Szarlatanów nikt nie kocha. Wiersze zebrane. Tom 1 - Konstanty Ildefons Gałczyński - ebook
Opis

Wyjątkowa edycja dzieł zebranych Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego z okazji 110. rocznicy urodzin poety. 

Konstanty Ildefons Gałczyński należy do najpopularniejszych poetów XX wieku. I choć mijają kolejne dekady, jego poetycka sława nie gaśnie. Bardzo jest nam bliski jego zaczarowany świat. 

Dwa tomy stanowią pierwsze pełne wydanie wierszy poety. Niektóre z tekstów publikowane są po raz pierwszy. 

W skali poezji XX wieku Gałczyński okazuje się szafarzem i odnowicielem języka o takim znaczeniu, jaki przypisuje się Gombrowiczowi w prozie.

Andrzej Lam 

To, co powiedział Gałczyński, nie obala systemu Kopernika, nie stwarza nowej prawdy naukowej – jest może wyrazem intymnej zażyłości z księżycem jako źródłem poetyckich natchnień. Poeci bowiem są zmuszeni posługiwać się tymi samymi znakami co przekupnie, referenci magistraccy i dziennikarze, ale nadają im inny, swoisty, niepotoczny sens – stwarzają w ten sposób język poetycki. Każda wielka poezja jest tworzeniem ze starych słów – nowego języka. 

Zbigniew Herbert

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Kira Gałczyńska, Mikołaj Gałczyński, 2014

This edition © Copyright by Prószyński Media, 2014

Redaktor serii

Michał Nalewski

Projekt okładki

Andrzej Barecki

Korekta

Michał Załuska

ISBN 978-83-8069-601-3

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

POEZJA JEST TYLKO DLA TYCH, CO MAJĄ CZYSTE SERCA

Krajowa i europejska popularność Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego potwierdza, iż jego sztukę poetycką nie tylko potrafimy współcześnie zrozumieć, ale nadal możemy ją cenić za artystyczne rozpoznanie tego, co służy docieraniu do prawdy, kształtowaniu piękna i głoszeniu dobra, których deficyt w świecie wciąż odczuwamy. Kiedy zagłębiamy się w sens zdarzeń, jakie poeta w proroczym natchnieniu opisał w poemacie Koniec świata. Wizje świętego Ildefonsa, czyli Satyra na Wszechświat, nie żałujemy, że nie dołączyliśmy do unijnego pochodu protestacyjnego:

Wszyscy w nim udział wzięli:

mniejsi, więksi i mali,

czarni, żółci i biali,

parlamentarni mowce,

krawcy i brzuchomowce,

Szatani i Anieli.

A jeszcze komedianci,

a jeszcze policjanci,

i księża, i rabini,

siła, siła narodu.

A na czele pochodu

jechał rektor na świni;

z obnażonymi nogami

szli ekshibicjoniści,

transparenty nieśli socjaliści,

a komuniści

dynamit.

Rzecz oczywista – anarchiści

nieśli maszyny piekielne,

masony kielnie,

a dzieci

wianki z zielonych liści;

zakamieniali rojaliści

śpiewali„Evviva il Re”,

za nimi neopapiści,

co byli trochę marksiści,

też śpiewali, „targali niebiosa”:

– Evviva bandiera rossa!

He, he!!

A wszystko składnie i ładnie,

w porządku, rzędem, gromadnie;

mityngi, wiece, masówki,

kukluksklany, bojówki,

kule dum-dum;

szły rezolucje, protesty,

rewolucje i manifesty.

TŁUM.

Na samym końcu pochodu

szły pojednaczki narodów:

Międzynarodówki:

I, II i III,

IV, V i VI,

i VII!!!

Szła Tęcza,

zbawienie świata

spóźnione:

Bo gdy za ręce się wzięli,

jak dzieci wystraszone,

zawirowali,

skamienieli

i z miliardowej gardzieli

wyrwał się ryk:

– NIE CHCE-MY KOŃ-CA ŚWIA-TA!

Na złość się zrobił koniec świata.

Sic!

Stwierdzenie, że Gałczyński przed Gombrowiczem, widząc człowieka zniewolonego przez „formy” społeczne i kulturowe, ratunek upatrywał w humorze, grotesce, wyobraźni, twórczej swobodzie artysty, nie służy upraszczaniu recepcji jego dzieła i pozbawianiu go wymiarów estetycznych, etycznych czy aksjologicznych. W każdym razie już niedługo sprawdzimy, czy spełniła się słynna przepowiednia Jana Lechonia, zapisana 7 kwietnia 1950 w jego londyńskim Dzienniku: „Nie widzę nic Miłosza w jakiejś antologii za sto lat. A np. Serwus, madonna Gałczyńskiego zawsze da się czytać”.

Konstanty, syn Konstantego Gałczyńskiego, technika kolejowego, i Wandy z Łopuszyńskich, córki właściciela „Wróbla”, znanej restauracji, urodził się 23 stycznia 1905 roku w domu numer 11 przy ulicy Mazowieckiej w Warszawie. Naukę rozpoczął w szkole kolejowej przy ulicy Chmielnej w Warszawie. W 1914 wraz z rodziną został ewakuowany do Moskwy, gdzie w 1916 wstąpił do szkoły Polskiego Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny, w tymże roku napisał pierwszy wiersz, Sonet do miłości. W 1919 powrócił do Warszawy, kontynuował naukę w gimnazjum i drukował liryki w pisemkach szkolnych. Po maturze w 1923 roku rozpoczął studia w Uniwersytecie Warszawskim, równocześnie na dwóch kierunkach: filologii klasycznej i anglistyce; fascynował się Rimbaudem, Yeatsem, Poem, Rilkem, Hofmannsthalem, liryką rosyjską: Błokiem i Jesieninem, publikował wiersze w czasopismach studenckich.

Zawadiacki dziewiętnastolatek w lirycznym exposé pt. Słowa zwycięskie ostrzegał: „Obywatele!/Miejcie się na baczności!/Jestem niebezpiecznym poetą!”. Oj tam, oj tam, zaraz niebezpiecznym, chyba dla dziewic genderystek; cóż to bowiem za niebezpieczny poeta, który boleje, że „pójdzie w siną dal”, „skona wieczorem niebieskim” i nic nie zostanie po nim, „jeno ten cichy żal”, a wszystko to oznajmia w poetyckim lamencie zatytułowanym Włożę spodnie czarne, cmentarne, który kursował wśród przyjaciół z dopisaną muzyką na gitarę.

