Szczęśliwa wróżba - Courtnay Milan - ebook
Opis

Anglia, XIX wiek.

To był niezwykły pojedynek. Emocje starły się z logiką. Uczucia z racjonalnymi dowodami. Wrażliwość i empatia z żelazną wolą i wyrozumowanym dystansem do ludzi i świata. Tego pamiętnego dnia, od którego wszystko się zaczęło, Jenny Keeble, znana jako wróżka madame Esmerelda, po raz pierwszy gościła Garetha Carharta, markiza Blakely`ego. Z miejsca zadeklarował, że jako racjonalista nie wierzy we wróżby, i oskarżył Jenny o oszukańcze praktyki. Dowodził, że ma ona zgubny wpływ na swoich klientów, między innymi na jego podopiecznego, młodzieńca o imieniu Ned. Młoda, ale już doświadczona przez życie Jenny postanowiła udowodnić bezdusznemu i zadufanemu w sobie arystokracie, jak bardzo się pomylił. Zgodziła się na jego plan, nie przeczuwając, że połączy ją z markizem silna namiętność...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tłumaczyła Ewa Bobocińska

Tytuł oryginału: Proof by Seduction Pierwsze wydanie: Harlequin Historical Romance, 2010 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Marianna Chałupczak

© 2010 by Courtney Milan © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.
Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.
Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Powieść Historyczna są zastrzeżone.
Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25
Skład, łamanie i projekt okładki: COMPTEXT®, Warszawa

ISBN 978-83-238-8136-0 Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Recenzje

,,Jeden z najlepszych romansów historycznych, jakie czytałam. Od tej chwili jestem oficjalną fanką Courtney Milan”.

Julia Quinn, autorka z listy bestsellerów ,,New York Times”

,,Błyskotliwy debiut... romantyczny, zmysłowy i inteligentny. Nie mogłam się oderwać”.

Eloisa James, autorka z listy bestsellerów ,,New York Times”

,,Powieść Courtney Milan to wzruszający romans. Wspaniała lektura od pierwszej strony aż do znakomitego zakończenia. Jeśli lubicie romanse historyczne, koniecznie sięgnijcie po tę książkę!”. Elizabeth Hoyt, autorka z listy bestsellerów ,,USA Today”

,,Wyjątkowy debiut. Courtney Milan to nowa, jasna gwiazda na romantycznym firmamencie. Nie mogłam się oderwać od tej błyskotliwej i chwytającej za serce powieści”.

Anna Campbell, laureatka licznych nagród za powieść ,,Tempt the Devil”

Rozdział pierwszy

Londyn, kwiecień 1838 roku

Po dwunastu latach pracy w tej profesji Jenny Keeble wiedziała, że należy przykładać szczególną wagę do stworzenia odpowiedniej atmosfery i niczego nie zostawiać przypadkowi. Palące się na metalowej tacce wióry drewna sandałowego przesycały powietrze egzotycznym aromatem. Automatycznym ruchem narzuciła na rozklekotany stolik tanią, czarną tkaninę i poprawiła wiszące na ścianach jaskrawe, kupione od Cyganów kotary.

Każdy szczegół – od celowo pozostawionych w rogu pod sufitem pajęczyn, po tiulowe draperie w oknach, aby do sutereny docierało z ulicy światło rozproszone – był obliczony na stworzenie iluzji, że w tym pomieszczeniu działa magia i duchy udzielają mądrych rad.

O taki właśnie efekt chodziło Jenny.

Dlaczego więc miała ochotę pozbyć się swojego kostiumu? Prawdę mówiąc, jaskrawa, suta spódnica w czerwone i niebieskie pasy w połączeniu z zieloną bluzką nie dodawały jej urody. Kilka warstw przymarszczonego w pasie materiału sprawiało, że figura Jenny nasuwała nieodparte skojarzenie z okrągłym, pstrokatym melonem. Jej skóra dusiła się pod grubą warstwą pudru i antymonowego czernidła do powiek.

Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Pora, by na scenę weszła niewzruszona madame Esmerelda, kobieta, która widzi przyszłość. Przywdziawszy maskę wróżki, Jenny otworzyła drzwi.

W progu zobaczyła dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Ned, jej ulubiony klient, którego wizyty oczekiwała. Niezręczny i kanciasty, jak przystało na młodzieńca, który niedawno osiągnął pełnoletność. Jasnobrązowe włosy okalały jego twarz, a na ustach gościł serdeczny uśmiech. Jenny przywitałaby się z nim familiarnie, gdyby za jego placami nie stał drugi dżentelmen, wyjątkowo wysoki.

– Madame Esmereldo – powiedział Ned. – Przepraszam, że bez uprzedzenia przyprowadziłem ze sobą gościa.

Jenny ponad jego ramieniem zerknęła na jego towarzysza. Miał niedbale rozpięty surdut, w który krawiec musiał włożyć wiele pracy, aby nadać mu tak nieskazitelny krój. Ciemnoblond włosy nieznajomego były w nieładzie, a fular zawiązany w prosty sposób.

– Blakely, pozwól, że ci przedstawię madame Esmereldę. Madame, to Blakely, czyli Gareth Carhart, markiz Blakely.

Jenny skłoniła głowę. Ned wielokrotnie opowiadał jej o swym kuzynie. Na podstawie jego opisu wyobraziła sobie starszego, nieco zniedołężniałego mężczyznę, obsesyjnie zainteresowanego faktami i liczbami. Ned opisywał go jako człowieka zimnego i trzymającego wszystkich na dystans, niedbającego o konwenanse i tak bez reszty skoncentrowanego na swych zainteresowaniach naukowych, że niedostrzegającego otaczających go ludzi.

Tymczasem, chociaż dzielił ich co najmniej jard, Jenny czuła na całej skórze mrowienie spowodowane bliskością markiza. Gdzie tu mowa o trzymaniu innych na dystans? Miał smukłą, a nie starczo wychudłą sylwetkę, a na policzkach cień zarostu mężczyzny w kwiecie wieku. Nie robił też wrażenia roztargnionego.

– Proszę wejść i usiąść – powiedziała, zapraszając gestem do środka.

Mężczyźni znaleźli się w pokoju i wkrótce krzesła zatrzeszczały pod ich ciężarem. Jenny pozostała na nogach.

– W czym mogę ci dzisiaj pomóc, Ned?

Młodzieniec rozpromienił się.

– Pokłóciłem się z Blakelym. On nie wierzy, że pani potrafi przepowiadać przyszłość.

