Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 392 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szalony J. - Dillard Johnson

W zaciętych walkach, ryzykując życiem, sierżant Dillard Johnson nazywany przez kolegów Szalony J. według szacunków Pentagonu uśmiercił ponad 2000 żołnierzy przeciwnika podczas operacji „Iraqi Freedom”, w której dowodził „Carnivore” – Bojowym Wozem Piechoty Bradley. Po graniczącym z cudem pokonaniu choroby nowotworowej (skutek napromieniowania, na które był narażony, strzelając przeciwpancernymi pociskami z rdzeniem ze zubożonego uranu), odbył drugą turę bojową w Bagdadzie, zabezpieczając działania towarzyszy broni jako snajper. Z potwierdzonym wynikiem 121 zabitych jest oficjalnie uznany za najskuteczniejszego strzelca wyborowego US Army po Chrisie Kyle’u, autorze Celu snajpera.

Dziś Johnson to niemal legenda – pojawił się na okładce czasopisma „Soldier of Fortune”, które zamieściło jego artykuł, a w muzeum w Fort Stewart znajduje się poświęcona mu ekspozycja. Jednak dopiero teraz ujawnia całą prawdę: Szalony J. to opowieść pełna męstwa, humoru i fascynujących szczegółów z pola walki, porywająca i brutalnie szczera autobiografia niezwykłego żołnierza.

Starszy sierżant w stanie spoczynku Dillard Johnson - Szalony J. - w czasie 20-letniej służby został uhonorowany Srebrną i Brązową Gwiazdą, czterokrotnie Purpurowym Sercem oraz wieloma innymi odznaczeniami. Jego mundur i snajperską książkę ewidencyjną wystawiono w muzeum. Jest wymieniony w On Point: The United States Army in Operation Iraqi Freedom, wyczerpującym studium Pentagonu nt. inwazji na Irak 2003. Bywał gościem programów telewizji Fox News i Good Morning America.

Opinie o ebooku Szalony J. - Dillard Johnson

Fragment ebooka Szalony J. - Dillard Johnson

Redakcja stylistyczna

Joanna Złotnicka

Korekta

Halina Lisińska

Renata Kuk

Wszystkie zdjęcia wykorzystano

za zgodą autora

Tytuł oryginału

Carnivore

A Memoir By One of The Deadliest American Soldiers of All Times

Copyright © 2013 by Dillard Johnson and James Tarr

Published by arrangement with William Morrow, an imprint of HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4927-8

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKĘ TĘ DEDYKUJĘ

Mojej ukochanej żonie Amy za wsparcie, wyrozumiałość i wytrwałość.

Moim dzieciom, Danielowi, Janise, Jaycobowi i Maxowi, za pogodzenie się z ciągłą nieobecnością ojca i za wyrzeczenia, które musiały ponosić, kiedy nie było mnie w domu.

Wielkiej Trójce oraz Davidowi Fortierowi i Jamesowi Tarrowi za przekonanie mnie do spisania tych wspomnień.

Kapitanom McCoyowi, Bairowi i Burgoyne’owi, najlepszym dowódcom, jakich można sobie zażyczyć.

Starszym sierżantom Royowi Griggesowi, Jasonowi Christnerowi i porucznikowi Garrettowi McAdamsowi za przewodnictwo i pomocną dłoń.

Starszemu sierżantowi Tony’emu Broadheadowi za nieustanne wsparcie, osłanianie i ratowanie mojego tyłka, kiedy pakowałem się w kłopoty. Bez niego nie byłoby Szalonego J., „Carnivore’a” ani tej książki.

Załodze „Carnivore’a”: Soprano, Sperry’emu, Sully’emu i Pattenowi, za to, że ze mną wytrzymali i byli najlepszym bojowym zespołem pod słońcem.

Moim skrzydłowym: Geary’emu, Carterowi, Wallace’owi, Williamsowi, Millerowi, Sowby’emu, Kennedy’emu i wszystkim chłopakom z kompanii „Crazy Horse” 3 Batalionu 7 Pułku Kawalerii, która była i jest nadal najwspanialszym oddziałem bojowym, jaki kiedykolwiek istniał.