Jesienią 1925 roku Gałczyński wstąpił do Teatru Reduta, który opuścił po dwóch miesiącach. W 1926 rozpoczął współpracę z prorządowym tygodnikiem satyrycznym „Cyrulik Warszawski”. Powołany w tymże roku do szkoły podchorążych, po sześciu tygodniach został dyscyplinarnie usunięty i jako szeregowiec kontynuował służbę wojskową w Berezie Kartuskiej. Po powrocie do Warszawy, w latach 1928–1930 związał się z grupą literacką Kwadryga1.

Styl bycia bohatera napisanej w czasach studenckich, groteskowo­-humorystycznej powieści Gałczyńskiego pt.Porfirion Osiełek, czyli Klub Świętokradców(1929), wydanej w „Bibliotece Kwadrygi”, nie mieścił się w granicach mieszczańskiego dobrego wychowania, podobnie jak w granicach tych nie mieściły się, pisane do szuflady, wiersze niezwykle osobliwe:Ulica szarlatanów,Koncert,Serwus, madonna,Niby tak samo jak wczoraj,Canticum canticorum,Do Stanisława Marii,Panie Władysławie…,Palcem planety obracasz,Prośba o wyspy szczęśliwe. Niewiarygodne, że te o niezwykłej urodzie estetycznej liryki czekać musiały na druk dziesięć, dwadzieścia lat. Kilka innych, publikowanych w prasie:Portret panny Noel,Küferlin,Podróż do Arabii szczęśliwej, otwierało cykl liryków miłosnych pisanych dla narzeczonej – Natalii Awałow, Rosjanki, którą Gałczyński poślubił 1 czerwca 1930 w cerkwi katedralnej na Pradze i na pamiątkę tego wydarzenia napisałBalladę ślubną I.

Dzieła te tworzyły mit poety czarodzieja, maga, sztukmistrza – ponieważ określenia takie przysługują komuś, kto należy do twórców sztuki ze względu na chęć przedarcia się przez wszystko, przeniknięcia życia do głębi, za jedyny oręż mając sylaby, słowa, metafory, porównania, mowę wdrażaną do wyrażania myśli, uczuć, piękna. Po cóż jednak ten mit Canticum canticorum, skoro na samym dnie świadomości leży własna bezsilność poety?

O, poeto, czy chcesz, żeby było jeszcze piękniej?

Pocałuj w usta Rimbauda,

pocałuj w usta Rimbauda,

pocałuj w usta Rimbauda.

I uśnij.

Charles Baudelaire, Paul Verlaine, Artur Rimbaud buntowali się przeciwko mieszczańskiemu społeczeństwu. Gałczyński, ogłaszając w „Kwadrydze” groteskowo-katastroficzny poemat Koniec świata. Wizje świętego Ildefonsa, czyli Satyra na Wszechświat (1929) i recytując go na wieczorach autorskich, starał się także épater le bour­geois. W skandalizującej powieści z kluczem pt. Wspólny pokój (1932) Zbigniew Uniłowski sportretował zbuntowaną bohemę kwadrygancką, dając przy okazji wyraz najwyższego uznania dla poezji Gałczyńskiego, który już wcześniej rozpoczął cyganeryjną walkę podjazdową przeciw skamandrytom – Tuwimowi i Słonimskiemu – w groteskowym Piekle polskim („Cyrulik Warszawski” 1926 nr 18) kreśląc karykaturalny fresk stołecznego establishmentu literackiego. W dantejskiej alegorii wędrówki młodzieńca i mistrza przez zaświaty, skamandryccy adwersarze pojawiają się w najgroźniejszym, „bo poetowym” kręgu piekielnym. „Czyś to ty, mój słopiewco, logofagu, larwo” – pada drwiące pytanie pod adresem Tuwima, odbywającego karę za grafomańską zachłanność pisania wierszy i wznawiania ich wydań w skamandryckim wydawnictwie Ignis. Antonius Słonimski – „znany z zatrutego zęba” – do piekła dostał się za pompatyczną lirykę oraz zgryźliwe felietony w „Wiadomościach Literackich”. Inkryminowani poeci pojawiają się później w wierszu drwiącym z prorządowych hołdów składanych przez skamandrytów Józefowi Piłsudskiemu w Belwederze (Bebetlejem, „Cyrulik Warszawski” 1928 nr 52). Po czołobitnym „Tuwimie diabelskim” narrator liryczny nie szczędzi szyderczych uwag Słonimskiemu, który „nastraja/auzońską lirę/i myśli, jaką by tu kropnąć satyrę,/ale jakoś nie może:/wzruszyło się niebożę,/patrzcie: z oczu cynika łzy kapią szczyre”. Równie zaskakujące było zakończenie świątecznego rytuału: „A potem pito wódki/dużo i drańskiej. [...]. Rzekł Tolek: – Jestem żydo-/żerca i wnet poszli do/„Małej Ziemiańskiej”.

Nadmiar „drańskiej wódki” zachwiał przytomnością Tolka (Słonimskiego), który do leksemu „żydo” dołączyć mógł dwuznaczny morfem „-komuna” i wypowiedziany „-żerca”, co skończyło się drwiną z antysemityzmu, a skojarzone z kalamburem „żyd” i „żreć” – w podochoconym towarzystwie wzbudziło chęć wesołej eskapady do „Małej Ziemiańskiej”.

