany. Stał tam Kościół Pokoju, duma całego Rykusmyku, zbudowany po wojnie trzydziestoletniej bez użycia jednego gwoździa, znak zgody pomiędzy katolikami a protestantami. Wystarczyło pójść do domu obok, poprosić pastora, a pastor otwierał kościół i puszczał z taśmy głos, opowiadający historię tego miejsca, Boga i Rykusmyku. Za plac zabaw służył nam zrujnowany budynek, w którym przed wojną mieściła się kawiarnia. Za płotem i ulicą znajdowały się już tylko tereny kolejowe i spółdzielnia inwalidów Inprodus. Wyobrażałem sobie, że produkują tam ludzi bez rąk i nóg, a następnie wysyłają ich pociągami do miejsc, w których są potrzebni.

Mieliśmy też zamek. Zamek był najważniejszy, osadzony między Rynkiem a Placem Zamkowym, na skorodowanym wzgórzu, zamek piaskowej barwy, tak że kojarzył się z Piastem, który niewątpliwie kiedyś tam mieszkał. Wzniósł go książę Radosław z Czech. Bywali tu królowie i Marysieńka. W dziewiętnastym wieku zamek stał się więzieniem, sto lat później obozem pracy przymusowej, co niektórzy u nas jeszcze pamiętają. Może ze względu na tę pamięć zamurowano wszystkie wejścia i zabito okna na niższych piętrach. A jednak widywałem światła na wieży.

Nocą z trzewi zamczyska dochodziły wrzaski, śmiechy oraz odgłosy innego rodzaju, których, ze względu na wiek, nie mogłem zrozumieć.

3

Matka była bardzo piękna. Pewnego dnia przejrzałem się nagi w lustrze. Miałem wklęsły brzuch z płytkim pępkiem i małe oczy przedzielone długim nosem. Poszedłem do mamy i zapytałem, dlaczego mi nie powiedziała, że nie jest moją mamą. Piękna kobieta nie wyda brzydkiego potomstwa, chciałem dodać, ale dostałem w pysk.

4

Nasza pierwsza zabawa wiąże się z zamkiem. Trudno powiedzieć, ile mieliśmy lat, może osiem, może nawet mniej. Dorośli mówili, że jest tam niebezpiecznie i można zlecieć; słyszałem o labiryncie bez wyjścia i chłopcu, który dostał się tam dawno temu i błądzi do teraz, choć jest już dorosły. My jednak wiedzieliśmy lepiej.

To chyba Trombek znalazł wejście – drzewo i konar pod samo okno na piętrze. Chodziliśmy tam całą piątką przynajmniej raz w miesiącu. Latem częściej. Ześlizgiwałem się z gałęzi prosto w chłód, na gruz i szkło. Opadający korytarz dusił wszelkie światło. Opieraliśmy się o kamienny parapet. Każdy żartował, usiłując dodać otuchy sobie i pozostałym. Próba zawsze wyglądała tak samo i kończyła się w ten sam sposób. Kto dalej pójdzie w ciemność? Czy ktoś dotrze do końca zamkowego korytarza? Sikorka utrzymywał, że tam na dole jest podziemne jezioro, ale nie umiał wyjaśnić, skąd to wie.

Zapalniczkę trzymałem przez szmatkę lub rękawiczkę, żeby nie poparzyć dłoni. Szedłem blisko ściany. Zerkałem za siebie, na malejący jasny prostokąt i cztery zaaferowane cienie. Liczyłem, i oni też liczyli. Jedna liczba, jeden krok. Stopę stawiałem ostrożnie, rozgarniając gruz czubkiem buta. Robiło się coraz ciemniej i coraz chłodniej. Myślałem o chłopcu żyjącym w podziemiach, o jeziorze pełnym potworów i bandytach, mających tam swoją kryjówkę. Okno stawało się coraz mniejsze, ja szedłem coraz wolniej, aż wreszcie zawracałem i gnałem najszybciej jak mogłem, głośno przy tym krzycząc. Nie było wstydu, bo każdy tak robił. Jeśli przeszedłem więcej kroków niż ktokolwiek przede mną, DJ Krzywda wydrapywał rekord na murze. Jeśli nie, to nie wydrapywał.

Potem szliśmy na opustoszałe już targowisko i siadaliśmy na długich stołach. Opowiadaliśmy sobie, czego to jeszcze nie zrobimy, jak będzie wspaniale, gdy wreszcie dotrzemy na dół, i przypominaliśmy sobie różne historie związane z zamkiem. Coś żyje, coś czeka. Zamek był naszą pierwszą zabawą. Okazał się też ostatnią.

5

Zajmowaliśmy mieszkanie przy Środkowej, blisko ryneczku. Wchodziło się od podwórka, gdzie trzepak rozkładał rdzawe ramiona, a w oknach, pod którymi zalegały sterty gruzu, wisiały wypłowiałe zasłony.

Miałem swój kąt, lecz prawdziwym źródłem radości był pokój mamy. Zabroniła mi tam wchodzić, ale od małego zostawałem sam na całe dnie i mogłem robić, co tylko chciałem. Skakałem po ogromnym łóżku i przeglądałem „Przyjaciółkę”. Wierzyłem, że matczyna toaletka rozrasta się sama z siebie na podobieństwo kościoła rozbudowywanego przez wieki. Wtedy nie użyłbym takiego porównania. Miałem inne, związane z lustrem, zakurzonym poza środkową częścią, w której przeglądała się mama. Wyobrażałem sobie, że patrzę na świat przez okno obsypane czarnym śniegiem.

Obok leżały skarby: misa pełna klipsów, broszki w kształcie owadów i kawałki skorupy żółwia nawleczone na sznurek. Kredką malowałem twarz w wojenne barwy. Obwieszałem się koralami. Szminki zlepione taśmą udawały pas z nabojami. Mierzyłem suszarką w lustro i mówiłem: „Zdychaj”.

