Szczęście w kolorze burgunda - Karolina` Kubilus - ebook
Opis

Magda ma czterdziestkę na karku, piętnastoletni staż małżeński i dwoje dzieci w wieku szkolnym. Zapracowany mąż nie rozumie, że do szczęścia wciąż potrzeba jej słowa „kocham”. Choćby tylko od czasu do czasu. I odrobiny szaleństwa – na przykład kąpieli w toni burgunda w jakimś SPA. Tymczasem o miłości zapewnia ją zupełnie ktoś inny… Niestety, wszystko wskazuje na to, że w życiu jej męża pojawiła się inna kobieta. Spokojne i poukładane życie zmienia się w pasmo udręk, których nie jest w stanie rozproszyć żaden tajemniczy wielbiciel. Magdzie trudno przełknąć gorycz małżeńskiej  porażki. Jej uczucie zostanie wystawione na próbę. Podobnie jak przyjaciółki Majki, chociaż z zupełnie innej przyczyny. W dodatku druga przyjaciółka, Dorka, decyduje się na niełatwy życiowy krok. Nikt nie wie, ile zamieszania może wywołać mały dowód zakupu. Czy Magdzie i jej przyjaciółkom uda się ocalić miłość i odnaleźć szczęście?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Krystyna Meszka o autorce i jej wcześniejszych książkach:

Karolina Kubiluspisze ciekawe, życiowe książki. Wie, jak zaczarować czytelnika. Zachwyca lekkością stylu, przemyślaną fabułą i subtelnym poczuciem humoru. W naturalny, spontaniczny sposób porusza temat miłości, przyjaźni i codziennych problemów. Jej historie śmiało mogą posłużyć jako życiorys każdego z nas.

Serce nie słucha

Lekka, kobieca, zabawna powieść o uczuciach, emocjach i poszukiwaniu sensu życia. Porywa i wciąga już od pierwszych stron. Doskonała propozycja na każdą porę roku i na każdą okazję.

Jak zjeść słonia

Sympatyczna, pełna ciepła i radości lektura. Znakomite antidotum na wszelkie smutki i problemy dnia codziennego. Trudno mi było się od niej oderwać. Polecam!

Jestem pewna, że Wam się spodoba.

Zobaczyć tęczę

Niezwykle interesująca, pogodna opowieść niosąca ze sobą nadzieję i wiarę w lepsze jutro. Pozwala uwierzyć, że mimo przeciwności losu wszystko się jakoś ułoży.

Zapraszam − na pewno nie będziecie zawiedzeni.

Krystyna Meszka / cyrysia

cyrysia.blogspot.com

Copyright © Karolina Kubilus

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Korekta

Katarzyna Dobicka

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Zdjęcie na okładce

Copyright © depositphotos.com/ Attila445

Copyright © depositphotos.com/ Sandralise

Copyright © depositphotos.com/ rsedlacek

Skład i łamanie, Przygotowanie wersji elektronicznej

Maciej Drozdowski

Wydanie I

ISBN 978-83-7674-320-2

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

1

– Do siego roku, pani Magdo! – Ojciec Kamila na mój widok rzuca się z siarczystymi pocałunkami. W zamyśle przyjacielskimi. Nie odsuwam się, test na obecność alkoholu w oddechu, ku mojemu zdziwieniu, wypada negatywnie. Zatem nie wszyscy tatusiowie świętują Nowy Rok. Tak jak nie wszystkie mamusie. Mam na myśli oczywiście siebie.

– Do siego! – odwzajemniam życzenia.

Jest bardzo do Kamila podobny, a właściwie Kamil do niego. Obaj mają wyraziste spojrzenie piwnych oczu w ciemnej oprawie rzęs i takie same jasne, starannie ostrzyżone włosy. Zawsze podobały mi się takie fryzury prosto z katalogu fryzjerskiego. Moje dzieci mają włosy po mnie. Nie do okiełznania.

– Marcin mówił, że pani na pewno przyjdzie, bo uwielbia sztuczne ognie!

Jak cholera! Uśmiecham się niepewnie, choć ojciec Kamila wygląda całkiem sympatycznie. A nawet zabawnie w wielkiej wełnianej czapie spadającej na oczy. Zamiast czapki przydałby się dziś kask albo hełm. W końcu znajdujemy się na linii ognia. Mężczyźni to jednak duże dzieci! Ojciec Kamila bawi się równie dobrze, jak nasi synowie. Jeśli nie lepiej! Za to ja chętnie zrejterowałabym z tego miejsca. Niektóre wystrzały są tak głośne, że zatykam uszy. Mogłam wziąć słuchawki od Marcina. Na razie musi wystarczyć mi kaptur.

– Moja żona i pies nienawidzą huku – krzyczy mi do ucha. Głos ma mniej radiowy niż przed południem, ale to nie wynik pory dnia, tylko ilości decybeli. – Bardzo cierpią.

Mój bębenek również cierpi! I trąbka Eustachiusza, jak sądzę. Tylko że nikt jakoś nie bierze tego pod uwagę. Mojego cierpienia. Mam im współczuć czy co? Nie interesuje mnie czyjaś żona i pies. Chociaż ciekawe, jak wygląda żona. Przytupuję w miejscu. Niby nie jest zimno, ale włoskie pantofelki raczej nie są odpowiednim obuwiem na tę porę roku. Nawet jeśli śniegu leży tyle, co kot napłakał. I to gdzieś na uboczu, drogi osiedlowe i parkingi są starannie odśnieżone. Włoskie pantofelki zakupiłam sobie na ostatni zjazd absolwentów i teraz noszę je w pracy. Nie chciało mi się w tym pośpiechu szukać innych butów. Jest jasno jak w dzień. Ludzie w domach witają Nowy Rok, a ja czuję się jak na wojnie trzynastoletniej. Jestem pacyfistką, nie znam się na armatach, nie odróżniam haubicy od moździerza, nie znoszę huku. A petardy strzelają równie głośno, jak haubice i moździerze. To nic, że sama się zadeklarowałam do opieki. Nie pogniewałabym się, gdyby ktoś mnie w tym wyręczył. Ktoś, czyli Boguś. Mój mąż od lat piętnastu. Średniego wzrostu szatyn, oczy szarozielone, okulary, znaków szczególnych brak. No, może oprócz jednego – dwóch lewych rąk.

– A ja raz do roku lubię sobie postrzelać! – ojciec Kamila próbuje przekrzyczeć wystrzały fajerwerków. Z mizernym zresztą skutkiem. Bardziej domyślam się, co mówi. – A mąż? Nie chciał przyjść?

Teraz uśmiecham się kwaśno. Boguś? Boguś to skrzyżowanie pracoholika z domatorem. W jego przypadku jedno nie wyklucza drugiego. W pracy jest pracoholikiem, po pracy domatorem, i żadna siła go z domu nie wyciągnie.

– Mamy gości. Też nie lubią huku. – Udaje mi się wbić z wyjaśnieniem między jeden wybuch a drugi.

To wszystko tłumaczy. Lepiej niż świeżo zabliźniona rana cięto-szarpana na prawej ręce mojego męża.

Nie wiem, jak znoszą huk jeże pigmejskie. Podobno mają słaby wzrok, co do słuchu – nie mam pojęcia. Jako zwierzę nocne zapewne nie śpi, ale pewnie też wolałby ciszę zamiast tych podniebnych wystrzałów.

Stoję z boku, czekając cierpliwie, aż zabraknie tej piekielnej amunicji. Najpierw pół dnia z mizernym skutkiem przekonywałam Marcina, że ten sam efekt będzie, jeśli tylko poogląda petardy odpalane przez innych amatorów pirotechniki. Podobno nie ten sam. Przez drugie pół obmyślałam, czym przekupić swego pierworodnego, by jednak zaniechał militarnych przygotowań. Na moje nieszczęście, gdy już prawie się poddał, z posiłkami pojawił się ojciec Kamila. To znaczy jego głos. Marcin przybiegł z komórką, a właściwie smartfonem (prezent gwiazdkowy) i zakomunikował, że ojciec Kamila chce ze mną rozmawiać. I wszystko zaczęło się na nowo. Tyle że z przekonującej stałam się przekonywaną. A w końcu przekonaną, pokonaną i co tam jeszcze. No ale jak mogłam oprzeć się takiemu głosowi! No, oczywiście nie od razu, musiał zadać sobie trochę trudu. Przez co najmniej kwadrans uspokajał mnie radiowym (skądinąd bardzo sympatycznym) głosem, że będzie nad wszystkim czuwał i żebym się o nic nie martwiła. Nie martwiła! Dobre sobie! Wizja pourywanych paluszków prześladowała mnie od kilku dobrych dni, zwłaszcza że mój mąż o mało nie stracił prawego kciuka, oprawiając karpia. Podczas wybuchu fajerwerków niechybnie straciłby całą dłoń. I jak tu się nie denerwować w obliczu nadciągającego fajerwerkowego pandemonium? Żaden telefon nie był w stanie mnie uspokoić. Chyba że od Pana Boga. A nuż trzeba będzie znowu gnać na pogotowie, zwane teraz, nie wiedzieć czemu, Szpitalnym Oddziałem Ratunkowym? Dziennikarskie hieny tylko czekają! Już widzę te nagłówki!

„Sylwester zbiera żniwo wśród nieletnich. Podczas odpalania sztucznych ogni ranni zostali […]. Matka miała 2 promile alkoholu we krwi. (Ciekawe, ile trzeba wypić, żeby mieć dwa promile?). Sprawę bada policja. Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że matka to osoba publiczna…”. (No, w każdym razie urzędnik samorządowy).

Nie wiedziałam, czy mogę powierzyć swego syna obcemu facetowi. Nie znałam go wcześniej, Marcin przyjaźni się z Kamilem od niedawna, sprowadzili się dopiero w wakacje. Ojciec Kamila był reemigrantem z Anglii. Całkiem miłym reemigrantem, jak się okazuje. I o miłym tembrze głosu.

