Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Szczęście pachnące wanilią ebook

Magdalena Witkiewicz

4.86666666666667 (15)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 231 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczęście pachnące wanilią - Magdalena Witkiewicz

Słodko-gorzka opowieść o spełnionych marzeniach

Ada ma kłopoty. Złamane serce i pusty portfel. Na gdańskim osiedlu otwiera małą cukiernię, bo tylko to potrafi robić – piec ciasteczka. Cukiernia wabi i przyciąga, szczególnie inne zagubione dusze – Karolinę, singielkę nie z wyboru, Magdę, żonę faceta, który najbardziej kocha swój…samochód oraz Milenkę, która niebawem będzie mamą.

I tak za sprawą „na chwilkę wstawionego kojca” mała cukierenka stanie się miejscem spotkań kilku kobiet, które są na życiowych rozdrożach i bardzo potrzebują rozmowy, najchętniej w towarzystwie pachnących i aromatycznych babeczek.

W „Szczęściu pachnącym wanilią” spotkamy także bohaterów znanych z innych powieści autorki - Bachora martwiącego się tym, że jego Milenka cudzołoży! znaczy się śpi w cudzym łóżku i Parysa Antonia, który z niezmiennym wdziękiem arystokraty pęta się bohaterom pod nogami.

 

Magdalena Witkiewicz zaprasza na jedno z gdańskich osiedli gdzie uroczo, mądrze i z humorem po raz kolejny opowiada o kobietach i ich życiowych rozstajach. O sile, która w nich tkwi i o wielkiej potrzebie happy endu, o szczęściu, pachnącym wanilią…

Opinie o ebooku Szczęście pachnące wanilią - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Szczęście pachnące wanilią - Magdalena Witkiewicz

Tomkowi.

Mam nadzieję, że już się pogodziłeś z żoną pisarką.

I że nie będziesz mi kazał się zająć „normalną” robotą.

Gdyby nie Ty, pewnie bym musiała.

Więc doceniam i bardzo za to dziękuję.

TRZECIA CZTERDZIEŚCI TRZY I ZAPALONE ŚWIATŁO

Na czwartym piętrze paliło się światło, a okno było szeroko otwarte. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że była trzecia czterdzieści trzy i to nie ta trzecia, kiedy już prawie kończysz pracę, ale ta trzecia, kiedy normalny człowiek mocniej przykrywa się kołdrą, przytula do męża albo odwraca się na drugi bok, z lekka ziewając.

Kolejna trzecia czterdzieści trzy, kiedy Natalia z zamkniętymi oczami przygotowywała mleko w butelce, by nakarmić drącą się wniebogłosy córkę. Córkę kochała nad życie, ale o tej trzeciej czterdzieści trzy jakby nieco mniej. Nieznacznie mniej, oczywiście. O tej godzinie jednak najbardziej kochała spać.

Córka wolała jeść. Czego też się głośno domagała.

Zatem Natalii nie pozostało nic innego, jak zapewnić swemu dziecku jedną z podstawowych potrzeb w hierarchii Maslowa – nakarmić ją, poczekać, aż się jej odbije, i udać się z powrotem do łóżka na całe szczęśliwe trzy godziny, kiedy to znowu będzie musiała zagwarantować dziecku realizację jego podstawowych potrzeb bytowych.

I tak do matury.

Przynajmniej mama Natalii tak twierdziła. A potem jest jeszcze gorzej.

No, ale wracając do okna.

Mijała czwarta noc z kolei, a okno na czwartym piętrze znowu było otwarte. I jeszcze to zapalone światło. Gdyby to była upalna lipcowa noc, to by zrozumiała, ale w lutym? Minus piętnaście, a tam otwarte okno.

Podejrzane.

Chwilę jeszcze się nad tym zastanawiała, ale gdy tylko zauważyła, że córka się najadła, odłożyła ją szybko do łóżka i jeszcze szybciej, zapomniawszy o oknie, zasnęła, zabierając całą kołdrę nieprzytomnemu mężowi. No, jakżeby miał być przytomny. Wszak był środek nocy i normalni ludzie (do jakich Krzysztof Kalinowski z pewnością się zaliczał) śpią snem sprawiedliwego.