6

Buchary pasowały do Sikorki jak mało co. Nie wiem, czy znałem go wcześniej, czy pierwszy raz zobaczyliśmy się na wysypisku. Pamiętam, że zatrzymywał się przy każdym śmietniku i w nim grzebał. Często zachodził na tyły sklepu Społem przy Szkolnej i tam też szukał. Tornister miał pełen wyprztykanych aerozoli. Utrzymywał, że na wysypisku różnie może być, przezorny zawsze ubezpieczony.

Pewnego razu poszliśmy na wysypisko, a on tam już był, król pośród kolorowych wydm. Podpalił górę śmiecia i stał z rękami w kieszeniach, jakby spoglądał na pożar miasta, które właśnie pokonał. Miał poważną twarz. Podeszliśmy i Trombek zapytał Sikorkę, co właściwie robi. Sikorka poradził, żebyśmy spokojnie czekali, więc patrzyliśmy w ogień. Śmieci płoną inaczej niż cokolwiek innego – zduszony płomień pełza, nie osiąga pełni i tylko wystawia co chwilę niebieski język ponad poczerniałe kształty.

Było warto czekać na wybuchy. Aerozole trzaskały raz za razem, podrywając szmelc, a twarz Sikorki jaśniała z zachwytu. Zazwyczaj rzadko się uśmiechał. Natychmiast rozbiegliśmy się w poszukiwaniu kolejnych puszek. Sikorka miał rację i trudno było je znaleźć. Nurkowałem w śmieciach. Usiłowałem przynieść więcej od innych. Nikt nie chciał, żeby ten wieczór się skończył, i wszyscy gratulowali Sikorce niezwykłego pomysłu. Długo rozpalaliśmy ogień, oczekując w napięciu na huk i niezwykły widok płonących papierów opadających powoli na tle ciemniejącego nieba.

Zaczęliśmy tam wracać, ku rozpaczy Sikorki, który już wtedy cenił sobie samotność. Układaliśmy buchary w przemyślnych konfiguracjach i starannie podkładaliśmy ogień, tak żeby sekwencja wybuchów była możliwie najbardziej efektowna. Kilkakrotnie straciliśmy kontrolę. Ogień stawał się grzebieniem, wysokim na metr i widocznym z daleka. Raz zorientowałem się, że płomienie pełzają wszędzie wokół nas. Rzuciliśmy się do ucieczki, a buchary strzelały wokoło, jakbyśmy przedzierali się przez pole minowe.

Mieliśmy najprawdziwszego wroga. Pan Herman poszukiwał na wysypisku zużytych skarbów, które ładował na wózek i ciągnął do chaty za miastem. Wytropił nas i zaczął prześladować. Przyczajał się i wyskakiwał z ukrycia. Liczył, że nas zaskoczy, ale jego obecność zdradzał wózek ustawiony za siatką. Rozbiegaliśmy się ze śmiechem, każdy w innym kierunku, a pan Herman rzucał się jak pies na krótkim łańcuchu.

7

Po roku, może dwóch matka zabrała mnie do przychodni rejonowej przy Moniuszki. Trzymała mnie mocno za rękę i cały czas powtarzała, że nikt nie zrobi mi krzywdy, no a jeśli nawet, mam to na własne życzenie. Martwiła się po swojemu i zaaferowana ciągnęła mnie przez Rykusmyku.

Przychodnia mieściła się w długim parterowym budynku, zapach wewnątrz obezwładniał. Usiedliśmy w zielonkawym korytarzu. Z plakatów spoglądał na mnie smutny berbeć zagrożony krzywicą, jego starszy kolega pił mleko i maszerował do przedszkola, a Trombek, czekający wraz z ojcem, był dziwnym połączeniem ich obojga. Siedział naprzeciwko mnie, przygnieciony czerwoną ręką taty, i machał nogami. Zniknął w gabinecie, na nazbyt krótko. Nadeszła moja kolej.

Bardzo się bałem, że lekarz włoży mi do ucha igłę. Nic takiego nie nastąpiło. Tylko pogmerał wacikiem, zaświecił, wyjął czarny aparacik i przez chwilę majstrował z jego pomocą przy uchu.

– Słuch przeciętny – rzekł. – Dawno nie widziałem tak czystych uszu. Jeśli chce pani szczerej opinii, radziłbym pójść do innego lekarza – dodał, stukając się znacząco po łysinie.

8

Na cmentarzu, pod wieczór, bawiliśmy się w chowanego. Dzieci z innego miasteczka zapewne nie mogłyby tego zrozumieć. My jednak baliśmy się zamkowego korytarza i na groby nie starczyło nam strachu.

Cmentarz zamykano o dwudziestej. Niedługo później przechodziliśmy przez mur. Ciągnęliśmy zapałki i ten, który wylosował najkrótszą – dziwnym trafem najczęściej był to Blekota – stawał twarzą do drzwi kaplicy, zaś pozostała czwórka gnała ku upatrzonym kryjówkom. Wchodziłem na klony i kasztanowce, tak wysoko, jak się dało, a potem przywierałem brzuchem do gałęzi, jakbym chciał stać się jej częścią.

DJ Krzywda nauczył mnie też, jak włamywać się do okazałych grobowców. Zamykałem wtedy za sobą kratowane drzwi i kucałem w rogu z ręką na ustach. Biegłem jak najdalej, żeby skulić się za jakąś niepozorną attyką. Nastawała cisza. Szukaliśmy się i byliśmy szukani.

Nigdy nie starczyło mi odwagi, żeby wpełznąć do grobu. Trombek to zrobił, los chciał, że akurat na mojej zmianie. Ściągnąłem DJ-a Krzywdę z dachu kapliczki, zdemaskowałem Blekotę w wielkiej dziupli i strzeliłem w ucho Sikorkę, przysypiającego za kamiennym aniołem. Tylko Trombka nie mogłem znaleźć. Ruszyłem w górę, do końca alejki, gdzie rosła wysoka trawa i gdzie pękały opuszczone groby. Szedłem nerwowo, bo miałem już tego dosyć i chciałem wracać do domu. Nagle kawałek płyty nagrobnej ruszył w moim kierunku. Darłem się, aż zobaczyłem, że w jamie łypią wesołe oczy Trombka. Przestał się śmiać dopiero, kiedy mu przysoliłem i potoczyliśmy się, zwarci w walce, z powrotem w kierunku kapliczki.

