Opis

Ta książka jest o szczęściu, o życiu w poczuciu dobrze spędzanego czasu, z przekonaniem, że dostajemy od życia to, czego pragniemy. A jeśli nie czujemy, że dostajemy tego, czego chcemy, uwierzmy, że jest to to, co jest nam potrzebne do rozwoju, do wzrastania. Szczęście to stan umysłu, i nie zawsze jest wysoko skorelowany z obiektywną sytuacją, w jakiej znajduje się konkretna osoba. Ileż to razy widzimy szczęśliwych ludzi, których otoczenie obfituje raczej w kolce niż w kwiaty róż, oraz nieszczęśliwych - w sytuacjach, w których wydawać by się mogło, że jedynie ptasiego mleka może im brakować. Tak, w odczuwaniu szczęścia kluczową rolę pełnią nie fakty z życiorysu i ich oprawa, ale raczej nastawienie, przekonanie i umiejętność koncentrowania się na jaśniejszej stronie życia.  

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 233

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1

Szczęście dla każdego

Każdy z nas ma w swoich dłoniach czterolistną koniczynkę. Trzeba ją tylko poczuć.

Ta książka jest o szczęściu, o życiu w poczuciu dobrze spędzanego czasu, z przekonaniem, że dostajemy od życia to, czego pragniemy. A jeśli nie czujemy, że dostajemy to, czego chcemy, to uwierzmy, że jest to tym, co jest nam potrzebne do rozwoju i wzrastania. Szczęście to stan umysłu i nie zawsze jest wysoko skorelowane z obiektywną sytuacją, w jakiej znajduje się konkretna osoba. Ileż to razy widzimy szczęśliwych ludzi, których otoczenie obfituje raczej w ciernie niż w kwiaty róż, oraz nieszczęśliwych – w sytuacjach, w których wydawać by się mogło, że jedynie ptasiego mleka może im brakować. Tak, w odczuwaniu szczęścia kluczową rolę odgrywają nie fakty z życiorysu i ich oprawa, ale raczej nastawienie, przekonanie i umiejętność koncentrowania się na jaśniejszej stronie życia. Widzi się to jednak niejako z boku, z punktu obserwacyjnego badaczy tego zjawiska czy zwyczajnie – innego człowieka. Ludzie zdają się bowiem zwykle widzieć źródło swojego samopoczucia raczej w otaczającej ich rzeczywistości niż w sobie. Osoby nieszczęśliwe niemal zawsze są przekonane, że za ich samopoczucie odpowiada smutna rzeczywistość, a trudne realia uniemożliwiają im czucie się szczęśliwymi, spełnionymi czy nawet zadowolonymi z życia. Czekają na odmianę losu, zmianę sytuacji, poprawę warunków, nowe rozdania w starych grach. Szczęśliwi także często uznają się za szczęśliwców czy dzieci szczęścia, którym to los sprzyja, zsyła wszystko, co dobre. Często nie widzą w tym swojego udziału – sposobu, w jaki patrzą na otaczającą ich rzeczywistość i przetwarzają płynące z niej informacje, jak nazywają świat, w którym żyją.

Na pewno słyszałeś, jak dwie osoby z tego samego biura zupełnie inaczej opisują panujące w nim relacje. Jedna z nich jest zadowolona ze swojego miejsca pracy, druga nie. Z pewnością zdarzyło ci się słuchać pensjonariuszy tego samego domu wczasowego opisujących wspaniały lub nieudany pobyt. Może sam jesteś dzieckiem zupełnie inaczej patrzącym na dzieciństwo niż twoje rodzeństwo? Ludzie tak różnie patrzą nie tylko na wybrane fragmenty życia, lecz także na jego całość. Ręczę, że osoby szczęśliwe szybciej znajdą powody do radości w każdych warunkach, łatwiej przystosują się do każdego miejsca pracy, a własne życie postrzegać będą w jaśniejszych barwach.

Sama mówię o sobie jak o dziecku szczęścia, powołując się na czepek, w którym się urodziłam, jako na przyczynę mojego stanu ducha. Od lat jednak wiem, że to moja wewnętrzna praca czyni mnie szczęśliwą, umiejętność koncentrowania się na tym, co milsze lub choćby wartościowe. Czasem dzieje się to automatycznie, ale czasem świadomie sobie pomagam.

Nie chcę powiedzieć, że sprzyjający układ zdarzeń, właściwi ludzie pojawiający się w odpowiednim momencie na naszej drodze albo też talenty i zdolności, które posiadamy, nie mają wpływu na nasze życie. Oczywiście mają wpływ, ale to my ostatecznie nazywamy naszą sytuację. Osoba, która jeszcze nie nauczyła się życia w poczuciu szczęścia, może nawet nie zauważyć tych wszystkich dobrodziejstw, jakie zsyła jej los. I często nie zauważa. Natomiast ktoś, dla kogo szczęście jest codziennym stanem umysłu, dostrzega i wykorzystuje każdą sytuację; te mniej pomyślne odczytuje tak, by mu w jakiś sposób służyły.

Czterolistna koniczynka uważana jest za symbol szczęścia. Spotyka się ją rzadziej niż zwykłą trzylistną i już sam ten fakt rodzi w nas domniemanie, że szczęście to coś nadzwyczajnego, co przytrafia się mniejszości. Jako dziecko szukałam jej na łąkach i dość często znajdowałam. Dziś nie szukam, bo wiem, że moje szczęście zależy przede wszystkim ode mnie. Znam jednak sporo dorosłych wciąż szukających czterolistnej koniczynki – i dosłownie, i w przenośni – nie poczuli jeszcze, że tak naprawdę cały czas mają ją w ręce. Jeśli należysz do takich osób, uwierz, że już ją masz, poczuj ją i weź odpowiedzialność za swoje szczęście.

