Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 447 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczęściarz - Nicholas Sparks

Logan Thibault jest urodzonym szczęściarzem. Służył w piechocie morskiej, ma za sobą służbę w Iraku, gdzie wielokrotnie otarł się o śmierć. Przeżył i wrócił do domu z pamiątką - znalezionym na pustyni zdjęciem młodej kobiety, które traktuje jako talizman. Kiedy w bezsensownym wypadku ginie jego przyjaciel, Logan stawia sobie za cel odszukanie dziewczyny z fotografii. Przemierzając pieszo kraj, odnajduje ją w Hampton, miasteczku w Karolinie Północnej. Beth nie jest jednak księżniczką z bajki, ale rozwódką z dziesięcioletnim synem, która ma sporo kłopotów z byłym mężem, zastępcą szeryfa i wnukiem najbardziej wpływowego obywatela miasta. Pomiędzy mężczyznami wybucha ostra rywalizacja...

Opinie o ebooku Szczęściarz - Nicholas Sparks

Fragment ebooka Szczęściarz - Nicholas Sparks

O książce

Logan Thibault służył w Iraku, gdzie wielokrotnie otarł się o śmierć. Podczas ćwiczeń na pustyni znalazł amulet – fotografię uśmiechniętej blondynki – który zapewnił mu nie tylko wygranie wieczornych partii pokera w koszarach, ale przede wszystkim – przeżycie wojny. Kiedy w bezsensownym wypadku ginie jego przyjaciel, Thibault stawia sobie za cel odszukanie dziewczyny ze zdjęcia. Wyrusza na pieszą wyprawę przez kraj, za towarzysza mając jedynie wilczura Zeusa.

Czy fotografia okaże się kluczem do przeznaczenia Logana?

NICHOLAS SPARKS

Współczesny amerykański pisarz, którego książki o łącznym nakładzie przekraczającym 85 milionów egzemplarzy ukazały się w ponad 50 językach. Serca czytelników podbił w 1997 swoim debiutem – powieścią Pamiętnik. Kolejne – m.in. Noce w Rodanthe, Anioł Stróż, Ślub, Prawdziwy cud, I wciąż ją kocham, Wybór, Ostatnia piosenka, Szczęściarz, Bezpieczna przystań oraz Dla ciebie wszystko – znajdowały się przez wiele miesięcy w czołówce światowych rankingów sprzedaży. Najnowsza powieść, Najdłuższa podróż, wkrótce po ukazaniu się trafiła na pierwsze miejsca list bestsellerów. Większość książek Sparksa została przeniesiona na duży ekran, a w filmowych adaptacjach wystąpiły takie gwiazdy amerykańskiego kina, jak Rachel McAdams i Ryan Gosling (Pamiętnik), Diane Lane i Richard Gere (Noce w Rodanthe) czy Robin Wright i Kevin Costner (List w butelce). Premiera ekranizacji Najdłuższej podróży jest planowana na lato 2015 roku.

www.nicholassparks.com

Tego autora

PAMIĘTNIKŚLUBLIST W BUTELCEJESIENNA MIŁOŚĆNOCE W RODANTHENA RATUNEKNA ZAKRĘCIEANIOŁ STRÓŻTRZY TYGODNIE Z MOIM BRATEMPRAWDZIWY CUDOD PIERWSZEGO WEJRZENIASZCZĘŚCIARZWYBÓRI WCIĄŻ JĄ KOCHAMOSTATNIA PIOSENKABEZPIECZNA PRZYSTAŃDLA CIEBIE WSZYSTKONAJDŁUŻSZA PODRÓŻ

Tytuł oryginału:THE LUCKY ONE

Copyright © Nicholas Sparks 2008All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Zofia Uhrynowska-Hanasz 2010

Redakcja: Eliza Kujan

Zdjęcie na okładce: © PICTURE-DESK/BE&W

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-192-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Dla Jamiego Raaba i Dennisa Dalrymple

Rok, by pamiętać…I rok, by zapomnieć.Duchem jestem z Wami.

PODZIĘKOWANIA

Pisanie trudno nazwać przedsięwzięciem samotnym — jak zwykle jest wiele osób, którym zawdzięczam energię i siły niezbędne do tego, by móc dokończyć tę powieść. Istnieją różne sposoby uhonorowania tych, którzy włożyli we mnie wysiłek, a ja postanowiłem każdemu z nich inaczej podziękować — przynajmniej według listy, którą „wygooglowałem” przed napisaniem tego tekstu. (Czy zresztą można ot tak, na poczekaniu, bez żadnej ściągawki, powiedzieć „dziękuję” we wszystkich językach?).

Na pierwszym miejscu jest oczywiście moja żona Cathy, która przede wszystkim pilnuje, żebym nie tracił z oczu tego, co w życiu najważniejsze. Zawsze powtarzam moim synom, że gdyby kiedyś udało im się ożenić z kobietami podobnymi do niej, to mają zagwarantowany sukces. Thank you!

Potem są dzieci: Miles, Ryan, Landon, Lexie i Savannah, które w bardzo skromny sposób zostały uwiecznione w moich poprzednich powieściach, udzielając imion bohaterom. Ich uściski to najwspanialszy dar, jaki można sobie wyobrazić. Muchas gracias!

A po nich? Po nich idzie moja literacka agentka Theresa Park, która zawsze zasługuje na wdzięczność. Relacja agent—autor potrafi być niekiedy trudna — a przynajmniej tak słyszałem od innych agentów i autorów. Jeśli jednak mam być szczery, to dla mnie współpraca z Theresą — poczynając od naszej pierwszej rozmowy telefonicznej w 1995 roku — była jedną wielką przyjemnością. Theresa jest fantastyczna — nie tylko inteligentna i cierpliwa, ale także obdarzona zdrowym rozsądkiem w stopniu znacznie wyższym niż większość znanych mi osób. Danke schön!

Denise DiNovi, moja przyjaciółka i wspólniczka filmowa, to kolejne z błogosławieństw, jakie spotkały mnie w życiu. Wyprodukowała trzy moje filmy — Noce w Rodante, List w butelce i Szkoła uczuć — czyniąc mnie tym samym jednym z największych szczęściarzy wśród autorów na świecie. Merci beaucoup!

David Young, fantastyczny szef Grand Central Publishing, jest dla mnie wielkim wsparciem i mam wyjątkowe szczęście, mogąc z nim współpracować. Arigato gozaimasu!

Jennifer Romanello, rzeczniczka prasowa i przyjaciółka, sprawiła, że w ciągu ostatnich trzynastu lat moje kontakty z prawem stały się interesującym i miłym doświadczeniem. Grazie!

Edna Farley, moja przyjaciółka od telefonów, organizuje mi prawie wszystko podczas podróży — radząc sobie z niemal każdym problemem, jaki się pojawi. Jest w tym nie tylko fantastyczna, ale i obdarzona niewyczerpanym optymizmem, czymś, co nauczyłem się tak bardzo cenić. Tapadh leibh!

Howie Sanders, moja agentka filmowa i przyjaciółka, to jeszcze jeden członek klubu „Pracuję z tym autorem od lat”, co bardzo poprawia jakość mojego życia. Toda raba!

Keya Khayatian, mój kolejny filmowy agent, jest wspaniały i nigdy nie szczędził mi czasu. Merci! Albo, jeśli wolisz, Mamnoon!

Harvey-Jane Kowal i Sona Vogel, moje adiustatorki, są niewiarygodnie cierpliwe, biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie zdążam z robotą na czas. Wyłapują wszystkie drobne błędy w moich książkach (okay, czasem i grubsze też), na co zwykle daję im niewiele czasu. Jeśli zatem znajdziecie jakiś błąd (a to się może zdarzyć), nie miejcie pretensji do nich, tylko do mnie. Są wspaniałe w tym, co robią. Obu wam: Spasiba!

Scott Schwimer, mój adwokat do spraw rozrywki, jest jednym z tych facetów, którzy sprawiają, że człowiek zaczyna rozumieć dowcipy prawnicze. Jest wspaniałą osobą i jeszcze wspanialszym przyjacielem. Liels paldies!

Wielkie dzięki także dla Marty Bowen, Courtenay Valenti, Abby Koons, Sharon Krassney, Lynn Harris i Marka Johnsona. Efharisto poli!

Alice Arthur, moja fotografka, jest zawsze gotowa na każde skinienie i robi wspaniałe zdjęcia, za które jestem jej bezgranicznie wdzięczny. Toa chie! Albo xie xie!

Flag raz jeszcze zaprojektował wspaniałą okładkę. Szukran gazilan!

Tom McLaughlin, dyrektor Epiphany School — szkoły, którą pomogliśmy z żoną ufundować — uczynił moje życie bogatsze i pełniejsze, odkąd zaczęliśmy razem pracować. Obrigado!

