Szczęście na wagę - Agnieszka Olejnik - ebook
Opis

Czy rozbitą brakiem empatii i szczerości rodzinę można ponownie scementować wspólnym szczęściem?
Czy ludzie, którzy stali się dla siebie obcy, mogą odbudować relacje i zacząć wszystko od nowa?

Ewa jest żoną i matką, całkowicie poświęconą rodzinnym obowiązkom. Jako dojrzała kobieta uświadamia sobie, że przestała realizować własne marzenia i czerpać radość z życia. Jej nie-szczęście pogłębiają rodzinne troski: miłość w małżeństwie dawno wygasła, natomiast nastoletnia Klaudia ukrywa przed rodzicami swoje problemy i odrzuca wszelką pomoc.

Gdy Ewa dowiaduje się o chorobie córki, postanawia zawalczyć o ich wspólne szczęście. Zdrową dietą i treningiem fizycznym chce przywrócić równowagę w życiu Klaudii i ponownie zbliżyć się do córki. Pragnie, by to była ich wspólna terapia. W tym samym czasie Ewa poznaje mężczyznę, który może być szansą na jej własne szczęście.

Agnieszka Olejnik po raz kolejny z ogromną wnikliwością opisuje prywatne dramaty ludzi, które są w istocie uniwersalnymi problemami, dotyczącymi każdego z nas. Szczęście na wagę to powieść przełamująca stereotypy i pokazująca, jak ważna jest harmonia między poświęceniem dla innych a troską o samorealizację.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Szczęście na wagę

 

 

 

 

 

 

Agnieszka Olejnik

Szczęście na wagę

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Agnieszka Olejnik, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Malwina Błażejczak

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki i strony tytułowej: Katarzyna Borkowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Fotografia na okładce: © Melania Brescia/Moment/Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-364-1

 

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

Styczeń

 

 

 

 

 

– Będzie dobrze – powiedziała Ewa, patrząc sobie w podpuchnięte oczy.

Nie od płaczu ani nawet nie z niewyspania. Po prostu rano zwykle miała podpuchnięte.

Stała nago w łazience i usiłowała podjąć jakieś decyzje. Większość ludzi nazywa to postanowieniami noworocznymi, ale ona potrzebowała innej nazwy. Przemeblowanie. Remont życia.

Będzie dobrze, tylko muszę wreszcie zdobyć się na jakieś zmiany, powtarzała w duchu. I zdobędę się, dam radę. Jak to mawiał dziadek Jędrzej? „Choćby gówna z nieba leciały”? Chyba tak to szło.

Ojciec jej mamy używał dość barwnego i soczystego języka do nazywania zjawisk i rzeczy. Nie mówiąc już o tym, jak określał człowieka, który mu czymś podpadł – na przykład przychodził z zaniedbanym psem czy kotem (dziadek był weterynarzem). Mawiał, że skurwysyna poznaje się po tym, że jego pies podkula ogon, ilekroć człowiek unosi rękę, żeby podrapać się po jajkach.

À propos psiego ogona, jednym z jej marzeń był pies. Malutki piesek. No, tylko na początku malutki. Chciała mieć dużego psa, docelowo dużego. Sama była niewysoka i właściwie nawet z jamnikiem na końcu smyczy czułaby się dobrze, ale gdy pomyślała, że Klaudia miałaby wziąć na spacer taką kruszynkę… Wyglądałoby to zaiste groteskowo.

Wracając do psa, a odsuwając myśl o rozmiarach Klaudii – Ewa marzyła o nim od zawsze. W jej domu rodzinnym psy po prostu były naturalnym elementem życia, równie oczywistym jak kalendarz, zegar z kukułką w dużym pokoju czy miękkie, wygodne kapcie. Kiedy Ewa przeniosła się do akademika, właśnie psia morda była tym, za czym tęskniła najbardziej. Przez całe studia wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało jej dorosłe, samodzielne życie – zamieszka w pięknym domu z ogrodem, będzie miała przystojnego, inteligentnego i zabawnego męża oraz pięknego psa; i mimo tego ogródka oboje z mężem będą chodzili na długie spacery po lesie, bo pies się w ogródku nudzi, a jak się nudzi, to kopie dołki i niszczy rośliny. Rośliny też będzie miała piękne, kolorowe, kwitnące, nie tak jak na wsi u rodziców, gdzie ogród oznaczał niemal wyłącznie warzywa i owoce, do tego może ze dwie kępki floksów i malwy pod oknem.

Kiedy poznała Mirka, sceneria w tych marzeniach uległa pewnej transformacji – las przeistoczył się w park, bo Mirek zdecydowanie nie pasował do lasu. Okazał się nieco zbyt wymuskany i „cywilizowany”, niezupełnie przystający do wcześniejszych fantazji Ewy na ten temat, ale postanowiła się nie czepiać, bo z drugiej strony był niezwykle przystojny i imponował jej jakąś taką powagą, dorosłością.

Z biegiem czasu spraw, których Ewa „postanawiała się nie czepiać”, pojawiło się coraz więcej – rezygnowała z kolejnych marzeń, takich jak właśnie pies albo na przykład kwiaty w ogródku (Mirek lubił tylko ogrody nowoczesne, z iglakami ciętymi w kulkę, smukłymi kępami traw i białym żwirem zamiast trawnika – twierdził, że tradycyjny ogród wiejski, taki z kwitnącymi chaszczami, jest bałaganiarski i podśmierduje obornikiem).

 

Wracając do tu i teraz – co jeszcze? Aha, zapisze się na kurs angielskiego. Zawsze chciała wiedzieć, o czym śpiewają jej ulubieni piosenkarze, w młodości marzył jej się wyjazd do Szkocji i Irlandii, zwiedzanie starych zamków, lekcje tańca celtyckiego i dobre piwo w pubie. Teraz wystarczyłyby jej te piosenki, może jakiś dobry film bez lektora, nie mówiąc już o tym, jak cudownie byłoby móc przeczytać książkę w oryginale. Już nawet znalazła szkołę językową, zajęcia w grupie dorosłych są w środy wieczorem i w soboty rano. Idealnie.

I będzie lepszą matką. Konsekwentną, ale czułą (o ile Klaudia jej na to pozwoli, oczywiście). Mądrą. Zrobi coś – nie miała jeszcze pojęcia, co by to miało być – żeby córka schudła; przecież to okropne, żeby nastolatka ważyła prawie setkę. W ogóle zamierzała postępować z nią jakoś inaczej niż dotychczas, lepiej. Tylko niezupełnie wiedziała, na czym to ma polegać.

Jako prezent pod choinkę kupiła sobie ładny, gruby zeszyt z okładką w żaby i eleganckie pióro Parkera. Właściwie miał to być notatnik na zajęcia z angielskiego, ale jakoś ją dzisiaj podkusiło, żeby wypróbować pióro – i zrobił jej się z tego zeszytu rodzaj pamiętnika. Pisanie zadziałało jak kozetka psychoterapeuty. Z Ewy zaczęły się wylewać niespełnione zamierzenia i plany. Cóż, może tego właśnie potrzebowała.

Jeszcze co do Klaudii i jej wagi: Ewie powiedziano, że źródło problemu tkwi w nawykach żywieniowych. Może źle ją karmiła już wcześniej, w dzieciństwie, teraz zapewne też coś robiła źle. Klaudia była szczuplutkim i beztroskim dzieckiem – aż do czasu, gdy zaczęła dojrzewać. Mniej więcej cztery lata temu, w wieku lat dwunastu, nagle zamknęła się w sobie, przestała się odzywać, najpierw do ojca, potem do matki. I zaczęła jeść. Podjadać, objadać się, żreć. Naprawdę.