Możesz być szczęśliwy już dziś, zaraz, natychmiast, to tylko kwestia właściwego ustawienia postrzegania i myślenia.

Wierzę, że kolejne rozdziały mojej książki mogą ci to ułatwić. Motto każdego z nich to motywujące cytaty z moich poprzednich książek, wybrane przez czytelniczki – Elżbietę Skwarę i Kornelię Pisarek-Błaczkowską.

Niektórzy ludzie potrzebują czegoś namacalnego – talizmanu, jakiegoś drobiazgu przynoszącego szczęście. Jeśli potrzebujesz tego, miej zawsze ze sobą tę rzecz: ulubiony pierścionek, zasuszoną koniczynkę, malutkiego aniołka czy kamyczek… To ułatwia odpowiednie spojrzenie na życie.

2

Zasługuję

Każdy zasługuje na wszystko, co w życiu dobre: na miłość, godne życie i dobrobyt. Każdy zasługuje na to, by być szczęśliwym.

Tak, to nasze niezbywalne ludzkie prawo. Zasługuję ja, zasługujesz na szczęście ty, zasługuje na nie także nasz bliźni – również wtedy, kiedy jego dążenie do szczęścia koliduje nieco z naszymi pragnieniami, a nawet wtedy, kiedy mocno naszym pragnieniom przeszkadza. Czy to możliwe, żeby ktokolwiek na świecie uważał, że nie zasługuje na szczęście, na miłość czy dobrobyt? Przecież każdy życzy sobie wszystkiego najlepszego, pewnie nawet bardziej niż tym, którym składa takie życzenia. A jeśli tak, to czy możliwe, by odmawiać prawa do szczęścia innym? Nasze życie przebiega niejako na dwóch poziomach: świadomym i podświadomym. Ideałem jest, aby oba te wątki zsynchronizować ze sobą tak, by służyły dobru naszemu i świata. Już na poziomie świadomości pojawiają się u niektórych wątpliwości, prowadzące w konsekwencji do konfliktu wewnętrznego. Większość ludzi uważa dziś raczej, że na to wszystko trzeba sobie zasłużyć, wręcz wyrwać światu, i ostro pracuje, dążąc do realizacji pragnień. Niektórzy z nich są tak zmęczeni tym dążeniem, pracą i napinaniem wszelkich mięśni i umysłu, że kiedy osiągają to, na czym im zależy, nie mają siły się cieszyć. Zresztą przed oczami mają kolejne cele, które muszą sobie wypracować. Podobnie podchodzą nawet do miłości, starając się na nią zasłużyć. Oczywiste jest, że przy takim traktowaniu siebie podobnie traktuje się innych. Rzadko kiedy zdarza mi się spotykać ludzi, którzy uważaliby, że wszyscy zasługują na godne życie czy godne traktowanie. Wszyscy. Złoczyńcy także. Czym innym jest to, jakie środki podejmuje społeczeństwo, by chronić czy popularyzować uznawane przez nie wartości, a czym innym prawo do godnego życia. Ważne jest także właściwe podejście do słowa dobrobyt. Dla mnie nie oznacza ono listy rzeczy, które trzeba posiadać (samochód, telewizor, wypełniona smakołykami lodówka, dom czy mieszkanie własnościowe, solidna kwota na koncie i tak dalej), ale raczej to, co dla danej osoby jest niezbędne, by mogła powiedzieć, że żyje w dobrobycie. Dobrobyt to również poniekąd stan umysłu. I każdy zasługuje na taki, jaki sobie wyobraża. Jednak:

Zasługuję to nie znaczy należy mi się.

Nie oznacza to zatem, że z nogą założoną na nogę, popijając kawkę, czekamy na dobrobyt, miłość czy nawet godne życie. Wszystko to wymaga pewnych kroków, działań, przekonań. Niezbędna jest zatem praca. I chodzi tu nie tylko o tę na zewnątrz nas, ale również w naszym wnętrzu. Zdarza się dość często, że choć świadomie człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy, w jego podświadomości zakorzenione jest przekonanie o tym, że nie zasługuje na coś… czasem wręcz na wszystko. To najsmutniejszy wariant. Intensywnie, często z pomocą coachów i trenerów, dąży się do osiągnięcia czegoś, a jednak nie udaje się tego osiągnąć. Taki ktoś pracuje coraz intensywniej i bywa, że kończy się to wypaleniem. Nierzadko to właśnie takie osoby trafiają do mnie na konsultacje. Skupiamy się na tym, co blokuje swobodny przepływ energii, zmieniamy paradygmaty i… działania zaczynają przynosić efekty. Przyjemnie patrzeć, jak przeprogramowanie niesłużących schematów zmienia rzeczywistość tych osób.

Sondra Ray napisała książkę Zasługuję na miłość. Jednym z tych darów życia, na jakie niektórzy sądzą, że nie zasługują, jest miłość. Proponuje ona prostą afirmację:

Zasługuję na miłość.

Według tego wzoru można zbudować afirmację na każdy inny temat i często, naprawdę często, ją powtarzać.

Przyjrzyj się swojemu podejściu do szczęścia. Czy na pewno uważasz, że na nie zasługujesz? Czy masz podobny stosunek do dążenia do szczęścia innych wokół ciebie? Czy na pewno rozumiesz, że to nie ty wiesz, co uszczęśliwi drugiego człowieka (nawet najbliższego), ale on sam? Jeśli twoje odpowiedzi na te pytania są twierdzące, a wciąż nie masz poczucia spełnienia, przyjrzyj się podświadomości. Może ona uważa inaczej. Jeśli tak, trzeba ją przeprogramować, choćby stosując afirmację typu „zasługuję na…”.

