Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szanse - Jackie Collins

Jedna z najlepszych powieści Jackie Collins, bestsellerowej autorki święcącej triumfy na świecie od kilkunastu lat!

Gino Santangelo przybył wraz z rodzicami z Włoch do Stanów w 1909 roku. Jego droga na szczyt w gangsterskim świecie i po wpływy w tętniących życiem kasynach Las Vegas wiodła przez najciemniejsze zaułki Nowego Yorku w czasach prohibicji, wśród silnych mężczyzn i jeszcze silniejszych kobiet.

Pierwsza powieść z cyklu o rodzinie Santangelo.

Opinie o ebooku Szanse - Jackie Collins

Fragment ebooka Szanse - Jackie Collins

Jackie Collins

SZANSE

Przełożyli: Małgorzata Kierska, Robert Foltyn, Marek Jedliński

Tytuł oryginału: Chances

Copyright © Chances Inc., MMXIII

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Kierska-Barcz, Robert Foltyn, Marek Jedliński, MMXIV

Wydanie II

Warszawa

Wszyscy po części są przestępcami i mało kto potrafi tego nie wykorzystać.

– „Lucky” Luciano

Ten świat należy do mężczyzn i tak też został zaprojektowany.

– Vincent Teresa

Raz wejdziesz i musisz już zostać.

– Al Capone

CZĘŚĆ PIERWSZA

Środa, 13 lipca 1977Nowy Jork

Costa Zennocotti wpatrywał się w dziewczynę siedzącą naprzeciwko niego. Oddzielało ich ozdobnie rzeźbione biurko. Dziewczyna mówiła szybko, żywo gestykulując i strojąc miny, aby podkreślić znaczenie słów. Boże! Nienawidził siebie za to, co myślał, ale była to najbardziej zmysłowa kobieta, na jakiej kiedykolwiek zatrzymał wzrok…

– Costa? – zapytała ostro dziewczyna. – Czy ty mnie słuchasz?

– Oczywiście, Lucky – odpowiedział szybko. Zmieszał się nieco, gdyż dziewczyna była właściwie jeszcze nieopierzonym kurczakiem. Ile miała lat, dwadzieścia siedem, może osiem? A jednak była bystra i doświadczona. Prawdopodobnie wiedziała, o czym myślał.

Lucky Santangelo. Córka jego najlepszego przyjaciela Gina.

Dziwka. Dziecko. Kobieta wyzwolona. Kusicielka. Costa znał ją, znał też wszystkie te sprawy.

– No, więc widzisz – zaczęła grzebać w dużej torbie ze sklepu Gucciego i wyciągnęła paczkę papierosów. – W żadnym wypadku nie jest to odpowiedni moment, żeby mój ojciec wracał do kraju. Nie ma mowy. Musisz go powstrzymać.

Wzruszył ramionami. Czasami potrafiła być tak głupia. Jak mogła się spodziewać, że ktokolwiek powstrzyma Gina od zrobienia dokładnie tego, co chciał? Jako córka powinna to wiedzieć najlepiej. Poza tym Gino i Lucky byli ulepieni z tej samej gliny. Byli do siebie tak podobni, jak tylko to możliwe. Nawet fizycznie przypominała ojca. Taka sama agresywnie zmysłowa twarz o oliwkowej skórze, z głęboko osadzonymi, żarzącymi się węgielkami oczu i szerokimi, ponętnymi ustami. Tylko nosy mieli różne: nos Gina był męski i dość pokaźny, jej mniejszy, bardziej kobiecy. Oboje mieli kruczoczarne, kręcone włosy. Ramiona Lucky tonęły w kaskadzie loków, a Gino przy swoich ponad siedemdziesięciu latach miał jeszcze całkiem bujną czuprynę.

Costa zmarkotniał i przesunął ręką po swoim łysym poletku. To było więcej niż poletko, pustynia, jałowa równina czaszki, której żadne zabiegi nie były w stanie ukryć. Cóż, miał sześćdziesiąt osiem lat. Czego można spodziewać się w tym wieku?

– Porozmawiasz z nim? – nalegała. – Co? – naciskała dalej. – No, porozmawiasz?

Costa pomyślał, że najlepiej w ogóle nie wspominać, iż dokładnie w tym momencie samolot, którym leciał Gino, kołował nad miastem. Wkrótce wyląduje. Niedługo Gino znów tu będzie. Lucky po prostu musi przyjąć do wiadomości, że jej ojciec znowu przejmie nad wszystkim kontrolę.

Boże! Piwo już się warzyło i to Costa miał być tym, który je wypije.

Trzy piętra wyżej Steven Berkeley pracował gorliwie w ciszy biura swojego przyjaciela, Jerry’ego Meyersona. Umówili się, że gdyby Steven chciał popracować w całkowitym spokoju, będzie mógł skorzystać z pokojów biura po godzinach pracy. Było to wspaniałe rozwiązanie. Żadnych telefonów. Nikt go nie nachodził. Jego biuro zawsze przypominało dom wariatów, niezależnie od pory dnia i nocy. Nawet w jego własnym mieszkaniu telefon nigdy nie przestawał dzwonić.

Przeciągnął się, spojrzał na zegarek i widząc, że było już prawie wpół do dziesiątej, zaklął pod nosem. Wydawało mu się, że cały czas przeciekł mu przez palce. Nagle pomyślał o Aileen i zastanowił się, czy powinien do niej zadzwonić. Ostatnio nie przyszedł na umówioną randkę w teatrze. Jednak Aileen nic nie mogło wyprowadzić z równowagi, wszystko przyjmowała ze spokojem, czy to była nieudana randka w teatrze, czy też propozycja małżeństwa – i to właśnie mu się w niej podobało. Oświadczył się jej trzy tygodnie wcześniej, a ona propozycję przyjęła. Dla Stevena nie było to niespodzianką, z Aileen nie było żadnych niespodzianek. Zresztą kto miał na nie ochotę po Zizi, jego byłej żonie?

Steven miał trzydzieści osiem lat i pragnął spokojnego życia. Dwudziestotrzyletnia Aileen mogła mu je ofiarować.

Steven Berkeley był prokuratorem i powodziło mu się całkiem dobrze. Kiedy po raz pierwszy czarne zaczęło być piękne, on już był, gdzie trzeba – z wyższym wykształceniem, po czterech latach prawa i masą entuzjazmu. Przy swojej wiedzy, błyskotliwości i inteligencji stosunkowo łatwo dochodził do zamierzonego celu. Fizycznie też niezwykle dobrze się prezentował. Ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, sylwetka sportowca, zielone, szczere oczy, czarne, kręcone włosy i skóra koloru mlecznej czekolady. Miał rozbrajającą cechę: naprawdę nie wiedział, jak jest przystojny. Zbijało to ludzi z tropu. Spodziewali się zarozumialstwa, a spotykali się z uprzejmością. Spodziewali się arogancji, a znajdowali człowieka, którego obchodziły myśli i uczucia innych.

Systematycznie pogrupował wszystkie papiery, a uporządkowane pliki włożył do starej skórzanej teczki. Rozejrzał się po pokoju, wyłączył lampę na biurku i ruszył do drzwi. Pracował rzetelnie nad pewnym specjalnym dochodzeniem i teraz sprawa zbliżała się do rozwiązania. Czuł się zmęczony, ale było to przyjemne zmęczenie, które zrodziło się z ciężkiej pracy, jego ulubionej rozrywki. Jeżeli chodzi tylko o przyjemność, to praca dawała mu jej więcej niż seks. Nie to, żeby nie lubił seksu. Uważał, że z odpowiednią kobietą jest wspaniały. Jednak seks z Zizi przybierał formy obsesji. „Chodź, chodź, chodź!”. Mała, nienasycona Zizi chciała to robić ciągle, a kiedy nie było go w pobliżu… cóż, znajdowała sposoby na wypełnienie czasu. Powinien był posłuchać matki i nigdy się z nią nie żenić. Ale kto słucha matki, gdy własny interes stoi w ogniu.

Z Aileen sprawy miały się inaczej. Była miłą, staroświecką dziewczyną, którą jego matka zaakceptowała całym sercem.

– Ożeń się z nią – doradzała.

I właśnie to miał zamiar zrobić.

Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i ruszył w kierunku windy.

Dario Santangelo mocno zagryzał wargi, żeby powstrzymać się od krzyku. Nad nim chudy, ciemnowłosy chłopak solidnie pracował lędźwiami. Boli. Przyjemność. Ostry ból. Rozkosz prawie nie do wytrzymania. Niezupełnie… Jeszcze nie… Nie mógł już dłużej wytrzymać. Krzyknął, a orgazm wstrząsnął jego ciałem.

Ciemnoskóry chłopak natychmiast wysunął jeszcze sztywnego członka. Dario odwrócił się i odetchnął. Chłopak wstał i popatrzył na niego z góry.

Dario uświadomił sobie, że nawet nie wie, jak chłopak ma na imię. Jeszcze jeden bezimienny, ciemnowłosy młodziak. No i co z tego? I tak nie spotykał się z nimi więcej niż raz. Pieprzył to. I ich pieprzył. O to przecież chodziło, czyż nie? Nie mógł powstrzymać się od chichotania.

Kiedy wstał z łóżka i ruszył do łazienki, chłopak stał bez słowa i obserwował go. Niech patrzy, niech się gapi, jego i tak już więcej nie weźmie.

Zamknął drzwi łazienki i puścił ciepłą wodę do bidetu. Zawsze lubił myć się natychmiast. Kiedy się to odbywało, było wspaniale, ale później… wolał o wszystkim zapomnieć, odciąć się od tego, aż następny ciemnowłosy chłopak pojawi się na horyzoncie. Ukucnął nad bidetem i namydlił się. Odkręcił zimną wodę i pozwolił lodowatemu, orzeźwiającemu strumieniowi obmyć jądra. Cały dzień było okropnie gorąco, wszystko było wilgotne i lepkie. Miał nadzieję, że chłopak nie będzie chciał zostać. Może powinien mu dać jakieś pieniądze, żeby sobie poszedł. Dwadzieścia dolarów zwykle wystarczało.

Włożył aksamitny szlafrok i spojrzał w lustro. Miał dwadzieścia sześć lat, ale nikt by tego nie odgadł. Wyglądał na dziewiętnaście. Szczupły, wysoki, o aryjskich, błękitnych oczach i prostych, jasnych włosach. Wyglądał dokładnie jak jego matka. Nie było żadnego fizycznego podobieństwa między nim a ojcem lub tą dziwką Lucky, jego siostrą.

