Wydawca: Uroboros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Szamanka od umarlaków ebook

Martyna Raduchowska

4.05263157894737 (19)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 405 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szamanka od umarlaków - Martyna Raduchowska

Bycie medium to nie zawsze łatwa rzecz.

Ida Brzezińska urodziła się w magicznej rodzinie. Sama posiada zdolność porozumiewania się z duchami zmarłych, jednak wcale nie jest tym zachwycona.


Przygotujcie się na solidną dawkę znakomitego humoru, oto nowe wydanie kultowej powieści fantasy Martyny Raduchowskiej!

Opinie o ebooku Szamanka od umarlaków - Martyna Raduchowska

Fragment ebooka Szamanka od umarlaków - Martyna Raduchowska

Martyna Raduchowska

SZAMANKA OD UMARLAKÓW

Copyright © by Martyna Raduchowska, MMXVII

Wydanie II zmienione

Warszawa, MMXVII

Rozdział pierwszyNiezbędne minimum

Była jedna rzecz, której nikt o Idzie nie wiedział.

Za cholerę nie chciała być wiedźmą. Była też jedna rzecz, której nie wiedziała sama Ida – zasadniczo nie miała w tej kwestii nic do powiedzenia. I nie chodzi tu o żadne zrządzenie losu, siłę wyższą, klątwę, życiorys zapisany w gwiazdach w najdrobniejszym szczególe czy przeznaczenie, którego nie da się zmienić ani oszukać. Ida zwyczajnie miała Pecha. Chociaż nie, to nawet nie było tak: to Pech miał Idę. Trzymał mocno, nie puszczał, śledził jak cień, czepił się jak rzep psiego ogona, wierny niczym najlepszy przyjaciel, zawsze gotów, by pokrzyżować jej plany i zwalić pod nogi nie jedną kłodę, ale cały ich stos.

W dniu swoich dziewiętnastych urodzin Ida oświadczyła rodzicom, że nie zamierza mieć absolutnie nic do czynienia z magią.

Nie byli zachwyceni.

Jako jedyna dziedziczka dorobku wielu pokoleń rodziny Brzezińskich, jedyna, która mogła kontynuować tradycje równie starego, co poważanego rodu czarodziejów, wróżbitów i telepatów, stawiała właśnie tenże ród w nieopisanie niezręcznej sytuacji. Zgodnie z tradycją Idę czekała śmiertelnie nudna, pozbawiona choćby odrobiny spontaniczności przyszłość. Dziewczyna miała udać się na studia do elitarnej szkoły magii, zdobyć najlepsze wykształcenie, dyplom z wyróżnieniem, rekomendacje od najbardziej poważanych profesorów, ba, nawet od dziekana, a najlepiej i samego rektora, a wszystko po to, by zająć miejsce ojca w loży czarodziejów i do dnia swojego ślubu zajmować się polityką. Oczywiście nie na własną rękę, o nie, to dałoby jej zbyt dużą swobodę – zamiast tego Ida miała potulnie wprowadzać w życie decyzje podjęte przez jej rodziców. Po ślubie natomiast bez szemrania usunąć się w cień swego małżonka i również bez szemrania zacząć rodzić dzieci, które, ma się rozumieć, czekał podobny nieszczęsny los.

Tak, poglądy Idowych rodziców zaliczały się do tych nader staroświeckich, ale tak to już jest, jak się człowiek uprze, żeby być tradycyjnym. Na swoje nieszczęście państwo Brzezińscy córkę mieli niebezpiecznie wręcz nowoczesną. Na jeszcze większe nieszczęście – jedyną. Irmina, matka Idy, miała na karku już prawie dwa stulecia i choć wciąż promieniała urodą podlotka, mogła pożegnać się z nadzieją na wydanie na świat alternatywnego dziedzica. Nigdy nie planowała wielodzietnej rodziny, a ponieważ do tej pory nie zdarzyło się, żeby którykolwiek dziedzic w swej bezczelności pokazał tradycji środkowy palec i podążył własną drogą, Irmina w kwestii potomstwa z radością ograniczyła się do niezbędnego minimum.

Nikt nie przewidział, że niezbędne minimum może mieć własne zdanie i co gorsza, własne plany na własną przyszłość, że któregoś dnia oświadczy, iż uważa całą tę magię za godną pożałowania bzdurę, której to ono – niezbędne minimum – nie zamierza się poświęcać. Na dobitkę, Ida zmroziła rodzicielom krew w żyłach stwierdzeniem, że nie ma też zamiaru wychodzić za mąż. Posiadania dzieci jeszcze nawet nie rozważała i wcale nie jest pewna, czy kiedykolwiek zdecyduje się jakieś urodzić. I w ogóle niech jej wszyscy dadzą święty spokój.

Słuchając krótkiego i rzeczowego oświadczenia córki, ojciec coraz mocniej zaciskał szczęki, a stan matki coraz lepiej pasował do określenia „przedzawałowy”. Z każdym słowem Idy cała ich starannie zaplanowana przyszłość obracała się w ruinę. Wszelkie nadzieje, że dziewczyna może jednak da się przekonać do zmiany zdania, okazały się płonne, gdy Ida oznajmiła dobitnie, iż nie posiada najmniejszych nawet czarodziejskich zdolności, o czym łatwo można się przekonać za pomocą prostych testów. Taka z niej czarownica jak, nie przymierzając, z koziego zadka waltornia i szkoła magii zupełnie mija się z celem. A zatem nawet jeśli rodzice zmuszą ją do wypełnienia obowiązku wobec rodu i poświęcenia się karierze czarownicy polityka, jej brak zdolności prędzej czy później wyjdzie na jaw. A ponieważ prawo do zasiadania w loży czarodziejów mają, jak sama nazwa wskazuje, wyłącznie czarodzieje, dziewczyna pozbawiona daru przyniosłaby rodzinie jedynie wstyd i hańbę. Niemagiczne dziecko nie było bowiem dla magów szczególnym powodem do dumy. Małżeństwo Idy z czarodziejem mogłoby co prawda zmazać nieco plamę na honorze rodziny i uratować choć część rodzicielskich planów, ale – jak już wspomniano – dziewczyna nie życzyła sobie małżeństwa i nawet pociągająca aparycja głównego kandydata na narzeczonego nie zdołała zmienić jej decyzji.

Po dłuższym zastanowieniu rodzice musieli przyznać, że córka faktycznie nigdy nie przejawiała nadprzyrodzonych zdolności, a mając już lat niemało, powinna tymi zdolnościami wręcz emanować. I szukać okazji, by się nimi chwalić. W tej rodzinie zawsze tak było i tak zgodnie z tradycją być powinno. Niestety, wyglądało na to, że tak już nie będzie.

Ponieważ jednak tonący brzytwy się chwyta, postanowili przetestować Idę, nie tracąc nadziei na to, że może tli się w niej choćby malutka iskierka mocy, która przy odpowiedniej pielęgnacji wybuchnie silnym, jasnym płomieniem. Na tyle silnym i jasnym, by rodzinie hańby ani wstydu nie przynieść.

Ida nie doceniła rodziców. Ich determinacja, by odnaleźć w niej choć odrobinę magicznego potencjału, była tak wielka, że zastawiali na nią czarodziejskie sidła na każdym wręcz kroku. Uznali, że dziewczyna, korzystając z mocy, będzie się umiała oswobodzić lub wykryć podstęp i zwyczajnie w sidła nie wpaść. Ale Ida nie miała mocy, niczego nie potrafiła wykryć. Za to wpadanie wychodziło jej pierwszorzędnie. Było też przy tym niezwykle frustrujące i zaczynało doprowadzać dziewczynę do szewskiej pasji.

