Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Szamańskie tango ebook

Aneta Jadowska

4.63636363636364 (11)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 426 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szamańskie tango - Aneta Jadowska

Być może nie powinien zabierać szesnastoletniej córki na miejsce brutalnej zbrodni, ale czy bez jej wrażliwości na duchy i talentu do wywąchiwania sekretów zdołałby złapać mordercę, zanim ten znów uderzy?

Podwójne morderstwo w szczycie sezonu ogórkowego oznaczało dla Witkaca początek trudnego śledztwa i kłopotów. Jak niewiele wtedy wiedział o tym, co go czekało...

Odkąd został ojcem, w jego życiu, poza nastoletnią córką, zagościła odpowiedzialność, stabilizacja, a nawet regularne posiłki. W pakiecie z nimi dostał: zamieszanie, strach i bezsenne noce.

A jest jeszcze Sęp, nieustanne źródło chaosu. Przedwieczni w Zaświatach, którzy domagają się spłaty długu. I nie mniej przerażająca cicha rewolucja na komisariacie.

Śmierć? Szaleństwo? Emerytura? Witkacy nie ma lekkich wyborów.

Gdy na szali leży nie tylko jego spokój, ale i życie Kurczaczka, Szaman rusza w Tango.

Taniec miłości i śmierci.

Opinie o ebooku Szamańskie tango - Aneta Jadowska

Fragment ebooka Szamańskie tango - Aneta Jadowska

Złodziej duszBogowie muszą być szaleniZwycięzca bierze wszystkoWszystko zostaje w rodzinieEgzorcyzmy Dory WilkNa wojnie nie ma niewinnychRopuszkiSzamański bluesSzamańskie tango

Rafowi – z którym nic nie jest łatwe, ale bez którego byłoby nieznośnie i niemożliwie  

Rozdział 1

Przy tej ilości krwi ciężko było uwierzyć, że pochodziła z ciał tylko dwóch kobiet. Beżowy dywanik przy łóżku był przesiąknięty, tylko na krawędzi dało się jeszcze dostrzec pierwotny kolor. Biało-różowe magnolie na fototapecie przy łóżku były teraz bardziej czerwone niż rano. Na pościeli, skotłowanej i niezbyt świeżej, kolejne rozbryzgi opowiadały historię o brutalnym ataku i szybkiej, niepotrzebnej śmierci młodej kobiety. Druga wykrwawiła się na korytarzu. Oba ciała zabrano do kostnicy, zanim się pojawiłem, ale kałuża na lśniących panelach wciąż była lepka i czerwona jak rozgniecione maliny.

Zapowiadało się ciężkie śledztwo. Byłem w stanie to ocenić na pierwszy rzut oka. Podwójne morderstwo w środku sezon ogórkowego, który w Toruniu trwał większą część roku, przyciągnie mnóstwo uwagi lokalnych mediów. Zabójstwa nie zdarzały się tu często, a tym bardziej podwójne. Będą naciski i oczekiwanie, że w trzy godziny wskażemy i zatrzymamy sprawcę. Tymczasem nie było świadków czy podejrzanych.

Pewnie dlatego Anita zadzwoniła do mnie mimo mojego wolnego dnia. Wyrobiła sobie niezdrowe przekonanie, że jestem magikiem, który wyciągnie jej rozwiązanie sprawy z kapelusza. Owszem, czasami widziałem nieco więcej niż normalny człowiek, ale nie tym razem. Teraz widziałem tyle samo albo nawet mniej niż każdy z kręcących się tu techników. Zbierali setki odcisków palców, a byłem niemal pewny, że większości z nich nie ma w naszej bazie danych. Kowalscy i Nowakowie odwiedzający przybytek Pink Velvet nie byli notowani, mieli normalną pracę, rodziny, tyle że po ciężkim tygodniu lubili wpaść na figle z kobietą, która nie była zmordowana uganianiem się za dziećmi. Niestety, jeden z nich nie tylko się zabawił, ale zabił też dwie osoby. I to jego będziemy musieli znaleźć. Są dni, kiedy ta robota jest po prostu do bani.

