Szarańcza - Gabriel Garcia Marquez - ebook
Opis

W dogorywającym już po okresie ekonomicznej świetności Macondo umiera znienawidzony niemal przez wszystkich mieszkańców lekarz, który niegdyś odmówił całemu miasteczku swej zawodowej pomocy. Teraz nadeszła dla Macondo chwila odwetu: lekarzowi zostanie odmówiony pochówek. Chyba że znajdzie się ktoś kto wbrew miasteczku i pewnie samemu sobie wyłamie się, by spełnić "haniebny obowiązek".

W swej debiutanckiej powieści przyszły noblista potrafił, we właściwy dla siebie sposób, połączyć narastające napięcie klasycznego westernu z nierozwiązywalnym konfliktem sumień antycznej tragedii, tworząc zarazem jedną z pierwszych "pieśni" eposu o Mocondo i rodzinie Buendía.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: La hojarasca

Projekt okładki: Magdalena Błażków – KreacjaPro;

dyrektor artystyczny – Andrzej Pągowski

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Renata Kuk

© Gabriel García Márquez

and Heirs of Gabriel García Márquez, 1954. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 1995, 2018

© for the Polish translation by Carlos Marrodán Casas

ISBN 978-83-287-0739-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2018

Dla

Germana Vargasa

***

A zaś obwieścił, aby Polinika

Nieszczęsne zwłoki bez czci pozostały,

By nikt ich płakać, nikt grześć się nie ważył;

Mają więc leżeć bez łez i bez grobu

Na pastwę ptakom żarłocznym i strawę.

Słychać, że Kreon czcigodny dla ciebie,

Co mówię, dla mnie też wydał ten ukaz

I że tu przyjdzie, by tym go ogłosić,

Co go nie znają, nie na wiatr zaiste

Rzecz tę stanowiąc, lecz grożąc zarazem

Kamienowaniem ukazu przestępcom.

Sofokles, Antygona

(przekład Kazimierza Morawskiego)

Nagle, jakby trąba powietrzna zapuściła korzenie w samym środku miasteczka, zjawiła się Kompania Bananowa, a w ślad za nią szarańcza. Wymieszana, wrzaskliwa szarańcza, złożona z odpadków ludzkich, resztek z innych miasteczek; plewy wojny domowej, która wydawała się coraz bardziej odległa i nierzeczywista. Szarańcza była bezlitosna. Zatruwała wszystko zbełtaną wonią tłumów, odorem wydzielin skóry i skrytej śmierci. W niespełna rok rozrzuciła po miasteczku zgliszcza wielu wcześniejszych od niej katastrof, rozsiała po ulicach swój zagmatwany bagaż odpadków. A odpady te, błyskawicznie, w oszałamiającym, nieoczekiwanym rytmie burzy, zaczęły oddzielać się, indywidualizować, by to, co było uliczką ograniczoną z jednej strony rzeką, a z drugiej zagrodą dla zmarłych, przemienić z czasem w odrębne, splątane miasteczko, wzniesione z odpadków innych miast.

Przybyły tu, wymieszane z ludzką szarańczą, porwane przez jej rwącą siłę, odpadki ze sklepów, szpitali, domów rozrywki, elektrowni; odpadki samotnych kobiet i mężczyzn, którzy przywiązywali muła do słupa przed zajazdem, mając za cały bagaż drewniany kufer lub tobołek z ubraniem, a którzy po kilku miesiącach posiadali już własny dom, dwie kochanki i stopień wojskowy, choć z jego nadaniem dotychczas zwlekano, bo zbyt późno ruszyli na wojnę.

Nawet odpadki smutnej, miejskiej miłości trafiły do nas z szarańczą, zbudowały najpierw małe drewniane domki z wydzielonym kącikiem, gdzie resztki polowego łóżka były ponurym legowiskiem na jedną noc, później hałaśliwą, nielegalną ulicę, wreszcie, w środku miasteczka, miasteczko rozpusty.

Wśród tej wichury, tej burzy nieznanych twarzy, namiotów rozbitych na placach, chodnikach, w tłumie mężczyzn przebierających się na ulicy, kobiet siedzących na kufrach, pod otwartymi parasolami, wśród niekończących się stad mułów, opuszczonych, zdychających z głodu w stajni przy zajeździe, my – pierwsi – byliśmy ostatni; to my byliśmy przybyszami.