I wreszcie Davidowi Simpsonowi, mojemu współtrenerowi z New Bern High — Mahalo nui loa!

PS Języki to: angielski, hiszpański, niemiecki, francuski, japoński, włoski, szkocki gaelicki, hebrajski, farsi (perski), rosyjski, litewski, grecki, chiński, arabski, portugalski i hawajski. Przynajmniej zgodnie z tym, co znalazłem na stronie internetowej. Ale kto by wierzył we wszystko, co tam jest?

1Clayton i Thibault

Zastępca szeryfa Keith Clayton nie słyszał, kiedy się zbliżali, a z bliska nie spodobali mu się jeszcze bardziej niż z daleka. Po części z powodu psa. Nie lubił owczarków niemieckich, a ten, mimo że stał spokojnie, przypominał mu Panterę, psa policyjnego, który towarzyszył zastępcy szeryfa Kenny’emu Moore’owi i który na najmniejszą komendę rzucał się do krocza podejrzanego. Ogólnie rzecz biorąc, Clayton uważał Moore’a za idiotę, ale w gruncie rzeczy nie miał w policji bliższego przyjaciela. Musiał też przyznać, że Moore opowiadał te swoje historie o wygryzionych przez Panterę kroczach w taki sposób, że Clayton dosłownie zwijał się ze śmiechu. Moore z pewnością doceniłby jego opowieść o tym, jak spłoszył dwie studentki opalające się nad potokiem w całym porannym blasku swojej nagości. Był tam jedynie kilka minut i zdążył zrobić aparatem cyfrowym zaledwie parę zdjęć, kiedy zobaczył trzecią dziewczynę wyłaniającą się zza krzewu hortensji. Szybko rzucił aparat w krzaki za sobą, wyszedł zza drzewa i chwilę później stanął twarzą w twarz z nieznajomą.

— I cóż my tu widzimy? — zapytał, starając się zbić ją z pantałyku.

Nie był zadowolony z tego, że został przyłapany na gorącym uczynku, tak samo, jak nie był zadowolony ze swojej banalnej odzywki. Zwykle szło mu lepiej. Znacznie lepiej. Na szczęście dziewczyna była zbyt speszona, żeby cokolwiek zauważyć, i cofając się, o mało nie upadła. Wyjąkała coś w odpowiedzi, próbując zasłonić się rękami. Wyglądało to tak, jakby sama ze sobą grała w twistera1.

Clayton nawet nie próbował się odwrócić. Zamiast tego uśmiechnął się, udając, że nie widzi jej nagości, jakby spotykanie gołych kobiet w lesie stanowiło dla niego chleb powszedni. Nie miał wątpliwości, że nie widziała aparatu.

— Spokojnie, nie denerwuj się. Co tu się dzieje? — zapytał.

Doskonale wiedział, co się dzieje. Zdarzało się to po kilka razy każdego lata, ale szczególnie w sierpniu: dziewczęta z Chapel Hill albo North Carolina State w długi weekend „ostatniej szansy”, przed rozpoczęciem jesiennego semestru, ciągnęły na plażę na Emerald Island. Często korzystały przy tym ze starej drogi, którą zwożono bale drzewa, wijącej się wyboiście na przestrzeni jakichś dwóch kilometrów przez las państwowy aż do miejsca, gdzie Swan Creek ostro skręcał ku South River. Znajdowała się tam kamienista plaża, która była prawdziwą mekką dla amatorów opalania się nago. Jak do tego doszło, Clayton nie wiedział, w każdym razie starał się zaglądać tam jak najczęściej w nadziei, że a nuż dopisze mu szczęście. Dwa tygodnie temu natknął się na sześć ślicznotek; dziś były trzy, z czego dwie, które leżały na ręczniku, sięgały już właśnie po T-shirtki. I chociaż jedna z nich wydawała się nieco ciężkawa, to przecież pozostałe — ze stojącą przed nim brunetką włącznie — miały figurki, za którymi przepadała studencka brać. A i szeryfowie też.

— Nie wiedziałyśmy, że kogokolwiek tutaj spotkamy! Myślałyśmy, że wszystko będzie okay!

Buzia dziewczyny wydała mu się dostatecznie niewinna, żeby pomyśleć: Czy jej tata nie byłby dumny, gdyby wiedział, na co stać jego małą córeczkę? Z rozbawieniem wyobraził sobie, jak by na to zareagowała, ale ponieważ był w mundurze, wiedział, że musi zachowywać się oficjalnie. Poza tym zdawał sobie sprawę, że kusi los. Gdyby rozniosło się, że biuro szeryfa patroluje te tereny, to już nigdy więcej nie byłoby tu żadnych dziewczyn, a czegoś takiego Clayton w ogóle nie brał pod uwagę.

— Chodźmy, porozmawiamy z twoimi koleżankami.

Ruszył za dziewczyną w kierunku plaży, przyglądając się, jak próbuje zakryć sobie pupę, i napawając się tym małym spektaklem. Do czasu kiedy wyszli spośród drzew i znaleźli się na otwartej przestrzeni nad rzeką, przyjaciółki jego ofiary zdążyły już naciągnąć koszulki. Brunetka puściła się biegiem w ich stronę i szarpnęła za ręcznik, przewracając puszki piwa. Clayton wskazał w stronę pobliskiego drzewa.

— Nie widziałyście znaku?

Jak na komendę dziewczyny spojrzały za jego ręką. Ludzie to stado baranów, które tylko czekają na jakiś rozkaz, pomyślał. Znak, mały i częściowo zasłonięty przez nisko opadające gałęzie sędziwego dębu, został tu umieszczony na polecenie sędziego Kendricka Claytona, a prywatnie jego stryja. Jednak sam pomysł ustawienia znaku wyszedł od Keitha, który doskonale wiedział, że taki zakaz w miejscu publicznym doda mu tylko atrakcyjności.

— Nie zauważyłyśmy tego znaku! — wykrzyknęła brunetka, odwracając się przodem do Claytona. — Nie wiedziałyśmy o nim! Dopiero kilka dni temu usłyszałyśmy o tym miejscu! — Dziewczyna nie przestawała protestować, cały czas szarpiąc się z ręcznikiem. Jej koleżanki były zbyt przerażone, żeby ją wesprzeć; w międzyczasie rozpaczliwie usiłowały naciągnąć majtki od bikini. — Jesteśmy tu pierwszy raz!

Głos dziewczyny chwilami przypominał rozgrymaszone pannice z bractwa studenckiego, do którego zapewne wszystkie trzy należały. Miały ten charakterystyczny sznyt.

— Nie wiedziałyście, że pokazywanie nagości w miejscach publicznych jest w tym kraju wykroczeniem?

Widział, jak młode twarze dziewcząt jeszcze bardziej bledną na myśl o tym, że to drobne wykroczenie położy się cieniem na ich opinii. Podglądanie takich świeżynek to przyjemność, ale Clayton zdawał sobie sprawę, że nie może posunąć się za daleko.

— Jak się nazywasz?

— Amy. — Brunetka przełknęła nerwowo ślinę. — Amy White.

— Skąd jesteś?

— Z Chapel Hill. Ale pochodzę z Charlotte.

— O, widzę tu alkohol. Czy wszystkie macie ukończone dwadzieścia jeden lat?

Po raz pierwszy odezwały się pozostałe dwie dziewczyny:

— Tak jest, mamy.

— W porządku, Amy. A teraz wam powiem, co zamierzam zrobić. Otóż biorę za dobrą monetę wasze słowo, że nie zauważyłyście znaku zakazu i że jesteście wystarczająco dorosłe na to, żeby pić alkohol, i nie zrobię z tego sprawy, a nawet więcej — udam, że w ogóle mnie tu nie było, ale pod warunkiem, że się nie przyznacie przed moim szefem, że was, ot tak sobie, puściłem.

Dziewczyny nie wiedziały, czy mają mu wierzyć, czy nie.

— Naprawdę?

— Naprawdę — odparł Clayton. — Ja też kiedyś byłem studentem. — Nie był, ale wiedział, że to dobrze zabrzmi. — No cóż, pewnie chciałybyście się ubrać. Nigdy nie wiadomo, zawsze ktoś się może znienacka pojawić. — Clayton błysnął uśmiechem. — I pamiętajcie, żeby posprzątać wszystkie puszki, dobrze?

— Tak jest, proszę pana.

— Cieszę się. — Clayton zabierał się do odejścia.

— I to… wszystko? — zapytała Amy.

Odwrócił się i ponownie uśmiechnął.

— Wszystko. A na przyszłość, uważajcie.