Raz byliśmy świadkami czegoś niezwykłego. Dobiegły nas jęki, jakie mogą wydawać tylko potępieni. Zza ukruszonego nagrobka wystrzeliła czarna czupryna. Mężczyzna nas spostrzegł i umknął, podciągając dżinsy. Na grobie leżała dziewczyna ze spodniami spuszczonymi do kolan i potarganą bluzką. Płakała, ale gdy spytaliśmy, czy pomóc, odszukała swoje buty w trawie i uciekła.

Lubiłem przyglądać się zdjęciom i domyślałem historie umarłych. Rozumiałem, że ci strzeżeni przez krzyż trafili do nieba, a łyse attyki skrywały potępionych. Odejmowałem datę narodzin od daty śmierci. W ten sposób zauważyłem, jak wiele młodych kobiet umarło w Rykusmyku.

9

Jak przekleństwa ciskane przez człowieka z poderżniętym gardłem. Odgłos twarzy roztrzaskiwanej o mur. Skowyt bitego psa. Jęk jucznego zwierzęcia, które zaraz runie na ziemię. Coś takiego.

Najpierw myślałem, że wołają mnie zmarli, ale mama powiedziała, że zmarłych nie ma. Wściekły głos, początkowo ledwo słyszalny, nasilał się z roku na rok. Skoro nie zmarli, pomyślałem, wołają mnie zatem żywi pozostający w potrzebie. Obszedłem kamienicę przy Środkowej – szary budynek o poobijanych rynnach – i zakradłem się na poddasze. Wędrowałem wśród krzeseł wywróconych do góry nogami w nieczynnej części przedszkola. Na próżno. Każdy dźwięk narasta w miarę zbliżania się do jego źródła – tu inaczej. Wszędzie było tak samo straszno i głośnocicho.

Zabrałem chleb, stuzłotówkę z Waryńskim i uciekłem. Zatrzymałem się dopiero na polach przy drodze na Myślibórz. Dźwięk brzmiał czysto i głośniej niż przedtem. Przycisnąłem ręce do uszu. Uderzyłem się kamieniem w głowę. Mogłem przysiąc, że za mną stoi wrzeszczący tłum, chociaż nikogo tam nie było. Gdzie jesteście? Czemu to robicie?, pytałem. Teraz już wiem, że świat nigdy nie odpowiada. Ma swoje pieśni. Jedną usłyszałem.

Jak łoskot ciał upadających do mokrej jamy. Jak czołg jadący po kościach. Skowyt matki, której dzieci rozpruto. Coś takiego.

10

Rowery oznaczały wolność. Matka pozwalała mi jeździć tylko po parku, ale nie dopytywała, gdzie znikam na długie godziny. Zbieraliśmy się więc w parku, pod szkieletem bunkra, i wyruszaliśmy na wyprawy. Wszyscy mieli wigry 3, ja jeden kremowego jubilata z trzema przerzutkami, tak jak tylko ja słyszałem to, co słyszałem.

Latem jechaliśmy na zalany kamieniołom, przenosiliśmy rowery wąską ścieżką na wapiennych skałach, wysoko nad twardym lustrem wody. Nadzy braliśmy kąpiel. Potem wściekałem się na słońce, bo chciałem jak najszybciej wyschnąć. DJ Krzywda miał wędkę schowaną w krzakach, ale nigdy nic nie złowił. Może dlatego, że łapał tylko na chleb?

Wybieraliśmy się na coraz dłuższe wyprawy, określane przez znaki drogowe – tyle a tyle do najbliższej miejscowości. Myślibórz, Wałbrzych, Bolków. Rozpędzone samochody mijały nas, trąbiąc wściekle. Obieraliśmy skróty przez las i wspieraliśmy się na duchu, kiedy droga okazywała się zbyt ciężka lub gdy traciliśmy poczucie kierunku. Raz dotarliśmy aż do Legnicy i każdy zamówił porcję lodów z bitą śmietaną. Blekota zostawił pieniądze w domu, więc za niego zapłaciliśmy. Jedliśmy powoli, upojeni zwycięstwem i tajemnicą. Nikt nie wiedział, gdzie jesteśmy i co robimy. Te chwile były tylko nasze.

Rozochoceni Legnicą postanowiliśmy zdobyć Wrocław. No bo jak daleko to może być? Wyruszyliśmy po śniadaniu, wszystko szło dobrze, aż dotarliśmy do poniemieckiej autostrady, gdzie na szarych płytach podskakiwał samochód za samochodem. Patrzyliśmy smętnie jak na drugi brzeg, który okazał się zbyt odległy. Trombek powiedział, że to nie szkodzi, bo on i tak kiedyś pojedzie, do Wrocławia i dalej. Pozna cały świat, byleby tylko nie wracać do Rykusmyku. Domyślaliśmy się, o co chodzi. Do domu wróciliśmy w milczeniu.

11

Matka miała wielu mężczyzn. Żaden nie został na dłużej. Niektórzy mylili się w ocenie. Sądzili, że samotna kobieta z dzieckiem potrzebuje nowej rodziny. Mama jednak pragnęła wielkomiejskości, śniła o kawiarniach i hotelach; w Rykusmyku się dusiła. Przesiadywała w Ratuszowej, łowiąc wzrokiem niektórych przyjezdnych. Raz w tygodniu jechała do Legnicy i nie wracała na noc. Ale mężczyźni umykali przerażeni jej wściekłością i słodyczą zlanymi w jedną podziemną rzekę.

Potrafiła być miła przez długie tygodnie. Potem wybuchała gniewem z błahego powodu. Raz, gdy grymasiłem przy stole, wepchała w siebie mój obiad, swój obiad i wszystko, co znalazła w lodówce. Stało się to w okamgnieniu. Zupa ściekała jej po brodzie. Powiedziała, że nie jest głodna, tylko nieszczęśliwa.

