Szczęście posiadać dom pod ziemią ... Losy kobiet ocalałych z Zagłady w okolicach Dąbrowy Tarnowskiej - Chaja Rosenblatt, Rywka Schenker, Melania Weissenberg - ebook
lub
Opis

Na książkę składają się trzy teksty, napisane przez trzy niezwykłe kobiety, którym przyszło żyć w strasznych czasach. Chaja Rosenblatt i Rywka Schenker urodziły się na początku lat dwudziestych i w wojnę weszły jako młode, lecz już dorosłe kobiety, Melania Weissenberg natomiast była od nich znacznie młodsza – w 1939 r. miała zaledwie dziewięć lat. Chaja i Rywka spisały własne wspomnienia wkrótce po wojnie, a Melania prowadziła swój dzienniczek na bieżąco, od wiosny 1942 aż do wyzwolenia w styczniu 1945 r. Melania pochodziła z Krakowa, a Rywka i Chaja – z małego małopolskiego sztetla. Rodziny Rywki i Chai były głęboko religijne, Melania zaś dorastała w domu stosunkowo dobrze zasymilowanym. Mimo różnicy wieku i odmiennych typów narracji trzy prezentowane teksty łączą się i uzupełniają na wiele sposobów oraz na wielu płaszczyznach. 

Przede wszystkim losy Chai, Rywki i Melanii spięli wspólną klamrą Niemcy, którzy skazali je – wraz z resztą polskich Żydów – na śmierć. Łączyła je też geografia – w momencie gdy rozpoczęto likwidację skupisk żydowskich na terenie Generalnej Guberni, wszystkie trzy znalazły się w getcie w Dąbrowie Tarnowskiej, małym miasteczku położonym kilkanaście kilometrów na północ od Tarnowa. W obliczu nadciągającej Zagłady każda z nich obrała inną strategię przetrwania…

 

25 I 1943. [Poniedziałek]
Wielka zmiana w moim życiu! Zmieniłyśmy dziś „mieszkanie”. Przeniosłyśmy się ze skrytki w stodole do skrzyni umieszczonej w ziemi. Jest wprawdzie otwór, by niby światło wchodziło i powietrze, ale siedzieć nie można. Straszne jest to bezczynne leżenie przez całe dnie, bo dopiero w nocy można wyjść, wyprostować się, na cuchnącą stajnię, zimną i ciemną, i drżeć na każde szczeknięcie psa, ale to już rozkosz, bo po przeleżanym dniu kości sobie nie czujemy. Ale jak długo można to tak stać w tej ciemności, zimnie i smrodzie? “

Melania Weissenberg 

To ja usłyszałam straszne krzyki po niemiecku, natychmiast my weszli do kryjówki. Jak tylko zamaskowałam kryjówkę, to zaczyna się strzelanie. Bardzo mi serce biło jak kowadłem, jeden patrzył się na drugiego, każdy milczał. Słyszeliśmy okropne krzyki: Raus, o ile nie wyjdziecie z kryjówki, to wrzucamy granat. Każdy z nas był jak [s]paraliżowany, jeden się patrzył na drugiego. Tymczasem zaczęli strzelać do góry, żeby nas przestraszyć. Natychmiast otworzyłam drzwiczki, które były zamaskowane tak pięknie, że to nie było możliwe poznać. Niemcy krzyczeli: Ręce do góry i jak ktoś ma broń, to wszystko wyrzucić. Myśmy wyszli, każdy był blady jak trup” 
Rywka Schenker 

O godzinie 20 opuściliśmy ukradkiem miasto. Czekaliśmy w polu, zanim ciemna noc zapadnie, i wyruszyliśmy w drogę. Zostawiliśmy nasze ostatnie rzeczy, które mieliśmy ze sobą, ponieważ wiedzieliśmy z doświadczenia, że nawet bez paczek trudno nam będzie dotrzeć do Tarnowa. Trudno sobie wyobrazić i opisać nasze położenie. Rodzice nie byli w stanie kroku zrobić, ciągnęliśmy ich jak słupy drzewa. Byłam przekonana, że jeżeli nawet dobrniemy do Tarnowa – oni nie przybędą żywi (...) Było to około trzeciej godzinie nad ranem, niebo było usiane gwiazdami, na wschodzie horyzont zaledwie zaczął jaśnieć. Znaleźliśmy się na dróżce, niedaleko której ciągnęła się rzeka i wzdłuż której główna droga znajdowała się, prowadząca z Dąbrowy do Tarnowa.  Nagle słychać było piekielne roztrzaskanie. Zwracamy nasz wzrok w kierunku głównej drogi, na której widzieliśmy długą kolumnę, toczącą się w kierunku Dąbrowy. Zawierała ona samochody, ciężarówki wojskowe oraz samochody pancerne. Szereg tych wozów ciągnął się wzdłuż przeszło kilometra. Łatwo zrozumieć: komisja deportacji jedzie prosto do Dąbrowy, aby wytępić Żydów.
Chaja Rosenblatt

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 272

Podobne


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright © for this edition by Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Wydanie pierwsze

Redakcja merytoryczna, wstępy i opracowanie przypisów:

Jan Grabowski

Redaktor prowadzący: Jakub Petelewicz

Praca naukowa finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa

Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyk” i w latach 2014-2017

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

ul. Nowy Świat 72

00-330 Warszawa

ISBN: 978-83-63444-45-7

Preambuła Biblioteki Świadectw Zagłady

Wbrew oczekiwaniom, wbrew potocznym wyobrażeniom, wbrew regułom prawdopodobieństwa pisanych świadectw z czasów Zagłady ocalało dużo. Ci, którzy nadludzkim wysiłkiem podejmowali próbę pisania o katastrofie podczas trwania katastrofy, najczęściej adresowali swoje zapiski „do przyszłego czytelnika”. Chcieli, aby świat ich usłyszał. Nie możemy pozwolić, aby ich świadectwa pozostały nieme – przysypane kurzem archiwów.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY zrodziła się z przeświadczenia, iż pomimo różnych inicjatyw edytorskich wciąż zbyt mało tekstów, w stosunku do istniejących zasobów archiwalnych, zostało opublikowanych i udostępnionych czytelnikom. Zbyt mało wobec potrzeb badawczych i czytelniczych zainteresowań, a także wobec obecnych niemal w każdym ocalałym zapisie apeli, nakładających na nas wszystkich moralną powinność lektury.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY skupia się na prezentacji dzienników, zapisów pamiętnikarskich, relacji pozostających w kręgu form autobiograficznych i spisywanych hic et nunc, tzn. w gettach bądź w ukryciu poza murami, ale jeszcze w czasie trwania wojny i okupacji. Teksty są publikowane w ich kształcie integralnym, według jednolitych zasad edycji krytycznej. Korzystamy przede wszystkim z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