Poległym żołnierzom 3 Batalionu 7 Pułku Kawalerii: starszym sierżantom Parsonowi, Mitchellowi i kapralowi Williamsowi.

DILLARD (SZALONY J.) JOHNSON

LUTY 2013

PRELUDIUM

27 marca 2003Okolice An-Nadżaf, Irak

Stojąc we włazie dowódcy bojowego wozu piechoty typu Bradley, ochrzczonego przez nas „Carnivore”, przez szkła swoich gogli widziałem piekło. Wokół nas szalała monstrualna burza piaskowa, a pośród tumanów pyłu, jak przez mgłę, przeświecały płomienie z kilkudziesięciu rozbitych pojazdów, które wcześniej szturmowały naszą pozycję, a teraz paliły się, spowijając upiornym blaskiem całą okolicę. Równina przed nami usiana była ich stalowymi szkieletami w promieniu ponad kilometra, ale teraz widziałem tylko kilka, którym udało się podejść najbliżej bronionego przez nas mostu nad kanałem: czołgi, samochody, ciężarówki, autobus wyładowany materiałem wybuchowym, który miał staranować nasz posterunek, i cysternę, płonącą już od dwóch dni.

Wydawało się, że burza piaskowa nie miała początku ani końca, jakbyśmy tkwili cały czas w piaskowym wirze, który wciąż przybierał na sile. Widoczność spadała chwilami do jakichś trzech metrów. Drobiny grubego pyłu nadawały płomieniom pomarańczowy odcień, a cały obszar skąpany był w niesamowitej poświacie. Blask pożarów sprawiał, że nasze termo- i noktowizyjne przyrządy optyczne nadawały się na plaster, ale był za słaby, żeby dostrzec gołym okiem to, czego wyglądaliśmy, konkretnie Irakijczyków, którzy czaili się dookoła. Na szczęście oni też nie mogli wypatrzeć naszych stanowisk, dlatego pomiędzy kolejnymi szarżami wyładowanych wojskiem ciężarówek jedynym zagrożeniem dla nas był bezładny i niecelny ostrzał z AK-47.

Kompania „Crazy Horse” 3 Batalionu 7 Pułku Kawalerii przez pierwsze dwa dni wojny była ciągle w akcji, dlatego dowódca postanowił dać nam nieco wytchnienia. Podczas przemarszu na północ ustawił nas na końcu kolumny, z zadaniem osłaniania około setki nieopancerzonych pojazdów dowództwa, sekcji medycznej i służb zaplecza. Miałem za plecami długi na ponad kilometr sznur samochodów, ciągnący się aż do mostu nad Eufratem, przez który wcześniej się przeprawiliśmy. Cała ta zbieranina stanowiła łakomy kąsek dla nieprzyjaciela, zwłaszcza że rozkazano nam zatrzymać się i obsadzić oba mosty. Ja w „Carnivorze” znajdowałem się na jednym końcu konwoju, a sierżant John Williams, dowodzący bradleyem o nazwie „Casanova”, na drugim, pilnując mostu nad Eufratem.

– Nie śpij – napomniałem Sperry’ego, mojego kierowcę, ale właściwie mówiłem do samego siebie. Od jak dawna byliśmy na nogach? Cztery dni niemal ciągłych walk, przedtem dwie doby przemarszu przez pustynię i trzy dni w Kuwejcie przed rozpoczęciem natarcia, kiedy ze względu na zagrożenie rakietowe musieliśmy wciąż zmieniać pozycję. Ile to będzie razem? Parę okazji do krótkiej drzemki tu i tam. Nie potrafiłem policzyć dni… Nie mogłem zebrać myśli. Niedawne wstrząśnienie mózgu nie poprawiało sytuacji. Dolegliwości powodowane przez odłamki granatu moździerzowego, tkwiące w ramionach i barkach, oraz kulę w nodze nie odpędzały senności. Wszystko było tylko jednostajnym, tępym bólem.