– Prawda, że pięknie? – radiowy głos wyrywa mnie z zamyślenia. Ojciec Kamila jest tak zachwycony, jakby cały ten armagedon był jego dziełem.

Kiwam potakująco głową, bo głos i tak zniknąłby w tym huku. Zatem nie wysilam się.

– To wyrzutnia – objaśnia.

Udaję zainteresowanie. Wolałabym podziwiać jej piękno z wysokości własnego balkonu. A jeszcze lepiej, siedząc na wygodnym fotelu. Czego się jednak nie robi dla dzieci… Tyle że tak naprawdę nic pięknego w tym nie widzę. Zdecydowanie wolę płynące leniwie po niebie chińskie lampiony. Chociaż podobno zanieczyszczają środowisko. Majka oczywiście skrytykowała moją nadopiekuńczość, ale dzielnie postanowiła mi towarzyszyć. Postanowiłyśmy zatem nie pić obie, dopóki nie umilknie kanonada sztucznych ogni. Na wyjście z domu o północy nie dała się jednak namówić.

Z córkami jest zdecydowanie łatwiej. Przynajmniej nie strzelają petardami. Nasze córki witają Nowy Rok u Majki, pod opieką babci. Przerażający huk kolejnej racy niemal mnie ogłusza. A przez chwilę już sądziłam, że zbliżamy się ku końcowi. Wygląda na to, że jedynie świata. Z boku ktoś przypuścił kolejny atak. Zrezygnowana odchodzę nieco na bok, żeby zadzwonić do mamy. W samą porę! Zdążyłam, zanim się położyła. Twierdzi, że przeżyła już sześćdziesiąt pięć sylwestrów i w zupełności jej to wystarczy. Czasem mi jej brakuje. Wyjechała, żeby zająć się swoją siostrą chorą na Alzheimera. Żal mi cioci Gosi. Jest młodsza od mamy, a prawie zupełnie niedołężna. Nie może mieszkać sama. Gdy zaczynam się cieszyć, że szturm cichnie, niebo rozrywają kolejne wystrzały. Niczym haubice i moździerze razem wzięte.

– Nie za blisko! Marcin, Kamil! Odsuńcie się! – upominam nerwowo.

– Oj, mamo!

Udaję, że nie widzę wyrzutu w oczach pierworodnego. Widzę za to wystrzeliwane zewsząd imponujące ognie. Plac przy osiedlowym śmietniku wygląda niczym wielki ziejący ogniem smok. Ojciec Kamila co chwilę wyjmuje z torby jakąś nową rakietę i wymierza w sklepienie niebieskie. Dyskretnie spoglądam na zegarek. Z dziesięć minut moje bębenki są jeszcze w stanie wytrzymać, nie więcej.

– Podobają się pani wulkany? – ojciec Kamila wyciąga w moim kierunku nową petardę.

I owszem, najbardziej te nieczynne. I to na wszelki wypadek z daleka. Do tej pory wszystkie wulkany oglądałam na ekranie telewizora. I nie miałam bladego pojęcia, że tak nazwano jakieś tam petardy. Tym razem zmuszona jestem oglądać aż trzy erupcje naraz. Na szczęście żadnej nie towarzyszy huk, raczej trzaski. Widok, owszem, imponujący.

– A to wulkan małpka – informuje mnie Kamil.

Czemu małpka, nie wiem. I chyba już nie chcę wiedzieć. Ku mojej radości zapas amunicji szczęśliwie się kończy. Przynajmniej naszej. Oddycham z ulgą. To się nazywa poczucie dobrze wypełnionego obowiązku. Teraz dopiero mogę w spokoju przywitać Nowy Rok. Usiłuję przywołać Marcina, który oczywiście nie słucha, mimo że kanonada już zdecydowanie milknie. Tylko pojedyncze wystrzały przypominają o niedawnym koszmarze. I pobojowisko na trawniku. Pod nogami walają się szczątki petard.

– To może mały toaścik? Zapraszam. Żona się ucieszy. – Ojciec Kamila zastępuje mi drogę.

Nie wątpię! Znam żony. I ich reakcje na widok mężów w towarzystwie obcych kobiet. Nawet jeśli też są to czyjeś żony. I matki kolegów syna. Odmawiam grzecznie. Najgrzeczniej jak potrafię. Poza tym naprawdę nie mam ochoty na zawieranie nowych znajomości. Czy też pogłębianie wcześniej zawartych.

– Czy pan wie, że jeśli pierwszy noworoczny gość będzie kobietą, może przynieść pecha całemu domowi? Nie mogę do tego dopuścić. – Uśmiecham się z wdziękiem.

– Nawet tak piękną i miłą jak pani? – nie daje za wygraną ojciec Kamila. – Nie wierzę.

Zwłaszcza tak piękną i miłą, mam na końcu języka, i dopiero w tej chwili uświadamiam sobie, że to o mnie.

Piękną? Z wystającym podbródkiem? I ewidentną nadwagą? Też nie wierzę. Tyle że własnym uszom. Być może spadająca na oczy czapka przesłania mu widoczność. Plus mój kaptur. Na wszelki wypadek nasuwam go mocniej na czoło i nie wyprowadzam mężczyzny z błędu. Moje policzki oblewa fala gorąca. Czyżby nadchodząca menopauza? Czuję, jak purpurowieję. Z uszami włącznie. Przytomnie robię dwa kroki w ciemność, poza światło latarni. Od stu lat nie słyszałam żadnego komplementu. Mój mąż reprezentuje gatunek facetów, który twierdzi, że jak raz powie, że kocha, to wystarczy.

– Ja znam inną wróżbę – ojciec Kamila nie pozostaje dłużny. – Jaki Nowy Rok, taki cały rok. Wychodzi na to, że będziemy na siebie skazani, co mnie bardzo cieszy.

– Eeee, do wróżb trzeba podchodzić z przymrużeniem oka – uzmysławiam mu oczywistą prawdę.

– Całkowicie się z panią zgadzam – mówi i najzwyczajniej w świecie puszcza do mnie oko.

Ja swoje najchętniej bym przymknęła. Czuję, jak powoli ogarnia mnie senność. Marcin targuje się o następną godzinę. Ojciec Kamila znowu zapewnia, że będzie czuwał, że chłopcy się grzecznie bawią, że przynajmniej Kamil się nie nudzi i że odprowadzą Marcina pod blok, a nawet pod drzwi, jeśli trzeba, a teraz odprowadzą mnie. Zapewniam, że nie trzeba. I że nie muszą mnie odprowadzać, trafię do domu sama. Zaczyna prószyć mokry śnieg. Wracam do domu w szampańskim nastroju. Niespodziewany komplement poczytuję jako dobrą wróżbę na rozpoczynający się właśnie rok. Mimo że takie wróżby należy traktować z przymrużeniem oka. Gdzieś w oddali między pojedyncze milknące wystrzały wbija się wibrujący głos karetki albo straży. Od razu sztywnieję. Nie znoszę takich dźwięków. Chyba nawet bardziej niż wystrzałów. Wizja urwanych paluszków mąci chwilowo szampański nastrój. A jeśli to chłopcy postanowili odpalić jakąś ostatnią petardę i coś im się stało? Usiłuję zlokalizować wibrujący w uszach dźwięk. Szybko obliczam, ile czasu minęło od rozmowy z Marcinem. Pięć minut? Sześć? Nie, w żadnym kraju karetki tak szybko nie docierają do pacjenta, a co dopiero w naszym. Dopiero SMS od Marcina przywraca mi równowagę. A więc żyje! Buźka z uśmieszkiem. Moje dzieci uwielbiają emotikony. Urwanymi paluszkami chyba by tego nie wysłał. Uspokojona naciskam domofon.

– Już chcieliśmy cię szukać – żartuje Darek, mąż Majki, widząc mnie w drzwiach. – Moździerze odpalone?

Garnitur zupełnie do niego nie pasuje, na co dzień ubiera się raczej na sportowo. Jest operatorem kamery w telewizji lokalnej, po godzinach trochę chałturzy, nagrywając różne uroczystości rodzinne i inne.

– Magda zawsze wychodzi na pięć minut, a wraca po pięćdziesięciu. Kobiety tak mają – kwituje z rozbawieniem mój mąż. Zawodowo kierownik sprzedaży w dużej firmie produkcyjnej. W garniturze na co dzień, co czasami doprowadza mnie do szewskiej pasji. Zwłaszcza gdy muszę prasować tony jego koszul. Nienawidzę prasowania koszul!

Boguś nadal jest rozbawiony. Zupełnie jakby powiedział najlepszy dowcip. Zaraz tam pięćdziesięciu! Nie widzi, że tylko jego bawi to stwierdzenie? No cóż, przyrzekłam sobie dostrzegać we wszystkim dobre strony. Może powinnam się cieszyć, że w ogóle zauważył mój powrót… Nie odzywam się, by nie zaogniać sytuacji. Na dziś mam dość ogni. Zwłaszcza sztucznych.

– Jak w tym dowcipie – dodaje Łukasz, mąż Dorki. – Żona do męża: Wychodzę na chwilę do koleżanki, ale co pół godziny zamieszaj bigos.

Cała trójka wybucha zaraźliwym śmiechem. Zatem nie tylko Bogusia to bawi. Łukasz jest w samej koszuli, tweedowa marynarka wisi na oparciu krzesła. Rzadko ostatnio się widujemy, podzielił los rodaków zmuszonych szukać zatrudnienia za granicą. Przyjeżdża tylko na święta i latem na urlop.

– To mnie pocieszyłeś, stary – cieszy się Darek.

– No, nareszcie możemy wznieść toast. – Łukasz powoli napełnia musującym płynem moją szampanówkę. – Szable w dłoń! Zdrowie gospodarzy i ich gości! Za nowy rok!