3

Wyjątkowa szansa

Każdy związek jest szansą na rozwój. Z każdej relacji można wynieść naukę.

W moim słowniku związek to długotrwała i zabarwiona emocjami relacja, czyli pozostawanie w stosunku do siebie w jakiejś zależności: przestrzennej, formalnej lub emocjonalnej oraz emocje towarzyszące naszym kontaktom. Związki budujemy z ukochanymi, rodziną, przyjaciółmi, ale także z tymi, z którymi mieszkamy przez dłuższy czas po sąsiedzku czy z kolegami z pracy. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że związek właściwie nigdy się nie kończy. Nawet kiedy go zrywamy albo wygasa w naturalny sposób, trwa w nas. Wydaje się to logiczne. Przecież myślimy czasem o tych ludziach, wracają do nas w skrawkach wiadomości od innych, w snach; czasami w genach naszych dzieci. Mnie samej często się zdarza, że jakaś sytuacja przywołuje wspomnienie o kimś, nawet z najdawniejszych lat. Pewnie masz podobnie.

Co wyniesiemy z sytuacji mających miejsce w związkach, zależy od tego, co jest w naszych sercach, ale i od tego, jak pracuje nasza świadomość.

Dotyczy to zarówno aktualnych sytuacji, zachodzących w danym momencie, jak i reminiscencji, wspomnień. Serce nie sługa – mawiają. I do pewnego stopnia jest w tym racja. Nie zawsze da się zmienić uczucie, które zostawił w nim jakiś związek. Da się jednak spojrzeć na niego inaczej, zadać inne pytania, choćby te: Co dobrego spotkało mnie dzięki temu związkowi? Czego się nauczyłam? Co chciałabym zostawić za sobą?

Związek jest szansą na rozwój, choćby ze względu na długość jego trwania. Przede wszystkim wiele się możemy nauczyć od innych ludzi. Już samo słuchanie ich dostarcza nam zarówno ogólnej wiedzy, jak i wiedzy o ludziach, ich różnorodności, indywidualnym odczuwaniu świata. Już to samo jest rozwojem, oczywiście tylko wtedy, kiedy następnie wykorzystujemy tę wiedzę w życiu. Dzięki innym ludziom możemy również poznawać siebie. Dowiadujemy się, co lubimy, a czego nie, i co nas wytrąca z równowagi; poznajemy granice swojej wytrzymałości czy kontroli oraz ekspresję własnych emocji. Możemy też poznawać siebie pośrednio przez innych. Często bowiem ludzie bywają dla nas niejako lustrem. To, co nas w nich najbardziej drażni, co nam się nie podoba, może być czymś, co posiadamy sami. Rozwój będzie kompletny, jeśli teraz zdecydujemy się na zmianę własnego zachowania.

Największe znaczenie dla naszego rozwoju ma to, co dzieje się pomiędzy nami i najbardziej kochanymi osobami, szczególnie dziećmi.

Dzieci mogą być znakomitymi nauczycielami życia. Jeśli do naszego związku z nimi dołączymy pewną uważność i będziemy wyciągać wnioski z każdej relacji, sami zauważymy, jak zmieniają się nasze nastawienie i zachowanie. Jak buduje się nasz związek. Oczywiście możliwe jest to wtedy, kiedy prawdziwie kochamy i dzieci, i siebie oraz jesteśmy gotowi ofiarować nieco czasu, by nauczyć się słuchania.

Relacją jest każde, nawet krótkotrwałe zderzenie z drugim człowiekiem: każda wymiana słów, a nawet spojrzeń, wspólna podróż pociągiem, samolotem czy… windą. I ona dostarcza nam szansy na rozwój – może być punktem zwrotnym w pojmowaniu czegoś, w nastawieniu do jakiejś sprawy, może nas nauczyć lepszego zachowania w jakiejś sytuacji, nawet stanowić wzór. Lepsze życie i szczęście polegają między innymi na tym, by świadomie podchodzić do naszych związków i relacji. Te pierwsze warto traktować jak pole ćwiczeń, obóz szkoleniowy, gdzie ćwiczymy różne zachowania i reakcje. Do drugich zaś dobrze podchodzić przede wszystkim świadomie i z gotowością do kontroli własnych myśli i zachowań.

Podchodź do związku jak do czegoś, co się buduje i co jest wynikiem wzajemnej interakcji, przejmij świadomie swoją część odpowiedzialności. Następnym razem, kiedy ktoś cię zirytuje, zastanów się, czy nie jest przypadkiem twoim lustrem, czy nie pokazuje ci zachowań, które sam demonstrujesz.

4

Bez klosza

Każdy człowiek ma własną drogę życiową i uczy się tak, jak potrafi. Pomagajmy uczyć się dzieciom, wyciągać wnioski, ale nie zabraniajmy im dokonywać wyborów. Nie zmuszajmy, by wybierały tak, jak sobie tego życzymy. Bolesne doświadczenia stanowią czasem niezbędną lekcję życia i są ważniejsze niż sukcesy czy tak zwane spokojne życie. Dusza często wie lepiej, czego ma się uczyć.