Pamiętam mleczną szybę w drzwiach od jej pokoju, rozświetloną przez świece. Rozstawiała je na podłodze. Raz któryś kochanek pacnął w płomyk gołym cielskiem. Lałem mu potem zimną wodę na zad.

Kiedy miałem dziesięć lat, pojawił się polonus. Urodził się w Wałbrzychu, dorastał w Rykusmyku, szczęśliwa ręka losu cisnęła go za ocean, gdzie obrósł w zielone. Kursował między Polską i Nowym Jorkiem, poznał matkę i zakochali się na zabój. Wypiękniała jeszcze bardziej. Rozpalała świece i czekała na gościa. Zapisała się na kurs prawa jazdy i obiecała, że pokaże mi Amerykę. W prospektach wskazywała, co będę miał, gdy tam zamieszkamy. Pistolety w skórzanych kaburach. Statki kosmiczne z Gwiezdnych wojen. Transformersy. Komputer Commodore i kasety z grami. Nawet DJ Krzywda nie miał takich, choć jego ojciec cały czas jeździł do Niemiec.

Pewnego wieczoru mama rozpaliła świece, ale polonus nie przyszedł. Usłyszałem dźwięk korka wyskakującego z butelki. Zaglądnąłem do pokoju. Matka leżała na podłodze. Z rozpiętej bluzki wystawał rąbek sutka. Śpiewała:

Zabijemy wszystkich ludzi, wszystkich ludzi, wszystkich ludzi,

Chociaż trzeba się natrudzić, zabijemy ich.

Sprowokujmy Pana Boga, Pana Boga, Pana Boga,

Niech nastanie strach i trwoga, sprowokujmy go!

Uszy odetkały mi się niemal jednocześnie. Skrzek, wcześniej dalekie wołanie, zabrzmiał wyraźniej. Rozróżniałem poszczególne głosy. Na dachach zalegał śnieg.

12

Miałem wiele skarbów: zegarek znaleziony na śmietniku, kamień ze śladem muszli podobnym do brodatej twarzy, kulki do łożysk wynoszone z Zakładów Kuzienniczych. Gwóźdź z Kościoła Pokoju był z nich wszystkich najcenniejszy. Kościół Pokoju, który powstał bez jednego gwoździa, potrzebował jednak stali, aby przetrwać przez wieki. Trombek ukradł ojcu młotek, śrubokręt i dłuto. Poszliśmy do parku. Był sobotni poranek.

Wybraliśmy ścianę po przeciwległej stronie niż dom pastora. Nikt tam nie chodził. Sprawdziliśmy dokładnie: w zasięgu ręki nie było żadnego gwoździa. DJ Krzywda powiedział, że nic w tym dziwnego, bo tę zabawę znali już nasi pradziadowie. Gwoździe znajdziemy wyżej. Tak rzekł i niczym małpa zaczął wspinać się po grubych belkach. Znalazł się jakieś trzy metry nad ziemią. Rzuciliśmy mu dłuto, potem młotek. Zeskoczył, a w zębach trzymał potężny, zardzewiały gwóźdź, który dał nam wszystkim do potrzymania. Za nim wspiął się Sikorka i pozostali. Blekota przykleił się do kościelnej ściany niczym niezdarny pająk, któremu wyrwano cztery nogi. Podważał metal dłutem, robił z młotka dźwignię, poleciało dłuto, poleciał młotek, poleciał i Blekota. Ale miał swój gwoźdź.

Przyszła kolej na mnie. Nie patrzyłem w dół. Zacząłem dłubać przy rdzawym łebku. Powoli wyrywałem stal drewnu i wiedziałem, że to jeszcze kwestia minut, gdy DJ Krzywda syknął, że mam się spieszyć, bo pastor idzie w naszym kierunku. Przyjaciele nerwowo zerkali w stronę zarośli. Szarpnąłem jeszcze kilka razy i zeskoczyłem bez gwoździa. Umknęliśmy wszyscy, ja jeden ścigany przez wstyd.

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Zabrałem nóż do chleba i cicho wymknąłem się z domu. Mama spała pijana, a park puchnął dźwiękami nocy. Ożyły duchy. Cienie kucały w krzakach, krzyżując szpony na chudych kolanach. Wówczas Kościół Pokoju nie był jeszcze iluminowany. Wspiąłem się po omacku i znalazłem swój gwóźdź. Drewno długo nie chciało mi go oddać i ukruszyłem nóż. Wreszcie był mój – ciepły, jak kieł potężnego zwierzęcia, które zabiłem własnymi rękami.

Wracając do domu, unikałem alejek. W krzakach zastałem bandytę, szesnastoletniego Wilczura, zaambarasowanego rozpinaniem stanika jakiejś pijanej dziewczynie. Dostrzegł mnie, krzyknął, sięgnął po kamień, ale zanim rzucił, już byłem daleko.

13

Pod koniec podstawówki zapytałem o ojca. Musiałem pytać i wcześniej, ale nie pamiętam. Raz w miesiącu przychodziły przekazy na pocztowych blankietach, wypełnione kwadratowym pismem. Matka porywała je pierwsza, nie chcąc, abym wypatrzył adres i nazwisko. W Rykusmyku wszyscy się znali.

– Zdarzyła mi się przygoda, dawno temu – odpowiedziała jak mężczyźnie. – Przelotna, na pewno straszna, a może zabawna. Dobra, bo jej owocem jesteś ty. Cieszę się, że jesteś, i cieszę się, że zostaliśmy we dwoje.

Nie dałem się zbyć i powtórzyłem pytanie. Dym z papierosa owiał mi twarz.

– Wyjdź z domu – usłyszałem. – Popatrz na mur, na naciek na murze, na człowieka pod tym murem. Masz swojego ojca. Nie szukaj.

14

Ojciec DJ-a Krzywdy jeździł do Niemiec i przywoził płyty dla swojego syna. W tamtych czasach płyta sprowadzona z Zachodu była czymś niezwykłym. Mieliśmy swój perkal i swoje paciorki.