Owszem, sprawca zostawił po sobie strzępki tego, co można nazwać mentalnym odciskiem palca, ale to niewiele. Wiedziałem, że był wkurzony i niezrównoważony, jego emocje szalały po skali. Choć zmasakrowane ciała dwóch kobiet mogły mi powiedzieć to samo. Nie było sensownych badań nad wykorzystaniem nadprzyrodzonych zmysłów w kryminalistyce i wiedziałem tyle, ile usłyszałem od byłej partnerki, która była wiedźmą i z wykorzystaniem empatii na miejscu zbrodni radziła sobie znacznie lepiej. Ja na podstawie tego, co odbierałem, mogłem tylko przypuszczać, że sprawca był młody, albo bardzo niedojrzały – to właśnie zdradzały te głębokie wychylenia amplitudy. Z listy podejrzanych raczej mogliśmy wykreślić emerytów. Trudno to nazwać solidnym tropem.

– Witkacy, ta dziewczynka na schodach przyjechała z tobą? – zapytał jeden z techników, wyrywając mnie z zamyślenia.

Przez chwilę nie wiedziałem, o czym mówi, a potem nagle przyszło objawienie. Przekląłem, uświadamiając sobie, jak bardzo spieprzyłem.

Siedziała na schodach. Wysoka, szczupła, w kraciastym płaszczu, z ciemnymi włosami niesfornie wystającymi spod czapki i wyciągniętymi przed siebie długimi, chudymi nogami w przetartych na kolanach dżinsach. Czerwone glany były jak wykrzykniki.

Nie widziałem jej twarzy, więc nie mogłem ocenić skali problemów, w jakie popadłem. Lekko zgarbiona i zaczytana w grubym tomiszczu, które musiała przynieść w wypchanym i zbyt ciężkim dla niej plecaku, wydawała się krucha i spięta.

Zszedłem po schodach i przysiadłem na tym samym, na którym siedziała.

– Kurczaczku, przepraszam, że tyle zeszło – zacząłem. Poczucie winy wybrzmiewało w każdej sylabie. Popołudnie przeszło już w późne popołudnie, a powietrze zrobiło się znacznie chłodniejsze.

Spojrzała na mnie. Miała wielkie, ciemne oczyska swojej matki.

– Witkacy, rozmawialiśmy o tym – powiedziała tylko, zaciskając usta w wąską linię.

– Wiem, miałem mieć dzień wolny...

Pomachała mi ręką przed nosem.

– Nie to! Mówię o kurczaczkowaniu. Ustaliliśmy, że mówisz do mnie Wiktoria albo Wikta.

Przytaknąłem, bo faktycznie, prosiła mnie o to, a ja obiecałem, że się postaram. Kurczaczek było jej dziecięcym przezwiskiem, którego tak naprawdę nie miałem prawa używać. Nie było mnie przy niej, gdy powstało. Tylko jej matka mogła wciąż nazywać ją tak od czasu do czasu, a i tak musiała się liczyć z całym tym typowym dla nastolatek wzdychaniem i przewracaniem oczami.

– Idziemy? – zapytała. – Mogą wrócić i znów się napatrzę.

– Widziałaś... – Zawahałem się przy słowie „duchy”, bo jeden z techników przenosił akurat torby z dowodami do samochodu.

– Masakra. A wiesz, co jest najgorsze?

Nie wiedziałem. Moja prawie szesnastoletnia córka – tak jak ja – widziała duchy. Była także wrażliwa na eter, a byty ektoplazmowe i graniczne, wszystkie duchy i upiory, czuły do niej pociąg jak koty do kocimiętki. Nie były agresywne, ale dość napastliwie domagały się uwagi dla siebie, swoich niezałatwionych spraw czy porachunków. Względem mnie trzymały się na dystans, po tym jak w ostatnim czasie dość spektakularnie odesłałem kilka na drugą stronę. Ona wydaje im się nieszkodliwa. Być może nie wiedzą, że jest jedynym znanym mi szamanem, który jeszcze przed szkoleniem potrafił znokautować ducha za pomocą ciosu karate. Więc nie, nie wiedziałem, co w tym wszystkim uznała za najgorsze.