Jenny musiała z przykrością przyznać w duchu, że podzielała te wątpliwości.

– W końcu uzgodniliśmy, że on naukowymi metodami zweryfikuje prawdziwość pani przepowiedni.

– Zweryfikuje? Naukowymi metodami? – Jenny poczuła się zagrożona. – Cóż... Nie mam nic przeciwko temu. A jak to ma wyglądać?

– Blakely. Zapytaj madame o coś.

Markiz odchylił się na krześle. Aż do tej chwili nie odezwał się ani słowem, ale bardzo uważnie przyjrzał się wystrojowi pokoju.

– Mam ją o coś zapytać? – Mówił powoli, starannie artykułując każdą głoskę. – Jestem konsultantem w dziedzinie logiki, a nie specjalistą od starych szarlatanek.

– Ona nie jest szarlatanką! – zaprotestował Ned.

– Mam trzydzieści lat, to jeszcze nie starość! – oburzyła się Jenny, poniewczasie uświadamiając sobie, że wyszła z roli madame Esmereldy. Zapomniała o swoim przebraniu, górę wzięła urażona kobiecość.

Markiz to zauważył. Spojrzenie żółtobrązowych oczu przesunęło się po sylwetce Jenny, od cygańskiej chusty na głowie, po jaskrawą, marszczoną spódnicę pogrubiającą ją w talii. Zdawał się lustrować każdą z krzykliwych falban z osobna. Lekkie skrzywienie warg i ciche westchnienie sygnalizowały, że uznał ją za osobę mało interesującą.

Jenny nie należała do sfery markiza Blakely'ego. Gdyby przypadkowo spotkali się na ulicy, z pewnością nie sięgnąłby on do ronda kapelusza, by złożyć ukłon. Powinna być przyzwyczajona do lekceważącego traktowania, a jednak nagle poczuła się dotknięta. Zacisnęła ręce tak mocno, że paznokcie wbiły się w dłonie. Madame Esmerelda nigdy nie przejęłaby się brakiem zainteresowania tego człowieka, uznała w duchu Jenny i zdobyła się na uśmiech.

– Nie jestem szarlatanką.

– To dopiero należy udowodnić. Ponieważ nie zamierzam zadawać ci pytań, więc będzie to musiał zrobić Ned.

– Ja już pytałem o wszystko: o życie i śmierć.

Młodzieniec mówił prawdę. Przed dwoma laty wszedł do tego pokoju i zadał pytanie, które odmieniło życie ich obojga.

– Czy istnieje jakikolwiek powód, dla którego nie miałbym się zabić?

W pierwszej chwili upozowana na wróżkę Jenny pomyślała przede wszystkim o tym, żeby zrzucić z siebie odpowiedzialność, wyjaśnić, że w rzeczywistości nie potrafi przewidywać przyszłości. Jednak wyczuła, że zwrócił się do niej, bo miał kompletny mętlik w głowie. Dlatego skłamała. Powiedziała, że w przyszłości czeka go wielkie szczęście i że ma po co żyć. Uwierzył jej i z czasem wydobył się z depresji. Dzisiaj stał przed nią pewny siebie młody mężczyzna. Powinna to uznać za sukces, za dobry uczynek, który nie wątpliwie zostanie jej zapisany. Tamtego dnia nie tylko uwolniła go od rozpaczy. Wzięła również od niego pieniądze.

– O życie i śmierć? – Markiz Blakely musnął palcami tanią tkaninę, którą Jenny udrapowała na krzesłach. – W takim razie nie powinnaś mieć najmniejszych problemów z moim znacznie bardziej prozaicznym zadaniem. Z pewnością wiesz, że Ned musi się ożenić. Madame Esmereldo, podaj nazwisko damy, którą powinien wybrać.

Ned zesztywniał, a Jenny przeszył dreszcz. Czym innym była rada ukryta pod płaszczykiem spirytualistycznych bredni, a czym innym wpędzanie w pułapkę chłopaka, który obawiał się małżeństwa i miał ku temu powody.

– Duchy nie zwykły ujawniać takich szczegółów – odparła bez zająknienia.

Markiz wyjął z kieszeni ołówek i polizał jego koniec. Pochylił się nad notesem i sporządził krótką notatkę: ,,Nie potrafi przewidywać szczegółów przyszłych wydarzeń”. Następnie zwrócił wzrok na Jenny i orzekł:

– Jeśli się nie postarasz, to test twoich umiejętności będzie wyjątkowo krótki.

To stwierdzenie zirytowało Jenny.

– Mogę tylko powiedzieć – wycedziła powoli – że spotka ją w najbliższym czasie, oczywiście w rozumieniu czasu w skali kosmicznej.

– No proszę! – zawołał triumfalnie Ned. – Masz swoje szczegóły.

– ,,W skali kosmicznej” to dość nieprecyzyjne określenie. Jak tylko Ned pozna jakąś dziewczynę, będziesz mogła orzec, że to właśnie zapowiadane przez ciebie ,,w najbliższym czasie”. Ned, jestem rozczarowany. Zapewniałeś mnie, że ta kobieta zna arkana wiedzy tajemnej.

Jenny zacisnęła wargi i odwróciła się tak gwałtownie, że spódnica zafurkotała jej wokół kostek.

– Mogę podać więcej szczegółów. W starożytności jasnowidze odczytywali przyszłość z wnętrzności niewielkich zwierząt, gołębi czy wiewiórek. Nauczyłam się tej metody.

Przez twarz markiza Blakely'ego przemknął wyraz niedowierzania.

– Zamierzasz wypatroszyć ptaka?

Jenny nie mogłaby wypatroszyć gołębia, tak jak nie była w stanie uczciwie zarobić na życie. Musiała jednak w obecności markiza wykonać jakiś efektowny gest.

– Pójdę po odpowiednie narzędzia – poinformowała.

Dała nura za zasłonę z czarnej gazy, która oddzielała jej prywatne mieszkanie od części przeznaczonej na spotkania z klientami. Na niewielkim stoliku leżała torba z porannymi zakupami. Chwyciła ją i wróciła do gości.

Mężczyźni nie odrywali od niej wzroku, kiedy wyłoniła się zza czarnego woalu z płócienną sakwą w ręku. Położyła ją na stole.

– To o twoją przyszłość chodzi, Ned – powiedziała. – A więc to twoja dłoń musi być narzędziem przeznaczenia.

Ned podniósł wzrok na Jenny, wyraźnie przestraszony.

– Trzyma pani małe zwierzęta na wypadek, gdyby miały okazać się potrzebne? Co z pani za człowiek?! – Markiz nie krył oburzenia.