Wstęp

WSTĘP

Na książkę składają się trzy teksty, napisane przez trzy niezwykłe kobiety, którym przyszło żyć w strasznych czasach. Chaja Rosenblatt i Rywka Schenker urodziły się na początku lat dwudziestych i w wojnę weszły jako młode, lecz już dorosłe kobiety, Melania Weissenberg natomiast była od nich znacznie młodsza – w 1939 r. miała zaledwie dziewięć lat. Chaja i Rywka spisały własne wspomnienia wkrótce po wojnie, a Melania prowadziła swój dzienniczek na bieżąco, od wiosny 1942 aż do wyzwolenia w styczniu 1945 r. Melania pochodziła z Krakowa, a Rywka i Chaja – z małego małopolskiego sztetla. Rodziny Rywki i Chai były głęboko religijne, Melania zaś dorastała w domu stosunkowo dobrze zasymilowanym. Mimo różnicy wieku i odmiennych typów narracji trzy prezentowane teksty łączą się i uzupełniają na wiele sposobów oraz na wielu płaszczyznach.

Przede wszystkim losy Chai, Rywki i Melanii spięli wspólną klamrą Niemcy, którzy skazali je – wraz z resztą polskich Żydów – na śmierć. Łączyła je też geografia – w momencie gdy rozpoczęto likwidację skupisk żydowskich na terenie Generalnej Guberni, wszystkie trzy znalazły się w getcie w Dąbrowie Tarnowskiej, małym miasteczku położonym kilkanaście kilometrów na północ od Tarnowa. W obliczu nadciągającej Zagłady każda z nich obrała inną strategię przetrwania. Być może zresztą mówienie o świadomym „obieraniu strategii” jest przesadne – rodziny podejmowały te decyzje wspólnie, a los dzieci i młodzieży był zazwyczaj wypadkową rozstrzygnięć dokonywanych przez rodziców. Chaja ratowała się ucieczką do innego, nadal istniejącego getta, Rywka wraz z grupą żydowskich rozbitków zdecydowała się ukryć w kryjówkach wykopanych w pobliskich lasach, a Melania przeszła na aryjską stronę i ukryła się u miejscowych chłopów. Mówiąc dokładniej – zeszła pod ziemię, do skrzyni wkopanej pod klepiskiem stodoły należącej do ratującego ją gospodarza. Przez kolejne lata trzy autorki stoczyły rozpaczliwą walkę o przetrwanie na niewielkim terenie, jakim jest obszar powiatu dąbrowskiego.

Tak niewielkim, że ich losy się przeplatały. W pewnym momencie, już pod koniec okupacji, Rywka i Chaja trafiły do tej samej kryjówki i razem wpadły w ręce Niemców, a Melania (nadal mieszkająca w swej podziemnej kryjówce) usłyszała o ich aresztowaniu i odnotowała ten fakt w dzienniczku.

Elementem łączącym zamieszczone tutaj teksty jest też wszechobecny strach, który potęgowała wciąż narastająca fala zagrożeń. Strach stał się codziennym towarzyszem autorek od samego początku okupacji, ale śmierć po raz pierwszy zajrzała im w oczy latem 1942 r., podczas likwidacji gett w Radomyślu Wielkim, Dąbrowie i Tarnowie. To wtedy Chaja, Rywka i Melania zobaczyły Niemców w całej grozie, w czasie brutalnych akcji likwidacyjnych, kiedy to zginęła ogromna większość ich bliskich, przyjaciół i sąsiadów. Niektórzy byli mordowani w masowych egzekucjach podczas akcji na ulicach gett, a inni – spędzeni do pociągów – stracili życie w komorach gazowych Bełżca. Nieco później, kiedy nadszedł czas ukrywania się, zmienił się kształt strachu, zmieniły się rodzaje zagrożeń. Choć Niemcy nadal byli siłą sprawczą żydowskiego cierpienia, to największe niebezpieczeństwo dla Melanii, Chai i Rywki stanowili odtąd ich polscy sąsiedzi. To nagłe, niespodziewane niebezpieczeństwo mogło przybrać postać księdza, który okradł Chaję ze wszystkich powierzonych jego pieczy dóbr, chłopów przeczesujących lasy w poszukiwaniu kryjówki Rywki czy też czujnych sąsiadów, liczących, ile wiader wody wyciąga ze studni gospodarz Melanii. O ile mordercze działania Niemców były czymś oczywistym, niejako wpisanym w charakter okupacji, o tyle zdrada, wrogość czy pazerność polskich znajomych, czasem szkolnych kolegów i koleżanek, rodziły bolesny zawód, były trudne do pojęcia i jeszcze trudniejsze do wybaczenia.

Inną wspólną cechą łączącą trzy autorki jest ich nieprawdopodobna wręcz wola przeżycia. Była to siła, która determinowała ich postawy w chwilach, dniach, miesiącach i latach, gdy ludzie o mniejszym harcie ducha poddaliby się rezygnacji. Trzeba tu dodać, że hartem ducha i wolą walki o życie musiały wykazywać się codziennie, bez przerwy, aż do samego końca wojny. Szczególnie trudno było im z pewnością przyjmować ciosy spadające na nie pod koniec okupacji, gdy wyzwolenie wydawało się bliskie, uchwytne wręcz na wyciągnięcie ręki, tak jak latem 1944 r., kiedy to ofensywa Armii Czerwonej zatrzymała się dosłownie kilka kilometrów od ich kryjówek, co skazało Melanię, Chaję i Rywkę na kolejne pół roku morderczych niebezpieczeństw. Podobnie było w styczniu 1945 r., zaledwie kilka dni przed początkiem ofensywy zimowej, kiedy to chłop, u którego ukrywała się Melania, doszedł – po raz kolejny – do wniosku, że ma jej już dość. Czy też w zimie 1945 r., gdy Chaja i Rywka przemierzały kolejne kręgi piekieł, których granice wyznaczały takie nazwy, jak Płaszów, Montelupich, Auschwitz, Bergen-Belsen czy Ravensbruck.