– Były całe pokrwawione, szalone, zapętlone na ostatnich chwilach. A ja zrobiłam się strasznie głodna – powiedziała. – Ssie mnie.

– To naprawdę najgorsze – przyznałem i zacisnąłem usta, by nie zacząć się śmiać.

– Dlatego nie możesz mnie winić za to, co zrobiłam. Byłam głodna, mój mózg nie działa dobrze, gdy jestem głodna – zaznaczyła.

– Co zrobiłaś?

– Rozejrzałam się – powiedziała niewinnie.

– Nie wchodziłaś chyba do środka? – zapytałem, bo byłem tak zajęty, że mogłem nie zauważyć mojej córki przeskakującej nad kałużami krwi.

– Nie, no coś ty. Ale chyba powinieneś coś zobaczyć... – Zamknęła książkę i wstała ze schodka. – Wyniuchałam coś, co chyba ma związek z twoją sprawą.

– Wyniuchałaś? – zapytałem z rezygnacją.

– Pachniało ciasteczkami. A ja byłam głodna. Rozumiesz.

Rozumiałem. Mały talent Kurczaczka do znajdowania tajemnic i rzeczy, jakie ludzie chcą trzymać w ukryciu, poznałem już jakiś czas temu, gdy w moim mieszkaniu znalazła zakopany gdzieś na dnie szuflady z bielizną stary świerszczyk, a potem, co gorsza, dokopała się do skrytki z magicznymi księgami, które miałem naprawdę dobrze schowane w specjalnie skonstruowanym sejfie za regałem. Gdy zapytałem, jakim cudem je znalazła, powiedziała, że ładnie pachniało i że czasami znajduje coś, bo pachnie ciasteczkami albo kręcą się nad tym świetliki. Im bardziej ktoś próbuje coś ukryć, tym mocniejszy zapach. Ten dzieciak wiedział stanowczo za dużo o sekretach swoich nauczycieli, sąsiadów... i najwyraźniej moich. Ustaliliśmy wówczas twarde reguły – ona będzie trzymała się na dystans od moich pachnących ciasteczkami szuflad, a ja nie wspomnę jej mamie o tym skandalicznym naruszeniu zasad. Przejęła się wizją donosu tylko dlatego, że mogłoby wyjść na jaw, iż niektóre szuflady Konstancji też pachną ciasteczkami.

Podniosła plecak, zarzuciła go na ramię i ruszyła zdecydowanie przed siebie, jak Alicja za białym króliczkiem. Poszedłem za nią. Maszerowała dalej dobre pięćdziesiąt metrów, wreszcie przeszła na drugą stronę przez pasy koło przystanku i zatrzymała się przy betonowym koszu na śmieci.

Zajrzałem do niego i natychmiast zauważyłem zwinięty kłąb szarej bawełny. Bez rozwijania rzucała się w oczy plama krwi na materiale.

– W środku jest coś jeszcze – powiedziała.

– Dotykałaś tego?

– Nie jestem głupia, Witkacy. Skoro zostawił to zabójca, masz dowód, nie?

– Jesteś pewna, że to on?

– Ciasteczkowy ślad, zaufaj mi, to on.

No ładnie. Szanse na to, że technicy sprawdzaliby kosz na śmieci na przystanku autobusowym pięćdziesiąt metrów dalej, nie były duże. Po drodze stało kilka innych, bliżej bliźniaka zajmowanego przez przybytek Pink Velvet, a chyba nikt z nas nie pomyślał, że sprawca może odjechać autobusem miejskim.