* * *

Adam Kondracki o trzeciej czterdzieści trzy siedział w garażu. Trudno było mu się rozstać ze swoim kruczoczarnym volvo. Gładził skórzaną tapicerkę, nie mogąc się zdecydować na powrót do domu. To było gorsze niż rozstanie z potencjalną narzeczoną, której nie miał. Miał natomiast żonę, ale ta, wielce na niego obrażona, udała się do teściowej, zabierając ze sobą dwoje ich wspólnych dzieci.

Jeszcze raz uruchomił GPS i sprawdził, że on, właściciel tego czarnego cacuszka, na pewno znajduje się w swoim garażu. GPS to potwierdził. Adam pogłaskał kierownicę i westchnął. Czas iść do domu.

Otworzył drzwi. Już miał wystawić nogę na zewnątrz, gdy nagle olśniła go pewna nader zaskakująca myśl.

Kto powiedział, że nie można spać w garażu?

W swoim dopiero co kupionym, pachnącym jeszcze nowością czarnym szaleństwie?

Tak też zrobił.

Po chwili z garażu znajdującego się przy domku jednorodzinnym na gdańskim Nowcu rozległo się miarowe chrapanie.

* * *

Adrianna Olechowska nie spała. Siedziała po turecku na dywanie, popijając czerwone wino, w które to regularnie zaopatrywała się w pobliskiej Biedronce, i liczyła pieniądze.

Za każdym razem wydawało jej się, że jest ich jeszcze mniej. Na podłodze rosły kupki faktur. Ta z zapłaconymi była najmniejsza. Odłożyła ją do segregatora. Zabrała się do drugiej, dużo większej. Zielona karteczka post-it krzyczała czerwonym napisem „DO ZAPŁATY”.

Westchnęła.

Te, które trzeba natychmiast zapłacić, przełożyła na prawą stronę. Te, które jeszcze mogą poczekać, na lewą. Po lewej były te, których termin płatności jeszcze nie upłynął albo wystawione przez wyrozumiałego dostawcę. Coraz mniej było tych cierpliwych.

Siedziała chwilę, wpatrując się w papierowe kupki.

Ta kawiarnia to jej dziecko. Drugie dziecko. Pierwsze, to najważniejsze, jedenastomiesięczny syn, spało w drugim pokoju. Drugie – kawiarnia – miało pracować na pierwsze. Różnie z tym bywało. Po opłaceniu niani, mieszkania i rachunków nie zostawało prawie nic.

W całym domu pachniało wanilią. To biszkopt piekł się właśnie w piekarniku. Zamówienie urodzinowe dla sąsiadki z góry. Zaraz wyłączy piekarnik i pójdzie spać. Krem zrobi jutro. Dekoracje z masy plastycznej już prawie przygotowane. Znowu będzie małe mistrzostwo świata. Uśmiechnęła się. Praca przynosiła jej tyle radości. Szkoda, że nie szły za tym pieniądze. Musi rozkręcić bardziej ten interes, ale jak przeczekać ten okres rozkręcania? Sponsor by się przydał. Albo mąż. Niestety, niektórzy mężczyźni na mężów się nie nadają. Nadają się tylko do robienia dzieci. Gdyby chociaż płacił alimenty.

– Ada, uważam, że zrobiłem już wszystko, co powinienem zrobić. Prosiłem, byś się ze mną nie kontaktowała. Mogę mieć przez to kłopoty. Nie mogę sobie pozwolić na więcej w obecnej sytuacji.

Słyszała to kilka razy. Potem już nie prosiła. Dziwne, że jej nikt nie pytał, na co ona może sobie pozwolić w obecnej sytuacji. Owszem. Mogła iść do pracy. Na przykład na kasę do pobliskiego supermarketu. Pracowałaby od rana do wieczora, zarobiła trochę pieniędzy, może na nianię by wystarczyło? Ale co z ciastami, tortami, waniliowymi babeczkami z truskawką w środku, które rozpływały się w ustach?

Kiedyś ktoś jej powiedział, że te jej ciasta są jak czekoladki z filmu Czekolada. Też czarodziejskie. A ona jest wróżką.

Chciałaby, aby to była prawda. Niestety, jakiś czas temu przestała wierzyć w czary.

Przejrzała jeszcze raz stertę papierów. Z kupki tych, co nie mogą dłużej czekać, wybrała trzy.

Jak wyłączą jej prąd, nie będzie mogła pracować.

Kółko zamknięte.