Kochamy dzieci, a przynajmniej jesteśmy o tym przekonani. Najczęściej pojawiają się na świecie w wyniku świadomej decyzji rodziców, którzy chcą je mieć. Kochają się, mają mieszkanie, samochód, niezbędne sprzęty, brakuje im jeszcze dziecka albo uważają, że naturalną konsekwencją małżeństwa czy choćby wspólnego życia jest potomstwo, że dopełnia ono obrazu rodziny. To są najczęstsze odpowiedzi na pytanie, dlaczego decydujemy się na rodzicielstwo. Oczywiście wielu przyszłych rodziców waha się, czy podoła finansowo wychowywaniu dzieci w dobrobycie. Wierzę, że mogą być tacy, którzy zastanawiają się, czy mają odpowiednie predyspozycje, aby być rodzicami. Wątpię jednak, czy rozmowy krążą wokół pytań: Po co ma się dzieci? Jaką funkcję pełni rodzic w stosunku do dziecka? Mało kto rozumie, że od początku życia dziecko jest na swojej własnej duchowej ścieżce. To, jak się będzie rozwijało emocjonalnie, fizycznie i intelektualnie, zależy w sporym stopniu od rodziców. Oni także mają wpływ na jego wybory dotyczące zawodu i innych ważnych życiowych spraw. Jednakże tylko dusza dziecka wie, co ma przeżyć, i tylko ona zna swoje przeznaczenie w boskim planie. Każdy człowiek jest ważny, każdy potrzebny. Wszelkie doświadczenia, nawet te w naszych oczach najbardziej dramatyczne i niepotrzebne, mogą być drogą duchową danego człowieka wiodącą go do indywidualnego poznania i rozumienia.

Nie wszystko, co dzieje się z naszymi dziećmi, jest naszą odpowiedzialnością, nie na wszystko mamy nawet wpływ.

Nie chcę przez to powiedzieć, że mamy stać z założonymi rękami i patrzeć, jak – naszym zdaniem – dziecko tonie. Oczywiście trzeba je ratować, rzucać koło ratunkowe… A najlepiej wcześniej uczyć je pływać. Namawiam jednak do większego dystansu, do pewnego spokoju. Gdzieś w tle rodzicielstwa jest przecież chęć przedłużenia linii genetycznej, przekazania cząstki siebie, zostawienia czegoś po sobie. Sporo ludzi płodzenie i wychowywanie dzieci uważa za formę samorealizacji. Podchodzą do tego jak do projektu, do pisania książek czy malowania obrazów. Dążą do tego, by projekt był doskonały. Nakładają zatem na dzieci klosz własnej wiedzy, własnych potrzeb i doświadczeń. Porównują je z tym, co znajduje się pod kloszami innych rodziców. Prowadzi to z jednej strony do chronienia dzieci przed wyborami uznawanymi za niepożądane i nakłaniania ich do dobrych wyborów oraz do rywalizacji z innymi rodzinami. Mówi się, że chce się oszczędzić dzieciom bólu, rozczarowań czy naprawiania błędów. A to niby dlaczego? Czyż nie powinny przeżywać i takich uczuć? Czy rozwój jest możliwy bez przykrych doświadczeń i szansy na wyciąganie z nich wniosków? Nie sądzę, a rodzice znakomicie mogą się przydać przy wyciąganiu wniosków z tych doświadczeń.

Często wtłaczanie dzieci w jakiś szablon jest chronieniem siebie samych przed lękiem. Nie chcemy się bać, zatem nie pozwalamy na to czy tamto, trzymamy dzieci przy sobie najdłużej, jak się da. Jednak rodzicielstwo to także nasz rozwój osobisty i duchowy. Nie jest możliwy bez doświadczania obaw, cierpienia czy konieczności sprostania wyzwaniom, których nie jesteśmy w stanie nawet przewidzieć. Znacznie łatwiej jest przez to przejść, jeśli nie traktuje się dzieci jak własności, raczej jak powierzone naszej opiece równe nam stworzenie. Łatwiej wtedy zdjąć niepotrzebny klosz.

Jeśli masz dzieci, przypatrz się, czy przypadkiem nie trzymasz ich pod zbędnym kloszem. Spróbuj przynajmniej go uchylić.

5

Właściwy adres

Kiedy coś nam się nie podoba, zwykle mamy pretensje do ludzi na pierwszej linii, podczas gdy często są to jedynie wykonawcy ustaleń innych.

Jakże często obiektem naszych narzekań, pretensji czy innych wyrazów niezadowolenia są osoby, które nie odpowiadają za sposób, w jaki muszą pracować. Telemarketerom najczęściej daje się formułki, jak mają się zwracać do potencjalnych klientów, przedstawiciele banków i różnych firm usługowych działają według polityki tworzonej przez zarządy i kadrę kierowniczą, nawet sprzedawcy i kelnerzy mają pewne wytyczne co do sposobu zachowania. To nie jest wina konduktora, że pociąg się spóźnia, motorniczego, że tramwaj się popsuł, ani kasjerki, że otwarta jest tylko jedna kasa… Takich rzeczy jest sporo. Doskonale rozumiem naszą irytację, czasem bezsilność odczuwaną wobec różnego rodzaju przeszkód w życiu, proponuję jednak, by zachować się bardziej proaktywnie. Oszczędzi nam to niepotrzebnych napięć, a niekiedy może nawet spowodować zmianę na lepsze. Chodzi o to, by nie działać impulsywnie, ale w zgodzie z własnymi celami i zasadami. Nikt nie ma chyba zasady: zrzędzić, ile się da, być dla ludzi nieprzyjemnym, wyładowywać swoje emocje, na kim popadnie. Dlatego najpierw zastanówmy się, czy w ogóle warto coś mówić, a jeśli tak, to róbmy to grzecznie, z myślą o tym, co chcemy osiągnąć. Dobrze uświadamiać sobie, że to, co się dzieje, nie jest wymierzone ani w nas, ani w nikogo innego, ale jest owocem bezmyślności, braku troski, a czasem wiedzy ludzi odpowiadających za ten odcinek pracy. Czy nasza interwencja może coś wnieść? Czy spowoduje zmianę, na której nam zależy? Na te pytania trzeba sobie odpowiedzieć. Energię warto bowiem angażować jedynie w działania, które mogą coś zmienić.