DJ Krzywda mieszkał na dwóch pokojach tuż koło mnie. Nie lubił tego miejsca i często zapowiadał, że przeniesie się do jakiejś ciotki, do Krakowa, jak tylko zda na studia. Trudno było go zrozumieć. Matka nie chciała, żebym wieszał plakaty, nawet u siebie, a on mógł. Miał taki z muskularnym barbarzyńcą, toczącym zwycięski bój na górze szkieletów, i drugi, z księdzem w łańcuchach prześladowanym przez rogatego olbrzyma. Gdy do niego przychodziliśmy, paliła się tylko jedna lampka, na oknie stał jeden kwiat. Siadaliśmy na podłodze. DJ Krzywda włączał adapter. Słuchaliśmy w skupieniu, okładka krążyła z rąk do rąk, rozpalając wyobraźnię. Odziani na czarno muzycy przypominali bogów podziemi. Trupy i zamki, ludzie i potwory były jak bramy do lepszego świata.

Hałas porywał nas wszystkich, nawet Sikorkę, który siedział w pewnym oddaleniu i kiwał głową, jakby uderzał w niewidzialną ścianę i cieszył się tą czynnością. Ryki wokalistów ściągały nas w głąb samych siebie i jeszcze gdzieś, gitary szalały jak ogień w drewnianym kościele, łomot perkusji wiązał jedne części ciała, a rozwiązywał drugie. Wierzyliśmy wszyscy, że w tej muzyce kryje się coś więcej niż tylko serce i dźwięki. Metal był większy niż Rykusmyku, a nawet niż Legnica.

Potem każdy wyjmował czystą kasetę kupioną w piątek na Placu Zamkowym. DJ Krzywda udawał złość. Mówił, że to dla niego kłopot, bo będzie musiał słuchać tego samego jeszcze cztery razy. W końcu się zgadzał. Zaczynaliśmy rozmawiać o tym, co kto ostatnio usłyszał, która płyta jest lepsza, a która gorsza, jaki gardłowy najlepiej się drze. Sikorka dopominał się, żeby nie mówić „piosenki”, ale „utwory”.

W domu siadałem przy biurku, włączałem walkmana, rysowałem najpierw logo, a potem okładkę zespołu, w którym będę kiedyś występował. Układałem listę utworów i wpisywałem nazwę wytwórni, największej, jaką znałem. Jestem pewien, że wszyscy poza Sikorką robili podobnie.

15

Pewnego razu zobaczyłem mamę bardziej wstawioną niż zwykle. Wieczór był ciepły i zamarudziliśmy na wysypisku, wpatrzeni w niebieskawy płomień, pełzający pod górami śmieci ku przemyślnie zagrzebanym bucharom. Wracałem, pachnąc siarką i szczęściem, drzwi zastałem zamknięte i musiałem poczekać. Złościłem się trochę. Nie wiedziałem, co zrobić. Mama wtoczyła się na podwórko z butem w ręce.

Groziła niebu pięścią i upadła na maskę samochodu. Zaprowadziłem ją do domu. Zawstydzony myślałem, że wszyscy sąsiedzi patrzą na nas przez dziurki od klucza. W kuchni mama wyjęła butelkę i napełniła dwa kieliszki. Usiedliśmy naprzeciw siebie. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić, i czułem, że jeśli się napiję, będę żałował. Mama wytrzeźwieje i pożali się, że jej nie powstrzymałem. Po prostu milczałem, czekając, co będzie.

– Jest przeklęte miejsce. Tak złe, że nawet Bóg tam nie zagląda – powiedziała. – Ciemno, smutno i źle. Tylko ludzie o tym nie wiedzą. Myślą, że znajdą nie wiadomo co, słoneczko jakieś. Gówno, synusiu kochany. Jeden chciałby kobiet. Drugi pieniędzy. Trzeci coś tam jeszcze, a każdy hop przez rogi, rogi są ostre i nawet jak się uda, dopadną, dojadą. Będziesz je zawsze czuł za sobą. Każą ci wrócić. O tak, każdy wraca. Po jeszcze albo po śmierć.

Moje myśli krążyły wokół czegoś innego. Zapytałem, czemu to mówi.

– Jesteś moim synem. Świat to dla ciebie za mało. Będziesz chodził. Ale tam nie idź. Nie szukaj. Błagaj Boga, żebyś nie został znaleziony. – Ściszyła głos. – On cię chce.

Położyłem ją spać i wróciłem do kuchni, gdzie stała butelka wódki i pełne kieliszki. Obróciłem swój w rękach i wylałem zawartość. Położyłem się, ale nie mogłem zasnąć. Wróciłem i wylałem także butelkę. Myślałem o tym, co usłyszałem, a mama śpiewała przez sen.

16

Postanowiłem poszukać ojca. Ponieważ mama całe życie pracowała w domu kultury, zacząłem właśnie tam. Chodziłem na zajęcia rysunku i tańca, przyglądając się prowadzącym. Który to? Obserwowałem technicznego, pana Gablociarza, próbując odnaleźć swoje rysy w jego łagodnej, bezmyślnej twarzy.

Włamałem się do kadr i spędziłem popołudnie wśród fiszek. Sprawdzałem, kto i w jakim czasie został zatrudniony, a kiedy musiał odejść. Zakreśliłem parę nazwisk. Pogrzebałem, żadne nie pasowało. Natrafiłem za to na kilka fotografii mojej mamy, zrobionych dawno temu, na tyłach koncertów, wystaw i przedstawień teatralnych. Zawsze uśmiechnięta, z papierosem w lufce i resztką wina na dnie kieliszka. Przypominała kapitana okrętu głupców, szykującego się właśnie na podbój wysp szczęśliwości. Nie dopłynęła. Inni potonęli.