Zaczęło się od pułapek podłogowych, które ojciec pozakładał w całym domu. Ida wyszła z biblioteki pogrążona w jakiejś lekturze, na pamięć zmierzając do swojego pokoju, gdy nagle coś zacisnęło się na jej kostce, szarpnęło tak, że straciła równowagę i grzmotnęła na podłogowe deski, po czym silnie pociągnęło w górę. Tym sposobem dziewczyna zawisła w powietrzu do góry nogami i dyndała wesoło pod samym sufitem. Piętnaście minut zdzierała sobie gardło, zanim rodzice i służba przybyli na ratunek. Dom był ogromny, mogli jej nie słyszeć, ale Ida podejrzewała ich o najgorsze. O to na przykład, że zwlekali tak długo specjalnie i czekali, aż znudzi się tym dyndaniem i posłuży czarami, by się uwolnić. Nie ma głupich. Nawet gdyby Ida miała w sobie moc, wolałaby choćby tydzień podziwiać warstwy kurzu i pajęcze sieci na żyrandolu niż dać się przyłapać na używaniu czarów. Miała plany, swoje własne, osobiste plany i za nic nie zamierzała z nich rezygnować. Dla takich planów warto się poświęcić i powisieć trochę głową w dół.

Zanim wreszcie ściągnięto ją spod sufitu, musiała wysłuchać długiej, pełnej lamentów tyrady matki oraz śmiertelnie poważnego kazania ojca. Oboje bardzo starali się przemówić Idzie do rozumu, by wykrzesała z siebie trochę zaangażowania i chociaż spróbowała odkryć w sobie źródło czarodziejskiej energii. Nie, nic z tego. Ich córka nie była może zbyt zdolna, umiała jednak postawić na swoim.

Tak przynajmniej jej się wydawało.

Kiedy wpadła jeszcze w kilka pułapek podłogowych, kilkakrotnie zaplątała się w czarodziejskie pajęcze sieci, poparzyła o zaklęte w klamkach i poręczach diabelskie ogniki, utknęła po kolana w schodach, których deski zmiękły ni stąd, ni zowąd, przyjmując konsystencję gęstego błota, po czym stwardniały z powrotem i boleśnie zacisnęły się wokół Idowych nóg, a na koniec wsunęła cały talerz krokietów nafaszerowanych „esencją wieszczów”, wyjątkowo złośliwym halucynogenem, po którym świat stał się niebieski w czerwone kropki, a zamiast ludzi otaczały ją zgniłozielone trolle, w Idzie zaczęła kiełkować nieodparta potrzeba pozbawienia kogoś życia. Rodziców, służby lub siebie samej – wszystko jedno. Krwiożercze żądze niechybnie zostałyby zaspokojone, gdyby na pomoc nie przyszedł atak wyrostka robaczkowego. Perspektywa spędzenia w szpitalu kilku dni z dala od rodziców i ich magicznych testów, w ciszy i samotności, nieco Idę uspokoiła, napełniła nadzieją i optymizmem.

Pech chciał, że nadzieję i optymizm szlag trafił, gdy w noc przed operacją dziewczynę odwiedził nieoczekiwany gość…

*

– Widzę nieżywych ludzi – wyszeptała Ida, ocierając twarz rękawem. Krew nie chciała zejść. Z dłoni, z policzków, z piżamy… Była wszędzie. Lepka i gęsta jak miód, ciemnoczerwona niczym dojrzałe wiśnie.

– Jakich „ludzi”? Ja jestem pojedynczy – odparł pogodnie nieżywy człowiek i uśmiechnął się do niej przyjacielsko. A zarazem makabrycznie. Nie miał oka, a krew z pustego oczodołu zalewała mu policzek i kapała na białą koszulę. Zabarwiła usta i zęby, ściekała po brodzie, nadając mu wygląd ucztującego kanibala.

– Kim jesteś, czego chcesz i co mam zrobić, żebyś sobie poszedł? – wykrztusiła Ida.

Była dziwnie spokojna. Tylko głos jej drżał. Oddech jakoś tak trudno było złapać. I serce tłukło się niesamowicie, pompowało krew z taką szybkością, że szumiała w skroniach jak wodospad i niemal całkowicie zagłuszała słowa trupa:

– Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz.

Odsunęła się od niego na sam skraj łóżka, podkurczyła nogi, oplotła ramionami kolana. Nie mogła na niego patrzeć, a jednocześnie nie umiała odwrócić wzroku. Widok był przerażający, a przy tym hipnotyzował, przyciągał spojrzenie niczym magnes.

Ida o mało nie spadła z łóżka, gdy trącona wiatrem gałąź głośno zapukała w okno. Dziewczyna odwróciła głowę i popatrzyła w tamtym kierunku, by choć na moment oderwać oczy od nieboszczyka w garniturze, od straszliwej pustki, jaka ziała z zakrwawionego oczodołu…

Na dworze było ciemno. Padało. Deszcz dudnił o blaszany parapet, ogromne krople bombardowały szybę z takim zacięciem, jakby chciały wedrzeć się do pokoju. Wichura targała koronami drzew, z furią wyszarpywała z nich liście, wyła potępieńczo, wciskała się przez szpary w oknach i złośliwie poruszała podwieszanymi parawanami. Ida była gotowa przysiąc, że za tymi parawanami coś się czai.

– Odejdź – powiedziała cicho, czując, że dostaje gęsiej skórki. – Nie chcę z tobą rozmawiać.

– Sama mnie zaprosiłaś – odparł grzecznie nieboszczyk.

Popatrzyła na niego zszokowana.

– Ja?!

– Dlatego tu jestem.

– Nikogo nie zapraszałam – zaprotestowała Ida, zdecydowanym ruchem przykrywając się kołdrą. I zamarła. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że siedzi w czymś mokrym. Chwilę walczyła sama ze sobą, po czym zerknęła w dół. Zrobiło jej się słabo. Pościel była zbryzgana krwią.

Ida przymknęła oczy, odetchnęła głęboko. Gdy uniosła powieki i bez specjalnego zaskoczenia stwierdziła, że krwawy gość nie raczył zniknąć, utkwiła w nim pełne pretensji spojrzenie.

– Będę miała koszmary – burknęła z wyrzutem. – Dopadnie mnie bezsenność. I pewnie jeszcze zacznę się jąkać. Nabawię się nerwicy albo paranoi. A w końcu wyląduję na oddziale zamkniętym. Przez ciebie. Przez takich jak ty.

– Przepraszam – odparł rozbrajająco szczerze i uklęknął przed nią. – Nie wiedziałem, że nie życzysz sobie, bym przychodził.

– W porządku. Jesteś chyba pierwszym, który przeprosił.

Ida skrzyżowała nogi, oparła łokieć na kolanie, a podbródek na dłoni. Wcale nie miała ochoty z nim rozmawiać, wysłuchiwać jego smutnej historii ani w ogóle nic o nim wiedzieć. Życzyła sobie natomiast, żeby zniknął. Jednak odkąd zaczęła widywać zmarłych, nauczyła się, że rozmowa była niezbędnym minimum. Minimum koniecznym do tego, by nieżywy zostawił ją w spokoju. Wiedziała, że Jednooki Kanibal nie odejdzie, dopóki go nie wysłucha.

Zebrała się w sobie, zdecydowana jak najszybciej pozbyć się intruza, po czym zapytała:

– Kim jesteś?

Wyraźnie zmarkotniał. Bezradnie pokręcił głową.

– Nie pamiętam.

– Długo tu się błąkasz?

– Nie wiem.

– Jest coś, co mogę dla ciebie zrobić?

– Nic nie przychodzi mi do głowy.

– Więc czemu przyszedłeś?

– Bo mnie wezwałaś.

Ida westchnęła ciężko. Przejechała dłonią po twarzy.