Znakomicie wykorzystał Gałczyński możliwość dokuczenia Tuwimowi, a zwłaszcza Słonimskiemu, z którymi konkurował w satyrycznych publikacjach na łamach „Cyrulika Warszawskiego” (1929–1930). Retoryczną pułapkę wiersza zastawił tak, że praktycznie nie było z niej wyjścia. Z jednej strony uderzał w lewicowe sympatie Słonimskiego, ironicznie sugerując, że za nimi kryć się może przyjazny stosunek do „żydokomuny”, a zatem utajona pochwała Żydów za ich główną rolę w stworzeniu komunizmu, który miał im jakoby otworzyć drogę do zdobycia władzy nad całym światem. W Polsce tamtego czasu pojęcie „żydokomuna” zdobyło popularność jako pejoratywna nazwa grupy lub organizacji lewicowej o prawdziwej lub rzekomej przewadze Żydów we władzach, ale częściej używano go wśród przeciwników Komunistycznej Partii Polski, a zatem także w obozie piłsudczyków. Dla tego stereotypu antysemickiego przeciwwagą miał być... „rzeczywisty” antysemityzm Słonimskiego, potwierdzony choćby w felietonieO drażliwości Żydów:

„Naród wybrany” – oto rdzeń, ten tajemniczy znak kabalistyczny, który porusza Golema żydostwa. Bardzo niewielu znam Żydów, którzy nie mają głębokiego przeświadczenia o tej wyższości rasy żydowskiej. Dlatego właśnie ten naród [...] nie lekceważy najlżejszego zarzutu [...]. Drażliwość jest tak wielka, że każde śmielsze wystąpienie staje się wprost niebezpieczne dla pisarza. Wolno jest u nas źle pisać o kelnerach, Czechach, Niemcach lub posłach sejmowych, mogą pisarzy denerwować rzeczy tak doskonałe jak katedra Notre Dame, można wytykać błędy kompozycyjne Michałowi Aniołowi – ale nie wolno pisać źle i rozumnie przeciw Żydom, bo pisać głupio – znaczy sprawiać im rzetelną satysfakcję. […] Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni.

(„Wiadomości Literackie” 1924 nr 35)

W jednym z numerów „Cyrulika Warszawskiego” (1929 nr 39) ukazał się przewrotny felieton Kuszenie świętego Antoniego, ironicznie zwrócony przeciw Słonimskiemu, który redakcję „Cyrulika” oskarżał o popieranie rządu. Zarzuty wysuwane przez publicystę „Wiadomości Literackich” Gałczyński doprowadził do absurdu, dowodząc, że tygodnikowi satyrycznemu, otrzymującemu od rządu tajne instrukcje i krociowe subsydia, po prostu nie wypada, nie być pismem panegirycznym. „Ale to oczywiście nie wszystko – stwierdzał dalej, czyniąc aluzję do niedawnego zespołu, w którym obok Tuwima najaktywniej satyrycznie działał Słonimski – bo my mamy swoje sekrety redakcyjne, swoje tajemnice sanacyjne, swoje kombinacyjki, no i swój niezałgany, szampański humor”. Zapraszał więc „świętego Antoniego” „Wiadomości Literackich” – jak dawniej – do współpracy z „Cyrulikiem”, szyderczo proponując bajońskie honoraria.

Realizowany przez Gałczyńskiego typ satyry felietonowej i satyry poetyckiej nie odbiegał od stosowanej w obu gatunkach strategii obrony własnych pozycji i racji politycznych poprzez atak, ironiczną bądź szyderczą deprecjację argumentów przeciwnika, doprowadzenie ich do absurdu, ośmieszenie w oczach czytelników. Dzięki ostentacyjnemu konformizmowi autorŚmierci poetydoprowadzał do niedorzeczności rolę polityczną „literata na usługach sanacji” („Koń też by pisał wiersze,/gdyby mu dać sto złotych”, „tkliwy kochanek księżyca/i pies, i pies na forsę”, „sprzedajny pisarz”). Czytelnicy mogli mieć wrażenie, że poeta wręcz bawi się osobami i partiami politycznymi; ataki na przeciwników obozu rządowego miały raczej charakter ludycznych wariacji na różne tematy niż siłę zabójczej inwektywy, która dotychczas była specjalnością Słonimskiego i Tuwima.

Od samego początku lewicowa droga „polskiej rewolucji”, którą podążyła część kwardygantów, budziła oczywistą niechęć Gałczyńskiego, kiedy w „Cyruliku Warszawskim” ogłosił Komunistów z Rotondy (1928), Bal na Kremlu (1929) czy szyderczy tekst Proletarjamniki (1929), w którym naigrawał się, że „kultura proletariacka” jest do pomyślenia, ale „za sto lat”, futurystę Brunona Jasieńskiego nazwał zaś „hochsztaplerem poetyckim na miarę Judasza”:

Bo jeżeli za bardzo zaczyna się panoszyć szczeniactwo, poetycka kanalia, ta ewige literarische szczeniakerei, jeżeli byle żydek, przezywający się Grot czy Młot, włazi na estradę Polskiego Klubu Artystycznego [...] i czyta swoje plugawe jamnikowate panegiryki ku czci Lenina, jeśli inny [...] wywrzaskuje z tejże estrady [...] swoje po kiszkę stolcową załgane wierszydłaki o więzieniach politycznych, oklaskiwany przez zebraną hołotę, no to dajcie spokój! Ale krew nagła zalać może nawet takiego jak ja sentymentalnego anioła. [...] O panowie z Trzeciej Międzynarodówki, przykro mi, ale kiepską macie pociechę ze swoich poetyckich pupilów: Zielone to, młode i żadnych nadziei nie rokujące. Za kilkadziesiąt lat wrzaskliwy bełkot [ich – JSO.] wierszy będzie tym dla kultury, nie proletariackiej, ani burżuazyjnej, tylko Kultury (duże K), czym są dzisiaj dla nas wiersze księdza Baki.

Satyryczne intencje autora Balu na Kremlu były takie, aby nawet najbardziej znane rzeczy ponownie zobaczyć przez uwolnienie ich od stereotypów, wzbogacić wyobraźnią i tę przemienioną postać uczynić na powrót czymś oczywistym, zwyczajnym.

Ambasadorskie gwiazdy, gorsy

i cała Moskwa dama kier!

Za sto tysięcy carskiej forsy

wydaje bal ZSRR.

Rechocą żonki komisarzy,

strojne w paryskie, drogie kiecki.

Krasnoarmiejców stu na straży

murem osłania bal sowiecki.

Jak to się zwija i rozwija

w górę i na dół, w skos i w bok,

jak syczy ta czerwona żmija

i jak zabija, i jak wpija

w Europę wygłodniały wzrok!

Szarfy i Lwy, i Komandorie

czerwony przyszłyświetnićbal,

i zjawy i fantasmagorie

(oto jak tańczy się historię!)

pośródzłoconych tańcząsal.