Lekarz powiedział, że owszem, dziewczynki w tym wieku mogą się znacząco zaokrąglić, ale gdyby w rodzinie racjonalnie komponowano posiłki, to Klaudia miałaby poprawne nawyki i to wszystko nie miałoby prawa się zdarzyć. Czy Ewa faktycznie źle komponowała te cholerne posiłki? Pewnie tak. I swoje, i córki, i męża.

Wyszła z łazienki, usiadła na sofie w salonie, wzięła do ręki nowe pióro, usiadła nad ślicznym brulionem w żaby, zrobiła szlaczek pod poprzednimi zapiskami (tymi o psie oraz języku angielskim) i spróbowała spisać wszystko, co zaserwowała sobie i Klaudii poprzedniego dnia. Mirka nie było od paru dni, więc ich jadłospis był nietypowy, ale Ewa i tak postanowiła go przeanalizować. Rano: kawa (dla córki herbata z cytryną i z cukrem, bo innej Klaudia nie lubiła), po dwie bułki z masłem, szynką, pomidorem i rzeżuchą. Do tego momentu było nieźle. Na drugie śniadanie po rogalu z miodem i jogurt brzoskwiniowy. Obiad: ziemniaki (Ewie nie chciało się gotować, więc podsmażyła te, które zostały z poprzedniego dnia), schabowy, buraczki ze słoika. Dużo tych buraczków, bo obie bardzo lubią. Potem kawa i mała czekoladka. No dobrze, dwie czekoladki. Klaudia zjadła ich więcej, do tego wypiła puszkę coli. Kolacja: po cztery kanapki z pasztetem domowej roboty (źle, bardzo tłusty) i ogórkiem kiszonym. Klaudia chyba zjadła coś jeszcze późnym wieczorem, ale Ewa nie wiedziała, co to było. Słyszała tylko sapnięcie otwieranej lodówki.

Sporo tego wszystkiego. Kiedy tak przejrzała zapisane produkty, dostrzegała wyraźnie, że po pierwsze – za dużo i zbyt kalorycznie, a po drugie – niewiele w tym witamin i tych innych „mikrodrobiazgów”, które zalecali dietetycy.

Nic dziwnego, że Ewa sama także miała nadwagę – uzbierało się tego z dziesięć kilogramów niepotrzebnych krągłości. Tyle że jej już nie zależało. „Po czterdziestce i tak nie da się schudnąć”, mówiły wszystkie koleżanki, które usiłowały wrócić do dawnej wagi po przekroczeniu owego magicznego progu. W ciągu ostatnich kilku lat Ewa przekonała się, że miały absolutną rację. Próbowała mnóstwa diet: Kwaśniewskiego, Dukana, tysiąca kalorii, Oxy, Montignaca i wielu innych. Nawet jeśli działały, to na chwilę, potem nadwaga wracała z nawiązką. Ale na ogół nie działały wcale – ot, Ewa traciła raptem trzy kilo, by za chwilę odzyskać cztery, więc w zasadzie nigdy nie miała pewności, czy to tłuszczu jej ubyło, czy raczej wody albo jakichś magicznych zapasów glikogenu, o którym trąbiły kolejne artykuły dotyczące odchudzania.

A zresztą dla kogo miałaby się odchudzać? Mirek i tak już na nią nie patrzył, poza tym zawsze twierdził, że woli kobietki przy kości.

No dobra, wszystko to prawda, ale prawdą było też to, że zupełnie bez sensu Ewa wpychała w siebie i w swoje dziecko takie ilości jedzenia. A najgorsze, że przecież Klaudia na tym nie poprzestawała. Ewa doskonale wiedziała, że jej córka dostaje spore kieszonkowe od ojca. I nie kupuje za nie książek czy płyt, lecz chipsy, frytki, hamburgery i tak dalej.

Ewa odłożyła notes i westchnęła głęboko. Wobec braku wspólnego frontu z mężem czuła się zupełnie bezradna. Mirek wychodził z założenia, że jeśli Klaudia nie zamierza walczyć o szczupłą sylwetkę, to im nic do tego. Kiedy dojrzeje do zmiany, zacznie się odchudzać. Ewa inaczej pojmowała odpowiedzialność rodzica za dziecko. Otyłość Klaudii odbierała jako osobistą porażkę. Niestety, nikt się z jej uczuciami nie liczył. Ilekroć usiłowała zrewolucjonizować rodzinną dietę, wprowadzić sałatki zamiast tradycyjnych kanapek albo przynajmniej zmniejszać porcje, jej mąż ostentacyjnie zamawiał pizzę dla siebie i córki – z komentarzem, że są głodni.

Poszła spać z poczuciem, że i tak nic się nie zmieni. Wszystkie jej plany „przemeblowania życia” można wsadzić sobie w d…owolny otwór. Gdzie kto lubi.

 

 

 

 

 

Musiała mieć jakiś dobry, pozytywny sen, ponieważ następnego dnia obudziło ją jednak przeświadczenie, że nie wolno się tak łatwo poddawać. Coś przecież na pewno da się zrobić. Gdyby zaczęła gotować inne potrawy, mniej kaloryczne, ale na tyle sycące i smaczne, żeby Klaudia chętnie po nie sięgała… Może niepostrzeżenie udałoby się zmienić dietę całej rodziny. Ewa była przekonana, że jeżeli dziewczyna zauważy choćby minimalną zmianę sylwetki, luźniejsze spodnie, cokolwiek – to zmotywuje ją to do odchudzania.

Ewa zaparzyła sobie kawę i otworzyła brulion w żabki z zamiarem zanotowania pomysłów na lekki, choć smaczny jadłospis, ale okazało się, że po pierwsze, kartki z zapiskami z dnia poprzedniego zostały wyrwane, a po drugie – w brulionie widnieją notatki uczynione ręką jej nastoletniej córki. Dotyczące chemii, o ile Ewa zdołała się zorientować.

– Klaudia! – zawołała z groźbą w głosie.

Odpowiedział jej jakiś niezidentyfikowany przytłumiony dźwięk, coś w rodzaju „uhym”. Dochodził z łazienki. Ewa podeszła do drzwi i zaczaiła się. Nic, cisza. Nacisnęła klamkę – zamknięte.

– Co ty tam robisz? – zapytała.

– A co można robić w łazience?

– Nie wiem. W toalecie, to bym wiedziała. Ale w łazience, bez użycia wody…

– Można się malować, tak?

– Po co? Skoro nigdzie nie wychodzisz?

– No to smarować kremem!

Ewie nie podobał się ten ton. Znała swoją jedynaczkę na wylot, Klaudia zazwyczaj nie brzmiała tak „mokro”.

– Beczysz?

– Nie!

Beczała. I Ewa doskonale wiedziała, że nie uda jej się wycisnąć z córki ani słowa na temat tego, co się stało. Z pewnością chodziło o wygląd. Cóż, gdybym ja w jej wieku była cięższa od własnej matki, też bym beczała, pomyślała. Ale z drugiej strony, gdyby o mnie chodziło, coś bym z sobą zrobiła, do jasnej cholery.

Ileż razy proponowała córce, że zapisze ją na aerobik albo na basen, ile razy umawiała ją do dietetyczki, a potem musiała ze wstydem odwoływać te spotkania, bo Klaudia zapierała się rękami i nogami, że nie pójdzie. Była nawet wizyta u psychologa, podczas której słodka córeczka najpierw nie mówiła nic, a potem rzuciła wiązankę bluzgów, z której jasno wynikało, że ona będzie gruba, bo chce taka być, i tyle. A dlaczego? Ewa nie wiedziała. Człowiek nie wie wielu rzeczy, kiedy ma nastoletnią córkę. Spodziewała się, że może psycholog coś jej wyjaśni, ale ten rozłożył bezradnie ręce i powiedział, że skoro pacjentka nie chce współpracować, to on, cholera, cudów nie zdziała.