– Ustalmy coś raz na zawsze: nikogo nie wzywałam. Nigdy nie chciałam rozmawiać z żadnym z was. Zdajesz sobie w ogóle sprawę, że nie żyjesz?

– Nie żyję? – ożywił się. – Naprawdę? To ty mówiłaś serio?

– A co mówiłam?

– „Widzę nieżywych ludzi”. Myślałem, że to tylko tekst z horroru.

– Bo to jest tekst z horroru. Z mojego prywatnego horroru. Tam jest łazienka, popatrz w lustro, to zaraz się przekonasz, kto w nim gra.

Nieżywy człowiek wstał posłusznie i poczłapał do łazienki, obficie brocząc krwią.

– O rany! – krzyknął wyraźnie zachwycony. – Ale numer! Nie widzę swojego odbicia!

– Co ty powiesz – mruknęła Ida.

Nieboszczyk wychylił głowę zza drzwi łazienki i przyjrzał się dziewczynie.

– Ale ty swoje widzisz?

– Tak. Ja swoje widzę. Jestem żywa. Jeszcze.

– Co to znaczy jeszcze? Umierasz? Dlatego siedzisz w szpitalu?

– Nie umieram. Jutro będą mi wycinać wyrostek robaczkowy, nic wielkiego. Ale podejrzewam, że niedługo padnę na zawał, jeśli nie przestaniecie mnie tak niespodziewanie nawiedzać.

Nieżywy człowiek zamyślił się, marszcząc upaprane czerwienią czoło.

– Hmm… Skoro jestem martwy, to znaczy, że kiedyś byłem żywy – wydedukował równie logicznie, co odkrywczo. – Dlaczego więc nic nie pamiętam? – Utkwił w dziewczynie spłoszone spojrzenie jedynego oka. – Dlaczego nie pamiętam swojego życia… jak ci tam…?

– Ida – przedstawiła się i lekko skinęła głową. – Ida Brzezińska.

– Znasz odpowiedź na to pytanie, Ido?

– Nie. Mogę jedynie przypuszczać, że prawdopodobnie umarłeś… czy raczej zginąłeś niedawno. Nagle. Tak nagle, że twoja dusza jeszcze tego nie zauważyła.

– Zatem przypomnę sobie? – zapytał z nadzieją.

– Większość sobie przypomina. – Ida ziewnęła, przeciągnęła się. – Słuchaj, bardzo chciałabym się przespać. Czy mogę cię prosić, żebyś już sobie poszedł?

– Tylko dokąd? Jak?

– Nie wiem. Nie znam się. Weź się skup, zamknij oczy, może zobaczysz tunel i światło na końcu?

– Tak trafiłem do ciebie – powiedział po chwili grobowego milczenia. – Było ciemno. A potem gdzieś w oddali zobaczyłem światełko. Podążyłem za nim i oto jestem.

– No. To teraz zrobisz dokładnie to samo, tyle że udasz się w przeciwnym kierunku.

Bezimienny, cierpiący na pośmiertną amnezję nieboszczyk westchnął ponuro.

– Mogę wrócić, kiedy sobie przypomnę?

Ida bardzo nie chciała odpowiadać na to pytanie. Było jednak coś takiego w oku nieżywego człowieka, że nie miała serca odmówić.

– Możesz. Chociaż prawdę mówiąc, nie wiem, jak mogłabym ci pomóc.

Odwrócił się. Zrobił parę chwiejnych kroków, znacząc podłogę kolejnymi plamami krwi, po czym wtopił się w drzwi. Ida jeszcze długo słyszała jego ciężkie stąpanie roznoszące się echem po pustym szpitalnym korytarzu.

Niepewnie spojrzała w dół. Pościel była czysta, nieskazitelnie biała. Dziewczyna przyjrzała się swoim dłoniom, obmacała twarz, dokładnie zlustrowała piżamę. Lepka czerwień zniknęła.

Tylko w powietrzu wciąż unosiła się słodkawa, metaliczna woń.

*

Początkowo Ida łudziła się, że to leki podane jej przed zabiegiem wywołały tak niespotykaną reakcję. Jednak w głębi duszy wiedziała, że nie śniła na jawie, nie miała zwidów ani halucynacji. Widziała już zbyt wielu umarłych, by wątpić, że i ten był prawdziwy.

Pierwszy raz zobaczyła nieżywego w wieku pięciu lat na pogrzebie jakiejś starej czarownicy. Jak gdyby nigdy nic wlazł przez ścianę do mrocznej kaplicy i stanął sobie grzecznie w tłumie żałobników. Parę minut z ciekawością przyglądał się ceremonii, a po chwili podszedł do kapłana i bez ceregieli zajrzał mu przez ramię w modlitewnik. Szybko znudził się lekturą i rozejrzał na boki w poszukiwaniu ciekawszych rozrywek. Przez jakiś czas dmuchał w ustawione dookoła trumny świece, i to dmuchał bardzo efektownie, bo równo co sekundę gasła co druga. Jak w zegarku. Żałobnicy zaszemrali, zaniepokojeni niecodziennym zjawiskiem, a tamten aż rechotał z uciechy. I zaraz przestał rechotać, gdy w tłumie zobaczył uśmiechniętą twarzyczkę czarnowłosej dziewczynki, która patrzyła prosto na niego. Martwe oczy przybysza błysnęły nadzieją. Jeszcze dla pewności zrobił zeza i wystawił język, a mała zachichotała cichutko, tuląc do siebie różowego pluszowego królika.

Pięcioletnia Ida nie bała się wcale i przez parę następnych dni chętnie gawędziła sobie z nieżywym człowiekiem. Ponieważ jednak najwięcej entuzjazmu wkładała w opowieści o swoich przeżyciach w przedszkolu, zmarły doszedł do wniosku, że z takiego medium nie ma większego pożytku. Przynajmniej na razie. Pożegnał się grzecznie z uroczą pięciolatką i zapowiedział, że może kiedyś, gdy dziewczynka trochę podrośnie, wróci do niej. Ida obiecała, że będzie czekać.

*

Od tamtego czasu widywała ich co parę lat, zwykle w szpitalach, na cmentarzach lub w kościołach. Nie zawsze zdawali sobie sprawę, że są obserwowani, czasami przechodzili tuż obok, w ogóle Idy nie zauważając. Ale niektórzy, ci bystrzejsi i bardziej spostrzegawczy, witali się uprzejmie, inni zaczepiali mniej lub bardziej napastliwie, wszyscy jak jeden trup spragnieni byli kontaktu z żywym człowiekiem. I ani jeden nie odszedł, dopóki Ida nie zamieniła z nim choćby paru słów.

Nie przyznała się rodzicom, że rozmawia z przybyszami z drugiej strony, choć owszem, rozważała, czy nie podzielić się tą mroczną tajemnicą. Wtedy niewątpliwie zaprzestaliby szukania w niej czarodziejskiego potencjału i wysłali ją na szkolenie do ciotki, wiekowego i doświadczonego medium. Tyle że Ida szkolić się też nie miała zamiaru – nie w tej dziedzinie. Chciała iść na studia, zobaczyć świat, żyć jak normalny niemagiczny człowiek. Była uparta i konsekwentna. Skoro postanowiła nie poświęcać życia magii, to przecież nie będzie go poświęcać na rozmowy ze zmarłymi. A rodzice… I tak w końcu musieli dać za wygraną i pogodzić się z faktem, że z córki nie zrobią ani wiedźmy, ani medium.

Tak przynajmniej jej się wydawało.

Po powrocie ze szpitala na Idę czekała upragniona wiadomość. List z Uniwersytetu Wrocławskiego. Dostała się na wymarzoną psychologię, przyjęli jej podanie o miejsce w akademiku. W mig zapomniała o Jednookim Kanibalu. Oto cały świat, cudowny świat, świat zwykłych ludzi stanął przed nią otworem.