(O chmuro fraków, czarna chmuro,

o francuszczyzno „bezbożników”,

o zakłamana „mas kulturo”,

proletariacka dyktaturo,

tonie wersalski bolszewików!)

Wtem strajk wybuchnął generalny.

– Czekiści, do mnie! Co się stało?

Rząd lamp zagasnął triumfalny;

i księżyc, ten Pierrot pieczalny,

scenęoświeca niebywałą.

Nie mogłem odmówić sobie satysfakcji zacytowaniaBalu na Kremlu(„Cyrulik Warszawski” 1929 nr 52), zjadliwej satyry antybolszewickiej, w której słychać wyraźnie pogłos dykcji MickiewiczowskichDziadów, i nade wszystko wyraża się drwiący stosunek do komunizmu sowieckiego. Satysfakcję czerpię z tego, że cały ten utwór przywołałem w studiach gałczyńskologicznychSzarlatanów nikt nie kocha(Kraków 2006), następnie jego publikację zaproponowałem redaktorowi lewicowego „Zdania”, lecz go nie wydrukował. Ale nade wszystko szkoda, że tego świetnego wiersza do chwili obecnej nie zamieszczono w żadnym zbiorze poezji Gałczyńskiego, podobnie zresztą jak antystalinowskiej satyry pt.Stosunki w Sowietach(„Cyrulik Warszawski” 1931 nr 16), podpisanej przez Gałczyńskiego pseudonimem Strange Fish, po wojnie krążącej w odręcznych samizdatach.

Retoryczno-stylistyczne właściwości tych i innych antykomu­nistycznych wypowiedzi satyrycznych wskazują na pewien emocjonalny stosunek autora do przedstawianych faktów, zdarzeń i osób. W ten sposób Gałczyński dystansował się wobec radykalizmu Kwadrygi, wyraźnej ideologizacji literatury i jej społecznych funkcji (Mieczysław Bibrowski, Stanisław Ryszard Dobrowolski, Lucjan Szenwald). Nie skorzystał ani z jej modelu „proletariackiego”, ani szablonu „skamandryckiego” rozwijanego pod presją Tuwima, ponieważ sam dysponował już autonomicznym, kreacyjnym prototypem wiersza, w którym ważne funkcje pełniły: ironia, fantastyka, humor, magia, groteska. Osobliwa alchemia tych składników estetycznych stała się znakiem rozpoznawczym skandalizującego poety, który cele ściśle artystyczne realizował w liryce, a obowiązki literata na usługach sanacji w satyrze „Cyrulika Warszawskiego”.

Anegdota dotycząca jego działalności redaktorskiej głosiła, że podczas sprowokowanego wybryku w „Ziemiańskiej” zwrócił się do interweniującego inspektora policji: „Czy pan wiesz, kim ja jestem? Jestem Konstanty Ildefons Gałczyński! Ja tu reprezentuję humor rządowy!”. Inne skandale obyczajowo-alkoholowe rozsławiały autoironiczne utwory: Śmierć poety, Boję się zostać wieszczem, Ballada o trąbiącym poecie, Na dziwny a niespodziewany odjazd poety Konstantego, Cyrulik jesienny. Były one istotnym czynnikiem budowania legendy literackiej, którą oprócz Przybyszewskiego i Witkacego mógł poszczycić się jedynie Gałczyński.

Pojawienie się na okładce Szopki politycznej 1931 nazwiska Gałczyńskiego w towarzystwie Tuwima, Lechonia i Hemara potraktować by można jako uwieńczenie kilkuletniej pracy satyrycznej w obozie sanacji, umożliwiającej wejście do najbardziej opiniotwórczego i wszechwładnego środowiska skamandrytów, o którego względy poeta niewątpliwie zabiegał. Pierwsza jego próba nawiązania współpracy z ogólnopolskim, najbardziej wówczas prestiżowym pismem społeczno-kulturalnym – „Wiadomościami Literackimi” – zakończyła się publikacją jedynie Pieśni cherubińskiej (12 IV 1931). Utwór stanowił pochwałę męstwa pracy codziennej, ujętą, co wypada podkreślić, w norwidowskiej perspektywie etyki chrześcijańskiej („potężna dobroć”). Próby kontynuowania współpracy z „Wiadomościami Literackimi” zakończyły się jednak niepowodzeniem. Przesłane do redakcji wiersze cyklu lirycznego „Tabula smaragdina”: Palcem planety obracasz, Madelon, Muzykancie przeklęty, z których zachował się tylko wiersz pierwszy, a pozostałe zaginęły – nie zostały przyjęte do druku. Bojowo usposobiony poeta, bardzo poruszony odrzuceniem jego wierszy, odpowiedział impertynenckim listem, czym ostatecznie zamknął sobie drogę do „Wiadomości Literackich”. Ale ta droga i tak już była zamknięta, skoro zależała od Tuwima, Słonimskiego oraz redaktora „Wiadomości Literackich” Mieczysława Grydzewskiego, a wiemy, że wcześniej Gałczyński ich atakował i ośmieszał, nawiązując do ich żydowskiego pochodzenia (Bebetlejem, Ballada o Aronku, Sonata księżycowa rodziny Kon, Boję się zostać wieszczem, Kuszenie świętego Antoniego, Grydzewski się opalił).

Skamandryci w swoich wierszach satyrycznych opierali się na konwencjonalnych formach lirycznych, które Gałczyński stale przełamywał, nie uznając granic między liryką a satyrą. Pomimo to do dzisiaj pokutuje stereotyp, że był uczniem Tuwima. Gdyby nawet tak było – to był uczniem lepszym od zakompleksionego nauczyciela, mającego niezwykle ciasny krąg zainteresowań literackich, i uczniem deklasującym jego „naśladowców”, którzy nie zrezygnowali z uroku rzeczy świadomie sztucznych, estetycznie banalnych. Satyryczne gry słowne Tuwima w „Cyruliku Warszawskim” uderzają nienaturalnością, pustosłowiem, robią wrażenie złomowiska stereotypów.

