Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczeniaki - Sylwia Siedlecka

Szczeniaki, debiutancki zbiór opowiadań Sylwii Siedleckiej, to hołd złożony wyobraźni i wolności pisarskiej. Beniamin i Ole urodzili się zrośnięci plecami. Przeżyje tylko jeden. Który z chłopców zapłaci najwyższą cenę za życie brata? Lena jest agentką nieruchomości, ale tak naprawdę handluje śmiercią - interesują ją wyłącznie mieszkania z umierającymi ludźmi. Siedlecka mówi o tym, co trudne i bolesne, miesza starość z dzieciństwem, wiąże krańce życia. Akcja tych onirycznych opowiadań rozgrywa się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy, bo zawsze
i
wszędzie ludzie odczuwają pustkę. Szczeniaki to książka wywołująca i podziw, i zgrozę.

Opinie o ebooku Szczeniaki - Sylwia Siedlecka

Fragment ebooka Szczeniaki - Sylwia Siedlecka

Sylwia Siedlecka

SZCZENIAKI

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMX

Wydanie II zmienione

Warszawa

Dusze zachowują węch w Hadesie.

Heraklit

Dzieci

Wielce zwodzi i jest oszukany, kto głosi, iż dzieci nieochrzczone nie będą potępione.

św. Augustyn

Nieochrzczone dzieci nie idą do nieba, po śmierci wozi się je do piekła dużymi autobusami.

Na ziemi dzieci pozostawiły ciała, tak małe, że z łatwością dałoby się je schować do futerału na skrzypce. Jaki jest los tych ciał? Wiele z nich trafia na stół, robi się im sekcje zwłok, profesjonaliści zaglądają do środka i dowiadują się zawsze tego samego: pod sklepieniem żeber serce i dwa płuca, no i oczywiście białe kości, czerwona krew, trochę mięsa. Niektórzy zaglądają do głów, nie trzeba wiele siły, by przepołowić czaszkę, wystarczą nożyce, czaszki dzieci są miękkie, po wykonaniu cięcia głowa otwiera się jak dojrzały owoc.

Z niektórych ciał robi się potem słynne lalki bobasy, tak lubiane przez małe dziewczynki. Do środka można włożyć katarynkę albo mechanizm imitujący płacz. W powieki wmontowuje się sprężynki, które sprawiają, że lala mruga. Oczy nie wysychają, są pomalowane werniksem i zawsze błyszczą. Ale tych lalek nie kupicie byle gdzie, tylko w specjalnych sklepach, wytwarza się ich zresztą niewiele, to kosztowny interes, tak zwana twórczość rękodzielnicza, coraz mniej popularna w dzisiejszych czasach. O ostatnim wielkim mistrzu w tym fachu słyszałam jakieś osiem lat temu. Mieszka, jeśli jeszcze żyje, w miasteczku Chichester na południu Anglii i nazywa się Augustinus.

Los wielu ciał jest nieznany, ale o pośmiertnych losach dusz tych dzieci mogę opowiedzieć, przypadkiem wiadomo mi co nieco na ten temat.

Duże autobusy kursują dzień i noc, w pogodę i niepogodę, aby porządek wieczności był zachowany i wszystko przebiegało sprawnie. Jeżdżą w dwie strony, jedne do piekła, drugie do nieba, taki los. Trasa biegnie przez góry, jest chłodnawo, wokół gładkie skały granitu, roślin prawie nie ma, powietrze jest rześkie, a niebo bez chmur. Dzieci skazane na potępienie jadą serpentyną do góry, mit o niebie na górze i piekle w dole jest wymysłem paru spryciarzy, wierzcie lub nie, ale w rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. Niebo mieści się w zacisznym ziemskim jądrze, ciepłym jak wody płodowe, a piekło w górnych rejonach, wśród ciężkich kłębów chmur i kończy się nie wiadomo gdzie.

Autobus jedzie w górę, mgła gęstnieje, ciśnienie spada. Dzieci to czują, ale nie płaczą. Są grzeczne. Niektóre z nich mają w ustach smoczki, przemycone z tego świata. Autobus do raju zjeżdża w dół, coraz niżej i niżej, gdzie rośnie dużo drzew, trawa jest soczyście zielona, a róże purpurowe. Są tam też jakieś zwierzęta, ale łagodne, nie mają pazurów ani zębów, a jeśli nawet, to ich nie używają. Dzieci patrzą na róże, mogą ich dotknąć i nie pokłują się kolcami, bo w raju wszystko zrobione jest ze światła. W niebie nie ma też chwastów.