W środę trzydziestego września o szóstej czterdzieści pięć rano Ida spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i sprawdziła, czy bilet na pociąg do Wrocławia bezpiecznie spoczywa w tylnej kieszeni dżinsów. Po raz ostatni wyjrzała przez okno swojego pokoju na rozległy ogród, odetchnęła głęboko, całą sobą chłonąc cudowny zapach wolności, po czym chwyciła walizki i rozpoczęła niełatwą wyprawę w dół kręconych schodów.

Hałas, jakiego narobiły bagaże obijające się o stopnie, postawił na nogi cały dom.

– Ida, dziecko, co ty wyprawiasz? – zagderała Irmina Brzezińska, pojawiając się w drzwiach jadalni.

– Za dziesięć minut mam autobus na dworzec – wysapała dziewczyna. Z całej siły szarpnęła za oporne walizki, które wreszcie skapitulowały i zwaliły się ciężko z ostatnich kilku stopni.

– Ale przecież nie pojedziesz bez śniadania – zaprotestowała matka.

– Kupię sobie coś na dworcu, obiecuję, ale teraz naprawdę muszę już…

– Żaden tam dworzec, żaden autobus – wtrącił się ojciec, wychyliwszy głowę z gabinetu. – Idź do kuchni, Marianna poda ci śniadanie.

– Ale tato…

– Żadne ale. Zjedz spokojnie, zapomnij o pociągu. Jan cię zawiezie.

Ida przyjrzała się podejrzliwie najpierw ojcu, potem matce. Co oni, powariowali czy jak? Wypuszczają ją w świat tak bez żadnych protestów? Marianna poda śniadanie, Jan zawiezie… Że co proszę?

– Zostaw bagaże, dziecko, od tego jest służba – powiedziała Irmina zaskakująco łagodnie. – I zjedz coś wreszcie, strasznie blada jesteś.

Coś się kroi, przemknęło dziewczynie przez głowę. Jakaś grubsza intryga kryła się pod tymi przyjaznymi uśmiechami i spojrzeniami. Coś kombinują, widać to gołym okiem. Tylko co…

– No idźże, bo Marianna znowu będzie marudzić, że jedzenie stygnie. – Ojciec chwycił córkę za ramiona, obrócił i delikatnie popchnął w stronę kuchni. – Idź, idź.

Ida posłusznie, acz niechętnie poczłapała korytarzem. Przywitał ją zapach ziół i świeżo parzonej kawy. Marianna jak zwykle rześka i radosna nuciła pod nosem jakąś skoczną melodię i zawzięcie mieszała jajecznicę z pieczarkami wielką drewnianą łychą. Toster posykiwał cichutko, wypluwając z siebie kolejne porcje grzanek, czajnik bulgotał i pogwizdywał radośnie, a z ogromnego zielonego kubka unosiła się przepyszna woń kakao.

– Dzień dobry, panienko! – zaszczebiotała wesoło Marianna. – Panienka życzy sobie jajecznicę czy twarożek?

– Jajecznicę poproszę. Dziękuję. – Ida zajęła miejsce u szczytu dębowego stołu i zabrała się do kakao.

Z dezaprobatą patrzyła, jak kucharka z właściwą sobie hojnością nakłada na talerz zdecydowanie za dużą porcję jajecznicy i szczodrze posypuje ją szczypiorkiem. Powstrzymała się jednak od wszelkich protestów. Marianna sprawowała w kuchni niepodzielną władzę, a w kwestii jedzenia była prawdziwym tyranem.

– A zatem to dziś jest ten wielki dzień! – Kobieta postawiła przed Idą pełen talerz i podsunęła bliżej okazały stos grzanek z masłem czosnkowym.

Dziewczyna skinęła głową w odpowiedzi między kolejnymi łykami kakao.

– I nie boi się panienka?

– No bez przesady. – Ida wzruszyła ramionami. – To tylko studia, nie ma się czego bać.

– No ale… – Kucharka przerwała na chwilę energiczne mieszanie w garnku z zupą pomidorową i wykonała w powietrzu niezdecydowany gest chochlą. – Ja na panienki miejscu byłabym przerażona! Po raz pierwszy całkiem sama w obcym mieście na drugim końcu kraju!

– Przesadza Marianna. – Ida uśmiechnęła się lekko. Nabiła na widelec kawałek pieczarki i uniosła do ust. – Nie będę całkiem sama, szybko znajdę sobie jakieś towarzystwo.

– Całe szczęście, że ciotka się panienką zajmie – ciągnęła kucharka, nie zwracając uwagi na słowa dziewczyny. – I wszystkiego nauczy. Musi być panienka strasznie podekscytowana, że po raz pierwszy w życiu spotka siostrę swojej matki…

Ida na te słowa zakrztusiła się pieczarką i mocno kaszlnęła w pięść.

– A skąd… – wykrztusiła słabo. Miała wrażenie, jakby ktoś wylał jej na głowę wiadro lodowatej wody. – Skąd Marianna wie, że jadę do ciotki?

Kucharka nie odpowiedziała od razu, zajęta naciąganiem jaskrawożółtych gumowych rękawic. Poprawiła fartuszek w różnobarwne kwiatki i z werwą zabrała się do zmywania.

– A bo to jaka tajemnica? Rodzice panienki coś wspominali przy kolacji – odparła pogodnie, przekrzykując szum wody. – Wczoraj przyszedł list z Wrocławia od siostry pani Irminy. Rodzice powiedzieli, że to do niej panienka się wybiera.

– A tak… Tak, do niej… – skłamała Ida.

Odsunęła od siebie kubek, utkwiła smętny wzrok w jajecznicy. W jednej chwili straciła apetyt. I postanowiła, że jednak zabije rodziców.

– Jak tylko uporam się z garami, przygotuję wam kanapki na drogę. Dla panienki i Janka. Dużo kanapek. I kompotu gruszkowego, gorąc taki przecie… Z Gdyni do Wrocławia kawał drogi, pewnie dojedziecie na miejsce dopiero na wieczór.

– A wie Marianna, gdzie jest Janek?

– A pewno majstruje przy tej swojej machinie, jak zwykle. – Marianna nachmurzyła się w jednej chwili. – Wiecznie ubranie zapaprze smarem czy diabli wiedzą czym, doprać tego nie idzie, czarna maź taka śmierdząca okrutnie. Tysiąc razy mu chyba mówiłam, żeby nie grzebał przy samochodzie w służbowej koszuli, to nie! A ile krawatów na amen zapaskudził! I ciągle zapomina wyciągać rzeczy z kieszeni, zanim do prania odda, a potem chodzi obrażony, że mu się kupon totolotka podarł i wyblakł. A jak ma się nie podrzeć i nie wyblaknąć, proszę panienki, jak ja najpierw namaczam, potem robię pranie wstępne, potem właściwe, potem płukanie, a na końcu jeszcze odwirować trzeba… Co ja z tym chłopem mam, mówię panience… – Kucharka westchnęła głośno. Zakręciła wodę, zdjęła rękawice i wolno odwróciła się od zlewu. – A te kanapki to życzy sobie panienka z szynką czy z ser…

Zamilkła zaskoczona.

Po Idzie został tylko talerz stygnącej jajecznicy i niedopite kakao.

*

– Pssst! Panie Janku!

Szofer podniósł zdziwiony wzrok znad samochodowych bebechów i rozejrzał się na wszystkie strony.

– Tutaj! Za krzakiem!

– Ida, na Boga, co ty tam robisz? Wyłaź czym prędzej, toż Marianka głowę ci urwie, jak zobaczy te podeptane róże!