Po wojnie, gdy przybyliśmy do Macondo i doceniliśmy jego ziemię, wiedzieliśmy, że szarańcza kiedyś i tak nadleci, ale nie przeczuwaliśmy siły uderzenia. Gdy poczuliśmy więc nadejście lawiny, jedyne, co mogliśmy zrobić, to wynieść talerz, widelec i nóż przed drzwi, usiąść cierpliwie i czekać, aż nowo przybyli poznają nas. Wtedy pociąg zagwizdał po raz pierwszy. Szarańcza zakłębiła się, ruszyła powitać go, a zawracając, straciła impet, lecz osiągnęła jedność i solidną trwałość; i poddała się ziemi, zapadła w nią i stała się jej częścią jak wschodzące ziarno.

(Macondo, 1909)

1

Po raz pierwszy zobaczyłem trupa. Jest środa, ale czuję się, jakby to była niedziela, bo nie poszedłem do szkoły i włożyli mi to ubranie z zielonego welwetu, które mnie uwiera w jedno miejsce. Trzymając się ręki mamy, idąc za dziadkiem, który przy każdym kroku postukuje laską, żeby na coś nie wpaść (jak jest ciemno, to niedowidzi i kuleje), przeszedłem obok lustra w salonie i zobaczyłem siebie całego, w zielonym ubranku z białą nakrochmaloną kokardą, która uwiera mnie w szyję. Zobaczyłem się w okrągłym, zabrudzonym lustrze i pomyślałem: To jestem ja, taki, jakby dziś była niedziela.

Przyszliśmy do domu, gdzie jest umarły.

W zamkniętym domu upał aż dusi. Na ulicach słychać bzyczenie słońca i nic więcej. Powietrze jest nieruchome; ma się wrażenie, że można go dotknąć, skręcić jak cienką blaszkę. W pokoju, gdzie położyli trupa, pachnie kuframi, ale nigdzie ich nie widzę. W kącie hamak zawieszony z jednego końca na kółku. Pachnie odpadkami. I myślę, że zniszczone i prawie rozpadające się przedmioty, ustawione wokoło, mają wygląd rzeczy, które powinny pachnieć odpadkami, choć tak naprawdę mogą mieć inny zapach.

Zawsze myślałem, że zmarli muszą mieć kapelusz. Teraz widzę, że nie. Widzę, że mają twarz stalowego koloru i szczękę obwiązaną chustką. Widzę, że mają usta trochę otwarte, a za sinymi wargami brudne i nierówne zęby. Widzę, że mają z jednej strony przygryziony język, gruby, ciastowaty, trochę ciemniejszy od twarzy, która ma taki sam kolor jak palec ściśnięty nitką. Widzę, że oczy mają otwarte o wiele bardziej niż zwykły człowiek, łakome i wytrzeszczone, i że skóra wygląda, jakby była z wilgotnej, ubitej ziemi. Myślałem, że umarły wygląda jak spokojny, śpiący człowiek, a teraz widzę, że na odwrót. Widzę, że wygląda jak człowiek przebudzony i wściekły, jakby po bójce.

Mama też ubrała się tak, jakby dziś była niedziela. Włożyła stary słomkowy kapelusz, który zakrywa jej uszy, i czarną suknię, zapiętą u góry, z długimi rękawami. A że dziś jest środa, patrzę na nią jak na daleką, nieznaną osobę i wydaje mi się, że chce mi coś powiedzieć, kiedy dziadek wstaje, żeby przywitać ludzi, którzy przynieśli trumnę. Mama siedzi koło mnie, plecami do zamkniętego okna. Oddycha ciężko i co chwila poprawia sobie włosy, bo wyłażą jej spod włożonego w biegu kapelusza. Mój dziadek rozkazał ludziom, żeby ustawili trumnę przy łóżku. Dopiero wtedy zauważyłem, że umarły rzeczywiście może się w niej zmieścić. Kiedy mężczyźni przynieśli skrzynię, pomyślałem, że jest za mała na to ciało, które zajmuje całe łóżko.