Wypiła ostatni łyk wina. Spojrzała w okno. Na czwartym piętrze ktoś miał je otwarte. I palił światło. Wietrzenie? W środku nocy? W bloku po prawej też się paliło. Co ci ludzie robią?

No tak. Może jak ona przeglądają rachunki. I martwią się o lepsze jutro.

* * *

O trzeciej czterdzieści trzy Karolina Nogalska również nie spała. Właśnie skończyła czytać pracę magisterską pod tytułem „Poglądy kobiet ze wsi i miasta na temat używania alkoholu” i gdyby nie to, że obiecała sobie, iż zrobi trening z ponętną Mel B z telewizora (a zawsze robiła to, co zaplanowała), sama by zaraz zaczęła spożywać ten alkohol. Na trzeźwo przebrnąć przez te sto pięćdziesiąt stron tekstu napisanego przez jakiegoś mało ambitnego studenta psychologii było prawie niemożliwością.

Ostatnio coraz częściej zdarzały się prace, których po prostu nie mogła czytać. Coraz częściej cisnęło się jej na usta „ta dzisiejsza młodzież”. Była jak najdalsza od moralizowania, ale miała wrażenie, że za jej czasów ta cała psychologia przyciągała ciekawszych ludzi. A teraz przyciąga głównie tych, którzy sami mają problemy. No, ale któż ich nie ma w obecnych czasach? Może to nie kwestia młodzieży, tylko czasów?

Koniec myślenia. Ćwiczenia na płaski brzuch z Mel B były wyjątkowo upiorne. Sama Mel również była upiorna, bo jak można z takim uśmiechem wylewać poty. Karolina nie miała kiedy chodzić do klubu fitness, bo, jak widać, pracowała w godzinach nader dziwnych i czasem zdarzało się, że wolne miała dopiero o trzeciej w nocy, toteż skrupulatnie czas ten wykorzystywała na to, co akurat miała zapisane w granatowym kalendarzu z Małym Księciem. Tym razem czerwonym długopisem napisała tam Mel B.

* * *

Zuzanna Wolicka, lat prawie dziewięć, usłyszała dzwonek alarmowy budzika dobiegający z drugiego pokoju. Westchnęła. Trzecia czterdzieści trzy. Jak co noc. Za chwilę Milena, obijając się o wszystko wokół, założy swój szlafrok i bezszelestnie (a przynajmniej tak się biednemu Milaczkowi wydawało) wyjdzie z łóżka jej taty, Jacka Wolickiego, i uda się do siebie na piąte piętro, by dalej udawać przed wszystkimi, że nie cudzołoży.

A cudzołożyła.

Zuzanna Wolicka strasznie to przeżywała.

Kochała Milenkę, jak tylko mogła, i nie chciała, by ta dłużej grzeszyła, ale sama nie wiedziała, jak temu wszystkiemu zaradzić.

Milenka wcisnęła guzik windy, ziewając. Cały wieżowiec na gdańskiej Zaspie spał. No, może z wyjątkiem Parysa Antonia, setera irlandzkiego, psa arystokraty, który właśnie udał się do kuchni, zimnym nosem otworzył szafkę pod zlewem i z kubła na śmieci wyjął papier po twarożku śmietankowym podwójnie mielonym. Wysunął swój różowy długi język, najpierw kilka razy oblizał papier, po czym wciągnął go do swojego olbrzymiego pyska. Zajrzał jeszcze raz do wiadra, ale nie znalazł nic, co nawet on uznałby za zjadliwe, zamknął z powrotem drzwiczki (zawsze o tym pamiętał), szczeknął dwa razy, bo ktoś się szwendał po klatce schodowej, ale gdy wyczuł, że to istota kobieca, pachnąca truskawkami, zresztą mu bardzo znajoma, udał się z powrotem na swoje posłanie i zasnął. Śniło mu się, że tam na tym papierze było więcej twarogu. A nie tylko te resztki, które wystarczyły mu na jedno kłapnięcie pyskiem. To był cudny sen. Tak cudny, że pies aż się oblizał.