– Poczekasz na mnie jeszcze chwilę? – zapytałem pełen wyrzutów sumienia, bo naprawdę nie tak się umawialiśmy.

– Przyprowadź któregoś z mądrali, niech zrobią to porządnie. Nie chcemy, żeby w czasie procesu odrzucono dowody, bo łańcuch dowodowy został zerwany – powiedziała poważnym tonem. Oglądała stanowczo za dużo procedurali.

Zostawiłem ją na przystanku i pobiegłem po technika.

Borowski obfotografował kosz i okolicę, po czym rozłożył arkusz folii na chodniku i wyciągnął kłąb bawełny, który po rozłożeniu okazał się szarą bluzą z rysunkiem buldoga na piersi, ledwie widocznym spod plam krwi. W środku tłumoczka faktycznie było coś więcej – składany nóż z ułamanym czubkiem. Zarówno on, jak i rączka były pokryte krwią.

– No ładnie, Witkacy, jak to znalazłeś? – powiedział, starannie pakując dowody.

– Wiesz, solidna policyjna robota – odpowiedziałem.

– Widzę tu przynajmniej jeden całkiem ładny odcisk palca. Dobra nasza. – Wyszczerzył się w uśmiechu.

– Dziesięć punktów dla Gryffindoru – szepnęła konspiracyjnie Kurczaczek.

Zachowałem kamienną twarz tylko dlatego, że miałem mój moment profesjonalisty. Borowski puścił jej oko.

– Dobra, zmywam się, jutro przejrzę fotografie i to, co znaleźliście.

– Zaczniesz od noża? – zapytałem.

– Jasne. Teraz wierzę, że mamy szansę dopaść go do końca tygodnia. Może nie znajdziemy kolejnych pociętych dziewczyn.

– Oby – powiedziałem, bo gwałtowne emocje pozostawione przez sprawcę były niepokojące.

Mój poobijany jeep zaparkowany był prawie na końcu ulicy, bo wcześniej radiowozy, samochody techników i furgonetka do przewożenia zwłok zajmowały wszystkie miejsca bliżej miejsca zbrodni. Otworzyłem drzwi od strony kierowcy i sięgnąłem od środka, by odczepić kawałek drutu, który blokował drzwi pasażera. Zamek centralny zepsuł się jakiś czas temu, rok, może dwa. Kurczaczek wpakowała się szybko do środka i powiedziała stanowczym tonem:

– Jeśli mnie nakarmisz pizzą, nie powiem mamie, że zabrałeś mnie na miejsce zbrodni.

– Zgoda. Capricciosa?

– Z dodatkowym bekonem. Mówiłam, że jedna z nich była naga?

– Bekon, zanotowano.

Zadzwoniłem do pizzerii, gdy ruszaliśmy. Do mieszkania powinniśmy dotrzeć na kilka minut przed dostawcą. Byliśmy na lewym brzegu. Odbierałem młodą ze szkoły dla magicznie uzdolnionych dzieci, prowadzonej przez półanioła i szpiega Nissima, dobrego znajomego mojej przyjaciółki Ti. Nie dość dobrego, by wpłynęło to na wysokość czesnego Kurczaczka, ale dość, by przyjął moje dziecko do szkoły w środku semestru i nie kazał nam czekać do września.

Co tydzień spędzała w szkole po kilka godzin w sobotę i niedzielę. Wydawała się to lubić. Dziś, gdy ją odebrałem, opowiadała mi o trzech typach bytów granicznych, pojawiających się tylko w wigilie świąt, przesileń i równonocy. Właśnie wtedy zadzwonił mój telefon, a na zielonym ekranie starej nokii – jedynej komórki, która nie smażyła się nawet po bliskim kontakcie z upiorem – wyświetlił się numer mojej szefowej, Anity. Wysoki Sądzie, naprawdę próbowałem go ignorować, przysięgam, w końcu to był mój wolny dzień, do tego dzień z córką! (A Wysoki Sąd w mojej głowie miał twarz Konstancji). Jednak telefon dzwonił i dzwonił, aż Kurczaczek przestała mówić i patrzyła na mnie ze zniecierpliwieniem i ciekawością.