Bradley porucznika McAdamsa stał na drodze za nami. Wóz sierżanta Wallace’a znajdował się po prawej stronie, bliżej kanału, skąd mógł pod nieco innym kątem prowadzić ogień do wszelkich zbliżających się pojazdów. Poprzez ryk burzy, syk piasku i huk silników bradleyów nie usłyszelibyśmy niczego. Mogłem tylko obserwować i czekać.

Nagle tuż obok pojawiła się szarżująca prosto na nas ciężarówka pełna Irakijczyków. Podjechali od drugiej strony mostu na odległość kilkunastu metrów, zanim ich dostrzegliśmy. W dodatku sukinsyny mieli włączone światła drogowe! Wallace połapał się szybciej od nas i powystrzelał wszystkich krótkimi seriami z karabinu maszynowego.

– Schodzę! – krzyknąłem do załogi.

Nie dość, że widoczność była fatalna, to świecące prosto w oczy reflektory ciężarówki zupełnie nas oślepiały, zeskoczyłem więc na ziemię, żeby je zgasić. Wlokłem się jak kulawy, bo kolana zesztywniały mi od stania we włazie. Podchodząc do szoferki, rozejrzałem się. Trzy metry ode mnie stał iracki żołnierz z wyrzutnią RPG na ramieniu. Zanim zdołałem zareagować, strzelił w „Carnivore’a”. Rakieta odbiła się od włazu kierowcy, wyszła w górę i wybuchła nad mostem.

Wyciągnąłem berettę, trafiłem Irakijczyka w ramię i w pierś, po czym pistolet zamilkł. Znowu się zaciął. Zginę przez tego gnata! Rzuciłem się do szoferki, w której na siedzeniu leżał AK-47. Kiedy się schyliłem, głowa żołnierza eksplodowała, obryzgując mnie krwawymi strzępami.

Przez ramię dostrzegłem działonowego Soprano, który stał tuż za mną, dzierżąc swego osobistego kałacha. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, wyciągnął przed siebie ręce z karabinem i powiedział:

– Proszę bardzo. Bije trochę za wysoko.

Cwana gapa. Poszedł za mną, żeby mnie ubezpieczać. Trzymał się po prawej, poza zasięgiem reflektorów ciężarówki. Zostawił sobie tego AK-47 z ponad setki, które dzień wcześniej pozbieraliśmy z pobojowiska i wrzuciliśmy do kanału. Musieliśmy zwijać się tam jak w ukropie, żeby nie dać się zabić, co oznaczało, że sami natłukliśmy masę wrogów.

Soprano poszedł z powrotem do „Carnivore’a”. Zgasiłem światła ciężarówki, a wtedy na drodze dwieście metrów przed nami spostrzegłem dwa ciemne kształty. McAdams i jego działonowy, sierżant Mulholland, zauważyli ruch i wpatrywali się w to miejsce, by stwierdzić, czy samochody należą do wojska czy do niczego nieświadomych miejscowych rolników. Kiedy się zatrzymały, poprzez rzednący tuman pyłu można było dostrzec, że to wojskowe ciężarówki, z których właśnie zaczęli zeskakiwać żołnierze. Przykucnąłem za szoferką, bo wiedziałem, że zaraz się zacznie.

Mulholland otworzył ogień ciągły z działka. Odłamkowe pociski kaliber 25 mm przeleciały tuż obok mnie, a Irakijczycy rozpierzchli się jak karaluchy, gdy ktoś nagle zapali światło. Większość pobiegła prosto na nas, ostrzeliwując się z karabinów, kilku sprytniejszych poszukało sobie osłony.