 

Czekając, aż Klaudia zwolni łazienkę, wysprzątała kuchnię i wyjęła z zamrażarki żeberka na obiad. Wreszcie drzwi uchyliły się i dziewczyna wyszła. Zapłakana, tak jak Ewa sądziła. W dłoni ściskała telefon.

– Powiesz mi?

Klaudia wzruszyła ramionami. Ewę zawsze zastanawiało to, czy młodzież w pewnym wieku ma jakoś szczególnie ruchliwe stawy. Niekiedy odnosiła wrażenie, że ten ruch ramion był głównym sposobem jej córki na porozumiewanie się ze światem – przy czym mógł oznaczać wszystko. Na przykład:

– Zamówimy dzisiaj pizzę? – To Ewa, oczywiście.

Klaudia: wzruszenie ramionami. Czyli, jak sobie nieszczęsna matka tłumaczyła, coś w rodzaju: „Może być”.

Inne użycie:

– Widziałam dziś tego twojego kolegę, Patryka.

To była próba zagajenia z jej strony; o czymś w końcu wypadałoby pogadać, a Patryk z sąsiedniego bloku był jedynym chłopakiem, z którym Klaudia czasami rozmawiała – Ewa podejrzewała nawet, że córka się w nim trochę podkochuje, bo reagowała na jego imię dziwnym zakłopotaniem. No więc mogłaby coś powiedzieć, na przykład zainteresować się, dokąd szedł, czy był sam, cokolwiek. Nie, wzruszyła ramionami. Czyli tym razem, jak mniemała Ewa, wyszło z tego: „Mam to gdzieś”.

I tak dalej. Sytuacji, w których znajdowało zastosowanie wzruszenie ramionami, było mnóstwo, a Klaudia okazywała się mistrzynią w ich znajdowaniu – jej matka zaś biła rekordy, jeśli chodziło o interpretację.

Tak czy owak, nie poznawszy ostatecznie powodu płaczu córki, Ewa przeszła do tematu zasadniczego, czyli brulionu, który dziewczyna przywłaszczyła sobie całkowicie bezprawnie.

– Chyba żartujesz – prychnęła teraz Klaudia w odpowiedzi na zarzuty. – Ja potrzebuję zeszytu, a ty jakieś głupoty piszesz, co jedliśmy i kiedy, i że chciałabyś psa, kwiatki czy coś tam. Po co? Bez sensu.

„Bez sensu” było jak wzruszenie ramionami, nadawało się na każdą okazję. Z ust Klaudii padało znacznie częściej niż jakiekolwiek inne słowa. Choć z drugiej strony trzeba było przyznać, że nastolatka na ogół nie odzywała się wcale.

– Ale dla mnie to nie jest bez sensu – odparła Ewa wyniośle. – Może tego nie rozumiesz, trudno. Tak czy owak, potrzebuję tych zapisków. A przy okazji, ty też mogłabyś pisać dziennik albo po prostu zapisywać własne myśli. To bardzo oczyszczające.

– Bez sensu – powtórzyła Klaudia. – Zwierzać się samej sobie… Po co? Idiotyczne. Zresztą teraz nikt nie pisze pamiętników. Teraz się prowadzi bloga.

– Może twoje pokolenie. Moje pisze pamiętniki.

Dziewczyna ponownie wzruszyła ramionami i poszła do swojego pokoju. Po drodze zabrała z ławy w salonie brulion w żaby.

 

Ewa stała w miejscu, nagle całkowicie pozbawiona energii. Nie umiała się dogadać z własną córką. Co więcej, ostatnimi czasy zdarzało się jej myśleć o tym, że – o zgrozo! – wcale jej nie lubi. Kocha, ale nie lubi. Czy to było możliwe? I normalne?

Oczywiście, mogła szarpać się dalej. Mogła zabrać ten zeszyt albo dać Klaudii mniej kieszonkowego i za te pieniądze kupić sobie nowy brulion, żeby udowodnić, że to ona jest górą. Mogła. Tylko po co? Nie chciało jej się. Nie dostrzegała żadnego sensu we własnych działaniach wychowawczych. Zresztą, czy na tym polega wychowanie?

Nie miała zielonego pojęcia, co robić. Nie umiała być mądrą matką, tak jak zapewne nie umiała być mądrą żoną. Nie potrafiła rozmawiać z nastolatką i kompletnie jej nie rozumiała. Paradoks, jeśli wziąć pod uwagę, że w pracy całkiem nieźle dogadywała się z dzieciakami w różnym wieku.

 

 

 

 

 

Całą noc myślała o tym, jak pomóc Klaudii (i sobie) – co zrobić, żeby życie w ich domu stało się znośne. Doszła do wniosku, że więcej rozmawiała ze swoimi uczniami podczas przerw w szkole, niż z własną córką popołudniami, kiedy wprawdzie obie były w domu, ale każda zamykała się w swoim pokoju. Ewa czuła, że musi znaleźć coś, co będzie ich wspólną sprawą, jakiś temat do rozmów, punkt zaczepienia.

Kiedy wstała po bezsennej nocy, poprosiła Klaudię, żeby jej pokazała, jak się zakłada tego cholernego bloga.

Pokazała, owszem. Robiła przy tym takie miny, jakby musiała rozmawiać z idiotą. Okej, przełknę to, pomyślała zgnębiona matka. Póki co, jeszcze przełykała wszystko. Obawiała się tylko, że pewnego dnia stanie jej to w gardle i wtedy wyrzyga się całym tym lekceważeniem, którego doświadczała od własnego dziecka – ale to jeszcze nie był ten dzień.

Tak czy owak, spędziły razem całą godzinę. Pierwszy raz od kilku lat córka siedziała obok niej i nie obraziła się ani nie wzruszała ramionami. Prychnęła z pogardą tylko raz, kiedy po długim namyśle Ewa zdecydowała się na nazwę bloga: „Nowa ja”. A ściślej rzecz biorąc: „nowaja.blog.pl”.

Może to nie był taki zły pomysł? W sensie nie ta nazwa, tylko w ogóle blog.

 

Kiedy Ewa została sama przed komputerem, otworzyła kokpit (nie miała dotąd pojęcia, że tak to się nazywa, ale podobało jej się – brzmiało „żeglarsko” i dawało złudzenie czekającej ją przygody). Czuła się trochę jak nastolatka robiąca coś, co nie spodobałoby się mamusi. Zupełnie bez sensu, ale w sumie jeżeli coś tak banalnego jak prowadzenie dziennika internetowego miałoby jej poprawiać nastrój, to chyba szła dobrą drogą. W dodatku był to jakiś sposób komunikowania się z Klaudią, bo Ewa nie miała wątpliwości, że jej córka będzie tu zaglądać.

 

Tytuł wpisu… Niech będzie „Dobry początek”.

 

Dobry początek

To mój pierwszy wpis na blogu. Proszę się nie śmiać. Nie umiem tego robić i szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, PO CO to robię. Ale kiedy człowiek nie ma kompletnie żadnego pomysłu, jak sobie poradzić, chwyta się pierwszej lepszej idei, byle drobiazgu.

Nic nie rozumiecie? (Czy w ogóle istnieją jacyś „WY?” Do kogo ja się zwracam? Śmiesznie tak pisać anonimowo i do anonimowych odbiorców. Idea bloga ciągle jest dla mnie nieco kosmiczna…).