– Zamierzasz to odebrać? – zapytała.

– Nie.

– Dlatego, że tu jestem?

– Tak.

– Nie chcę ci się kojarzyć z ograniczeniami. Przecież wiem, że jesteś dorosłym facetem i masz jakieś życie osobiste.

Prawie się roześmiałem na samą myśl, że miałbym je mieć. Ostatnia – i pierwsza od lat – dziewczyna, z którą się spotykałem, zerwała ze mną delikatnie i dyplomatycznie, jeszcze zanim w moim życiu znowu pojawiła się Konstancja, moja pierwsza miłość i pierwsze złamane serce. Z moją pierwszą i – mam nadzieję – jedyną córką. Byłem policjantem, który wyrabiał drugi etat jako jedyny pracujący szaman w tym mieście, a poza tym uczyłem się być ojcem. Gdybym miał wolne popołudnie, pewnie zrobiłbym pranie i się przespał.

– To praca.

– Jestem córką pielęgniarki i policjanta. Nie wydaje ci się, że powinnam już rozumieć, co to jest nagły telefon z pracy? – Machnęła ręką i dodała: – Mama by odebrała.

Więc odebrałem. I dostałem w splot słoneczny monologiem Anity – że wszytko zawsze musi się pierdolić, kiedy nie ma jej w mieście, jakby nie mogło poczekać do poniedziałku, aż wróci, że Wilk odeszła, Zając siedzi w psychiatryku, a ten opijus Nowakowski jest nawalony jak świnia i ona nie pozwoli mu w takim stanie wejść na miejsce zbrodni, bo może puścić pawia, więc właściwie nie mam wyjścia, że to i tak będzie moja sprawa, a ona nie da podwójnego morderstwa nowicjuszowi. A potem podała adres oddalony o dziesięć minut jazdy od szkoły Nissima. Reszta była historią.

– Więc jak zamierzasz złapać tego, który im to zrobił? – zapytała moja córka, napychając sobie policzki pizzą jak wyrośnięty chomik.

– Jak zwykle, cierpliwością, upierdliwością i odrobiną szczęścia – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Gdybym miał wskazać, który z przymiotów jest w tej pracy najbardziej przydatny, postawiłbym na upierdliwość. Nikt nie ma ochoty dzielić się informacjami, nikt nie chce się mieszać w śledztwo, nikt nie marzy o tym, by łączono jego nazwisko ze współpracą z policją. Komuna dawno minęła, ale policjanci wciąż płacili za grzechy milicji. Taka karma.

– One się tego zupełnie nie spodziewały, wiesz? Nie bały się go, nie myślały o nim jak o zagrożeniu – powiedziała po chwili ciszy.

Nie naciskałem. Cokolwiek widziała, wyraźnie nią to wstrząsnęło. A ja nie zamierzałem wzmagać jej traumy przesłuchaniem.

– Blondynka zginęła pierwsza. Ta druga zdążyła jeszcze krzyczeć i wzywać pomocy, zanim ją dopadł. Ale to i tak była chwila, wiesz? Nigdy nie myślałam, że tak szybko może być po wszystkim...

– Były zapętlone? – zapytałem, bo w przypadku gwałtownej i brutalnej śmierci takie duchy zdarzały się najczęściej. Nie miały dość energii, by uformować bardziej wyrazisty i świadomy byt, ale przemoc zatrzymywała duszę na ziemi, nie pozwalając jej przejść na drugą stronę. Odtwarzały więc ostatnie chwile swojego ziemskiego żywota, na wpół oszalałe, aż energia wyczerpywała się całkiem i było po wszystkim.