Atakowało nas trzydziestu żołnierzy. Koło mojego stanowiska w jedną stronę śmigały pociski z AK-47, a w drugą ze swej armaty walił Mulholland. Lufa przesuwała się tam i z powrotem, a rozbłyski u jej wylotu wywoływały niepokojące wrażenie – teraz zrozumiałem, co na ten widok czuł nieprzyjaciel. Mulholland położył trupem dwie trzecie napastników, zanim zdołali podejść na sto metrów od mostu. Reszta niezłomnie kontynuowała natarcie, jednak AK nie mogły się równać z dwudziestkąpiątką strzelającą pociskami odłamkowymi, więc po paru minutach Mulholland wybił Irakijczyków do nogi.

Wyszedłem zza ciężarówki i wróciłem do „Carnivore’a”, którego w ogóle nie powinienem był opuszczać. W Czasie apokalipsy ktoś powiedział: „Nigdy nie schodź z łodzi”. Musiałem wbić sobie do głowy – nigdy nie wyłaź z bradleya, kretynie.

Kiedy wdrapywałem się na pancerz, spojrzałem na właz kierowcy, szukając uszkodzeń od uderzenia pocisku z RPG. W tym momencie Sperry podniósł klapę i zwrócił do mnie swoją dziecięcą twarz:

– Co, u diabła, walnęło w mój właz? – spytał.

Nic wielkiego, pomyślałem, to tylko rakieta, która miała cię zabić… Niech to szlag – Sperry, Soprano, ładowniczy Sully – wszyscy mogliśmy zginąć już z dziesięć razy przez te kilka dni, jednak jakoś się trzymaliśmy. Oni byli jeszcze dziećmi, a już walczyli na wojnie. Co tam walczyli – naparzali się na całego i kasowali wrogów na pęczki.

Ja sam byłem już stary, zły i lubiłem tę robotę, jednak oni nie pisali się na udział w czymś, co przypominało ostatnią walkę z filmu Butch Cassidy i Sundance Kid. Zabijaliśmy Irakijczyków i niszczyliśmy ich pojazdy, ale wciąż nie mogliśmy ich powstrzymać.

Dowódca kompanii, kapitan Jeff McCoy, właśnie przekazał nam złą wiadomość. Podniebny zwiadowca, samolot JSTARS, korzystając z nielicznych przerw w nawałnicy, zauważył 44 czołgi zdążające śladem naszej kolumny w kierunku mostu nad Eufratem, którego pilnował sierżant Williams. Jakby tego było mało, z drugiej strony zbliżało się tysiąc ciężarówek – nie żołnierzy, lecz ciężarówek, z których każda mogła wieźć co najmniej 20 ludzi. To dawało w sumie 20 tysięcy Irakijczyków. Pojedyncze pojazdy, które widzieliśmy do tej pory, należały do zdezorganizowanych oddziałów idących na czele kontrnatarcia. Coś jak pierwsze stróżki wody, poprzedzające falę przypływu. Mieliśmy za mało amunicji, brakowało nam czasu, widoczność wciąż była parszywa, a oni szli prosto na nas.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to sam Saddam Husajn osobiście przestawiał pionki na szachownicy. Zorientował się, że złapał w kleszcze oddział kawalerii, i zamierzał go rozbić, by odnieść zwycięstwo nad Amerykanami. Bez względu na koszty, chciał nas zetrzeć z powierzchni ziemi, rzucił więc do walki wszystko, czym dysponował na początku wojny, czyli głównie Dywizję Medina. Z tyłu nadciągał cały batalion czołgów, a od czoła nacierała piechota, w sile pełnej brygady. Prosto na nasz mostek nad kanałem. Gdyby kompania „Crazy Horse” została zniszczona wraz z eskortowanym konwojem, losy wojny mog­łyby ulec zmianie, a Saddam Husajn dobrze o tym wiedział.