Nie wiem, po co mnie przyprowadzili. Nigdy nie byłem w tym domu i nawet myślałem, że nikt tu nie mieszka. Jest to duży dom na rogu, którego drzwi, jak mi się wydaje, nigdy nikt nie otwierał. Zawsze myślałem, że dom jest pusty. Dopiero teraz, po tym jak mama mi powiedziała: „Dziś nie pójdziesz do szkoły”, a ja się nie ucieszyłem, bo powiedziała mi to poważnym, suchym głosem, i zobaczyłem, jak wróciła z moim welwetowym ubraniem i nic nie mówiąc, włożyła mi je, i ruszyliśmy w stronę drzwi, żeby dołączyć do mojego dziadka, a potem minęliśmy trzy domy, co oddzielają ten dom od naszego, dopiero wtedy zauważyłem, że ktoś na tym rogu mieszkał. Ktoś, kto umarł i kto musi być tym człowiekiem, o którym myślała moja mama, kiedy powiedziała: „Musisz być bardzo grzeczny na pogrzebie doktora”.

Wchodząc, nie zobaczyłem trupa. Zobaczyłem mojego dziadka, jak rozmawiał z mężczyznami, a później zobaczyłem, że daje nam znak, żebyśmy poszli za nim. Pomyślałem wtedy, że ktoś jest w pokoju, ale wchodząc, wyczułem, że pokój jest ciemny i pusty. Zaduch uderzył mnie od razu w twarz i poczułem ten smród odpadków, który na początku był mocny i trwały, a który teraz, tak jak i zaduch, napływa fala za falą i znika. Mama poprowadziła mnie za rękę przez ciemny pokój i posadziła w kącie obok siebie. Dopiero po chwili zacząłem odróżniać rzeczy w pokoju. Zobaczyłem mojego dziadka, jak waląc laską w uchwyt, próbuje otworzyć okno, jakby sczepione z framugą, przylutowane do drewna futryny, i zobaczyłem, jak po każdym uderzeniu unosi się kurz z marynarki. Odwróciłem głowę w tę stronę, gdzie teraz stanął mój dziadek, bo zrezygnował już z otwarcia okna, i dopiero teraz zauważyłem, że ktoś leży na łóżku. Że leży ciemny, wyciągnięty, nieruchomy mężczyzna. Wtedy odwróciłem się do mamy, która siedziała ciągle daleka i poważna i patrzyła w innym kierunku. A że stopy nie sięgają mi do ziemi, tylko wiszą w powietrzu, więc podłożyłem ręce pod uda, tak że dłonie leżały na krześle, i zacząłem machać nogami, o niczym nie myśląc, dopóki nie przypomniałem sobie, że mama powiedziała mi: „Musisz być bardzo grzeczny na pogrzebie doktora”. Wtedy poczułem coś zimnego na plecach, znowu rozejrzałem się i zobaczyłem tylko ścianę z suchego, popękanego drewna. Ale to było tak, jakby ze ściany ktoś mi powiedział: „Nie machaj nogami, bo człowiek, który leży na łóżku, to doktor, i on nie żyje”. I kiedy popatrzyłem na łóżko, to już go nie zobaczyłem takiego jak przedtem. Teraz już nie leżał, tylko był nieżywy.

Od tej chwili, choćbym nie wiem, jak starał się nie patrzeć na niego, czułem, jakby ktoś trzymał mnie za głowę i odwracał ją w tamtą stronę. I chociaż robię wszystko, żeby patrzeć gdzie indziej, to i tak wszędzie go widzę, z wytrzeszczonymi w ciemnościach oczami, z zieloną i nieżywą twarzą.

Nie wiem, dlaczego nikt nie przyszedł na pogrzeb. Przyszedł mój dziadek, mama i czterej Indianie, którzy pracują dla mojego dziadka. Indianie przynieśli torbę z wapnem i wysypali je do trumny. Gdyby moja mama nie była taka dziwna i zamyślona, zapytałbym ją, po co to robią. Nie rozumiem, dlaczego musieli wrzucić wapno do skrzyni. Kiedy torba była już pusta, jeden z mężczyzn wytrząsnął ją nad trumną, posypały się jeszcze resztki, bardziej podobne do trocin niż do wapna. Wzięli umarłego za ręce i nogi. Ma zwykłe spodnie z szerokim czarnym paskiem i szarą koszulę. Ma tylko lewy but. Jest, jak mówi Ada, jedną nogą królem, a drugą niewolnikiem. Prawy but leży rzucony na łóżku. Zmarły na łóżku wyglądał, jakby mu nie było tam najlepiej. Wydaje się, że w trumnie jest mu wygodniej, że jest spokojniejszy, a twarz, która była twarzą człowieka żywego, przebudzonego jak po jakiejś bójce, jest teraz wypoczęta i pewna. Profil mu złagodniał, jakby tam, w trumnie, czuł się na swoim miejscu, które należy mu się jako umarłemu.