Otworzył drzwi łazienki i wszedł do pokoju. Chłopak włożył już brudne dżinsy i koszulkę i stał tyłem, wyglądając przez okno.

Dario podszedł do kredensu i z małej kupki banknotów wyciągnął dwie dziesięciodolarówki. W mieszkaniu nigdy nie trzymał dużo pieniędzy – nie chciał kusić swoich przypadkowych kochanków.

Chrząknął, aby chłopak zorientował się, że wszedł do pokoju. Odwróć się, bierz forsę i spływaj – w myślach wydał polecenie.

Chłopak powoli odwrócił się. Wybrzuszone dżinsy świadczyły, że wciąż miał wzwód.

Dario wyciągnął rękę z banknotami.

– Opłata za przejazd – powiedział uprzejmie.

– Pierdol się – odparł arogancko chłopak i groźnie potrząsnął pękiem kluczy.

Dario poczuł nagły dreszcz strachu. Nie cierpiał żadnych kłopotów ani przemocy. Jednak na to się zanosiło, co zresztą przeczuwał od samego początku, gdy chłopak sam podszedł do niego na ulicy. Zwykle to Dario wykonywał pierwszy krok, gdyż pomimo swoich jasnych włosów i niebieskich oczu nie wyglądał na pedała. Wyglądał całkiem normalnie. Uważnie dobierał najbardziej męskie ubrania, chodził dużymi, męskimi krokami. Zawsze był nadzwyczaj ostrożny. Mając takiego ojca, nie mógł sobie na nic innego pozwolić.

Powoli zaczął cofać się do drzwi. W biurku w dużym pokoju trzymał swoje ubezpieczenie – mały, fikuśny pistolet, kaliber 25. W sam raz, aby napędzić strachu przypadkowemu znajomkowi.

Chłopak zaśmiał się.

– Dokąd? – Jego głos miał dziwną nosową barwę.

Dario był prawie przy drzwiach.

– Zapomnij o pukawce – powiedział chłopak. – Zaopiekowałem się nią. A te klucze, to są twoje klucze, brachu. Rozumiesz? Twoje klucze. Rozumiesz, co to znaczy, nie? Znaczy to, że jesteśmy zatrzaśnięci w tym mieszkaniu lepiej niż dupa prezydenta Cartera. Mogę się założyć, brachu, że on ma bardzo ciasną dupę.

Chłopak wolno sięgnął do paska dżinsów i wyciągnął nóż, wyglądający jak sama śmierć. Dwadzieścia pięć centymetrów połyskującej stali.

– Chciałeś mieć coś dużego w dupie – przedrzeźniał go – no to będziesz miał. Dostaniesz coś tak porządnego, że długo tego nie zapomnisz.

Dario stał bez ruchu koło drzwi. Myśli przebiegały mu jedna za drugą.

„Kim był ten chłopak? Czego od niego chciał? Co miał mu dać, żeby się odczepił? I wreszcie, czy to Lucky go nasłała? Czy ta dziwka chciała pozbyć się go raz na zawsze?”.

Jak na kobietę po sześćdziesiątce, Carrie Berkeley wyglądała rewelacyjnie. Dwa sety tenisa dziennie utrzymywały ją w formie. Była szczupła i wysportowana. Czarne, gładko zaczesane do tyłu włosy, upięte dwiema diamentowymi spinkami, podkreślały rysy twarzy: wysokie kości policzkowe, skośne oczy, wydatne usta. Carrie nigdy nie była ładną kobietą. W młodości jej wygląd wyrażał wybujały erotyzm. Teraz jednak, z włosami zaczesanymi do tyłu, skromnym makijażem, w eleganckim ubraniu, stała się elegancką kobietą. Szanowaną, zamożną, opanowaną. Była czarną damą, która w świecie białych wspięła się na szczyt kariery.

Prowadziła ciemnozielonego cadillaca seville. Jechała wolno tuż przy krawężniku, szukając miejsca do zaparkowania. Cienka linia jej zaciśniętych ust wyrażała złość; i dokładnie tak się czuła – była zła. Minęło wiele lat i cały czas jej sekret był bezpieczny. Aż jakiś nieznany głos w słuchawce sprawił, że nagle znalazła się w Nowym Jorku. Wracała do Harlemu, do przeszłości, o której myślała, że już dawno jest poza nią.

Szantaż – o to właśnie chodziło. Zwykły, pospolity szantaż.

Zatrzymała się na światłach i zamknęła oczy. Przez chwilę pomyślała o swoim synu Stevenie. „Taka kariera, taki szanowany. Boże, gdyby kiedykolwiek dowiedział się prawdy…”. Myśl ta była nie do zniesienia.

Samochód za nią zatrąbił i ostro ruszyła spod świateł. Poklepała torebkę, która leżąc na siedzeniu obok, dodawała jej pewności. To była ładna torebka, prezent gwiazdkowy od Stevena. Miał bardzo dobry gust. Jedyne głupstwo, jakie popełnił w życiu, to była ta dziwka, którą poślubił – Zizi. Teraz już jej nie było w jego życiu i miała nigdy nie wrócić. Pieniądze… Jakże słodka jest ich siła.

Carrie westchnęła i wsunęła rękę do torebki. Pod ręką poczuła chłód spoczywającego tam pistoletu. Dodało jej to odwagi. Błysk metalu, który miał być ostatecznym argumentem.

Miała nadzieję, że nie będzie go potrzebować. Wiedziała jednak, że będzie. Jeszcze raz westchnęła.

Gino Santangelo był zmęczony. To był długi lot, a ostatnie dziesięć minut wlokło się niemiłosiernie. Zapiął pas, zgasił cygaro i wszystko, czego teraz pragnął, to pewnie postawić nogi na dobrej, starej, amerykańskiej ziemi. Długo go nie było. Teraz wracał do domu i był z tego zadowolony.

Jedna ze stewardes z promiennym uśmiechem przemknęła obok jego fotela.

– Wszystko w porządku, panie Santangelo? – zapytała.

Co dziesięć minut było to samo: „Wszystko w porządku?”, „Czy przynieść panu coś do picia, panie Santangelo?”, „Poduszkę?”, „Może koc, panie Santangelo?”, „Gazetę?”, „Może coś do jedzenia, panie Santangelo?”. Sam prezydent nie byłby traktowany z taką troskliwością.

– Tak, dziękuję – odpowiedział Gino. Dziewczyna była ładna, ale dziwka, znał się na tym.

– No cóż – zachichotała. – Wkrótce będziemy na miejscu.

Tak, wkrótce będą na miejscu. W Nowym Jorku, jego mieście, na jego terenie, w jego domu. W Izraelu było nawet przyjemnie, taka przerwa na odpoczynek. Jednak te siedem lat wolałby spędzić we Włoszech.

Spojrzał na zegarek, złote cacko, które dziesięć lat temu dostał od pewnej jasnowłosej gwiazdy filmowej. Westchnął. Wkrótce będzie w domu… Wkrótce będzie musiał zająć się Lucky i Dariem. Niewątpliwie potrzebowali kilku ojcowskich rad.

– Czy przynieść coś panu, panie Santangelo? – zapytała inna stewardesa, przechodząc obok. Pokręcił przecząco głową.

Wkrótce… wkrótce…

Lucky wyszła z biura Costy i zatrzymała się w korytarzu koło toalety. Przyjrzała się w lustrze swojej twarzy i nie była zadowolona z tego, co zobaczyła. Była to twarz zmęczona i mizerna, o podkrążonych oczach, wymagająca wypoczynku i słońca. Z tym jednak Lucky musiała poczekać, aż sprawy jakoś się ułożą.

Starannie poprawiła makijaż: róż, błyszczyk, cienie do oczu. Rękoma ułożyła bujną plątaninę czarnych loków.

Miała na sobie dżinsy wpuszczone w wysokie buty i bladoniebieską koszulę. Większość guzików była swobodnie odpięta, tak że jej piersi praktycznie niczym nie były osłonięte. Z torebki wyciągnęła kilka złotych łańcuszków i zawiesiła je na szyi. Do tego dodała dwie grube bransolety i parę dużych, okrągłych kolczyków.

Teraz mogła pokazać się w mieście. Dom i puste mieszkanie to ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała.

Wyszła z toalety i niecierpliwie nacisnęła przycisk windy. Na żywej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Obcasami butów za dwieście dolarów wystukiwała nerwowy rytm. Costa starzał się. No i w stosunku do kogo był lojalny? Na pewno nie w stosunku do niej – chociaż pewnie twierdziłby odwrotnie. Była głupia, że nie zauważyła tego wcześniej.

Zerknęła na swego pancernego cariera. Było wpół do dziesiątej. Dwie godziny zmarnowane ze starym grzybem.

– Kurwa! – przekleństwo wymknęło jej się z ust, aż rozejrzała się dokoła, żeby zobaczyć, czy ktoś słyszał. Ale oczywiście było zbyt późno, aby ktokolwiek kręcił się jeszcze po budynku. Potężny biurowiec stał opustoszały.

W końcu winda przyjechała. Myśli Lucky przebiegały jak błyskawice. „Co się stanie, jeśli jej drogi tatuś naprawdę był już w drodze? Czy będzie chciał jej wysłuchać? Może… Bądź co bądź, nazywała się Santangelo i tylko ona z dwojga dzieci Gina do czegoś doszła. Przez siedem lat osiągnęła tak wiele, chociaż nie było to łatwe. Costa dużo jej pomógł. Ale teraz, kiedy wracał Gino, czy będzie nadal po jej stronie?”.

Lucky zafrasowała się jeszcze bardziej. „Cholera. Gino, jej ojciec. Jedyny mężczyzna, który doradził jej, co robić i jak żyć. Ale nie była już małą dziewczynką i Gino miał właśnie dowiedzieć się, że nie jest już szefem. Nie ma mowy. Nie miała zamiaru oddać teraz wszystkiego. Siła – ostateczny afrodyzjak. Ona teraz rządziła i nie planowała tutaj żadnych zmian. Gino będzie musiał to zaakceptować”.

Gdy Lucky weszła do windy, Steven Berkeley nawet nie uniósł wzroku znad gazety. W takich sytuacjach starał się unikać kontaktu wzrokowego, gdyż zwykle prowadził on do zdawkowych rozmów typu: „Ależ dzisiaj gorąco” albo „Ładną mamy pogodę”. Rozmowy w windzie to całkowite marnowanie czasu. Lucky też nie zwróciła na niego uwagi. Myślała o kłopotach, które ją czekały.