– Tak. Szkoda, że były tylko one, a nie zabójca, mogłabym ci teraz wszystko powiedzieć i złapałbyś go, i dopilnował, żeby jego dupa nie ujrzała światła dziennego poza aresztem.

Kurczaczkowi gniewne tyrady nie przeszkadzały w spożywaniu pizzy.

– A, i jeszcze jedno – dodała po chwili. – Lepiej, by ta cała sprawa ze mną na miejscu zbrodni pozostała między nami.

Przytaknąłem. Gdyby Konstancja wiedziała, pewnie ciosałaby mi kołki na głowie, całkiem słusznie zresztą. Ale dla Kurczaczka kluczowe było to, że mama by się martwiła. Przez lata ukrywała, że widzi duchy, żeby nie martwić mamy. Była bardzo opiekuńcza i czasami wydawała mi się aż zbyt dojrzała.

Niepokojące, gdy twoje dziecko zawstydza cię na tym polu.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Książki Anety Jadowskiej wydane nakładem naszego wydawnictwa

Seria o Dorze Wilk:

Złodziej duszBogowie muszą być szaleniZwycięzca bierze wszystkoWszystko zostaje w rodzinieEgzorcyzmy Dory WilkNa wojnie nie ma niewinnych

Dora i Witkac:

Ropuszki

Szamańska Seria:

Szamański bluesSzamańskie tango

Jeśli musisz odbyć trudną rozmowę z przyjacielem, którego jeszcze niedawno usilnie starałeś się wsadzić do wariatkowa, zawiodłeś i ogólnie potraktowałeś jak niebezpiecznego świra, roztropniej, żebyś ją przeprowadził na neutralnym gruncie. A jakie miejsce nadaje się do tego lepiej niż knajpa?

Wypijecie parę piw, atmosfera się rozluźni, zrobi się nieco bardziej przyjaźnie, pochowacie wzajemne urazy, noże, miecze, magiczne klątwy czy co tam macie w zanadrzu i ani się obejrzysz, gdy nadejdzie czas, żeby przejść do rzeczy. Męska gadka szmatka, dawne wspominki, byle nie o tym, co was poróżniło, a potem już gładko możesz powiedzieć kochanemu staremu kumplowi, żeby znów nadstawiał dla ciebie dupy.

Miło, nie? Miło i fajnie.

Nie tylko urząd regenta Królestwa to parszywa fucha. Funkcja Księcia Magów wcale nie jest lepsza. Ani trochę.

Tawerna, do której Razjel zaprosił Daimona, nazywała się po prostu „Chleb i Ryby”. I nie była żadną tam parszywą mordownią, lecz całkiem przyzwoitą karczmą. Przynajmniej jak na warunki Zatoki Rahaba. Słynęła z dobrej kuchni. Serwowano tu co prawda same klasyczne smakołyki, ale za to wyśmienite i zawsze świeże. Koźlę pieczone na ogniu według przepisu Abla, wybornego baranka mistycznego podawanego w całości, ryby Piotrowe, mannę na sposób niebiański, podpłomyki bez zakwasu, wino patriarchy Noego i słynną na całe Limbo miskę soczewicy.

Pan Tajemnic nie miał jednak apetytu i nie przypuszczał też, żeby Daimon był specjalnie głodny. Nie rozmawiali szczerze, odkąd Abaddon wypełnił rozkaz Jasności i wbił miecz zagłady wprost w Ziemię, ukochaną planetę Pana. Potem Frey zajął się swoimi obowiązkami na krańcach Kosmosu, a wzajemne urazy i pretensje rozrosły się niczym ciernie. Jakoś nigdy nie było dość czasu, żeby wszystko sobie wyjaśnić, przeprosić i zacząć od nowa. Teraz okoliczności także temu nie sprzyjały, bo Pan Tajemnic miał dla Daimona tylko kolejne niebezpieczne zadanie do wypełnienia. Nie łudził się więc, że rozmowa przebiegnie w przyjacielskiej atmosferze. A wzajemne żale i oskarżenia rzadko sprzyjają ucztowaniu. Na stole stał zatem tylko duży dzban piwa lekko zaprawionego miodem. Razjel zdążył już opróżnić jeden kufel, jednak nieznośne, mdlące napięcie, które odczuwał, odkąd tu przyszedł, wcale nie miało zamiaru ustąpić.