– Oczekiwałam obu panów – przypomniała Jenny. Ned nadal się wahał, więc zapytała: – Czy kiedykolwiek cię zawiodłam?

Te słowa wywołały pożądany efekt. Ned odetchnął głęboko i włożył rękę do torby. Wyraz przerażenia na jego twarzy ustąpił niedowierzaniu. W dłoni trzymał pomarańczę.

– Spodziewałem się czego innego – zauważył markiz.

Niezdecydowany Ned obracał owoc w palcach. Tymczasem markiz wyjął z kieszeni surduta wypolerowany, srebrny nożyk zdobiony liśćmi laurowymi i podał go kuzynowi.

Ned jednym cięciem przepołowił pomarańczę, po czym pociął ją na kawałki. Jenny smętnie spoglądała na sok wypływający z owocu – po obiedzie będzie musiała obyć się bez deseru.

– Wystarczy – oznajmiła.

– Co pani widzi? – zapytał Ned.

– Widzę... widzę... słonia.

– Słonia – powtórzył z przekąsem Blakely i zanotował to słowo. – Ned, mam nadzieję, że wróż ba się nie sprawdzi. W przeciwnym razie będziesz miał żonę z rzędu trąbowców.

– Trąbo... co?

– Odznaczającą się, między innymi, wyjątkowo grubą skórą.

Jenny nie zareagowała na tę złośliwą uwagę.

– Jaki jest twój ideał kobiety? – zapytała.

– Powinna być dokładnie taka jak pani – odparł bez namysłu Ned. – Tylko młodsza.

– Ma być inteligentna, dowcipna?

– Nie, chodzi mi raczej o kobietę uczciwą, na której można polegać.

Wystudiowany, tajemniczy uśmiech zniknął na ułamek sekundy z ust Jenny. Jeżeli to spostrzeżenie miało świadczyć o przenikliwości chłopaka w ocenie ludzkich charakterów, to Ned skończy jako małżonek oszustki.

Ręka Blakely'ego zawisła nieruchomo nad notesem. Bez wątpienia jego myśli pobiegły w tym samym kierunku.

– O co chodzi? – zapytał zbulwersowany Ned.

– Na mnie można polegać – zauważył Blakely. – Natomiast ona...

– Ty jesteś zimny i wyrachowany – przerwał mu Ned. – Madame Esmereldę znam od dwóch lat i stała mi się bliska jak nikt z rodziny. Nie mów o niej takim tonem!

Jenny nie znała rodziny, z dzieciństwa pamiętała tylko szkołę o bardzo surowym regulaminie, za którą płacił jakiś nieznany darczyńca. Od najmłodszych lat towarzyszyła jej świadomość, że jest sama na świecie. Pewność, że na nikogo nie może liczyć i że otacza ją wroga rzeczywistość, sprawiła, iż oszukiwanie innych wydawało jej się sprawiedliwym odwetem.

Ned nie skończył jeszcze z kuzynem.

– Dla ciebie jestem tylko narzędziem, którym w razie potrzeby możesz się posłużyć. Mam tego dość.

Jenny wyczuła, że pod brawurą Neda kryje się lęk przed starszym kuzynem. A jednak stawił mu czoło, aby jej bronić. Nie zasłużyła na wzruszający dowód lojalności – mimo łączącej ich sympatii pozostawała oszustką, która dla pieniędzy karmiła Neda fałszywymi przepowiedniami. Nie powinna wygłaszać kolejnych kłamstw, jednak tylko je miała do dyspozycji. Najwyraźniej markiz uważał się za lepszego od kuzyna. Jenny postanowiła zadbać o to, aby gorzko pożałował, iż zażądał od niej konkretów.

– Ned, dostałeś ostatnio zaproszenie na bal, prawda?

– Tak.

– Co to za bal?

– Tłumna impreza z okazji wprowadzenia w świat kolejnej debiutantki. Nie zamierzam brać udziału w tej szopce.

Jenny uznała, że wydarzenie zapowiada się obiecująco. Z pewnością będzie w nim uczestniczyło wiele młodych dziewcząt.

– Pójdziesz na bal – oznajmiła stanowczo. Rozłożyła szeroko ramiona, jakby chciała objąć naraz dwóch mężczyzn. – Obaj się tam wybierzecie. Nie widzę przyszłej żony Neda. Natomiast pan, Blakely, dokładnie o godzinie dziesiątej trzydzieści dziewięć zobaczy kobietę, która jest panu przeznaczona. Poślubi ją pan, jeśli podejdzie pan do niej w wyznaczony przeze mnie sposób.

Szuranie ołówka markiza Blakely'ego po papierze zabrzmiało dziwnie głośno w zapadłej nagle ciszy.

– Czy to dla ciebie wystarczająco konkretna przepowiednia? – zwrócił się do kuzyna Ned.

Markiz wydął wargi.

– Według jakiego zegarka?

– Niech będzie pana zegarek kieszonkowy.

– Mam dwa, które noszę na przemian.

Jenny zmarszczyła brwi.

– Jeden z nich odziedziczył pan po ojcu – zaryzykowała.

– Rzeczywiście. Przyznaję, to już pewien konkret. Dla celów naukowych muszę cię prosić o wyjaśnienie, w jaki sposób wywnioskowałaś to wszystko?

– W taki sam, markizie Blakely, jak zobaczyłam sylwetkę słonia w pomarańczy. Duchy nakreśliły tę scenę w mojej głowie.

Jenny starała się, aby na jej twarzy nie odmalowało się poczucie triumfu. Musiała zachować równie nieprzeniknioną, tajemniczą minę jak podczas każdego seansu.

– Więc zgadzasz się? – zwrócił się Ned do kuzyna.

– Na co się zgadzam?

– Jeżeli spotkasz na balu dziewczynę, w której się zakochasz, to będziesz musiał przyznać, że madame Esmerelda nie jest szarlatanką.

– Nie zakocham się – oświadczył stanowczo markiz.

– A gdyby jednak? – obstawał przy swoim Ned.

– Gdyby tak się stało, to przyznam, że nie mógłbym naukowo udowodnić oszustwa.

Ned parsknął śmiechem.

– W twoich ustach to niemal zgoda. Przyjmuję więc, że od tej pory będziesz zasięgał rady madame Esmereldy.

– A może chcesz się ze mną założyć? O ile?

– O tysiąc funtów – odparł bez zastanowienia Ned.