Czy osoba, z którą rozmawiam, ma bezpośredni wpływ na to, co się dzieje?

Jeśli nie – odpuszczamy sobie sprawę, poddając się uspokajającym myślom, albo prosimy o kontakt do kogoś, kto za to odpowiada, i tam kierujemy swoje uwagi.

Czasem takie właściwe spojrzenie uruchamiane jest po prostu za sprawą empatii czy dużej wrażliwości społecznej. Czekałyśmy z córką na dostawę mebli. Obiecano je dostarczyć między trzynastą a siedemnastą. Kilka dni wcześniej meble z tego samego sklepu przyjechały przed trzynastą, Weronika przyszła zatem do mnie o tej porze, by mi pomóc. Niestety, tym razem po siedemnastej zadzwoniono, że meble będą o osiemnastej. Były przed dwudziestą. Szkoda mi było Weroniki, jej poświęconego niepotrzebnie czasu, złościło mnie również czekanie. Powiedziałam coś niemiłego pod adresem dostawców i wtedy córka uświadomiła mi to, o czym tu piszę. To nie ich wina. Oni tylko realizują to, co im zlecili ich szefowie. Może jeszcze dodatkowo był gdzieś jakiś wypadek albo korek. Oczywiście miała rację, a już dzielenie się z nią złością zupełnie nie miało sensu. Dostawcy byli mili i wyraźnie było im niezręcznie, że się tak bardzo spóźnili. Okazało się, że dostali za mało czasu na wielką dostawę do klienta przed nami i to spowodowało opóźnienie. Byli bardzo zaskoczeni, kiedy dałam im spory napiwek.

Współczułam im, ciężko pracowali, wiedziałam jednak, że tele-fon do dyspozytorni może spowodować jedynie kolejne słowo „przepraszam”. Dlatego otoczyłam się pozytywnymi myślami i skoncentrowałam na rozpakowywaniu mebli.

Mamy w zwyczaju takie niewłaściwie lokowane pretensje. Następnym razem, kiedy zdarzy ci się taka sytuacja, przypomnij sobie ten felietonik. Proaktywnie.

6

Nowy wymiar

Kiedy uwagę przenosi się ze świata zewnętrznego na świat wnętrza – myśli, idei, ducha – wtedy życie nabiera zupełnie innego wymiaru.

Jesteśmy otoczeni rzeczami. Tak zorganizowaliśmy sobie świat, że różne rzeczy, usługi, sposoby spędzania czasu rywalizują o naszą uwagę. Reklama, wymyślne formy marketingu, naciski społeczne i autentyczna uroda wielu produktów sprawiają, że pragniemy ich, marzymy o różnych aktywnościach, dążymy do celów materialnych. Niewielu z nas potrafi w kwiecie życia oprzeć się tym pokusom i nadziejom. Nie wiem zresztą, czy to potrzebne… Przychodzi jednak taki moment, kiedy materia nie wystarcza, wręcz to, co na zewnątrz, staje się mniej istotne, niż to, co jest w nas samych, co płynie z nas. Już nie cele nastawione na otoczenie kierują naszym życiem, ale cele (jeśli w ogóle można tak nazwać tę nową formę dążenia) związane z wnętrzem, z tym, co chcielibyśmy osiągnąć sami ze sobą; kierujemy się bardziej do środka, do tego, co przeżywamy i co robimy ze swoimi przeżyciami. Odpowiadamy w ten sposób na wołanie duszy, która szeptać zaczyna w okolicy trzydziestu trzech lat, głośniej mówić po czterdziestce, a krzyczeć w popołudniu życia: Dostrzeż mnie! Ważne, aby zauważyć ten moment, tę nową potrzebę i poddać się temu, w przeciwnym razie możemy doświadczać licznych frustracji, obniżenia nastroju, nawet depresji. Czasami też taka tęsknota duszy objawia się potrzebami rzekomo cielesnymi. Można się objadać, biegać często i długo, nagminnie odwiedzać siłownię, zmieniać partnerów seksualnych, pić zbyt dużo alkoholu… To są erzace, dające chwilowe poczucie kontroli nad tym, co się dzieje. Nie o kontrolę tu jednak chodzi, ale o poddanie się duszy. O ciszę ze sobą, przeżywanie świata uważniej i bardziej wewnętrznie, stawanie się coraz bardziej prawdziwym sobą. Kiedy człowiek dojrzewa do takiej decyzji, świat zewnętrzny z jego wszystkimi rzeczami zwykle traci wartość, chyba że służy duszy, bliskości ze sobą samym i naprawdę najbliższymi nam ludźmi.

Dla duszy najważniejsze jest dojście do bezwarunkowej miłości do siebie, innych i świata. Niektórzy uważają, że przez to właśnie zbliżamy się do Boga.

Pewne warunki nie sprzyjają takiemu podejściu, zatem je zmieniamy. Ktoś wyprowadza się bliżej natury, ktoś inny zmienia mieszkanie na mniejsze, są nawet tacy, którzy zaszywają się w aśramach lub zakonach, jednak największa liczba ludzi aranżuje inne życie w tym, co ma.