Jest w tym wiecznym rozkładzie jazdy taki moment, kiedy autobusy z dziećmi się mijają. I wtedy na sekundę oczy dzieci z jednego autobusu spotykają się z oczami tych z drugiego, dzieci patrzą na siebie, nie umieją nic powiedzieć, uczynić gestu powitania, nie zdążyły się nauczyć. Owo maleńkie zwarcie to mój ulubiony moment. Bo dzieci nie powinny siebie oglądać, ktoś czegoś zaniedbał, a może po prostu nie ma innej drogi?

Niektóre z noworodków wzięły ze sobą zwierzęta, żywe lub pluszowe. Kot, cztery szczeniaki, pluszowa panda, szczur, a w garści jednego dziecka nawet złota rybka. Martwa od godziny, ale dzieciak tego nie wie, i dobrze. Malcy próbują je ukryć, myśląc, że ktoś im wszystko zabierze. Nic z tych rzeczy. Zwierzętami nikt się nie interesuje. Część, zniecierpliwiona długą podróżą, ucieka przez szyb wentylacyjny autobusu, zostają głównie miękkie pluszaki.

Podróż trwa, zaczyna się ściemniać, dzieci dostają koce i kakao, muszą się ogrzać, bo jest chłodno. Niektóre śpią, ale większość czuwa, dziesiątki par oczu błyszczą w ciemności jak oczka nietoperzy. Dzieci są cierpliwe. W końcu docierają do piekła. Pierwsze, co trzeba zrobić, to nadać im imiona, zwykle nie dostały ich za życia. Nie można powiedzieć, by imiona były wybierane ze szczególną starannością, lecz na pewno nie są zupełnie przypadkowe. Dwóch bliźniaków (tak, czasem umiera dwójka, a nie tylko ten jeden) dostaje imiona Kamil i Emil, ładna dziewczynka o czarnych oczkach i bardzo czerwonych ustach będzie miała na imię Carmen, i tak dalej, i tak dalej.

Mają imiona, lecz ich nie używają. Widocznie imiona służą jakimś innym celom. W piekle panuje raczej cisza. Nie ma ognia, smażenia ludzi w głębokim oleju, wyrywania paznokci, chłosty i krwi. Jest jak w listopadową noc, gdy nie możecie zasnąć i przewracając się z boku na bok, obserwujecie przez okno pochmurny świt. Czerń się rozrzedza, przechodzi w szarość, potem w zimną mleczną barwę, gdzieś tam parę wron przyczepionych do gałęzi, gołe drzewa. Ot, ponura jesień.

Dzieci nie mogą się wyspać, to pierwsza z kar, które je czekają. Noworodki potrzebują dużo snu, a w piekle pozwala się na jedyne pięć godzin. Muszą pracować. Ale do tego trzeba umieć chodzić, powiecie. Tak, niektóre umieją, chodzą dziwnie, chwiejnie, pokracznie. Te, które nie potrafią, czołgają się. Inne nie są zdolne nawet do tego, więc leżą. Nie umiem powiedzieć, dlaczego jedne opanowały zdolność chodzenia, a inne nie. Może to kwestia budowy szkieletu? Te, które leżą, patrzą w sufit, ale nie są smutne. Kto wie, może się nawet cieszą, że nie muszą pracować. Namiastką chodzenia jest dla nich kąpiel raz w tygodniu w basenie. Basen jest ogromny, woda w nim czarna i gęsta jak czekolada albo krew tętnicza. Unosi ciała dzieci, nawet tych, które nie nauczyłyby się pływać. Ale one potrafią pływać, pamiętają to jeszcze z brzucha matki.