Jenny uważała się za prawdziwą bogaczkę, mając w banku czterysta funtów, które zdołała zaoszczędzić po latach skąpienia sobie na wszystkim. Dla niej tysiąc funtów to była niewyobrażalnie wysoka kwota.

– Pieniądze – mruknął Blakely i skrzywił się pogardliwie. – Co znaczy tak nędzna suma dla któregokolwiek z nas? Musisz postawić coś, co ma dla ciebie prawdziwą wartość. Obiecaj, że jeśli przegrasz, to nigdy nie przyjdziesz do madame Esmereldy ani żadnej innej wróżki.

– Zgoda! Ona się nie myli. Nie mogę przegrać.

Jenny nie śmiała podnieść oczu. Ned musi przegrać zakład. A jeśli przestanie wierzyć w przepowiednie Jenny sprzed dwóch lat i uzna, że swoje obecne szczęście zawdzięcza jedynie kłamstwom? Jeśli zerwie tę więź, jaka między nimi powstała, i wtedy Jenny zostanie sama? Odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić.

– Właśnie przyszła mi do głowy pewna myśl – oznajmił markiz. – Przecież ona zawsze może oznajmić, że inna kobieta była mi przeznaczona. Powie, że w tym samym momencie patrzyłem na dwie panie i wybrałem niewłaściwą. I co wtedy?

Przejrzał ją! Jenny przebiegł zimny dreszcz.

– Nie wiem. – Ned wzruszył ramionami. – W takiej sytuacji musielibyśmy anulować zakład.

– Mam lepszy pomysł. Jeżeli madame Esmerelda naprawdę zobaczyła to wszystko w pomarańczy, bez trudu ustali tożsamość kandydatki. – Wargi markiza wygięły się w ironicznym grymasie.

– Weźmiemy ją ze sobą.

Rozdział drugi

– Nie mogę pojechać. – Cichy głos madame Esmereldy zdradzał niepewność.

– Dlaczego? – Ned zwrócił się do niej z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

Kiedy Gareth opuszczał Anglię przed laty, Ned był płaczliwym dzieckiem. Teraz miał niedługo skończyć dwadzieścia jeden lat, a mimo to pozostał niezwykle łatwowierny. Gareth był najbliższym męskim krewnym Neda, osieroconego przez ojca. Ponosił za niego odpowiedzialność i nie mógł pozwolić, aby podejrzana wróżka wodziła za nos niedoświadczonego krewnego.

– Jestem przekonany, że madame Esmerelda odmówiła towarzyszenia nam z bardzo istotnego powodu. Zapewne ma już plany na ten wieczór.

– Próbuje pan zastawić na mnie pułapkę, milordzie.

Garethowi z najwyższym trudem udało się ukryć zaskoczenie.

– Zapewniam, że nie było to moją intencją – odparł lodowatym tonem.

– To jakiś test naukowy? Niech panu będzie, ale proszę nie zastawiać na mnie pułapek i nie próbować mnie oszukać.

Zapadło pełne napięcia milczenie. Od dawna nikt nie śmiał zwracać się w taki sposób do markiza.

– Nie zmieniaj tematu – rzucił oskarżycielsko. – Dlaczego nie możesz pójść na bal?

– Ponieważ nie zostałam zaproszona. Zresztą, nie dysponuję odpowiednim strojem.

Ned parsknął śmiechem na to typowo kobiece wyjaśnienie. Gareth popatrzył uważniej na wróżkę. I nagle odkrył, że madame Esmerelda jest całkiem niebrzydką istotą, ukrytą pod grubą warstwą makijażu i cudacznym strojem. Niespodziewanie Gareth zainteresował się, dokąd sięgałyby jej włosy, gdyby zerwać z głowy chustę i rozpuścić je swobodnie.

Nie wierzył we wróżby, horoskopy, siłę amuletów i tym podobne, jego zdaniem, bzdury. Był naukowcem, przyrodnikiem. Wiele lat spędził na ekspedycji w Brazylii. Wrócił do Anglii po śmierci dziadka, żeby podjąć obowiązki związane z tytułem, z poczucia odpowiedzialności wobec rodziny. To samo poczucie odpowiedzialności nakazywało mu uwolnienie młodego krewnego spod wpływu madame Esmereldy. Przecież nienaukowe i pozbawione logiki przepowiednie tej kobiety to czyste oszustwo.

Od roku, czyli od powrotu do Anglii, nie stanął wobec prawdziwego wyzwania; nie spotkał nikogo, kto ośmieliłby się mu sprzeciwić. Teraz wreszcie miał godnego siebie przeciwnika. Udowodnienie madame Esmereldzie oszustwa zapowiadało się na prawdziwie emocjonującą rozgrywkę, na którą z góry się cieszył.

– Zaproszenie mogę uzyskać – rzucił od niechcenia – a suknię pożyczyć lub kupić. Jestem gotów na wiele poświęceń dla dobra nauki.

– Nie – Jenny odwróciła wzrok – nie mogę przyjąć...

Gareth przypomniał sobie pewne szczegóły, które nie zgadzały się z wizerunkiem madame Esmereldy. Przepisowy ukłon, jaki złożyła na powitanie. Nieskazitelny akcent osoby wykształconej. Opór przed przyjęciem prezentu od mężczyzny. Te drobne z pozoru fakty dodane do siebie prowadziły do zasadniczej konkluzji: madame Esmerelda otrzymała wykształcenie odpowiednie dla damy. Jak więc, na litość boską, doszło do tego, że przepowiadała przyszłość?

– Ależ możesz – zapewnił z naciskiem. – To ma być doświadczenie naukowe, madame Esmereldo. I sądzę, że ty również nie powinnaś mnie okłamywać.

Potrząsnęła głową. To nie było odmowa, a krótki, lekki ruch, jakby starała się uporządkować myśli. Gareth domyślił się, że znalazła rozwiązanie. Odkryła, w jaki sposób wydostać się z zastawionej przez niego pułapki. Powinien być rozczarowany, a tymczasem nie mógł się doczekać, by pokrzyżować jej plany.

Gareth nie zdawał sobie sprawy, że doprowadzenie madame Esmereldy do przyzwoitego wyglądu okaże się tak ciężkim doświadczeniem. Ned uznał za swój obowiązek osobiście zawieźć ją do modniarki. Gareth czuł, że jeśli chłopak zostanie choć przez chwilę sam na sam z tą szarlatanką, to ona znajdzie sposób, żeby mu kompletnie zawrócić w głowie. Na skutek tego Gareth siedział następnego popołudnia we własnym powozie w towarzystwie rozgadanego kuzyna, wróżki i narastającego bólu głowy.