Moja decyzja o życiu w Kanadzie to odpowiedź na krzyk mojej duszy. Dziś rzeczy ważne są dla mnie o tyle, o ile stanowią tło do życia w bardziej duchowym wymiarze. Chodzę pięknymi ulicami mojej okolicy, zachwycam się domami, ich architekturą i zielenią, ale na zadawane sobie pytanie: Czy chciałabym mieszkać w jednym z nich? nieodmiennie odpowiadam: „nie”. Kiedy ponad dwadzieścia lat temu spacerowałam w ładnej okolicy, moja odpowiedź brzmiała zawsze „tak”. Nawet dziś pamiętam to przejmujące uczucie pragnienia. I mieszkałam w ładnych domach, w pięknych miejscach, miałam to, czego pragnęłam. Miałam wtedy czterdzieści lat, tak rozumiałam wołanie mojej duszy. To zupełnie naturalne, to okres w życiu człowieka, kiedy ważne są spotkania ze znajomymi, może dowody osiągnięć życiowych, kiedy w domu mieszkają dzieci. W tym wieku przyjmuje się jeszcze pewne społeczne wyznaczniki sukcesu, identyfikuje się z tą lub inną grupą społeczną i działa w zgodzie z jej standardami. Tylko najbardziej dojrzali patrzą na życie inaczej. Jednak im człowiek starszy, tym większa szansa, że otworzy się na siebie, na swoje wnętrze, na to, co w nim jest i co z niego płynie. Człowiek wtedy raczej spaceruje, niż biega. Więcej słucha, niż mówi. Życie towarzyskie zamienia po części na rozmowy z samym sobą, na zapiski, kontemplacje na różne tematy oraz prawdziwą troskę o siebie. Modli się i stara się nawiązać kontakt z Bogiem, tak jak go pojmuje. Żyje z mniejszą liczbą rzeczy i spraw do załatwienia. Dba o siebie i dzięki temu łatwiej mu prawdziwie kochać innych.

Popatrz na swoje życie. Czy myślisz, że twoja dusza dawała ci już jakieś sygnały, abyś bardziej się nią zajął? Rozwój osobisty nie zawsze idzie w kierunku tego, co jest dobre dla duszy.

7

Zrozumieć innych

Kochając siebie, łatwiej rozumiemy innych.

Dla wielu osób to zdanie jest niemal wewnętrznie sprzeczne. Czyż nie mówi się nam, żeby zwracać większą uwagę na potrzeby innych ludzi, aby starać się ich zrozumieć i odpowiadać na ich potrzeby? Nawet Stephen R. Covey, którego książki są dla mnie nieustającym mentoringiem, radzi w szóstym nawyku: Staraj się najpierw zrozumieć, potem być rozumianym. To sformułowanie dotyczy akurat komunikacji i stoi za nim przekonanie, że siebie w oczywisty sposób rozumiemy. Tyle że to nie jest wcale takie oczywiste. Bardzo często wcale siebie nie rozumiemy, ponieważ nie patrzymy na siebie z miłością. Nasze działania, a nawet potrzeby, podyktowane są często potrzebami środowiska, innych ludzi. Robimy coś tak długo, że wydaje nam się, iż jest to nasze, wynika z naszych potrzeb. A wcale tak być nie musi. Nie kochając siebie, nie patrzymy na siebie dogłębnie, nie docieramy do naszych najgłębszych potrzeb… Często nie pozwala nam na to wstyd albo lęk, że nie będziemy mogli sobie z tym potem poradzić. Nie chcemy przyjąć do wiadomości swoich cieni, ciemniejszych stron czy zwyczajnie zachowań, z jakich nie jesteśmy dumni. Nie zastanawiamy się, co i dlaczego nas rani, a czasem budujemy pancerz, który powoduje, że potem mniej czujemy. W takim pancerzu i z powierzchownym rozumieniem siebie, nawet kiedy staramy się zrozumieć innych, nie zrozumiemy ich prawdziwie. To będzie tylko powierzchowne domniemanie. Reagując w zgodzie z takim rozumieniem, nie trafiamy naprawdę do drugiego człowieka, do jego serca. A przecież o to chodzi w rozumieniu innych. Co chwila okazywać się będzie, że nasze próby zadowolenia danej osoby czy dostarczenia tego, co wydaje się dla nich ważne, są nieskuteczne. Nie mając też wrażliwości na siebie i swoje odczucia, nie potrafimy zadbać o to u innych. Wreszcie kiedy nie kochamy siebie, a zatem nie dostarczamy sobie wystarczająco dużo uwagi, nie mamy za bardzo ochoty wsłuchiwać się w potrzeby innych, bardziej zależy nam na tym, aby to nas słuchano, nas bawiono, abyśmy to my byli w kręgu zainteresowania.

Trzeba siebie pokochać i przyjrzeć się sobie pełnymi miłości oczami, poznać o sobie całą prawdę. I dopiero wtedy, z podobnym nastawieniem na innych, starać się ich zrozumieć.

Zrozumienie innych płynie zatem de facto z pełnego i prawdziwego rozumienia siebie. To zaś możliwe jest tylko wtedy, kiedy siebie pokochamy.

Popatrz na swoje związki i bliskie relacje. Jak wygląda twoim zdaniem poziom zrozumienia przez ciebie innych? Zapytaj ich, czy czują się przez ciebie rozumiani. Jeśli nie, weź pod uwagę to, że przyczyną może być brak pełnej miłości troski o siebie.

8

Połączyć dwa światy

Komunikacja to droga w dwie strony: zarówno mówiący, jak i słuchający bierze udział w procesie rozumienia słów.