Mój dziadek cały czas chodził po pokoju. Zebrał jakieś przedmioty i włożył je do trumny. Znowu popatrzyłem na mamę, miałem nadzieję, że mi powie, dlaczego dziadek wrzuca te rzeczy do trumny. Ale mama siedzi bez ruchu w czarnej sukience i wydaje się, że usiłuje nie patrzeć w to miejsce, gdzie leży umarły. Ja też chcę to zrobić, ale nie mogę. Ciągle się w niego wpatruję, dokładnie go oglądam. Dziadek wrzuca jakąś książkę do trumny, daje znak ludziom i trzech z nich przykrywa wiekiem trupa. Dopiero wtedy czuję, że się uwolniłem od rąk, które trzymały moją głowę i odwracały w tamtą stronę, i zaczynam rozglądać się po pokoju.

Znowu patrzę na moją mamę. Mama, po raz pierwszy od kiedy przyszliśmy do tego domu, patrzy na mnie i uśmiecha się wymuszonym, nic niemówiącym uśmiechem; i z daleka słyszę gwizd pociągu, który znika za ostatnim zakrętem. Słyszę jakiś hałas w kącie, gdzie jest trup. Widzę, jak jeden z mężczyzn podnosi trochę wieko, a dziadek wkłada do trumny but, ten, co go zapomnieli wziąć z łóżka. Pociąg znowu gwiżdże, coraz dalej, i nagle myślę: Jest wpół do trzeciej. I przypominam sobie, że o tej porze (kiedy pociąg gwiżdże na ostatnim zakręcie miasteczka) chłopcy w szkole ustawiają się w szereg przed dzwonkiem na pierwszą popołudniową lekcję.

Abraham – myślę.

Nie powinnam była przyprowadzać dziecka. To widowisko nie jest odpowiednie dla niego. Mnie samej, dorosłej, prawie trzydziestoletniej kobiecie, szkodzi ta atmosfera udziwaczniona przez obecność trupa. Moglibyśmy teraz wyjść. Moglibyśmy powiedzieć ojcu, że nie czujemy się dobrze w tym pokoju, gdzie przez siedemnaście lat rozsypywał się w proch człowiek odizolowany od wszystkiego, co nazwać można przyjaźnią lub wdzięcznością. Może mój ojciec był jedyną osobą, darzącą go jakąś sympatią. Niepojętą sympatią, która teraz przyda się temu człowiekowi, by nie zgnił w tych czterech ścianach.

Martwi mnie śmieszność, jaka jest w tym wszystkim. Niepokoi mnie myśl, że po jakimś czasie będziemy musieli wyjść na ulicę, iść za trumną, która w nikim nie wzbudzi nic prócz zadowolenia. Wyobrażam sobie w oknach twarze kobiet patrzących na mnie i dziecko, jak idziemy za trumną z gnijącym wewnątrz ciałem tej jedynej osoby, którą miasteczko tak właśnie chciało ujrzeć; odprowadzaną na cmentarz pośród bezwzględnego osamotnienia, odprowadzaną przez trzy osoby, zdecydowane spełnić miłosierny uczynek, który powinien być początkiem ich własnej hańby. Możliwe, że ta decyzja ojca sprawi, że jutro nie znajdzie się nikt, kto gotów byłby pójść za naszą trumną.

Chyba dlatego przyprowadziłam dziecko. Kiedy ojciec niedawno powiedział: „Musisz mi towarzyszyć”, pierwsze, co mi przyszło na myśl, to wziąć z sobą dziecko, żeby czuć się bezpieczniej. Teraz jesteśmy tu, w duszne wrześniowe popołudnie, czując, że wszystkie otaczające nas rzeczy to bezlitośni szpiedzy naszych wrogów. Ojciec nie ma się czym przejmować. W rzeczywistości przez całe życie tak właśnie postępował; zawsze wypełniał najbłahsze zobowiązania, nic sobie nie robiąc z konwenansów, doprowadzając ludzi do białej gorączki. Już dwadzieścia pięć lat temu, kiedy ten człowiek zjawił się w naszym domu, ojciec powinien był się domyślić (widząc absurdalne zwyczaje gościa), że dziś nie będzie w miasteczku nikogo, kto byłby gotów bodaj rzucić trupa sępom na pożarcie. Może ojciec przewidział wszystkie przeszkody, wziął pod uwagę ewentualne trudności. A teraz, po dwudziestu pięciu latach, czuje chyba, że jest to zaledwie wypełnienie długo obmyślanego zadania, które i tak mimo wszystko doprowadziłby do końca, nawet gdyby musiał sam wlec trupa ulicami Macondo.