O Korei mówi się „zapomniana wojna”. Nikt tak nie powie o Iraku. Każdy ma co najmniej jednego znajomego, którego syn, krewny lub kuzyn tam służył. Tymczasem to była prawdziwa wojna. Ludzie już zapomnieli, że zanim w telewizji pojawiły się wiadomości o snajperach i improwizowanych urządzeniach wybuchowych (IED)1, przedtem trwały zacięte walki, w których tysiące amerykańskich żołnierzy starło się z tysiącami Irakijczyków – czwartą co do liczebności armią świata. I wbrew propagandowym przechwałkom nikt nie był pewien, jak się to wszystko potoczy.

Oto opowieść o wojnie w Iraku, jakiej nie usłyszycie w mediach. Główny ciężar walk wzięła na siebie broń pancerna. Z jednej strony czołgi M1 i bradleye, z drugiej wyprodukowane w ZSRR, najnowocześniejsze w tamtych czasach czołgi T-72, transportery opancerzone i cokolwiek, co Irakijczycy zdołali rzucić przeciwko nam. Co prawda pieszczochami mediów są operatorzy sił specjalnych, ale to regularna armia zawsze rozstrzygała o wyniku konfliktu i nie inaczej było tym razem. Czołgi wygrywają wojny.

Miałem to szczęście, że znalazłem się na czele amerykańskiej machiny wojennej i służyłem ramię w ramię z najlepszymi żołnierzami, jakich można spotkać. Kompania C jak („Crazy”) 3 Batalionu 7 Pułku Kawalerii ze składu 3 Dywizji Piechoty przez całą wojnę szła na szpicy, jest to więc w równym stopniu opowieść o mnie, jak i o towarzyszach broni z tego oddziału.

Od dawna nosiłem się z zamiarem napisania książki, ale wciąż brakowało mi czasu. Po pokonaniu raka, spowodowanego strzelaniem podczas pierwszej tury bojowej pociskami z rdzeniem ze zubożonego uranu, wróciłem do swojej kompanii na drugą turę, a potem przez sześć lat byłem pracownikiem kontraktowym w prywatnej firmie wojskowej. W końcu zrezygnowałem z takiego życia. Wreszcie mogę więcej czasu spędzać z żoną i dziećmi, a także mam szansę przekazać innym to, co widziałem i przeżyłem. Co więcej – mam obowiązek to uczynić.

Przytrafiło mi się wiele niebezpiecznych sytuacji, dlatego czuję się powołany, aby opowiedzieć o tym, jak młodzi mężczyźni i kobiety z kawalerii wdzierali się szarżą na karty historii. Pewien żołnierz z zaopatrzenia, prowadząc nieopancerzoną ciężarówkę, dotarł pod gradem kul na pierwszą linię frontu, aby dostarczyć amunicję dla bradleya znajdującego się pod ciągłym ostrzałem. Zaopatrzeniowiec był Afroamerykaninem, a załoga bradleya składała się z Włochów, Koreańczyka, białego rapera i starego troglodyty. Kiedy walczy się o życie, rasa czy płeć nie ma żadnego znaczenia – wokół są tylko koledzy, towarzysze broni. Zawsze byłem gotów oddać życie, by ich ocalić, a oni zrobiliby to samo dla mnie.

Dlaczego więc czekałem? Po prostu bałem się, że kiedy to wszystko opowiem, wypełni się cel mego życia. Teraz, gdy piszę te słowa, moje ciało znów toczy bój z nowotworem spowodowanym przez pociski ze zubożonym uranem, dzięki którym wielokrotnie wyszedłem cało z wielkich opałów. Każdy żołnierz walczący w Iraku musiał stanąć twarzą w twarz z własnymi demonami. To samo jest ze mną – mój demon przybrał postać raka.

Niech Bóg błogosławi kawalerię, 3 Dywizję Piechoty i Stany Zjednoczone Ameryki!

1. BOŚNIACKI D-DAY

Jedenastego września 2001 roku wraz z 3 Dywizją Piechoty znajdowałem się w Bośni. Przybyliśmy tam rok wcześniej, w składzie sił pokojowych ONZ.