Dom kultury nie przyniósł odpowiedzi. Zwróciłem uwagę na milicjanta Krończaka, który, jak mówiono, miał więcej kobiet niż ktokolwiek w Rykusmyku. Co niedzielę spacerował w garniturze z nową zdobyczą u boku, a w dni powszednie wlepiał wysokie mandaty wszystkim, którym nie wiodło się w miłości. Kręciłem się w pobliżu komendy. Wypatrywałem jego poloneza, aż wreszcie Krończak załapał, w czym rzecz, zatrzymał mnie i zapytał, czy przypadkiem nie szukam guza. Przestraszony powiedziałem prawdę. Spochmurniał, odparł, że to bzdura, zaczął na mnie krzyczeć i przepędził. Uwierzyłem mu, bo był szary, trząsł się, a w oczach zawisły mu dwie ciężkie łzy. Milicjant Krończak nie był moim ojcem. Z jakichś powodów żałował, że nie jest.

Szalona Tekla również szukała swojego taty i uznałem, że mogłaby pomóc. Kto cię robił, żylasta dziewczynko, powiedz mi. A jak powiesz, dodaj, proszę, dlaczego mu nie wyszło. Tekla była o dziesięć lat starsza i włóczyła się bez celu po całym miasteczku. Siadywała na murku pod zamkiem, gadała do siebie, jej palce, ozdobione przez tanie pierścionki, toczyły ze sobą skomplikowane zmagania. Gdy była młodsza, tarzała się po ziemi. Mówili, że plecy znaczą jej blizny po tłuczonym szkle. Ale twarz miała ładną, piegowatą.

Zastałem ją na podwórku przy Kościelnej, gdzie montowała pułapkę na kunę. Powiedziała, że zwierzę przychodzi nocą i dusi pisklęta, więc trzeba coś z tym zrobić. Na pułapkę składał się rzemyk zawiązany w pętlę, pustak służący za przeciwwagę i przynęta z kawałka twarogu. Wyznałem, co mnie trapi. W śmiechu Szalonej Tekli brzmiała życzliwość. Poradziła, żebym schował się razem z nią i czekał. Może w pułapkę, zamiast kuny, złapie się mój tatuś? Nim podjąłem decyzję, na podwórku zameldowała się matka Tekli, bogata Władysława, i zabrała córkę do domu.

Po tym spotkaniu zrozumiałem, że nigdy nie poznam ojca. Szwendałem się jeszcze trochę. Zachodziłem do Ratuszowej albo do baru przy Klasztornej, gdzie wieczorami dorabiał młody bandyta Wilczur. Przyglądałem się twarzom mężczyzn tak długo, aż mnie przepędzali. Siadałem na przystanku, jakbym liczył, że tato kiedyś wróci.

Co by się stało, gdybym go znalazł? Nic szczególnego. Tak to sobie wyobrażałem: podchodzę do faceta, pytam po prostu: „Czy ty jesteś moim tatą?” i nim zdąży się odezwać, znajduję odpowiedź w jego przestraszonych oczach. Mówię wówczas, że nie ma powodu do niepokoju, że zaraz sobie pójdę i nigdy więcej nie wrócę. Powiedz mi tylko jedno, tatusiu. Dlaczego słyszę to, co słyszę? Czemu tak straszliwie skrzeczy i nawet sen nie daje wytchnienia? A jak mi to powiesz, chętnie też usłyszę, jak sobie z tym poradzić. Daj mi lekarstwo. Jeśli to zrobisz, nie zobaczysz mnie więcej.

Nikomu tak nie powiedziałem. Miałem swój rozum i zacząłem podejrzewać, że mój ojciec jest kimś odległym, kto w Rykusmyku pojawił się tylko przez przypadek.

17

W liceum była taka Nika. Włóczyła się za chłopakami i jak ją znam, uważała, że jest brzydka. Lubiła workowate spodnie i flanelowe bluzy. W uchu nosiła metalowe kółeczko. Nie mogłem oderwać oczu od spienionego bąbelka śliny pulsującego w rogu jej ust. Wszyscy próbowaliśmy z nią kręcić, najbardziej Blekota, który się zakochał. Ją interesowali ci obojętni.

Bujaliśmy się trochę, bez nadziei na przyszłość. Parę razy wsadziłem jej rękę pod bluzkę. Kiedy nakłamałem o dziewczynach, z którymi spałem wcześniej, poradziła, żebym nie pieprzył od rzeczy, bo i tak nie zrobię wrażenia.

– Jesteś zbyt uroczy i niepotrzebnie się starasz – powiedziała. – Jeśli chcesz, pokażę ci parę rzeczy, które przydadzą ci się na przyszłość.

Nika dawała ciało, ja miejsce. Upewniłem się, że matka utknęła w teatrze, i poszliśmy na Środkową. Rozebraliśmy się. Szukałem wilgoci wyżej, niż powinienem.

– Nie tutaj, głupku. – Roześmiała się. – Nie denerwuj się tak. Może na początek jakoś inaczej? Żebyś się odprężył.

Odmówiłem. Chciałem już mieć to za sobą. Bałem się, że zawiodę, że pęknie mi wędzidełko i zaleję krwią jej wnętrze. Nika bardzo pomogła. Znalazłem się w niej, położyła mi rękę na karku. Wykonywałem powolne ruchy, żeby jej nie zawieść. Więc o to chodzi w życiu, pomyślałem, i głowa mi pękła.

Skowyt mordowanych. Wycie człowieka wściekłego na śmierć. To usłyszałem. Oślepłem. Stal rozpruła mi podbrzusze. Chyba krzyczałem. Nie pamiętam.

Ocknąłem się pod ścianą. Skrzek stał się głośniejszy. Nika trzęsła się po przeciwnej stronie pokoju. Wyjęczałem prośbę o pomoc, a ona porwała ubranie i jednym susem znalazła się przy drzwiach. Słyszałem, jak upada na schodach i krzyczy. Powinienem był jej pomóc. Ale nie mogłem. Nic mnie wtedy nie obchodziło.

18

Blekota nie zapraszał nas do siebie, za to dużo opowiadał o kolekcji horrorów na kasetach i o amerykańskim magnetowidzie. Często pożyczał od nas drobne kwoty i zapominał oddać, co było irytujące, bo nikomu się nie przelewało. W końcu poznaliśmy prawdę.