A jednak gdy wybiła godzina, nie miał odwagi zrobić tego sam i zmusił mnie, żebym wzięła udział w spełnieniu tej niewybaczalnej obietnicy, którą złożył chyba na długo przedtem, zanim zdolna byłam do samodzielnego myślenia. Gdy powiedział mi: „Musisz mi towarzyszyć”, nie starczyło mi czasu, by zastanowić się nad konsekwencjami jego słów, nie mogłam rozważyć, ile śmieszności i hańby kryje się w pochówku człowieka, którego wszyscy pragnęli ujrzeć rozsypującego się w proch w tej norze. Bo ludzie nie tylko oczekiwali, ale i przygotowywali się na to, by sprawy potoczyły się właśnie w taki sposób, pragnęli tego całym sercem, bez wyrzutów sumienia, nawet z satysfakcją wyprzedzającą dzień, w którym poczują rozkoszny odór tego rozkładającego się ciała, smród roznoszony po całym miasteczku, gdzie nie będzie ani jednej wstrząśniętej, poruszonej czy zgorszonej osoby, a jedynie ludzie w pełni zadowoleni z tego, że dożyli upragnionej godziny, ludzie marzący o tym, by sytuacja przedłużała się aż do chwili, gdy poskręcany odór trupa zaspokoi najskrytsze urazy.

Teraz my pozbawimy Macondo tej od tak dawna wyśnionej rozkoszy. Odnoszę wrażenie, jakby nasza decyzja miała w pewien sposób zrodzić w sercach ludzi nie tyle melancholijne uczucie porażki, ile uczucie chwilowego odroczenia.

Również i z tego względu powinnam była zostawić dziecko w domu; nie narażać go na tę zmowę, która teraz obróci się przeciw nam, tak jak przez dziesięć lat wymierzona była w doktora. Ta obietnica nie powinna była obejmować dziecka. Mały chyba nawet nie wie, dlaczego znalazł się tutaj, dlaczego przyprowadziliśmy go do tego pokoju pełnego śmiecia. Siedzi milczący, bezradny, jakby czekał, aż ktoś wytłumaczy mu sens tego wszystkiego; jakby siedząc z nogami dyndającymi w powietrzu i dłońmi między udami a krzesłem, czekał, aż ktoś rozszyfruje za niego tę przeraźliwą łamigłówkę. Chcę wierzyć, że nikt tego nie zrobi, że nikt nie otworzy tych niewidzialnych drzwi, które uniemożliwiają mu wyjście poza jego odczucia.

Patrzył na mnie wielokrotnie i wiem, że zobaczył mnie dziwną, zmienioną nie do poznania, w zapiętej pod samą szyję sukni i starym kapeluszu, który włożyłam, by nie rozpoznały mnie nawet moje własne przeczucia.

Gdyby Meme żyła w tym domu, może wszystko byłoby inaczej. Można by pomyśleć, że przychodzę dla niej. Można by uwierzyć, że przyszłam, by dzielić z nią ból, którego ona nie odczuwałaby, ale który mogłaby udawać, a miasteczko – wytłumaczyć sobie. Meme zniknęła mniej więcej jedenaście lat temu. Śmierć doktora odbiera możliwość, by dowiedzieć się, gdzie przebywa Meme lub przynajmniej, gdzie złożone są jej kości. Meme tu nie ma, ale możliwe, że gdyby była – gdyby nie stało się to, co się stało, i czego nigdy nie udało się wyjaśnić – opowiedziałaby się po stronie miasteczka, przeciwko człowiekowi, który przez sześć lat grzał jej łóżko z miłością i tkliwością muła.