Steven nadal czytał gazetę, a Lucky była zajęta własnymi myślami, kiedy nagle winda gwałtownie zatrzymała się między piętrami; tak gwałtownie, że żołądki podeszły im do gardła. Zgasły wszystkie światła, zatapiając ich w głębokich ciemnościach.

Dario i ciemnowłosy chłopak ruszyli w tym samym momencie. Ale Dario był szybszy. Wyśliznął się z sypialni i zatrzasnął drzwi tuż przed nosem napastnika. Na szczęście klucz był w zamku – przekręcił go bez wahania. Teraz on trzymał chłopaka zamkniętego w sypialni, a chłopak jego w mieszkaniu. Dario przeklął ten niezawodny system bezpieczeństwa. Zawsze myślał, że będzie go strzegł przed czyimś wtargnięciem. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że ktoś może go zamknąć w jego własnym mieszkaniu. Cholera, obaj byli w pułapce. Co miał robić, zadzwonić na policję? Zrobiłby z siebie pośmiewisko. Wyważyliby drzwi, a co wtedy? Tylko wstyd i poniżenie, gdyż musiałby przyznać, że w sypialni zamknięta jest jego zwariowana nałożnica z nożem – co gorsze, męska nałożnica. Dowiedzieliby się, że jest pedałem – o Boże, a gdyby doszło to do ojca…

Nie, Dario nie miał zamiaru dzwonić po policję.

Lucky oczywiście wiedziałaby, co robić w takiej sytuacji. Zawsze wiedziała, co robić. Ale jak miał zwrócić się do niej o pomoc, jeśli to ona mogła nasłać chłopaka? W cholerę z Lucky. Ochłonął, uspokoił się, nabrał pewności i odwagi. Pieprzył Lucky.

Wściekłe kopnięcie w drzwi sypialni pobudziło Daria do natychmiastowego działania. Ze zgrozą stwierdził, że w biurku naprawdę nie ma pistoletu. Chłopak więc nie tylko miał nóż, ale i jego pistolet; w każdej chwili mógł odstrzelić zamek i wydostać się.

Dreszcz strachu przeszedł mu po ciele. Dokładnie w tej chwili zgasło światło i wszystko pokryły ciemności. Dario był w pułapce, zamknięty z jakimś maniakiem w śmiertelnej ciemności.

Carrie Berkeley była pewna, że się zgubiła. Ulice Harlemu – kiedyś tak znajome – wydawały się odległe i nieprzyjazne. Zamknięta w klimatyzowanym cadillacu, oglądała przykry widok na zewnątrz. Z odkręconych hydrantów lała się woda na przepocone chodniki, ospali ludzie grupami stali ociężale pod murami albo kucali na progach rozpadających się domów.

Cadillac nie był dobrym pomysłem. Powinna była wziąć taksówkę. Wszyscy jednak wiedzieli, że taksówkarze nie chcą już zapuszczać się na ulice Harlemu – a szczególnie nie w środku fali upałów, kiedy wszyscy tu byli rozpaleni, źli i niespokojni.

Zauważyła supermarket i wjechała na przyległy parking. Postanowiła zostawić samochód i pójść pieszo. Teraz nie było to niebezpieczne, gdy na ulicy roiło się od ludzi. A poza tym, miała przecież najlepszą przepustkę – czarną twarz. Zdecydowała pójść dalej pieszo, chociaż wiedziała, że nie powinna zbytnio rzucać się w oczy. W sklepie mogła zapytać o drogę.

Zaparkowała samochód i weszła do supermarketu. Mimo że była czarna, ludzie zaczęli jej się przypatrywać. Zbyt późno spostrzegła, że nie pasuje do tego środowiska: miała drogie ubranie, używała dobrych perfum. Diamentowe spinki we włosach, diamentowe kolczyki, pierścionek z diamentem – wszystko to powinna była zdjąć.

Tuż za nią szło dwoje młodych ludzi. Przyspieszyła kroku. Przy kasie siedziała dziewczyna zajęta dłubaniem w zębach.

– Czy może mi pani powiedzieć… – zaczęła Carrie. I nigdy tego zdania nie skończyła. Nagle cały sklep zatopił się w ciemnościach.

Huśtanie w powietrzu nigdy nie przeszkadzało Ginowi. Nawet to lubił. Zamykał wtedy oczy i mógł wyobrażać sobie, że płynie motorówką po wzburzonym morzu albo prowadzi półciężarówkę po skalistym gruncie. Nie mógł zrozumieć ludzi, którzy boją się latania.

Spojrzał na kobietę, samotnie siedzącą w przeciwległym rzędzie. Kurczowo trzymała małą, płaską butelkę, z której pociągała duże łyki, zapewne jakiegoś alkoholu.

Uśmiechnął się pokrzepiająco.

– To tylko taka letnia burza, nie ma się czym martwić. Wylądujemy, nim się pani zorientuje.

Kobieta była w średnim wieku, dobrze ubrana. Pewnie całkiem nieźle wyglądała, gdy była młodsza. Gino był dumny, że jest takim ekspertem od kobiecego wyglądu – no cóż, miał już najlepsze, crème de la crème: gwiazdy filmowe, dziewczyny z rewii, damy z towarzystwa. Tak, wiedział to i owo o kobietach.

– Ja… nie mogę znieść tego kołysania – wyznała, gdy odjęła butelkę od ust. – Po prostu nie cierpię tego.

– Proszę się tu do mnie przysunąć, potrzymam panią za rękę, jeżeli to pomoże – zaproponował.

Kobieta aż podskoczyła na samą myśl o męskiej dłoni, która może dać jej poczucie bezpieczeństwa. Odpięła pas i na moment zawahała się.

– Jest pan pewien? – zapytała lekko drżącym głosem. Nie czekając na odpowiedź, usiadła obok niego, zapięła pas i wpiła długie, twarde paznokcie w jego dłoń.

Nie przeszkadzało mu to. Do diabła – jeśli tak czuła się lepiej.

– Pan pewnie myśli, że jestem strasznie głupia – powiedziała. – Ale jak tylko trzymam się kogoś, to już jestem dużo spokojniejsza.

– Tak, rozumiem panią. – Wyjrzał przez okno na rozciągające się poniżej morze świateł. New York City. Co za wspaniały widok.

– A to co! – wykrzyknął nagle.

– Co się stało? – zapytała kobieta z przestrachem.

– Nic – odpowiedział Gino nonszalancko. Nie chciał jej już bardziej denerwować. A na pewno zdenerwowałaby się, gdyby zobaczyła to co on!

Nowy Jork zniknął na jego oczach. Dopiero co widział bajeczne morze świateł i nagle wszystko zniknęło. Ocean ciemności. Jezusie! Słyszał już o różnych powrotach do domu, ale ten był po prostu absurdalny.

Gino1921

– Przestań!

– Dlaczego?

– Wiesz dlaczego.

– Powiedz mi jeszcze raz.

– Gino, nie. Mówię serio – nie.

– Ale ty to lubisz…

– Nie, nie lubię. Och, Gino!

Za każdym razem ta sama historia. Nie, Gino. Nie rób tego, Gino. Nie dotykaj mnie tam, Gino. Ale koniec zawsze był szczęśliwy. Jak tylko znajdował magiczny punkt, przestawały protestować, rozwierały uda i nawet nie zauważały, kiedy w miejsce palca pojawiał się duży, sztywny włoski kutas.

Gino Byk – takie miał przezwisko. I prawdą było, że przeleciał więcej dup niż jakikolwiek inny chłopak w okolicy. Nieźle jak na piętnastolatka.

Gino Santangelo to chłopiec, którego dało się lubić. Mieszkał teraz z dwunastą przyrodnią rodziną i myślał, jak by tu się wyrwać. Przybył do Nowego Jorku, gdy miał trzy lata, w 1909 roku. Jego rodzice, młoda włoska para, słyszeli o fortunach, jakie można zrobić w Ameryce, i postanowili spróbować szczęścia. Matka, Mira, była ładną dziewiętnastolatką. Ojciec, Paolo, miał zaledwie lat dwadzieścia jeden, ale ze swoim czystym i niewinnym zapałem był gotowy na wszystko, czym Ameryka mogła zaskoczyć.

O robotę było ciężko. Mira dostała pracę w fabryce odzieżowej. Paolo zajmował się wszystkim, co tylko podeszło pod rękę – i nie zawsze było to legalne.

Gino nie sprawiał kłopotów opiekunkom, które zajmowały się nim podczas pracy rodziców. Co wieczór matka odbierała go o wpół do szóstej. Była to chwila, której wyczekiwał cały dzień.

Raz, kiedy miał już pięć lat, matka nie przyszła. Kiedy i ojciec nie przyszedł, opiekunka rozzłościła się.

– Gdzie twoja mama, co? – krzyczała nad jego głową.

Tak jakby on wiedział. Powstrzymywał łzy i czekał cierp-liwie. W końcu o siódmej pojawił się ojciec. Zmartwiony, z nagle postarzałą, ściągniętą twarzą.

Do tego czasu opiekunka dostała już szału.

– Zapłaci mi pan dodatkowo, słyszy pan? O piątej trzydzieści dziecka ma tu już nie być. Nie później.

W tym miejscu nastąpiła ostra i krótka wymiana zdań między ojcem i opiekunką. Wymieniono obelgi, potem pieniądze. Już w wieku pięciu lat Gino zaobserwował, że jego ojciec nie należał do wygranych tego świata.

– Gdzie jest mama? – spytał Gino.

– Nie wiem – burknął Paolo. Wsadził syna na barana i ruszył w kierunku jednego pokoju, który nazywali domem. Tam go nakarmił i położył spać.

Ciemność nocy nie była pokrzepiająca. Gino rozpaczliwie tęsknił za matką, ale wiedział, że nie wolno mu płakać. Jeżeli nie będzie płakał, matka wróci przed porankiem. Jeżeli będzie…

Mira nigdy nie wróciła. Kierownik fabryki, w której pracowała, również zniknął. Był to starszy człowiek, mający trzy córki na utrzymaniu. Kiedy Gino nieco podrósł, odszukał je wszystkie i systematycznie, jedną po drugiej, wyruchał. To była jedyna forma sprawiedliwości, jaka przyszła mu do głowy. Była to jednak pusta zemsta.