– Mniejsza o róże. Uciekam z domu.

Brwi Janka powędrowały do góry.

– Ale po co? Przecież zaraz i tak wyjeżdżamy.

– Ale pan Janek ma mnie zawieźć nie tam, gdzie ja chcę pojechać. Proszę otworzyć bagażnik, żebym mogła zabrać walizki.

– Dziecko drogie, zawiozę cię, dokąd chcesz, tylko nie rób głupstw.

Jan szybko zatrzasnął maskę i podszedł do dziewczyny, starając się wytrzeć ręce w szmatę. Sądząc po warstwie brudu, jaka tę szmatę pokrywała, skutek był raczej odwrotny do zamierzonego.

– I co to znaczy, nie tam, gdzie chcesz pojechać? Toż całe lato szczebiotałaś o Wrocławiu. A my do Wrocławia właśnie jedziemy, nie? I wyjdźże w końcu z tych krzaków, bo się czuję jak jaki konspirator!

Ida musiała chwilę powalczyć z różami, które oprócz tego, że kolczaste, były także złośliwe i nie chciały odczepić się od bluzy. Wreszcie wydostała się na żwirową ścieżkę, podrapana, rozczochrana i nieszczęśliwa.

– Dokąd dokładnie ma mnie pan zawieźć, panie Janku? – zapytała. – Jakiś adres pan ma?

– Ano mam… – Poklepał się po kieszeniach, wyciągnął upaćkany smarem karteluszek. A potem znów zaczął przetrząsać ubranie w poszukiwaniu okularów. – Ożeż, ale niewyraźnie… zaraz, zaraz… Wrocław, Wittiga siedemnaście – odczytał z trudem. – Ojciec panienki to bazgrze jak, za przeproszeniem, kura pazurem…

– Mogę? – Ida wyjęła kartkę z rąk szofera i krytycznie przyjrzała się pismu. – To nie on – oceniła z przekonaniem. – Mama też nie. Oboje kaligrafują z takim oddaniem, jakby ktoś im za to płacił. Zawsze co najmniej pół godziny musiałam czekać, zanim mi napisali zwolnienie do szkoły. Nie znam tego pisma. Nie znam ciotki, do której zapewne pismo należy. Wiem natomiast, że pod ten adres nie pojadę. Mowy nie ma. – Zdecydowanym gestem oddała Janowi papierek. – Proszę otworzyć bagażnik – powtórzyła, nerwowo spoglądając na zegarek. – Jeśli za pięć minut dotrę na przystanek, to może jeszcze zdążę na drugi autobus i na pociąg…

– Z całym szacunkiem, drogie dziecko, ale pleciesz bzdury. Toż samochodem będzie szybciej i wygodniej. Bez przesiadek, bez tłoku. A ty jak to sobie wyobrażasz? Jak dasz nogę teraz, to przecież ojciec nie odpuści, zaraz zacznie cię szukać i głowę dam, że dotrze na dworzec prędzej niż ty. A tak, wsiądziesz grzecznie do samochodu, nie budząc niczyich podejrzeń.

Ida spojrzała na szofera z wdzięcznością. Uśmiechnęła się, pomału odzyskując wiarę w to, że nie wszyscy ludzie są tak podli i podstępni jak jej właśni rodziciele.

– Dziękuję za dobre chęci, ale sam pan dobrze wie, jacy oni są. Jak tylko się dowiedzą, że nie dotarłam do ciotki, ojciec wpadnie w szał, a matka dla odmiany w histerię. I będzie afera.

– Jak teraz zwiejesz, to afera będzie jeszcze gorsza – zauważył Jan. – A jeśli ja cię zawiozę, zyskasz o wiele więcej czasu. I będziesz miała parę dni na wykombinowanie, co dalej.

– Nie chcę pana narażać – zaprotestowała Ida.

– A cóż mogą mi zrobić? Przecież mi w myślach nie będą czytać. Honor im na to nie pozwoli.

Jan miał rację. Było mało prawdopodobne, by rodzice złamali niepisaną zasadę mówiącą, iż niemagicznych ludzi bez ich zgody czytać się nie godzi. Dobieranie się do umysłu bez wiedzy właściciela uważano za godny potępienia nietakt. A państwo Brzezińscy, przynajmniej do tej pory, stronili od wszelkich nietaktów. Ba, obiecali nawet Janowi i Mariannie, że nigdy nie przeczytają ich myśli bez wyraźnego powodu i bez uprzedniego zapytania o pozwolenie. Zawsze byli niezdrowo i niepraktycznie honorowi. Z drugiej strony obojgu zdarzało się zachowywać impulsywnie, zwłaszcza jeśli chodziło o córkę… Co będzie, jeśli nagle jakiś głupi pomysł strzeli im do głów i postanowią jednak prześwietlić Jana? Wtedy szofer straci pracę. Marianna pewnie też…

– Mimo wszystko nie chcę, by pan tak dla mnie ryzykował – odparła poważnie Ida. – Nigdy nie wiadomo, kiedy im odbije.

– Skoro tak mówisz. – Jan wzruszył ramionami. – Ale zapomniałaś o jednym istotnym szczególe.

– Jakim?

– Czy twój ojciec nie zna przypadkiem adresu akademika?

Ida uśmiechnęła się z mściwą satysfakcją.

– Nie. Tak się skupił na knuciu z ciotką, że pewnie zupełnie nie zaprzątał sobie tym głowy. Nawet mnie o ten adres nie zapytał, wredny drań.

– Ida! – zganił ją Jan. Chciał przy tym wypaść surowo i poważnie, ale mu nie wyszło. Z trudem ukrywał rozbawienie. – Jak się wyrażasz o ojcu?

– No co?! – zawołała dziewczyna bojowo i wzięła się pod boki. – A może nie jest wrednym draniem? Nie potrafi pogodzić się z tym, że ja nie chcę iść w jego ślady, i robi wszystko, żeby mi zniszczyć życie.

Jan nie skomentował. Wzmianka o niszczeniu życia zabrzmiała tak dramatycznie, że nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

Ida nachmurzyła się, urażona jego reakcją do żywego.

– Pan Janek też jest wrednym draniem – fuknęła.

Szofer aż zgiął się wpół ze śmiechu.

– Dziecko, nie rób takiej miny, bo pęknę… No już, już, nie obrażaj się. Powiem ci, co zrobimy. – Jan spoważniał. A przynajmniej spróbował. – Zawiozę cię na dworzec. Obok jest stacja benzynowa, i tak musiałbym się tam zatrzymać. Wysiądziesz sobie i pójdziesz na pociąg.

Dziewczyna zastanowiła się. Propozycja Jana brzmiała wcale rozsądnie. Rodzice nie rzucą się tak od razu w pogoń, a szofera nie będą o nic podejrzewać. W razie wpadki wszystko spadnie na Idę i tylko na Idę.

– I zrobi pan to dla mnie?

– A cóż wielkiego. – Jan wzruszył ramionami. – Tylko nie wiem za bardzo, na co ty liczysz. Przecież będą cię szukać. A liczba akademików we Wrocławiu jest raczej ograniczona.

– Mam swoje sposoby – powiedziała Ida. – Sami mnie ich nauczyli. Może nie umiem używać magii, ale umiem się przed nią bronić. Nie znajdą mnie. Nie tak łatwo.

– Jak sobie chcesz. A teraz, gdybyś była tak miła i przyniosła mi dokumenty wozu. Twój ojciec wybrał się wczoraj na przejażdżkę, powinny być w jego gabinecie.

Ton głosu szofera zaskoczył Idę. Wyraz jego twarzy zaskoczył ją jeszcze bardziej. Jan wpatrywał się w nią z takim skupieniem, jakby chciał sprawić, by jego myśli stały się dla dziewczyny widoczne.