Unoszę smukły kieliszek do ust i duszkiem wypijam szampana. Za pomyślność. Ciekawe, co przyniesie ten nowy rok? Potem pijemy z Majką drinki. Po drugim wymyślam noworoczne postanowienia. Po czwartym już ich nie pamiętam. Mam mgliste przeświadczenie, że wszystkie dotyczą diety Cambridge.

Majka jest niebieskooką brunetką o okrągłej buzi, z rozkosznymi dołkami w policzkach. Od zawsze się odchudza, chociaż wcale nie jest gruba. W przeciwieństwie do mnie. Tylko Dorka jest dziś jakaś markotna, jak nie ona. Cały wieczór mało się odzywa, a zazwyczaj jest uśmiechnięta. Potrafi być duszą towarzystwa.

Przypominam Bogusiowi, żeby zadzwonił do rodziców, ale twierdzi, że na pewno już śpią i zrobi to jutro.

– Nasze zdrowie! Za zwycięstwo! – Majka wznosi w górę kieliszek. Mówi to takim tonem, jakby miała na myśli co najmniej wiktorię wiedeńską.

Panowie przechylają kieliszki, nie interesując się zbytnio powodem toastu Majki. Łukasz próbuje dowieść wyższości polskiej wódki nad zagranicznymi i bardzo się tym ekscytuje. Dorka sączy swojego drinka w zamyśleniu. Co najmniej od godziny. Gdy wychodziłam przed blok, miała w kieliszku dokładnie tyle samo. Nawet Łukasz szturcha ją dyskretnie łokciem, ale Dorka tylko wzrusza ramionami. Od czasu do czasu wychodzi do drugiego pokoju, by zajrzeć do śpiącego Maćka. Jednak nie dotrwał do noworocznych fajerwerków. Szkoda. Tak chciał popatrzeć! Siedmioletni Maciek jest najmłodszym dzieckiem z naszej paczki. Dorka często bierze go z sobą, jakby bała się, że nikt inny należycie się nim nie zaopiekuje. Maciek urodził się dwa miesiące przed terminem, w dodatku z dużym obciążeniem okołoporodowym. Co oznacza, że rozwija się dużo wolniej niż jego rówieśnicy. I wymaga ciągłej opieki. Dorka radzi sobie doskonale. Podziwiam ją, nie tylko za nieprzeciętną urodę. Za wszystko. Jest szczupłą, wysoką brunetką o ciemnych, dużych oczach i głębokim spojrzeniu. Każda kobieta chciałaby tak wyglądać.

– Mam namiary na dobrą dietetyczkę – Majka ścisza głos, pochylając się w moim kierunku. – Już się umówiłam na wizytę. Wszystko ci potem powiem.

Kiwam głową chyba nie dość ochoczo, bo Majka decyduje się na bardziej szczegółowe wyjaśnienia. Mówi przyciszonym głosem, więc niewiele do mnie dociera, zresztą wcale nie staram się skupić. Łukasz, Boguś i Darek gadają tak głośno, że trudno ich przekrzyczeć. Godzinę po północy wraz z Łukaszem po raz kolejny witają Nowy Rok. Po angielsku. Mąż Dorki od kilku lat pracuje w Cardiff. Majka nie przestaje zachwycać się kolejną dietą. I tak nic z tego odchudzania nie wyjdzie. To znaczy z mojego nie wyjdzie, bo Majce może tak. Zawsze była bardziej zdyscyplinowana ode mnie. Najlepiej, żeby ktoś to zrobił za mnie. Budzę się i jestem szczupła. No, może za dużo chcę. Powiedzmy: szczuplejsza! Podobno prawie pięćdziesiąt procent pełnoletnich Polaków ma nadwagę. Jednocześnie osiemdziesiąt dwa procent deklaruje zadowolenie ze swojego wyglądu, nawet ci z nadwagą. Przynajmniej tak podaje Internet. Tere fere! Nie wierzę! Nigdy nie byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Owszem, miewałam okresy mniejszej lub większej świetności, kiedy udało mi się zrzucić kilka do kilkunastu zbędnych kilogramów. Które prędzej czy później wracały na swoje miejsce, a nawet w miejsca dotychczas ich pozbawione. Po porodach zwłaszcza. Niestety. Od jakiegoś czasu przestałam się ważyć. W ramach przedświątecznych porządków zapakowałam do kartonu w piwnicy wszystkie ubrania w rozmiarze 42, w które do niedawna jeszcze wchodziłam. Tylko te firmowe, bo innych pozbyłam się bez żalu. Karton to mój wyrzut sumienia. Zrobiłam to z nadzieją, że kiedyś w nie wejdę. Niedawno to zresztą pojęcie względne! Co nie znaczy, że jestem zadowolona ze swego wyglądu! Jak ognia unikam luster tudzież sklepowych witryn. Najgorzej, że Bogusiowi w ogóle moja tusza nie przeszkadza, ponieważ lubi krągłości. Nawet wystający okrągły podbródek. A przynajmniej tak twierdzi. Nie mam więc dostatecznej motywacji. A motywacja ważna rzecz. W każdej sytuacji, a co dopiero w odchudzaniu. Jeśli nie najważniejsza! Nie mam też wpływu na siedzący tryb życia, który jest przyczyną mojej nadwagi. Siedzę w pracy, siedzę w samochodzie, siedzę przed laptopem czy telewizorem. Przed telewizorem mogłabym ewentualnie leżeć, ale miejsce na sofie zajmuje zazwyczaj mój mąż. W samochodzie stać się nie da, musiałabym wyrżnąć łbem w sufit. Pokonanie piętnastu kilometrów na piechotę, bo tyle wynosi odległość z domu do pracy, też odpada. Siedzenie jest również jedyną dopuszczalną pozycją w pracy. Każde oddalenie się zza biurka jest niemile widziane nie tylko przez petentów, ale przede wszystkim przez szefa. Który, jak każdy szef, potrafi wejść w najmniej odpowiednim momencie. Do końca życia będę zatem kupować ciuchy u Ulli Popken. Do rozmiaru 58 trochę mi jeszcze brakuje. Na szczęście. Zatem nie grozi mi bieganie na golasa. Ze szpecącą blizną po cesarce. Taka blizna to gorzej niż u faceta włosy zaczesane na łysinkę. Nie mam nic przeciwko łysym, ba, uważam ich za bardzo seksownych, ale nie tych z włosami w poprzek. Jak pan Zbyszek, referent. Skądinąd sympatyczny.

– Wściekli się z tymi życzeniami czy co? – Majka złości się, że telefony przerywają jej wywód na temat diet. W końcu wygrzebuje z torebki dzwoniący uporczywie telefon.

– Tak? O Chryste! – Majka wznosi oczy ku górze.

– Co? Wielbiciel z liceum? – mimochodem pyta Darek. Często bywa o Majkę zazdrosny. Zwłaszcza od ostatniego zjazdu absolwentów, gdy niespodziewanie przyjechał nasz dawny kolega, Kacper. Majka powiedziała, że więcej na zjazd z mężami nie idzie. I wciąż dociekała, kto wpadł na pomysł, żeby zorganizować imprezę z osobami towarzyszącymi. Zwłaszcza że osobami towarzyszącymi w naszym wieku są zazwyczaj mężowie i żony! Boguś na zjeździe absolwentów znalazł sobie kompana do rozmowy i żadnych scen mi nie robił. To raczej ja powinnam mieć pretensje, że mnie zaniedbuje, ale na szczęście chętnych do tańca nie brakowało. Boguś nie bardzo lubi tańczyć. A nawet bardzo nie lubi.

Telefon nadal dzwoni, tyle że teraz mój. Odnajduję go w kieszeni kurtki na korytarzu. Zanim go znalazłam, zdążył umilknąć.

– O cholera! – słyszę z pokoju głos Majki.

To na pewno nie Kacper z życzeniami, skoro Darek spokojnie zajmuje się szparagiem w galarecie. Oddzwaniam do Moni. Nie co dzień na wyświetlaczu pojawia się pięć nieodebranych połączeń od mojej córki. Nawet w Sylwestra.

– Nareszcie! – głos Moni jest trochę zmieniony. – Mamuś, czemu ciocia Majka nie odbiera? Klaudia dzwoni i dzwoni, teraz próbuję ja – Monia drze się tak, że słyszą ją wszyscy, bez przełączania na głośnomówiący. Mam niejasne przeczucie, że coś się stało. Inni chyba też, bo rozmawiają zdecydowanie ciszej, a Darek przestał dziabać widelcem szparaga. – Aha, wszystkiego dobrego dla wszystkich w Nowym Roku.

Zatem może nic takiego się nie stało. Może to tylko chodzi o życzenia.

– Wam również – wtrącam.

– Dzięki. Bawimy się dobrze, tylko przez przypadek zajęła się serweta i musiałyśmy wezwać straż pożarną. Masz pojęcie, jak szybko przyjechali? Ale już pojechali. Tylko babcię spisali. Spaliła się serweta i blat ławy. I troszeczkę dywanu, ale podobno stary. Nic się nie martw, już wszystko jest pod kontrolą. Klaudia pyta, czy dom jest ubezpieczony, bo babcia nie wie. Zapytaj i daj znać. A Trop wlazł do szafy, bo się boi petard. I nie chce wyjść. Dobranoc! Do jutra! Buziaczki!

Nie jestem w stanie otworzyć ust. Ani wstać. Majka również. Dłuższą chwilę wpatruje się w ekran wyświetlacza. Musiała skończyć rozmowę krótko przede mną. W końcu obie w tym samym momencie wybuchamy nerwowym śmiechem. Klasyczna głupawka. Wszyscy patrzą na nas zaciekawieni. Gdy nam mija, Majka wyjaśnia:

– Podobno w Sylwestra należy spisać zmartwienia na kartkach i je spalić. Wczoraj pytała mnie, czy jestem pewna, że to się spełnia.

– I co? Powiedziałaś, że nie próbowałaś? – odgaduję.

– Powiedziałam, że nie mam zmartwień – wzdycha moja przyjaciółka.

– No to już masz.

Już nie twierdzę, że z dziewczynkami jest łatwiej.