Nie sposób też nie zauważyć, że Gałczyński był pisarzem wszechstronnym: poetą, prozaikiem, dramaturgiem, swobodnie operującym językami obcymi: niemieckim, rosyjskim, francuskim, a także językami wyniesionymi z uniwersyteckich studiów filologii klasycznej i anglistyki, co po wojnie zaowocuje kongenialnym przekładem Snu nocy letniej Szekspira. I poetą artystycznie i myślowo bogatszym i żywszym, ponieważ jego liryka pozbawiona była pewnej skamandryckiej pedanterii i suchości. W zestawieniu ze skamandrytami – którzy przy Leopoldzie Staffie byli poetami drugo- i trzeciorzędnymi – on jest swoisty, odrębny, poetycko prawdziwszy, tak jak prawdziwsi są: Józef Czechowicz, Władysław Sebyła, Czesław Miłosz, dążący do odświeżenia oraz ożywienia języka poetyckiego, całkowicie wychodzący poza granice „skamandryzmu”. Dążenia Gałczyńskiego mieściły się w kategoriach „artystostwa”, ale w bogactwie myślowym i uczuciowym stanowiły pozycję odrębną, interesującą, sugestywną, ważką dla estetycznego rozwoju sztuki poetyckiej Dwudziestolecia.

Obowiązujący w kręgach krytyki towarzyszącej skamandrytom żelazny aksjomat „bezkonkurencyjności” Tuwima wśród poetów i satyryków współczesnych wykluczał możliwość wszelkiego współzawodnictwa, młodszy kolega po fachu – autorMorderstwa na Piazza Irreale– musiał więc ustąpić z łamów „Cyrulika Warszawskiego”, co czynił z gorzką świadomością, że redakcja odrzuciła wierszSerwus, madonna, ważny dla jego samookreślenia ideowo-artystycznego. Podczas tej „zmiany warty” Gałczyński opublikował kilka utworów satyrycznych w krakowskim tygodniku „Wróble na Dachu”.

Osłabienie przez kilka początkowych miesięcy 1931 roku działalności pisarskiej w roli „satyryka reżimu sanacyjnego” można wiązać z podjęciem pracy nad powieścią Au clair de la lune, której rękopis – w bliżej nieznanych okolicznościach – został stracony, co dla każdego twórcy, bez względu na towarzyszące temu uwarunkowania, jest przecież wydarzeniem traumatycznym. Wkrótce po ogłoszeniu w „Cyruliku Warszawskim” i „Wróblach na Dachu” kilku utworów satyrycznych, Gałczyński latem 1931 wyjechał na placówkę konsularną do Berlina. W ten sposób rozstał się z czytelnikami prasy satyrycznej na okres bez mała lat trzech.

Pobyt w Berlinie (1931–1933) zakończył się zwolnieniem Gałczyńskiego z dobrze płatnej posady referenta kulturalnego w polskim konsulacie i powrotem wraz z żoną 14 kwietnia 1933 do Warszawy. Kilkanaście dni wcześniej odbył się ostatni wieczór Kwadrygi, przypieczętowujący ostateczne rozwiązanie się tej grupy literackiej. Niedawni kompani – na których wsparcie mógłby liczyć – sami doświadczali dojmujących skutków bezrobocia, wywołanego powszechnym kryzysem ekonomiczno-gospodarczym. Rozluźnione kontakty środowiskowe utrudniały ponowny start literacki. Gałczyńskiemu nie udało się wydrukować dwu powieści napisanych w okresie berlińskim ani wystawić sztuki Muzeum Williamsa w warszawskim Teatrze Polskim. Z gotowego brulionu poematu Bal u Salomona zdołał opublikować w „Gazecie Polskiej” zaledwie dwa fragmenty. Odrzucono teksty specjalnie przygotowane dla kabaretu Qui Pro Quo. Zresztą dominująca na scenie życia literackiego koteria „Wiadomości Literackich”, mająca wpływ na stołeczną giełdę prasową, a tym samym na politykę personalną, nadal stosowała wobec niego bojkot, pamiętając jego związki z Kwadrygą, zapamiętale dyskredytującą poetów Skamandra, oraz prawicowymi „Wróblami na Dachu”, atakującymi „warszawkę” i popuszczającymi wodze sentymentów antyżydowskich.

W takich niekomfortowych okolicznościach, mając przeciwko sobie wpływowe lobby skamandryckie, nie miał szans na druk ani na powrót na stołeczną arenę literacką, co nie sprzyjało przełamywaniu impasu twórczego i przezwyciężaniu kłopotów bytowych. Nieudane próby utrzymywania się z pióra przeciągały okres dokuczliwej biedy i braku stabilizacji życiowej. W lipcu 1933 bezrobotny poeta zarejestrował się w warszawskim Urzędzie Pośrednictwa Pracy, skąd otrzymywał zapomogę. Dziewięciomiesięczne bezrobocie, nazwane we Fragmencie z „Balu u Salomona” „nieszczęściem”, stanowiło najbardziej dramatyczny z dotychczasowych etapów jego życia. Brak pracy i środków utrzymania sprawiają, że człowiek zaczyna być życiowo zagubiony – głosiło przesłanie tego wiersza – popada w rozpacz, która popycha go do pijaństwa i pociąga za sobą jeszcze większe pasmo upokorzeń.

Ponieważ depresji Gałczyńskiego towarzyszyła powtarzająca się dypsomania wraz z jej negatywnymi skutkami psychicznymi, żona Natalia – która podjęła etatową pracę w spółdzielni „Społem”, aby utrzymywać ich oboje – namówiła męża na leczenie sanatoryjne. Ale szczegółów nie znamy, wiemy tylko, że w najbardziej dramatycznym momencie rozczarowań życiowych i twórczych Gałczyński podjął próbę ratowania własnego małżeństwa i pisarstwa. Wprawdzie pomysł opuszczenia Warszawy był dosyć karkołomny, ale poeta zdecydował się na ryzyko, zwłaszcza że od prawie roku pozostawał bez pracy, a od bez mała dwu lat nie publikował.