Słyszę gwizd pociągu na ostatnim zakręcie. Jest wpół do trzeciej – myślę; i nie mogę pozbyć się wrażenia, że o tej porze całe Macondo zastanawia się, co robimy w tym domu. Myślę o pani Rebece, chudej, wysuszonej, mającej w sposobie patrzenia i ubierania się coś z domowej mary, jak siedzi przy elektrycznym wentylatorze, a na jej twarz pada cień drucianych siatek w oknach. Pani Rebeka słyszy znikający za ostatnim zakrętem pociąg, pochyla głowę w stronę wentylatora, zmęczona upałem i rozgoryczeniem, ze śmigłami swego serca wirującymi niczym łopatki wentylatora (ale w odwrotnym kierunku), i szepcze: „Diabeł macza palce w tym wszystkim” – i drży, uczepiona życia małymi korzonkami codzienności.

A Agueda, paralityczka, właśnie widzi, jak Solita – wracająca ze stacji, bo odprowadzała narzeczonego – skręca w pustą ulicę, otwierając parasolkę, i czuje, jak ta zbliża się, pełna seksualnego zadowolenia, kiedyś i przez nią odczuwanego zadowolenia, co przeistoczyło się w tę cierpliwą, religijną chorobę, która każe jej mówić: „Będziesz się tarzać w łóżku jak świnia w chlewie”.

Nie mogę oprzeć się temu. Nie mogę przestać myśleć, że jest wpół do trzeciej; że przechodzi muł pocztowy w tumanie rozpalonego kurzu, a za nim mężczyźni, którzy przerwali środową sjestę, by odebrać pakiet gazet. Ojciec Angel śpi, siedząc w zakrystii, z otwartym brewiarzem na tłustym brzuchu, słyszy przechodzącego muła, odgania muchy zakłócające jego sen, czka i mówi: „Trujesz mnie tymi swoimi klopsikami”.

Tata zachowuje w tym wszystkim zimną krew. Nawet wtedy, gdy każe zdjąć wieko i wrzuca but zapomniany na łóżku. Tylko jego mogła zainteresować pospolitość tego człowieka. Nie będę zaskoczona, jeśli w chwili, gdy wyjdziemy za trumną, przed drzwiami oczekiwać nas będzie tłum z ekskrementami zebranymi przez noc i obrzuci nas nimi za to, że nie poddaliśmy się woli miasteczka. Być może – ze względu na tatę – nie zrobią tego. Być może zrobią to, ponieważ chodzi o coś tak podłego, jak odebranie ludziom przyjemności długo smakowanej, obmyślanej podczas wielu dusznych popołudni, za każdym razem, gdy mężczyźni czy kobiety przechodzili obok tego domu i mówili sobie: „Wcześniej czy później nasycimy się tym smrodem”. Tak bowiem mówili wszyscy, od pierwszego aż po ostatni dom.

Niedługo będzie trzecia. Panienka już to wie. Pani Rebeka zobaczyła ją, gdy ta przechodziła obok – i niewidzialna za osłoną okiennej siatki – zawołała ją, wyszła na chwilę z zasięgu wentylatora i powiedziała: „Diabeł z panienki. Panienka wie”. A jutro to już nie moje dziecko pójdzie do szkoły, ale inne dziecko, zupełnie inne; dziecko, które dorośnie, spłodzi swoje dzieci, w końcu umrze bez zaciągniętego długu wdzięczności, który on skredytowałby komuś, byle go pogrzebano jak chrześcijanina.

Gdyby dwadzieścia pięć lat temu nie przybył do mojego ojca z listem polecającym ten człowiek, o którym nikt nigdy nie dowiedział się, skąd przybył, i gdyby nie pozostał między nami, żywiąc się trawą i patrząc na kobiety tymi lubieżnymi oczyma psa, które teraz wyskoczyły mu z orbit, teraz siedziałabym w domu, spokojna. Ale kara była mi pisana, zanim jeszcze przyszłam na świat, i tkwiła w ukryciu, powstrzymywana, hamowana aż do owego śmiertelnego roku przestępnego, w którym miałam skończyć trzydzieści lat, a ojciec miał mi powiedzieć: „Musisz mi towarzyszyć”. A później – nim zdążyłam o cokolwiek zapytać – uderzając laską o podłogę: „Trzeba z tego wybrnąć za wszelką cenę, córko. Dziś rano doktor się powiesił”.

Mężczyźni wyszli