2

– No nareszcie! – mruczę wrogo na dźwięk dzwonka do drzwi. Ding dong. Ding dong. Dzwonek wypełnia mieszkanie radosnym dźwiękiem.

Oznacza, że Boguś nie wziął kluczy od domu albo… chce mi zrobić niespodziankę. Na przykład powitać mnie kwiatami. Oczywiście „z okazji”, o kwiatach bez okazji już dawno zapomniałam. Moje „nareszcie” jest odpowiednio wyartykułowane i podkreślone. Pozwalam sobie na ten ton bez względu na rocznicę ślubu, która być może nakazuje większą powściągliwość słowną. Na końcu języka mam lepszy kwiatek. A nawet i całą wiązankę. Na wszelki wypadek. Liczyłam co prawda, że skrzypnięcie otwieranych drzwi złagodzi nieco ten wyrzut, ostatecznie dwie godziny spóźnienia to jeszcze wcale nie tak dużo. W przypadku mojego męża, oczywiście. W końcu musiałam sobie ulżyć! A co! Nie po to wyekspediowałam dzieci z domu, żeby siedzieć sama. W takim dniu! W takim dniu powinnam leżeć w jakimś ekskluzywnym SPA i zażywać w jacuzzi kąpieli w toni burgunda. Z kieliszkiem w dłoni, chociaż na co dzień wolę drinki niż wino. Albo leżeć sobie na słonecznej łące w tymże SPA. Z mężem u boku. SPA nie jest wcale takie drogie w porównaniu z wycieczką na Fuerteventura. I nie takie drogie, jak myśli mój mąż. Na Fuerteventura byczyła się moja koleżanka z pracy, Jola. Bez okazji. Jolę niezbyt lubię, wcale nie dlatego, że była tam, gdzie moja noga prawdopodobnie nigdy nie postanie. I też nie dlatego, że jest dziesięć lat ode mnie młodsza, chociaż to nie jest do końca sprawiedliwe. Jola generalnie nie daje się lubić. I nie jest to tylko moje odczucie. Ciekawe, czym mam zaimponować takiej Joli, która ma wszystko (oprócz dzieci) i była wszędzie (no, prawie). Ostatecznie, coś mi się po piętnastu latach małżeństwa należy. Nawet jeśli wcale nie było ono tak zgodne. Cóż to za wyczyn przeżyć w zgodzie piętnaście lat? Ale wytrzymać z takim facetem jak mój mąż, to dopiero wyczyn! Czym nie omieszkałam pochwalić się Majce, gdy zadzwoniła rano z życzeniami. I że najbardziej życzyłabym sobie dziś kąpieli w toni burgunda. Stwierdziła, że zwariowałam. Ciekawe, czym dzisiaj Boguś mnie zaskoczy i co będzie miał na swoje usprawiedliwienie? Rano zazwyczaj wychodzi do pracy wcześniej niż ja, więc spodziewałam się, że na życzenia będę musiała poczekać. Mama życzyła nam kryształowych przeżyć na kryształową rocznicę. Bo podobno piętnasta rocznica nosi nazwę kryształowej. No cóż… Jeśli się pospieszymy, może uda się chociaż zjeść kolację we dwoje (chrzanić odchudzanie!), popijając burgunda z kryształowych kieliszków. To jedyna kryształowa rzecz, jaką posiadam. Nie licząc serca!

– Oooo… – wydaję z siebie nieartykułowany dźwięk, gdyż postać, a właściwie postaci, w niczym nie przypominają mojego męża. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. O aż taką niespodziankę bym go nie podejrzewała.

Głos natychmiast więźnie mi w gardle. W drzwiach stoi zakopiańska owieczka, tarabaniąc w dzwonek, tuż za nią juhas. Owieczka nie przestaje dzwonić, więc w domu dźwięczy niczym cały kierdel na hali. Młodszy pomocnik bacy na drugi rzut oka jest dziwnie podobny do mego teścia. Przecieram na wszelki wypadek oczy, ale obraz nie znika. Omam bez burgunda? Owieczka w końcu odstępuje od dzwonka, napiera na drzwi i natychmiast wdziera się do mieszkania. O mały włos zostałabym stratowana na własnym progu. Od razu na dzień dobry rzuca się do całowania, trącając mnie wyjątkowo zimnym nosem. Nie wiem, jaki nos ma owca, za to wiem, jaki ma Trop, pies Majki, a właściwie Klaudii. Na szczęście juhas tylko się kłania. Jest zdecydowanie bardziej powściągliwy. Owieczka, a właściwie wcale pokaźna owca, jest biała, okrągła i włochata. I po bliższych oględzinach do złudzenia przypomina moją teściową. Która, o ile mnie pamięć nie myli, powinna teraz być w sanatorium i leczyć dolegliwości kręgosłupa. Podobnie jak teść, który cierpi na cukrzycę i nadciśnienie. Ma góralską czapkę na głowie, a w ręku ciupagę. Już chcę zapytać, czy to przebranie na karnawał, ale taktownie się powstrzymuję. Taka już jestem. Dorka twierdzi, że za dobra. Majka, że za mało asertywna. Moja mama, że jedno i drugie.

– Nie byliśmy w sanatorium, kochana, ale na turnusie rehabilitacyjnym – wyjaśnia teściowa z westchnieniem. Westchnienie najprawdopodobniej ma wyrażać ubolewanie. – A to zasadnicza różnica. Zasadnicza! Ja oczywiście wam mówiłam, tylko jak zwykle nikt mnie nie słucha. Turnus trwa dwa tygodnie, nie trzy – prostuje, gdy nieśmiało zapytałam, czy wyjechali przed terminem, co, zdaje się, związane jest z jakimiś makabrycznymi kosztami na rzecz NFZ.

Ciotka Dorki kiedyś zapłaciła majątek za podobną niesubordynację. A właściwie Dorka, bo ciotka uznała, że nie zapłaci ani grosza tym krwiopijcom. Na śniadanie ciotka dostawała na przykład plasterek kiełbaski i kromkę chleba. Gdyby nie pan Bolek, umarłaby z głodu. Pan Bolek wprawdzie nie oddawał jej swojej porcji, jak można by przypuszczać, ponieważ sam mógłby tego nie przetrwać, za to podtrzymywał ją na duchu, co jest równie ważne, jeśli nie ważniejsze. Dla ciotki Dorki okazało się ważniejsze. Pan Bolek podtrzymywał ją na duchu tak skutecznie, że z sanatorium wyjechali razem, i to do pana Bolka. Ciotka po dziesięciu latach wdowieństwa uznała, że też jej się coś od życia należy. I że dostatecznie uczciła pamięć męża. Ponownie związała się świętym węzłem małżeńskim i jest równie szczęśliwa jak poprzednio. Może nawet byłaby bardziej, gdyby nie biodra, endoprotezy i inne dolegliwości późniejszego wieku emerytalnego. Dorka swego czasu opowiedziała nam tę historię „ku pokrzepieniu serc”, a właściwie serca, oczywiście mojego. Majka zapewne nie potrzebuje pocieszeń. Czasem tylko narzeka na nadmiar miłości Darka. O ile zazdrość można nazwać nadmiarem miłości. Moje serce po piętnastu latach rzeczywiście wymaga pokrzepienia. Może niekoniecznie ze strony Dorki, ale lepsze takie niż żadne.

– To był przepiękny ośrodek rehabilitacyjny, w dodatku z basenem i jacuzzi. Miałaś rację, jacuzzi to coś wspaniałego. Nawet nie przypuszczałam, że to takie przyjemne! A basen! – rozpływa się w zachwytach moja teściowa. – Zresztą, pokażemy wam wszystko na zdjęciach. Zrobiłam trzysta zdjęć. Jak wywołam, no, oczywiście nie wszystkie, to was zaprosimy i wszystko dokładnie opowiemy. Bajka! Po prostu bajka! A jakie widoki! Czas tak szybko minął! Z chęcią zostalibyśmy dłużej, prawda Kazieńku? Mogliśmy być do obiadu, ale baliśmy się, że nie zdążymy.

– Nie zdążycie? Na co?

Spojrzenie teściowej oznacza dokładnie: „Jak możesz pytać o takie rzeczy?”. Umiem odczytywać spojrzenia. I ukrywać prawdziwe uczucia. Teściowa i teść wyglądają na niezwykle z siebie zadowolonych. Ja mniej. Nawet bardziej niż mniej, żeby nie powiedzieć wcale, bo przecież nie wypada. No i przecież staram się dostrzegać we wszystkim dobre strony. Ostatecznie nic mi nie zrobili. Byli po prostu teściami i to mnie czasem wnerwiało. Na szczęście, na co dzień mieszkali dostatecznie daleko, żebyśmy nie wchodzili sobie w drogę. Moja mama jeszcze dalej, co akurat nie zawsze było mi na rękę. Gestem zapraszam, żeby weszli do pokoju.

– No, na waszą rocznicę, kochana – kwika słodko niczym prawdziwa owieczka. – Poza tym, Kazieniek nie lubi jeździć po ciemku, więc wyjechaliśmy zaraz po śniadaniu. Nie gniewajcie się, że tak bez kwiatka, ale bałam się, że nie dowiozę, w górach nareszcie przymroziło. Tam przynajmniej jest zima. Mamy dla was coś innego! Góralską cytrynówkę! Nie ma nic lepszego, przekonacie się! Kazieńku, podaj mi z łaski swojej moją torebkę. Mam nawet przepis od góralki!

Czuję, jak uchodzi ze mnie powietrze. Teściowa jest w swoim żywiole. Gdy zaczyna mówić, nikt nie jest w stanie dojść do słowa. Platynowe włosy nieodmiennie zaczesuje w niewielki kok. Jest drobnej postury, podobnie jak teść, który też jest, jak na mężczyznę, niewysoki, ale za to trochę tęższy. Milczę, żeby nie wywołać nieopatrznie kolejnego tematu.