W styczniu 1934 roku porzucił stolicę dla Wilna, zwabiony nadzieją na przezwyciężenie dokuczliwej biedy, wiarą w odmianę życia osobistego i znalezienie perspektyw pisarskich. Korzystając z zapomogi, za niewielkie komorne wynajął mieszkanie. W ten sposób jego własny kryzys życiowy wpisywał się w scenariusz wielkiego światowego kryzysu ekonomicznego, w kontekst społeczno-politycznego kryzysu inteligencji polskiej, w sytuację beznadziejnej stagnacji i bezrobocia wśród pisarzy, co wkrótce znalazło wyraz w wierszu Modlitwa polskiego poety, opublikowanym w ostatnim numerze „Żagarów” (1934 nr 3/4), przypieczętowującym działalność tej wileńskiej grupy literackiej, której członkowie – Teodor Bujnicki, Józef Maśliński i Jerzy Zagórski – stali się jego przyjaciółmi.

Nie zapomnieli o nim warszawscy przyjaciele: Józef Czechowicz, Bolesław Miciński i Henryk Ładosz (aktor i znany recytator jego wierszy). Na łamach „Pionu” 24 marca 1934 roku zaapelowali o wydanie tomu poety, który „sam nie dba o swoje sprawy”:

Od kilku lat w czasopismach literackich ukazują się wierszeK. I.Gałczyńskiego, inne krążą wśród przyjaciół jego w odpisach lub nawet oryginałach. Ponieważ utwory te posiadają wysoką wartość poetycką, zaś autor nie zatroszczył się dotąd o ich wydanie, uważamy, że podjęcie w tym kierunku inicjatywy społecznej jest rzeczą konieczną. Tą drogą zwracamy się do P.P. Wydawców z publicznym apelem, aby zajęli się sprawą udostępnienia utworów świetnego poety szerszym kołom czytelników.

Również dzięki rekomendacji dawnego kolegi z czasów ich wspólnych studiów aktorskich w stołecznym instytucie Reduty – Tadeusza Byrskiego – warszawski rozbitek życiowy podjął stałą współpracę z wileńską rozgłośnią Polskiego Radia, dla której pisał audycje oraz felietony satyryczne.

Z mieszczącego się w pobazyliańskim klasztorze przy Ostrobramskiej towarzyskiego klubu Smorgonia, gromadzącego przedstawicieli miejscowej elity kulturalnej, artystycznej i naukowej, zwykle raz w miesiącu transmitowano na antenę ogólnopolską okolicznościowy program kabaretowy Kukułka wileńska, w którym Gałczyńskiemu partnerował Teodor Bujnicki, w tutejszym środowisku cieszący się zasłużoną sławą wytrawnego humorysty. Obaj poeci, pisząc scenariusze oraz teksty konferansjerek na aktualne tematy, tworzyli znakomity duet satyryków radiowych. Organizowali zabawę i „wspólnotę śmiechu” słuchaczom rozgłośni wileńskiej, dla których Gałczyński przed mikrofonami wygłaszał autorski felieton satyryczny Kwadrans dla ponurych (IX 1934 – V 1935) i humoreski Audycji pogodnej (III – IV 1935). Współtwórca radiowego „teatru wyobraźni” Tadeusz Byrski wspomniał:

Gałczyński cokolwiek przyniósł, wszystko było fascynujące, dowcipne, pełne poezji. Przy tym Gałczyński, jak nikt inny, miał znakomite poczucie radiowego czasu. Każda jego rzecz przystawała do programu jak ulał. Poza tym Gałczyńskiego urzekała mechanika twórczości poetyckiej. Był to na pewno poeta z Bożej łaski – na pewno należał do tych, nad którymi rozbija się bania poezji, a przecież człowiek ten podporządkowywał swoją twórczość potrzebom materialnym swojego domu, nic nie uchybiając swojemu warsztatowi. Wiadomo było, że pisze dla zarobku, ale jednocześnie miało się poczucie, że w tym człowieku płyną złoża talentu, fantazji i znajomości fachu pisarskiego, jak w zagłębiu naftowym. Niech sobie co chcą piszą i mówią krytycy poezji Gałczyńskiego, był to prawdziwy poeta, nie mówiąc już o jego wspaniałej umiejętności czytania przed mikrofonem. Fascynował głosem, dykcją i umiejętnością recytowania.

(„Pamiętnik Teatralny” 1973, z. 3–4)

Mając pokrewne temperamenty artystyczne, Gałczyński, Bujnicki i Zagórski stali się nierozłączni na stopie koleżeńskiej oraz współpracy zawodowej. Przyjaźń z żagarystami Gałczyński przypieczętował na forum publicznym, dedykując Bujnickiemu Modlitwę za senat („Cyrulik Warszawski” 1934 nr 28) i w ten sposób podejmując dialog z młodym pokoleniem katastrofistów wileńskich, którzy wyraźnie manifestowali swoje radykalne poglądy społeczno-polityczne. Odruch poczucia wspólnoty z żagarystami był zrozumiały, swój krytycyzm społeczny Gałczyński manifestował nie tylko w ironiczno-satyrycznej Modlitwie za senat, ale już wcześniej występując przeciwko ostentacyjnemu konsumpcjonizmowi i dobremu samopoczuciu władzy, które kontrastowały z nierównościami społecznymi i powszechną biedą w Wilnie.

Jego wrażliwość społeczna wyrażała się protestem przeciw krzywdzie ludzkiej ukazanej w genialnym reportażu poetyckim Wilno, ulica Niemiecka. Sceny z życia głównej ulicy żydowskiego handlu bławatnego miały swoje apokaliptyczne odniesienie do kryzysu „kroczącego jak śmierć z kosą” w Elegiach wileńskich, gdzie najbiedniejsi w getcie „Żydzi z ulicy Gaona, ze Szklanej, z Mylnej, z Podwójnej/żyją z naprawy lalek i zalewania kaloszy […] smażą śledzie i wierzą w nadejście Goga-Magoga”.

W Elegiach wileńskich poetycko ujęta scena dyskusji na Ostrobramskiej przedstawia intelektualistów, którzy dyskutują o Mar­ksie, Sorelu oraz autorze Trattato di sociologia generale. W latach trzydziestych nie tylko w nauce amerykańskiej i europejskiej, ale także w Wilnie obowiązywała „moda” na Vilfreda Pareta. To, że członkowie „Klubu Dyskutantów” „mielą nazwiska” wspomnianych filozofów społecznych, świadczy, iż wybierali tych, którzy głosili apologię siły, bezwzględności i przebiegłości w dążeniu nowych elit politycznych do władzy.