Czarnowłosy archanioł się martwił. I denerwował.

Za chwilę miał się pojawić Frey. Wypróbowany, wierny przyjaciel. Ale już nie ten sam, co kiedyś. Inny. Dawny. Na Jasność, czy to możliwe, że naprawdę to słowo pasuje tutaj najlepiej? Dawny przyjaciel? A teraz kto? Obcy? Wróg? Mściciel? Czy, niech Niebiosa nie dopuszczą, ktoś zupełnie obojętny? Przebrzmiały niczym odległy akord.

Nie, Razjel nawet nie dopuszczał takiej myśli.

Potarł nerwowo skronie, a potem nalał sobie kolejny kufel piwa.

Daimon to Daimon. Brat. Na zawsze. Zbyt dużo razem przeżyli, za dużo znieśli. Wszystko da się przecież odbudować. Skleić. Naprawić. Wybaczyć. Są przecież aniołami! Aniołami, na litość Pańską! Zawsze po stronie dobra, miłosierdzia i przebaczenia.

Bardzo chciał w to wierzyć, ale...

Drzwi tawerny skrzypnęły, w ramie framugi pojawiła się strzelista postać z mrocznymi skrzydłami o barwie burzy. Daimon wszedł i to było tak, jakby wraz z nim do sali wkroczył mrok. Jakby zrobiło się ciemniej, a jakieś małe stworzenie zaskomlało w kącie.

Ten zmierzch, schyłek, ostateczność dawały się odczuć wręcz namacalnie, niczym osad sadzy. Szary, lepki nalot, o dymnym smaku goryczy i zdrady.

Razjel skulił się w sobie. Bo zrobiło się źle. Niedobrze, niewłaściwie, nie tak, jak powinno. Czuł chłód i gniew, które biły od postaci przybyłego Abaddona niczym swąd spalenizny. Ale nie to okazało się najgorsze, najbardziej bolesne, lecz nieufność. O tak, nieufność wypełniała teraz zarówno wnętrze karczmy, jak i kielich serca Tańczącego na Zgliszczach.

Czy to właśnie zostało z naszej przyjaźni? – pomyślał w popłochu Razjel. Pogorzelisko i zgliszcza, na których da się już tylko odtańczyć szyderczą polkę?

Wracając wieczorem do domu, z niepokojem rozmyślałam o Macu. Zapłaciłam mu z góry za robotę i powiedziałam, że miło będzie go jeszcze zobaczyć. Chłopak posłał mi wątły uśmiech, wetknął pieniądze do tylnej kieszeni spodni i wyszedł bez słowa, a ja pozwoliłam mu odejść. Wiedziałam, że nie miał gdzie spać, ale nie przychodził mi do głowy pomysł, gdzie go zakwaterować.

Mogłabym zaprosić go do siebie, ale byłoby to zbyt niebezpieczne dla nas obojga. Wyglądało na to, że Mac w niewielkim stopniu korzystał ze swojego nosa, niemniej jednak w końcu musiałby się zorientować, czym jestem – a wilkołaki, nawet w ludzkiej postaci, rzeczywiście dysponują siłą, jaką przypisują im stare filmy. Sporo ćwiczę w dojo, które znajduje się zaraz za torami kolejowymi, i mam fioletowy pas wschodnich sztuk walki, ale mimo to dla wilkołaka nie stanowię większego zagrożenia. Wątpiłam, by chłopak kontrolował już swoją bestię na tyle, by się powstrzymać przed rozszarpaniem kogoś, kogo postrzegałby za drapieżnika rywalizującego z nim o terytorium.

No i był jeszcze mój sąsiad.