– W gabinecie na biurku – powiedział wolno i cicho. – A to biurko ma wiele szuflad, w szufladach całe stosy papierów. Prawdopodobnie jest między nimi pewien list, który sądząc po adresie nadawcy, przyszedł z Wrocławia. Mała, ciemnozielona koperta.

– Skąd…

– Wczoraj osobiście wyciągnąłem go ze skrzynki.

Kiedy Idzie udało się wreszcie wyjść ze zdziwienia, serdecznie uścisnęła dłoń Jana i czym prędzej popędziła w stronę domu. Szofer westchnął, machnął ręką i poszedł na śniadanie, pomrukując pod nosem coś o dzisiejszej młodzieży.

Głosy dochodzące z jadalni jednoznacznie świadczyły o tym, że rodzice nie skończyli jeszcze śniadania. Ida niezauważona przez nikogo przetruchtała na drugą stronę holu i szczęśliwie dotarła do niewielkiego, mrocznego korytarzyka. Szarpnęła za klamkę i weszła do gabinetu, bezgłośnie zamykając za sobą drzwi.

– Biurko… – mruczała pod nosem, dopadając mebla. – Szuflady… Papiery… Matko, ile tego… – jęknęła i zaczęła gorączkowo przetrząsać tony makulatury. – Koperta. Ciemnozielona koperta. Ciemna i zielona, ciemna, zielona, ciem… Ha, tu cię mam!

– Ida?

Dziewczyna zamarła, klęcząc nad otwartą szufladą. Głos ojca podziałał na nią jak paralizator. Wzięła kilka głębszych wdechów, uspokoiła się nieco i dopiero wtedy wystawiła głowę zza biurka.

– Kolczyk mi wypadł – poskarżyła się, jedną ręką cichutko zasuwając szufladę, drugą wkładając list do kieszeni bluzy, po czym z powrotem zniknęła za meblem.

– A co ty tu właściwie robisz?

– Jan przysłał mnie po dowód rejestracyjny… A kolczyk mi wzięło i wcięło, kurczę, nie mogę draństwa znaleźć… No trudno.

Wstała z klęczek i rozłożyła ręce w geście kapitulacji. Chwyciła dokumenty samochodu, przemaszerowała przez gabinet, pocałowała ojca w policzek i czym prędzej uciekła na korytarz.

Sławomir Brzeziński przez chwilę patrzył za córką pełen wątpliwości i podejrzeń, potem wolno zamknął drzwi. Podszedł do biurka, przyglądając mu się z uwagą. Już miał zamiar zajrzeć do pierwszej szuflady, gdy jego uwagę odwrócił drobny, błyszczący przedmiot.

Srebrny kolczyk na dywanie sprawił, że wątpliwości i podejrzenia Sławomira Brzezińskiego od razu się rozwiały.

*

W holu Ida stanęła twarzą w twarz z zagniewaną Marianną, która nie chciała słuchać żadnych tłumaczeń, tylko chwyciła dziewczynę pod ramię i siłą zaciągnęła z powrotem do kuchni. Dopóki ona gotuje w tym domu, nikt nie ruszy się za próg bez porządnego śniadania. Świeża porcja jajecznicy oraz kubek herbaty z cytryną już czekały. Chcąc nie chcąc, Ida potulnie chwyciła za widelec i jadła pod czujnym okiem kucharki, która w międzyczasie z wprawą zawijała kanapki w folię aluminiową.

Dochodziła ósma, gdy Ida i Jan wsiedli wreszcie do samochodu i wyjechali za bramę posiadłości, żegnani przez poważnych i powściągliwych jak rzadko Brzezińskich oraz Mariannę ocierającą oczy koronkową chusteczką.

Tak jak ustalili, zatrzymali się na stacji benzynowej. Jan napełnił bak, przy okazji otwierając bagażnik, i zanim poszedł zapłacić, machnął do dziewczyny na pożegnanie.

Ida wytaszczyła z samochodu walizki i plecak i ruszyła w stronę przejścia dla pieszych. Gdy dotarła na dworzec, pociąg już czekał. Znalazła sobie prawie pusty przedział, wpakowała bagaże na półkę i usiadła naprzeciwko młodej, jasnowłosej kobiety.

Wlepiła nos w szybę, spodziewając się w każdej chwili zobaczyć biegnącego ku niej wściekłego ojca albo słaniającą się na nogach, bliską omdlenia matkę. Nic takiego się jednak nie wydarzyło.

Pociąg ruszył.

– Zdecydowanie za łatwo poszło – mruknęła pod nosem z większym niedowierzaniem niż ulgą.

Pech był tego samego zdania. Zmartwił się tym bardzo i na długo pogrążył w zadumie, próbując wykoncypować, co z tym fantem zrobić. Wreszcie wykoncypował. Uradowany już zacierał ręce i czym prędzej zabrał się do kompletowania swoich ulubionych narzędzi komplikujących, niweczących i udaremniających. I zaczął snuć swoje własne plany…

Ida tymczasem przypomniała sobie o liście. Wydobyła go z kieszeni, otworzyła i rozczarowała się, zanim jeszcze zaczęła czytać. Raptem dwa zdania. Dwa zdania, a mimo to odcyfrowanie treści zajęło jej trochę czasu. Pismo w istocie było koszmarne.

Przyślą ją do mnie najszybciej jak się da.

To niezbędne minimum, niech pamiętają.

Pozdrawiam

T.

I to wszystko.

Ida obejrzała list ze wszystkich stron, zajrzała do koperty. Niczego więcej nie znalazła. I na dobrą sprawę niczego nowego się nie dowiedziała, no, może z wyjątkiem tego, że ciotka T. jest osobą powściągliwą i konkretną, ma za to zerowe pojęcie o gramatyce. Dla takiego strzępka informacji nie warto było bawić się we włamywacza. Bez sensu.

Dziewczyna znalazła w plecaku książkę, wcisnęła list za okładkę, rozsiadła się wygodniej i pogrążyła w lekturze.

*

Wrocław powitał Idę koło siódmej wieczorem, gorący, głośny i zakorkowany. Godzinę zajęło jej dotarcie tramwajem na drugą stronę miasta, kolejne pół znalezienie właściwej ulicy.

Wreszcie wkroczyła do akademika i powlokła się w kierunku portierni. Zameldowała się, dostała klucz. Niemal wzruszona wspinała się po schodach, walcząc z ciężkimi bagażami, które odmawiały współpracy z godnym podziwu uporem.

Dotarła na swoje piętro. Zadymione, gwarne i pełne ludzi.

Obładowana Ida ledwo zdołała przedrzeć się przez tłum, ciągle ktoś na nią wpadał, ktoś ją pchał, potrącał i poszturchiwał, aż w dziewczynie na nowo zbudziła się znajoma żądza mordu. Gdy wreszcie dostała się do pokoju, który od tej chwili miał być jej królestwem, porzuciła bagaże byle gdzie i padła na łóżko.

– Jestem Joanna – odezwał się niespodziewanie nieśmiały głos. Tak niespodziewanie, że Ida drgnęła.

Uniosła głowę. Na parapecie siedziała dziewczyna o krótko przystrzyżonych rudych włosach, ubrana w długą, bordową spódnicę i czarną bluzkę. Uśmiechała się ciepło, beztrosko machając nogami.

– Jak masz na imię? – zapytała.

– Ida.

Joanna uśmiechnęła się szerzej.

– Będziemy dzielić pokój – oświadczyła radośnie. – Dobrze, że przyjechałaś, miło wreszcie z kimś porozmawiać… Nie idziesz na imprezę? – Ruchem głowy wskazała drzwi, za którymi rozlegały się wrzaski i ryki, świadczące niewątpliwie o tym, że na korytarzu właśnie kogoś torturują.