– Proszę, to dla was. – Podaje mi półlitrową butelkę w ozdobnej torebce. – Na zdrowie. Gaździna specjalnie dla was zrobiła. Coś wspa-nia-łe-go.

Proponuję nieśmiało, żeby w końcu zdjęli płaszcze. Teściowa rozwodzi się nad walorami smakowymi cytrynówki i jej dobroczynnym działaniem na organizm, więc nie słucha. Ja staram się nie słuchać jej tokowania, co okazuje się niewykonalne.

– To cudowne, że tyle czasu jesteście razem – ćwierka. – Na dobre i na złe. Poczytuję to za nasz mały sukces. Tyle małżeństw się teraz rozwodzi, coś okropnego! A ile żyje na kocią łapę! Dawniej to w ogóle było nie do pomyślenia! Ile to zależy od wychowania, prawda? Powiem więcej, dobrego wychowania! Pomyśleliśmy z Kazieńkiem, że będzie wam miło. Kazieniek tak się do was spieszył, że aż fotoradar pstryknął nam zdjęcie. Jakbym nie zrobiła już trzystu! Będziemy mieli pamiątkę. Nie wiesz, czy oni to zdjęcie przysyłają, czy tylko mandat? Kazieniek radził was uprzedzić, że przyjeżdżamy, ale przekonałam go, że zrobimy wam niespodziankę. Domofon macie zepsuty, powinniście to zgłosić. Lubicie niespodzianki, prawda? – przeskakuje z tematu na temat, trudno za nią nadążyć.

– Pasjami.

Teściowa śmieje się perliście, podając mi trochę śmierdzący owczarnią biały kożuszek. Może słabo wyprawiony.

– Ostrożnie! – piszczy nerwowo. – Prawda, że piękny? Prawdziwe cacko. Okazyjna cena, naprawdę niedrogo dostałam, za bezcen prawie, chciałam wziąć i dla ciebie, ale wydawało mi się, że będzie mały, nie uważasz?

Nie uważam. Wcale nie pragnęłam białego kożuszka śmierdzącego owczarnią. Małego czy dużego. Nie znoszę kożuszków. Podobnie jak niezapowiedzianych odwiedzin w dniu rocznicy ślubu. I kto w ogóle upoważnił tę kobietę do oceny moich centymetrów? Które podobno nie przeszkadzają Bogusiowi. Jeszcze chwila i eksploduję. Co będzie znaczyło, że wcale nie jestem za dobra. Ani za mało asertywna. Nawet jeśli kiedyś byłam. Ludzie się zmieniają. Z trudem zachowuję spokój. Z jeszcze większym trudem wieszam kożuszki na wieszaku, zdominowanym przez kurtki moich latorośli, w liczbie znacznie przewyższającej stan liczbowy mojej rodziny. Zwłaszcza że w użytku były aktualnie tylko dwie. Nigdy nie mogłam się doprosić, żeby przynajmniej część z nich znalazła się w szafie. Porządek w moim domu, dziwnym trafem, znikał szybciej niż marcowy śnieg.

– Lepiej zawsze zmierzyć – ciągnie dalej teściowa, nic sobie nie robiąc z gromów w moich oczach. – Zresztą, jak pojedziecie do Zakopanego, to tam będzie jeszcze większy wybór. Najlepiej na rynku pod Gubałówką. Taki kożuszek jest bardzo twarzowy, spójrz. Na pewno znajdziesz coś w swoim rozmiarze.

Na pewno. Owcę w rozmiarze XXL. Tyle że wcale nie zamierzam szukać.

– Nie chcę nic mówić, ale tu i ówdzie masz, kochana, więcej niż miałaś. – Kręci głową z dezaprobatą, dłuższą chwilę taksując mnie wzrokiem. Jeszcze niech tylko coś powie na temat mojego wystającego podbródka! A właściwie tego drugiego wystającego pod nim.

– Tak to już jest… – przekonuje. – Jak się nie weźmiesz za siebie, to z roku na rok będzie coraz gorzej, wierz mi! A muszę ci powiedzieć, że ja po piętnastu latach małżeństwa byłam wciąż tak szczupła, jak na ślubie. Kazieniek do tej pory mieści się w ślubny garnitur, prawda Kazieńku? A wujek Olek, świeć panie nad jego duszą, to po sześćdziesięciu latach małżeństwa ślubny garnitur na rocznicę założył i gdyby nie umarł, to w tym roku obchodziliby 65-lecie. W tym samym garniturze. Prawda, Kazieńku? My, kobiety, mamy gorzej, w końcu to my rodzimy dzieci. Ale pamiętaj, kochana, ja też chodziłam w ciąży, też rodziłam dzieci. Jak teraz nie zadbasz o prawidłową wagę, to będzie ci coraz trudniej. Prawda, Kazieńku?

Kazieniek potakująco kiwa kilka razy głową. Zupełnie niczym aniołek z kościelnej szopki po wrzuceniu monety. Ledwo powstrzymuję słowa, które cisną mi się na język. Teściowa nareszcie milknie. Chwila spokoju okazuje się ciszą przed burzą.

– A może ty powinnaś jeść błonnik? – wyraża przypuszczenie teściowa, spoglądając na mnie badawczo. – Nie masz, kochana, problemów z wypróżnianiem? Ja, dzięki Bogu, wypróżniam się raz dziennie, Kazieniek też, a moja bardzo dobra znajoma, pani Zosia, miała z tym problemy i lekarz zalecił jej błonnik. Powiedział, że tego nie można lekceważyć. I jak ręką odjął! Może byś spróbowała…

Próbuję nie wybuchnąć. Ledwo daję radę.

– Mam nadzieję, że się nie gniewasz, że ja tak bezpośrednio, ale to z życzliwości, kochana, z życzliwości – mówi ostrożnie, zapewne na widok mojej miny. – My, kobiety, musimy się wspierać.

Wsparcie teściowej jest ostatnią rzeczą, której pożądam. Teraz i w przyszłości. Na szczęście zmienia temat:

– A właściwie to wcale nie taki mały ten nasz sukces, prawda Kazieńku? Dlaczego mamy umniejszać swoje zasługi? Boguś to złoty chłopak. Zawsze uważałam, że masz wielkie szczęście, kochana. Dobrze wychowaliśmy tego naszego syna!

Wolę nie komentować. W głowie czuję mętlik spowodowany niczym innym jak słowotokiem teściowej. Zwłaszcza że dotyczył moich rozmiarów.

– Dobrze, dobrze – przytakuje teść, podając mi ciupagę, z którą nie wiem, co zrobić, więc na wszelki wypadek trzymam ją w ręce. Ostatecznie, można jej użyć w samoobronie. Bądź ataku, w przypadku kolejnej insynuacji teściowej. Góralska czapka z wdziękiem spoczęła na półce.

– Coś kiepsko wyglądasz, kochana. Czy mi się wydaje? – świergocze mama Bogusia, a teść jej wtóruje.

Nie dementuję. Jak ma wyglądać żona świętująca piętnastą rocznicę ślubu z teściami? Gorzej niż sklapnięta róża. Za to teściowa wygląda kwitnąco. Podkreślone różową pomadką usta jej się nie zamykają. Tylko od czasu do czasu żąda potwierdzenia swoich słów od Kazieńka, szturchając go w bok, gdy potwierdzenie nie jest odpowiednio wyraziste. Dopiero po jakiejś chwili rozgląda się zaniepokojona, odkrywając nieobecność Bogusia. Rychło w czas!

– Sama jesteś? A gdzie to się podziewa nasz syn? – Po raz kolejny mierzy mnie badawczym wzrokiem, jakbym co najmniej go zamordowała i starannie zatarła dowody zbrodni. Z ciupagą w ręce prawdopodobnie świetnie pasowałam do jej wyimaginowanego wizerunku.

– W pracy – odpowiadam obojętnie. Na tyle obojętnie, na ile pozwalają mi moje skołatane nerwy. Powinnam dodać jeszcze „jak zwykle”, ale uznaję, że nie będę rozwijać tematu. Dla dobra wszystkich. I swojego najbardziej.

– W pracy? Coś podobnego! Słyszysz, Kazieńku? W pracy! – Teściowa z ubolewaniem kręci głową. Ubolewanie odczytuję jako cień współczucia. Odwdzięczam się cieniem cieplejszego spojrzenia. – O tej porze w pracy… I to dzisiaj! W dniu rocznicy! Biedactwo…

Biedactwo? Jeśli ktoś tu jest biedactwem, to chyba ja! Niestety, o mnie nikt nie myśli! Liczę w myślach do dziesięciu, żeby nie wybuchnąć. Z trudem maskuję prawdziwy stan ducha. W końcu przybieram obojętny wyraz twarzy. Owieczka i juhas, chwilowo pozbawieni futer, umościli się wygodnie na fotelach i zażądali herbaty, dzięki czemu mogłam umknąć do kuchni. Wolniutko wyjmuję dwie filiżanki, ciesząc się z chwilowego kuchennego azylu. Na co dzień nie piję w filiżankach, wolę konkretną zawartość kubka. Im większy, tym lepszy. Nawet gwizd czajnika nie jest w stanie zagłuszyć moich myśli. Powinnam sprostować, że jednak nie do końca dobrze wychowali tego swojego Bogusia, który teraz jest moim Bogusiem, i który to Boguś nawet w dniu rocznicy ślubu ma gdzieś punktualność, kwiaty, inne niespodzianki i swoją żonę. Taktownie jednak milczę.

– A nie masz zielonej? – krzywi się teściowa, spoglądając krytycznie na nazwę herbaty na przyczepionym do sznureczka kolorowym kartoniku, gdy stawiam przed nimi parujące filiżanki.

Liczę w myślach do dziesięciu. Przy dziewięciu złość przechodzi. Celuję pilotem w odtwarzacz, może chociaż muzyka zagłuszy teściową. Ciastek nie podaję, teść ma cukrzycę. Jak tak dalej pójdzie, ja za chwilę będę miała zawał. Albo nerwicę żołądka. Zrezygnowana siadam obok.