W poczuciu, że dobrze załatwił sprawę, Clayton ruszył do swojego wozu terenowego, rozgarniając po drodze krzewy i od czasu do czasu schylając głowę przed gałęziami. Może nawet bardzo dobrze. Amy uśmiechnęła się do niego, a jemu, kiedy już odchodził, przemknęło przez myśl, żeby zawrócić i poprosić ją o numer telefonu. Jednak nie, zdecydował, lepiej zostawić ją w spokoju. Najprawdopodobniej dziewczyny pochwalą się przyjaciółkom, że wprawdzie złapał je szeryf, ale nic im nie zrobił. Rozpuszczą wieść, że tutejsi szeryfowie są cool. W każdym razie przedzierając się przez las, miał nadzieję, że zdjęcia dobrze wyszły i że będą stanowiły miłe uzupełnienie jego niewielkiej kolekcji.

W sumie dzień okazał się fantastyczny. Clayton miał właśnie zamiar wrócić po aparat, kiedy usłyszał gwizdanie. Podążając za dźwiękiem, dotarł do drogi, którą zwożono bale z wycinki, i tam zobaczył idącego wolno mężczyznę z psem. Nieznajomy przypominał hipisa z lat sześćdziesiątych, ale nie towarzyszył dziewczynom; co do tego Clayton nie miał wątpliwości. Robił wrażenie za starego jak na studenta, musiał mieć pod trzydziestkę. Jego długie włosy przypominały Claytonowi wronie gniazdo; z tyłu, pod plecakiem, rysował się śpiwór. Nie był to po prostu ktoś, kto się wybrał na jednodniową wycieczkę na plażę, tylko ktoś, kto od dłuższego czasu wędruje, obozując po drodze w namiocie. Trudno powiedzieć, od jak dawna był w tej okolicy i co widział.

Może robił zdjęcia, tak jak Clayton?

Nie, to wykluczone, wręcz niemożliwe. Mężczyzna był niewidoczny od strony głównej drogi, ale Clayton z pewnością by słyszał, gdyby ktoś szedł przez gęste poszycie lasu. Poza tym miejsce wydawało się dziwne jak na uprawianie turystyki. Znajdowali się na odludziu i Clayton w najmniejszym nawet stopniu nie życzył sobie, aby tu, gdzie pojawiały się studentki, przyłazili jacyś hipisowscy włóczędzy.

Tymczasem nieznajomy zdążył go minąć. Był już blisko samochodu policyjnego i kierował się w stronę jeepa dziewczyn. Clayton wyszedł na drogę i odchrząknął. Mężczyzna i pies odwrócili się.

Clayton oceniał ich dalej z pewnej odległości. Mężczyzna, podobnie jak i jego pies, wydawał się niespeszony nagłym pojawieniem się szeryfa, ale w jego spojrzeniu było coś, co wzbudziło w Claytonie niepokój. Jakby facet się go tu spodziewał. Tak samo jego owczarek. Spojrzenie psa było wyniosłe, a jednocześnie czujne, prawie inteligentne. Często wyglądał tak Pantera chwilę przed tym, nim go Moore spuszczał ze smyczy. Żołądek podjechał Claytonowi do gardła; z trudem powstrzymał się przed zakryciem swojej męskości.

Przez dłuższą chwilę mężczyźni patrzyli na siebie bez słowa. Clayton wiedział nie od dziś, że widok munduru na ogół budzi respekt. Każdy, nawet niewinny człowiek reagował nerwowo na jego widok i Clayton sądził, że nieznajomy nie stanowi w tej sprawie wyjątku. Był to jeden z powodów, dla których tak dobrze czuł się w roli zastępcy szeryfa.

— Masz smycz dla psa? — zapytał tonem bardziej przypominającym komendę niż pytanie.

— W plecaku.

Clayton nie zauważył w głosie mężczyzny żadnego akcentu. „Angielszczyzna Johnny’ego Carsona”2, jakby powiedziała jego matka.

— To proszę wziąć psa na smycz.

— Nie ma obawy, nie ruszy się bez mojej komendy.

— Mimo to proszę wziąć go na smycz.

Mężczyzna zdjął plecak i zaczął w nim grzebać; Clayton wyciągał szyję w nadziei, że zauważy coś, co mógłby uznać za narkotyki czy broń. Chwilę później pies znalazł się na smyczy, a nieznajomy patrzył na niego z takim wyrazem twarzy, jakby chciał powiedzieć: „Ciekawe, co teraz”.

— Co tutaj robisz? — zapytał Clayton.

— Jestem na wycieczce.

— Masz spory bagaż jak na wycieczkę.

Mężczyzna nie odezwał się słowem.

— A może przyszedłeś tu kogoś podglądać, co?

— Po to tu ludzie przychodzą?

Claytonowi nie spodobał się ton mężczyzny ani zawarta w jego słowach insynuacja.

— Poproszę jakiś dowód tożsamości.

Mężczyzna ponownie pochylił się nad plecakiem i wyjął z niego paszport, a następnie wyciągnął w stronę psa otwartą dłoń, dając mu w ten sposób sygnał, że ma się nie ruszać z miejsca, po czym zrobił krok w stronę Claytona i wręczył mu dokument.

— Nie masz prawa jazdy?

— Nie mam.

Clayton wpatrywał się w nazwisko nieznajomego, nieznacznie poruszając ustami.

— Logan Thibault?

Mężczyzna skinął głową.

— Skąd pochodzisz?

— Z Kolorado.

— To kawał drogi stąd.

Nieznajomy milczał.

— Masz jakiś określony cel podróży?

— Arden.

— A co takiego szczególnego jest w Arden?

— Nie wiem. Jeszcze tam nie byłem.

Clayton zmarszczył brwi. Odpowiedź wydała mu się zbyt cwana. Zbyt… prowokacyjna? W każdym razie zbyt jakaś. Obojętne. Nagle uświadomił sobie, że ten facet mu się nie podoba.

— Zaczekaj tu — powiedział. — Pozwolisz, że cię sprawdzę?

— Proszę bardzo.

Idąc w stronę samochodu, Clayton obejrzał się przez ramię. Widział, jak mężczyzna wyjmuje z plecaka miseczkę i nalewa do niej wody z butelki, jakby w ogóle niczym się nie przejął.

To się jeszcze okaże! W samochodzie Clayton nadał przez radio nazwisko, które przeliterował, po czym usłyszał głos dyspozytorki:

— To się wymawia Ti-bou, a nie Taj-bolt. Thibault to francuskie nazwisko.

— A co mnie obchodzi, jak należy je wymawiać.

— Po prostu chciałam powiedzieć…

— Wszystko jedno, Marge. Po prostu sprawdź go, dobrze?

— Wygląda na Francuza?

— A skąd ja mam, do diabła, wiedzieć, jak wygląda Francuz?

— Po prostu jestem ciekawa. Nie bądź taki drażliwy. Mam tu urwanie głowy.

Tak, urwanie głowy, pomyślał Clayton. Obżera się pączkami. Marge wsuwała co najmniej tuzin krispy kremes dziennie. Musiała ważyć przynajmniej ze sto pięćdziesiąt kilo.

Przez okno widział nieznajomego, który kucał koło psa, coś do niego mówiąc i przyglądając się, jak owczarek chłepcze wodę. Pokręcił głową. Rozmowy ze zwierzętami! Świr. Jakby pies rozumiał cokolwiek, poza podstawowymi poleceniami. Była żona Claytona też robiła takie numery. Ta kobieta traktowała psy jak ludzi i już tylko to powinno być dla niego wystarczającym ostrzeżeniem, że należy trzymać się od niej z daleka.

— Nic tu nie widzę — Clayton usłyszał głos Marge. Zabrzmiał tak, jakby dziewczyna coś jadła. — Żadnych szczególnych haków.

— Jesteś pewna?

— Jestem. Znam się na swojej robocie.

Mężczyzna, jakby się przysłuchiwał tej rozmowie, schował miskę do plecaka, który następnie przewiesił sobie przez ramię.

— Były może jakieś inne niecodzienne telefony? Ktoś się kręcił czy coś w tym rodzaju?

— Nie. Dziś panuje spokój. A przy okazji, gdzie jesteś? Twój tata próbował się z tobą skontaktować.

Ojciec Claytona był szeryfem na szczeblu hrabstwa.

— Powiedz mu, że niedługo wrócę.

— Kiedy jest wściekły.

— Powiedz mu, że jestem na patrolu, okay?

Żeby wiedział, że pracuję — tego już nie dodał.

— W porządku.

To już lepiej.

— Muszę iść.

Clayton odłożył na miejsce sprzęt radiowy i przez chwilę siedział bez ruchu, odczuwając lekkie rozczarowanie. Fajnie byłoby zobaczyć, jakby się facet zachowywał w czasie aresztowania — z tymi babskimi włosami, i w ogóle. Bracia Landry mieliby z nim używanie. Byli stałymi klientami aresztu dosłownie w każdy sobotni wieczór: pijaństwo, awantury, zakłócanie spokoju i bójki, przeważnie między sobą. Chyba że siedzieli w pudle. Wtedy czepiali się kogo popadnie.