Zdrada Miry drastycznie zmieniła życie pozostałych członków rodziny. Paolo stał się zgorzkniały i brutalny, co najbardziej odczuwał Gino. Zanim skończył siedem lat, pięć razy przebywał w szpitalu – lecz był twardym chłopcem, który znał swoje miejsce na ziemi. Szybko nauczył się chować przed ojcem, jak tylko wyczuwał, że zbliżało się bicie. Ponieważ nie było innego dziecka, na którym Paolo mógłby wyładować złość, zaczął bić swoje liczne przyjaciółki. Te praktyki doprowadziły go do więzienia, a Gino zobaczył swój pierwszy dom zastępczy. Życie z ojcem było rajem w porównaniu z nowym doświadczeniem.

Paolo wkrótce stwierdził, że przestępstwo popłaca, i chętnie angażował się we wszelkie skoki. Więzienie stało się jego drugim domem, a Gino spędzał coraz więcej czasu w domach zastępczych.

Kiedy Paolo był na wolności, najbardziej interesowały go kobiety. Mówił na nie „suki”.

– Wszystko, czego chcą, to seks – wyznał synowi. – I tylko do tego się nadają.

Gino, czasami uwięziony w tym samym pokoju, przyglądał się, jak ojciec napierał na nie jak byk. Budziło to w nim wstręt, a jednocześnie podniecało. Kiedy miał jedenaście lat, sam spróbował ze starą, zużytą dziwką. Stara chciwie porwała dwadzieścia centów i cały czas mamrotała różne przekleństwa.

W końcu Gino wyszedł. Obserwowany przez całe grono podziwiających kolegów, wzruszył ramionami.

– Nawet to jest niezłe – przyznał. – Lepsze od walenia konia.

– Przyjdź jeszcze kiedyś, mały – zaskrzeczała dziwka. Nawet jego jedenastoletnia męskość była dla niej nagrodą.

Gdy miał piętnaście lat, ulica już niczym nie mogła go zaskoczyć; był bystrym, sprytnym chłopakiem, który wiedział, kiedy i jak trzymać język za zębami. Podziwiany przez młodszych, poszukiwany przez starszych, kiedy potrzebowali go do jakiejś mniejszej roboty, idol dziewcząt.

Dorośli byli w stosunku do niego nieufni: piętnastoletni chłopak z błyszczącymi, nieugiętymi oczyma mężczyzny. Mimo że zawsze się uśmiechał, było w nim coś niemal groźnego.

Nie był bardzo wysoki – metr sześćdziesiąt siedem – i to go martwiło. Gorliwie pracował nad swym ciałem. Biegał, grał w baseball, robił przysiady, pompki i różne ćwiczenia rozciągające.

Miał czarne, kręcone włosy, jeszcze jedna fizyczna cecha, która mu się nie podobała. Aby temu zaradzić, smarował włosy tłuszczem. Jego ciemna i gładka cera, bez szpetnego trądziku, który był plagą jego kolegów, niewątpliwie dawała mu pewną przewagę. Obiektywnie oceniając, nie był przystojny; za duży nos, zbyt mięsiste wargi, ale miał cudowny uśmiech i wspaniałe zęby.

Połączenie tych cech zdało egzamin. Gino Santangelo miał styl.

– Gino, nie!

– Daj spokój, Susie. Daj mi go tylko tu położyć, koło ciebie. Nie wsadzę, przysięgam, że nie!

– Ale, Gino…

– Tutaj. Przecież powiedziałem. I co, źle ci?

– Mmm, chyba nie… Ale nie ruszaj, obiecaj, że nie będziesz ruszał.

– Jasne, że nie. Chcę tylko być blisko ciebie, to wszystko.

Delikatnie wsunął w nią swego kutasa.

– Co robisz? – pisnęła.

– Tylko się poprawiam – odpowiedział, wsuwając rękę między jej nogi, szukając magicznego punktu.

Susie lekko westchnęła. Znalazł go.

– Dobrze ci? – spytał troskliwie.

– O tak, Gino, tak.

Wszystko grało. Żadnych kłopotów. Trzymając palce na celu, dopiero teraz zaczął rżnąć ją porządnie.

Nie sprzeciwiała się. Potrafił dawać rozkosz. Już od dwunastego roku życia jego czwarta przyrodnia matka uczyła go, jak znajdować ów magiczny punkt. Za te lekcje był wdzięczny do końca życia. Ta umiejętność dawała mu przewagę nad innymi chłopcami, którzy myśleli, że pieprzenie polega wyłącznie na szybkim pchaniu. Gino wiedział, że równie ważne jest, aby dziewczynie się podobało, żeby pragnęła, a nawet błagała o to. Nigdy nie ujawnił kolegom swojego sekretu, a oni zawsze zazdrościli mu liczby sukcesów.

Podniecona Susie zaczęła alarmująco wić się na łóżku i ciężko chwytać powietrze. Przyspieszył ruchy.

Jak on uwielbiał być w środku cipy.

Jak pragnął spotkać dziewczynę, która powiedziałaby: nie.

– Oooch, Gino!

Doszedł do orgazmu, wyszedł z niej i wciągnął majtki.

– Nie powinniśmy byli tego robić – powiedziała Susie poważnie. Ale jej policzki promieniowały rozkoszą, a małe sutki żywo sterczały.

– Dlaczego nie? Było przecież dobrze.

Chichotem przyznała mu rację.

Gino szybko ubrał się i był już gotowy do wyjścia z porzuconego garażu. Było tam zimno i ponuro.

– Muszę spotkać się z chłopakami – usprawiedliwiał się.

– Zobaczymy się wkrótce?

– Tak, zawsze gdzieś tu jestem.

Susie odeszła w jedną stronę, Gino wsadził ręce głęboko w kieszenie i radośnie, dużymi krokami, ruszył w drugą.

Chłopcy czekali na niego; grupa obdartych niedorajdów, kręcących się przed ruinami starej apteki. Jego najlepszym przyjacielem był Catto, szczupły, ale silny chłopak, który pracował z ojcem na wysypisku śmieci i dlatego zawsze trochę od niego śmierdziało.

– Nie moja wina – Catto beztrosko wzruszał ramionami. W domu nie mieli łazienki, a żeby dostać się do łaźni publicznych na Sto Dziewiątej Ulicy, zwykle trzeba było czekać dwie godziny. Ambicją Catto było znaleźć dziewczynę z łazienką.

Drugim przyjacielem był Pinky Banana Kassari – wysoki chłopak, znany z tego, że publicznie pokazywał swojego dużego penisa, który rzeczywiście przypominał różowego banana – stąd przezwisko.

– Przyprowadziłeś jakieś dupy? – zapytał Pinky.

– Nie, zerwałem z tym – odpowiedział Gino z szerokim uśmiechem.

– Zasrany kłamca… – wymamrotał Catto.

Wszyscy wiedzieli, że dzień, kiedy Gino zawiedzie, będzie dniem niezwykłym.

– Więc co dzisiaj robimy? – zapytał Gino.

Chłopcy zaczęli mamrotać między sobą, przedstawili różne propozycje, aż w końcu zwrócili się do szefa, mówiąc jak zwykle:

– Ty zadecyduj.

– Mówię wam, zabawimy się – zapewnił Gino. Był sobotni wieczór, zaliczył już jedną dziewczynę i po prostu czuł się dobrze. Nieważne, że miał dziesięć centów przy duszy, dziury w butach, że przyrodni rodzice nienawidzili jego widoku. Chciał się zabawić, przecież miał prawo.

Wyruszyli do miasta jak banda szczurów, Gino na czele. Szedł z przesadną nonszalancją, wspinając się na palce, kołysał ciałem z boku na bok. Było ich ośmiu. Idąc, zaczepiali i cmokali na napotkane dziewczęta:

– Hej, słodziutka, chcesz spróbować mojego nektaru?

– O la la, śliczna panienko, mogliby mnie zamknąć za to, co myślę!

Gino pierwszy zauważył samochód: duży, lśniący, biało-brązowy, zaparkowany trochę od niechcenia, i – nie mógł uwierzyć w takie szczęście – z kluczykami w środku. W mgnieniu oka wszyscy jakoś wtłoczyli się do środka, Gino oczywiście przy kierownicy, i chwilę później ruszyli jak strzała. Przez ostatni miesiąc po ukończeniu szkoły pracował jako mechanik i zdobył dużą wiedzę o samochodach. Natychmiast zorientował się, że prowadzenie samochodu było dla niego czymś zupełnie naturalnym. Po uporaniu się z biegami jechali już bez przeszkód prosto na Coney Island.

Promenada była opustoszała, od morza wiał lodowaty wiatr. Ale to im nie przeszkadzało. Z dziką radością biegali po plaży. Krzycząc i śmiejąc się, rzucali w siebie kulkami z piasku.

Uzbrojony patrol policyjny nie miał problemów z zatrzymaniem chłopców. Cierpliwie czekali na nich przy skradzionym samochodzie.

Wtedy Gino po raz pierwszy wpadł w konflikt z policją. Sam chętnie przyznał się, że był kierowcą, i oskarżenie skupiło się głównie na nim. Dostał rok w Nowojorskim Domu Opieki dla Chłopców, który mieścił się w dzielnicy Bronks. Był to trudny do zniesienia zakład dla sierot i przestępców, którzy popełnili pierwsze wykroczenie.

Gino nigdy przedtem nie był zamknięty. Natychmiast poczuł się zagrożony i osaczony. Przełożeni zakładu, nazywani Braćmi, okazali się bandą twardych facetów. Dyscyplina była jedynym porządkiem dnia, a zabawy z młodymi chłopcami porządkiem nocy. Dla Gina było to obrzydliwe. Mali chłopcy nie mieli szans bronić się.

Przydzielono mu pracę w warsztacie krawieckim. Nienawidził jej. Warsztat prowadził za pomocą metalowego pręta Brat Filip. Każdy chłopiec, złapany na maruderstwie, był bity metrowym prętem. Gdy przyszła kolej na Gina, Brat Filip złożył też inną propozycję. Gino napluł mu w twarz i od tamtego dnia był bity przynajmniej raz na trzy dni.

Po sześciu miesiącach pojawił się nowy, niespełna trzynastoletni, chudy sierota. Nazywał się Costa i często miał do czynienia z Bratem Filipem, który nie dawał małemu spokoju ani na chwilę. Chłopak protestował, ale nie wychodziło mu to na dobre. Pozostali chłopcy tępo patrzyli, jak Brat Filip siłą wynosił Costę na zaplecze i tam robił z nim takie rzeczy, że mały krzyczał jak w agonii.