Basen jest jedynym miejscem, gdzie rozbrzmiewa muzyka. Z głośników sączy się głównie tango. W sobotę (to w piekle to samo co niedziela w niebie i na ziemi) zamiast tanga głośniki emitują bicie ludzkiego serca. Do jednego z leżących chłopców podłącza się druciki, które biegną do głośników, i te w systemie stereo przekazują rytmiczne uderzenia. Nikt się nie boi, że pewnego dnia zapadnie cisza, bo chłopiec umrze. W piekle się nie umiera, piekło jest o sekundę bardziej wieczne niż niebo. Chłopczyk więc nie umrze, ale też nigdy się nie poruszy, jest, jak to się mówi, poważnie chory, może poruszać tylko oczami. Jednak bylibyście w błędzie, myśląc, że jest smutny. W jego oczach dostrzegam radość. Chłopcu nie przeszkadza jego własny wieczny bezruch, cieszy się na niezliczone soboty, kiedy cienkie druciki połączą jego ciało z głośnikami. To budzi w nim jakieś mgliste wspomnienie – ja wiem, co to za wspomnienie, ale on nigdy się nie dowie. Czasem tylko, kiedy widzi wodę, po jego łopatkach przebiega dziwny dreszcz, a w wyobraźni tworzy się ciąg skojarzeń: ciepła maź, ciemność, słodki zapach mleka i krwi, rytmiczne kołysanie w mydlanej bańce.

Ale zaraz. Dzieci przyjechały pokutować, więc wróćmy do kar. Z pewnym rozczarowaniem muszę stwierdzić, że żadna z nich nie jest specjalnie wymyślna. W jednej z sal dzieci budują wieżę z klocków, która zawsze rozpada się na chwilę przed ukończeniem. Niektóre wtedy płaczą, innym jest wszystko jedno. W kolejnej sali dzieci uczestniczą w budowie mostu. Wożą taczkami zaprawę murarską, noszą cegły, na tyle lekkie, by mogły je unieść. Wspinają się po rusztowaniach. Praca nie jest wyczerpująca, mają też prawo do odpoczynku co trzy godziny. Poza tym odnoszę wrażenie, że nikt ich nie pilnuje. Mimo to pracują.

Czasem piekło odwiedza Bóg, diabła nikt nigdy nie widział. Bóg wygląda jak David Bowie i pali papierosy. Podobno może wszystko, ale sprawia wrażenie niewyspanego. Musi mieć dużo na głowie – tak mogłyby pomyśleć dzieci, patrząc na tę twarz. Chociaż kto wie, co myślą. Czasem Bóg bierze któreś z nich na kolana, przynosi grzechotkę albo inny drobiazg, lecz zawsze w końcu stwierdza, że postąpił głupio. Dzieci nie bawią się zabawkami, w ogóle, jak na swój wiek, są dość poważne.

Bóg nosi się z zamiarem zrobienia czegoś dla dzieci, modernizacji piekła, przestrzeni coraz bardziej zdziczałej i zaniedbanej, lecz zawsze odkłada to na drugi dzień. Tylko kawałek jest w miarę zagospodarowany, oczyszczony ze śmieci i chwastów. Reszta zarasta, ziemia pęka, jest sucha, w innych miejscach znów za mokra, trzeba brodzić w błocie. Z każdego kamienia w ciągu nocy powstają trzy nowe. Jakiś błąd w tutejszej matematyce, pomyłka nie do wyjaśnienia. Nie można nawet dokładnie policzyć dzieci. System przestaje działać po wyjściu dzieci z autobusu, potem nikogo specjalnie nie interesuje ich los. Zresztą po co komu ewidencja, skoro wiadomo, że nikt w tym miejscu nie umrze i nikt się nie narodzi. To napawa jakimś spokojem.

Dzieci jedzą posiłki w ogromnej sali przy drewnianych stołach, ustawionych w równe rzędy. Moglibyście pomyśleć, że to przyklasztorna ochronka albo dom małego dziecka. Sala jest czysta, podłoga świeżo wypastowana, drewno oddycha, a deski nadal, mimo upływu lat, wydzielają żywicę. Jest cicho. Dzieci piją mleko z białych kubków. Nie wiedzą o tym, że jest o wiele smaczniejsze niż mleko z matczynej piersi.

Allegro

Zacząłem to wszystko sprzedawać. Ubrania zapychają szafę, nikomu się nie przydadzą, pomyślałem. Można będzie na tym trochę zarobić, a mi kończą się pieniądze. Zwolnienie lekarskie przeciąga się już trzeci miesiąc i dochodzą mnie głosy, że to się może źle skończyć, wezmą kogoś młodszego, kto będzie więcej i ładniej mówił i się uśmiechał. A zatem któregoś dnia otworzyłem szafę i zobaczyłem, ile tego jest. Na górnej półce czapki i szaliki, na wieszakach sukienki, spódnice, obok na półkach swetry na zimę, niżej mnóstwo spodni, spodenek, szlafrok, nieuprany, ubrudzony jedzeniem, wciśnięty między czyste rzeczy, pewnie przez pomyłkę. Kilkanaście par butów, trzy na wysokim obcasie, dwie nigdy nieużywane. Oparłem się o skrzydło szafy, zrobiło mi się słabo, nie wiedziałem, że tego jest tak dużo.

Znalazłem numer Czerwonego Krzyża, zacząłem wykręcać numer, już w głowie wybrzmiewało mi: „Proszę przyjechać jak najszybciej, ubrania są w dobrym stanie, przyzwoitej jakości, czterdziestolatka średniej budowy ciała, metr siedemdziesiąt. Czyste. Zabierzcie to dzisiaj”. Ale po trzecim sygnale odłożyłem słuchawkę. Następnego dnia zacząłem wyjmować ubrania z szafy, usypał się cały stos na środku pokoju. Rzeczy z metkami, bez metek, nowe, ze śladami użycia, kilka sztuk do wyrzucenia. Rozłożyłem w salonie lekką sukienkę z jedwabiu, w kolorze turkusu. Marta kupiła ją latem, materiał w okolicy wycięcia przy karku spłowiał od słońca, ale chyba nikt oprócz mnie nie był w stanie tego zobaczyć. Pamiętam, jak szła przede mną plażą, przez kilka kilometrów, ona, a krok dalej ja, i zauważyłem to jaśniejsze miejsce, ale dopiero po godzinie wpatrywania się w jej plecy.

Pstryk, zrobiłem zdjęcie. Sukienka na fotografii nie wyglądała na tyle dobrze, żeby ktoś ją kupił. Właściwie przypominała kałużę. Ułożyłem ją jeszcze raz, na tle kafli w kuchni, dla kontrastu z bielą, i starannie rozkloszowałem, żeby było widać różowe kwiaty, ręcznie namalowane na jedwabiu. Zrzuciłem zdjęcie do komputera i wstawiłem sukienkę na aukcję. Od pięciu złotych, cena wyjściowa. Ta cholerna sukienka była warta sto razy więcej.

Zdecyduj się: chcesz się pozbyć tych rzeczy czy zarobić? zapytała jej matka, kiedy wieczorem zadzwoniłem, żeby zapytać, czy chce wziąć coś po Marcie na pamiątkę.

Pozbyć, odpowiedziałem. Oczywiście, że się pozbyć. Może jeszcze komuś się przydadzą.

A mimo to następnego dnia znów wszedłem do pokoju, w którym piętrzyły się ubrania, i zacząłem je przeglądać. Codziennie do południa wszystko odbywało się tak samo. Uspokajało mnie to. Rozkładałem na podłodze i robiłem im zdjęcie, które potem wklejałem na allegro, z informacją o numerze spodni, sukienki, buta albo rozmiarze kurtki przeciwdeszczowej. Buty czyściłem pastą i ustawiałem obok siebie, fotografowałem, ale już nie w pokoju, tylko na tle białych kafelków kuchennych, bo w większości były czarne albo brązowe. Buty sprzedawały się najlepiej.

Któregoś dnia jeden z klientów, pamiętam nawet jak się nazywał: stokrotka_1707, poprosił, żeby pokazać sukienkę na osobie, na kimś, bo nie potrafi sobie wyobrazić, jak leży na ciele. Chciałem jemu, jej, stokrotce, odmówić, ale za chwilę pomyślałem, że to jest zwykła prośba, stokrotka nie wie, że jestem mężczyzną, nie chce kupować towaru w ciemno. Chce mieć porządną sukienkę. Wziąłem ją do rąk. Była z elastycznej tkaniny. Rozebrałem się do naga i włożyłem przez głowę, materiał nie musiał się nawet rozciągać, przez ostatnie tygodnie bardzo schudłem. Zdjąłem skarpety, stałem boso na zimnych kaflach ubrany w sukienkę mojej zmarłej żony. Zrobiłem sobie zdjęcie. Obejrzałem je, twarz była blada, trupia, z podkrążonymi oczami. Przyniosłem z kuchni papierową torbę na zakupy i włożyłem sobie na głowę. Zrobiłem drugie zdjęcie, wyszło zdecydowanie lepiej.

Stokrotka kupiła sukienkę. Nie skomentowała męskich nóg, torby na głowie. Chciała manekina, widocznie to wystarczyło.

Potem nawet kiedy mnie nie prosili, nawet kiedy było to zbędne, zacząłem przed sprzedażą robić przymiarkę każdego ubrania. Wciągałem swetry przez głowę, czasem kiedy ściągacz ocierał mi się o twarz, czułem przez sekundę zapach skóry Marty albo jej perfum. Ale mogło mi się tylko wydawać, przecież po wielu tygodniach wszystko musi się ulotnić. Ale przecież czułem ten zapach. Zatem wkładałem spódnicę, wygładzałem fałdy i plisy, zamek nie dopinał się, ale zawsze fotografowałem się z przodu, więc nie było takiej potrzeby. Ubrania kupowano, niektórzy klienci chwalili nawet mój gust. Mierzyłem też buty. Butów nie da się oszukać jak zamka błyskawicznego. Marta nosiła buty o cztery numery mniejsze. Mogłem zostawić te buty, fotografować na tle dywanu, ściany i puszczać zdjęcia w obieg, na pewno by poszły. Ale usiadłem, wziąłem parę tych skórzanych czarnych na wysokim obcasie i zacząłem wciskać na siłę. Nogi nie chciały wejść, więc przyniosłem łyżkę do butów, żeby sobie pomóc. Nic z tego, otarłem tylko piętę. Ale nie dawałem za wygraną. Zacząłem rozciągać skórę tą cholerną łyżką i stał się jakiś cud, bo wcisnąłem stopę w tę małą przestrzeń, w numer trzydzieści osiem, i zrobiłem zdjęcie.

Na fotografii były dwie szerokie męskie stopy, obute w delikatne ażurowe czółenka. Z tyłu w okolicy pięty widać było okropne otarcie, z którego sączyła się krew. Wystawiłem zdjęcie z ceną wywoławczą pięć złotych. Buty kupiła osoba o nicku prosiaczek_kiss, ale odesłała po paru dniach i wystawiła mi zły komentarz za to, że sprzedaję zniszczone, zakrwawione obuwie, że złamałem regulamin i że chyba mam coś z głową. Odpowiedziałem uprzejmie, że przecież napisałem, że buty noszą ślady użycia, a nawet destrukcji, więc trzeba się było dobrze zastanowić przed kupnem. Niezadowolony klient nie odpisał na mój list.

A więc buty nadal stoją w korytarzu, na środku, przy drzwiach wejściowych. Ubrania już się skończyły, wszystko sprzedane. Zacząłem wystawiać przedmioty. Srebrna ramka do zdjęć za 50 złotych, pół buteleczki perfum za 70 złotych, obraz z sypialni za 345 złotych, lokówka za 100 złotych, ale nikt jej nie kupił – zadawali mi specjalistyczne pytania o funkcje i nie umiałem odpowiedzieć. Sprzedawałem też książki, jedna po drugiej, czasem nie pamiętałem, która była bardziej jej niż moja, wtedy na wszelki wypadek też się takiej książki pozbywałem. Po dłuższym czasie udało się znaleźć chętnego nawet na łyżwy Marty z dzieciństwa, dopiero potem sobie przypomniałem, że należały do mnie.

Ale czy to ma znaczenie? I tak już nie będę w nich jeździć.

Aż przyszedł ten mężczyzna. Zdziwiłem się, bo ludzie przestali mnie odwiedzać. To był dzień urodzin mojej żony. Rano na facebooku dostała kilkadziesiąt życzeń urodzinowych, dużo jej znajomych, zwłaszcza tych z zagranicy, o niczym nie wiedziało. Happy birthday! Sto lat! Serdeczności, kochana! Pod tą listą wykrzykników wpisałem krótkie zdanie: ona nie żyje w dwóch językach: po polsku i po angielsku, ale i tak w ciągu dwóch godzin przyszło jeszcze kilka nowych życzeń.

I tamten zadzwonił do drzwi. Zobaczyłem jego twarz przez wizjer i wahałem się, czy otwierać. Normalny człowiek, przeciętna twarz, listonosz, może agent ubezpieczeniowy albo złota rączka od cudownych odkurzaczy Kirby. Siedziałem cicho w środku, zastanawiając się, czy otworzyć. Naprawdę długo nie widywałem nikogo oprócz kasjerów w markecie i listonosza.

Dzwonek zadzwonił drugi raz, mężczyzna nie odchodził.

Otworzyłem, a raczej zrobiłem w drzwiach wąską szparę.

Słucham pana, powiedziałem.

Dzień dobry. Kupiłem od pana produkt. Czy mogę wejść?

Takie rzeczy można załatwić pocztą albo przez internet.

Tej nie można. Chciałem z panem porozmawiać osobiście.

Otworzyłem drzwi szerzej, uniosłem dłoń. Coś w rodzaju gestu zaproszenia. Wszedł, w prawej dłoni trzymał reklamówkę z czerwono-niebieskim logo Tesco.

Poznaję pana.

Skąd? zapytałem.

Nigdy nie widziałem tego mężczyzny. Chociaż nie wiem. To była twarz, której się nie zapamiętuje.

Po figurze i po stopach. Tylko to było widać na zdjęciach. Pauza.

Leciutko zakręciło mi się w głowie, ale po chwili przeszło. Może to od długiego nieoglądania ludzi, od waty w uszach, która sprawiała, że słyszałem wszystko trochę z oddali. Spojrzałem na faceta, stał i patrzył na mnie. Nic nie mówił. Może go kręcą faceci w sukienkach albo faceci w sukienkach, którzy noszą papierowe torby na głowie. Ludzie mają różne upodobania, wiadomo, facet naprzeciw mógł być każdym i powiedzieć wszystko, nic by mnie nie zdziwiło. Mógł powiedzieć, że przysłali go z Marsa, a statek czeka na dachu i mogę z nim lecieć, bo zostałem wybrany spośród milionów Ziemian i już mi przygotowali specjalny domek i łóżko na odległej planecie. Czekałem, aż wyjmie z tej plastikowej torby mapę nieba, aluminiową łyżkę, martwego ptaka albo termos. Wyglądał, jakby gdzieś jechał. Dlatego termos. Czekałem, co zrobi. Był wysłannikiem. Staliśmy tak w przedpokoju. Nie proponowałem, żeby wszedł dalej, nie zapytałem, czy napije się herbaty. I wtedy powiedział:

Znałem pana żonę. Była moją koleżanką na studiach, potem widywaliśmy się raczej rzadko.

Drugi lekki zawrót głowy.

Jak pan na mnie trafił?

Mówiłem już, że przez allegro. Wystawiał pan na sprzedaż różne rzeczy, chyba właśnie Marty. Część z nich kupiłem. Pan jest zupełnie niepraktyczny. Sprzedaje pan cuda i białe kruki za grosze. Mówię o książkach. Na sukienkach się nie znam, ale też chyba pan sporo zaniża. Ale rynek ma swój rozum, ludzie wiedzą swoje, potem to wszystko się panu wyrówna. Nieważne. Mogę wejść?

Proszę, oczywiście, powiedziałem. Sam poczułem, że muszę usiąść.

Wszedł i rozejrzał się: puste półki na książki, jaśniejsze prostokątne ślady po obrazach na ścianie, kupa szmat w kącie na podłodze.

Z reklamówki Tesco wyjął drugą taką samą, tylko mniejszą. Zawartość obu wysypał na kanapę. Znów zobaczyłem te przedmioty. Drewnianą temperówkę z napisem „Helsinki 1999”, kubek z Garfieldem, z którego piła, okulary przeciwsłoneczne z rysą na lewym szkle, parę książek różnej grubości. Mężczyzna otworzył pierwszą z brzegu.

Tam są podkreślone fragmenty, proszę kiedyś poczytać.