– My z Kazieńkiem pijemy ostatnio tylko zieloną. Zielona herbata jest najzdrowsza. Tobie też radzę. W ogóle powinnaś, moja droga, zmienić nawyki żywieniowe. Czy wiesz, że w Chinach zielona herbata uważana jest za napój uzdrawiający? Zapobiega…

Nie mam ochoty wysłuchiwać, czemu zapobiega zielona herbata. Na pewno nie rozkładowi pożycia małżeńskiego. Niech sobie Azjaci piją to zielone paskudztwo! Albo teściowa z teściem. Sama wiem, że jest zdrowa i na pewno kiedyś dojrzeję, żeby ją pić. A nawet polubić. Tyle że nie za namową teściowej. Namowy teściowej przynoszą dokładnie odwrotny skutek. Uwielbiam herbatę z imbirem, równie zdrową.

– Słucham? Przepraszam, zamyśliłam się – w ostatniej chwili domyślam się, że teściowa o coś pytała, na co niezbicie wskazuje wbity we mnie wzrok.

– Pytałam, kiedy wyjeżdżacie – uśmiecha się pobłażliwie.

W zasadzie mogłabym zapytać o to samo. Ale z grzeczności nie pytam.

– W drugim tygodniu ferii.

Teściowa z dezaprobatą kręci głową.

– Niedobrze, największy najazd na Zakopane jest właśnie w ferie. W Bukowinie jest spokojniej, mniej turystów. Nie wiem, czy dobrze zrobiliście, że wybraliście Zakopane… W środku sezonu. No, ale wasza sprawa…

Próbuję tłumaczyć, że ferie są w różnych województwach w różnych terminach i że wcale tak dużo dzieci w obecnych czasach nie wyjeżdża. W końcu jest kryzys. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, kryzys. Zresztą teraz też, o ile się nie mylę, trwają czyjeś ferie. A poza tym nie mogę zabrać dzieci ze szkoły w roku szkolnym. Teściowa jednak w ogóle mnie nie słucha, więc daję sobie spokój.

– A gdzie dzieci? – przesłuchuje mnie nadal. – Bo chyba nie w szkole o tej porze? Zamęczą je ci nauczyciele. Tyle zajęć dodatkowych! Kto to widział? Nie powinnaś na to pozwolić! Za naszych czasów…

– Nie, pojechały do kina z dziećmi mojej koleżanki – przerywam wywód. Wcale nie chcę wiedzieć, co było za naszych czasów. I co ma na myśli, mówiąc „naszych”. Jej czy moich? Prawdopodobnie nie zauważyła, że dzieli nas jedno pokolenie.

– A ty nie pijesz? – teściowa spostrzega, że nie ma trzeciej filiżanki.

– Przed chwilą skończyłam – usprawiedliwiam się.

– A cytrynówkę schowaj, jak Boguś wróci. – Podaje mi butelkę.

– Schowam – melduję posłusznie.

– To zostałaś sama – konstatuje teściowa.

– Niezupełnie – silę się na dowcip. – Jest jeszcze Bandzior.

– Bandzior? Jaki Bandzior? Kto to jest Bandzior?

Teściowa wodzi wokół przerażonym wzrokiem. Mam wrażenie, że pragnie wskoczyć z nogami na fotel.

– Bandzior. No, Bandzior, pokaż się! – wołam w kierunku wielkiego akwarium.

Zaspany Bandzior ani myśli wyściubić nosa ze swego domku. To nie jego pora. Teściowa wznosi oczy ku niebu i na wszelki wypadek odsuwa się jak najdalej od akwarium. Może spodziewa się pytona.

3

– Ile?

– Sto sześćdziesiąt – powtarza posłusznie Majka, ściszając głos. – Możesz tak nie wrzeszczeć?

– Sto sześćdziesiąt?

– Sto sześćdziesiąt – potwierdza Majka. – Tygodniowo.

Jestem zszokowana. Kompletnie. Nieprzyjemnie.

– To już wolę kupić sobie ciuch – wzdycham. – Miesięcznie wyjdzie mniej. I tak muszę odświeżyć garderobę. Przyciasne ubrania wyniosłam do piwnicy. Niech czekają! Gdy powrócę do dawnej świetności, będą jak znalazł.

– Kolejny ciuch wielkości zasłony albo narzuty na tapczan – drwi Majka. – Mam dość, rozumiesz? Dość takich ciuchów! Dlatego podjęłam męską decyzję.

Męskie decyzje były odmianą noworocznych postanowień. Ich wspólną cechą było to, że w żaden sposób nie dawały się zrealizować. Mimo dopisania do ich listy najważniejszego – „Będę realizować męskie decyzje”. Po namyśle dodałam przed „realizować” słowa „starać się” i już zabrzmiało lepiej. „Będę się starała realizować męskie decyzje”. Staram się zawsze! W staraniach jestem bardzo dobra! Tylko nie zawsze wychodzi. I to wcale nie z mojej winy. Głównie z winy niesprzyjających okoliczności. Męskie decyzje podejmowałyśmy z Majką już ze sto razy. Albo ze sto pięćdziesiąt. I co? Ostatnio nawet wymyśliłam, dlaczego mało komu wychodzi realizowanie noworocznych postanowień tudzież męskich decyzji. Jak można podejmować decyzje po alkoholu? Po alkoholu się nie liczy. Sylwestrowe męskie decyzje to tylko zabawna tradycja.

– To nie chcesz schudnąć? – Majka świdruje mnie oczami. Wzrok ma naganny i wcale się nie uśmiecha, więc odruchowo wciągam brzuch. – Sama mówiłaś o powrocie do dawnej świetności…

Chcieć chcę, ale nie za sto sześćdziesiąt złotych tygodniowo! To jakieś nieporozumienie. Już wolę ćwiczyć. Na początek mięśnie Kegla i pamięć. To, co najłatwiejsze. Potem mięśnie brzucha. Z brzuchem najgorzej. Wypróbowane!

– Uważam, że najwyższy czas – wzdycha. Ja wzdycham znacznie głębiej i mocniej. – Jak tyle zapłacę, to będę miała motywację, żeby nie podjadać. Sto sześćdziesiąt złotych to cena tylko za produkty. Czyli naprawdę tanio. Mam trochę zaskórniaków, o których Darek nie wie. Na razie mi wystarczy.

– Bagatela! „Tylko”! Sto sześćdziesiąt zeta to ma być tylko?

Szybko obliczam, ile musiałabym wydać w ciągu miesiąca, dwóch, trzech… Sto sześćdziesiąt złotych muszę zapłacić za każdy dzień w Zakopanem. I tak czterdzieści złotych od łebka nie wydaje mi się wygórowaną ceną. Razy siedem. Dawno już obiecaliśmy dzieciom wyjazd w góry. Boguś postanowił nauczyć dzieci jeździć na nartach. Latem przeciągnęło się malowanie i ostatecznie nie udało się wyjechać. Pojechałam z dziećmi na kilka dni do mamy. Boguś jak zwykle miał urwanie głowy w pracy i przyjechał do nas tylko na weekend.

– Ja w każdym razie w to wchodzę. Przemyśl sobie. Nie chciałabyś być bardziej sexy? – indaguje Majka.

Sexy? Niby dla kogo? Majka najwidoczniej czyta w moich myślach, bo wyjaśnia dalej:

– Oczywiście nie mam na myśli żadnego konkretnego faceta typu Boguś ani innego potencjalnego adoratora, musisz to zrobić dla samej siebie. Wtedy poczujesz moc. A teraz opowiadaj, jak wyszło wasze małżeńskie tête-à-tête.

– Nie wyszło.

– Nie wyszło? – Majka szeroko otwiera oczy ze zdumienia. – Jak to nie wyszło? Co spartoliłaś? Dłuższego filmu nie było.

– Nie ja. Teściowie. Świętowałam z teściami. Gdy przywiozłaś dzieci, Boguś jeszcze nie wrócił z pracy. Przyjechał, gdy już pojechali, a ja byłam w łóżku. Cały plan wziął w łeb. Potem zadzwoniła jeszcze moja mama i zapytała, jak minął dzień. Koszmar!

– No cóż, wykorzystałabym to łóżko… – Kręci głową Majka.

– Super! Z rozmazanym makijażem i w barchanach! Bo oczywiście się poryczałam ze złości.

Wzdrygam się na samo wspomnienie tamtego wieczoru. Wolę nie pamiętać!

– To po co zakładałaś barchany?

– Niczego nie rozumiesz! Mój mąż po prostu zapomniał. Za-pom-niał – sylabizuję drwiącym tonem. – Teraz rozumiesz? Nie dość, że późno wrócił, to jeszcze zapomniał!

Majka patrzy na mnie ze współczuciem.

– To zmienia postać rzeczy. Niech zgadnę. Upiłaś się sama tym winem za pół bańki?

– Gorzej. Nie znalazłam korkociągu – wzdycham. – Zresztą wiesz, że nie gustuję w winach. Nawet się na nich nie znam. Ale stwierdziłam, że picie wina jest bardziej eleganckie niż pospolitego drinka. Teściów nie poczęstowałam. Teść prowadził, a teściowa bez niego nie pije. Zresztą przywieźli nam w prezencie cytrynówkę, podobno góralski specjał. Stoi w barku. Wino możemy wypić razem. Albo zużyję do kąpieli.

– Razem z cytrynówką? Ale kiedy indziej. Tylko poszukaj korkociągu. A drinki wcale nie muszą być pospolite! I mówisz, że tak w ogóle nic? No cóż, to tylko facet – kwituje Majka.

– Nic. Gdyby nie moje gabaryty, sądziłabym, że mnie nie zauważa – silę się na dowcip. – Ale chyba trudno mnie nie zauważyć.

Grunt to umieć z siebie żartować. Moja przyjaciółka marszczy brwi, jakby się uporczywie nad czymś zastanawiała.