* * *

O trzeciej czterdzieści trzy tej nocy Zofia Kruk spała. Trzymała kurczowo dłoń swojego ukochanego męża Staszka, do którego coraz bardziej czuła się przywiązana. Miała wrażenie, że powoli staje się dorosła. Wrażenie to było nader dziwne, gdyż Zofia Kruk zbliżała się już do siedemdziesiątki, ale jak to się mówi – lepiej późno niż wcale. To stwierdzenie sprawdzało się zawsze, no może z wyjątkiem spóźniania się na pociąg, ale Zosieńka pociągami jeździła ostatnio coraz rzadziej. W ogóle najchętniej nie ruszałaby się ze swego pięknego domu w Matemblewie, ale przecież musiała doglądać Milenki, co by za dużo głupstw nie wyrabiała. Albo raczej, by zaczęła wreszcie je wyrabiać, bo zostanie starą panną. Bardzo się starała nie ingerować więcej w życie uczuciowe siostrzenicy, po tym jak nieudolnie próbowała ją swatać ze swoim dentystą, no, ale Milenka mogłaby się pospieszyć w zakochiwaniu się w Jacku. Wtedy wszystko byłoby na swoim miejscu. I Milenka, i Jacek, i Zuzanka. Od razu gotowa rodzina. Potem się jeszcze postarają o rodzeństwo dla Zuzanki, najlepiej w liczbie sztuk dwie, a Zofia Kruk sypnie trochę jakimś groszem, by niczego kochanej Milence i jej bliskim nie brakowało.

Już sobie wszystko zaplanowała. Z najdrobniejszymi szczegółami. Wystarczyło tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać. Kusiło ją bardzo, by znowu pomóc szczęściu, ale z tego pomagania nigdy nic dobrego nie wychodziło. Może Zuzankę zaprzęgnie do roboty, jest bliżej i powinna więcej zdziałać na niwie pełnej rodziny Wolickich.

IDZIE NOWE. MIEJMY NADZIEJĘ, ŻE LEPSZE

Adrianna Olechowska nie mogła spać tej nocy. Niespokojnie kręciła się z boku na bok.

Spojrzała na wyświetlacz telefonu. Dochodziła ósma. Dobrze, że dzisiaj pracowała Ania, jej pracownica. Westchnęła. Dziewczynę też trzeba będzie zwolnić? Przecież sama nie da rady piec, sprzedawać, zamawiać towar i obsługiwać gości. Mama miała rację, nie trzeba było zostawiać ciepłej posadki w księgowości, tylko siedzieć za biurkiem i tęskno patrzeć w szybę z napisem „lokal na sprzedaż” podczas spacerów z wózkiem.

W Gdańsku była sama. Po skandalu, jaki wywołała, wchodząc w ten niezbyt fortunny związek, jej rodzice wybrali życie na wsi, trzysta kilometrów od Trójmiasta.

Szalała za nim. Bardzo. On za nią też. Potem czar prysł. Miała dwadzieścia lat i była wtedy bardzo młoda. Duchem młoda. Wierzyła mężczyznom.

Wydawało jej się, że ona i Konrad będą żyli długo i szczęśliwie. Niestety, on miał inne plany.

Po wspólnych planach został Michaś. Spojrzała na syna i uśmiechnęła się. Z pewnością Michaś zrekompensował jej wszystkie porażki. Z jego ojcem była dwa lata. Gdy zaszła w ciążę, zaczęły się kłopoty. Namawiał, by usunęła, przynosił kasę, umawiał wizyty w prywatnych gabinetach.

Odmawiała.

Cały czas miała nadzieję, że będą razem.

Niestety. Wkrótce powiedział, że nie może tak żyć.

Jak, do cholery?

Przecież było idealnie.

Kupił mieszkanie przy lesie na cudnym osiedlu pełnym młodych ludzi, miał doskonałą pracę. Wprawdzie często wyjeżdżał w delegacje... Dopiero potem zrozumiała, co kryje się za tymi częstymi wyjazdami. Podwójne życie. Było już za późno.

– Nie mogę jej tego zrobić... – powiedział. – Przepraszam, że cię oszukiwałem. Przepraszam.

Potem sobie przypominała te wszystkie dziwne sytuacje i wydawało jej się, że już dawno powinna dostrzec, że nie wychodzi jej ta zabawa w dom. Na szczęście Konrad zostawił im śliczne dwupokojowe mieszkanie z wyjściem do małego ogródka i wyjechał. Nie widziała go od tamtej pory. Kontaktowali się telefonicznie, gdy przypominała o alimentach. Wtedy powiedział, że załatwi sprawę jednorazowo. I prosi, by więcej się do niego nie odzywała.