Koniec wojny dla całej trójki okazał się zarazem początkiem kolejnej tułaczki w poszukiwaniu bezpieczeństwa, którego na próżno było szukać wówczas w Polsce. Rozbitków żydowskich wracających do swoich domów witały groźby, a nierzadko śmierć. Chaja wspominała Polskę i Polaków z trwogą, nigdy nie zdecydowała się powrócić do domu i resztę życia spędziła w Paryżu. Rywka i Melania, stwierdziwszy, że wszyscy najbliżsi zginęli w Zagładzie, wyjechały z Polski do Niemiec, a w końcu trafiły do Kanady. Choć obie się nigdy nie spotkały, to dziś – otoczone dziećmi, wnukami i prawnukami – mieszkają w Toronto, stolicy prowincji Ontario, oddalone od siebie o parę zaledwie ulic.

* * *

Przy opracowaniu tekstów zamieszczonych w książce przestrzegałem zasad obowiązujących przy wydawaniu źródeł, tj. ograniczałem zakres ingerencji edytorskich do koniecznego minimum. Uwspółcześniona została interpunkcja i ortografia, poprawiono też oczywiste błędy. Zdecydowałem się natomiast pozostawić zwroty przestarzałe, nietypowy zapis nazw własnych i błędy językowe, by oddać specyfikę tych narracji. Przypisy zawierają niezbędne informacje historyczne i wyjaśnienia rzadziej spotykanych terminów.

W nawiasach kwadratowych wstawiono opuszczone omyłkowo wyrazy, które udało się odgadnąć, i wszelkie uwagi redaktorskie. Treści w nawiasach okrągłych pochodzą od autorek.

Jan Grabowski

maj 2016 r

I. Melania Weissenberg

I

MELANIA WEISSENBERG

Wprowadzenie do dzienniczka Melanii

WPROWADZENIE DO DZIENNICZKA MELANII

Dziennik Molly trafił do moich rąk zupełnym przypadkiem. Na jesieni 2012 r. prowadziłem na Uniwersytecie Ottawskim w Kanadzie seminarium magisterskie poświęcone zagładzie polskich Żydów. Jason, jeden ze studentów biorących wówczas udział w zajęciach, wspomniał mimochodem, że jego babcia podczas wojny ukrywała się w Polsce i na gorąco notowała swoje przeżycia. Na moją prośbę przesłał mi skany pożółkłych karteczek wstrząsającego, napisanego świetną polszczyzną dziennika. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że autorka nie tylko spędziła dwa lata pod ziemią – i to wcale nie w przenośni – lecz przetrwała okupację na terenie powiatu Dąbrowa Tarnowska, któremu poświęciłem wydaną rok wcześniej książkę.

Zapiski Melanii – bo tak w Polsce nazywała się autorka dzienniczka – są dokumentem z wielu powodów wyjątkowym. Zacząć należy od tego, że dziennik jako forma zapisu źródłowego ma dla historyków szczególne znaczenie. W odróżnieniu od świadectw spisanych ex post dzienniki (zwłaszcza zaś dzienniki osobiste, intymne – a taki właśnie jest dzienniczek Melanii) wolne są od „korekt pamięci”, poddających zmianom najczęściej ten wymiar naszych doświadczeń, z którego jesteśmy najmniej dumni, który chcielibyśmy ukryć przed innymi. Ponadto, o czym dobrze wiedzą historycy Zagłady, zachowało się niewiele dzienników prowadzonych przez dzieci – wystarczy tu wspomnieć wyjątki: dzienniki Dawidka Rubinowicza, Rutki Laskier, Reni Knoll czy też zapiski nieco od nich starszego Dawida Sierakowiaka. Melania zaczęła prowadzić dzienniczek jako dwunastoletnia pensjonarka, a skończyła jako czternastoletnia, ciężko naznaczona Zagładą kobieta. Pamiętnik, prowadzony w latach 1942-1945, kolejnych sześćdziesiąt siedem lat spędził w szufladzie. Dzieci autorki, nieznające języka polskiego, nie przywiązywały do dzienniczka większej wagi, a sama autorka nie była skłonna dzielić się nim z innymi.

Melania Weissenberg urodziła się w Krakowie w 1930 r., w rodzinie kupieckiej. Jej ojciec Chaskiel prowadził niewielki sklep galanteryjny przy ul. Kopernika 36. Umarł w 1938 r., a matka Melanii Salomeą (zwana też Sarą) tuż przed wojną wyszła powtórnie za mąż za Ignacego Kellera, polskiego Żyda wysiedlonego niewiele wcześniej z Niemiec. Sara pozostała jednak przy nazwisku Weissenberg – ze względu na markę kupiecką i renomę sklepu. Matka Melanii mówiła piękną polszczyzną, a dbałość o język polski okazała się dziedzictwem i kapitałem na trudne czasy, które Sara przekazała swojej córce. Kilka miesięcy po wybuchu wojny Melania wraz z matką, ojczymem i młodszym o cztery lata bratem Zygmuntem (pieszczotliwie zwanym Zygą) zostali wyrzuceni przez władze okupacyjne ze sklepu oraz z mieszkania i zmuszeni byli przenieść się do gorszego lokalu. Widmo głodu wpłynęło już niebawem na decyzję o wyjeździe z Krakowa do Dąbrowy Tarnowskiej, małego miasteczka położonego na północ od Tarnowa, gdzie mieszkała siostra Sary i gdzie Weissenbergowa z rodziną liczyła na oparcie u dalszych krewnych. Sytuacja Żydów Dąbrowy nie była jednak lepsza od sytuacji Żydów w Krakowie, a uległa dalszemu pogorszeniu z chwilą utworzenia getta.