Nasz obszar operacyjny znajdował się na północy, w rejonie miasta Brczko. Dotarliśmy tam przez Chorwację i byliśmy przygnębieni zastaną sytuacją, która przypominała Niemcy po II wojnie światowej. Wszędzie widziało się głodujących ludzi odzianych w łachmany. W mieście totalny bałagan, nic nie działało. Większość miejscowych szukała czegokolwiek do jedzenia. Korzystając z chaosu, rządy sprawowała rosyjska mafia, która zajmowała się handlem żywym towarem, produkcją pirackich kaset wideo i Bóg wie czym jeszcze. Nikt im w tym nie prze­szkadzał.

Widok kraju pogrążonego w upadku był dla mnie bardzo pouczającym doświadczeniem. Nie był to kraj ubogi, lecz wyniszczony wojną. Bez względu na to, czy chodziło o muzułmanów czy chrześcijan, Serbów czy Chorwatów, było mi tych ludzi zwyczajnie żal. Nie mogłem się z tego otrząsnąć. Wyglądali tak samo jak my, Amerykanie. Niektóre miejscowości przypominały prowincjonalne miasteczka w Stanach.

Robiliśmy, co się dało, żeby utrzymać Chorwatów po ich stronie rzeki. Stacjonowaliśmy w Camp McGovern. Baza znajdowała się w strefie separacji, dokładnie na linii granicy sprzed wybuchu konfliktu. Zbudowano ją poza miastem, między polami minowymi. Codzienny wyjazd na patrol był ryzykownym przedsięwzięciem, podobnie jak wszelkie inne formy działania. Nie wolno było zjechać z drogi, by nie wpaść na minę. Jadąc, widywaliśmy je na poboczach.

Podczas powodzi woda znosiła to cholerstwo pod samo ogrodzenie. Kiedy dostrzegło się minę, można było tylko biernie się jej przyglądać. Wszystkie były produkcji radzieckiej, a z ruskimi minami nigdy nic nie wiadomo. Bywały dość kapryśne. Obserwowaliśmy, jak przepływają jedna obok drugiej jak małe drewniane pomosty.

Jeśli chodzi o działania bojowe, co jakiś czas miewaliśmy do czynienia ze snajperami. Nie stanowili wielkiego zagrożenia, ale należało zachować ostrożność. Zdarzało się, że pociski odbijały się od wież i pancerzy, ale to nie my byliśmy celem. Znajdowaliśmy się na granicy między Chorwacją a Bośnią i obie strony raczej zajmowały się sobą nawzajem.

Do naszych obowiązków należały częste spotkania z Serbami. Wiele razy, kiedy jechaliśmy ich rozbrajać, trafialiśmy do dużych magazynów, w których musieliśmy przeprowadzić inwentaryzację. Trzeba było zachowywać równowagę – jeżeli w Chorwacji zarekwirowaliśmy 89 karabinów, to z Bośni też zabieraliśmy 89 karabinów. Rachunek musiał się zgadzać.

Podczas jednej z takich wypraw miałem okazję pogadać z dowódcą serbskiego czołgu. Była to bardzo interesująca rozmowa. Facet miał na rozkładzie około 50 czołgów, radzieckich T-72 używanych przez Chorwatów. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęć jego wozu. Na bokach wieży miał ślady po pociskach podkalibrowych. Nie były to bezpośrednie trafienia, lecz obtarcia. Pociski tylko zawadziły o pancerz. Wyglądało to tak, jakby ktoś ponacinał stal wielkim nożem. Zdarzyło się to podczas walki z czterema czołgami naraz.