To może – aby ten wpis stał się bardziej zrozumiały – na początek coś o sobie:

Jestem czterdziestoparoletnią (nie bądźmy drobiazgowi) nauczycielką języka polskiego. Córka wyjaśniła mi, że nie powinnam podawać prawdziwego imienia, dlatego będę tutaj pisać jako Anouk. Dlaczego właśnie tak? Bo to piękne imię, to raz. I jeszcze – bo jest taka aktorka, Anouk Aimée, która kiedyś była dla mnie ideałem kobiecej urody. Wmawiałam sobie nawet, że jestem do niej podobna – ale wcale nie byłam. Jak ktoś ma ciemne oczy i czarne włosy, to jeszcze niestety nie znaczy, że wygląda jak ulubiona gwiazda filmowa. Zwłaszcza że niewiele jest gwiazd filmowych z nadwagą i podwójnym podbródkiem.

Co jeszcze?

Jestem matką, jak wynika z tego wcześniejszego zdania o córce. Matką sfrustrowaną, nieszczęśliwą, bo nierozumiejącą własnego dziecka i świata, w którym przyszło nam żyć. Nie nadążam za postępem, nie pojmuję zmian, które zachodzą w młodych ludziach. Dlaczego są tak bardzo niepodobni do nas – pokolenia obecnych czterdziestolatków – z czasów, gdy my byliśmy w ich wieku? Czy dlatego, że do nawiązywania kontaktów towarzyskich nie służyły nam komputery ani komórki, ale piłka, stare cegłówki do gry w chowanego i trzepak? Czy dlatego, że żyliśmy w komunistycznej szarości i przez to kierowaliśmy wzrok na innych ludzi – a tych dzisiejszych nastolatków zewsząd otaczają najdziksze, krzykliwe barwy dobrobytu i nowoczesności, więc zwyczajnie zamykają oczy – na wszystko i wszystkich?

Nie wiem.

Co jeszcze? Mam na myśli te kilka słów o sobie…

Jestem mężatką.

 

Palce Ewy zawisły na długą chwilę nad klawiaturą. Sama nie wiedziała dlaczego – co właściwie miała zamiar napisać? Opowiedzieć o Mirku? Nie, to byłoby niepotrzebne. Zresztą, o czym tu opowiadać. Zwyczajne małżeństwo, bez szaleństw, ale też bez problemów. Zwyczajny mąż, zwyczajny związek. Wszystko dobrze.

 

I jeśli się nad tym dobrze zastanowić, to nie mam w tym temacie nic więcej do powiedzenia.

Tak mi teraz przyszło do głowy jeszcze jedno pytanie: Czy ten blog nie jest wołaniem o uwagę? Może właśnie tak. W takim razie nie bardzo wiem, kto miałby to wołanie usłyszeć, bo przecież zapewne nikt tu nie zajrzy.

Anouk

Poczuła się nieco ekshibicjonistycznie po zamieszczeniu tego wpisu. Trochę tak, jakby rozebrała się do bielizny i przez chwilę stała w oknie przy zapalonym świetle. Może nikt nie zauważy, ale przecież może być i tak, że pół miasta będzie się gapić.

Przed zaśnięciem usiłowała wyobrazić sobie swoją córkę, jak czyta te słowa. Czy zwróci uwagę na słowa „sfrustrowana” i „nieszczęśliwa”? Może to będzie początek jakiejś rozmowy, nawet jeżeli dziwnej, nieporadnej, bo prowadzonej przez internet?

Wątpiła w to, ale jakiś cień nadziei jednak miała.

 

Następnego dnia przed wyjściem do pracy – bo ferie świąteczne wreszcie się skończyły i mogła uciec z domu wypełnionego ciężką ciszą – Ewa usiadła z kubkiem kawy przed komputerem i ze zdumieniem odkryła, że na jej bloga zajrzało szesnaście osób. Odjąwszy Klaudię i ją samą (bo przecież właśnie zaglądała) miała czternastu czytelników! Jakim cudem? Uświadomiła sobie, że mógł to być ktokolwiek, ktoś z sąsiedniego domu, ale też z Wrocławia, ze Szwecji czy Tajlandii; do diabła, jakie to dziwaczne uczucie. Nie docierało do niej jeszcze, że na blogu mogła być tym, kim chciała – no dobrze, musiała liczyć się z własną córką, ale jednak w jakimś stopniu była wciąż anonimowa.

Jednocześnie dopijając tę kawę i w skupieniu czytając własne słowa z poprzedniego dnia, musiała przyznać sama przed sobą, że takie obnażenie się przyniosło jej jakiś rodzaj… nie, nie ulgi – raczej ekscytacji. Coś świeżego, nowego; coś, czego nie czuła od dawna. Jakby pośpiesznie paliła papierosa w tajemnicy przed Mirkiem, jakby zamknęła drzwi i obejrzała ostrą scenę erotyczną, nasłuchując, czy nie zbliża się Klaudia. Może to było głupie, ale tak właśnie się czuła – i miała ochotę na więcej.

 

 

 

 

 

Szkoła po feriach świątecznych – koszmar. Dzieciaki nafaszerowane Bóg wie jakimi konserwantami, cukrem i sztucznymi barwnikami dosłownie kipiały od nadmiaru energii. Oczywiście były nieprzygotowane do lekcji, bo kto by sobie w Trzech Króli zadał trud zajrzenia do zeszytu, aby sprawdzić, o czym to mówili na języku polskim w grudniu.

To nic, spokojnie. Przecież to lubię, pomyślała Ewa, patrząc w swoje niewyspane odbicie w lustrze szkolnej toalety. Lubię uczyć i lubię moich uczniów. Wszystko wróci do swojego rytmu.

I właśnie wtedy została dokumentnie wybita z rytmu, bo do toalety wszedł obcy mężczyzna. W pierwszej chwili Ewa pomyślała, że to nowy wuefista, o którym wspominała dyrektorka jeszcze przed świętami. Tyle że tamten miał dołączyć do grona dopiero w drugim półroczu, a ten tutaj zdecydowanie nie wyglądał na nauczyciela. Raczej na… sama nie wiedziała. Woźnego? Hydraulika?

– Dzień dobry. Pani Krasicka? – zaburczał.

– Tak – odparła Ewa ostrożnie. – Dzień dobry.

– Wćk.

– Słucham?

– Wójcik.

– Aaa. Ojciec Sławka Wójcika?

Stał i patrzył na nią. Wysoki, szpakowaty na skroniach, ubrany w ciemne sztruksy i marynarkę. Właściwie całkiem niezły facet. Albo raczej byłby niezły, gdyby się ogolił. To przez ten kilkudniowy zarost – i może jeszcze przez cienie pod oczami – wydał jej się na początku jakiś niechlujny.

Sytuacja była dość niecodzienna, raczej rzadko zdarzały jej się spotkania z rodzicami uczniów w toalecie.

– Chce pan… skorzystać? – zapytała. Właściwie było to możliwe, bo szkoła nie dysponowała osobną łazienką dla rodziców.

– Nie, nie – stropił się Wójcik. – Absolutnie. Ja… Syn mi powiedział, że pani tu weszła, a ja nie wiedziałem, że to ubikacja. A może pani jeszcze…? – Teraz on wskazał dłonią na drzwi, za którymi był klozecik.

Robiło się coraz bardziej interesująco. Może powinnam wejść, pomyślała Ewa, a on by tu poczekał i potrzymał mi drzwi. W końcu jesteśmy w podstawówce.

– Przyszedł pan porozmawiać o ocenach Sławka? – zapytała, aby odpędzić tę wizję. Kiedy skinął głową, wskazała drzwi na korytarz. – W takim razie zapraszam na piętro, weźmiemy z pokoju dziennik i pójdziemy do mojej klasy, tam będzie trochę ciszej.

Mężczyzna wydawał się równie skrępowany jak ona, kiedy wyszli we dwójkę z toalety i skierowali się na piętro. Ewa starała się nie zauważać zdziwionych spojrzeń dziewczynek ze starszych klas.