– Podejrzewasz go o coś? Ja nic nie zauważyłam.

Roześmiałam się. Wierności Bogusia byłam pewna jak siebie samej. Nie ma czasu dla własnej żony, a miałby jeszcze obskakiwać kochankę? Mój mąż jest typem leniwca, przynajmniej w domu. To znaczy, w domu odpoczywa, po znojach i trudach w pracy. Najczęściej w pozycji horyzontalnej. Podczas gdy ja krzątam się po domu, niczym prawdziwa gospodyni. Żona i matka. Ciepła i zarazem kobieca. W rozmiarze 44. W porywach 46, ale co tam! Czuję, że ziarno niepokoju zostało jednak zasiane. A nuż nie znam go tak dobrze, jak sądzę? Może warto się upewnić? Przez jakiś kwadrans biję się z myślami.

– Chyba nie. Ale mam doła. O czterdziestce pewnie też zapomni – wzdycham. – Która, niestety, coraz bliżej. Co mnie bardzo martwi.

– Martwi? Co na przykład?

– Mózg. Waży coraz mniej.

– Za to ty coraz więcej – dogryza Majka. – Masz się czym martwić! A czterdziestki obejdziemy w babskim gronie – decyduje Majka. – Bez męskich szowinistów. Nie zasłużyli.

Po wyjściu Majki otwieram szufladę z różnymi szpargałami Bogusia. Nie chce mi się jednak w niej grzebać, szybko uznaję to za bezsensowne. Boguś i zdrada? Toż pewnie by nawet nie wiedział, jak się za nią zabrać. Skrytykowałam samą siebie za te podejrzenia. Bo cóż miałabym tam znaleźć? List od potencjalnej kochanki? Romantyczna epistolografia przeszła do lamusa. Kto dzisiaj pisze listy? Chyba tylko w szkole używają tej archaicznej formy wypowiedzi. Ostatnio Marcin pisał list do Kamila, ale jako zadanie domowe. Nieżyciowe zadanie domowe. Potem musiał włożyć w kopertę i zaadresować. Obecnie już nawet kartek z pozdrowieniami prawie się nie wysyła, tylko SMS-y. Kiedyś pisało się listy do świętego Mikołaja. Dziś Mikołaj i bez tego wie, czego potrzebują dzieci. W XXI wieku SMS-y całkowicie wyparły listy. Krótko i zwięźle. Krócej już nie można. Marcin jest mistrzem w skracaniu słów do niezbędnego minimum. Kiedyś na moje pytanie odpisał tylko „Nwm”, co oznaczało po prostu „nie wiem”. Monia bez trudu odszyfrowała skrót. Tyle że Boguś nie znosi SMS-ów. Nawet nie za bardzo potrafi je pisać, nie mówiąc o wysyłaniu. Twierdzi, że woli zadzwonić. Ale dzwoni też rzadko. A telefon przeważnie ma wyciszony, bo mówi, że go rozprasza. Ja uwielbiam SMS-y. Piszę i dostaję bardzo dużo.

Jakby na dowód tego rozlega się dźwięk komórki. Zamiast imienia wyświetla się jakiś numer. Czegóż może ode mnie chcieć nieznany abonent? Na numer operatora nie wygląda. Tudzież banku.

– O cholera! – wymsknęło mi się.

Musiałam przeczytać kilka razy, bo za pierwszym uznałam, że mam przywidzenia. Tekst jednak nie znikał.

„Wciąż myślę o naszej rozmowie. Czekam na następne spotkanie. Dobrej nocy! PS. Kocham…”.

Zastygam. Najgorsze, że mózg też zastyga. A przynajmniej pracuje wolniej niż trzeba, bo niczego nie kojarzę. Na pewno już jest znacznie pomniejszony i nie funkcjonuje jak trzeba. Dobrej nocy! Dobre sobie! Jak mogę zmrużyć tej nocy oko po takim SMS-ie z wyznaniem miłości? Chyba że to już sen. Nie, na pewno nie śpię. Czuję, jak palą mnie policzki. Czytam jeszcze raz. Długo zastanawiam się, kim jest nadawca. Powinnam odpisać, że anonimów nie czytam. Ale przecież autor mógł uznać, że jest mi znany i że będę dobrze wiedziała, kim jest. Może powinnam wiedzieć? Jedyne racjonalne wytłumaczenie to… Nie, to niemożliwe! Ojciec Kamila nie pasuje do wizerunku nadawcy takich wiadomości. Racjonalne? Chyba irracjonalne! Tyle że teoretycznie możliwe. Wprawdzie ma żonę, ale nie wszystkim facetom to przeszkadza. Eee, niemożliwe, żeby to był ojciec kolegi Marcina. Takie rzeczy w życiu się nie zdarzają. Może w kiepskim filmie, lecz nie w życiu! Ale tylko z nim rozmawiałam w ostatnim czasie, nie licząc oczywiście Łukasza i Darka. Bo Łukasz i Darek, jako mężowie moich najbliższych przyjaciółek, przecież się nie liczą. Szybko przeglądam wykaz odebranych połączeń. Ufff, na szczęście niewykasowane! Przelatuję wzrokiem wszystkie sylwestrowe. Guzik! Nie ma! Przeglądam jeszcze raz. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że ojciec Kamila w Sylwestra dzwonił na komórkę mojego syna. Kurza twarz! Nawet bym nie wiedziała, jak otworzyć to jego dotykowe paskudztwo, gdybym jakimś cudem miała je w ręce. Czyli przepadło. Po namyśle stukam się w głowę niczym pomysłowy Dobromir z czasów mojej młodości. Ojciec Kamila nie wygląda na kogoś, kto przez telefon wyznaje miłość matce kolegi. Mało znanej matce kolegi! A ja już na pewno nie wyglądam na kogoś, kto jest w stanie zawrócić w głowie facetowi (reemigrantowi z Anglii, Angielki są podobno brzydkie, żona nie wiadomo) po jednym przypadkowym spotkaniu. Roboczym spotkaniu. Nawet jeśli nie było dostatecznie jasno. Podobno kobiety w blasku świec wyglądają ładniej niż w rzeczywistości. Nie wiadomo, jak wyglądają w świetle petard. Próbuję odtworzyć w pamięci ewentualnych innych facetów, z którymi mogłam rozmawiać w ostatnim czasie. Szef na nartach w Alpach, odpada, zresztą despota i podobno zdradza żonę z cudzą żoną, może nawet w tym Kaprun. I podobno cudza żona wywodzi się z naszego miasteczka, ktoś ich tu razem widział. Referent, pan Zbyszek, małomówny, prawie nie rozmawia, boi się kobiet. Mnie pewnie też, a siedzimy razem w jednym pokoju. Żonaty. Odpada nie tylko dlatego. Całkowicie aseksualny. Zaczesuje włosy na łysinkę. Elektryk ze spółdzielni i nauczyciel wuefu w szkole Marcina też odpadają – elektryk był w grudniu, po ciemku, gdy wywaliło korki. Naprawił i poszedł. Nauczyciel wuefu, może najczęściej widywany, tyle że wciąż w biegu. Biega w półmaratonach. W dodatku razem z żoną. Tak twierdzi Marcin. Innych nauczycieli płci męskiej w szkole nie ma. Marcin uważa, że to skandal. Mniejsza z tym. Sąsiad z dołu, pan Mietek, emeryt, w tym wieku amory mu nie w głowie, więc też odpada. Dorosły syn pana Mietka, już dawno na swoim, też się nie liczy. No, może jeszcze taksówkarz, ostatnio wzywany po zjeździe absolwentów. Innych facetów chwilowo nie znam. Oto do czego prowadzi małżeńska abstynencja! Nawet Facebooka nie mam. Unikam portali społecznościowych, bo jakoś nie do końca mam zaufanie do Internetu. Za to Majka, która ma konto na Facebooku, ma tam prawie dwustu znajomych. Z czego połowa to znajomi płci męskiej. Spośród moich znajomych płci męskiej na autora SMS-a najbardziej pasuje jednak ojciec Kamila. No cóż, może nie tylko Boguś lubi krągłości u kobiet. Jego wartość podnosi jeszcze fakt, że słowa „kocham” nie schował do lamusa. Jak inni po piętnastu latach małżeństwa, którzy przestają przynosić kobiecie kwiaty i przerzucają się na warzywa, łącząc przyjemne z pożytecznym.

Trzaśnięcie drzwiami wyrywa mnie z chwilowego odrętwienia.

– Mamo, taty nie ma? – krzywi się Monia. – Mamy pojechane zadanie ze skalą. Ciocia Majka powiedziała, że nasz tata powinien się znać. Ja nie ogarniam.

Ja też nie ogarniam skali. Przynajmniej nie na tyle, żeby tłumaczyć je mojej jedenastoletniej córce. Mogę co najwyżej porozmawiać o skali cierpienia. Mojego, oczywiście.

– Nie ma – przytakuję, chowając telefon do torebki z mocnym postanowieniem, że o wszystkim pomyślę później. Pośpiech w tym przypadku niewskazany.

Moje myśli uporczywie krążą wokół tajemniczego SMS-a. Racjonalnie rzecz biorąc, powinnam o nim zapomnieć. I to jak najszybciej. Tylko jak to zrobić? Kto to widział, żeby czterdziestoletnia (prawie) kobieta ekscytowała się jakąś głupią wiadomością? A Boguś zapewne też ma okropne zadanie w pracy. O innej skali trudności. I wymagające poświęcenia się bez reszty. Kosztem żony i pozostałej części rodziny, czyli Moni i Marcina. I jeża pigmejskiego, który od Gwiazdki też jest członkiem rodziny. Niespodziewane słowa Majki „Podejrzewasz go o coś?” wibrują mi w uszach niczym natrętny budzik. Próbuję go wyłączyć i nic! Nie podejrzewam. A jeśli…? No więc podejrzewam czy nie?