„Żydowska dzielnica mieszkaniowa” w Dąbrowie powstała na początku 1941 r. we wschodniej części miasta, dokąd spędzono zarówno Żydów mieszkających w miasteczku, jak i tych z pobliskich wiosek. W latach 1940-1942 w getcie przebywało od 2500 do 3200 ludzi, stłoczonych na niewielkiej przestrzeni, wystawionych na głód i narastające represje niemieckie. Przewodniczącym Judenratu został miejscowy adwokat Eliezer Weinberger, a komendantem Służby Porządkowej (Ordnungsdienst, OD), zwanej potocznie policją żydowską, niejaki Kalman Fenichel, który już niebawem miał się okryć niesławą. Radę Żydowską powołano oficjalnie do życia 25 stycznia 1940 r., a wkrótce potem utworzono żydowskie ambulatorium, prowadzone przez dr. Teufela. Równocześnie zaczęto rozbudowywać struktury Żydowskiej Samopomocy Społecznej (ŻSS); jej zadaniem było zorganizowanie posiłków wydawanych dla najuboższych oraz sprowadzanie lekarstw z większych ośrodków. W okresie od stycznia do grudnia 1941 r. kuchnie finansowane przez Radę Żydowską wydawały codziennie średnio czterysta posiłków. Getto w Dąbrowie Tarnowskiej było gettem półotwartym: w części zostało otoczone parkanem, a w części drutem kolczastym. Przeto – jak stwierdził jeden z ocalałych – dość łatwo można się było zeń wydostać na stronę aryjską. Problem, jak we wszystkich innych, zarówno otwartych, półotwartych, jak i zamkniętych gettach, polegał na tym, jak przetrwać po aryjskiej stronie, wśród Polaków.

Późną wiosną 1942 r. do dąbrowskiego getta zaczęły dochodzić coraz bardziej uporczywe i niepokojące pogłoski o brutalnej likwidacji skupisk żydowskich oraz o deportowaniu ich ludności w nieznanym kierunku. 28 kwietnia w getcie pojawili się gestapowcy z Tarnowa i Mielca, uzbrojeni w listy proskrypcyjne. Zaaresztowano wówczas i rozstrzelano kilkudziesięciu przedstawicieli miejscowej inteligencji żydowskiej. Niebawem z okolicznych wiosek dosiedlono do getta resztę Żydów, którym aż dotąd udało się pozostawać poza Dąbrową. Władze niemieckie oraz polskie władze miasta zażądały równocześnie od Żydów uregulowania wszelkich zaległych płatności. Wszystkie te kroki stanowiły preludium do nadchodzącej akcji likwidacyjnej. Pierwsza wielka akcja nastąpiła 17 lipca 1942 r., a jej echo znajdujemy w jednym z pierwszych wpisów Melanii, która (tak jak liczni inni mieszkańcy) bojąc się powtórzenia tych działań, spędzała wówczas noce w kryjówkach na terenie getta. To właśnie wtedy, w atmosferze wzbierającej trwogi i paniki, wielu Żydów zaczęło szukać ratunku po aryjskiej stronie – wpierw dla dzieci, a potem dla siebie. Wśród nich znaleźli się też rodzice Melanii, którzy nawiązali kontakt z Wiktorem Wójcikiem, prowadzącym niedaleko miasteczka gospodarstwo. Razem z Wójcikiem mieszkała jego owdowiała siostra Emilia Kułaga z kilkorgiem dzieci. W zamian za niewielką opłatę Wójcik zgodził się przyjąć pod swój dach (lub raczej do swojej stodoły) Melanię oraz jej sporo starszą kuzynkę Helenę. Schronienie miało być chwilowe, a wszyscy nadal oczekiwali uspokojenia się sytuacji i ewentualnego powrotu do getta.

Wyjście na aryjską stronę oznaczało przede wszystkim rozstanie z ubóstwianą starszą przyjaciółką, dwudziestoletnią Sabiną Goldman, która dla Melanii stanowiła centrum duchowego świata. Szok rozstania już niebawem przyćmiły jednak groźne wieści nadchodzące z Dąbrowy. Tak się bowiem złożyło, że Melania wraz z Heleną trafiły do Wójcika tydzień przed drugą akcją. 18 września 1942 r. getto zostało ostatecznie zlikwidowane, a jego mieszkańców zapędzono do wagonów bydlęcych zmierzających do obozu zagłady w Bełżcu. Sara z mężem i siedmioletnim Zygą zdołali uciec przed pogromem – wpierw schronili się w getcie w Tarnowie, a pod koniec października dołączyli do Melanii i Heleny, które nadal chowały się w stodole u coraz bardziej niespokojnego gospodarza. Widok tak wielu Żydów wprawił Wójcika i jego siostrę w panikę; oboje żyli w ciągłej trwodze, najbardziej bojąc się wścibskich sąsiadów i nieuchronnej denuncjacji. W końcu listopada polscy gospodarze zażądali, by Żydzi się od nich wynieśli, zgodzili się jedynie na dalszy pobyt Melanii i Heleny. 21 grudnia Melania pożegnała się z matką i Zygą; widziała ich wtedy po raz ostatni. Dopiero po wojnie dowiedziała się, że matka zginęła w tarnowskim getcie. O losach brata nie udało się jej niczego dowiedzieć. Ojczym już wcześniej wrócił do getta, nie wiadomo, co się z nim później stało.

W styczniu 1943 r., wkrótce po odprawieniu „nadliczbowych” Żydów, Wiktor Wójcik wraz z siostrą (nazywani teraz z pewną ironią „naszym wujciem” i „naszą Panią”) zdecydowali się przenieść obie uciekinierki do nowej, pewniejszej kryjówki. W ten sposób Melania wraz z Heleną znalazły się w wielkiej skrzyni, wkopanej pod ziemię, z której raz lub dwa razy dziennie mogły wyjść, by załatwić swoje potrzeby i dokonać ablucji. W tej skrzyni, w dziurze, pod ziemią, miały spędzić kolejne dwa lata. Od chwili zejścia pod ziemię Melania coraz rzadziej dokonywała zapisków. Dzienniczek, ostatnią rzecz łączącą ją z dotychczasowym życiem, ukrywała na strychu w stodole i pisała w nim w rzadkich chwilach, kiedy wolno jej było opuścić kryjówkę.