Bolało.

– Mama – zawołał ktoś z drugiego pokoju.

Uśmiechnęła się. Mając syna, ma wszystko. Da sobie radę.

Jej dewiza życiowa brzmiała: „Jakoś to będzie. Bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Nawet napisała sobie to na kartce i przywiesiła na lodówce. Przeciągnęła się. Starała się nie patrzeć na sterty papierów z naklejonymi kolorowymi karteczkami. Jak tylko przyjdzie niania, pani Irenka, Ada popłaci rachunki. Potem wystawi stare ubranka na Allegro. Zawsze ktoś kupi, a ona będzie miała kasę na następne. Chociaż z ciuchami dla małego nigdy nie miała kłopotu. Gdy wyrastał, zawsze jakimś cudem zjawiały się nowe. To od znajomych, to od krewnych. Zwykle Michał był lepiej ubrany niż ona. Firmowe ciuchy. Jeszcze z metką. Nikt nie musiał wiedzieć, że to był „worek ślicznych ciuszków używanych MARKOWE 30 sztuk” za trzydzieści pięć złotych plus przesyłka.

Dzwonek do drzwi. Pani Irenka.

Pani Irenka była pięćdziesięcioletnią kobietą, która opiekowała się Michałem. Może gdyby Adrianna miała więcej pieniędzy, w roli opiekunki syna widziałaby jedynie francuską guwernantkę, władającą kilkoma językami, ale na razie musiała wystarczyć pani Irenka. Prosta kobieta, ale bardzo kochająca dzieci.

– Spóźniłam się, pani Ado, ale w Lidlu była akurat łopatka za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Pomyślałam, że Michałkowi krupniczku ugotuję. Duży chłopak już jest, musi zacząć jeść wszystko – mówiła, zdejmując płaszcz. – Poza tym akcja błysk. Oczy jej się rozświetliły. Pani Irenka rozejrzała się po pokoju. – Mogłaby pani, pani Ado, zahaczyć o Lidla. Ja tu pani ogarnę, ale pani nawet nie ma płynu do szyb!

– Nie trzeba, pani Irenko.

Adrianna wolałaby, by pani Irenka poczytała Michałowi jakąś książkę, a nie zajmowała się porządkami domowymi, ale nie można mieć wszystkiego.

– Ma pani czerwone oczy. Złe sny? Za późno te młode spać chodzą. Telewizja do nocy. Moja recepta na dobry wygląd to dziesięć godzin snu – oświadczyła pani Irenka. – I wtedy można wszystko.

Adrianna próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spała więcej niż sześć godzin. Chyba na początku ciąży. Będzie prawie dwa lata.

– Też bym tak chciała, pani Irenko – westchnęła.

– Jak się chce, to się może, pani Ado. Jestem dwa razy od pani starsza, dwoje dzieci odchowałam, to wiem. Położyła beret na półeczkę. – A w cukierni pustki. Ludzi znaczy nie ma. Ta pani pannica siedzi i gazetę czyta. Kupiłam dwie drożdżówki, by nie było nudno dziewczynie. Przecież muszę coś jeść w ciągu dnia. Sam krupniczek nam z Michasiem nie wystarczy.

Pani Irenka nie wyglądała na specjalnie wygłodzoną, wręcz przeciwnie. Jej obfite biodra ledwo mieściły się w wytarte jeansy z modną dziurą na kolanie, a obciągany co chwilę przez nią sweterek obnażał bezlitośnie fałdki na brzuchu i uwydatniał biust, którego naprawdę nie było potrzeby uwydatniać.

Gdy Ada zatrudniła panią Irenkę, stwierdziła, że do miękkiej niani na pewno lepiej się będzie przytulać niż do zupełnie chudej. Chociaż każda myśl o zostawieniu synka z obcą kobietą, a tym bardziej o tym, że Michaś miałby się do niej przytulać, napawała ją strachem. Dlatego część wypieków przeniosła do domu, narażając się na karę sanepidu w przypadku kontroli. Wolała karę instytucji państwowej niż rozłąkę z synem. Pani Irenka wprawdzie nie lubiła, gdy Ada patrzyła jej na ręce, ale Ada nie zaprzątała sobie tym głowy. Piekła swoje ciasta, babeczki i torty w domowej kuchni i miała synka blisko.