– A muszę? – jęknęła Ida.

Joanna wzruszyła szczupłymi ramionami.

– Wszyscy tam są.

– To dlaczego ciebie tam nie ma?

– Nie lubię ludzi – wyjaśniła ponuro ruda. – W tłumie czuję się zagubiona i niewidoczna… Choć nie zawsze tak było.

Ida ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Marta też tam jest. Przyjechała dwie godziny temu i już się zdążyła upić. – Joanna z politowaniem pokręciła głową.

– Marta?

– Nasza współlokatorka.

Jak na zawołanie do pokoju wparowała niska, pulchna brunetka, a razem z nią silna woń alkoholu i dymu papierosowego.

– O, cześć. – Uścisnęła Idową dłoń. – Szkoda, że dopiero przyjechałaś, impreza niedługo zacznie dogorywać. Jestem Marta.

– Ida, miło mi…

– No to, Ida, rób się na bóstwo i idziemy.

– Dokąd?

– No jak to, dokąd? Nie słyszałaś, co mówiłam o imprezie?

– Ale… – Spłoszona Ida zerknęła na boki, szukając ratunku. – Zmęczona jestem i…

– Nie pierdziel mi tu, dobra? No chodź, nikogo jeszcze nie znasz, to świetna okazja, żeby poznać…

– Znam Joannę – wypaliła Ida.

Rudowłosa dziewczyna uśmiechnęła się do niej promiennie.

– Kogo? – Marta ostentacyjnie rozejrzała się po pokoju.

– Mówiłam ci – burknęła Joanna, obdarzając brunetkę nieprzychylnym spojrzeniem. – Mówiłam ci, że mnie nie zauważają! Jakbym była niewidzialna!

Z tymi słowami zeskoczyła na podłogę i wybiegła z pokoju.

– To nie było miłe – skomentowała Ida. – Już się zdążyłyście pokłócić?

Marta machnęła ręką. Gest zachwiał jej z trudem utrzymywaną równowagą i dziewczyna z impetem przysiadła na łóżku.

– Nie wiem, co ci o mnie naopowiadała ta cała Joanna, ale nie wierz jej. Z niektórymi nie warto rozmawiać… O, na przykład taka Marlena, to nie dość, że gruba i brzydka, to jeszcze na dodatek głupia jak nie wiem co… – Brunetka czknęła głośno. – Daję ci pięć minut – oświadczyła, dźwigając się z łóżka. Trochę się musiała namęczyć, by z powrotem stanąć na nogach. – Nie przyjdziesz sama, to wrócę po ciebie!

Rzuciwszy groźbę, Marta niebezpiecznie zachybotała się na siedmiocentymetrowych szpilkach i niepewnym krokiem podążyła do drzwi.

Ida przez chwilę pozwoliła sobie mieć nadzieję, że jednak uda jej się uniknąć udziału w bibie. Może pijana Marta zwyczajnie o niej zapomni? Ida marzyła teraz wyłącznie o łóżku. Choć prawdę mówiąc, miała poważne wątpliwości, czy uda jej się zasnąć, zważywszy na harmider, jaki czynili imprezowicze. Gdyby ktoś zawiązał jej oczy i kazał po samych dźwiękach zorientować się, gdzie właśnie się znajduje, prawdopodobnie odpowiedziałaby, że w dżungli. Albo w zoo. Albo w cyrku. W każdym razie w miejscu absolutnie nieprzystosowanym do spania.

Marzenia o śnie spełzły na niczym. Marta, chyba jeszcze bardziej pijana niż przed chwilą, wtargnęła do pokoju i bez ceregieli chwyciła Idę za ramię.

– No chodźże, dziewczyno, wszyscy czekają.

– Że niby na mnie?

– No a na kogo? Chodź, kolejka nalana, blancik się kręci, normalnie taka impreza…

Ida westchnęła, wzruszyła ramionami i podążyła za świeżo upieczoną współlokatorką, która musiała sunąć bokiem przy ścianie, żeby utrzymać się na nogach. A trudno. Wypije piwo, no, może dwa, a potem, miejmy nadzieję, jakoś zdoła uciec do pokoju… W tym tłumie i tak pewnie nikt nie zauważy.

Impreza odbywała się w jednym z większych pokoi. Ida została posadzona na kanapie między farbowaną rudą o opływowych kształtach i rażąco prostackim makijażu a drzemiącym z otwartymi ustami chuderlawym okularnikiem. W jedną dłoń wciśnięto jej setkę wódki, w drugą czerwone marlboro, ktoś podsunął pod nos płonącą zapalniczkę. Zapowiadał się cudowny wieczór.

Ida przy najbliższej okazji czmychnęła z kanapy i znalazła sobie bezpieczniejsze miejsce. W kącie, pod ścianą, tak jak lubiła najbardziej. Po krótkiej obserwacji towarzystwa szybko wypatrzyła w tłumie to, czego szukała, czyli w miarę jeszcze trzeźwych uczestników imprezy. Było ich trzech. Michał zwany Kartochem, Piotr zwany Romanem i Maciej zwany Maciejem. Kartoch siedział po turecku, tuląc do piersi opakowanie czekoladowych ciasteczek, Roman na zmianę marudził i klął pod nosem, starając się zetrzeć ketchup z białej koszuli, a Maciek siedział zupełnie nieruchomo z ciemnymi okularami na nosie i miną człowieka, który właśnie stanął u bram niebios, a w uszach rozbrzmiewają mu chóry anielskie.

– Ej… – odezwał się Kartoch, szturchając Maćka w bok. – Podałbyś te pierniczki… O tam są, na stole.

– Staaaary… Ja teraz jestem w innym wymiarze. W strefie zen se fruwam, nie przeszkadzaj.

– Roman?

– Tuuuu… far… ełej… – zamruczał tamten w odpowiedzi. – Sorry, Misio, ale w tej kwestii ci nie pomogę.

– Ej, no nie bądź świnia. Czekolada mi się skończyła. Ja tych pierniczków potrzebuję.

– Sam jesteś pierniczek. Upiekłeś się jak ciasteczko, było tyle palić? Napijmy się lepiej. Maciek, polejesz?

– Staaaary… Ja teraz jestem w takiej zajebistej dżungli. Są małpy, lwy, tropikalne ptaki…

– Owce… – podsunął Roman.

– Jakie, kurwa, owce? W dżungli nie ma owiec.

Roman przysunął do siebie trzy kieliszki, błędnym wzrokiem rozglądając się za butelką.

– Ale to są… specjalne owce – sprostował po chwili namysłu. – Misio, tam wódka stoi na ławie i mruga. Chyba chce ci coś powiedzieć.

– Staaaary… nie. Wydaje ci się…

– Misiek, ja nie mogę się denerwować, a ty nie chcesz polać!

– Obaj jesteście powaleni i należałoby was wystrzelić w kosmos – odezwał się Maciek, rzucając im pełne politowania spojrzenie znad ciemnych okularów. – Razem ze specjalnymi owcami…

Im dłużej Ida przysłuchiwała się tej niecodziennej i niezbyt trzeźwej konwersacji, tym większą sympatią darzyła oryginalną trójkę. Tak się składało, że stół stał niedaleko, chwyciła więc miskę z pierniczkami i ruszyła przez pokój, po drodze zgarniając z ławy butelkę wódki.

– Aniele! – zawołał Roman, przyjmując dary telepiącymi się rękoma. – Kartoch, łap!

– O rany! Pierniczki!

Maciek uniósł okulary i przyjrzał się dziewczynie na tyle uważnie, na ile pozwalał jego stan.

– A ty to…?