 

Sławek Wójcik był jednym z tych uczniów, których oceny Ewa mogłaby podać rodzicom, nawet nie otwierając dziennika. Po prostu były tam prawie same jedynki. Ewa chciała jednak zajrzeć do zeszytu uwag, bo w nim znajdowały się – zanotowane przez nauczycieli – informacje o wybrykach chłopca. Plucie na dzieci i opiekunów (wychylał się za barierkę z ostatniego piętra i czekał, aż ktoś się pojawi), wulgaryzmy, filmiki porno w telefonie, kradzież słodyczy jakiemuś dziecku z drugiej klasy, takie tam drobiazgi.

Oczywiście uwagi odczytywała na bieżąco matce. Ta jednak – kobieta o spalonej w solarium skórze, olśniewających porcelanowych zębach i różowych paznokciach długich na trzy centymetry, a przy tym tak chuda jak jedna noga Ewy – robiła tylko buzię w ciup i mówiła:

– No ja już nie wiem, kompletnie sobie z nim nie radzę. Niech się wreszcie ojciec zajmie wychowywaniem, bo ja zupełnie nie mam na tego gówniarza wpływu. Do ośrodka jakiegoś go oddać czy co?

Szczerze mówiąc, Ewa też nie miała żadnego wpływu na Sławka, tym bardziej, że był w jej klasie nowy. Został przeniesiony na początku listopada – po tym, jak pobił dziewczynkę z szóstej klasy. Ponieważ był to kolejny jego wybryk, dyrekcja uznała, że czas na poważniejsze konsekwencje niż tylko nagany. W statucie szkoły jako wyższą niż nagana karę przewidziano właśnie przepisanie ucznia do równoległego oddziału, potem zostawało już tylko przeniesienie do innej szkoły. W skrytości ducha Ewa marzyła o tym ostatnim, odkąd chłopak po raz pierwszy pojawił się na jej lekcji. Był arogancki, zimny, ostentacyjnie obojętny i zbuntowany. Już po tygodniu, kiedy Ewa zorientowała się nieco w temacie, zaprosiła do szkoły jego matkę – na tę właśnie rozmowę, z której kompletnie nic nie wynikło.

 

W drodze do klasy, próbując przekrzyczeć straszliwy wrzask setki dzieciaków, Ewa opowiedziała panu Wójcikowi o tamtym spotkaniu oraz o kolejnej wywiadówce, na którą mama owszem, przyszła, i na której stroiła zatroskane miny. Ale przecież nie o jej miny tu, do diabła, chodziło.

– Może powinni państwo przyjść razem – zaproponowała, kiedy wreszcie weszli do klasy i mogła mówić normalnym tonem. – Poprosilibyśmy Sławka, żeby usiadł z nami, trzeba spróbować się porozumieć.

– Porozumieć, mówi pani – mruknął Wójcik.

Schylony nad dziennikiem, wpatrywał się w ciąg jedynek z matematyki. Potem cofnął się o jedną kartkę i odczytał taki sam ciąg cyferek na stronie z ocenami z języka polskiego. Ewa zaczęła się niepokoić, bo za chwilę miał zadzwonić dzwonek, a ona bardzo nie chciała, żeby była to jeszcze jedna bezowocna rozmowa o tym, jak to nikt sobie nie radzi z dzieckiem.

– To nawet z czytania ma jedynkę? Jakby wcale nie umiał czytać? – zapytał nagle mężczyzna, wskazując palcem ocenę w rubryczce opisanej jako „głośne czytanie”.

– Nie mogłam ocenić, czy umie. Odmówił.

– Co takiego?

– Odmówił czytania. Rozumie pan, pytam wszystkich uczniów. Nawet w czwartej klasie mają jeszcze kłopoty z płynnością, teraz technika czytania leży… A Sławek powiedział, że nie będzie czytał na głos.

– Ale dlaczego?

– Liczyłam na to, że pan mi to wyjaśni. Może rzeczywiście nie umie. Ja tak naprawdę dopiero poznaję pańskiego syna, jest w mojej klasie raptem od dwóch miesięcy.

– Rozumiem. – Wójcik zamilkł na długo. Zamyślony, zabawnie pocierał dłonią nos. – Ale umie. On umie czytać. Jest wielkim fanem Harry’ego Pottera i Feliksa, Neta i Niki. Wręcz pożera kolejne tomy.

Ewa za wszelką cenę starała się nie okazywać po sobie zdumienia. Odnosiła wrażenie, że zaszła jakaś pomyłka. Chyba mówili o dwóch różnych chłopcach. Sławek, którego miała w swojej klasie, nie wyglądał na kogoś, kto by kiedykolwiek w życiu przeczytał jakąkolwiek książkę. Nie chciała tego mówić siedzącemu naprzeciw mężczyźnie, który tymczasem zamknął dziennik, ale głowę miał wciąż pochyloną, jakby nie miał siły jej dźwignąć.

– Wracając do pani propozycji – rzekł po chwili milczenia. – Żebyśmy się spotkali wszyscy razem. Widzi pani, to raczej niemożliwe. Moja żona właśnie wyjechała. Zostawiła list… I wyjechała.

Ewie przyszło do głowy, że mówił z jakąś mściwą satysfakcją. Dziwne to musiało być małżeństwo, zresztą sama kobieta była według Ewy dziwna. Facet – teraz, gdy minęło pierwsze negatywne wrażenie – wydawał się w porządku, z gatunku tych rozsądnych, no ale gdzie, do cholery, podziewał się przez te lata; Sławek był już w czwartej klasie, a kłopoty sprawiał chyba od zawsze. W dokumentacji klas początkowych odnotowano, że matka kontaktowała się z wychowawczynią systematycznie, była jednak kompletnie niewydolna wychowawczo, nie skorzystała z zajęć „Szkoły dla rodziców”, nie chciała także przebadać dziecka w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Jedyne, czego Ewa nie sprawdziła, to dlaczego poprzednia wychowawczyni nie poprosiła na spotkanie właśnie ojca.

– Przykro mi, że żona akurat wyjechała – odezwała się wreszcie. – Ale czy mogę zapytać, dlaczego pan się dotąd nie kontaktował ze szkołą?

– Ja? – Wójcik zaśmiał się dziwnie, jakby zakaszlał. – Ja, proszę pani, jestem od zarabiania pieniędzy. Pracowałem w Anglii. Żaneta zawsze chciała więcej: a to mieszkanie za małe, a to nowy samochód jej potrzebny… Od pięciu lat mój dom był tam, a ona nie chciała się do mnie przenieść, mówiła, że byłby problem z dzieckiem, bo przecież musi chodzić do szkoły, a języka nie zna i będzie miał jeszcze większe kłopoty z nauką, niż ma. Przyjeżdżałem tylko kilka razy w roku, a do siebie zabierałem Sławka podczas wakacji. Ale wtedy jest najlepszy sezon w moim fachu, wie pani, więc nie mogłem go brać na całe dwa miesiące, raptem na tydzień czy dwa…

– A czym się pan zajmuje?

– Jestem… głównie fliziarzem – przyznał z jakimś dziwnym wstydem. – Kafelki kładę.

Chciała mu powiedzieć, że to niezły zawód, ale zadzwonił dzwonek i Wójcik zerwał się jak oparzony.

– Przepraszam. Pani w ogóle nie miała przerwy przeze mnie.

Rozbawił ją tym i ujął jednocześnie.

– To miłe, że pan o tym pomyślał. Pracuję tu od dwudziestu lat, rodzice od zawsze traktują przerwy jako czas na wywiadówki, ale jak dotąd nikt nigdy nie zauważył…

– Moja mama była nauczycielką – przerwał. – Pamiętam, jak wyglądała, kiedy wracała do domu po ośmiu lekcjach i dyżurze. Jak wyżęta ściereczka. Ale wracając do Sławka, kiedy moglibyśmy dokończyć tę rozmowę? My obaj… naprawdę potrzebujemy pomocy.