Gino, jak i inni, nic nie mógł zrobić. Minęło sześć tygodni. Costa kurczył się w oczach. Do zakładu przyszedł już chudy i niedożywiony, ale teraz wyglądał jak patyk. Gino starał się nie mieszać. Aby przeżyć, należało pilnować własnego nosa.

Następnym razem, kiedy Costa został zabrany na zaplecze, Gino poczuł, że coś się w nim obudziło. Chłopak skomlał i protestował, ale Brat Filip złapał go za rękę, wciągnął do pomieszczenia i z trzaskiem zamknął drzwi. Płacz i krzyki rozpoczęły się niemal natychmiast. Gino zdecydował się. Chwycił ze stołu nożyczki i wszedł za nimi.

Otworzył drzwi i zobaczył chłopca półleżącego na stole, ze spuszczonymi aż do kostek spodniami i majtkami. Brat Filip stał za nim z odpiętym rozporkiem, przygotowany na następne pchnięcie w odbyt małego Costy. Sukinsyn nawet się nie odwrócił, tak był pochłonięty swoją przyjemnością. Wszedł w chłopca, penetrując i kalecząc jego wątłe ciało. Costa krzyczał z przeraźliwego bólu.

Gino, nie myśląc wiele, rzucił się na Brata Filipa. Nożyczki rozdarły kurtkę i ugodziły znienawidzonego oprawcę w ramię.

– Złaź z niego, ty śmierdzący sukinsynu, zostaw go! – krzyczał na całe gardło.

Brat Filip, zaskoczony tuż przed osiągnięciem orgazmu, próbował się bronić, co nie odniosło żadnego skutku. Gino nie panował nad gniewem. Nagle wydawało mu się, że zaatakował własnego ojca. W ślepym otumanieniu winił go za wszystko: za to, że matka odeszła od nich, za bicie, za parszywe zastępcze domy, za nędzne jednopokojowe mieszkania, które były jedynymi domami, jakie znał.

Krzyczał i kłuł nożyczkami jednocześnie. Nie przestał, dopóki ten cholerny skurwysyn nie zwalił się na podłogę. Ocknął się wtedy i wrócił do rzeczywistości. Znów widział jasno, a to, co zobaczył, nie wyglądało dobrze.

Carrie1913–1926

Było to długie, gorące lato w Filadelfii. Lureen Jones usiadła na łóżku, które dzieliła z sześcioletnim bratem Leroyem. Po jej ładnej czarnej twarzy spływały łzy. Miała trzynaście lat i była w ósmym miesiącu ciąży. Nikt o tym nie wiedział. Nie miała też nikogo, do kogo mogłaby zwrócić się o pomoc. Nie miała ojca, nie miała pieniędzy, a jej matka Ella, chuda, zniszczona kobieta, sprzedawała się za narkotyki.

Leroy westchnął przez sen i Lureen położyła się do łóżka. Nie mogła usnąć. Przyszli „przyjaciele” matki i z dołu dolatywała głośna muzyka. Po chwili rozległy się inne dźwięki: jęki i sapania, stłumione krzyki, aż w końcu wyraźne odgłosy bicia.

Włożyła w uszy watę i mocno zacisnęła powieki. Po dłuższym czasie usnęła.

Śniły się jej jakieś koszmary… coś ją dusiło… chciała coś powiedzieć… słyszała własny krzyk.

Nagłe otworzyła oczy. Krzyk rzeczywiście się rozlegał. Wyskoczyła z łóżka i poczuła dym, którego całe kłęby wtargnęły, gdy otworzyła drzwi sypialni.

Zaczęła się dusić, ale zmusiła się do wyjścia z pokoju. Cały dom stał w ogniu. Płomienie sięgały już szczytu schodów. Z dołu dochodziły przerażające krzyki.

Może to dziwne, ale nie wpadła w panikę. Chociaż łzy strumieniami płynęły jej po twarzy, wiedziała dokładnie, co ma robić.

Wróciła do sypialni, zamknęła drzwi, otworzyła okno i krzyknęła do gromadzących się na ulicy ludzi, żeby złapali Leroya. Wyciągnęła go z łóżka i po prostu wyrzuciła przez okno.

Płomienie z hukiem wtargnęły do pokoju i były tuż za nią, aż w końcu sama wyskoczyła. Upadła na chodnik. Rozległ się wyraźny, ostry trzask łamanych kości. Leżała w kałuży krwi.

– Ratujcie moje dziecko… Boże, proszę, ratujcie dziecko – resztkami głosu błagała lekarza pogotowia.

Zmarła, nim dowieźli ją do szpitala.

Lekarz, który ją przywiózł, przekazał pełniącemu dyżur młodemu stażyście, że Lureen była w ciąży, i ten zaczął nasłuchiwać tętna dziecka. Dziecko żyło, choć puls był ledwie słyszalny. Młody człowiek wręcz zmusił kompetentnego lekarza, żeby zrobił zmarłej dziewczynie cesarskie cięcie. Mała Carrie przyszła na świat w niecałą godzinę później.

Szanse na przeżycie miała znikome. Była bardzo drobna, z trudem oddychała. Lekarz, który pomógł jej przyjść na świat, wątpił, żeby żyła dłużej niż dwadzieścia cztery godziny.

Ale Carrie – nazwana tak przez pielęgniarki – jakoś się trzymała. Przeżyła upadek matki dzięki amortyzacji wód płodowych, które zadziałały jak poduszka antywstrząsowa. Przeżyła również przedwczesne przyjście na świat.

Z każdym tygodniem wprawiała wszystkich w zdumienie. Tygodnie przeszły w miesiące, Carrie nabrała nieco ciała i stała się normalnym, silnym dzieckiem. Była zupełnie zdrowa, tak że wkrótce mogła już opuścić troskliwie opiekujący się nią szpital. Był tylko jeden problem – nikt jej nie chciał.

Jedynymi krewnymi, jakich miała na świecie, byli: babcia Ella, wyciągnięta z ognia w zamroczeniu alkoholowym, oraz Leroy, sześcioletni wujek.

Elli nie uśmiechało się, aby przyjąć jeszcze jedną gębę do wyżywienia. W szpitalu długo i głośno krzyczała, że nie ma z nią nic wspólnego. Pielęgniarki były przerażone, że dziecko, które same wyżywiły i kochały, ma być oddane takiej kobiecie. Szczególnie bolało to jedną z nich, Sonny. Była dobrą matką z trójką własnych dzieci i zaproponowała, że weźmie Carrie do siebie.

Ella zgodziła się natychmiast. Tak więc Sonny zabrała dziecko do domu i wychowała jak własną córkę, nigdy nie wspominając o tragicznym początku jej życia. Żyli biednie, jednak uczucie miłości rekompensowało niedostatki finansowe. Carrie wkrótce stała się pełnoprawnym członkiem rodziny.

Gdy miała trzynaście lat, Ella znów się pojawiła w jej życiu, kładąc kres szczęśliwej młodości.

Kim była ta obca, pomarszczona, rozdygotana kobieta z zapadłymi oczyma i przerzedzonymi włosami? Od czasu pożaru Ella nie miała łatwego życia. Komu była potrzebna dziwka z trzęsącym się ciałem i zdeformowaną twarzą? Przez krótki okres jakoś dawała sobie radę, lecz wkrótce musiała zacząć kraść, aby zdobyć pieniądze na narkotyki. Leroy zdawał się ostatnią deską ratunku. Był młody i silny, więc Ella zabrała go ze szkoły i wysłała do pracy. W wieku dwunastu lat utrzymywał siebie i matkę. Całymi dniami pracował jak wół, gdy Ella, zmarnowana i nafaszerowana narkotykami, obijała się z kąta w kąt w wynajmowanym jednopokojowym mieszkaniu. Gdy tylko skończył osiemnaście lat, natychmiast uciekł. Ella została sama. Słaba, leciwa kobieta o kiepskim zdrowiu, bez pieniędzy na życie.

To właśnie wtedy pierwszy raz pomyślała o wnuczce – jak ona miała na imię? Carey… Carrie – tak, Carrie. Jeżeli Leroy mógł dla niej pracować, dlaczego nie mogłaby córka Lureen? Przecież była krewną.

Ella postanowiła ją odszukać.

Do Nowego Jorku przybyły pod koniec lata 1926 roku – trzynastoletnia dziewczynka z babcią. Ella myślała, że tu będzie można zarobić więcej pieniędzy. Zresztą chciała mieszkać w wielkim mieście, gdzie się dużo działo.

Lecz wszystko, co się wydarzyło, to to, że mieszkały w małym, obskurnym pokoju, a Carrie szorowała podłogę w kuchni pewnej restauracji. Dziewczyna wyglądała na starszą, niż była; wysoka, o dużych piersiach, gładkich, czarnych włosach i czystym spojrzeniu.

Ella, którą męczył teraz dokuczliwy kaszel, uważała, że dziecko miało duże możliwości – dużo większe niż mycie podłóg. Ale musiała jeszcze cierpliwie poczekać. Dziewczynka była trudna, czasami nawet buntownicza. Można by przypuszczać, że powinna się cieszyć, iż babcia ją odnalazła. Ale gdzie tam. Dantejskie sceny rozegrały się przy próbie odebrania jej od rodziny, która ją wychowała. Trzeba było wezwać policję i dopiero wtedy Ella dowiodła swoich praw. Carrie musiała z nią pójść. Dobry Boże, wszak była babcią dziewczynki, jej jedyną prawdziwą krewną, i żadne argumenty nie mogły zmienić tego faktu.

– Ile masz lat? – zapytał gruby kucharz.

Carrie, która myła, klęcząc, brudną podłogę kuchni, nerwowo podniosła wzrok.

– Mogę się założyć, że nie masz szesnastu – szydził z niej. Codziennie rozmowa wyglądała tak samo. Za każdym razem mówiła mu, że ma szesnaście lat, a on nigdy nie wierzył.

– No więc? – oblizał wąskie usta. – Co z tym zrobimy?

– Hm? – mruknęła.

– Co z tym zrobimy? Mówię ci, jak szef się dowie, że jesteś nieletnia, to cię wypieprzy na zbity pysk, szybciej niż dziwka ściąga gacie.

Carrie dalej szorowała podłogę. Myślała, że jak go zignoruje, to da jej spokój.

– Czarna, mówię do ciebie. – Pochylił się nad nią. – Słuchaj no, ja nie muszę nikomu nic mówić. Jeśli będziesz dla mnie miła, to nic nie powiem.

Zanim zdążyła się ruszyć, pulchna łapa wylądowała pod jej spódnicą.