– Idziemy na bal w przyszły czwartek – paplał wesoło Ned – i spotkamy tam przyszłą żonę Blakely'ego. Chciałbym go zobaczyć zakochanego. Umieram z niecierpliwości!

Madame Esmerelda poprawiła chustę na głowie – tym razem czerwoną – i zerknęła ostrożnie na Garetha.

– Zobaczymy.

– Zobaczymy? – powtórzył Ned niepewnie. – Co chcesz przez to powiedzieć?

– Zobaczymy tę kobietę. Nie twierdziłam, że twój kuzyn ją pozna. Sądzę, że czas ich prawdziwego spotkania jeszcze nie nadszedł.

– Jeszcze nie? A ile czasu to potrwa?

W oczach Jenny rozbłysło rozbawienie, choć na jej ustach nie pojawił się uśmiech.

– Trudno powiedzieć. Czas nie jest odmierzany w dniach, miesiącach czy latach, a w zadaniach. Są trzy.

– W zadaniach? – wyjąkał zaskoczony Ned.

– W zadaniach? – rzucił Gareth. – Nie wspomniałaś o zadaniach.

– Tak? A co takiego mówiłam? – Z niewinną miną Jenny wbiła oczy w sufit powozu, jakby próbowała sobie przypomnieć.

Gareth wyjął z kieszeni notes i odnalazł właściwą stronę.

– ,,Dokładnie o godzinie dziesiątej trzydzieści dziewięć zobaczy pan kobietę, która jest panu przeznaczona. Poślubi ją pan, jeśli podejdzie pan do niej w wyznaczony...” – Urwał i przeniósł spojrzenie na wróżkę.

Wyraz niewinności zniknął z jej twarzy. Doskonale wiedziała, jakich słów użyła! Celowo doprowadziła do tego, że zacytował jej przepowiednię! – uznał w duchu Gareth.

– Jeśli podejdę do niej w wyznaczony przez ciebie sposób – dokończył głosem bez wyrazu.

– Właśnie.

Miał się za spryciarza, pomyślała Jenny. Chciał ją sprowokować do oświadczenia, które łatwo będzie obalić. Był zbyt zadufany i pewny, że udało mu się zapędzić ją w kozi róg. Nie docenił jej. Tak się skoncentrował na własnym zwycięstwie, że nie spostrzegł furtki, którą zostawiła otwartą.

– Mnie nigdy nie wyznaczała pani żadnych zadań – powiedział rozżalony Ned.

– To prawda, ale pomyśl tylko, jakim ogromnym wyzwaniem będzie dla twojego kuzyna próba przekonania jakiejś kobiety, żeby go pokochała. Jeżeli nie wyznaczę mu zadań, posłuży się logiką i nietrudno przewidzieć skutki. Nie potrzebujesz zdań. Ciebie wszyscy lubią od pierwszego wejrzenia.

– A jakie jest pierwsze zadanie? – wtrącił się Gareth, zaciskając pięści, żeby zapanować nad gniewem. – Mam oczyścić stajnię z gnoju? Zabić lwa? A może zrąbać cały gaj drzew pomarańczowych?

– Wydaje mi się, że to nie będzie bolesne. Musi pan tylko wyrzeźbić figurkę słonia.

– Słonia? – Gareth wzniósł oczy pod sufit. – Dlaczego słonia?

Powóz zwolnił i zatrzymał się. Lokaj otworzył drzwi. Drobiny kurzu zatańczyły w promieniach słońca przed twarzą madame Esmereldy i nadały jej wygląd... wręcz mistyczny. Do licha z nią! – pomyślał rozeźlony Gareth.

– Jestem tylko przekazicielką woli duchów – stwierdziła Jenny. – Podobnie jak pan będzie tylko przekazicielem słonia. Ofiaruje go pan przyszłej żonie podczas pierwszego spotkania. – Z uśmiechem na ustach wyskoczyła z pojazdu.

Bez wątpienia znajdzie sposób, by wręczyć podarunek, nie tracąc godności, uspokoił się w duchu markiz. Jeśli ta wiedźma sądziła, że on wyjdzie przez nią na głupca, to była w błędzie. A może liczyła na to, że wymyślając zbyt uciążliwe zadania, skłoni go do wycofania się z zakładu? Gdyby Gareth nie wypełnił warunków postawionych przez madame Esmereldę, to nie mógłby udowodnić jej oszustwa. A to by oznaczało, że Ned nadal będzie się z nią widywał. Nie wolno do tego dopuścić!

Była niemal pewna zwycięstwa, sądząc po triumfalnym kroku, jakim wkroczyła do magazynu mód, uznał Gareth. Szedł zatopiony w myślach i nie zwracał uwagi na Neda, który wskazywał madame Esmereldzie nieodzowne, jego zdaniem, dodatki. Gareth ledwo zauważył, że madame Esmerelda została poproszona do pokoju na tyłach. Nie lubił przegrywać i nie zamierzał dopuścić, by pokonała go jakaś oszustka. Początkowo, kiedy sądził, że poradzi sobie z nią bez trudu, nie mógł się doczekać wyzwania. Zadania! Też coś! Nie pozwoli, by to szaleństwo trwało dłużej.

– Ned – zwrócił się do młodego kuzyna, który zajął miejsce na jednym z krzeseł rozstawionych w poczekalni. – Jak sądzisz, czy madame Esmereldzie będzie potrzebny szal?

– Wydaje mi się...

– Kup jej. – Gareth podał mu banknot.

Ned zmarszczył brwi, ale wziął pieniądze.

– Chyba powinna go wybrać modniarka. Co ja wiem o kobiecych szalach? Mógłbym...

Gareth powstrzymał potok słów kuzyna jednym spojrzeniem.

– Moim zdaniem, miałby dla niej znacznie większą wartość, gdybyś ty go wybrał.

Ned zdobył się na słaby protest, który Gareth zdławił bez trudu. Wkrótce młodzieniec wyszedł. W momencie, gdy zamknął za sobą frontowe drzwi, uchyliły się drzwi pracowni i jedna ze szwaczek wyjrzała do poczekalni. Trzymała naręcze kolorowych jedwabi.

– Czy madame znajduje się obecnie w stanie, w którym mogłaby mnie przyjąć? – zapytał Gareth.

– Jak pan sobie życzy, milordzie – odparła kobieta i jej usta rozciągnęły się w nieszczerym uśmiechu.