Coraz bardziej jej się podobał.

– Kończę o piętnastej dwadzieścia – odparła. – Jeśli ma pan czas o tej godzinie, proszę czekać pod pokojem nauczycielskim.

Kiwnął głową, pożegnał się i wyszedł szybko. Ewa zdążyła jeszcze zauważyć, że ma ładnie wykrojone usta i ciemny od zarostu dołek w brodzie. Potem wpuściła dzieciaki do klasy i zapomniała o męskich podbródkach i innych częściach ciała, ponieważ przez kolejne czterdzieści pięć minut usiłowała wtłoczyć do uczniowskich głów, co to jest podmiot, a co – orzeczenie.

 

Ojciec Sławka nie przyszedł o piętnastej dwadzieścia pod pokój nauczycielski. Dla przyzwoitości Ewa odczekała jakieś pół godziny, przy okazji sprawdziła kartkówki z czasownika – do domu zostało jej jedynie kilkanaście wypracowań, komplet sprawdzianów ze słowotwórstwa, przygotowanie kart pracy do lektury na jutro i zaległy protokół z rady pedagogicznej. Damy radę, pomyślała. Zawsze dajemy.

Przypomniała sobie, że miała zadzwonić do matki, dawno się do niej nie odzywała. Odbębniła telefon, jak zwykle tłumiąc schowane gdzieś głęboko poczucie winy, że mama mieszka sama. Jej głos nie brzmiał smutno, ale Ewa wiedziała swoje. To jej wieczne „wszystko w porządku, córeczko” brzmiało tak cierpiętniczo. Tymczasem Ewa wolałaby, żeby mama wygarnęła jej wszystkie swoje żale, zamiast bohatersko milczeć.

 

Ponieważ dochodziła czwarta, a Wójcik się nie zjawiał, uznała, że albo wypadło mu coś naprawdę ważnego, albo ona się jednak kompletnie nie zna na ludziach. Tak czy owak, poszła do domu, choć mówiąc szczerze, wcale nie miała na to ochoty. Ostatnio coraz częściej odkrywała, że lepiej czuje się w szkole niż we własnym domu, z własną córką.

Gdyby wiedziała, że dziś zastanie także Mirka, pewnie zostałaby do wieczora i posprawdzała te wszystkie sprawdziany w szkole.

 

 

 

 

 

Do pisania bloga mogła usiąść dopiero po północy. Była zła, ponieważ nie zdążyła sprawdzić wszystkich kartkówek i sprawdzianów – po prostu nie dała rady. Musiała przygotować mężowi ciepły posiłek (przecież spragniony domowego jedzenia), posegregować i wyprać wszystkie jego ubrania, wysłuchać opowieści o kolejkach do wyciągów, muldach i herbatce z rumem na stoku. Potem szybkie sprzątanie w kuchni, rozwieszanie prania i sprawdzenie części wypracowań, bo przecież dzieciaki potrzebują na jutro zeszytów. Z protokołem nawet nie próbowała się zmierzyć.

Właśnie dlatego w skórę Anouk mogła wejść dopiero, kiedy cały dom już spał. Tytuł strony: „Nowa ja” wydał jej się nagle absurdalny i prychnęła z pogardą dokładnie w ten sam sposób, w jaki zrobiła to Klaudia, kiedy pomagała jej założyć bloga. Jaka „nowa ja”? Nie zajdą żadne zmiany, nie będzie żadnych nowości. Zawsze będzie właśnie tak: nauczycielka przed południem, kura domowa po południu – pozbawiona planów i ambicji szara mysz, która robi to, co do niej należy, a kiedy już wykona przydzielone zadania, pada na twarz, zbyt zmęczona, żeby zrobić także coś dla siebie.

Ewa usiłowała sobie przypomnieć swoje postanowienia sprzed paru dni. Kiedy nie było Mirka, tak łatwo przychodziło jej snucie planów. Chyba wspomniała tam coś o psie. Ale przecież on się nie zgodzi, znowu powie tym znajomym zimnym tonem: „Wybij to sobie z głowy”. Cóż, zarabiał grube pieniądze na te skórzane fotele i egzotyczne deski parkietu, więc miał coś do powiedzenia. Co jeszcze? Chciała stać się lepszą matką. I zapisać się na kurs angielskiego. To ostatnie wydawało jej się najłatwiejsze, toteż postanowiła zaraz następnego dnia wybrać się do szkoły językowej „Ready to Speak”, bo taką nazwę wynotowała sobie wcześniej po długich poszukiwaniach w internecie.

 

Anouk ma powyżej uszu.

Proszę bardzo. Dopiero drugi wpis, a ja już mam dość. Nie pisania na blogu, ale… Właściwie wszystkiego. A więc biorąc to na logikę, pisania także.

To był bardzo długi dzień. Długi ze względu na pracę i na powrót męża, który nie umie sam włączyć pralki i z tej właśnie przyczyny jego plecak po powrocie z nart rozpakowuję ja – i ja zajmuję się segregowaniem przepoconych ubrań, praniem, a potem prasowaniem. Jeśli do tego dołożyć rodzinną kolacyjkę, w trakcie której mój małżonek gadał jak najęty, a córka milczała z miną wyrażającą „nie potrzebuję nikogo” – kolacyjkę oczywiście przygotowałam JA – i jeśli dołożymy sprawdzanie kilkunastu wypracowań, z których najlepsze miało „tylko” jakieś siedem błędów ortograficznych, za to językowych nie dało się policzyć (bo mają to do siebie, że często nie da się określić, gdzie się właściwie zaczynają, a gdzie kończą) – to macie obraz „udanego” dnia Anouk.

Czy gdybym pewnego dnia zabrała kilka absurdalnie nieistotnych rzeczy, dajmy na to szczoteczkę do zębów, portfel, dezodorant i szczotkę do włosów (no dobra, jeszcze ukochany „Paragraf 22”), i po prostu wyszła – sądzicie, że to by zrobiło jakąś różnicę mojej córce? Bo mężowi z pewnością, to akurat oczywiste. I nie chodzi tylko o pralkę. On nie umie także prasować, odkurzać, czyścić muszli klozetowej ani gotować. Ale w sumie jest porządnym człowiekiem. Nie pije i nie bije, nie awanturuje się. Ja to mam szczęście.

Anouk

Podobnie jak poprzednio, następnego dnia przy porannej kawie zajrzała do statystyk, żeby zobaczyć, czy ktokolwiek przeczytał jej wynurzenia. Omal nie spadła z krzesła, widząc, że nie tylko ktoś czytał, ale też skomentował. Komentarze były dwa. Pierwszy krytyczny, ale kulturalny: Masz zamiar tak biadolić czy coś zrobić? Nie umiałaś wychować ani męża, ani córki, sama jesteś sobie winna. To teraz zakasać rękawy i brać się do roboty. W porządku, przełknęła, postanowiła nawet, że zastanowi się nad tym później.

Drugi komentarz był zdecydowanie krytyczny i bardzo niekulturalny: Stara niewyjebana dupo, czego pierdolisz bez sensu? Myślisz, że ktoś chce to czytać? No i odeszła jej ochota na blogowanie. Ewa szybko zamknęła stronę, zastanawiając się jednocześnie, jak się u licha usuwa wpisy i w ogóle całego bloga. Czuła się tak, jakby ktoś ją uderzył w twarz. Do pracy poszła okropnie zdenerwowana. Musiała wyglądać nie najlepiej, skoro kilkoro dzieci zapytało, czy boli ją głowa. Zbierało jej się i zbierało, aż wreszcie po powrocie do domu rozpłakała się i wtedy wreszcie trochę przeszło. Uspokoiła się do tego stopnia, że zasnęła z twarzą wtuloną w poduszkę kanapy.

Obudził ją przestraszony szept córki:

– Mamo? Stało się coś?