Poszła do pokoju syna.

– Mama! – przywitał ją radośnie Michał. Był bardzo pogodnym dzieckiem, mogłaby go zabierać ze sobą wszędzie, nie sprawiałby kłopotu. Nawet kiedyś, gdy pani Irenka zachorowała, spędzał z nią czas w cukierni. Wstawiła tam tylko kojec, w którym się bawił, i mogła całkiem spokojnie pracować. Dziecko było niemalże bezobsługowe.

– Baba! – ucieszył się syn, gdy zobaczył panią Irenkę.

Ada zostawiła chłopca z nianią, poszła pod prysznic i po chwili zbiegła na dół do cukierni.

Cukiernia, a właściwie kawiarnia, mieściła się w lokalu usługowym w tym samym budynku na parterze. Ada się śmiała, że mogłaby przebić się z domu do kawiarni i schodzić tam w kapciach. Nie wykluczała zresztą, że kiedyś tak zrobi, ale na razie musiała wyjść z klatki schodowej, przejść kilka metrów i już była u siebie. Lokal, który kupił jej ojciec, był ogromny jak na taką małą cukierenkę i stanowił główny element kosztów utrzymania firmy. W zasadzie były to dwa lokale, trzeba było tylko postawić ściankę działową. Miały nawet osobne wejścia. Może gdyby podzieliła się z kimś tym miejscem, drugą część oddała na inne usługi, to byłoby lepiej, ale na razie nie było chętnego. Lokal po prawej stronie cukierenki zajmowała pani Klaudia, fryzjerka, która szumnie nazwała swoje miejsce pracy „Studiem Kreatywnego Fryzjerstwa”. W swojej fryzurze Ada nie widziała do tej pory nic kreatywnego, ale być może dlatego, że nie pozwalała nigdy pani Klaudii puszczać wodzy fantazji.

– To samo, Adusiu?

– To samo – odpowiadała Ada za każdym razem. – Byleby jak najszybciej.

Do fryzjera chodziła regularnie, bo rozliczały się jak za starych dobrych czasów – barterem. Pani Klaudia cięła i fryzowała, a Ada piekła i dekorowała ciasta i ciasteczka na przeróżne okazje w domu pani Klaudii. I wszyscy byli zadowoleni.

Po lewej stronie od cukierenki tworzył się gabinet dentystyczny. Adrianna myślała, że już dawno ruszy, ale wciąż był zamknięty. Czasem wpadała tam brunetka ciągnąca bądź pchająca dwoje dość rozkrzyczanych dzieci, odsłaniała żaluzje, szamotała się w środku i krzycząc na nie, jeszcze szybciej wychodziła. Kiedyś nawet trafiła do cukierni przy okazji.

– Normalnie zwariuję z wami. Ja wiem, że to niepedagogiczne tak mówić, a tym bardziej wariować przy dzieciach, ale brak mi sił. O, zobaczcie cukiernia. Chcecie coś?

– Taaaaaak! – wrzasnęły dzieciaki. Na oko trzyletni chłopczyk i pięcioletnia dziewczynka.

– Ale ani słowa, bo nic nie kupimy! Zrozumiano?

Dzieciaki przytaknęły.

– Dzień dobry – powiedziała, gdy weszli do cukierenki.

– Dzień dobry – odpowiedziała uprzejmie Ada i uśmiechnęła się.

Kobieta wymownie spojrzała na dzieciaki. Stały z zaciśniętymi ustami.

– A wy co? Nie powiecie „dzień dobry”?

Oboje pokiwali głowami.

– Nie powiecie?

Ponownie pokiwali głowami.

– Boże, przepraszam za moje dzieci. Chleb poproszę. Ten słonecznikowy.

– Coś jeszcze? Mam wspaniałe waniliowe babeczki. Specjalnie dla dzieci.

– O nie. – Kobieta próbowała być twarda. – Jak nie wiedzą, jak się zachować, nic nie dostaną. Staram się ich wychowywać – powiedziała stanowczo. – Nie powiedziały „dzień dobry”, nie dostaną babeczek.

W tym momencie dziewczynka się rozpłakała. Jej brat, nie bardzo wiedząc, o co chodzi, zawtórował jej.

– O nie! – powiedziała kobieta. – Zdaję sobie sprawę, że to szantaż. Płaczem nic na mnie nie wymusicie!