Mieszkam w Finley, dziesięć minut drogi od warsztatu. To wiejska okolica, położona w starej przemysłowej części Kennewick. Mój dom na kółkach, dość obszerna przyczepa prawie tak stara jak ja, spoczywa w samym środku kilkuakrowej działki. W Finley znajduje się sporo działek o małej powierzchni z przyczepami lub domami modułowymi, lecz wzdłuż rzeki można zobaczyć posiadłości takie jak ta, w której mieszka mój sąsiad.

Żwir chrzęścił pod kołami samochodu. Skręciłam na podjazd i zatrzymałam starego Królika[1] przed domem. Gdy tylko wysiadłam, zauważyłam, że na werandzie stoi klatka dla kotów.

Medea miałknęła żałośnie, ale zanim ją wypuściłam, oderwałam przyczepioną do klatki karteczkę.

Pani Thompson – czytałam – proszę trzymać kotkę z dala od mojego domu. Zjem ją, jeśli ją znów zobaczę.

Karteczka nie była podpisana.

Zwolniłam zatrzask, wyjęłam kotkę i potarłam twarzą o jej miękką sierść.

– Czy ten niegodziwy stary wilkołak wetknął biedną kocinę do pudła i tak ją zostawił?

Medea pachniała sąsiadem, więc prawdopodobnie Adam trzymał ją jakiś czas na kolanach, zanim postanowił ją tu przynieść. Większość kotów nie lubi wilkołaków – czy też zmiennokształtnych, takich jak ja. Medea, stare poczciwe kocisko, lubi wszystkich, nawet mojego zrzędliwego sąsiada. I właśnie dlatego często ląduje w klatce na werandzie.

Adam Hauptman, z którym łączyła mnie przede wszystkim tylna część ogrodzenia, był Alfą w miejscowym stadzie wilkołaków. To, że w Tri-Cities żyły wilkołaki, stanowiło swoistą anomalię. Zwykle stada wybierają na siedziby wielkie miasta, gdzie łatwiej się ukryć, lub, zdecydowanie rzadziej, małe, nad którymi mogą zapanować. Ale wilkołaki dobrze sobie radzą w wywiadzie i sektorze militarnym, a w działalność zlokalizowanego nieopodal Hanford kompleksu elektrowni atomowej zaangażowanych było mnóstwo agencji, których nazwy są akronimami. Dlaczego wilkołak Alfa zdecydował się nabyć ziemię tuż przy mojej? Cóż, jak podejrzewam, chodziło o wilkołacze dążenie do dominowania nad istotami gorszego gatunku. Ewentualnie o przepiękny widok na rzekę.

Adama wkurzało, że moja stara przyczepa szpeci jego rozlazłe gmaszysko – chociaż, na co czasem zwracałam mu uwagę, mój dom już tu stał, zanim on kupił swoją działkę i zaczął się na niej budować. Co więcej, przy każdej okazji musiał mi przypominać, że mieszkam tu tylko dlatego, że on mnie toleruje. Przecież jako zmiennokształtna nie jestem dla niego prawdziwym przeciwnikiem.

W odpowiedzi na te skargi zwykle skłaniam z szacunkiem głowę i przemawiam prosto do jego twarzy, a następnie wystawiam za dom zdezelowanego Królika, którego trzymam na części. Stary gruchot jest doskonale widoczny z okna sypialni uroczego sąsiada.

1 Królik (ang. Rabbit) – amerykańska nazwa Volkswagena Golfa I (przyp. red.).

COPYRIGHT © BY Aneta Jadowska COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2017

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-255-7

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ ILUSTRACJE Magdalena Babińska

PROJEKT OKŁADKI black gear Paweł Zaręba

ILUSTRACJE Magdalena Babińska

REDAKCJA Joanna Mika-Orządała

KOREKTA Katarzyna Pawlik

SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI „Grafficon” Konrad Kućmiński

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ pan@drewnianyrower.com

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka