Wydawca: eFKa Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczeliny istnienia - Jolanta Brach-Czaina

Kultowy' esej filozoficzny. Dotyczy podstawowych sytuacji egzystencjalnych: miłości, cierpienia, umierania, narodzin z perspektywy codzienności. Słynny opis pierogów z wiśniami i szmaty do podłogi. Nagroda Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek w 1994 roku.

Opinie o ebooku Szczeliny istnienia - Jolanta Brach-Czaina

Fragment ebooka Szczeliny istnienia - Jolanta Brach-Czaina

Spis rzeczy

Spis rzeczy

Wiśnia i rozumienie

Otwarcie

Krzątactwo

Świat jako tło

Święte zło

Nietykalność

Powaga ścierek

Wniknięcie

Metafizyka mięsa

Wiśnia i rozumienie

To, o czym chcę mówić, dotyczy istnienia w postaci egzystencjalnego konkretu, którym jest zarówno napotkany kamień, jak i każdy z nas. Można też powiedzieć, że dotyczy bytu – a więc tego, co jest i co posiada moc obecności pełną, którą wyraża słowo JEST. Bo czyż można być mocniej niż to, co jest? I czy nasze myśli nie powinny zwracać się ku temu, co jest, ku otaczającemu nas bytowi, jakim też sami jesteśmy?

Jednak nie chcę myśleć o bycie w ogólności; pozostawiam takie rozważania filozofom, w których nie ma miłości do egzystencjalnego konkretu, jaki nas otacza i z którym, jak sądzę, mamy prawo się utożsamiać. Nie chcę też mówić o bycie w całości, ponieważ nie spotykamy go w takiej postaci, tylko wcielony w konkret egzystencjalny: fakty, zjawiska, zdarzenia.

Owoc wiśni. Lśniący. Dojrzały. Wypełniony sokiem. Skórka napięta i błyszcząca. Jaskrawa czerwień. Gęsty brąz. Niepokojące lustra czerni. Gdyby przyszło nam na myśl porównanie wiśni z arbuzem, trzeba by powiedzieć, że jest mała – i w ten sposób ją zdegradować. Ale wiśnia na to nie pozwala. Nie ma podstaw do czynienia porównań z jakimś ciężkim, matowym arbuzem, gdy patrzymy na pełen blasku, czerwony owoc wiśni.

Jeszcze przyrośnięta szypułka – pozostałość poprzedniej formy bytowania – tracąca zieleń i brązowiejąca; właściwie nie ma już znaczenia i nie budzi uwagi, choć wiemy, że owoc wiele jej kiedyś zawdzięczał. Ale w zestawieniu z nim jest mizerna i nieciekawa, jak usychająca przeszłość. Może być odrzucona.

Myślę, że gdy filozofowie mówią z rozpaczą o milczeniu bytu, wynika to z niezrozumienia mowy bytu, który nie zwraca się do nas jako całość, lecz poprzez konkret egzystencjalny, drobiny znaczące. To prawda, że one zdolne są sugerować głos całości, ale zawsze dźwięczący w drobinach istnienia.

Milczenie bytu – a raczej fałszywe wrażenie milczenia – bierze się też z ogłuszającego gwaru ludzkich myśli i mowy, z hałasu, jaki wzbudzamy na planecie. Sens naszych słów jest nieporównanie bardziej ostry, atakujący, wyraźny niż zaledwie ujawniające się znaki połyskujące na powierzchni wiśni.

W porównaniu z innymi owocami wiśnia ma szczególną zdolność przyciągania wzroku. Prowokuje. Gdziekolwiek się znajdzie, zwraca uwagę: na białym kremie, w trawie, na obrusie, któremu nagle grozi splamieniem, na chodniku i w brudach ulicznego ścieku, na gałęzi drzewa, gdzie ostentacyjnie odróżnia się od tła liści. Mimo małych rozmiarów potrafi zdominować otaczającą przestrzeń. Można zlekceważyć śliwkę, ale trudno pozwolić sobie na pominięcie wiśni.

Do ukierunkowania rozważań dotyczących bytu i istnienia ku konkretowi egzystencjalnemu prowadzi myśl Heideggera, który Wstęp do metafizyki opiera na Leibnizowskim pytaniu: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?” Jednak pytanie „dlaczego” domaga się w odpowiedzi ustalenia przyczyny. Tę Leibniz znajdował w Bogu. Tymczasem Heideggera w gruncie rzeczy nie interesowało ustalenie owej przyczyny. Chciał natomiast uchwycić istnienie w jego istocie i zderzał je ze stawaniem się, z przejawem czy pojawem oraz myśleniem i powinnością związanymi z naszym szczególnym sposobem istnienia. Ale ważne jest to, że pytał o „coś”, co istnieje. I warto trzymać się tego tropu, nawet gdyby interesować nas miało nie to, dlaczego „coś” istnieje, tylko w jaki sposób „coś”, co istnieje, przerywa milczenie bytu i apeluje do naszego rozumienia. A być może również pomaga nam zrozumieć samych siebie.

Jeżeli istnienie jest wartością, to wiśnia istniejąc realizuje tę wartość, podobnie jak i my własnym istnieniem ją wcielamy. Można więc wskazać pewien wspólny nam obszar wartości. I nie jest ważne, czy wiśnia wie o tym, czy nie wie. Chodzi o fakty. Jeśli istnienie jest wartością, to niezależnie od tego, czy myślimy o tym, czy nie, istniejąc wspólnie z wiśnią tę wartość wcielamy.

Czerwony, kulisty owoc demonstruje pogodną doskonałość, jakiej można mu pozazdrościć. Zmusza, by go podziwiać. Narzuca warunki konfrontacji i skłania, by myśleć o nas wspólnie. W obecności dojrzałej wiśni – bo dominacja, jakiej ulegamy, każe mówić o obecności – nie dziwi nas, że Carl Gustaw Jung łączył osiąganie stanów psychicznej pełni z potrzebą otaczania się przedmiotami o kształtach kulistych. Nawet gdy zwykliśmy odnosić się sceptycznie do jego teorii, wiśnia, za sprawą blasku i kulistej doskonałości, każe myśleć o pełni i o tym, że być może warto zbliżać się do niej, podobnie jak warto sięgnąć ręką po leżący przed nami owoc wiśni. W każdym razie kontakt z wiśnią potrafi obudzić w nas śmiałość i optymizm. I znów trzeba przyznać, że jeśli doskonałość jest wartością, możemy do niej pretendować na równi z wiśnią, co jest tym bardziej pociągające, że mamy swobodę wyboru dziedziny, w której zmierzona doskonałość wydaje się nam trudem wartym zachodu. Powinniśmy być wdzięczni owocowi wiśni za oddziaływanie tak mobilizujące.

Przedstawicielstwo istnienia, jakim jest „coś” jako drobina bytu, nie może być mylone z fragmentem rzeczywistości. Fragmenty są elementami samowolnie odciętymi od całości i nie stanowią naturalnych struktur, jakimi są drobiny istnienia wcielone w konkret egzystencjalny. Fragmenty są rzeczywistością okaleczoną. Odłączone od całości przez kataklizm – jak urwana noga stołu czy człowieka – albo oddzielane sztucznie, by jak mniemamy, łatwiej było je poznać, wyrwane z naturalnego otoczenia, przycięte do rozmiarów preparatu i umieszczone pod elektronowym mikroskopem – milczą. Wycinanie z rzeczywistości fragmentów powodowane jest rozpaczliwą walką umysłu o rozeznanie w świecie, przedsiębrane jednak w taki sposób, by świata nie słuchać, tylko otaczającą nas rzeczywistość porozrywać, zmiażdżyć i pospiesznie wykorzystać. Można tak postępować i tak też się dzieje, ale porozumienia to nie ułatwia i wyrywa nas z miejsca, do którego należymy. Każdy fragment świata, jaki udaje nam się wskazać czy wytknąć, zaświadcza o naszej samowoli i coraz bardziej dezorientuje.

Lecz gdy zauważamy „coś” i w dodatku potrafimy dostrzec, że to jest coś, a nie byle co, sprawy przedstawiają się inaczej. Dzieląc bowiem świat na fragmenty nie pozwalamy mu przemówić własnym głosem. Natomiast gdy godzimy się na to, by coś zdobyło naszą uwagę, zajmujemy pozycję skromniejszą, lecz umożliwiającą rozeznanie w tym, co nas otacza i nie zależy od naszej woli. Fragmenty rzeczywistości są jej częściami wycinanymi z całości arbitralnie, mocą naszej decyzji, motywowanej najczęściej nieuwagą bądź krótkowzroczną wygodą. Natomiast drobiny bytu same domagają się uwagi. Istnienie zagęszcza się w nich w konkret egzystencjalny, który nie powinien być lekceważony. Sami przecież jesteśmy drobiną bytu, a nie fragmentem. Jesteśmy egzystencjalnym konkretem. Fragmentację rzeczywistości trzeba więc odrzucić jako postępowanie niegodne partnerów, jakimi w świecie jesteśmy, i nierozsądne. Nie aspirujemy tu bowiem do wynoszenia się ponad świat, lecz do wysłuchania, które nie pozbawiałoby nas szansy rozumienia siebie. Jednakże by coś usłyszeć, trzeba samemu zamilknąć.

Wiśnia przecięta nożem. Jakkolwiek to zrobimy, nie wypada dobrze. Tniemy przez środek – nóż uderza w pestkę, więc przeciągamy nim dookoła, rozłupujemy owoc, sok cieknie nam po palcach, chlapie na wszystkie strony. Końcowy efekt zabiegu doprawdy żałosny. Pół wiśni z pestką, pół z dziurą. Niczemu to nie służy. Nawet nie możemy zobaczyć, czym naprawdę jest wnętrze wiśni, gdy obserwujemy ją w takim okaleczeniu. Tniemy więc brzegiem. Nadszarpnięty w ten sposób owoc może co najwyżej posłużyć za preparat, gdybyśmy chcieli obejrzeć przekrój poprzeczny miąższu. Wiśnia przecięta pozbawiona jest sensu. Te komórki wypełnione cieczą. Nienaturalnie powiększone pod mikroskopem. Nie warto nawet nazywać tego wiśnią.

Zarysowany konflikt między dążeniem do wysłuchania egzystencjalnego konkretu a postawą zmierzającą do cięcia rzeczywistości na dowolne fragmenty i dyktowania światu warunków, w jakich wolno mu być użytecznym, można częściowo uchylić przez wprowadzenie pojęcia obiektu, ponieważ w gruncie rzeczy chodzi tu o to, by odnaleźć się pośród obiektów egzystencjalnych.

Obiekt jest tym, co istnieje i co jest postrzegane. Byt i bycie obserwowanym wyznaczają status obiektu. Nie każda rzecz jest obiektem, lecz ta jedynie, która ma zdolność oddziaływania i koncentrowania na sobie uwagi.

Nie wymyślamy obiektów, lecz spotykamy. Przychodzą do nas z zewnątrz i domagają się posłuchania. Fragment jest przez nas ustanawiany i narzucany światu, obiekt nam coś narzuca. Wprawdzie jest drobiną bytu, którą dopiero nasza uwaga ostatecznie obiektem czyni, lecz ufundowanie w uwadze stanowi odpowiedź, jaką dajemy na skierowane ku nam wezwanie.

W dialogu z obiektem ważne jest, że go postrzegamy. Jeśli można mówić o obiektywności, byłaby ona po stronie jego i naszego istnienia raczej niż postrzegania. Obiekty egzystencjalne nie przeciwstawiają się indywidualnemu widzeniu, ponieważ w następującej tu wymianie czy porozumieniu niezmiernie ważne jest osobiste świadectwo, indywidualna prawda, choć nie jest ona przecież wysnuta dowolnie, lecz wyiskrzona na egzystencjalnych konkretach i przez nie trzymana w ryzach.

To samo „coś” może być dla jednego obiektem, a dla drugiego nie. Mogę minąć kamień nie zauważając go. Jeśli go jednak dostrzegę i kopnę, jego status egzystencjalny gwałtownie się zmienia. Dostrzeżony i kopnięty kamień to nie jest już anonimowe „coś” roztopione w bezmiarach bytu. Obiekty są bytami, które straciły anonimowość. Promieniują, prowokują, czekają, by ożyć naprawdę w polu naszej uwagi, której ofiarowują się bezinteresownie. Oczywiście status obiektu można zyskiwać i tracić. Może też być stopniowany w zależności od siły oddziaływania. Wstyd powiedzieć, ile zabiegów podejmujemy nieraz sami, by stać się obiektem uwagi.

Obiekty istnieją nie całkiem obiektywnie, gdyż nie dla każdego umysłu mają ten sam walor. Dzięki temu, że są nie takie same dla wszystkich, możliwa jest rozmowa, wymiana, porozumiewanie się bytów. Z garści sensów wybieramy niektóre. I choćby na tym polega nasz udział w rozmowie. Nie należy w tym stanowisku doszukiwać się antropomorfizacji wszelkiego bytu. Przecież w przypadku sztuki też porozumiewamy się z obiektem, a nie z jego autorem. I mimo doświadczanego czasem błogosławieństwa kontaktu i zdarzającego się wówczas rozświetlenia nie przypisujemy obiektom sztuki cech ludzkich. Daleka też jestem od myśli, że antropomorfizacja bytu mogłaby być jego uszlachetnieniem. Podejrzewam nawet, że wpatrzywszy się w rzeczywistość, można nabrać przeciwnego przeświadczenia.

Wymiana z obiektem jest możliwa dzięki temu, że to my zbieramy promieniujące zeń sensy, a także wyszukujemy je i modelujemy. Co nie znaczy, że chybia się egzystencjalnej prawdy. Bo ta jest stwierdzeniem tego, co jest, a więc i dla każdego z nas jest, tak oto właśnie. Spotkanie z obiektem pozwala na zobiektywizowanie, czyli uchwycenie i wyrażenie pewnego stanu rzeczy.

Konkretem zdolnym zamienić się w obiekt egzystencjalny może być wszystko, co istnieje. Każda rzecz: piasek, szczur, talerz, pąk, kiełbasa, rodzące się dziecko. I każda czynność: jedzenie, chodzenie, rodzenie, umieranie. Jeśli mają moc oddziaływania, jeśli nastąpi nasze zderzenie czy spotkanie z nimi, byśmy zdolni byli zbierać sens z konkretem egzystencjalnym złączony. Niech nikt nie mówi, że sensu egzystencjalnego nie mogą przed nami odsłonić pierogi skonfrontowane z głodem. Przecież wskazują na możliwość istnienia lub nieistnienia, a tym samym przywołują wartości egzystencjalne: istnienie i nicość jako wartości. Nie sądzę, by trzeba było kogokolwiek przekonywać do aury znaczeń święcącej wokół kiełbasy, skoro dobitnie dowiódł tego Rafał Wojaczek. Także Miron Białoszewski umieścił niejeden przedmiot na właściwym miejscu w porządku istnienia. A że filozofowie ociągają się, to nie wina poetów. I choć wszystko może stać się obiektem egzystencjalnym, nieczęsto to się zdarza. Pewnie z tej przyczyny, że zawarty w bycie sens jest jednak słabo czytelny i rzadko narzuca się z pełną oczywistością, ale też i my nie jesteśmy dość uważni. Gdyby było inaczej, któż mógłby zwątpić w sens istnienia, skoro ten sam by się narzucał?

Jeśli mówimy o obiektach, że są egzystencjalne, gdy tak właśnie je określamy, to przez wzgląd na istnienie, do którego się odnoszą przez bezpośredni fakt bycia i przez to, że nasze istnienie pozwalają rozświetlić.

By porozumiewać się z owocem wiśni, nie musimy nań patrzeć. Wystarczy dotykać. Pod palcami wyczuwamy wówczas skórkę tak niezwykle gładką, że nasza skóra z trudem i tylko w pewnych partiach ciała wytrzymuje porównanie. Gdy dotykamy wiśnią do policzka czy brzucha, jeszcze możemy liczyć na partnerstwo, bo kontakt nie wypada dla nas zbyt niekorzystnie. Ale już dłoń zetknięta z owocem wiśni jest zatrważająco gruboskórna, nie mówiąc o stopie. A do pięty lepiej wiśni nie zbliżać, bo pięta do niej nie dorasta.

Oczywiście najważniejsze jest dotknięcie wiśni wargami i językiem. Dopiero wtedy ujawnia się cała jej delikatność i sprężystość wypełnienia żywej kuli, jaką stanowi. Wiśnia lekko wślizguje się w usta drwiąc z zębów, które ją pochwycą, bo zanim zostanie zmiażdżona, jest czas, by jej doskonały kształt został doceniony.

Szczególnie ważne wydaje się wgłębienie po odrzuconej szypułce. Wyraźnie czujemy językiem lekkie zaburzenie kulistej symetrii, która inaczej mogłaby być nużąca, szczególnie wówczas, gdy zamkniętą w ustach wiśnię obracamy szybko językiem.

Owoc wiśni zwraca nas ku zmysłowej stronie życia i przywołuje ją jako wartość.

Spotkanie z drobinami bytu, choć polega na udzieleniu im uwagi, dotyczy naszego istnienia. Jakby odwracał się kierunek spojrzenia, a nawet zwracał się nam trud. Wygląda to na wdzięczność rzeczy. Gdy próbujemy zrozumieć przesłanie płynące ku nam od egzystencjalnego konkretu, ostatecznie dochodzimy do rozumienia siebie. Może dlatego, że sami jesteśmy egzystencjalnym konkretem i że następuje tu spotkanie istniejących, w którym odsłania się sens wspólny. Rozumienie wewnątrz bytu polega na porozumieniu, na odkryciu tego, co skierowane jest ku nam jako istniejącym i przesłane przez „coś”, co samo również istnieje. Musimy rozpoznać „coś” jako część całości i rozpoznać siebie jako bytujących w tej samej całości i należących do niej fundamentalnie. Trzeba więc rozpoznać fakt jako istniejący i przez swoje istnienie odsłaniający nasze istnienie. Chodzi o to, żeby patrząc na kamień, but albo na karalucha zrozumieć, co nas łączy, a co dzieli. Jak istniejemy? Ku czemu? Jakie wartości wcielamy? Chodzi o to, by zrozumieć lepiej siebie dzięki owocowi wiśni.

Wewnętrzna mowa bytu pozwala na odkrywanie wartości. Być może ich fundamentem jest wartościowość samego istnienia, a na niej być może budują się dalsze wartości. W każdym razie pewne elementarne fakty zdają się tę wartość wskazywać.

Powiedzmy, że ktoś zostaje uderzony, nie tyle kamieniem, co jego obecnością, że staje w obliczu kamienia podejrzewanego o to, że może on być ogniskiem emanującego sensu. Co mówi kamień spotkany, dostrzeżony? Może być źródłem dumy z powodu naszego wyrafinowania w zestawieniu z pewnego rodzaju prostactwem kamienia jako bytu tak w porównaniu z nami nieskomplikowanego. Ale może też zdjąć nas lęk, gdy pomyślimy o naszej kruchości w porównaniu z bezczelnością kamiennego trwania. Wreszcie może się zdarzyć, że z jakiegoś powodu ujrzymy własne życie jako skamieniałe. A rzeźbiarzowi kamień odsłoni całą swoją zdolność do utraty kamiennej niezmienności i zasugeruje drogi własnej przemiany. Pośród tak różnych sensów żaden nie jest kamieniowi wmówiony. Jak nie wmawiamy sensu wiśni zdolnej sprowokować nas do uwagi.

Gdy wychwytujemy mowę egzystencjalnego konkretu, wówczas byt porozumiewa się wewnątrz egzystencjalnej wspólnoty, a ona sama odsłania się jako wartość. Odkrywamy dialektykę odrębności i przynależenia, wartości opozycyjnych, z których każda jest cenna i zdolna ukierunkować nasze istnienie. Każda warta jest tego, by ją własnym istnieniem wcielać.

Mamy więc „coś”, drobiny bytu, stany rzeczy, zdarzenia, fakty egzystencjalne i spotkania z nimi, poddawanie się ich oddziaływaniu, wysiłek rozumienia sensu, jaki zdolne są nam zasugerować – a wszystko to domaga się uświadomienia, że konkret egzystencjalny ma wymiar metafizyczny.

Faktyczność i sens, jeśli chcemy otworzyć się na nie, prowadzą nas nieskończenie daleko, nie tylko w tym znaczeniu, że ukazują odległą perspektywę, ale i w tym, że nas ku niej niosą – jeśli chcemy poddać się im, tak by nami pokierowały.

Gdy nagryzamy wiśnię, uderza kontrast między delikatnością miąższu a twardością pestki. Pomieszanie miękkości i twardości jest nam samym z własnych zachowań znane i nie musimy szukać ich w wiśni, lecz oczywiście sprawia nam przyjemność niespodziewane odsłonięcie zwierciadła, w którym możemy się przejrzeć.

Porozumienie z obiektem i z sobą samym poprzez napotkany obiekt egzystencjalny wymaga spełnienia szczególnych warunków. Przede wszystkim musimy znaleźć się w orbicie oddziaływania faktu, który uderza. Są zdarzenia posiadające niewątpliwą moc; ich wymowie, o której nie możemy nie myśleć, skłonni jesteśmy podporządkować szersze obszary naszego życia.

Już pierwsza strużka soku tryskająca z naciśniętej zębami wiśni ujawnia cały smak. Jest tak złożony, że trudno jednym słowem określić, jaki jest. Chyba przede wszystkim niepokojący. Gdy idziemy za tą smugą, która w pierwszej chwili zdaje się słodyczą, powstrzymuje nas cierpkość. Więc stwierdzamy, że jest cierpki, ale przecież wiemy, że gdyby to było prawdą, nie zdawałby się nam tak pociągający. Czujemy się do tego stopnie zdezorientowani, że gdyby ktoś twierdził, że wiśnia jest gorzka, to wiedząc, że nie mówi prawdy, nie mielibyśmy odwagi zaprzeczyć. Smak wiśni jest ostry, przejmujący, a czujemy go nie tylko w ustach, bo nas całych ogarnia. Wydaje się, że wiśnia ma smak wiśni, a zarazem jakiś inny jeszcze, który dobrze znamy. Fascynacja, jakiej doświadczamy, może pochodzić stąd, że wydaje się, iż ma on jakiś związek z istnieniem i może nawet jest właśnie jego smakiem.

Jeśli jesteśmy głusi na ten rodzaj mowy, która brzmi wewnątrz bytu, najbardziej krzyczące, drastyczne zdarzenia możemy minąć obojętnie nie dowiedziawszy się niczego i nie otrzymując żadnej wskazówki. Drugim bowiem, niezbędnym warunkiem rozumienia komunikatów bytu jest nasza gotowość do wysłuchania ich. Skupienie. Napięta uwaga. To jednak my czytamy, choć tylko to, co jest nam dane do odczytania.

Wszystko to wymaga rygoru, trzeźwości i połączenia chęci poddania się promieniowaniu znaczeń z krytycyzmem. Łatwo bowiem może się zdarzyć, że pośród niewyraźnej mowy bytu usłyszymy jedynie własny głos. Chodzi więc o to, by powściągnąć siebie. Jeśli chcemy dowiedzieć się czegoś, nie możemy nic wmawiać. Jak partaczem jest rzeźbiarz, który nie widzi, co podpowiada mu kamień, i gwałcąc tworzywo wymusza na nim własne widzimisię, tak i my jesteśmy parta czami, gdy mowę bytu zagłuszamy własną i w obiekt egzystencjalny rzutujemy siebie.

Mamy niełatwe zadanie, bo w rozgrywającym się zjawisku nasza rola jest ogromna. Przed nami sens dany, który oczekuje i może być podjęty lub nie. A więc jednak przez nas podjęty, na nas oczekujący. Po stronie bytu bezinteresowna, chaotyczna emanacja, a wobec niej my umotywowani pytaniami, które nas dręczą, wybierający, interpretujący. W takich okolicznościach łatwo o niezrozumienie lub przekłamanie.

Ciasto na pierogi z wiśniami nie może być zbyt twarde, bo ma sprostać delikatności wiśni i właściwemu jej przewrotnemu łączeniu cech przeciwstawnych. Nie o to chodzi, żeby się lało, jak na naleśniki, ale powinno zawierać w sobie i wyrażać stosowną tu opozycję między twardością a płynnością. Czyż inaczej mogłoby pretendować do spowijania owoców, które tak zręcznie łączą pulchny miąższ, sok tryskający i bezwzględną twardość pestki? Wprawdzie do pierogów pestka musi być wydarta, ale pamięć po niej zostaje.

Ciasto jest najlepsze, gdy zamiast kleić mąkę zimną wodą, zaparzamy ją wrzątkiem i zagniatamy z jednym całym jajkiem. Tylko wtedy udaje się uzyskać właściwą elastyczność wyczuwaną ręką. Gotowe ciasto trzeba rozwałkować jak najcieniej, choć bez przesady, by nie porozrywało się w gotowaniu. Wiśnie pozbawione pestek układamy w kupki na skraju ciasta, którego brzeg zwisający za stolnicę lekko unosimy i przykrywamy nim owoce. Pierogi wycinamy blaszaną foremką lub kieliszkiem. W ten sposób robi się je najszybciej. Kto nie ma wprawy, może wycinać szklanką okrągłe placki, nakładać na nie wiśnie i brzegi ciasta zlepiać palcami. Trzeba ścisnąć je mocno, żeby wiśnie nie wypłynęły w gotowaniu. Po sklejeniu dobrze jest pierogi ułożyć na sicie jeden obok drugiego i lekko przyprószyć mąką. Gotujemy tak samo jak kluski. Rzucamy na lekko osoloną, wrzącą wodę, a po paru minutach, gdy wypłyną na wierzch, wyjmujemy łyżką cedzakową i układamy na półmisku. Podawać najlepiej ze słodką śmietaną i cukrem pudrem.

Gdy z przyciśniętego widelcem pieroga tryska sok i czerwona struga w kremowej bieli śmietany przemienia się w łagodny, gołębi róż, możemy podejrzewać, że dokonała się przemiana smaku. A jednak, mimo zapowiedzi danej przez ruch kolorów, wraz z pierwszym kęsem odczuwamy zdumienie. Gdzie podziała się cierpkość wiśni? Bo to, czego doświadczamy, jest czystą, przyjazną łagodnością wcieloną w kęs pieroga. Więc chociaż ostry smak wiśni zdawał się przedtem tak doskonale odpowiadać smakowi istnienia, warto pamiętać, że są okoliczności, w których ta sama wiśnia ujawnia inne smaki.

W faktach egzystencjalnych zawarty jest nieskończony potencjał sensu do odebrania i podjęcia. Gdyż w porządku egzystencjalnym sens jest nie tylko tym, co może być odczytane, ale i osobiście podjęte.

To, co dane jest wraz z bytem i rozpoznane przez nas w drobinach istnienia jako wartość, może nie tylko służyć rozświetleniu naszej egzystencji, ale również ukierunkować ją, może bowiem prowadzić do odkrycia właściwych nam celów. A więc promieniowanie sensu, które odnajdujemy czy spotykamy, może nas rozpromieniać.

Nie ma pestki, którą można by plunąć tak, jak pestką wiśni. Okrągła, niewielka i twarda przypomina kamień wyrzucony z procy. W krótkim łuku między ustami a ziemią pozwala zamknąć całą wypełniającą nas agresję, którą udaje nam się oderwać od prawdziwych przyczyn i przerzucić na pestkę. Symboliczna próba zabicia czegoś. Bo przecież wypluwając pestkę, chcemy ją raz na zawsze zlikwidować. Gest splunięcia obwieszcza śmierć wiśni. Ale wiśnia wyrasta z pestki i zatracenie może zaowocować odrodzeniem. My sami też wahamy się między tymi dwoma stanami, zagrożeni rozpaczą i kuszeni nadzieją w każdej chwili.

Głos konkretu egzystencjalnego w sposób niewymuszony, bezinteresowny, jakby mimochodem wskazuje sens bytowania. Gdy ogarniają nas wątpliwości, jeśli budzą się podejrzenia, że jesteśmy w świecie jakoś nie całkiem na miejscu, i zaczynamy zadawać to beznadziejne pytanie o sens własnej obecności, wówczas elementarne fakty egzystencjalne zdolne są udzielić przynajmniej częściowej odpowiedzi.

Jeśli mobilizacja naszej uwagi ku egzystencjalnemu konkretowi zaowocuje zrozumieniem i porozumieniem, jeśli choć częściowo usłyszymy odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, i jeśli osiągniemy to w tak nieegocentryczny sposób, jakim jest zwrócenie się ku temu, co jest obok nas – nasz wysiłek nie powinien być stracony.

Oczywiście konkret metafizyczny może kryć i może demonstrować sens, którego nikt nie odczytuje i nie podejmuje. Ale to nie znaczy, że tego sensu tam nie ma. On czeka na odkrycie i podjęcie. Zdolny wyjaśniać, czym jest istnienie, także nasze.