Blekota mieszkał z rodzicami na dwudziestu metrach, toaleta była na korytarzu, za pokój służyło mu łóżko oddzielone przepierzeniem od reszty, półeczka na książki i stołek, na którym odrabiał lekcje. Matka sprzątała w Zakładach Kuzienniczych, ojciec pojawiał się i znikał. Blekota był bardzo zawstydzony i wyznał, że po kryjomu uczy się jeździć samochodem i doskonale sobie radzi. Że wkrótce stąd odjedzie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Sikorka, który – rozsierdzony kłamstwami – zaczął go podpuszczać, żeby pokazał nam, jak to niby prowadzi, a najlepiej zabrał na jakąś wycieczkę. Wszyscyśmy się włączyli do tego namawiania. Blekota wstał i powiedział po prostu, że skoro tak, to nie ma innej rady i zaprasza do trabanta.

Myślę, że każdy – poza Sikorką – chciał powstrzymać Blekotę. Trabant stał zaparkowany w cieniu kasztanowca na Szkolnej. Worki z ubraniami, zgromadzone na tylnym siedzeniu, z trudem wepchaliśmy do bagażnika. Blekota przysunął sobie fotel, przekręcił kluczyk i samochód pojechał przez Rykusmyku, prowadzony, zdawałoby się, pewną ręką. Cieszyłem się, że siedzę w środku, bo nikt mnie nie mógł zobaczyć, i namawiałem Blekotę, żeby kierował się najkrótszą drogą za miasto. Tak zrobił. Czernica już spała. Za wsią asfaltowa droga rozwidlała się na Wałbrzych i w stronę lasu. Blekota wybrał drugi kierunek. Rozpierała go duma. Opuścił szybę i wystawił łokieć za okno.

Droga oplatała leśne wzgórze, ćmy tańczyły w świetle reflektorów. Zatrzymaliśmy się na szczycie, stanęliśmy oparci o trabanta i spoglądaliśmy na ciche Rykusmyku w dole. Autobus wtaczał się na plac, komenda mrużyła jarzeniowe oczy, gasły okienka. Trombek wykrzyknął, że w zamku, na dolnym piętrze, palą się światła, co było przecież niemożliwe, gdyż okna tam zabito dawno temu. Ale miał rację. Błyskało, jakby ktoś podłożył ogień w podziemiach. Staliśmy tak długo, zauroczeni, aż Blekota ogłosił powrót do domu.

Wsiedliśmy. Blekota spróbował zawrócić. Nie wiadomo, czy zbyt mocno wcisnął gaz, czy nie zapanował nad kierownicą. Trabant runął w rów i zatrzymał się na drzewie. Trzasnął pękający duroplast. Deska rozdzielcza wylądowała na kolanach Blekoty i Trombka, zgasły światła i nastała cisza.

Wysiedliśmy wszyscy. Tylne koła samochodu kręciły się ospale nad asfaltem. Blekota próbował otworzyć maskę, ale nikt nie miał latarki ani zapałek, żeby ocenić rozmiar strat. Trząsł się i rozpaczał, że nie ma już po co wracać do domu i byłoby lepiej, gdyby zginął. Zaczęliśmy go pocieszać i bezskutecznie próbowaliśmy wyciągnąć pojazd z powrotem na drogę. Blekota usiadł z ramionami skrzyżowanymi na głowie.

DJ Krzywda uklęknął naprzeciw niego i powiedział, co należy zrobić. Zostawimy auto i wrócimy do Rykusmyku przez las, na przełaj, żeby nikt nas nie widział, tak szybko, jak się dało. Kluczyki trafią na swoje miejsce i zapomnimy o sprawie. Ktoś ukradł samochód, ktoś go kiedyś znajdzie. Tak powiedział i pomógł Blekocie wstać.

19

Droga wiodła ostro w dół. Szliśmy gęsiego. Gałęzie biły nas po twarzach, a księżyc świecił jasno, posrebrzając chropowate pnie i zdradzieckie jary otwierające się pod naszymi stopami. Nocne ptaki wzbijały się do lotu. Jakieś duże zwierzę wystrzeliło z krzaków parę metrów przede mną i pognało na oślep, gubiąc po drodze sen. Wkrótce straciliśmy z oczu Rykusmyku. Próbowałem obliczyć, ile kilometrów zrobiliśmy trabantem. Bałem się, że nie wrócimy przed świtem.

Las się skończył, przebiegliśmy przez pola i zanurzyliśmy się w zagajniku po drugiej stronie. Było płasko. Blekota trząsł się i płakał. Nikt nie wiedział, która jest godzina, i na widok światełka mrugającego zza drzew jak na komendę zerwaliśmy się do biegu. Parterową chałupę otaczał szczerbaty płot. Na podwórku powitało nas ujadanie psa – na łańcuchu rzucał się muskularny kundel. W drzwiach domu stanął pan Herman, urżnięty w pestkę i ze strzelbą. Od razu nas spostrzegł. Zapytał, co tu robimy, i ostrzegł, że zaraz nas pozabija. Krokiem kraba podszedł do budy. Przełożył strzelbę do lewej ręki, w prawą chwycił łańcuch. Krzyknął:

– Bierz ich, Guciu!

Rzuciliśmy się do ucieczki, odprowadzani przez ujadanie i przekleństwa. Herman miał wyczucie chwili i spuścił Gucia, kiedy już dopadaliśmy płotu. Wściekły pysk szukał drogi między sztachetami. Pamiętam długi bieg i światła na drodze. Blekota osunął się na kolana i nie było siły, żeby go podnieść.

Samochód zmienił światła na krótkie i się zatrzymał. W środku pojazdu siedział młody bandyta Wilczur. Zapytał, co tutaj robimy, ale nie doczekał się odpowiedzi. Spoglądaliśmy na niego hardo i nawet Blekota otarł łzy. Młody bandyta Wilczur pokiwał głową i rzekł, że skoro tak, to tajemnica powinna ludzi łączyć, a nie dzielić, i żebyśmy wsiadali. Bez słowa zawiózł nas do Rykusmyku, wysadził przy ryneczku i unosząc brudną rękę, podreptał do Ratuszowej.