Odskoczyła i jednocześnie wywróciła wiadro z mydlinami.

– Niech się pan nie waży mnie dotykać!

Wycofał się, a jego tłusta twarz poczerwieniała.

W tej chwili wszedł szef kuchni, chudy, wymizerowany człowiek, który nienawidził kolorowych. Jego zimne oczy zatrzymały się na kałuży mydlin.

– Posprzątaj to – powiedział do Carrie, patrząc na ścianę za jej plecami, jakby ona sama nie istniała. – Potem wynoś się stąd w cholerę.

– Głupiaś – rzekł gruby kucharz, dłubiąc w uchu. – Nic bym ci przecież nie zrobił.

Carrie powoli starła rozlaną wodę. Nie bardzo rozumiała, czym stało się jej życie. Chciało jej się płakać, ale nie miała już łez. Odkąd zabrała ją kobieta, która nazywała się jej babcią, płakała już tak wiele razy, że wypłakała łzy na kilka lat naprzód. Życie w Nowym Jorku – zamiast szkoły szorowanie podłóg od rana do wieczora.

– Zepsuli cię – powtarzała babcia Ella. – Ale teraz koniec tego, moja droga, słyszysz? Twoja mama zawsze pracowała, sprzątała dom, opiekowała się bratem. Kochała każdą chwilę pracy.

Carrie każdej chwili nienawidziła. Nienawidziła babci, Nowego Jorku i pracy. Pragnęła jedynie wrócić do Filadelfii, do domu i do ludzi, których uważała za swoją rodzinę.

Teraz wylali ją z roboty i babcia Ella się wścieknie. Nie będzie też mogła schować centa lub dwóch, które czasami znajdowała na podłodze. Uważała, że to niesprawied-liwość.

Po sprzątnięciu wyszła z restauracji. Zdezorientowana stanęła na chodniku i zastanawiała się, co robić. Może powinna poszukać innej pracy, zanim babcia zorientuje się, że ją wylali?

Nadchodziła zima. Było już chłodno, a Carrie nie miała płaszcza. Trzęsąc się z zimna, przechodziła z głodnym wzrokiem obok małych sklepików, skąd dochodziły odgłosy smażenia hot dogów. Spojrzenia, które rzucała przez szybę, to wszystko, na co ją było stać; zresztą i tak Murzynów tam nie wpuszczano.

W Nowym Jorku Carrie poznała, co to znaczy być Murzynką. Tu po raz pierwszy usłyszała słowo „czarnuch” i nauczyła się po prostu nie słyszeć, gdy ktoś robił uwagi o kolorze jej skóry. W Filadelfii biali byli w mniejszości. Mieszkała w dzielnicy kolorowych, chodziła do swojej szkoły. Z jakiego powodu biali uważali się tu za lepszych?

Mężczyźni przyglądali się jej, gdy w pośpiechu przemierzała ulicę. Za jakiś czas będą ją oglądać dokładniej. Sweter miała ciasno opięty na piersiach, nie lubiła, jak podskakiwały przy każdym kroku. Mama Sonny obiecała jej biustonosz, ale kiedy wspomniała o tym Elli, babcia spojrzała na nią ostro i powiedziała:

– Nie wstydź się, kochanie. Pokaż im swoje cycki. Jak im zacznie stawać, to zawsze będziesz mieć robotę.

Ale przecież to nie była prawda. Gdyby ten gruby kucharz trzymał łapy przy sobie, nie wyrzuciliby jej z pracy.

Przeszła obok włoskiej restauracji, która wyglądała przytulnie i zachęcająco. Stanęła przed wejściem i dygotała z zimna. Wiatr smagał jej ciało, aż dostała gęsiej skórki. Otuliła się swetrem i zastanawiała, co robić. Jakiś włóczęga przeszedł obok niej chwiejnym krokiem i poczuła odór alkoholu, co przypomniało jej o babci Elli. Carrie wiedziała, że musi się ruszyć. Zresztą, co najgorszego mogło ją spotkać, gdy wejdzie do środka? Przecież nie mogli jej zjeść, najwyżej zwymyślać. A w Nowym Jorku można się do tego przyzwyczaić.

Zebrawszy się na odwagę, powoli przekroczyła próg, czego zaraz pożałowała. Wydawało jej się, że stoi tam z godzinę i że wszyscy patrzą na nią. Po kilku sekundach zjawił się wysoki mężczyzna. Przygotowała się, że zaraz ją wyrzuci.

– No co? – zapytał. – Chcesz stolik?

Nie wierzyła własnym uszom. Stolik! Dla niej? Kolorowa dziewczyna w restauracji dla białych! Czy ten człowiek był normalny?

– Szukam pracy – wydusiła z siebie. – Mycie podłóg, zmywanie… cokolwiek.

– Aha! – powiedział głośno mężczyzna. – Szukasz roboty? Chodźmy więc do kuchni. Wątpię, żebyśmy coś mieli dla ciebie, ale zobaczymy. Lubisz gorące spaghetti?

Carrie nie miała pojęcia, co to jest gorące spaghetti, ale wszystko, co gorące, wydawało jej się wspaniałą potrawą. Pokiwała głową, że tak. Nie mogła uwierzyć we własne szczęście, że spotkała tak miłego człowieka. Objął ją ramieniem i przeszli przez całą restaurację do kuchni. Tam poznała jego żonę Luisę i dowiedziała się, że mężczyzna ma na imię Vincenzo. Tak się nią zajmowali, jakby nie zauważali, jaką ma skórę.

– Ona jest taka młoda – powiedziała Luisa. – To jeszcze dziecko.

– Mam szesnaście lat – skłamała Carrie, ale po spojrzeniach, które wymienili, wiedziała, że jej nie wierzą. Ona sama chciała mówić prawdę, ale nastraszyła ją babcia Ella.

– Jeśli przyznasz się, ile masz lat – mówiła – zamkną cię w takim domu dla złych dziewczynek, które nie chcą chodzić do szkoły. – To było takie nieuczciwe. Babcia sama zabrała ją ze szkoły i zniszczyła życie.

Vincenzo i Luisa nie mieli dla niej pracy w restauracji. Kuchnia była mała i mieli już trzech pomocników. Vincenzo popytał się jednak wokoło i przyniósł dobre wieści. Pan Bernard Dimes, ich stały klient, potrzebował sprzątaczki w swoim domu i jeśli tyko chciała, mogła dostać tę pracę. Gdyby tylko chciała… pewnie, że chciała!

Vincenzo zabrał ją na salę i przedstawił panu Dimesowi, który obejrzał dziewczynę spokojnymi, brązowymi oczyma.

– Możesz zacząć od poniedziałku? – zapytał.

Pokiwała głową, zbyt onieśmielona, żeby się odezwać.

Z restauracji wyszła zupełnie oszołomiona, wręcz nieprzytomna ze szczęścia. Ale co miała powiedzieć babci? Prawdę, że będzie pracować w prywatnym domu i zarabiać więcej pieniędzy? Czy kłamstwo, że ciągle zmywa podłogi?

Chociaż było to wbrew jej naturze, kłamstwo wydawało się rozsądniejsze. W ten sposób, oddając tę samą sumę, mogłaby zaoszczędzić więcej dla siebie.

Pracowała tak już od miesiąca. Codziennie wychodziła z obskurnego pokoju, który dzieliła z babcią, i jechała do centrum, do wspaniałego domu pana Dimesa przy Park Avenue. Jej bezpośrednim zwierzchnikiem był dozorca. Pana Dimesa Carrie widziała tylko dwa razy i za każdym razem uśmiechnął się i zapytał o zdrowie.

Wydawało jej się, że zna go dobrze. Codziennie ścieliła jego łóżko, zmieniała jedwabną pościel, czyściła łazienkę, pastowała buty, prała i prasowała, ścierała kurze w gabinecie, gdzie czasami zatrzymywała się dłużej przy zdjęciach w srebrnych ramkach. Zdjęcia pochodziły z różnych uroczystości.

Pan Dimes był producentem teatralnym. Nie miał żony, czasami tylko podczas różnych spotkań towarzyszyło mu kilka starannie ubranych blondynek. Nigdy jednak nie zostawały na noc – tego Carrie była pewna. Był dla niej najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała. Odkryła, że miał trzydzieści trzy lata i był bardzo bogaty.

Któregoś dnia dozorca zaproponował Carrie, że mogłaby zamieszkać w tym samym domu przy Park Avenue.

– Jest jeden mały pokój na dole. Pewnie byłoby ci tam wygodniej, niż dojeżdżać codziennie.

– Dziękuję bardzo – ucieszyła się ze wspaniałej propozycji.

– No, to załatwione – odparł dozorca. – Przynieś swoje rzeczy w poniedziałek.

Carrie nie mogła pozbierać myśli. Teraz się uda! Babcia Ella jej nie znajdzie. Nic nie wiedziała o nowej pracy i nigdy nie zbierze dość energii, żeby ją odszukać.

Będzie mieszkała w domu przy Park Avenue – brzmiało to zupełnie jak sen. Własny pokój! I jeszcze pięć dolarów tygodniowo! W krótkim czasie zaoszczędzi na podróż do Filadelfii, wróci do prawdziwej rodziny.

Był piątek, więc musiała tylko przeżyć weekend. Planując w myślach ucieczkę, pospieszyła do domu. Babcia, jak zwykle w piątek wieczór, czekała na pieniądze. Porwała je natychmiast i wyszła z domu.

Carrie położyła się na łóżku. Była zbyt zmęczona, żeby zwlec się na dół do restauracji po kawałek kurczaka lub trochę kaszy. Gdzieś z ulicy dochodziła głośna muzyka jazzowa. Pragnęła jedynie zamknąć oczy i jak najszybciej usnąć. Im szybciej uśnie, tym szybciej będzie sobota, potem niedziela, i potem…

Dwie godziny później zbudziło ją szarpanie. Twarda ręka tarmosiła ją za ramię.

Wolno oprzytomniała i przetarła oczy.

– O co chodzi, babciu? Co się stało?

Ale to nie była jej babcia, a bardzo wysoki, czarny chłopak z dużymi oczyma i szopą włosów na głowie.

– Kto to? – pisnęła.

– Tylko się nie bój – odparł chłopak, szczerząc zęby w uśmiechu. – Jestem Leroy, szukam matki.

– Jak tu wszedłeś? – Po chwili sama zauważyła, że wystarczyło kopnąć parę razy w drzwi. Zmurszałe deski nie stanowiły żadnej przeszkody.