– Ale, mama! – chlipała dziewczynka. – My byliśmy grzeczni! Powiedziałaś, że dostaniemy coś dobrego, jeśli nie będziemy mówili ani słowa, a potem nie powiedzieliśmy ani słowa, nawet „dzień dobry”, i znowu mamy karę! – płakała. – Nie opłaca się być grzecznyyyyyym!

Kobieta zaniemówiła skonsternowana.

– Ma pani kawę?

– Oczywiście. Duża latte?

Kobieta skinęła głową.

– I babeczki. Dwie. Te z truskawką. A dla mnie ten torcik kawowy. Nie daję rady. Niby już do przedszkola chodzą, ale ciągle chore. Normalnie to bym je puściła, bo katar to, wie pani, nie choroba. Ale potem gadają, że dzieci lekarzy zawsze z gilami do pasa przychodzą do przedszkola. No to ja już jak mają gile, nawet nie do pasa, zostawiam je w domu – mówiła. – Ale obiecuję, jeżeli to jeszcze trochę potrwa, to ja naprawdę będę je tam prowadzić z gilami wiszącymi do kolan.

Ada się roześmiała.

– Nie przedstawiłam się. – Kobieta wstała. – Magda Kondracka jestem. Będę pani sąsiadką, bo od pół roku próbuję tu gabinet dentystyczny otworzyć, ale zawsze coś stoi mi na drodze. Bo wie pani, mąż robi karierę. A ja nie mogę jakoś zacząć jej robić, chociaż papierzyska już prawie wszystkie załatwione.

– Adrianna Olechowska. Właścicielka kawiarni.

– Sama pani piecze te cuda?

– Sama. Po nocach. I dekoruję też. Oraz jem. Złapała się wymownie za pośladki.

– O matko. To jest dopiero talent! Coś mam wrażenie, że jak wreszcie otworzę ten gabinet, to będę szersza niż dłuższa. Magda Kondracka wskazała na pirata na torcie.

– To jest jadalne?

– Wszystko – odpowiedziała Ada z uśmiechem. – To dzisiejsze zamówienie urodzinowe. Polecam się.

– Na pewno skorzystamy.

– Mama, ja nie będę tego jadł, bo Amelka na to patsyła!!!

– Nie rozumiem, Michaś, co z tego, że patrzyła?

– Mama! – ryknął syn Magdy Kondrackiej. – Ja nie chcę takiej babecki patsonej! Amelka patsyła, patsyła i mi całą ją wypatsyła!

– O losie... – jęknęła Magda.

– Michaś – powiedziała Ada. – Nazywasz się dokładnie tak jak mój syn. Chcesz babeczkę niewypatrzoną?

Michaś pokiwał głową. W oczach jeszcze mu nie zaschły łzy, a minę miał w podkówkę.

– Wybierz sobie.

Chłopiec pokazał palcem na babeczkę z niebieskim lukrem.

– Proszę.

– A ty na nią nie patsyłaś? – zapytał Adę.

– W żadnym wypadku – potwierdziła właścicielka kawiarni.

Michaś łypnął na nią podejrzliwym wzrokiem. Nie bardzo jej wierzył, ale babeczka wyglądała bardzo smakowicie. Zakrył ją serwetką, ukrywając przed wzrokiem siostry. Wszak istniało ryzyko, że znowu mu babeczkę całą „wypatrzy”, a jak wiadomo, takiej „wypatrzonej” nie miał zamiaru jeść.

Kiedy dzieciaki zjadły babeczki, znowu zaczęły się przekrzykiwać jedno przez drugie.

Od tamtej pory pani Magda wpadała czasem po chleb czy ciastka. Raz nawet zamówiła tort dla córki na piąte urodziny. Ada miała kilku stałych klientów. Ale wciąż jeszcze zbyt mało, by bez stresu funkcjonować na tym świecie.

W pozornym spokoju natomiast funkcjonowała Magda Kondracka, która naprawdę starała się znieść męskie klimakterium. Jak wiadomo, kobieta może znieść wiele. I tej myśli się trzymała żona Adama Kondrackiego.