Ewa spojrzała na nią przez zapuchnięte powieki. Pomyślała, że musi wyglądać jak siedem nieszczęść, skoro Klaudia pochyliła się nad nią z taką troską. Coś podobnego, pierwszy raz od kilku lat mówi do matki ludzkim głosem. Może należy częściej się mazać?

– Jesteś chora?

Ewa zaprzeczyła ruchem głowy. Potrzebowała kawy i solidnego kopniaka, żeby na zawsze przeszły jej głupie pomysły w stylu pisania bloga.

– Stało się coś? Płakałaś? Jakieś złe wieści? – drążyła Klaudia.

Czy Ewie się wydawało, czy w głosie córki naprawdę zabrzmiała nadzieja? Jakby chciała tych złych wieści. Ewa usiadła i spojrzała na dziewczynę badawczo. Ta natychmiast odsunęła się od matki.

– Nic się nie stało. Mówiłaś, że teraz wszyscy piszą blogi. Ale nie powiedziałaś, że od razu posypią się na mnie wulgarne komentarze.

– Aaa, więc o to chodzi.

Klaudia usiadła w fotelu i podpierając pulchną dłonią potrójny podbródek, patrzyła na Ewę poważnie. Jej oczy dosłownie niknęły między fałdkami tłuszczu.

– Mamo, hejt to normalne zjawisko. Nie mów mi, że o tym nie słyszałaś. Wszyscy, którzy coś publikują w internecie, muszą być przygotowani na hejt.

Z jej głosu znikła już troska. Klaudia znów zwracała się do Ewy tym swoim opryskliwym tonem, jakby za każdym słowem czaiły się dodatkowe treści: nie zbliżaj się do mnie, mam cię gdzieś, odwal się – czy jak to tam teraz młodzież wyraża.

Ewa podniosła się i chyba zamierzała zapytać o powód, dla którego między nimi jest tak źle – jakiś impuls sprawił, że bez zastanowienia była gotowa podjąć taką rozmowę. Lecz Klaudia prychnęła po swojemu, wzruszyła ramionami i czym prędzej zdezerterowała do swojego pokoju.

 

Zgnębiona Ewa poszła do łazienki, żeby obmyć twarz chłodną wodą. Nic z tego nie rozumiała. Może jej się zdawało, ale przez ułamek sekundy zobaczyła Klaudię nagą, bezbronną i prawdziwą. Problem w tym, że jej córka nie chciała być widziana. Ukryła się kolejny raz, wlazła do skorupy jak ślimak.

– Co takiego zrobiłam, że moja córka przestała mi ufać? – szepnęła Ewa, patrząc w lustro. I co powinnam zrobić, żeby otworzyła się znowu?

 

 

 

 

 

Ani wieczorem, ani następnego dnia rano oczywiście nie było mowy o blogowaniu. Ewa przygotowała śniadanie i czekała na Klaudię, ale dziewczyna przez cały ranek nie zaszczyciła matki nawet spojrzeniem; jadła w milczeniu, przeglądając jakieś młodzieżowe czasopismo pełne fotek półnagich dziewczyn i młodzieńców. Ewa chciała ją spytać, jak się usuwa wpisy z bloga, nie chciała jednak poruszać tego tematu przy mężu. Umarłaby chyba ze wstydu.

Mirek także zjadł bez słowa, potem przelotnie cmoknął żonę w policzek i oboje z Klaudią szybko wyszli.

Na parkingu przed szkołą czekała na Ewę niespodzianka w postaci pana Wójcika. Zaczerwieniony od chłodu, stał przy pięknym, czarnym i zapewne cholernie drogim volkswagenie. Kiedy podjechała na swoje stałe miejsce, natychmiast podszedł i czekał, aż otworzy drzwi i wysiądzie.

– Dzień dobry – powiedział, pociągając nieco nosem. – Przepraszam panią stokrotnie. Nie przyszedłem wtedy, bo się paskudnie rozchorowałem. Rozłożyło mnie.

– Ale ja teraz nie mogę z panem rozmawiać – odparła Ewa z godnością. – Mam dyżur na korytarzu, na każdej przerwie aż do jedenastej trzydzieści. A potem ze dwie przerwy mi zejdą na kserowanie kart pracy i testów.

– Ależ ja to rozumiem. Przywiozłem właśnie Sławka i tak sobie pomyślałem, że może pani by zechciała spotkać się z nami po południu.

– Z nami? Czyli jednak żona nie wyjechała?

Żachnął się.

– Nie, nie, pani chyba nie zrozumiała. Ona nie to, że wyjechała… Ona odeszła. Na dobre. Wyczyściła konto, zabrała swoje rzeczy i nie tylko swoje… Zresztą, nie będę pani opowiadał o naszych brudach. Chciałem się spotkać i porozmawiać o synu, planowałem, że w jego obecności… Zgodnie z pani wcześniejszą sugestią.

Jak na fliziarza miał całkiem niezłe słownictwo. „Zgodnie z sugestią”, coś podobnego.

– Wie pan co? – zastanowiła się głośno Ewa. – Tak sobie teraz myślę, że jednak lepiej byłoby najpierw porozmawiać bez Sławka. Opowie mi pan o sytuacji rodzinnej, ja panu opowiem o tym, co dzieje się w szkole, i może uda nam się ustalić jakąś wspólną strategię. Dziś po południu? Powiedzmy o czwartej?

– Tak – zgodził się natychmiast. – Gdzie?

– Co takiego?

– Gdzie się spotkamy? Dokąd mam przyjechać?

– Tutaj.

To było dla niej tak oczywiste, że w pierwszej chwili nie zrozumiała, o co pytał. Przecież to sprawa szkolna, zresztą potrzebny był dziennik…

– Ach tak – stropił się Wójcik. – Sądziłem, że może przy kawie łatwiej by było…

– To ja panu zrobię kawę. A tutaj, proszę, zapiszę panu mój numer telefonu, żeby mógł pan mnie zawiadomić, gdyby znów pana rozłożyło. Do zobaczenia.

Wręczyła mu kartkę z nabazgranymi cyframi i poszła do pracy, bo po pierwsze, za chwilę miała zacząć dyżur, a po drugie, facet coraz rozpaczliwiej siąkał czerwonym od kataru nosem.

 

To nie był dobry dzień. I nie chodziło nawet o to, że Nikodem z VI d znów nie wziął podręcznika ani zeszytu, więc przez całą lekcję przeszkadzał Julce, do której Ewa go przesadziła, żeby mógł korzystać z jej książki i przynajmniej udawać, że coś robi. Oczywiście nawet nie próbował udawać.

Bezsilność nauczyciela to chyba najgorsza rzecz w tym zawodzie, myślała Ewa. Ciekawe, czy rodzice takich dzieci zdają sobie sprawę, jak perfidne i przebiegłe bywają ich pociechy. Bo przecież ona dobrze wiedziała, że Nikodem niczego nie zapomniał. Nie da się zapomnieć czegoś kilkanaście razy z rzędu. Dzieciak nie zabierał książki i zeszytu celowo. A ona nie mogła nic z tym zrobić. Kazała mu pisać na kartce – on ostentacyjnie wyrzucał ją po lekcji do kosza. Przesadziła go do koleżanki – natychmiast zaczął szczypać dziewczynkę, uniemożliwiał jej normalną pracę, głośno komentował, śmiał się, szeptał wulgarne słowa do kolegów, ale tak, żeby Ewa usłyszała choć końcówkę.

Co może zrobić nauczyciel?

Nic.