Clayton bawił się przez chwilę klamką drzwi samochodu. Ciekawe, o co tym razem ojciec się wściekał. Stary go wkurzał. Zrób to, zrób tamto. Co, jeszcze nie załatwiłeś tych papierów? Dlaczego się spóźniasz? Gdzie byłeś? Miał ochotę powiedzieć ojcu, żeby się, do cholery, nie wtrącał w nie swoje sprawy. Ciągle mu się wydawało, że tu rządzi.

Zresztą wszystko jedno. Prędzej czy później uświadomi sobie, jak jest naprawdę. A tymczasem trzeba pozbyć się stąd tego hipisa, zanim pojawią się dziewczyny. Ostatecznie wstęp jest tu wzbroniony, no nie? Szkoda, żeby takie świry zrujnowały to miejsce.

Clayton wysiadł z samochodu i zamknął za sobą drzwi. Kiedy się zbliżał do nieznajomego, pies nastawił uszu. Clayton zwrócił mężczyźnie paszport.

— Przepraszam za utrudnienia, panie Thibault. — Tym razem celowo zadbał o wymowę nazwiska. — Ale to należy do moich obowiązków. No, chyba że ma pan w plecaku narkotyki albo broń.

— Nie mam.

— A miałbyś coś przeciwko temu, żebym to sprawdził?

— Właściwie to nie. Tylko że Czwarta Poprawka i w ogóle…

— O, widzę, że masz śpiwór. Obozowałeś pod gołym niebem?

— Ubiegłą noc spędziłem w hrabstwie Burke.

Clayton przyglądał się facetowi, zastanawiając się nad jego odpowiedzią.

— Tutaj nie ma odpowiednich miejsc na obozowanie.

Mężczyzna milczał.

Clayton pierwszy odwrócił wzrok.

— I proszę pamiętać o trzymaniu psa na smyczy.

— Nie sądziłem, że w tym hrabstwie są w tej sprawie jakieś szczególne przepisy.

— Bo nie ma. Chodzi o bezpieczeństwo twojego psa. Na głównej drodze jest duży ruch.

— Wezmę to pod uwagę.

— W porządku. — Clayton odwrócił się, żeby iść, ale po chwili znów się zatrzymał. — Jeśli wolno spytać: od jak dawna przebywasz na tym terenie?

— Dopiero co przyszedłem. A dlaczego?

W odpowiedzi nieznajomego było coś, co skłoniło Claytona do zastanowienia. Po chwili wahania uświadomił sobie ponownie, że facet w żadnym razie nie mógł wiedzieć, co on tu robił.

— Tak, bez żadnego powodu.

— Mogę już iść?

— Okay, możesz.

Clayton przez chwilę patrzył, jak mężczyzna z psem rusza przed siebie, a następnie skręca w wąską ścieżkę i znika w lesie. Wtedy wrócił na swój pierwotny punkt obserwacyjny, gdzie zostawił aparat. Zaczął macać ręką wśród krzewów, kopiąc igliwie i parę razy korygując kierunek. W końcu padł na kolana, czując narastającą panikę. Aparat należał do biura szeryfa. Clayton wypożyczał go tylko na swoje specjalne wypady i gdyby się okazało, że znikł, naraziłby się na wiele niewygodnych pytań ze strony ojca. A jeszcze gorzej byłoby, gdyby ktoś go znalazł z kartą pamięci pełną zdjęć gołych lasek. Ojciec był fanatykiem przestrzegania przepisów i odpowiedzialnych zachowań.

Po upływie kilku minut usłyszał dochodzący z daleka gardłowy ryk zapalanego silnika i domyślił się, że to odjeżdżają dziewczęta; jak błyskawica przemknęło mu przez głowę: co by pomyślały, gdyby zobaczyły, że jeszcze tu tkwi. Ale nie zastanawiał się nad tym dłużej, miał ważniejsze sprawy na głowie.

Aparat znikł.

Nie został zgubiony. Po prostu znikł. I na pewno nie odszedł na własnych nogach. Nie mogły go też znaleźć dziewczyny. A to znaczyło, że Taj-bolt dalej sobie z nim igra. Taj-bolt robi sobie z niego jaja. To nie do wiary. Od początku był zdania, że facet jest za sprytny, trochę za bardzo w stylu filmu Koszmar minionego lata.

Nie ujdzie mu to na sucho, jeszcze czego. Żaden gadający z psem brudny świr nie będzie sobie robił jaj z Keitha Claytona. W każdym razie nie w tym życiu.

Przedzierając się przez zarośla, ruszył w stronę drogi, w nadziei, że złapie jeszcze Logana Taj-bolta i lepiej mu się przyjrzy. Tyle na początek. Potem będzie więcej, co do tego nie miał wątpliwości. Facet chce mu dokuczyć? Nic z tego. Nie w tym mieście. A pies? Że się zdenerwuje? Clayton ma go w nosie. Pa, pa, piesku! I tyle. Owczarek niemiecki to prawie broń — każdy sąd to przyzna.

Dobrze, ale wszystko po kolei. Najpierw musi znaleźć Thibaulta. Potem odzyskać aparat. A następnie zastanowić się nad kolejnym krokiem.

I właśnie w tym momencie, zbliżając się do swojego samochodu, zauważył, że z tyłu, zamiast opon, ma dwa flaki.

*

— To jak powiedziałeś, że się nazywasz?

Thibault przechylił się przez przednie siedzenie i przekrzykując wycie wiatru, powtórzył:

— Logan Thibault. — Po czym, pokazując kciukiem przez ramię, dodał: — To jest Zeus.

Zeus siedział z tyłu pędzącego w kierunku autostrady jeepa z wywalonym ozorem i z nosem wystawionym na wiatr.

— Ładne psisko. Ja jestem Amy. A to Jennifer i Lori.

Thibault obejrzał się za siebie.

— Cześć.

— Cześć.

Dziewczyny robiły wrażenie przygaszonych. Nic dziwnego, zważywszy na niedawne przeżycia.

— Dzięki za podwiezienie.

— Drobiazg. Mówiłeś, że się wybierasz do Hampton?

— Jeśli to dla was nie za daleko.

— Nie, dokładnie po drodze.

Thibault zszedł z przesieki, zmarudził chwilę w lesie i dokładnie w momencie, kiedy wrócił na skraj drogi, zauważył nadjeżdżające dziewczyny. Wystawił kciuk do góry, rad, że ma przy sobie Zeusa, i jeep zatrzymał się niemal natychmiast.

Czasem sprawy układają się dokładnie tak, jak powinny.

Wbrew pozorom widział dziewczyny już wcześniej, rano, kiedy przyjechały — obozował za dzielącym go od plaży wzgórzem — ale kiedy tylko zaczęły się rozbierać, postanowił nie zakłócać im niezbędnej prywatności. Zaliczył ich zachowanie do kategorii: „Jeśli nie robisz nikomu krzywdy, to znaczy, że nie ma w tym nic złego”. Poza nim w pobliżu nie było nikogo, a on nie zamierzał tkwić tu tylko po to, żeby się gapić. Co kogo obchodzi, że się dziewczyny rozbiorą albo że włożą bikini? Nie jego sprawa, uznał, aż do chwili, kiedy zobaczył nadjeżdżającego drogą zastępcę szeryfa w służbowym samochodzie Szeryfa Hrabstwa Hampton.

Thibault przyjrzał mu się dobrze przez przednią szybę i stwierdził, że w jego wyrazie twarzy jest coś niefajnego. Trudno powiedzieć, co to było, w każdym razie Thibault nie próbował tego analizować. Zawrócił i ruszył na skróty przez las. Kiedy dotarł na miejsce, widział, jak zastępca szeryfa przegląda zdjęcia w aparacie, po czym cicho zamyka drzwi samochodu i oddala się w kierunku wzgórza. Teoretycznie stróż prawa mógł być tutaj służbowo, ale ten miał taką minę jak Zeus, kiedy czekał na kawałek wołowiny. Wydawał się nadmiernie podniecony całą tą sytuacją.

Thibault nakazał Zeusowi zostać na miejscu, sam zaś zachował taką odległość, żeby zastępca szeryfa go nie usłyszał — reszta potoczyła się spontanicznie. Wiedział, że bezpośrednia konfrontacja była wykluczona — zastępca szeryfa powiedziałby, że zbierał dowody, a tam gdzie jest słowo przeciwko słowu, ktoś obcy nie ma najmniejszych szans z przedstawicielem prawa. Jakiekolwiek fizyczne starcie tym bardziej nie wchodziło w grę — z pewnością przyniosłoby więcej problemów niż korzyści, chociaż Thibault chętnie stanąłby oko w oko z facetem. Szczęśliwie — czy może nieszczęśliwie, to zależy od punktu widzenia — pojawiła się dziewczyna, zastępca szeryfa spanikował, a Thibault zobaczył, w którym miejscu wylądował aparat. Kiedy więc tych dwoje oddaliło się w kierunku pozostałych dziewcząt, podniósł go z ziemi. W tym momencie mógł po prostu z nim zniknąć, ale uznał, że facetowi należy się nauczka. Może nie jakaś poważna, ale wystarczająca, aby ocalić honor dziewczyn, sobie zapewnić realizację dalszych planów, a zastępcy szeryfa zepsuć przyjemność. Po to właśnie zawrócił, żeby przebić opony w wozie policyjnym.