– Ida – przedstawiła się i nie widząc lepszego miejsca, usiadła po turecku na podłodze. – Od jakichś trzydziestu minut lokatorka pokoju numer dwadzieścia cztery, a od pięciu bezwolna uczestniczka tej… – uczyniła nieokreślony ruch ręką, bo na chwilę zabrakło jej słów – tej… uroczystości.

– Aaaaa… – Roman zatarł ręce i nie wiedzieć skąd wytrzasnął czwarty kieliszek. – Zatem trza wypić zdrowie nowej koleżanki, nie może inaczej być. Ja poleję, a ty, Kartoch, skręć blancika.

– Wódki mogę się napić – zgodziła się Ida – ale za blanta podziękuję.

– Ustalmy coś – mruknął Roman, z lepszym lub gorszym skutkiem starając się nie rozlewać. – Zasada numer jeden: ja ustalam zasady. Zasada numer dwa: wódki się napić nie możesz, tylko musisz. Zasada numer trzy: blancik to niezbędne minimum dla dobrej imprezy. Nie ma mowy, żebyś nie spróbowała. Niezbędne minimum, Ida!

Ida skrzywiła się z niechęcią. Niezbędne minimum… Nie, to określenie zdecydowanie nie kojarzyło jej się z niczym przyjemnym. Roman był jednak człowiekiem nieustępliwym. Zwłaszcza po pijaku. Zwłaszcza jeśli w grę wchodziło zielone. Słodkawy dym, który uniósł się ze świeżo skręconego blanta, przywodził na myśl woń wypalanych chwastów. Ida skrzywiła się jeszcze bardziej, ale postanowiła nie protestować. Przyjęła skręta. Dym drapał gardło i wyciskał łzy z oczu. Dziewczyna zakaszlała w pięść, przekazując fajkę pokoju Romanowi.

Tymczasem Pech nie spał. Nigdy nie śpi. Pech cierpi na bezsenność oraz pracoholizm. Czekał tylko na odpowiedni moment, by wkroczyć do akcji. Czekał cierpliwie i w pełnej gotowości.

I doczekał się.

– Zielono mi – zaszemrał błogo Maciek. Rozsiadł się wygodniej i zsunął okulary z czoła na nos. – O, jak zielono…

– Taaa… A co żeś ględził przed chwilą? Że do dupy to zioło, że nic nie kopie – zarechotał Roman, spoglądając na świat oczami śniętego Chińczyka.

– Moje skarby… – rozczulił się Kartoch, ani na moment nie wypuszczając pełnej łakoci miski z rąk. Nikt nie miał wątpliwości, że słów nie kierował do towarzyszy. – Chcesz może? – zapytał Idy.

Ida nie odpowiedziała. Ida doznała wizji.

Pokój drżał. Cały akademik trząsł się w posadach. Szyby w oknach pękły z hukiem, szkło sypnęło do pokoju kryształowym deszczem, wiatr zatargał firankami, wtłaczając do zadymionej hasz komory nieco świeżego powietrza i kilka zeschniętych liści. A sufit…

Idzie nagle zrobiło się gorąco.

Sufit zaczął pękać.

Lampa zatelepała się dziko, światło mrugało histerycznie, tak że obrazy zmieniały się przed oczami dziewczyny niczym pokaz slajdów. Płaty tynku i zaprawy spadały na podłogę i głowy imprezowiczów, z pluskiem wpadały do drinków, z głośnym szelestem bombardowały paczki chipsów. Ida znieruchomiała, widząc, jak przez pęknięcie przedostają się włochate, szponiaste łapy zaciekle wydrapujące w suficie głębokie bruzdy. O mało nie zerwała się na równe nogi, gdy z tych bruzd zaczęły kapać krople barwy dojrzałych wiśni. Jedna z kropli spadła jej na dłoń, parząc niemiłosiernie i wyduszając z ust dziewczyny cichy jęk. W powstałej szczelinie ziała czarna, przerażająca otchłań, a z tej otchłani spoglądały ogromne, płonące krwawym ogniem ślepia. Nie trzeba chyba dodawać, że spoglądały prosto na Idę.

Oniemiała dziewczyna zrobiła właśnie swój pierwszy krok w kierunku obłędu.

A Pech aż podskakiwał i piszczał z uciechy.

– Ej, Ida! – Roman potrząsnął ją silnie za ramię. – Zleć na chwilę na dół. Coś się tak zacięła?

– Zjarała się, ot co – ocenił fachowo Maciek.

– Ale stary, patrz, jak się wkręciła! Co ona widzi w tym suficie?

– Pewnie specjalne owce… Takie fruwające.

Ich słowa były tak odległe i przytłumione, jakby dochodziły z bardzo głębokiej studni. Ida nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Nie była w stanie opuścić wzroku wciąż utkwionego w pękniętym suficie.

Usłyszała krzyk. Oprzytomniała, rozejrzała się szybko. Joanna stała w drugim końcu pokoju z uniesioną głową i oczami wbitymi w ziejącą czernią dziurę. Krzyczała, a w jej zielonych tęczówkach błyszczało przerażenie. Ida patrzyła, jak otchłań wyciągnęła łapy do rudowłosej dziewczyny, oplotła ją włochatymi ramionami i wciągnęła w szczelinę. Wrzask Joanny urwał się raptownie.

Tymczasem krwawy deszcz padał bezustannie, upodabniając pokój do rzeźni. A imprezowicze nic sobie z tego nie robili. Pałaszowali mokre od krwi chipsy, popijali zabarwione czerwienią drinki, dziewczęta poprawiały mokre, karminowe włosy, lepiące się do ciał bluzeczki i spódnice… Tymczasem spojrzenie płonących oczu próbowało Idę spopielić, przepalić na wylot, pochłonąć.

Ida poczuła, że robi jej się słabo. A potem nagle ktoś zgasił światło.

I wszystko ucichło.

*

Nie miała pojęcia, jak znalazła się w łóżku, i szczerze mówiąc, wolała się nie dowiadywać.

Obudziła się rano z potężnym bólem głowy. I w paskudnym nastroju, świetnie zdawała sobie bowiem sprawę, że migrena nie miała absolutnie nic wspólnego z kacem. Prawie nie tknęła alkoholu. Za to ten przeklęty skręt…

Wzdrygnęła się na samo wspomnienie nocnej wizji.

Co ją w ogóle podkusiło, żeby palić trawę?! Idiotka, pomyślała samokrytycznie, przewracając się na drugi bok, i zamknęła oczy, żeby znów zasnąć. Skończona idiotka, która na własne życzenie pakuje się w kłopoty. Bohaterka kiepskiego horroru, która bez zastanowienia włazi do mrocznej piwnicy, nawet nie zabrawszy ze sobą latarki. No kretynka!

Okropny, świdrujący w uszach dźwięk, który nagle wybuchł pod jej poduszką, brutalnie przerwał ponure rozmyślania. Całkowicie rozbudzona Ida usiadła na łóżku. Dźwięk nie ustępował, piskliwie domagając się uwagi, dziewczyna sięgnęła więc pod poduszkę, wydobyła dziko wibrujący i migający telefon komórkowy. Telefon, który nie należał do niej.

To jak to tam było z tą bohaterką horroru?…

Gapiła się na znalezisko niezbyt przytomnie, aż wreszcie pochrapująca na sąsiednim łóżku Marta otworzyła jedno oko.

– To mój – wymruczała, tłumiąc ziewanie, i odebrała od Idy wciąż dzwoniącą komórkę. – Przepraszam, zapomniałam wyłączyć budzik. Ożeż, już jedenasta…?

Wygramoliła się spod kołdry, przeciągnęła i sięgnęła po szlafrok.

– Ida, chcesz płatki?

– A może byś tak