Upominanie, rozmowy na przerwach, prośby i groźby, próba zaprzyjaźnienia się z łobuzem, zawieranie pseudoprzyjacielskich umów – wszystko można sobie rozbić o kant tyłka. Wezwanie rodziców nie pomaga, ponieważ należą do tego szczególnego gatunku ludzi, którzy nigdy nie widzą problemu po swojej stronie. Ich dom, ich dziecko, ich samochód, ich kot, wszystko, co ich – jest w porządku. Cudze jest złe. Inni błądzą, inni się mylą – oni nigdy. Ich synek jest zdolny, tylko trochę leniwy. A że przeszkadza na lekcji? Widocznie się nudzi. Może pani powinna zmienić metody pracy…

Postawienie kolejnej jedynki także niczego nie zmieni. Jeżeli chłopiec będzie zagrożony oceną niedostateczną na półrocze albo na koniec roku, obowiązkiem nauczyciela będzie udzielić mu pomocy. Jeśli mimo wszystko dzieciak nie otrzyma promocji, dyrekcja zapyta, co Ewa zrobiła, żeby temu zapobiec, w jaki sposób dostosowała do jego potrzeb metody i formy pracy.

Gdzie tu sens, gdzie logika? Czy nie powinno paść pytanie: co zrobił uczeń, żeby nie dostać tej jedynki?

– Ja się chyba nie nadaję – szepnęła do siebie Ewa, zamykając klasę po ostatniej lekcji.

 

Z takim właśnie nastawieniem i w takim nastroju udała się po lekcjach na spotkanie z panem Wójcikiem. Sławek od dwóch dni był jakiś przygaszony – to w sumie dobrze, bo dzięki temu nie psocił, Ewa nie miała więc żadnych świeżych newsów do przekazania. Zresztą tych nieświeżych wystarczyłoby, żeby obdzielić nimi pół szkoły.

Ojciec chłopca czekał przed drzwiami pokoju nauczycielskiego. Na widok Ewy zdjął szalik i kurtkę. Miał na sobie granatowy golf, który kojarzył jej się ze studiami, z żaglami, zapachem morza. Gdyby nie zakatarzony nos i załzawione oczy, Ewa musiałaby przyznać, że facet wygląda pociągająco. Ale w tym wypadku – z dosłownym pociąganiem co kilka sekund – nie mogło być o tym mowy. Mimo to odruchowo wciągnęła brzuch, przeszło jej też przez głowę, że mogła się trochę staranniej umalować.

– Proszę wejść – powiedziała, otwierając drzwi. – O tej porze nie będziemy już nikomu przeszkadzać. Niech pan siada, a ja zaparzę kawę.

– Dziękuję, ja przecież tak tylko palnąłem… Niech pani nie parzy. Miałem na myśli…

– Nie chce pan? – przerwała, bo wyglądał na bardzo zakłopotanego, jakby sam nie wiedział, co właściwie chce powiedzieć. – Bo ja sobie strzelę małą czarną. Po tylu lekcjach chyba bym zasnęła w pół zdania.

– A, no to skoro pani będzie piła i jeśli to nie kłopot…

– Żaden kłopot, skądże. Chyba że pan woli herbatę, jeszcze się pan nie wygrzebał z tego przeziębienia.

– Tak, jeśli można, herbata byłaby idealna.

Zbyt grzeczny, zbyt uprzejmy, ułożony, pomyślała. To nie może być ojciec Sławka. Zaszła jakaś kolosalna pomyłka i zaraz będziemy się z tego śmiać, gdy się okaże, że mówimy o jakimś innym dziecku.

Stawiając przed nim kubek z herbatą i zalewając sobie kawę, przyglądała mu się dyskretnie. Miał gęste włosy jak na faceta w tym wieku. Mirek już mocno łysiał. Nigdy jej to nie przeszkadzało, uważała, że mężczyzna może być atrakcyjny nawet z zupełnie łysą czaszką. Nie była tylko pewna, co o tej atrakcyjności decyduje. I czy Mirek akurat to „coś” miał.

– Oceny już pan zna – powiedziała. – Żona coś mówiła o zachowaniu syna? Przekazywała panu wieści?

– Żona? Proszę pani – westchnął Wójcik i podniósł wzrok. – Ja chyba powinienem najpierw opowiedzieć o naszej rodzinie. Bardzo bym chciał, żeby pani spróbowała zrozumieć sytuację Sławka.

– Dobrze – zgodziła się. – Możemy zacząć od tego.

Uwagi zdąży mu jeszcze przeczytać. Zresztą one nie były aż tak ważne, nie chodziło przecież o to, by rozliczać chłopaka, ale o to, żeby coś się zmieniło. A teraz – po raz pierwszy, odkąd Ewa zaczęła uczyć Sławka – pojawiła się na to jakakolwiek szansa.

– My właściwie od kilku lat nie stanowimy rodziny… w tym sensie, o którym pani myśli – zaczął Wójcik. – Sławek urodził się, kiedy uważałem, że rozwód był tylko kwestią czasu. Wie pani, taka małżeńska wpadka. Nie wdając się w szczegóły, bo widzę, że to panią wprawiło w zakłopotanie… Nie układało nam się dobrze, ja wtedy trochę popijałem, a żona wiecznie narzekała, że mało zarabiam.

– Ale przecież pan ma dobry fach. Dobrze płatny.

– Tak, tyle że sezonowy. Proszę pamiętać, że poza najlepszym okresem, czyli od maja do października, są jeszcze te ciemne, długie miesiące, kiedy ludzie nie robią remontów. Sporadycznie jest wtedy jakaś robota dla fliziarza.

– No tak, ma pan rację – przytaknęła Ewa, bo przecież doskonale pamiętała, jak zawsze z Mirkiem przekładali wszelkie sprawy budowlano-remontowe na lato.

– Ale nie o tym chciałem mówić. Chcę po prostu, żeby pani zrozumiała, że Sławek jest w nieco… trudnej sytuacji. Emocjonalnie w naszym domu nigdy nie było dobrze. Żaneta nie chciała dziecka, z biegiem czasu nie stała się ciepłą mamą, nie okazywała mu szczególnego uczucia. Twierdziła, że ma depresję poporodową, i my w to wierzyliśmy, moja mama zajęła się dzieckiem, tyle że taka depresja nie może chyba trwać w nieskończoność, prawda?

Ewa pokiwała głową w milczeniu.

– Kiedy wyjechałem do Anglii, Sławek chodził do przedszkola. Po jakimś czasie założyłem firmę budowlaną, wie pani, nie tylko kafelki, także tynki, gipsowanie ścian, murowane ogrodzenia, w ogóle wykończeniówka. Zacząłem nieźle zarabiać, dzięki temu Żaneta z dzieckiem mogli tu, w Polsce, zamieszkać w domu, który kupiliśmy wprawdzie na kredyt, ale ja ten kredyt spłaciłem już po trzech latach. Sprowadzili się do nich moi rodzice i dopóki mama żyła, wszystko się jakoś układało. Ale umarła, gdy Sławek był w pierwszej klasie. I potem się już posypało. Żaneta szukała dla niego jakichś opiekunek, bo pracowała wtedy w klubie fitness, praca była wieczorami, dziecko płakało samo, bało się ciemności. Ale te opiekunki jakieś takie się trafiały… lepiej nie mówić.

– Rozumiem. Ale skoro pan zaczął dobrze zarabiać, to żona nie mogła…? Musiała pracować?

– Nie musiała, ale chciała. Twierdziła, że chce się realizować. I ja to szanowałem.

Ewa znów skinęła głową. W końcu sama robiła coś bardzo podobnego – nie musiała przecież zarabiać, Mirek śmiał się z jej nauczycielskich zarobków, że nie starczają nawet „na waciki”.

– Czy chłopiec był przywiązany do babci?

– Bardzo. Mam wrażenie, że to była jedyna osoba, którą naprawdę kochał.

– No, niech pan tak nie mówi. Przecież dziecko kocha ojca i matkę, nawet jeśli w rodzinie się nie układa.