Otworzył wskazane przez nią drzwi. Na wprost wejścia, na pustej ścianie znajdowało się lustro, a jemu zaparło dech w piersiach na widok postaci, którą w nim zobaczył. Madame Esmerelda nie miała na sobie balowej sukni. Właściwie nie miała na sobie prawie nic – poza cieniutką, spraną koszulką. Szwaczka musiała uznać go za kochanka klientki, bo inaczej z pewnością nie pozwoliłaby mu wejść. Okazało się, że pod falbaniastymi, jaskrawymi spódnicami, które leżały teraz w nieładzie, madame Esmerelda ukrywała cienką talię, pełne piersi oraz zgrabne nogi, a pod chustą – długie, kręcone włosy, które sięgały aż do pasa.

Madame Esmerelda stała jak słup soli, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia. Gdyby była damą, Gareth przeprosiłby i pospiesznie opuścił pokój. Potrafił jednak zapanować nad nagłym podnieceniem wywołanym nie tylko widokiem pięknej, zmysłowej istoty, lecz także wyzwaniem, jakie mu rzuciła. Dlatego tak gwałtownie zapragnął posiąść tę kobietę, ale uprzytomnił sobie, że chciała zrobić z niego idiotę, a z Neda ofiarę. Markiz Blakely ukrył się więc za bezpieczną zasłoną rzeczowości.

– Wygrałaś, madame Esmereldo – powiedział. – Nie będzie żadnych zadań. Dam ci sto gwinei, jeśli powiesz Nedowi, że jesteś oszustką, i znikniesz z naszego życia.

– Proszę natychmiast stąd wyjść.

– Zastanów się. Wątpię, czy uda ci się tyle z niego wyciągnąć, a te pieniądze wystarczą ci na wygodne życie przez parę lat.

Madame Esmerelda odetchnęła głęboko i jej cudowne piersi zakołysały się pod cieniutkim muślinem.

– Nie zrobiłabym tego za sto... – zaczęła.

– Dwieście.

Potrząsnęła głową z oburzeniem.

– Ani za dwa tysiące. Nawet za dziesięć.

– Czyżby? – Obraźliwie przesunął spojrzeniem po jej spranej, niemal przezroczystej koszulce. – Zrobiłabyś to za dziesięć, ale zrobisz za dwieście.

Odwróciła się od lustra z wyciągniętą ręką i palcami zakrzywionymi niczym szpony. Zasłużył sobie na policzek, a nawet na coś więcej za obelgę, jaką było to wymowne spojrzenie, uznał w duchu Gareth. Nie mógł jednak pozwolić, by madame się do niego zbliżyła. Nie odpowiadał za siebie, gdyby znalazła się w zasięgu jego ramion.

– Daj spokój z tym udawanym oburzeniem. Musisz przyznać, że to najlepsze rozwiązanie. – Gareth pochylił głowę w ironicznym ukłonie i wyszedł z pokoju.

Jak tylko zamknął za sobą drzwi, z jego twarzy zniknął impertynencki uśmieszek. Rozgrywka pomiędzy nimi przestała być wojną podjazdową o przyszłość Neda. Madame Esmerelda była inteligentna i podstępna. Gdyby zorientowała się, że ma nad nim władzę, wykorzystałaby ją bez skrupułów. Zacisnął dłonie w pięści. Podczas pobytu w brazylijskiej dżungli skatalogował blisko tysiąc gatunków owadów. Teraz przywołał przed oczy ich obrazy. Karaluchy. Jadowite, włochate gąsienice. Larwy. Starał się skoncentrować na tych obrzydliwych stworzeniach. Wyobraził sobie, że pełzają po jego skórze. Robił to aż do momentu, gdy zniknął mu sprzed oczu obraz zmysłowej madame Esmereldy.

Jenny odzyskała panowanie nad sobą dopiero w chwili, gdy trzęsącymi się rękami umocowała na sobie ostatni element obrzydliwego kostiumu madame Esmereldy. Gorzej być nie mogło! Markiz ujrzał ją bez stroju, który traktowała jak bezpieczne schronienie. Na domiar złego musiała znosić ukłucia szpilek i poszturchiwania szwaczki, która odnosiła się do niej z pogardą, ponieważ żywiła paskudne podejrzenia co do stosunków łączących ją z markizem Blakelym. Nie potrafiła orzec, co było bardziej oburzające – spojrzenie, jakim ją obrzucił, czy jego przeświadczenie, że za odpowiednią cenę byłaby gotowa opuścić Neda. Już pierwszego dnia przestało jej zależeć na pieniądzach Neda. Za żadne skarby świata nie zostawiłaby teraz go na pastwę pozbawionego ludzkich uczuć kuzyna. Wpadła do poczekalni, zapominając o ukryciu włosów pod chustą.

Markiz opierał się plecami o ścianę obok nieubranego manekina. Otworzył oczy, gdy głośno zatrzasnęła za sobą drzwi. Nim zdążył się poruszyć, dźgnęła go palcem w pierś, piorunując wzrokiem.

– Nawet jeżeli pan nie dostrzega niczego poza chłodnymi, obiektywnymi faktami, to nie oznacza, że wolno panu redukować ludzi do liczb.

– Co w ciebie wstąpiło?

Jeszcze raz dźgnęła go w pierś.

– Nie ma pan pojęcia, czego naprawdę potrzebuje pana kuzyn ani dlaczego rozmowy ze mną są mu niezbędne. Tego nie da się ująć w żadnych regułkach ani liczbach.

– Dobrze. – Blakely wbił spojrzenie w jakiś punkt na suficie. Nie raczył nawet spojrzeć jej w oczy. – Więcej nie będę próbował cię przekupić, obiecuję.

– To za mało. Nawet jeśli zrezygnuje pan z łapówki, to wymyśli pan co innego. Moje przepowiednie sprawdzały się wielokrotnie. Może pan krytykować moją znajomość z Nedem do woli, ale i tak nie zdoła pan zrozumieć, na czym ona polegała.

Blakely odepchnął się od ściany.

– Możesz sobie dyskredytować fakty i liczby, ale to właśnie są dowody. Tezy muszą znaleźć potwierdzenie w realnych danych.

– I własne postępowanie uważa pan za przeprowadzanie dowodu? – rzuciła Jenny. – Przecież pan ogranicza się do złośliwości, zniewag i obelg.

– Co ty możesz wiedzieć o dowodach naukowych?