Czy zdarzały ci się sytuacje, że to, co powiedziałeś czy napisałeś, zostało przez odbiorcę zupełnie inaczej zrozumiane? Na pewno. Mnie zdarza się to nader często, choć bardzo się staram wyrażać i pisać precyzyjnie. Przyczyn jest wiele, ale najważniejsza to ta, że każdy z nas żyje w swoim własnym świecie, z jednej strony dość trwale ukształtowanym przez doświadczenia, z drugiej wciąż podlegającym zmianom powodowanym uczeniem się, nowymi doświadczeniami oraz emocjami. Słuchając czy czytając kogoś, tak naprawdę spoglądamy z własnego świata na ten, który on nam ukazuje. Jest to zupełnie naturalne. Powoduje jednak, że nie zawsze rozumiemy daną osobę tak, jak chciałaby być rozumiana. Czasem prowadzi to wręcz do poważnych nieporozumień.

Rozmowa dwojga ludzi ma sens jedynie wtedy, kiedy udaje się połączyć ich światy, znaleźć – choćby tylko na czas rozmowy – jego wspólną część.

Temu służy komunikacja, jednak komunikacja właściwie rozumiana, w której obie strony przejmują odpowiedzialność za zrozumienie się. To dlatego mówię, że jest to dwukierunkowa droga. Słuchający jest tak samo odpowiedzialny za właściwe zrozumienie treści jak osoba mówiąca. Powinien się upewnić, że zrozumiał przekaz właściwie. Czasem trzeba się wręcz dopytać o znaczenie niektórych słów, szczególnie gdy są to porównania albo epitety. To, co w ustach mówiącego może być komplementem, dla słuchającego może być wręcz niemiłe. Jedno dobre pytanie może rozwiać tę emocję. Jeśli natomiast się tego nie zrobi, nieprzyjemny nastrój może się pogłębiać i będzie wpływać coraz bardziej na to, co słyszymy.

Jest kilka dobrych podpowiedzi, jak słuchać. Mówi się o tym, aby nie przerywać i pozwolić dokończyć przekaz, o tym, żeby zadawać pytania, a także o tym, by sparafrazować wypowiedź tak, aby obie strony były przekonane, że się właściwie rozumieją. Jednakże wszelkie te rady nie dadzą dobrego efektu, jeśli każda z rozmawiających osób nie przejmie prawdziwej odpowiedzialności za rozumienie siebie oraz nie zapanuje nad emocjami. Emocje mają wielką zdolność modelowania tego, co słyszymy. Dlatego najważniejsze jest to, aby budować w sobie pozytywne nastawienie do rozmówcy nawet wtedy, kiedy rozmowa nie jest przyjemna, aby nie ulegać podszeptom pychy czy dumy lub nie dać się ponieść złości. Nie jest to łatwe, ale jeśli świadomie się na to zwraca uwagę, jest możliwe do opanowania. I tu pozwolę sobie nawiązać do poprzedniego tekstu: miłość do siebie ułatwia również odbiór tego, co mówią do nas inni. Osoba z poczuciem własnej wartości jest znacznie mniej podatna na zranienie słowami. Kiedy się nie ma poczucia własnej wartości, często bierze się do siebie nawet to, co nie było do nas kierowane. Kochając siebie, łatwiej nam kochać innych… łatwiej też wybaczać, kiedy mimo wszystko rozmowa poszła nie tak, jak byśmy chcieli.

Przy okazji następnej ważnej rozmowy staraj się przejąć odpowiedzialność również za słuchanie.

9

Uniwersalna nawigacja

Kontakt z własnym duchem oznacza stały dostęp do „uniwersalnej nawigacji”, która nieodmiennie kieruje nas we właściwą stronę w działaniu. Jesteśmy wtedy skuteczni w najlepszym rozumieniu tego słowa.

Bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy naprawdę wiedzieli, czego pragniemy, co jest dla nas najważniejsze, w którą stronę kierować nasze działania. Żeby jednak naprawdę to wiedzieć, trzeba znać siebie, zaglądać do swojego wnętrza, przeprowadzać niemal badania duszy. Ponieważ większość ludzi nie zagląda tak głęboko w siebie, działają według wskazówek społecznych, rodzinnych albo ulegają modzie. Tak łatwo ulec temu, co cenne, ładne czy społecznie pożądane… Tyle że to może nie być nasze, może pragnąć tego nie nasze prawdziwe ja, tylko nasze ego. Wyznaczamy sobie potem cele, korzystamy nawet ze szkoleń i książek, aby zrobić to dobrze, budujemy właściwe strategie i działamy. I… jakoś tak jest pod górkę… nie wychodzi, co rusz pojawiają się nowe wyzwania, jakby los rzucał nam kłody pod nogi na naszej drodze do celu. Czasem przeszkadzają nam w jego osiągnięciu jacyś ludzie: ktoś zabiera nam pozycję, o którą się staraliśmy, ktoś zamiast nas dostaje awans i ktoś ubiega nas w kupnie domu, o którym marzyliśmy. A przecież wszystko robimy zgodnie z zaleceniem trenerów, coachów i nauczycieli sukcesu. Dlaczego? Może właśnie dlatego, że to nie są cele naszego serca, naszej duszy?

Kiedy mówimy w logodydaktyce[1] o skuteczności, mamy na myśli nie tylko samo osiągnięcie celu, lecz także optymalne koszty z tym związane oraz zachowanie długotrwałej perspektywy. Chodzi o to, aby osiągać cele bez napinania się, bez wysiłku ponad miarę. Taka praca prowadzi w końcu do wypalenia. Chodzi też o to, aby nasze dążenia do celów nie powodowały strat innych ludzi czy nie generowały negatywnych emocji. Co z tego, że osiągniemy coś, jeśli ktoś nie będzie chciał mieć z nami nic wspólnego. Cóż to za skuteczność!?