— Och, zapomniałbym — odezwał się Thibault — znalazłem w lesie wasz aparat.

— Na pewno nie mój. Lori, Jen, czy któraś z was zgubiła aparat?

Obie dziewczyny potrząsnęły głowami.

— W każdym razie zatrzymajcie go — powiedział, kładąc aparat na siedzeniu. — I bardzo wam dziękuję za podwiezienie. Ja swój mam.

— Jesteś pewien? To musi być drogi sprzęt.

— Jestem pewien.

— Dzięki.

Thibault zauważył cienie igrające na twarzy dziewczyny. Pomyślał, że jest atrakcyjna na wielkomiejski sposób: miała dość wyraziste rysy, oliwkową cerę i piwne oczy nakrapiane orzechowymi plamkami. Pomyślał, że mógłby się na nią gapić godzinami.

— Hej, masz jakieś plany na weekend? — zapytała Amy. — Wybieramy się razem na plażę.

— Dzięki za zaproszenie, ale nie będę mógł z niego skorzystać.

— Założę się, że masz randkę ze swoją dziewczyną.

— Dlaczego tak sądzisz?

— Na to mi wyglądasz.

Thibault zmusił się, aby odwrócić wzrok.

— Coś w tym rodzaju.

2Thibault

Dziwne, kiedy się pomyśli, jak nieoczekiwane zwroty potrafi przybierać ludzkie życie. Jeszcze rok temu Thibault skwapliwie skorzystałby z możliwości spędzenia weekendu z Amy i jej przyjaciółkami. Było to prawdopodobnie dokładnie to, czego potrzebował, ale kiedy w upalne sierpniowe popołudnie dziewczyny wysadziły go na granicy miasta Hampton, pomachał im na do widzenia z uczuciem dziwnej ulgi. Zmęczyło go podtrzymywanie pozorów normalności.

Od chwili gdy przed pięcioma miesiącami opuścił Kolorado, nie spędził z własnej woli w niczyim towarzystwie więcej niż parę godzin — z jednym wszakże wyjątkiem: starszego mężczyzny, właściciela farmy mlecznej położonej na południe od Little Rock, który pozwolił mu przenocować w wolnym pokoju na piętrze i który podczas obiadu był równie milczący jak Thibault. Gość poczuł wdzięczność do gospodarza za to, że nie zadręczał go pytaniami, skąd i dlaczego się tu wziął. Nie było pytań, nie było wścibstwa, nie było czytelnych aluzji. Mężczyzna w naturalny sposób przyjął fakt, że Thibault nie garnął się do rozmowy. A Thibault z wdzięczności spędził u niego parę dni, pomagając w naprawie dachu stodoły, zanim znów podjął wędrówkę z wyładowanym plecakiem i drepczącym za nim Zeusem.

Jeśli nie liczyć podwiezienia przez dziewczyny, Thibault całą drogę przebył pieszo. Od chwili kiedy w połowie marca zostawił u portiera klucze od swojego mieszkania, zdążył zedrzeć osiem par butów. Żywiąc się głównie batonikami Power Bars i pijąc wodę, pokonywał samotnie długie odcinki drogi między miastami. Raz tylko, w Tennessee, po trzech dniach praktycznie bez jedzenia, pożarł trzy sterty naleśników. Razem z Zeusem przeżywali śnieżyce, gradobicia, deszcze i upały tak intensywne, że skórę na ramionach pokrywały mu pęcherze. Raz w okolicach Tulsy w Oklahomie widział na horyzoncie tornado i dwa razy mało nie trafił go piorun. Często, chcąc uniknąć głównych szlaków, wybierał objazdy, co naturalnie powodowało nadłożenie drogi; czasem robił to dla kaprysu. Zwykle szedł, dopóki się nie zmęczył, a następnie szukał miejsca, w którym nie niepokojony przez nikogo mógłby rozbić obóz. Rano, żeby nie budzić niepotrzebnego zainteresowania, wyruszał w drogę jeszcze przed świtem. I aż do tej pory nikt go nie zaczepiał.

Oceniał, że pokonywał dziennie średnio trzydzieści kilometrów, chociaż nie mierzył dokładnie ani czasu, ani odległości. Nie o to w tej podróży chodziło. Część jego znajomych uważała, że szedł, żeby uciec od wspomnień związanych ze światem, który za sobą zostawił; inni, że podróżował dla samego podróżowania. Ani jedni, ani drudzy nie mieli racji. Thibault lubił chodzić i miał dokąd iść. Po prostu. Lubił iść, kiedy chciał, w takim tempie, w jakim chciał, i tam, gdzie chciał. Po czterech latach wykonywania rozkazów w korpusie piechoty morskiej wolność miała dla niego szczególny smak.

Matka martwiła się o niego, ale ostatecznie od czego są matki. A szczególnie jego matka. Dzwonił do niej co kilka dni, żeby ją uspokoić, że u niego wszystko w porządku, ale zwykle po przerwaniu połączenia miał uczucie, że nie jest wobec niej uczciwy. Nie było go prawie pięć lat i przed każdą z trzech kolejnych tur w Iraku wysłuchiwał przez telefon jej kazań i przestróg, żeby, broń Boże, nie robił niczego głupiego. Nie zrobił, ale przynajmniej kilka razy był tego bliski. I chociaż nic jej nie mówił, to przecież matka czytała gazety.

— A teraz jeszcze to — lamentowała w ostatni wieczór przed jego wyruszeniem w drogę. — Cała ta sprawa wydaje mi się jednym wielkim szaleństwem.

Może miała rację, a może nie. Do tej pory nie wiedział.

— Co o tym sądzisz, Zeus?

Na dźwięk swojego imienia pies podniósł łeb i podbiegł do pana.

— Tak, wiem, jesteś głodny. Nic nowego.

Thibault zatrzymał się na parkingu zdewastowanego motelu na obrzeżach miasta. Wyjął z plecaka miskę i resztki psiego jedzenia. Kiedy Zeus się posilał, on chłonął widok miasta.

Hampton nie było najgorszym miejscem, jakie kiedykolwiek widział, ale i nie najlepszym. Położone na brzegach South River, w odległości około sześćdziesięciu kilometrów na północny zachód od Wilmington i wybrzeża, na pierwszy rzut oka niczym się nie różniło od innych samowystarczalnych robotniczych społeczności, jakimi usiane jest Południe, tak spragnionych dumy i historii. Parę świateł dyndających na obwisłych przewodach hamowało płynność ruchu ulicznego, który sunął w kierunku mostu spinającego brzegi rzeki. Po obu stronach głównej ulicy przysiadły niskie murowane budynki, pozlepiane razem i ciągnące się na przestrzeni około kilometra, z szyldami na frontowych oknach anonsującymi miejsca, w których można było coś zjeść, czegoś się napić czy kupić jakieś przedmioty codziennego użytku. Rozrzucone tu i tam stare magnolie siłą swoich korzeni rozpierały chodniki. Z daleka Thibault zobaczył staroświecki zakład fryzjerski z nieodłączną gromadką starych mężczyzn siedzących na ławce przed jego frontem. Uśmiechnął się: ciekawostka. Jak wspomnienie z lat pięćdziesiątych.

Jednak kiedy przyjrzał się wszystkiemu uważniej, stwierdził, że pierwsze wrażenie było zwodnicze. Mimo położenia nad wodą — czy też może z tego właśnie powodu — Thibault zauważył symptomy niszczenia — w pobliżu linii dachów, w cegłach rozsypujących się przy fundamentach, w zastarzałych słonych plamach widocznych około metra nad fundamentami, które wskazywały na poważne zalania w przeszłości. Żaden ze sklepów nie był jeszcze zabity deskami, ale sądząc z mizernej liczby parkujących przed nimi samochodów, można się było zastanawiać, jak długo jeszcze przetrwają. Handlowe dzielnice małych miasteczek szły w ślady dinozaurów, a jeśli Hampton nie stanowiło w tej sprawie wyjątku, to Thibault przypuszczał, że szykuje się nowe pole do popisu dla takich przedsięwzięć handlowych, jak Wal-Mart czy Piggly Wiggly, które wieszczyły koniec tej części miasta.