MĘSKIE KLIMAKTERIUM JEST TYSIĄC RAZY GORSZE NIŻ MĄŻ UMIERAJĄCY NA GRYPĘ

Magdalena Kondracka obudziła się, bo z jednej strony zimne stopy gniotły ją w łopatki, a z drugiej strony w brzuch. Bez trudu poznawała, które jej dziecko akurat zmieniło miejsce do spania, bo Amelka zawsze wciskała nogi pod nią, a Michał kładł nogi u góry. Na przykład na jej twarzy.

Tym razem zdawało jej się, że obce nogi ją zaatakowały i z góry, i z dołu. Czyli podwójny nalot nocny.

Wszystko ją bolało. Bardzo nie lubiła spać w innym łóżku niż jej własne. No i męża, należałoby dodać, chociaż aktualnie była na niego obrażona. Mąż, Adam Kondracki, mężczyzna starszy od niej o kilka dobrych lat, właśnie dobijał czterdziestki, w związku z czym można było u niego zauważyć nasilający się z każdym dniem, a nawet godziną, kryzys wieku średniego.

Albo andropauzę. Czyli męskie klimakterium.

Jedno z dwóch.

Adam Kondracki, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, starał się czerpać z życia pełnymi garściami. Wszystko przeżywał maksymalnie. Jak cierpiał, to najbardziej na świecie, jak kochał, to na zabój, jak pił, to tak, by nazajutrz nie pamiętać nic zupełnie z tego niecnego procederu.

Jego żona, Magdalena, nie obraziła się na niego bynajmniej, że pił albo był chory. Nie zostawiłaby męża w potrzebie. Zawsze, gdy temperatura jego ciała dobijała do trzydziestu siedmiu kresek, a on kładł się pod kołdrę z miną pełną żałości, trwała przy nim i dogadzała mu, jak umiała.

Tym razem mąż Magdaleny był zupełnie zdrowy na ciele, ale najwyraźniej umysł mu szwankował. Otóż kupił sobie nowy samochód. Taki zupełnie nowy, najnowszy na świecie, prosto z salonu. I jak tylko zajechał nim przed dom, zaczął się na rodzinę wydzierać, że mu tapicerkę brudzi. Gdy już się uspokoił, pozwolił Magdzie wsiąść do środka. Cały zafascynowany objaśniał znudzonej kobiecie tajniki nowoczesnych samochodów, gdy nagle kazał jej wychodzić. I to szybko.

Żona była pewna, że żartuje. Ale, niestety, tak nie było.

Zauważył, że ma jeansy, pobrudzi mu jego nową skórzaną tapicerkę, i stwierdził, że powinna usiąść na ręczniczku. Magdalenę Kondracką trafił szlag.

A przynajmniej tak się jej wydawało.

Rozumiała to, że pięć lat temu, gdy kupili nowy samochód kilka dni przed urodzeniem Amelki, Adam, lekarz ginekolog, kazał jej jeździć na ceracie (w razie gdyby wody płodowe odeszły), ale teraz? I to właśnie w momencie, gdy sobie grzecznie siedziała w swoich starych wysłużonych jeansach, w które się wcisnęła pierwszy raz po ciążach. I na dodatek to były te same jeansy, w których byli razem na pierwszym wspólnym wakacyjnym wyjeździe.

Magda sama nie wiedziała, co ją bardziej wkurzyło. Czy to, że mąż nie zauważył jej smukłej sylwetki i naciągniętych spodni na całkiem niezłą pupę, czy to, że wywalił ją ze swojego samochodu. Bo na pewno nie był to ICH samochód. W ICH samochodzie pierwsze co by zrobili, to zerwali z siebie ciuchy (choćby i jeansy) i z dziką żądzą się na siebie rzucili.

Ale skąd.

W samochodzie Adama z białą skórzaną tapicerką wewnątrz trzeba się zachowywać dystyngowanie. Jak u teściowej na imieninach.

O właśnie. Mamusia.

Poprzedniego wieczora Magda Kondracka stwierdziła, że zostawia męża sam na sam ze swoją nową miłością, zabiera dzieci i jedzie do mamy. Oprócz wspomnianego ręczniczka na skórzanym siedzeniu, duży udział w tej decyzji miał lakier do paznokci na jej stopach, a raczej jego brak, ale o tym za chwilę.

Mama Magdy, pani Krystyna Szyc, mieszkała w małej wsi pomiędzy Gdańskiem a Kościerzyną. We wsi nie było prawie nic, prócz kilku domów, nowo wybudowanego sklepu ze wszystkim i małego kościółka.