Na szczęście tylko raz zdarzyło mi się w życiu coś takiego. Nie miałam w tamtym momencie kontaktu z duchem. Powodowały mną głównie ciało i niskie emocje. Ale dzięki temu wiem jednak, jak bardzo prawdziwe są to słowa.

Kiedy mamy kontakt z własnym duchem, kiedy to on podpowiada nam, co warto w życiu zrobić czy osiągnąć, mamy dostęp wyłącznie do dobra.

Na poziomie duszy nie ma żadnego z tych motywów, które czasem kierują ludźmi w działaniu. Nie ma chciwości, rywalizacji, chęci popisania się czy wywyższenia, nie ma nawet ambicji ani potrzeby dopasowania się do tego, co robią inni. Nie ma pożądania. Dlatego żadne nasze zwycięstwo nie będzie okupione zbyt wielkimi stratami – ani własnymi, ani cudzymi. Nie grozi nam również wypalenie. Żyjemy bowiem w harmonii ze sobą.

Zaglądaj do swojej duszy. Pisz pamiętnik. Staraj się spędzać czas tylko ze sobą. A kiedy masz zamiar coś osiągnąć, pytaj, kto ci to radzi: dusza czy ego.

10

Zakupy duszy

Kupujmy albo to, co jest nam potrzebne, albo to, co piękne. Całej reszty nie chcemy, ot co.

W zasadzie tak naprawdę zrozumiałam to niedawno, choć zawsze wiedziałam, że tak trzeba, i starałam się tak postępować. Wiedzieć i rozumieć to jednak co innego. Różnorodne fakty i odczucia połączyły się w całość i głęboko odczułam, jak bardzo nieduchowe jest moje podejście do zakupów. Zbyt szybko uznawałam, że coś jest mi potrzebne albo wręcz że może się przydać – co jest znacznie słabszą wersją bycia potrzebnym. Jak wiele z tych rzeczy nie przydawało mi się nigdy albo bardzo sporadycznie, przekonywałam się przy każdym remoncie, każdej przeprowadzce. Pozbywałam się zbędnych rzeczy, ku radości wielu osób, jednak moimi zakupami dalej kierowało ego albo niższe rejony moich estetycznych odczuć. Dziś wiem również, że momentami kupowałam nieco kompulsywnie… Pewnie po to, by zagłuszyć duszę, która chciała mnie skierować w zupełnie inną stronę. Ona wiedziała to, czego ja jeszcze nie czułam, że jestem gotowa, aby wejść na bardziej duchowy poziom życia.

Czy rzeczy przeszkadzają duchowości? Nie, jeśli kupowane są z serca i służą wyłącznie dobrym, szlachetnym celom albo dodają piękna miejscom, w których żyjemy.

Wszystko w porządku, kiedy kieruje nami miłość i to my jesteśmy panami sytuacji. Nie jest dobrze, kiedy kupuje się bezmyślnie lub tylko dlatego, że się czegoś pożąda czy chce komuś zaimponować lub po prostu napawać się pławieniem w luksusie. Ważny jest motyw, dla którego coś się kupuje.

Czy luksus jest czymś nagannym? Nie, jeśli jest naturalny i służy życiu, a nie napawaniu się tym, że coś się posiada, chełpieniu się czy odczuwaniu z tego powodu wyższości w stosunku do innych. Luksus nie sprzyja pokorze.

Moje przebudzenie nastąpiło w wyniku stanu bardzo zbliżonego do depresji. Nie rozwinęła się tylko dlatego, że szybko się tym zajęłam i weszłam na właściwą drogę. To wtedy zrozumiałam, że rzeczy często odciągają człowieka od prawdziwego przeżywania życia. Mnie odciągały. Oprócz innych kroków pozbyłam się wówczas z domu wielu rzeczy, oczyściłam go z wszystkiego, co zbędne. Od tego czasu robiłam to trzykrotnie, wciąż zmniejszając stan posiadania. I za każdym razem czułam się lepiej.

Trzeba jednak zadbać o to, aby rzeczy nie przybywało. Służą temu pewne umowy samego ze sobą oraz zakupy z duszy. Niektóre mieszkania są za duże. To sprzyja zagracaniu i znoszeniu różnych rzeczy. Sama wiem, jak inaczej podchodzę w tej chwili do kupowania czegokolwiek. Mam nieduże mieszkanie i ten fakt mnie dyscyplinuje. Można się umówić, że kupno jednej nowej rzeczy równa się usunięciu z szafy innej. Ja nawet postanowiłam usuwać trzy rzeczy. Przy kupnie czegokolwiek trzeba pytać swojego serca, czy naprawdę chcemy to mieć. Nawet żywność, a może przede wszystkim żywność, trzeba kupować z namysłem. Warto planować swoje posiłki, wykorzystywać wszystko, co kupimy, i nie kupować… z pustym żołądkiem. Chcę jednak powiedzieć, że jeśli odda się duszy zarządzanie zakupami, to nawet pusty żołądek nie spowoduje większych, niż trzeba, zakupów. Wiem to z własnego doświadczenia.

Zastanów się, czy nie warto oczyścić mieszkania z niepotrzebnych rzeczy. Naprawdę odczujesz zmianę na poziomie i duszy, i emocji.

Na rynku jest sporo książek o sztuce prostszego życia. Może warto jakąś przeczytać?

[1] Logodydaktyka to nazwa mojej autorskiej koncepcji wspierania rozwoju. Opisałam ją dokładnie w książce Logodydaktyka. Droga rozwoju.