To dziwne, pomyślał Thibault, znaleźć się tutaj. Nie bardzo wiedział, jak sobie wyobrażał Hampton, ale w każdym razie nie tak.

A zresztą, wszystko jedno. Podczas gdy Zeus kończył swój posiłek, jego pan zastanawiał się, jak długo potrwa, zanim ją znajdzie. Kobietę z fotografii. Którą przyszedł tu poznać.

Ale znajdzie ją. Tego był pewien. Podniósł plecak.

— Gotowy?

Zeus zadarł łeb.

— Poszukamy pokoju. Muszę coś zjeść i wziąć prysznic. A tobie też przyda się kąpiel.

Thibault zrobił parę kroków. Kiedy stwierdził, że Zeus nie ruszył się z miejsca, obejrzał się przez ramię.

— Nie patrz tak na mnie. Zdecydowanie należy ci się kąpiel. Śmierdzisz, stary.

Zeus w dalszym ciągu ani drgnął.

— Dobra. Rób, co chcesz. Ja idę.

Thibault ruszył w stronę recepcji, żeby się zameldować. Wiedział, że w końcu Zeus pójdzie za nim. Ostatecznie zawsze szedł.

*

Do chwili znalezienia fotografii życie Thibaulta upływało tak, jak od dawna je zaplanował. Bo zawsze miał jakiś plan. Chciał mieć dobre wyniki w szkole i je miał, chciał uprawiać różne sporty i rzeczywiście w okresie dorastania próbował niemal wszystkiego. Chciał grać na pianinie i na skrzypcach i w obu dyscyplinach osiągnął biegłość, która pozwalała mu komponować własną muzykę. Po skończeniu Uniwersytetu Kolorado postanowił wstąpić do piechoty morskiej. Oficer rekrutacyjny był zachwycony, że młody człowiek, zamiast po prostu zostać oficerem, zgłosił się do wojska. Zdumiony, ale zachwycony. Większość absolwentów nie garnęła się do bycia rekrutami, jak Thibault, któremu właśnie dokładnie to się marzyło.

Atak na World Trade Center nie wpłynął na jego decyzję. Przeciwnie, gdy do wojska wstępował człowiek, którego ojciec przez dwadzieścia pięć lat służył w piechocie morskiej, wydawało się to, szczególnie w tej sytuacji, czymś zupełnie naturalnym. Ojciec zaczął jako szeregowy, a skończył jako jeden z tych posiwiałych sierżantów o stalowej szczęce, którego bali się niemal wszyscy, z wyjątkiem jego żony i plutonów, którymi dowodził. Traktował tych młodych ludzi jak swoich synów, którym zawsze powtarzał, że jedynym jego celem jest zwrócenie ich matkom całych, zdrowych, żywych i dojrzalszych. W ciągu tych wszystkich lat ojciec Thibaulta musiał uczestniczyć w co najmniej pięćdziesięciu ślubach facetów, którzy nie wyobrażali sobie ożenku bez jego błogosławieństwa. Dobrego marine. Za swoje zasługi ojciec dostał Brązową Gwiazdę i dwa Purpurowe Serca w Wietnamie. Służył w Grenadzie, Panamie, Bośni i walczył w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. Nie bał się zmian i w związku z tym Logan większą część młodości spędził, przenosząc się z miejsca na miejsce i mieszkając w bazach wojskowych na całym świecie. W pewnym sensie Okinawa była mu bardziej domem niż Kolorado i chociaż jego japoński wymagał odświeżenia, to Thibault był przekonany, że tydzień spędzony w Tokio przywróciłby mu dawną płynność mówienia w tym języku. Podobnie jak ojciec wyobrażał sobie, że przejdzie na wojskową emeryturę, ale odwrotnie niż Thibault senior, zamierzał zrobić to na tyle wcześnie, żeby móc się jeszcze nacieszyć życiem. Ojciec umarł na atak serca zaledwie dwa lata po tym, jak po raz ostatni odwiesił mundur do szafy. Był to rozległy zawał, który spadł na niego jak grom z jasnego nieba. Odgarniał właśnie śnieg z podjazdu, a już za chwilę nie żył. Zdarzyło się to trzynaście lat temu. Thibault miał wtedy piętnaście lat.

Ten dzień, a potem pogrzeb ojca, zapisał się w jego pamięci jako najważniejsze wspomnienie w życiu przed wstąpieniem do wojska. Dorastanie w rodzinie wojskowej sprawia, że przeżycia się zlewają — a to z powodu częstych przeprowadzek. Przyjaciele pojawiają się i znikają, ubranie jest nieustannie pakowane i rozpakowywane, kolejne mieszkania opróżniane są z niepotrzebnych rzeczy i w rezultacie niewiele z tego zostaje. Chwilami bywa to bardzo trudne, ale dziecko dorastające w tych warunkach staje się twarde na sposób, który niewielu rozumie. Uczy się, że mimo iż trzeba rozstawać się z ludźmi, to ich miejsce nieuchronnie zajmują inni i że w każdym nowym środowisku jest coś dobrego, ale również i złego. W takich warunkach szybciej się dojrzewa.

Nawet lata studiów pozostały mgliste w jego wspomnieniach, chociaż ten rozdział życia miał swoją odrębną rutynę. Nauka w ciągu tygodnia, przyjemności weekendowego odpoczynku, zakuwanie do egzaminów końcowych, podłe stołówkowe żarcie i dwie dziewczyny, z których jedna przetrwała dłużej niż rok. Każdy, kto studiował, ma do opowiedzenia te same historie, z których niewiele odciska na człowieku trwały ślad. W końcu zostawało tylko wykształcenie. Szczerze mówiąc, Thibault nie czuł, że jego życie się w ogóle zaczęło, dopóki nie przyjechał na Parris Island, gdzie odbywał szkolenie zasadnicze. Kiedy tylko wysiadł z autokaru, natychmiast zaczął na niego wrzeszczeć sierżant od musztry. Nikt tak jak sierżant od musztry nie da ci odczuć, że do tej pory nie było w twoim życiu nic, co by naprawdę się liczyło. A teraz byłeś już ich, i tyle. Jesteś dobry w sporcie, to proszę, robisz pięćdziesiąt pompek, panie Wielki Obrońco. Wyższe wykształcenie? — składasz ten karabin, Einsteinie. Ojciec służył w piechocie morskiej? — szorujesz latrynę tak pięknie, jak to robił twój stary. Te same wyświechtane numery. Biegiem, marsz, baczność, czołgać się w błocie, wspinać na mur. Nie było w szkoleniu zasadniczym nic takiego, czego by się Thibault nie spodziewał.

Musiał przyznać, że w większości wypadków dryl działał. Łamał ludzi, wdeptywał ich w ziemię, ale ostatecznie robił z nich prawdziwych żołnierzy piechoty morskiej. A przynajmniej tak im mówiono. Thibault się nie załamał. Przeszedł przez to wszystko z pokorą, wykonując rozkazy, i pozostał sobą. Tak czy siak, w końcu zrobili z niego żołnierza piechoty morskiej.

Ostatecznie wylądował w Pierwszym Batalionie Piątego Pułku Piechoty Morskiej stacjonującym w bazie Pendleton. San Diego okazało się miastem jego marzeń: wspaniała pogoda, fantastyczne plaże i jeszcze piękniejsze kobiety. Ale to nie miało trwać długo. W styczniu 2003 roku, zaraz po ukończeniu przez Thibaulta dwudziestu dwóch lat, wysłano go do Kuwejtu w ramach operacji Wolność dla Iraku. Baza Doha, mieszcząca się w przemysłowej części miasta Kuwejt, była używana od czasu pierwszej wojny w Zatoce i stała się miastem samym w sobie. Była tam sala gimnastyczna, centrum komputerowe, sklep wojskowy, stołówki i ciągnące się aż po horyzont pola namiotowe. Teraz — z powodu zbliżającej się inwazji — baza Doha było miejscem jeszcze bardziej ruchliwym niż zwykle, i od samego początku panował tam chaos. Życie Logana stało się jednym pasmem wielogodzinnych spotkań, ciężkich ćwiczeń i symulacji nieustannie zmieniających się planów ataku. Setki razy musiał ćwiczyć zakładanie odzieży ochronnej na wypadek ataku chemicznego. Były też nieustanne plotki. Najgorzej wspominał próby ocenienia, które z nich mogły się okazać prawdziwe. Każdy znał kogoś, kto znał kogoś, kto znał prawdziwą wersję. Jednego dnia atak był nieuchronny, a już następnego słyszeli, że wstrzymują się od ataku. Początkowo mieli uderzyć z północy i południa, potem tylko z południa, a w końcu nawet i to nie. Mówiono, że wróg ma broń chemiczną i zamierza jej użyć, następnego dnia to odwoływano: nie użyją broni chemicznej ze strachu, że Amerykanie odpowiedzą atakiem nuklearnym. Chodziły plotki, że iracka gwardia republikańska zamierza wystawić samobójczy posterunek tuż za granicą; inni przysięgali, że w pobliżu Bagdadu. Ale byli i tacy, którzy dawali głowę, że posterunek samobójczy znajdzie się w pobliżu pól naftowych. Krótko mówiąc, nikt nic nie wiedział, co tylko niezdrowo podniecało wyobraźnię stacjonujących w Kuwejcie stu pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy.