Zimą, wiosną i latem 1943 r. dzienniczek w coraz większym stopniu stawał się świadectwem przemożnej trwogi, jak również ciągłego głodu i pragnienia ( „wujcio” bał się przynosić dziewczętom wodę w obawie przed spostrzegawczymi sąsiadami). Równie dotkliwa – sądząc po zapiskach – była przeraźliwa nuda związana z niekończącą się monotonią życia w zamknięciu. Z biegiem miesięcy zmienił się też stosunek Melanii i Heleny do „wujcia” – jedynej osoby, z którą miały jakąkolwiek styczność. Poza rzadkimi (i z reguły nieprzyjemnymi) odwiedzinami „naszej Pani” („ Panki”) „wujcio” okazał się jedyną osobą spotykaną przez dziewczęta przez prawie dwa lata. Ten prosty chłop był zarazem człowiekiem, którego dobra wola bądź jej brak mogły w każdej chwili nieodwołalnie zmienić ich los. Stał się on – bez żadnej przesady – panem ich życia i śmierci. W miarę mijających miesięcy i lat polszczyzna dzienniczka ulegała powolnej transformacji; pod wpływem „wujcia” w zapiskach Melanii zaczęło się pojawiać coraz więcej słów zaczerpniętych z gwary wiejskiej, zastępujących czyste literacko sformułowania używane w czasie pobytu w getcie oraz w pierwszych miesiącach ukrywania się.

Mimo bardzo młodego wieku Melania zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że jej los zależy od humoru „wujcia”, którego teraz dziewczęta nazywały „Ciuruniu”. Jesienią 1943 r. zanotowała: „Ciureczku, nasze życie, miej siłę wytrwać w Twoim zamiarze przetrudnym do wykonania! Niechaj choć po części ziszczą się Twoje tak bardzo prymitywne i skromne pragnienia!”. Mniej więcej wtedy jedno z tych „bardzo prymitywnych i skromnych pragnień” się ziściło i „Ciuruniu” zaczął „lutać się” (w ten sposób Melania kodowała seks) z Heleną. Ciało było ostatnią rzeczą, którą obie dziewczyny mogły dysponować i którą mogły ofiarować swemu zbawcy. „Lutanie się” nie tylko stanowiło dla chłopa zachętę do dalszych poświęceń, lecz wprowadziło także urozmaicenie do strasznej monotonii życia pod ziemią. W grudniu 1943 r. Melania zapisała: „Namówiłam ją, żeby sprowokowała Ciurunia, żeby wiedział, że mimo zimna jest także chętna. I usłuchała mię i zaczepiła go, i było. I znów mamy na przeciąg kilku dni tak miły temat”.

Wraz z upływem czasu sytuacja Melanii i Heleny uległa dalszemu pogorszeniu. W okolicach Dąbrowy trwały polowania na ukrywających się Żydów. W lipcu 1943 r. ktoś doniósł Niemcom o ukrywających się w pobliskim Szarwarku Żydach. Niemcy dokonali mordu polskiej rodziny Mędalów: niektórych rozstrzelali, innych spalili żywcem w ich własnym domu za udzielanie tej grupce pomocy. Przerażeni chłopi na własną rękę zaczęli mordować żydowskich rozbitków, a sekundowała im w tym polska policja granatowa, która stała się szczególnie wydajnym partnerem Niemców w dziele „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” na terenie powiatu dąbrowskiego. Nic dziwnego, że w tych warunkach dalsze ukrywanie Żydów wiązało się ze szczególnym ryzykiem i było czynem zagrożonym nieporównanie dotkliwszymi sankcjami niż inne formy oporu stawianego okupantowi. Melania i Helena cierpiały coraz większy głód – gospodarze w oczywisty sposób mieli już dość życia w ciągłym strachu i chcieli pozbyć się niewygodnych gości. Wszelako i to łączyło się z wielkim zagrożeniem – w razie schwytania dziewczęta mogłyby z miejsca wydać „Ciurunia” i jego siostrę w ręce władz.

Pod koniec 1943 lub na początku 1944 r. trzynastoletnia Melania również zaczęła „lutać się” z ratującym ją chłopem. Opisy stosunków czterdziestokilkuletniego wówczas „Ciurunia” z trzynastoletnią Melanią i jej starszą kuzynką są czymś wyjątkowym w literaturze pamiętnikarskiej tego okresu. Być może jest to wręcz jedyny tego rodzaju opis, którego przerażające tło i nie mniej ponure konsekwencje wychodzą poza obszar zwyczajnej interpretacji ludzkich zachowań. „Lutanie” nie oznaczało jednak, że dola dziewcząt się polepszyła. Doświadczenie głodu, zimna i pragnienia można odnaleźć w co drugim zdaniu dzienniczka, a zmienne humory „zbawcy” i „dawcy życia” strącały bezsilne i chore dziewczęta na dno rozpaczy. Dramatyczna walka o dodatkowy kęs jedzenia, o łyk wody, o łaskę gospodarza (czego świadectwem są desperackie listy pisane przez obie dziewczynki do „Ciurunia”, w których to listach próbują na nowo go sobą zainteresować) trwała do ostatniego dnia wojny. Jeszcze w styczniu 1945 r., kilka dni przed ofensywą sowiecką, która miała doprowadzić do oswobodzenia Dąbrowy, Melania i Helena były pewne, że nadeszła ostatnia godzina. Ich sytuacja stała się do tego stopnia rozpaczliwa, że Melania nosiła się z myślą zaszantażowania „huncwota” (jak niekiedy określała „Ciurunia”) rzekomą ciążą. Okazało się to zbędne – następnego dnia do Dąbrowy wkroczyła Armia Czerwona.

„Ciuruniu” wypuścił Melanię i Helenę z ukrycia, ale z opuszczeniem gospodarstwa kazał im czekać, tak żeby sąsiedzi się nie zorientowali, iż ukrywał Żydów. Zobowiązał je również do zachowania ścisłej tajemnicy w przyszłości. Jest to stały element wielu opowieści ocalonych. W Dąbrowie Melania spędziła kilka miesięcy, a potem, w lecie 1945 r., udała się do Krakowa, gdzie przez rok uczęszczała do szkoły dla żydowskich dzieci. W 1946 r., po pogromie kieleckim, wyjechała do Niemiec, a stamtąd w 1948 r. – jako jedna z tysiąca żydowskich sierot – do Kanady. Jej kuzynka Helena („Kotuśka”) trafiła do Stanów Zjednoczonych. W Kanadzie Melania zamieszkała w Toronto, wyszła za mąż, doczekała się dzieci, wnuków i prawnuków.