Ponieważ w trudnych warunkach wileńskich dla Gałczyńskiego najważniejszym kryterium oceny pożytku społecznego człowieka zawsze była praca podtrzymująca egzystencję, patronem jego poglądów pozostawał Stanisław Brzozowski, przeciwstawiający marksistom swoją „filozofię czynu i pracy”, wedle której wkład pojedynczego człowieka w pracę stanowił odpowiedź na potrzeby zbiorowości, dowód jego aktywnej i odpowiedzialnej postawy wobec tej ostatniej. Inaczej mówiąc, praca stanowi czyn zbiorowy, stwarzający podstawy zbiorowego bytu, a zarazem wzbogacający wewnętrznie jednostkę. Pokrewne idee leżały u podstaw myślenia Gałczyńskiego, że praca polega na jednoczesnym tworzeniu i „samostwarzaniu”, nawet w odniesieniu do pracy artysty.

W tym wyborze ideowym autora Ludowej zabawy tkwiła przyczyna konfliktu z żagarystą Czesławem Miłoszem, który – ulegając silnej presji marksistowskiego światopoglądu rewolucyjnego – nie akceptował ani antykomunistycznych deklamacji Gałczyńskiego na wieczorach autorskich w klubie na Ostrobramskiej, ani nie podzielał jego entuzjazmu wyrażanego w Festi Nativitatis Christi laudes, ani też nie przyjmował do wiadomości przesłania, dedykowanego hrabiemu Michałowi Tyszkiewiczowi, zawartego w katastroficznym wierszu Pardon, ZSRR, który ukazał się na łamach „Prosto z Mostu” (6 X 1935), co wszystko razem uznawać można za reakcję na „lewackość” żagarystów („Za parę lat i tak pod stienku/I trach-tarach! mon cher –/tymczasem Marksa mamy w denku –/pardon, ZSRR). Profetyczny zwrot – „za parę lat i tak pod stienku” – to niemal myślowy odpowiednik historiozoficznego katastrofizmu Mariana Zdziechowskigo, rektora Uniwersytetu Wileńskiego, który przewidywał zbliżanie się potwornej epoki stalinowskiego barbarzyństwa. Na „pędzącą od Wschodu barbarię” uczuleni byli inni pokoleniowi rówieśnicy Gałczyńskiego: Czechowicz, Sebyła, a spośród żagarystów Bujnicki, Maśliński, Zagórski. Autor uroczej Farlandii zgodny był z nimi i w tym, że jemu również obcy wydawał się optymizm cywilizacyjny, sam zaś katastrofizm, jego światopogląd i poetyka pozwalały w tym wierszu na ostrzeżenia zgoła inne.

Myśmy mieli się spotkać na moście,

by pomówić o naszej miłości,

pod tym klonem, koło budki z papierosami;

ale, jakem przewidywał: oczywiście

most w powietrze wysadzili komuniści,

no to gdzie się teraz spotkamy?

W kwietniu 1936 utwór ten był częścią cyklu „Carmina” („Środy Literackie” 1936, nr 4), gdzie znalazły się liryki opatrzone później odrębnymi tytułami: Krzyczysz przez sen, Piosenka i Wizyta.

1 „Kwadryga” była periodykiem grupy młodych literatów. Powstała jako pisemko szkolne w gimnazjum im. Mikołaja Reja. Założycielami byli: Stanisław Ryszard Dobrowolski i Mieczysław Bibrowski. Gałczyński wszedł do grupy po powrocie z wojska. „A tutaj w moich widzeniach…” – aluzja do Snu Byrona.

Dalszy ciąg dostępny w pełnej, płatnej wersji

PEŁNY SPIS TREŚCI:

POEZJA JEST TYLKO DLA TYCH, CO MAJĄ CZYSTE SERCA

1919

Do Alraune

1923

Szturm

Wiatr w zaułku

1924

Polska

Tum

Pomysły

Lunatyk

Słowa zwycięskie

Włożę spodnie czarne, cmentarne

Opętanie

1926

Piosenka o trzech wesołych aniołach

Łakomstwo

Muza

Straszny dwór

Piekło polskie

Ballada o trąbiącym poecie

Koncert

Wóz

Pinokio

Szekspir i chryzantemy

Niby tak samo jak wczoraj

Jesień

Na dziwny a niespodziewany odjazd poety Konstantego

1928

Śmierć braciszka

Capstrzyk

Stajnia w zimie

Koniec świata. Wizje świętego Ildefonsa czyli Satyra na Wszechświat

Zaręczyny Johna Keatsa

Canticum canticorum

Srebrne i złote

Sympozjon

Ulica szarlatanów

Do Stanisława Marii

Komuniści z Rotondy

Modlitwa ślepego lunatyka

Marsz masonów

Romanca o trzech siostrach emigrantkach

O żałosnym królu Stołeczku i o wszetecznej królewnie Madlence

Bebetlejem

1929

Zoo

Nie da rady wołanie, biadanie

Straszna sensacja…

Bal na Kremlu

Wszystko nam dałeś

Ballada o Aronku

Emigranci

Egzotyki nieprawdopodobne

Pieśń o Powszechnej Wystawie Krajowej

Sonata księżycowa rodziny Kon

Jak Rinaldo Rinaldini tańcował z kardynałem

Boję się zostać wieszczem

Zjeżdżanie endeków

Premiery w Biarritz

Upał w raju

Myśli narodowe

Ha, ha, ha, Haga!

Admirał

Kołysanka o kołysce

Portret panny Noel

Raj

Küferlin

Serwus, madonna

Koncert fortepianowy

Ulica Towarowa

Usta i pełnia

Podróż do Arabii Szczęśliwej

Złota kąpiel

Evviva la poesia

Sanacja morduje papugi

Ech, Ignacy, Ignacy!