– Pan należy do tych naukowców, którzy przyszpilają owady w gablotach, żeby je studiować. Po wielomiesięcznej obserwacji ich zasuszonych odwłoków triumfalnie ogłaszają światu wielkie odkrycie: wszystkie owady są martwe! Byłby pan szczęśliwy, gdyby dywagacje naukowe wzięły górę nad ludzkimi uczuciami.

Markiz Blakely przechylił głowę na bok i przyglądał się z taką uwagą Esmereldzie, jakby chciał z jej rysów wyczytać jakieś ukryte znaczenia.

– Badam zachowania zwierząt. Kwestią zasadniczą jest więc dla mnie pozostawienie obiektów moich badań przy życiu. Pozostała mi do rozstrzygnięcia wątpliwość: czy ty sama wierzysz we własne kłamstwa, czy tylko starasz się oszukać Neda. Możesz to uznać za komplement, ale uważam cię za zbyt inteligentną, aby przyjąć to pierwsze rozwiązanie.

– Naturalnie. Nie potrafi pan uwierzyć w nic, czego nie da się dotknąć i spróbować.

– Uznaję twierdzenie Pitagorasa oraz to, że w teorii Lamarcka* o dziedziczeniu cech może się kryć ziarno prawdy. Natomiast nie potrafię uwierzyć w przeznaczenie i przepowiadanie przyszłości.

– W przeznaczenie, przewidywanie przyszłości i uczucia. – Jenny pstryknęła mu palcami przed nosem. – Tego, co naprawdę ważne w życiu, nie da się zamknąć w sztywnych formułkach ani opisać w monografii.

– W monografii?

– Powinien pan siebie posłuchać. Mówi pan o Lamarcku, zamiast rozmawiać o przyszłości kuzyna. Pan jest pozbawionym ludzkich uczuć automatem.

– Automatem?

– Tak, ale to nie oznacza, że wszyscy wokół pana mają stać się automatami.

Gareth zacisnął dłonie w pięści. Jenny cofnęła się o krok, podejrzewając, że pod wpływem emocji posunęła się za daleko. Madame Esmerelda z pewnością nie pozwoliłaby sobie na uniesienie się gniewem.

Kiedy Blakely wreszcie się odezwał, jego głos był całkowicie pozbawiony emocji.

– Powinnaś była przyjąć dwieście funtów. Po tej scenie z prawdziwą przyjemnością udowodnię ci oszustwo.

* Jean Baptiste de Lamarck, (1744–1829), biolog, ewolucjonista, prof. w Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu, członek Akademii Nauk, (przyp. red.).

    Kiedy powóz zajechał przed mieszczący się w samym sercu dzielnicy Mayfair pałac, którego jedynym mieszkańcem obecnie był Gareth, zaczęło padać. Nie była to ciepła brazylijska ulewa, lecz lodowata, anemiczna mżawka typowa dla Londynu. Jest pozbawionym ludzkich uczuć automatem, tak? Czemu zatem targa mną wściekła furia? – zadał sobie w duchu pytanie Gareth, wysiadając z pojazdu. Natychmiast otoczyła go służba, która próbowała doprowadzić chlebodawcę suchą nogą do rezydencji.

– Zostawcie mnie w spokoju – polecił. – Zamierzam się przespacerować.

Służący wymienili spojrzenia i bez słowa zrobili mu przejście.

Do pieszych wędrówek przywykł w Brazylii. Był to jedyny sposób przeprowadzenia codziennego obchodu stanowisk obserwacyjnych. Przyzwyczajenie do aktywności fizycznej przywiózł do Londynu, jednak tutaj ulice były brudne i pozbawione osłaniającego głowę baldachimu z szerokich liści rosnących w dżungli drzew. Ale w takich chwilach jak ta – kiedy musiał zebrać myśli – bardziej niż kiedykolwiek potrzebował samotności i wysiłku fizycznego. Zanurzył się w mrok. Zimny deszcz spływał strumyczkami po ubraniu Garetha, ale wściekłość nie przygasła.

Madame Esmerelda nie miała racji. To nie nauka zabijała uczucia, a Londyn i socjeta. Gareth spędził wiele lat w lasach deszczowych, gdzie na każdym skrawku ziemi kłębiło się życie i szalały barwy. Tutaj pomiędzy jednym prostokątnym, ceglanym budynkiem a drugim prostokątnym, ceglanym budynkiem płynęły jedynie strugi błota. Liście oblepiały umierającą trawę jak wypłowiała glina. Londyn był jałowy. Deszcz zmywał wszystko poza najbardziej uporczywym z miejskich zapachów – zapachem węgla i zimnych, wilgotnych kamieni.

Opuścił Londyn jedenaście lat temu, bo dusił się w arystokratycznych salonach. Musiał jednak wrócić. Polegał na dyscyplinie naukowca, chłodnym obiektywizmie i samokontroli. Już dawno pojął, że nigdy nie będzie pasował do tak zwanej elity towarzyskiej. Przez ostatnie miesiące co rano wertował przywiezione z Brazylii notatki, żeby nie zapomnieć, kim jest naprawdę. Bez tego zapomniałby o tym, co naprawdę ważne, i pogrążył się bez reszty w niekończących się obowiązkach markiza. Już od ponad półgodziny brnął przez błotniste kałuże. Przemókł do szpiku kości i gdyby nie kipiąca w nim złość i szybkie tempo marszu, zapewne by przemarzł.

Nogi same zaniosły go pod dom madame Esmereldy. Ulice w tej okolicy były znacznie brudniejsze niż w jego eleganckiej dzielnicy, po kocich łbach płynęły strugi brunatnej wody, zmywając z bruku końskie odchody. W tych stronach bez wątpienia nie było zbyt bezpiecznie. Mieszkańcy nie należeli do szacownych obywateli, choć nie zaliczali się jeszcze do biedoty. Odnalazł wzrokiem okna jej mieszkania. W suterenie, pod schodami. Pomarańczowy blask bijący z tych okien nasunął mu skojarzenie z gorącą herbatą i ogniem płonącym w kominku. Opanowała go całkowicie irracjonalna złość, że ta kobieta wygrzewa się w ciepłym domu, podczas gdy on skrada się w deszczu.

Ta reakcja była równie irracjonalna, jak pytanie duchów o przyszłość. I równie idiotyczna, jak uwodzenie kobiet za pomocą słonia z drewna. Oraz – co musiał jednak przyznać – także niepojęta, jak oszustka odmawiająca przyjęcia kilkuset funtów w zamian za drobiazg niewart wzmianki. Może właśnie dlatego coś ciągnęło Garetha do jej drzwi. W przemoczonych butach chlupotało mu głośno, kiedy schodził po stopniach prowadzących do sutereny.