W miarę upływu lat staramy się eliminować z pamięci wydarzenia najbardziej bolesne i przykre, skupiając się na bardziej pozytywnych aspektach przeszłości. Nic dziwnego przeto, że w końcu lat osiemdziesiątych Melania wystąpiła do Instytutu Yad Vashem o uznanie wojennych zasług „Ciurunia”, swojego wybawcy. Jej życzeniu stało się zadość i w 1992 r. „Ciuruniu” i jego siostra zostali odznaczeni medalami Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Jak się łatwo domyślić, wersja wydarzeń przedstawiona przez Melanię w Yad Vashem dość poważnie różni się od tego, co można przeczytać w dzienniczku. Celem dokumentacji gromadzonej w archiwum Działu Sprawiedliwych Yad Vashem nie jest koniec końców wierne udokumentowanie przeszłości, lecz zgromadzenie dowodów, na których podstawie można wystąpić o zaszczytny medal. Lektura dzienniczka Melanii stanowi zachętę do głębokiej refleksji nad istotą ratowania, a zarazem przestrogę przed jednostronną, jednowymiarową interpretacją historii Sprawiedliwych. Melania do dziś z oddaniem wspomina „Ciurunia” i jego siostrę, regularnie też koresponduje z dziećmi i wnukami swych wybawców.

Dziennik Melanii Weissenberg, 1942–1945

DZIENNIK MELANII WEISSENBERG,

1942-1945

...w miarę możności dotrzymać słowa1. Jeżeli tylko będę miała jakąś tajemnicę, to ci ją zaraz powierzę, bo wiem, że bez tego nie może istnieć prawdziwa przyjaźń. Lecz „to”, co chowam na dnie mojego bardzo jeszcze dziecinnego serduszka, muszę nawet i przed Tobą, mój pamiętniczku, niestety zataić. „To” jest tak wielkie i zarazem tak głupie, że boję się je nawet Tobie, pamiętniczku, powierzyć. Bo a nuż ktoś nieproszony trafi do Ciebie i przeczyta zawarte w Tobie słowa, a już jestem zdradzona. „Tego” nie powierzyłam jeszcze nikomu i zdaje się, że nikomu nigdy nie powiem. Zresztą „to” są przecież tylko moje myśli i przypuszczenia.

1III 1942

Naprawdę nie wiedziałam, że pisanie pamiętnika jest tak wielką przyjemnością. I wcale mi się nie wydaje teraz za późno. Każdą zapisaną kartkę oglądam teraz [z] szacunkiem. Wszak to karty mego istnienia, mego życia. Więc chciałabym codziennie parę słów skreślić, ale nie wiem, czy to będzie możliwe. A wszystko przez ten czas, cały dzień przecież jestem przy niczym zajęta, a [w] wieczór znów nie mogę, bo ciemno i zimno. I tak coraz to inne przeszkody. Lecz przecież ja nie jestem winna. Teraz, gdy już piszę przy naftowej lampce, to sen skleja mi powieki. Och, już tak późno...

10 III [19]42. Wtorek

Jakaż wielka szkoda, że przyszłam na świat w wieku przeznaczonym na rozgrywanie wielkich bitew! Dlaczego mnie prawie to spotkało? Gdy byłam jeszcze malutka, marzyłam sobie, by moje życie ułożyło się szczęśliwie i bez troski. Jakże głupie mi to się teraz wydaj e. I tak to jest nieosiągalne. W moich dziecinnych oczach świat przedstawiał się taki różowy. A teraz? Człowiek jest szczęśliwy, gdy przeżyje dzień, i w trwodze oczekuje dnia następnego. Kiedyż to się skończy? I czy my w ogóle końca doczekamy? To jest bardzo, a to bardzo wątpliwe. Gdy czasem budzę się w nocy i głębiej nad tym rozmyślam, to widzę, co ta wojna już zrobiła. Ile ofiar, ile krwi i łez wylano. A co jeszcze będzie? To najgorsze pytanie. Już nie jestem w stanie więcej o tym pisać... choć nie poznać po mnie, to jakżeż ja się tym przejmuję. Może jutro przyjdzie jakiś jaśniejszy dzień (bo dziś był straszny), to więcej napiszę.

17 III [1942]. Wtorek

Ach, Boże, mam tak wielki żal do Ciebie... Dlaczego dopuszczasz do tak wielkich zbrodni? Dotychczas nie narzekałam, nic nie żaliłam się, tylko za wszystko dziękowałam. Tak, za wszystko. Nawet za takie rzeczy, o których nikt by nie pomyślał. Lecz teraz. O, Boże! Jestem zmuszona Cię prosić, choć wiem, że moja prośba nie dojdzie do Twoich boskich uszu. Bowiem zaraz nad ziemią skrzyżuje się z wręcz przeciwną prośbą i po krótkiej walce obie spadną na ziemię. A stamtąd już nie ma powrotu. Ale jednak spróbuję. Bo przecież każdy, kto wysyła w drogę swą prośbę, wie, że do Najwyższego ona nie dojdzie. I jednak ją wysyła. A dlaczego? Bo ma nadzieję. Ja przecież także z nią żyję, więc dziś wyślę moje błagania w bezkresną dal. I będę czekać, aż dobry Pan Bóg mnie wysłucha. Moja prośba jest ogromna i tak droga, jak drogie jest życie każdemu człowiekowi. Proszę Cię, Panie Boże, i nie daj nam zginąć, wyzwól nas z rąk naszych prześladowców. Daj nam, o Boże, w spokoju żyć aż do końca naszego istnienia. Wybacz nam nasze grzechy, które są tak wielkie, jak wielką jest Twoja kara. Wszystkich, których rozłączyłeś, złącz razem i uczyń ich szczęśliwymi do końca ich żywota!

21 III [1942]. Sobota

Mela, Melusiu, wiosna idzie. Tak, to na pewno ona. Wierzcie albo nie wierzcie, ale ja słyszę szelest jej skrzydeł przejrzystych i widzę złocistą jej suknię z promyków słonka utkaną. A cóż to na jej głowie? Ach, to wianek z pierwiosnków, pierwszych jej zwiastunów. Idzie, idzie powoli, jak żółw ociężale dla jednego, jak motylek, cichutko dla innego, a dla jeszcze innego biegnie zwinnie jak sarenka. Już. Przyszła. Przyszła do mnie, bo przestąpiła próg naszej izdebki. A raczej nie próg, tylko parapet, bo weszła oknem, razem z powiewem wiatru. Zagląda do każdego kąta, do każdego zakamarka, do każdej szparki. Słowem wszędzie. A taka jest niewinna, taką czystą ma duszę, że tylko gdzie padnie jej wzrok, tam robi się wesoło i przyjemnie. Stamtąd smutek ucieka. Wiosno, wiosenko! Nie zapominaj, pamiętaj i zaglądnij wszędzie. Wszak gdziekolwiek Ty spojrzałaś, tam zrobiło się jasno i smutek znikł. Już, uciekłaś... Poszłaś do innych domków, do innych ludzi. I nie zaglądnęłaś wszędzie. Zapomniałaś zaglądnąć do naszych ciemnych, biednych i nieszczęśliwych żydowskich dusz.