– Żeby potem nie było na mnie, jak dostanę laczka. I to na nowe półrocze! To niesprawiedliwe! Nie było jeszcze rady, a nam już stawiają oceny na drugi semestr. – Monia czuje się usprawiedliwiona, zamyka zeszyt i pakuje go do plecaka. – Najwyżej nie zdam do następnej klasy!

Przez najbliższe pół godziny próbuję zgłębić tajemnice skali. Mimo że jej nie ogarniam. Obliczam, jaka odległość dzieli Hrubieszów od Zamościa, jeśli mapę wykonano w skali jakiejś tam. Podana jest odległość na mapie. Za jakie grzechy? Na oko wiem, że odległość między tymi miastami nie jest duża. W końcu udaje mi się rozwiązać zadanie. Proszę tylko, żeby jeszcze rzucił na nie okiem Marcin. Ostatecznie, rok temu to samo przerabiał. I powinien mieć skalę w małym palcu. Tymczasem okazuje się, że ma ją zupełnie gdzie indzie. Przynajmniej tak twierdzi. Zwracam mu uwagę, że nie rozmawia z kolegą i że dawno już powinien opuścić łazienkę, ponieważ jest kolejka oczekujących. Mam na myśli Monię i siebie.

– Marcin siedzi tam już godzinę i nie chce wyjść – skarży Monia. – I miał sprzątnąć Bandziorowi, ja sprzątałam mu ostatnio. Nawet dwa razy. Obiecywał, że mu sprzątnie.

– Mam ważniejsze sprawy na głowie – twierdzi Marcin, wychodząc w końcu z łazienki przepasany ręcznikiem kąpielowym. – Na przykład zbiórkę odzieży. Poza tym ty robisz to lepiej – przymila się. – Dziewczyny mają dryg do sprzątania. Pan od wuefu też tak mówi.

– Tak, a ciekawe do czego wy macie dryg? – oburza się Monia.

– Na przykład do zadań ze skalą.

Nie pochwalam podejścia pana od wuefu do porządków. Staram się równo dzielić obowiązki, nawet te w kuchni. Obojętnie, czy ktoś ma do tego dryg, czy nie. Już nie słyszę uwag typu: „Mamo, nie ma żadnego czystego talerza”. Mam na końcu języka pytanie o numer telefonu taty Kamila. Dla sprawdzenia, oczywiście! I wyeliminowania potencjalnego autora SMS-a. W porę jednak się hamuję. Czegóż mogłabym chcieć od taty Kamila, żeby prosić syna o numer telefonu? Nie, to idiotyczne. Nie mam zamiaru prowadzić jakiegoś śledztwa. Proszę tylko o sprawdzenie zadania ze skalą. I informuję, że jeżeli rano Bandzior nie będzie miał sprzątnięte, wypuszczę go do lasu. Mimo że jeże pigmejskie nie żyją w lesie. Ten będzie musiał. Staram się nadać swojemu głosowi stanowczy ton. Mam dość. Nieśmiało przypominam również o pomocy przy rozbieraniu choinki. W tygodniu nie udało się dojść do żadnego konsensusu, zawsze komuś nie pasowało. Wszystko dlatego, że nikt nie lubi rozbierać choinki. Rok temu nasz świerk srebrny miał nawet przyrosty. W końcu zlitowały się nad nim Monia z Klaudią, a drzewko pojechało do ogrodu Majki, gdzie rośnie do dziś. Tegoroczne też by mogło, chociaż ziemia na razie zmarznięta.

Pakuję się do łóżka w opakowaniu. Bez mycia, bo teraz łazienkę okupuje Monia. Mam wrażenie, że na zawsze. Muszę czekać na swoją kolej. Myśli rozsadzają moją biedną głowę. No więc podejrzewam Bogusia czy nie? Przez piętnaście lat nie podejrzewałam, więc teraz też nie podejrzewam. Przez piętnaście lat mój mąż niewiele się zmienił. No, może trochę posiwiał – tu i ówdzie we włosach prześwitują srebrne nitki. Tylko kiedyś lepiej pamiętał o rocznicach ślubu, imieninach i tym podobnych. Powiedzmy, starał się pamiętać. A tak naprawdę to przecież ja zawsze przypominałam mu delikatnie o czymś, o czym powinien pamiętać. A jeśli to ucieczka przed kryzysem wieku średniego? Inny obiekt zainteresowań. I brak zainteresowania dla dotychczasowego obiektu.

Zanim zasnęłam na dobre, ewentualne insynuacje Majki same się rozwiały. Przynajmniej na czas jakiś.

– Nie śpisz?

– Śpię. Nie widzisz? – ziewam i usiłuję dociec, czy stojący w drzwiach sypialni Boguś jest realny, czy to tylko wytwór mojej wyobraźni. Nie takiej znowu bujnej, chociaż kiedyś za namową nauczyciela plastyki zdarzało mi się malować. No, chyba że to senna wyobraźnia. Otwieram szerzej oczy, powieki przytrzymuję jedynie siłą woli. W oczach czuję piasek. Mruganie sprawia ból. Boguś w drzwiach sypialni nie znika. – Która godzina? Dlaczego mnie budzisz?

– Ale ze mnie baran – kaja się Boguś ze skruszoną miną. Okulary zjechały mu na koniec nosa. – Na śmierć zapomniałem w tym roku o naszej rocznicy. Ale zdążyłem jeszcze do Biedronki. – Wyciąga zza pleców nieco przywiędły i wymizerowany bukiet czerwonych różyczek w celofanie. – Proszę, to dla ciebie. I wszystkiego najlepszego! Lepiej późno niż wcale. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. A ty pamiętałaś? To która to już była?

EPILOG

– Nie cieszysz się? – Boguś przypatruje mi się znad okularów. Szarozielone oczy spoglądają łagodnie i bezbronnie.

– Cieszę! Jeszcze jak się cieszę! – zapewniam solennie i przesuwam pieszczotliwie ręką po jego nagim torsie. – Tylko jak sobie uświadomię, co o tobie przez ten czas myślałam… I co mogłam stracić… Co oboje mogliśmy stracić…

Przez okno w dachu zagląda do nas ciekawski księżyc. Leżymy na materacu przykryci grubym, miękkim kocem. Jeszcze pachnącym nowością. Ciepło i wino rozleniwia. Dawno nie byłam tak szczęśliwa i zrelaksowana. To rozgrzane kąpielą ciała produkują miliony endorfin. Hormony szczęścia fruwają między nami jak wiosenne motyle. Czuję je nawet w brzuchu.

– No to co myślałaś? – prowokuje zwierzenia Boguś.

– Lepiej nie pytaj – śmieję się. – Dwie lewe ręce to najłagodniejsze z określeń. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Ale musisz mnie zrozumieć: wciąż cię nie było, potem ta nieszczęsna wanna… A już jak usłyszałam, że z kimś rozmawiasz w nocy… Skąd miałam wiedzieć, że dzwonisz do Majki?

– Musiałem ją poprosić o pomoc, bo nie wiedziałem, jak cię tu ściągnąć – tłumaczy się kolejny raz. Jak sztubak. – A w ogóle sądziłem, że wszystko pójdzie łatwiej. I szybciej. Potem bałem się, że się za wcześnie wyda. Wtedy, jak sobie poszarpałem kciuka o blachę. Dobrze, że mogłem zwalić winę na karpia.

– Ty głuptasie… – Mierzwię mu włosy. – Jesteś kochany… Nigdy bym nie pomyślała, że wpadniesz na taki pomysł. I że go zrealizujesz…

Cisza gra najpiękniejszą melodię. Ze szczęścia chce mi się płakać.

– Nie spodziewałam się tylu gości – odzywam się po chwili. – Jak myślisz, czemu wszyscy tak szybko poszli? Myślałam, że posiedzimy dłużej.

– Może chcieli nam umożliwić świętowanie we dwoje – szepce mi do ucha.

– Dawno nie byliśmy sami…

W tym samym momencie z dołu dochodzi głośne stukanie do drzwi. Już nie jesteśmy sami. Boguś owija się w wielki ręcznik kąpielowy i schodzi na dół. Schody przyjemnie skrzypią. Pachną świeżym drewnem. Jeszcze nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. W drzwiach wejściowych stoi nieco stropiony pan Janek, dozorca. Zdejmuje czapkę, kłania się. Niezdarnie odwija z papieru doniczkę. Żonkile są jeszcze w pąkach. Macham do niego z góry.

– Oj, przepraszam, że przeszkadzam, ale nagana, panie Bogusławie, nagana! – odzywa się. – Nic pan nie mówił, że żona ma takie święto. Kwiaciarnie już były pozamykane, dobrze, że markety dłużej czynne, więc zdążyłem. To dla żony, z najlepszymi życzeniami. I dobrej nocy! Bo rozumiem, że dziś pierwsza noc…

Boguś stawia doniczkę z żonkilami na parapecie i gasi światło. Jaśnieje tylko ogień w kominku. Potem napełnia kieliszki resztką burgunda i ostrożnie niesie do góry, przytrzymując ręcznik pod pachami.

– Twoje zdrowie… – Nachyla się nade mną.

– Nasze… – prostuję, zanurzając usta w ciemnoczerwonym winie. A potem w ustach Bogusia.

Czuję kłujący dotyk jego policzka. I szczęście, które dziś ma kolor burgunda. I którym pomaluję każdy szary dzień. Teraz jestem pewna, że mi się uda. Chcę, żeby ten wieczór trwał i trwał.

– Ale gdybyś wpadł kiedyś na pomysł, żeby wybudować mi w prezencie jeszcze jakieś SPA albo co, to pamiętaj… Zrobimy to razem. Obiecujesz? Żebyś zawsze był ze mną… Na dobre i na złe. Zawsze…

– Zawsze… – obiecuje skwapliwie mój mąż. – To skoro wypróbowaliśmy już wannę, może pora wypróbować ten materac, co ty na to?

Dopijam ostatni łyk wina, po czym delikatnie ściągam Bogusiowi okulary i ostrożnie odkładam je na podłogę.