W większości żołnierze to jeszcze dzieciaki. Ludzie często o tym zapominają. Osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia lat — połowa z nich nie miała nawet prawa kupić sobie piwo. Pełni wiary w siebie i dobrze wyszkoleni, rwali się do boju, ale nie sposób było lekceważyć tego, co ich czekało. Niektórzy mieli zginąć. Jedni mówili o tym otwarcie, inni pisali listy do rodzin i powierzali je kapelanowi. Panowała nerwowa atmosfera. Byli tacy, którzy mieli kłopoty ze spaniem; inni spali prawie cały czas. Thibault obserwował to wszystko z poczuciem dziwnego dystansu. „Witaj na wojnie” — niemal słyszał słowa ojca. — „Zawsze jest MBDJJZ — miało być dobrze, jest jak zwykle”.

Oczywiście Thibault nie był całkowicie odporny na narastające napięcie i, podobnie jak wszyscy, musiał się rozładować. Bez tego życie byłoby nie do zniesienia. Zaczął grać w pokera. Ojciec nauczył go zasad i Thibault umiał grać, a przynajmniej tak mu się wydawało. Szybko się jednak przekonał, że inni byli lepsi. W ciągu pierwszych trzech tygodni stracił prawie wszystko, co oszczędził od chwili wstąpienia do wojska, blefując, kiedy należało pasować, i pasując, kiedy należało grać. Powiedzmy, że nie były to duże pieniądze, a i możliwości ich wydania skromne, ale i tak na wiele dni zepsuło mu to humor. Nie cierpiał przegrywać.

Jedynym antidotum na te troski były długie biegi, które uprawiał wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem słońca. Wtedy zwykle panował chłód. Mimo że Thibault spędził na Bliskim Wschodzie miesiąc, ciągle jeszcze zdumiewało go, jak zimno potrafi być na pustyni. Biegał forsownie pod wygwieżdżonym niebem, wydychając obłoczki pary.

Pod koniec jednego z tych biegów, widząc już z daleka swój namiot, zwolnił. Tymczasem słońce wychyliło się nad horyzont, zalewając złotem surowy pustynny krajobraz. Trzymając się pod boki i próbując złapać oddech, kątem oka zauważył matowy błysk na pół zakopanego w piasku zdjęcia. Zatrzymał się, by je podnieść, i stwierdził, że zdjęcie zostało zafoliowane w tani, ale porządny sposób, najprawdopodobniej dla zabezpieczenia przed działaniem pogody. Otrzepał fotografię z kurzu i wtedy zobaczył ją po raz pierwszy.

Była to uśmiechnięta blondynka o nefrytowych, zielonych, figlarnych oczach, ubrana w dżinsy i T-shirt z napisem LUCKY LADY na piersiach. Stała na tle plakatu Wesołe miasteczko Hampton; towarzyszył jej posiwiały na pysku owczarek niemiecki. W tłumie za nią widać było, trochę nieostro, tłoczących się do kas dwóch młodych mężczyzn, również w T-shirtach z nadrukami. W tle majaczyły trzy zimozielone strzeliste drzewa, które mogły rosnąć praktycznie wszędzie. Na odwrocie zdjęcia ręcznie napisano: Uważaj na siebie! E.

Nie od razu jednak Thibault zauważył wszystkie te szczegóły. W pierwszym odruchu chciał wyrzucić fotografię, ale kiedy już miał to zrobić, przyszło mu do głowy, że ten, kto ją zgubił, mógłby chcieć ją odzyskać. Prawdopodobnie coś dla niego znaczyła.

Po powrocie do obozu przypiął pinezką zdjęcie na tablicy ogłoszeń wiszącej przy wejściu do centrum komputerowego w przekonaniu, że prędzej czy później każdy będzie tamtędy przechodził. Bez wątpienia ktoś się zgłosi.

Minął tydzień, dziesięć dni. Ale nikt się do zdjęcia nie przyznał. Tymczasem pluton Logana dzień w dzień godzinami ćwiczył musztrę, a gra w pokera nabrała rozpędu. Niektórzy potracili tysiące dolarów, a podobno jeden starszy szeregowy stracił prawie dziesięć tysięcy. Thibault, który od czasu tamtej upokarzającej próby nie zagrał ani razu, wolał spędzać wolny czas, rozmyślając nad zbliżającą się inwazją i zastanawiając się, jak zareaguje na prawdziwy ogień. Kiedy na trzy dni przed walką zabłądził do centrum komputerowego, stwierdził, że zdjęcie wciąż wisi na tablicy, i z powodów, których właściwie do końca nie rozumiał, odpiął je i schował do kieszeni.

Mimo oporów Thibaulta, jego najlepszy przyjaciel w plutonie Victor — trzymali się razem od czasu szkolenia zasadniczego — namówił go na wieczorną partyjkę pokera. Będący w dalszym ciągu pod kreską Logan grał bardzo konserwatywnie. Nie sądził, by pozostał w grze dłużej niż pół godziny. W trzech pierwszych rozdaniach pasował, ale w czwartym dobrał strita, a w szóstym fula. I dalej szła mu karta — kolory, strity, fule — tak że do połowy wieczoru odrobił wszystkie finansowe straty. Tymczasem pierwsi gracze odeszli od stolika i zastąpili ich nowi. Ale Thibault został, a że szczęście go nie opuszczało, do świtu wygrał więcej, niż zarobił przez pół roku w wojsku.

Dopiero odchodząc z Victorem od stolika, zorientował się, że przez cały czas miał w kieszeni zdjęcie dziewczyny. Kiedy się znaleźli w namiocie, pokazał fotkę przyjacielowi, zwracając jego uwagę na napis na koszulce dziewczyny. Victor, którego rodzice mieszkający w Bakersfield w Kalifornii byli nielegalnymi imigrantami, okazał się nie tylko człowiekiem religijnym, ale także wierzącym we wszelkiego rodzaju znaki. Błyskawice, rozstajne drogi i czarne koty należały do najważniejszych, a przed wyjazdem opowiedział Thibaultowi historię o swoim wujku znanym z tego, że ma „złe oko”.

— Kiedy spojrzał na kogoś w pewien szczególny sposób, wiadomo było, że jest tylko kwestią czasu, kiedy ta osoba umrze.

Chłonąc te opowieści, Thibault czuł się, jakby znów miał dziesięć lat. Wtedy nie powiedział nic. Każdy miał swoje dziwactwa. Facet chciał wierzyć w zły czy dobry omen? Jego sprawa. Znacznie ważniejsze było to, że Victor wspaniale strzelał i że został w wojsku snajperem, któremu Thibault bez namysłu zawierzyłby swoje życie.

Victor przez chwilę przyglądał się zdjęciu, zanim zwrócił je koledze.

— To twierdzisz, że znalazłeś je o świcie?

— Tak.

— Świt to bardzo silna pora dnia.

— Tak mówiłeś.

— To znak. Ta dziewczyna przynosi ci szczęście. Widzisz koszulkę, którą ma na sobie?

— Dziś mi przyniosła.

— Nie tylko dziś. Znalazłeś to zdjęcie z jakiegoś powodu. Nikt się do niego nie przyznał też z jakiegoś powodu. Wziąłeś je dzisiaj z jakiegoś powodu. Bo tylko ty miałeś je mieć.

Thibault chciał coś powiedzieć na temat faceta, który to zdjęcie zgubił i co teraz zapewne czuł, ale się nie odezwał. Położył się na pryczy i założył ręce za głowę.

Victor zrobił to samo.

— Bardzo się cieszę. Od tej pory będzie ci sprzyjało szczęście — dodał.

— Mam nadzieję.

— Tylko pamiętaj, żebyś tego zdjęcia nie zgubił.

— Bo co?

— Bo jeśli je zgubisz, to szczęście się od ciebie odwróci i zacznie działać w przeciwną stronę.

— To znaczy?

— To znaczy, że nie będziesz miał szczęścia. A w czasie wojny to ostatnia rzecz, jakiej można by sobie życzyć.