Podał mi książkę, a spomiędzy stron wyleciało zdjęcie i coś suchego, nieokreślonego. Lekko opadło na podłogę. Spojrzałem na dywan, leżał tam suchy liść i amatorskie zdjęcie, prześwietlone: ktoś gra w piłkę, grupka ludzi kibicuje, grudka błota brudzi szkło obiektywu, słońce, późne letnie popołudnie. Nie pamiętam tego meczu, chociaż w tle, w drugim rzędzie na trybunach, widzę Martę, we fryzurze i ubraniu, którego też nie pamiętam. Podniosłem z podłogi suchy liść, który tu, obok tego zdjęcia z meczu, wyglądał głupio. Zacisnąłem dłoń, a kiedy znów ją otworzyłem, został tylko brunatny pył, strzepnąłem go na dywan.

Ile pan za to zapłacił? Chciałbym odkupić te rzeczy.

To bez znaczenia. Pan wszystko sprzedawał za bezcen. Oddam to panu. Mam tylko prośbę. Pracuję w ubezpieczeniach, gdyby pan mógł polecić moje usługi pięciu swoim najlepszym znajomym, zostawię wizytówkę. Wstał i zaczął grzebać w saszetce ze sztucznej skóry, takiej, jakie noszą urzędnicy niższego szczebla, intendenci albo konserwatorzy. Wyjął plik szarych kartoników. Józef Paproch, ubezpieczenia. Mimowolnie uśmiechnąłem się w powietrze, po raz pierwszy od kilku... miesięcy?

Pan… pan się kochał w Marcie? Nie wytrzymałem i zapytałem go.

Mężczyzna przygładził czaszkę otwartą dłonią. Ten gest nic nie mówił, nie zdradzał.

Ja? Skądże. Nigdy z nią nie rozmawiałem. Kiedyś tylko, raz czy dwa w autobusie w drodze na uczelnię. Niech pan tak nie siedzi w domu. Wygląda, jakby pan od wielu tygodni nie wychodził. A jest lato, od razu zrobi się panu trochę przyjemniej, trochę życia pan nabierze. Tu jest jak w grobie. Sprzedał pan wszystko, już pan się od tego uwolnił.

Ale pan mi przyniósł te rzeczy, odpowiedziałem.

Zawsze może pan je sprzedać jeszcze raz.

Tak mi powiedział, zapiął brzydki brunatny płaszcz, za ciepły na tę porę roku, a jego plecy zniknęły w ciemnym przedpokoju.

Kiedy zatrzasnęły się za nim drzwi, usiadłem w pustym mieszkaniu, jedynym śladem niedawnych odwiedzin były dwie pogniecione plastikowe torby z logo Tesco, leżące na dywanie. Rozejrzałem się po pustym pokoju, dopiero teraz zobaczyłem, że wyprzedałem z domu trzy czwarte rzeczy, półki z książkami były prawie puste, a w otwartych szafach wisiały tylko rzędy plastikowych wieszaków.

Usiadłem na podłodze przy torbach i rozłożyłem wszystkie przedmioty, które do mnie wróciły. Zacząłem przeglądać książki, odnalazłem podkreślone fragmenty w Dzieciach z Bullerbyn, książce telefonicznej, Etyce protestanckiej, cokolwiek to jest. Wyjąłem z reklamówki srebrną ramkę, włożyłem w nią zdjęcie, które zostawił przed chwilą ten mężczyzna. Powiesiłem je na ścianie, na środku dużego, jasnego prostokąta, który został po obrazie sprzedanym parę tygodni temu. Zabawnie wyglądało na dziesięć razy większej białej płaszczyźnie.

Gips

Natasza nie dostała się na medycynę. Pierwszego października o godzinie dziewiątej, dokładnie w chwili kiedy rektor akademii medycznej brał głęboki oddech, by wygłosić pierwsze słowo wykładu inauguracyjnego dla nowych studentów, Natasza zatrzymała się przed dużymi, dwuskrzydłowymi drzwiami z napisem „Szpital ortopedyczny”. Chwilę stała przed nimi bez ruchu, przebiegła wzrokiem ponumerowane przyciski po prawej stronie, wyprostowała się i nacisnęła ten z napisem „1”.

Skrzydła drzwi