30 III [1942. Poniedziałek]

Cóż z tego! Cóż z tego, że już wiosna przyszła, że śniegi topnieją, że słoneczko cieplej świeci, że zwierzęta się budzą ze snu zimowego, że wnet ptaszki przylecą do nas z ciepłych krajów, że wreszcie pojutrze nasze święta. I cóż z tego! Maria Vesera i jej ukochany Rudolf już tego nie widzą2. Właśnie wczoraj wpadła w moje ręce książka pt. „Mayerling” i jestem nią zachwycona. Aż w nocy mi się o nich śniło. Chociaż to znana historia, ja jednak nigdy wcześniej o nich nie słyszałam. Tak mi ich szkoda, dlaczego tak postąpili? Według mnie nie powinni byli tak zrobić. Piękna, maleńka Maria miałaby dziś 70 lat, a Rudolf byłby staruszkiem 85-letnim. W tych latach chociaż byliby małżeństwem, myślę, że nie byliby szczęśliwi. Więc może lepiej, że zeszli ze świata z uczuciem szczęścia?

13 IV [1942. Poniedziałek]

Gdybyś wiedziała, jak ja Cię, Bineczko, kocham. O, gdybyś wiedziała. Lecz Ty nie wiesz i nie będziesz nigdy wiedzieć. Bo nie uwierzysz, że taka miłość może istnieć. To się nazywa miłość „lesbi[j]ska”, to znaczy kobiety do kobiety. Kocham Cię całym moim dziecinnym, czystym jeszcze serduszkiem. I cierpię. I Ty jesteś moją pierwszą miłością. Jakaż szkoda, że nie mogę Ci dać wymownych jej dowodów! Więc muszę poprzestać na tych dowodach, które mi są możliwe. Gdybym mogła coś zrobić dla Ciebie. Ale Ty przecież nic nigdy ode mnie nie żądasz, bo nie wierzysz, bym ja była do czegoś zdolna. Lecz wiedz, moja ukochana Bineńko, że miłość taka jak moja do Ciebie może wiele zdziałać. Pamiętaj, że na mnie liczyć możesz zawsze i w każdym wypadku.

20 V 1942. [Poniedziałek]

Pomimo tego że przed kilkoma zaledwie dniami pisałam o wiośnie, tak mnie coś ciągnie, że znów chcę coś o niej napisać. Wszak żyjemy teraz w najpiękniejszej porze roku. Wiosna! To jedno, maleńkie słówko, wiosna! Ileż czaru ono w sobie mieści! Wiosno, wiosenko! Jakaż ty jesteś piękna, boska, czarująca. Wszystko, co dobre i piękne, porównujemy z tobą. Szczęście – to wiosna, miłość – to wiosna, młodość – to wiosna. Szczęśliwi ci, którzy woń twoją wdychają, ci, których zachwycasz pięknem swojego oblicza. Szczęśliwi? Tak, szczęśliwi. Lecz ci, którym twego widoku nie przesłania żadna chmurka, którzy mogą się cieszyć twym pięknem. Lecz dla nas? Nie dla nas świeci twe promieniste słonko, nie dla nas się trawka zieleni, nie dla nas uśmiechają się błękity. Ponad naszymi głowami rozpościera się czarna, nieprzenikniona chmura. Czy tak będzie zawsze? Czy nie istnieją takie wiatry, które by ją rozegnały? A może ty, jasna, promienna wiosenko, potrafisz przeniknąć przez głębię tych ciemnych chmur? I może dla nas zaświeci wreszcie słonko?

29 V 1942. [Środa]

Jakże naiwne były moje myśli! Teraz dopiero to widzę. Ja do tej ostatniej, strasznej Jego chwili myślałam, że jednak jest, to znaczy, że jednak tu, w tym wypadku, okaże się miejsce między ustami a brzegiem pucharu. Widzę, że nie ma.

I coś jeszcze widzę. Tam, daleko, przez maleńką szparkę, gdzie rzadko kto dochodzi i gdzie na pewno nikt prócz mnie nie spogląda, zobaczyłam., że nikogo nie ma tam, wysoko, ponad naszymi głowami, i jeszcze wyżej, ponad chmurami.

Tam, w niebie. Ani aniołka, ni skrzydełka, nic. Wiara w Tego Najwyższego, który rzekomo tam siedzi, załamywała się już we mnie od dawna. I dziś się załamała3. Możliwe, że w owej chwili, gdy patrzyłam, wzrok mnie mylił, więc jeszcze ostatniego słowa nie wypowiem, aż będę zupełnie pewna.

21 VI 1942. [Niedziela] Aleczko moja słodka!

Choć nie wiem, co ze mną jutro będzie, to jakże mi Ciebie żal... Nie wiem, nie mam pojęcia, jak życie me dalsze bez Was się ułoży. Fredziuniu słodki! Aleczko droga! I resztka Was! Gdzie jesteście? Czy żyjecie? Ach, nie ma wyższej istoty na globie ziemskim i wyższej nad człowieka! Nie ma! Jakżeż to straszne! Tego nikt wcześniej pojąć nie zdoła, aż go bezpośrednio nie dotknie. Tak jest.

25 VII [1942]. Sobota

Tej nocy spałam z Bineczką4 na strychu. Jeszcze kilka takich nocy, a będziemy na cmentarzu.

7 VIII [1942]. Piątek

Wczoraj były urodziny Bineczki. Ofiarowałam jej bukiet kwiatów i napisałam list. Urządziła u koleżanki przyjęcie i zaprosiła wszystkie koleżanki i kolegów oraz znajomych. Mnie naturalnie nie. Dostała parę ładnych prezentów. Złożono Jej dużo życzeń, ale na pewno żadne nie były tak prawdziwe i tak płynące z głębi serca jak moje.