Nagle postanowił stanąć oko w oko z madame Esmereldą i zmiażdżyć ją siłą swojej logiki i dyscypliny naukowej. Chciał, żeby poczuła się wytrącona z równowagi. Chciał też, by nie miała racji, żeby słuszność była po jego stronie. Co za idiotyczny pomysł! Co za bezmyślność! A jednak...

Zapukał i czekał.

Madame Esmerelda otworzyła drzwi. Trzymała w ręku łojową świecę, która okropnie kopciła, ale wydobywała z mroku jej twarz. Spostrzegł, że jej źrenice zwęziły się, gdy zobaczyła, kto stoi w progu. Nie odezwała się ani słowem, nie zaprosiła go do środka, tkwiła z otwartymi ze zdumienia ustami, tarasując wejście.

Nie miała na sobie idiotycznego kostiumu. Była ubrana w prostą suknię z grubej, ciemnej wełny, spod której wystawał przy szyi rąbek białej, płóciennej koszuli. To skierowało myśli Garetha na to, co wydarzyło się po południu, i uświadomiło mu, że tylko dwie warstwy materiału dzieliły go od miękkiego, kobiecego ciała. Powietrze stało się nagle ciężkie. Poczuł dławienie w gardle, a jego umysł spowiła gęsta mgła, w której utonęła przemowa, którą sobie wcześniej przygotował.

– Wiesz, dlaczego uważam cię za oszustkę? – zapytał i sam sobie odpowiedział: – Bo się mylisz. I to bardzo.

Gorączkowo szukał w pamięci przygotowanej przemowy: ,,Nauka udziela odpowiedzi, i to ona stawia nas ponad tymi, którzy nie zadają pytań”. Zanim zaczął, popełnił kolosalny błąd: spojrzał w oczy madame Esmereldy. Dotąd wydawało mu się, że były czarne jak u Cyganki. Teraz z niewielkiej odległości i w świetle świecy przekonał się, że są szafirowe.

To proste spostrzeżenie wystarczyło, by wszelkie myśli wyleciały mu z głowy. Gareth został pozbawiony podstawowej tarczy ochronnej, jaką stanowiło logiczne myślenie.

– Dlaczego pan sądzi, że się mylę?

– Nie jestem automatem. – Te słowa wyrwały się chyba z samego dna jego duszy.

Gareth zrobił kolejny krok naprzód. Esmerelda nie przestawała patrzeć mu w oczy, nie była w stanie odwrócić wzroku, tak samo jak on. Jej piersi wznosiły się i opadały w tempie oddechu. Wyciągnął rękę i zgasił świecę palcami. To był odruch samozachowawczy. Musiał usunąć sprzed oczu ten zmysłowy obraz, zanim wypali się na trwale w jego pamięci. Świeca zaskwierczała i jej płomyk zgasł między jego wilgotnymi palcami. Oczy madame Esmereldy zniknęły w ciemnościach.

Wszystko na nic. Nadal czuł jej zapach, a słabe światło ulicznej latarni okazało się jednak za silne, by ukryć przed nim, że oblizała wargi czubkiem języka. Zalała go fala gorąca.

– Nie jestem automatem – powtórzył Gareth i wyciągnął rękę. Tym razem jego palce musnęły ciepłą skórę jej policzka.

Esmerelda nadal stała w miejscu, nie odsunęła się nawet wtedy, gdy on się pochylił, spojrzała na niego w niemym zaproszeniu. Na ten widok resztka rozumu opuściła Garetha.

– Niech mnie diabli porwą – powiedział – jeśli pozwolę, abyś jeszcze kiedykolwiek nazwała mnie beznamiętnym.

Rozdział trzeci

Madame Esmerelda z pewnością nie tkwiłaby jak wrośnięta w ziemię. Natomiast w Jenny Keeble nagle obudziła się potrzeba bliskości i pożądanie. Dlatego pozostała na miejscu, a właściwie sama wsunęła się w ramiona markiza. Ze zdumiewającą delikatnością dotknął wargami jej ust. Działał bez pośpiechu, ale i bez wahania. Jenny wyczuła w nim mistrza. Każde doznanie – leciutkie przesunięcie językiem po jej dolnej wardze, otarcie się torsem o piersi, dotyk rąk obejmujących talię – wywoływało odzew w jej ciele. Zapragnęła tego, czego odmawiała sobie od lat.

Blakely odsunął się lekko, wszedł do środka i jedną ręką zatrzasnął drzwi. Ten odgłos wyrwał Jenny z rozmarzenia. Wystarczyło jedno ukradkowe spojrzenie na twarz markiza, by zrozumiała, że popełniła głupstwo. Przyglądał się jej czujnie. Pomimo namiętności, jaką wyczuła w jego pocałunku – a może tylko wyobraziła ją sobie – na jego twarzy malował się wyraz zastanowienia. Najwyraźniej jego umysł pracował na najwyższych obrotach.

– Chyba już pan udowodnił to, co zamierzał – powiedziała z goryczą.

Nie od razu zareagował na słowa Jenny.

– Bynajmniej. Podaj mi dłoń.

Cofnęła się o krok.

– Chyba wystarczy jak na jeden wieczór.

– Nie sądzę. Pragniesz mnie tak mocno jak ja ciebie.

Jenny zachłysnęła się powietrzem.

– Ja... ja nie...

– Nie kłam. Powiedziałaś mi już wszystko, co powinienem wiedzieć. Nie jesteś wróżką.

Blakely oparł się plecami o drzwi. Robił wrażenie piekielnie opanowanego jak na mężczyznę, który zadeklarował, że jej pragnie. Miał rację: marzyła, żeby znowu ją objął i pocałował.

– Podaj mi rękę. Zapewniam, że nie gryzę.

– Tak? A po co?

– Chcę ci powróżyć.

– Przecież pan nie wierzy we wróżby – szepnęła zmieszana Jenny.

Podszedł do niewielkiego stolika i dwoma palcami podniósł okrywające go czarne płótno.

– Nie wierzę w to.

Upuścił tkaninę na podłogę. Spłynęła mu do stóp z cichym, przypominającym westchnienie szelestem. Popatrzył na mosiężną tackę, na której Jenny paliła kadzidełka. Przygotowała ją dla kolejnego klienta. Wziął w palce grube strużyny.

– W to również nie wierzę.

Na leżący na podłodze czarny materiał posypały się sandałowe wióry.