C. K. W.

Portret Gaudentego

Baba, co nad konstytucją płakała

Panie Władysławie…

Na śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód

O Bartelu poemko

Pieśń o strasznym kapitanie Papawaju

1930

Prośba o wyspy szczęśliwe

Narodziny dzieciątka

Sytuacja bez wyjścia

Śmierć poety

Lilie albo kwiatki prohibicyjne

Miły wierszyk o przesileniu sympatycznym

Julian Prostrata

La danse des Polonais

Cyrulik jesienny

Rodzinka

Koń w kinie

Nowe abecadło

Piosenka o trzech ministrach

Ballada staroniemiecka

Noc listopadowa

Pieśń cherubińska

Ballada ślubna I

1931

300 000 Mieczysławów

Wielkanoc Japończyka

Wielkanocna korespondencja redaktora z współpracownikiem

Siedem wiosen

Upiór z Düsseldorfu

Stosunki w Sowietach

Sport w Rosji Sowieckiej

Każdy wiek ma swoje sporty

Morderstwo na Piazza Irreale

Filon i Laura

Telefony

Cud w winiarni

Palcem planety obracasz

1932

Fräulein Euterpe

Powoli otwierajmy bramę…

Nie ociągaj mi się, nie opieraj…

1933

Ballada zimowa

Ballada o Moście Marionetkarzy

Bal u Salomona

Fragment z „Balu u Salomona”

Modlitwa do Anioła Stróża

Audycja dla inteligencji

Książka mówi do stroskanego

1934

Inge Bartsch

Wszystko się chwieje

O Przesmyckim Zenonie, który nigdy nie tonie, czyli ragoût à la Miriam

Muzeum i dziewczyna

Kajak i kretyn

Kompleks wiosenny

Prologus

Wieczór

Szczęście w Wilnie

Depresja wileńska

Wesoły most

Modlitwa polskiego poety

Melodia

Farlandia

Ludowa zabawa

O mej poezji

Poezja

Portret ojca artysty

Kuna

Kołysanka pisarzy

Fatamorgana

List znad rzeki Limpopo

Piosenki ludowe

Obcuję z tobą jak z miesiącem…

O naszym gospodarstwie

Ballada ślubna II

Piosenka

Miła moja

Moczmy nogi

Mira, uważaj!

Modlitwa za senat

Ofiara świerzopa

Puppy

Na pewnego Polaka

Pięć donosów

Proroctwa

Rosja

1935

Elegie wileńskie

Buty szewca Szymona

Mały Apollo

Duchy w Ornianach, czyli Prolog

Gałązka wiśni

Limericks, czyli czar bredni

Żywot Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego

Kryzys w branży szarlatanów

Instrumentami potrząsać

Ciężki wieczór

Wiersz dla pana Dołbniaka

Romans

Odjazd pastuchów

Noc w Wilnie

Horacjusza wydania weneckie…

Z Horacego

Wielkanocna spowiedź Kiciusia

Do pana ministra spraw wewnętrznych

Piosnka sentymentalna

Urzędnik, spinacze i lew

Wilno, ulica Niemiecka

Szafirowa romanca

W Warszawie

Do Edwarda Szymańskiego

14 Grüssen aus Polen

2-aj maturzyści

Słomiana wdowa i drzewa

Śpij, wujaszku…

Tatuś

Pardon, ZSRR

Festi Nativitatis Christi laudes czyli pochwała Bożego Narodzenia

1936

Piosenki naczelnika wydziału grobownictwa

Uwaga! Nowy tygodnik!

Wileńskie imbroglio

Muzie nóżki całuję

Wciąż uciekamy

Krzyczysz przez sen

Wizyta

Skumbrie w tomacie

Zegarek z dewizką

Wędrowni muzykanci

Zima z wypisów szkolnych

Fałszywy adres

Polowanie z sokołami

Strasna zaba

1937

Bal zakochanych

Polska wybuchła w roku 1937

Pieśni o szalonej ulicy

Na przedwiośniu

Impresario i poeta

Wielkanoc mojej córki

Opis domu poety

Dialog z szubrawcami

Podczas tańców w zielonym salonie…

Od czterech dni…

Satyra na żonę

Oto widzisz, znowu idzie jesień

Anińskie noce

A la russe

1938-39

Xenie noworoczne

Lettura dei giovanni

Kotwico złota…

Dzięcioł i dziewczyna

Na śmierć Kazimierza Sołtysika

Gdybym był Żydem

Biedny Lolo

Już kocham cię tyle lat

Awangarda

Śmierć w kawiarni

Zaproszenie do płaczu

Moja gwiazdka

Bibrowski

Rok polski

Ej, po szerokiej drodze

„Jubileuszowa” rozmowa z Kirą

Szła paniusia po ulicy

Miała matka trzech synów

Modlitwa za pomyślny wybór papieża

List do Małgosi Rosenbaum

Wyprzedaż poezji

Chwalmy dyrektorów

Warszawianie

Rząd a społeczeństwo

Dzieci na Wielkanoc

Insula Timor

Das ewig Polnische

Serenada

Jak się te lata mylą

Nieporozumienia

Jest i taka poeta…

Zaproszenie na wycieczkę

Nadzieje i trwogi majowe

W radio mają rację

Jedenasta jedenaście

Noctes Aninenses

Troszeczkę pomarzyć…

Nowy Psałterz Polski

Długom błądził i szukał

Dziwni letnicy

Pieśń o żołnierzach z Westerplatte

Sen żołnierza

1942-44

List jeńca

Srebrna akacja

To nic, że droga daleka…

Dzika róża

Pieśń o fladze

Dopiero gdy wzejdzie księżyc…

Matka Boska Stalagów

1945

Pochodnia

Piosenka warszawskich krzyżowców

Historia z pierścieniem

Na dłonie Krystyny, księżniczki Mediolanu malowanej przez malarza Holbeina

Pokochałem ciebie

Ojczyzną moją jest muzyka

Z tych pokrzywionych uliczek…

Ptaszki, ptaszki…

Takie proste

Prawie wszystko się stało…

Ty mnie, miła…

Siódme niebo

Nocne notatki

Choć godzina…

Gwiazdy

Ulica Sarg

Rozmowa z Diabłem z Notre-Dame

1946

Kolęda paryska

Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich

Dysproporcje

Urojona kantyna (The Phantom Canteen)

Wiem, że jest gdzieś taki cmentarz

Le Sappey

Bruxelles

Po Brukseli chodzę pijany

Ballada o szklarzach

Rue Meyerbeer

Pyłem księżycowym…

Cóżem winien

We śnie

Ucieczka grzesznych

Pomóż…

Gdybyś mnie kiedyś…

Noc

Piosenka

Żywot św. Korbiniana

NOTA EDYTORSKA