9 VIII [1942]. Niedziela

Dziś rano byłam u Binki i zaraz poznałam, że ją coś gnębi, choć pozornie była uśmiechnięta i wesoła nawet. Więc zaczęłam ją prosić, żeby mi wyjawiła powód swego smutku. Wreszcie mi powiedziała, że w dniu swoich urodzin jedna ze znajomych panienek, niejaka Ania F., popatrzyła na jej rękę i powiedzieć jej nic nie chciała. A że owa panienka zna się podobno na linii życia, więc ona przypuszcza, że coś złego wypatrzyła. Że podobno jej linia życia wkrótce się przerywa. I to jest ten powód. Jutro Binka pójdzie do niej, będzie nalegać, by jej powiedziała prawdę. Och, jakże się boję o jej życie! Bo ja lubię czasem przeczuć.

10 VIII [1942]. Poniedz[iałek]

Z niecierpliwością oczekiwałam dziś chwili, w której się miałam ubóstwianej Binki zapytać, co jej powiedziała owa Ania. Ale ponieważ była Ona w o wiele lepszym humorze niż wczoraj, więc przypuszczałam, że owa panienka się musiała pomylić. Lecz Binusia mi powiedziała, że Ania jej dała nadzieję, że wojnę przeżyje, a reszta to ją nie obchodzi, bo ona chce tylko widzieć koniec wojny, więc z powrotem jest wesoła. To wszystko jest coś bardzo niejasne. Bardzo się boję.

16 VIII [1942]. Niedziela

Mam złe przeczucie. Jakaś czarna, ogromna chmura wisi nad nami i na pewno spadnie. Bo po co sobie wmawiać, że nie, że już było dosyć i że nic nie będzie. Wszak Dąbrowa nie jest innym, lepszym miastem od innych! Są w niej tak samo różni ludzie jak wszędzie, tak samo dobrzy i niedobrzy, zazdrośni i litościwi, biedni i zamożniejsi, szczęśliwi i nieszczęśliwi. Więc po cóż sobie wmawiać, że zanim zdążą coś złego zrobić, to coś się stanie. Przecież gdyby cuda istniały, to by już wcześniej coś się widziało. Bo tyle już złego było i jest nadal, i cuda, gdyby istniały i mogłyby coś dobrego zrobić, to by z pewnością nie patrzyły obojętnie na cierpienia ludzkie, które są przecież bez granic! A wnet już nie będzie miał kto cierpieć!

4 IX [1942]. Piątek

Już tydzień minął, jak widziałam się z Bineńką. Dziś już nie mogłam wytrzymać i poszłam pod jej dom, bo wiedziałam, że wróciła z gemeinschaftu5, gdzie jest sekretarką.

Ale zdaje się, że nie była zadowolona z mojej wizyty i wcale za mną nie tęskniła, tak jak ja za nią. Więc nie chciałam długo jej nudzić i zabrałam się do domu, choć byłabym bardzo rada jeszcze parę chwil widzieć ją, bo tak mi się zdaje, że już niedługo tego dobrego. Bodaj by mnie przeczucie myliło.

9 IX [1942]. Środa

A więc stało się to, czego się najbardziej obawiałam. Muszę się z Bineńką moją najdroższą rozłączyć! Ach, jakie to okropne! I już nigdy się z nią nie zobaczyć! Cóż ja bez niej pocznę? Do kogo się będę uciekać w chwilach rozterki i żalu do całego świata? Jakiż to bezgraniczny cios dla mnie... jeszcze tylko kilka godzin mi pozostaje! Idę więc teraz list pożegnalny napisać do Niej, bo nie potrafię wysłowić się, co do niej czuję i co Jej życzę na przyszłość, której aby doczekała! Już. Skończyło się. Prysnęła bańka mydlana. Nie przypuszczałam, że w takich warunkach przyjdzie nam się rozstać. Bineńka tak płakała nad moim listem i długo trzymała w swoich rękach moją głowę i patrzyła mi w oczy. Żądałam od niej błogosławieństwa i pobłogosławiła mi. Teraz odchodzę z miasta, by już więcej do niego nie wrócić. Nic dobrego mnie w nim nie spotkało. Straciłam w nim wszystkich drogich mi ludzi z rodziny i w końcu dziś przyszło mi zostawić w nim najdroższe mi na świecie stworzenie, Bineńkę. Pierwsze dni będę jeszcze żyła oczekiwaniem na ostatni może od Niej list, a potem to już nie wiem, na co mi przyjdzie.

10 IX [1942]. Czwartek

Znajduję się u pewnej chłopki, gdzie skryłam się wraz z rodziną, by uciec burzy, która musi przejść nad miastem6. Och, jakże się boję o moje kochanie, które zostało w tym wstrętnym mieście! Mam teraz całe dnie czasu, więc bardzo dużo mimo woli rozmyślam. I drżę ze strachu, że Bineczka nie wyjedzie na czas z miasta.

12IX [1942]. Sobota

Dziś dostałam list od Bineczki mojej ukochanej. Oblałam go gorzkimi łzami. Bo jakże można się pogodzić z myślą, że to już koniec, że ma się 70 lat, gdy jest się w kwiecie wieku i ma się 20 lat!7 Żebyśmy się jeszcze kiedyś w życiu widziały!

17 IX [1942]. Czwartek

Dzisiaj przyszedł do nas tatuś, bo widocznie już bardzo źle w mieście musi być. Z jakim ciężkim sercem przyjęłam wiadomość, że moja droga Binka siedzi gdzieś w jakimś lochu i oczekuje najgorszego. Co ona tam biedna musi cierpieć! Przecież mówiłaś, Bineczko, że nigdzie nie pójdziesz, że się z rodzicami nie rozłączysz! Musisz się zdać na Twoją szczęśliwą gwiazdę i na mnie. Może jednak mi się coś uda, bo wytężę wszystkie siły, by ci pomóc. Gdybym była w mieście, to by mi się na pewno udało!

18 IX [1942]. Piątek

Cóż za okropny dzień był dziś w mieście!8 Ani jeden żyd nie został. Wszystko wywiezione na śmierć. Co moja Bineńka robi? Co ja bym teraz zrobiła, by móc ją mieć teraz przy sobie! Ale ona żyje jeszcze na pewno! Bo jeszcze nie było żadnego symptomu, który by wskazywał, że nie.

19 IX [1942]. Sobota

Dziś po