Blekota odniósł klucze na właściwe miejsce i tak to się skończyło. Jego ojciec szalał, lecz nigdy nie poznał prawdy. Dużo później dowiedziałem się, że milicja zgarnęła młodego bandytę Wilczura i długo przesłuchiwała w sprawie trabanta. Nie powiedział ani słowa.

20

Ojca poznałem, kiedy podał mnie do sądu. Wyrachował sobie, że skoro jestem pełnoletni, to może oszczędzić na alimentach.

Mama wzięła to na siebie. Wkrótce zameldowała się z papierami od adwokata, podpisałem i nie wiem nawet, kiedy odbyła się rozprawa. Potem sąd rozpatrzył nasz wniosek i alimenty zostały podniesione. Mama triumfowała, ja tonąłem w niewesołych myślach. Ojciec, wcześniej cień schowany za kropelką spermy, zmienił się w człowieka i adres. Mieszkał przy Stalowej, blok siedem, mieszkanie czterdzieści.

Poszedłem dopiero po maturze. Ledwo zdałem, jednak zdałem i wydawało mi się, że ojciec to doceni. Pod blokiem stały trzy identyczne niebieskie škody o rejestracjach różniących się jedną tylko cyfrą. Czułem, że to jego samochody. Otworzył w koszulce na ramiączkach i spodniach od garnituru. Natychmiast poznał, kim jestem. Zaprosił do środka.

Miał wąsy, ziemistą gębę i żałobę za paznokciami. Inaczej go sobie wyobrażałem.

– Wybacz tę aferę z sądem. – Rozmowa sprawiała mu widoczną trudność. – Z twoją mamą mamy niezałatwione sprawy. Zdarła ze mnie potworne pieniądze. Dała ci coś w ogóle?

Odpowiedziałem, że jakoś sobie radzimy. Zadawał idiotyczne pytania w stylu czy mam dziewczynę, jak mi idzie w szkole i co planuję robić w życiu. Gdy usłyszał, że wybieram się na studia, oczy zwęziły mu się do szparek.

– Chciałem pójść do pracy, ale jak mam maturę, to może by też studia? – Podsunąłem świadectwo. Nałożył okulary. Czytanie trochę mu zajęło. Wstał, wyjął portfel ze sztucznej skóry, podał mi kilka banknotów, a potem rękę, na pożegnanie.

– Wolałbym, żebyś tu nie przychodził – rzekł. – Zadzwoń, jeśli będziesz potrzebował pieniędzy. Każdy ma swoje życie i tego się trzymajmy. Przepraszam, ale tak chyba jest najlepiej.

Schodziłem po stopniach, jakbym z wolna osuwał się w przepaść. Pochłonęła mnie ciemność. Ocknąłem się na przystanku autobusowym. Palce zaciskałem na zerwanym lusterku od škody.

21

Próbowałem otrząsnąć się po spotkaniu z ojcem, a Trombek zawędrował w podziemiach zamku dalej niż ktokolwiek wcześniej. Gałąź trzeszczała pod moim ciężarem, za to chłód wnętrza był bardzo przyjemny. Cienie korytarza układały się w wąsate oblicze mojego taty. Banknoty rozgrzewały kieszeń.

Trombek poszedł pierwszy i jak się okazało, ostatni. Ciąg cyfr, wydrapany na ścianie, kończył się na czterdziestu ośmiu. Zaczęliśmy liczyć. Trombek stał się tylko światełkiem zapalniczki. Doszliśmy do czterdziestu i stało się jasne, że dzieje się coś niezwykłego. Przy pięćdziesięciu krokach zaczęliśmy klaskać, a dziesięć kroków później zaparło nam dech w piersiach. Byliśmy w wieku, kiedy nie wypada się bać lochów i ciemności, a jednak każdy miał duszę na ramieniu.

Przy sześćdziesiątym siódmym kroku Trombek wydał z siebie zduszony krzyk. Zapalniczka zgasła. Nawoływaliśmy go, pytaliśmy, czy wszystko w porządku. Z głębi powiało lodowate powietrze i w poświatę z okna wszedł Trombek. Był cały mokry i przyciskał do piersi jakiś niewielki przedmiot. Nic nie mówił, dopóki nie opuściliśmy terenu zamku. Wtedy ciężko usiadł na stole w najciemniejszej części placu handlowego, poprosił o picie i pokazał, co znalazł w korytarzu.

Był to kawałek rogu jakiegoś dużego zwierzęcia, brzydko ułamany, długości palca wskazującego i bardzo stary, naznaczony śladami krwi.

22

Tamtego popołudnia przestałem wierzyć w przypadki. Znaleźliśmy róg. Poznałem ojca i znalazłem mamę, już zimną. Głowę złożyła na kosmetykach przed lustrem. Obok stała ledwo nadpita butelka luksusowej. Lekarz powiedział, że umarła trzeźwa, i jako przyczynę zgonu wskazał tętniaka. Nie wierzę w to, bo tętniak pęka, kiedy ma na to ochotę, i na nic nie czeka, tak jak mama czekała, aż stanę się dorosły i będę mógł poradzić sobie bez niej.

Autor jest Laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012.

Szczęśliwa ziemia

Copyright © by Łukasz Orbitowski 2013

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2013

Redakcja–Michał Cetnarowski,Joanna Mika-Orządała

Korekta–Kamil Misiek/Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład–Joanna Pelc

Okładka–Rafał Tyński, Paweł Szczepanik/ BookOne.pl

Zdjęcie na czwartej stronie okładki–Jarosław Urbaniuk

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie możę być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN EPUB:978-83-7924-087-6

ISBN MOBI:978-83-7924-088-3

www.orbitowski.pl

www.wydawnictwosqn.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSQN

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Dedykacja
Rozdział pierwszy
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
Strona redakcyjna