– Domyślam się, że jesteś dzieckiem Lureen. Ktoś mi powiedział, że mama była tak dobra i wzięła cię do siebie.

Carrie usiadła na łóżku. Słyszała o Leroyu. Babcia często o nim mówiła: „Ten zasrany, głupi szczur uciekł od włas-nej matki. Jak kiedyś jeszcze spotkam tego gnoja, rozwalę mu łeb!”.

– Nie ma jej. Najlepiej przyjdź jutro.

Leroy usiadł wygodnie na łóżku.

– Dziewczyno, ja się stąd nie ruszę! Jestem cholernie zmęczony. Macie tu coś do jedzenia?

– Nie.

– Cholera, jak zwykle u kochanej mamusi. – Jego duże oczy dokładniej ją zlustrowały. – Pewnie tyrasz dla niej tak jak ja kiedyś. – Zatrzymał wzrok na jej piersiach, które zakrywała skąpa koszulka. – Jesteś ładną laleczką. Głowę dam, że mama robi na tobie niezłą forsę.

Carrie podciągnęła koc do góry.

– Pracuję jako sprzątaczka – odpowiedziała spokojnie, marząc w duchu, żeby sobie już poszedł.

– Sprzątaczka, co? U jakiegoś grubego białego, co?

– W restauracji.

– W restauracji… gówno! – Zaczął obgryzać paznokcie i przyglądać się jej spod przymrużonych powiek.

Nagle Carrie poczuła się niepewnie. Jakby nagle w jej głowie włączył się system alarmowy: Niebezpieczeństwo! Niebezpieczeństwo! Niebezpieczeństwo!

Ruszyła w tym samym czasie co on. Ale Leroy był większy i silniejszy, natychmiast przycisnął jej ręce do łóżka.

– Nie próbuj mi wmawiać, że nie sprzedajesz dupy! – szydził z niej. Jedną ręką przytrzymał ją za nadgarstki, drugą obmacywał całe ciało.

– Zostaw mnie! – krzyczała bez tchu.

– A to niby dlaczego? – zaśmiał się. – Ja nie muszę płacić, dostaję za darmo. Jestem twoim wujkiem, mała.

Jednym gwałtownym szarpnięciem zerwał z niej koszulkę. Próbowała się podnieść, żeby go z siebie zrzucić, ale przycisnął ją ciężarem ciała, siłą rozsunął uda i wszedł w nią.

Ból był ogromny. Ale nie był to ból, z powodu którego krzyczałaby. Była to raczej frustracja, wściekłość i totalna niemoc.

– Hej, hej, hej! – śmiał się, robiąc to jednocześnie. – Nie kłamałaś, byłaś dziewicą. Cholera, możemy razem zrobić niezłą fortunę! Ta twoja ciasna dziupla może przynieść nam sporo forsy. – Skończył i puścił ją.

Leżała bez ruchu, zbyt przerażona, żeby zrobić cokolwiek. Między nogami czuła palącą lepkość. Więc to było to, o co chodziło. Tego chcieli mężczyźni. To był seks.

Leroy kręcił się wesoło po pokoju. Zapinał spodnie i mówił coś do siebie pod nosem, przeszukując jednocześnie półki.

– Macie jakieś pieniądze? – zapytał.

Pomyślała szybko o kilku dolarach, które udało jej się zaoszczędzić. Były ukryte w pończosze pod materacem.

– Nie, ani centa – wymamrotała, pragnąc, żeby babcia Ella już wróciła i zobaczyła, co jej zrobił Leroy.

– Cholera! – krzyknął. – Nie ma pieniędzy, nie ma wódki. Do dupy! Coś mi się wydaje, że oprócz małego dmuchania nie ma tu nic do roboty. – I nagle znowu siedział na Carrie okrakiem, przyciskając ją chudymi nogami i nacierając na nią swoim interesem.

Opanowały ją fale ciemności; czuła, że zapada się w nie, uciekając od bólu…

– No co ty, mała, powinnaś być zadowolona – usłyszała jego głos. – To dla mnie żadna przyjemność, jak ty nie jesteś zadowolona.

Kiedy doszła do siebie, usłyszała jakieś głosy, słowa, które nie miały sensu. Czuła się zdruzgotana, zużyta, a co najgorsze, całkowicie bezradna.

To był głos babci. Dzięki Bogu, już wróciła!

Próbowała usiąść, ale siły zupełnie ją opuściły.

– Wyświadczyłeś nam wszystkim dużą przysługę – skrzeczała babcia Ella. – Uruchomiłeś jej małą, ciasną cipkę, możemy teraz sporo zarobić. Wiesz Leroy, chciałam poczekać, aż będzie miała czternaście lat, ale teraz… no cóż, myślę, że mamy najlepszą lalę w interesie!

Gino1921–1923

Brat Filip przez trzy tygodnie walczył o życie. Gino nic o tym nie wiedział. Myślał, że go zabił. A tak naprawdę to było mu wszystko jedno. Zdarzenie z nożyczkami zrobiło z niego bohatera.

Gazety zainteresowały się tą historią. Gino siedział jeszcze wtedy w okręgowym więzieniu w Bronksie i czekał na zeznania w sądzie. „SKANDAL WŚRÓD NIELETNICH – krzyczały nagłówki. – DZIECI OBROŃCAMI DZIECI”. Ofiary Brata Filipa nie musiały już niczego taić, teraz, kiedy był on bezpiecznie daleko.

Zdjęcie Costy również pojawiło się w gazetach – mały chłopiec o szeroko otwartych oczach. Jego historia trafiła do serc całego narodu, a Franklin Zennocotti, bogaty prawnik z San Francisco, postanowił adoptować chłopca i dać mu szansę na nowe życie, jak tylko skończą się przesłuchania.

Gino miał szczęście. Opinia publiczna była po jego stronie. Sąd zadecydował zawiesić dalszą karę i wypuścić go na sześciomiesięczny okres próbny.

Przed budynkiem sądu spotkał Costę. Nigdy wcześniej nie zamienili ze sobą dwóch zdań. Costa wyciągnął drobną dłoń.

– Dziękuję, Gino, dziękuję ci za życie. Mam nadzieję, że któregoś dnia będę mógł się odwdzięczyć.

Gino był zażenowany. Wycofał rękę z uścisku i zaśmiał się zakłopotany.

– Nie ma o czym mówić, mały. Drobiazg.

Patrzył, jak Costa odchodzi z nowym ojcem. Poczuł zazdrość. Dlaczego jemu nikt nie zaproponował nowego życia? Też był w gazetach. Dlaczego nikt nie chciał go adoptować?

No tak. On przecież miał ojca. Tylko że sukinsyn siedział teraz w pudle. Spojrzał na świstek papieru z ostatnim adresem Paola. Chociaż był w pierdlu, ponownie się ożenił. Gino miał zamieszkać z jego nową żoną, kobietą, którą widział przez dwie minuty w sądzie, ciemną blondynką z dużymi cyckami.

Gdy tylko pomyślał o jej piersiach, natychmiast dostał erekcji. Był zamknięty dokładnie dziewięć miesięcy i już go swędziało w gaciach. Masturbacja nigdy specjalnie mu się nie podobała, szczególnie w zakładzie, gdzie każdy chłopak robił to samo. Chciał prawdziwej dupy. I to natychmiast.

Podniósł walizkę, w której miał wszystkie swoje rzeczy. Chciał zostawić ją w domu i wyruszyć na poszukiwanie jakiejś rasowej cipy.

Idąc, czuł, jak członek nieprzyjemnie ociera mu się o spodnie, ale szeroki uśmiech nie znikał mu z twarzy. Był wolny. Znowu na ulicy. To było wspaniałe uczucie.

Mężczyzna sapał, wzdychał, stękał, aż w końcu doszedł do orgazmu. Wstał, zaczął się ubierać, uważając, aby nie patrzeć na kobietę leżącą na łóżku.

Kobieta nazywała się Vera i była tą blondynką z piersiami, którą poślubił ojciec Gina.

Złączyła nogi, obciągnęła spódnicę i w milczeniu obserwowała, jak mężczyzna kończył się ubierać, położył na stole pieniądze i wyszedł. Była zmęczona. Bogu dzięki, że do pieprzenia nie trzeba wiele energii. Wystarczy rozłożyć nogi, a reszta sama jakoś pójdzie.

To był ciężki tydzień. Musiała odwiedzić Paola w więzieniu Sing Sing, potem pójść do sądu i zeznać, że jego syn mógł z nią zamieszkać. Gówno prawda! Poszła tylko dlatego, że Paolo tak chciał.

– Nie musi z nami mieszkać – tłumaczył jej. – Ale musisz powiedzieć, że może, bo znowu pójdzie do jakiegoś domu zastępczego. Kiedy przyjdzie, dasz mu dwadzieścia dolarów i powiesz, żeby spadał.

Vera skrzywiła się. Na pewno, dwadzieścia dolarów! Da mu nie więcej niż pięć.

Wstała i zgarnęła pieniądze ze stołu. Głosem zupełnie bez wyrazu odpowiedziała na stukanie do drzwi.

To był jeden z jej stałych klientów, więc wszelkie słowa były zbędne. Z powrotem położyła się na łóżku, zadarła spódnicę i rozwarła uda. Gdy mężczyzna odpinał spodnie, z trudem ukrywała ziewanie.

Gino beztrosko podskakiwał, idąc ulicą. Tak się cieszył z wolności, że nawet nie zauważał dokuczliwego upału. A było naprawdę gorąco – powyżej trzydziestu stopni, bezwietrznie. Myślał o swoich kolegach. Czy jeszcze ich tu zastanie? A Susie i inne dziewczyny, które mu dawały? Która z nich będzie miała szczęście dziś wieczorem?

Jeszcze raz spojrzał na kartkę z adresem. Był prawie na miejscu. Na ulicy z hydrantu lała się woda, a dokoła niego biegała grupka nagich dzieci. Jakiś starzec, dłubiąc w nosie, usiadł na schodach domu, w którym były oddzielne mieszkania. Numer sześć znajdował się na pierwszym piętrze. Zapukał raz, potem drugi. Kiedy nie doczekał się odpowiedzi, nacisnął klamkę i drzwi się otworzyły.

Jego nowa przyrodnia matka właśnie pieprzyła się z jakimś facetem. Nie była zbytnio zakłopotana niespodziewaną wizytą.

– Jestem zajęta – powiedziała doskonale monotonnym głosem.