*

Pokój w motelu był tak samo brzydki wewnątrz, jak i od zewnątrz: drewniana boazeria, lampy podwieszone do sufitu na łańcuchach, kudłaty dywan i telewizor przyśrubowany do stojaka. Wyglądało na to, że został urządzony około 1975 roku i od tamtej pory ani razu nie był modernizowany. Przypominał Thibaultowi pokoje, które wynajmował jego ojciec, kiedy spędzali rodzinne wakacje na południowym zachodzie. Nocowali w motelach położonych przy autostradzie i jeśli tylko były względnie czyste, ojciec uważał je za wystarczająco dobre. Matka nie zawsze podzielała jego zdanie, ale co biedaczka miała robić? Nie było, ot tak, na zawołanie, po drugiej stronie drogi restauracji Four Seasons, a nawet gdyby była, to i tak ojciec by się nie szarpnął.

Po wejściu do motelowego pokoju Thibault zrobił dokładnie to samo, co robił jego ojciec: ściągnął z łóżka narzutę, żeby się przekonać, czy pościel jest świeża, sprawdził, czy zasłonka prysznicowa nie zapleśniała i czy w umywalce nie ma włosów. Nie licząc nieuniknionych plam rdzy, kapiącego kranu i śladów po papierosach, pokój okazał się czyściejszy, niż się tego spodziewał, a także niedrogi. Zapłacił gotówką za tydzień z góry. Nie było żadnych pytań ani dodatkowej opłaty za psa. Biorąc to wszystko pod uwagę, zrobił dobry interes. W porządku. Thibault nie miał kart kredytowych, debetowych ani bankomatowych; nie miał też oficjalnego adresu e-mailowego ani telefonu komórkowego. Praktycznie wszystko, co posiadał, nosił przy sobie. Mimo to był właścicielem konta bankowego, gotowego w razie potrzeby w każdej chwili przesłać mu pieniądze. Konto zostało jednak zarejestrowane na firmę, a nie na jego nazwisko. Thibault nie był bogaty; nie należał nawet do klasy średniej. A firma nie robiła żadnych interesów; po prostu cenił sobie prywatność.

Zaprowadził Zeusa do wanny i wykąpał w szamponie, który wyjął z plecaka. Następnie sam wziął prysznic i przebrał się w resztę czystych rzeczy, jakie mu zostały. Siedząc na łóżku, przeglądał książkę telefoniczną w poszukiwaniu czegoś szczególnego, ale bez powodzenia. Zanotował sobie, że w wolnej chwili musi zrobić pranie, a następnie postanowił coś przegryźć w niewielkiej restauracyjce na tej samej ulicy.

Okazało się, że do restauracji nie chcą wpuścić Zeusa, co specjalnie Thibaulta nie zdziwiło. Zeus położył się więc przed wejściem i zasnął. Jego pan zaś zjadł cheeseburgera z frytkami i popił koktajlem mleczno-czekoladowym, po czym zamówił cheeseburgera dla swego ulubieńca. Patrzył następnie, jak Zeus rozprawia się z nim w jakieś dwadzieścia sekund, po czym spogląda mu pytająco w oczy.

— Miło mi, że ci smakowało — powiedział do psa. — Idziemy.

Kupił w sklepie spożywczym plan miasta i usiadł na ławce w pobliżu rynku, a raczej skwerku w starym stylu, otoczonego z czterech stron handlowymi ulicami. Rozłożyste drzewa ocieniały plac zabaw dla dzieci i obfitość kwiatów, co sprawiało, że nie było tu tłoczno. Kilka siedzących razem młodych matek patrzyło, jak ich pociechy zjeżdżają na zjeżdżalni albo huśtają się na huśtawkach. Przyjrzał się dokładnie twarzom kobiet, upewniając się, że nie ma wśród nich poszukiwanej przez niego dziewczyny, a następnie odwrócił się i zanim zdążyły nabrać co do niego podejrzeń, rozłożył plan i zaczął go studiować. Matki małych dzieci zawsze są podejrzliwe wobec snujących się w pobliżu placów zabaw samotnych mężczyzn niezajmujących się niczym szczególnym. Nie mógł mieć do nich o to pretensji. Zboczeńców nie brakowało.

Studiując plan miasta, Thibault usiłował ustalić, gdzie jest i zastanowić się, co dalej począć. Nie miał żadnych złudzeń co do tego, że sprawa nie będzie prosta. Ostatecznie niewiele miał danych poza fotografią, lecz bez nazwiska czy adresu dziewczyny. Nie wiedział, gdzie była zatrudniona ani nie znał jej numeru telefonu. I żadnej daty. Tylko twarz w tłumie.

Ale pewne wskazówki były. Raz jeszcze, tak jak już wiele razy poprzednio, przestudiował szczegóły zdjęcia i zaczął od tego, co wiedział. A zatem fotografia została zrobiona w Hampton. Dziewczyna musiała mieć wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat. Była atrakcyjna. Albo sama miała owczarka niemieckiego, albo znała jego właściciela. Jej imię zaczynało się na literę E. Emma, Elaine, Elise, Eileen, Ellen, Emily, Erin, Erica… — te imiona wydawały się najbardziej prawdopodobne, chociaż na Południu można się też było spodziewać takich jak Erdine czy Elspeth. Poszła do wesołego miasteczka z kimś, kto później został wysłany do Iraku. Ofiarowała mu to zdjęcie, które Thibault znalazł w lutym 2003 roku, co znaczyło, że zostało zrobione wcześniej. A z tego z kolei wynikało, że kobieta musiała mieć teraz pod trzydziestkę. W tle widać było trzy zimozielone drzewa. Tyle Thibault wiedział. To były fakty.

Poza faktami były też założenia. A więc Hampton. Hampton to dość popularna nazwa. Szybki internetowy wywiad ujawnił różne Hamptony. Hrabstwa i miasta: Karolina Południowa, Wirginia, New Hampshire, Iowa, Nebraska, Georgia i inne. Wiele innych. No i oczywiście Hampton w hrabstwie Hampton, Karolina Północna.

I chociaż nie było w tle żadnych charakterystycznych punktów orientacyjnych, jak na przykład jezioro Monticello, które by wskazywało na Wirginię, czy napisu Witajcie w Iowa! — to jednak jakieś informacje można było ze zdjęcia wyciągnąć. Nie o samej kobiecie, ale o młodych mężczyznach stojących w kolejce po bilety. Dwaj z nich mieli na sobie koszulki z nadrukami. Jedna, z wizerunkiem Homera Simpsona, nic nie wnosiła do sprawy. Druga, z napisem DAVIDSON z przodu — owszem. Początkowo Thibault założył, że to od Harley Davidson. Ale kolejne poszukiwania w Google’u rozstrzygnęły sprawę. Thibault dowiedział się mianowicie, że Davidson to także nazwa renomowanego college’u w pobliżu Charlotte w Karolinie Północnej. Uczelnia elitarna, ambitna, o profilu humanistycznym. W katalogu ich księgarni znalazł taką samą koszulkę.

Chociaż, jak sam stwierdził, koszulka wcale nie gwarantowała, że zdjęcie zostało zrobione w Karolinie Północnej. Może ktoś, kto chodził do tego college’u, ofiarował koszulkę facetowi ze zdjęcia. A może był on studentem spoza stanu i tylko podobały mu się te kolory. Mógł być też absolwentem uczelni i gdzieś się przeprowadzić. Nie mając się czego dalej uczepić, Thibault, przed opuszczeniem Kolorado, wykonał szybki telefon do Izby Handlowej Hampton i potwierdził, że co roku w lecie gości tam wesołe miasteczko. Kolejny dobry znak. Znał już miejsce przeznaczenia, ale to jeszcze nie był fakt. Thibault po prostu założył, że było to właściwe miejsce. A jednak z trudnych do wytłumaczenia względów czuł, że jest to miejsce, o które chodziło.

Poczynił też inne założenia, ale nimi zamierzał się zająć później. Po pierwsze, należało sprawdzić, gdzie jest teren wesołego miasteczka. Miał nadzieję, że rozkłada się ono od lat w tym samym miejscu i że osoba, która mu je wskaże, potwierdzi i to założenie. Uznał, że najprędzej taką osobę znajdzie w jednym z okalających ryneczek sklepów. Byle nie był to sklep z pamiątkami ani ze starociami: te zwykle prowadzili ludzie napływowi — uciekinierzy z Północy, którzy w cieplejszym klimacie szukali spokojniejszego życia. Postawił więc na lokalny sklep z narzędziami. Albo bar. Albo agencję nieruchomości. Liczył na to, że kiedy zobaczy ten teren, z pewnością go pozna.

Chciał dokładnie obejrzeć miejsce, w którym zostało zrobione zdjęcie. Zresztą wcale nie po to, żeby lepiej poczuć, kim była kobieta. W tym widok lokalizacji wesołego miasteczka i tak by mu nie pomógł.

Chciał się koniecznie dowiedzieć, czy są tam trzy strzeliste zimozielone rosnące w grupie drzewa, które można napotkać niemal wszędzie.