Gino sam to zauważył. Wrzucił walizkę do pokoju.

– Przyjdę później – wykrztusił.

Szybko zamknął za sobą drzwi. O co tu, do cholery, chodziło?

Zrozumiał po chwili. To jasne, była dziwką. Jaką inną kobietę poślubiłby jego ojciec?

Wsiadł w zatłoczone i śmierdzące potem metro i pojechał na Coney Island. Na plaży było jeszcze gorzej. Przeciskał się między leżącymi ciałami, szukając znajomych twarzy. Stara paczka zawsze się tu zbierała, gdy w mieście było za gorąco. Nie znalazłszy nikogo znajomego, rozebrał się do spodenek, wszedł do morza i dopłynął do drewnianego mola, gdzie również panował niemiłosierny tłok. Dwie siostry przyglądały mu się i po chwili zaczęły chichotać.

– Często tu przychodzicie? – zapytał. Wyświechtane frazesy zawsze najlepiej działały.

Po godzinie byli już trójką dobrych znajomych. Razem pływali, nurkowali, ścigali się do brzegu. Gino musiał bardzo uważać, żeby nie zauważyły, co działo się w jego majtkach. Jakoś udawało mu się to ukryć, choć z trudem.

Jednak kiedy zaczęło się robić ciemno i rodziny z wrzeszczącymi dziećmi opuszczały plażę jedna po drugiej, Gino wiedział, że dłużej nie wytrzyma.

Siostry też już zaczęły zbierać się do domu.

– Jeszcze tylko raz – nalegał. – Pościgamy się do mola.

Młodsza siostra była przeciwna, ale starsza uważała, że to dobry pomysł. Miała około osiemnastu lat, kręcone, rude włosy i wystające zęby.

Popłynęli do mola, przepychając się i rozbryzgując wodę. Gino pozwolił jej wysunąć się naprzód, a kiedy już dopłynęła i miała wyjść z wody, złapał ją od tyłu.

– Co robisz? – żachnęła się przestraszona.

Gino dokładnie wiedział, co robi. Jego ręce szybko i efektywnie pracowały na jej piersiach, doprowadzając dziewczynę do stanu, kiedy nie chciała, żeby przestał.

Utrzymywał się na wodzie, machając nogami jak tłokami, podczas gdy dziewczyna bezwiednie trzymała się krawędzi mola i zaczynała wydawać pierwsze pomruki zadowolenia.

Już ją miał. Przybliżył się i pocałował słone usta, nie zapominając o piersiach.

– Nie powinniśmy… – słabo protestowała, gdy zaczął zdejmować z niej kostium.

– Myślę, że powinniśmy. – Zanurkował i wyplątał jedną z jej nóg z wełnianego kostiumu.

Woda jeszcze bardziej go podniecała. Zresztą wszystko go podniecało po dziewięciu długich miesiącach.

Wsadził głowę pod wodę, żeby całować piersi dziewczyny, a rękoma rozszerzył jej nogi, szukając magicznego punktu.

– Gino! – westchnęła.

Wynurzył się, żeby zaczerpnąć powietrza, wyplątał się ze spodenek i wcisnął między jej nogi. Opór wody trochę mu przeszkadzał, ale Gino był tak podniecony, że nic nie mogło go powstrzymać.

Dziewczyna nogami mocno przyciągnęła go do siebie. Złączyli się w uścisku i tak zanurzyli się pod wodę. Gino wiedział, że albo natychmiast dojdzie, albo się utopią. Wybór należał do niego. Wybrał orgazm i po chwili oboje wypłynęli na powierzchnię, ledwo łapiąc oddech.

– Prawie mnie utopiłeś! – powiedziała z pretensją.

– No, ale było, co?! – śmiał się.

– Nigdy tego wcześniej nie robiłam – powiedziała, jakby była niezadowolona. Niezdarnie próbowała włożyć kostium.

– Na pewno robiłaś – odpowiedział i zorientował się, że zgubił spodenki. Zanurkował, ale nie mógł ich znaleźć.

Robiło się zimno i Ruda Kędzierzawa chciała wracać do domu.

– Nie mogę znaleźć spodenek – powiedział Gino.

Ruda Kędzierzawa zaczęła chichotać.

– Podpłyniemy do miejsca, gdzie będę mógł stanąć, i przyniesiesz mi spodnie – zaproponował.

– A co powiem siostrze?

– Że rekin zjadł mi majtki. Zresztą cokolwiek, wszystko mi jedno.

Popłynęli z powrotem i gdy byli blisko brzegu, on został w wodzie, a Ruda Kędzierzawa poszła w kierunku plaży. Patrzył, jak podeszła do siostry, okryła się ręcznikiem i obydwie po prostu odeszły, nawet nie oglądając się za siebie. Nie wierzył własnym oczom. Chciały go tak zostawić. Zmarzniętego i z gołą dupą. Chryste!

Szybko rozejrzał się po plaży, wziął głęboki oddech i biegiem rzucił się po ubranie.

– Kto tam? – wybełkotała Vera.

Na wszelki wypadek zapukał jeszcze raz.

– To ja, Gino Santangelo. Można wejść?

Vera wstała z łóżka. Zdrzemnęła się po kilku kieliszkach i zapomniała o synu Paola.

– No dobra, wejdź.

Wszedł do pokoju i oboje zaczęli przyglądać się sobie.

Gino zobaczył zmęczoną, około trzydziestoletnią blondynkę z drapieżnym makijażem i dużymi cyckami.

Ona zobaczyła młodego, silnego chłopaka o czarnych, kręconych włosach, oliwkowej skórze i głęboko osadzonych oczach, które były dużo starsze od niego samego. Zupełnie nie był podobny do ojca.

– Jesteś mokry – powiedziała bez żadnego wyrazu.

– Pływałem.

– W ubraniu?

– Nie, ale nie miałem ręcznika.

Lustrowali się nieprzyjaznymi spojrzeniami.

– Nie możesz tu zostać – powiedziała w końcu. – Powiedzieliśmy, że będziesz mógł tylko dlatego, żeby znowu cię nie zamknęli.

– Ale myślałem…

– Nie obchodzi mnie, co myślałeś. To moje mieszkanie, nie twojego starego.

– No tak – powiedział Gino zjadliwie. – Musisz dbać o interes.

– No i co – odparła Vera. – Nieźle na tym wychodzę. I nie wstydzę się.

Gino chwycił walizkę i ruszył do drzwi.

– Gdzie będziesz spał? – zapytała niespodziewanie.

– Nie wiem – odburknął.

– No to… – zawahała się. – Dzisiaj mam jeszcze tylko jednego gościa. Będziesz musiał spłynąć, jak przyjdzie się zabawiać. Później możesz tu przenocować na kanapie. Ale tylko dzisiaj.

Gino pokiwał głową. Był mokry, zmęczony i zupełnie nie w nastroju do wałęsania się po ulicach. Nawet ta jedna noc u Very była zbawieniem.

Został pół roku. Dostał poprzednią robotę mechanika samochodowego, która wypełniała mu dnie, a wieczorami włóczył się ze starą paczką, czasami dokonując małych przestępstw, które jednak nikomu nie wyrządzały krzywdy. Opiekował się też Verą. Wyrzucał co agresywniejszych klientów, a w niedziele zabierał ją do miasta. W niedziele Vera nie pracowała.

Od czasu do czasu odwiedzała Paola w Sing Sing. Raz pojechali tam razem.

Paolo nie bawił się w sentymenty.

– Masz flaszkę? – przywitał ostro syna.

Widzieli się pierwszy raz od roku i tak brzmiało powitanie.

– Nie – odburknął Gino i aż spiął się cały, gdy przypomniało mu się, ile wycierpiał za sprawą ręki tego moczymordy w więziennych łachach.

– Daj spokój, Paolo – powiedziała Vera. – Wiesz, że nie można tu przynosić wódki. Przeszukują nas, przysięgam na Boga. Wiesz, że jakbym mogła, tobym przyniosła.

– Dziwka – wycedził przez zęby i odwrócił się plecami do obojga.

– Jest dzisiaj w złym nastroju – powiedziała szeptem Vera. – Nie zwracaj na to uwagi. Jak przyjdziesz następnym razem, na pewno będzie inny.

Ale nigdy więcej tam nie poszedł. Miał to w dupie. Był już zbyt duży, żeby bać się bicia. Jeżeli Paolo jeszcze raz podniesie na niego rękę… Tak, jedna wizyta w Sing Sing w zupełności wystarczyła.

Co tydzień Gino meldował się na policji, gdzie odbywał treściwe, pięciominutowe rozmowy. Za każdym razem czekał na niego list z Kalifornii. Wyglądało na to, że Costa Zennocotti postanowił relacjonować mu wszystkie szczegóły życia. Listy przychodziły regularnie, chociaż Gino nigdy nie odpisywał.

Dziwny chłopak… Skąd przyszło mu do głowy, że Gino interesuje się jego życiem? Zresztą, co to za życie. Szkoła, przytulny dom, przyrodnia siostra, która, jak wynikało z listów, musiała być strasznie upierdliwa. Costa żył w zupełnie nie-realnym świecie.

Kiedy Gino zakończył okres próbny, napisał do Costy pseudoliteracki list, podając w nim numer skrytki pocztowej. Jeżeli mały tak lubił pisać… Jakie Gino miał prawo, żeby psuć mu przyjemność?

W przeddzień wyjścia Paola na wolność Gino zabrał Verę do kina. Była nerwowa i rozdrażniona. Przytuliła się do jego ramienia i tak brnęli przez padający śnieg.

– Słuchaj – powiedziała. – Kiedy Paolo wróci, to już nie będzie mogło być tak jak teraz. Wiesz, o czym mówię.

Pokiwał głową.

– Moglibyśmy spróbować, mówiła dalej. – Ale wiesz, jaki jest twój stary.

Tak, wiedział. Paolo był skończonym skurwysynem.

Wyżywał się na kobietach. Traktował je jak śmieci. Vera nie była aniołem, ale Gino lubił ją, była dla niego dobra. Oboje wiedzieli, że Gino nie będzie mógł być w mieszkaniu i przyglądać się, jak Paolo dobiera się do niej.

– Wyprowadzę się jutro rano.

– Będzie mi ciebie brakowało – powiedziała Vera i w oczach stanęły jej łzy. Dotknęła jego ramienia. – Jeśli kiedyś będę mogła ci jakoś pomóc…

Podziękował jej bez słowa. Vera okazała mu więcej miłości i uczucia niż ojciec przez całe życie.