Pięćdziesiąt czołgów to niesamowity wynik. Gość zasadzał się wewnątrz budynku, czekał na Chorwatów, aż przedefilują przed nim ulicą, i wtedy strzelał im prosto w dupę (to najsłabiej opancerzona część każdego czołgu), po czym natychmiast stamtąd odjeżdżał i instalował się w innym miejscu. Chorwaci wysyłali kolejne wozy, żeby znalazły tego, kto załatwił pierwszy czołg, a on dopadał następną ofiarę. Prowadził wojnę partyzancką z wykorzystaniem czołgu. Facet był naprawdę skuteczny. Nie ma chyba zbyt wielu ludzi, nawet wśród amerykańskich bohaterów wojny z Irakiem, z taką liczbą potwierdzonych czołgów na koncie. Wiedziałem, że w czasie II wojny światowej Niemcy miewali spore sukcesy, ale ten gość… Zaczajał się w pojedynkę i spokojnie rozwalał jeden wóz za drugim. Nie darowałbym sobie, gdybym nie wsiadł do jego czołgu, nie pokręcił wieżą i nie złożył się z działa. Było czadowo.

Jeszcze jedna sprawa wryła mi się w pamięć. W którymś z magazynów broni znalazłem pistolet maszynowy Thompson. Był przeznaczony do kasacji. Miał wygrawerowane nazwisko: „sierżant Wilson”, a na kolbie wycięty nożem napis: „D-day 7 czerwca 1944”. Trzymałem w rękach kawałek historii – tej broni użyto podczas lądowania w Normandii. Mam nadzieję, że dobrze służyła właścicielowi. Oczywiście wiem, że D-Day to 6 czerwca, ale przypuszczam, że sierżant Wilson miał ważniejsze rzeczy na głowie niż pilnowanie kalendarza.

Próbowaliśmy wysłać tego thompsona do Stanów, do dowództwa dywizji, ale zgodnie z mandatem ONZ musiał ulec zniszczeniu. W tamtych arsenałach było sporo podobnej broni, ale akurat tego thompsona nigdy nie zapomnę.

Tego pamiętnego dnia we wrześniu 2001 roku byliśmy na patrolu. Właściwie to stanowiliśmy eskortę generała dywizji Williama Wallace’a. Generał przyleciał z Niemiec i przeprowadzał inspekcję naszego rejonu, podlegającego jurysdykcji V Korpusu, którym dowodził. Jego pojazd znajdował się w środku formacji. Nagle przez radio usłyszeliśmy: „Przejść na gotowość Red Direct”.

Zwykle utrzymywaliśmy naszą broń w gotowości Green Clear, czyli taśma amunicyjna znajdowała się w prowadnicy donośnika, ale karabin nie był załadowany. Gotowość Red Direct oznaczała załadowanie i ustawienie bezpiecznika w pozycji „zabezpieczony”.

Rozkazano nam natychmiast dostarczyć personel do bazy Camp Eagle, która mieściła się na terenie portu lotniczego w Tuzli. Poinstruowano nas: „Zachowując maksymalne środki ostrożności, natychmiast stawić się na miejscu”. Nawet generał nie miał pojęcia, o co chodzi, ale rozkaz to rozkaz, więc z maksymalną możliwą prędkością przejechaliśmy przez miasto. Kiedy dotarliśmy do lotniska, zastaliśmy zamkniętą bramę.

Lotnisko znajdowało się na peryferiach miasta. Za ochronę terenu odpowiadały siły powietrzne. Wartownik widział, że się zbliżamy, ale nawet nie drgnął. Mój wóz znajdował się na czele, więc krzyknąłem do niego:

– Może byś się ruszył i otworzył bramę?! Musisz nas wpuścić do środka.

– Nie mogę. Baza jest zamknięta. Nie wolno nikogo wpuszczać ani wypuszczać – odpowiedział chudy wartownik o chłopięcej twarzy.

Wysiadłem z wozu i podszedłem do niego.

– To co mamy robić, do kurwy nędzy? – spytałem. – Rozłożyć się biwakiem przy drodze? Popatrz na identyfikatory. Jesteśmy Amerykanami. Eskortujemy bardzo ważną osobę. Musimy dostać się do tej cholernej bazy.

On na to:

– Tędy nie wejdziecie. Mam swoje rozkazy.

Przyznam, że jestem dość porywczy i nie toleruję idiotów.

– Ja też mam swoje rozkazy – warknąłem. – Jeśli zaraz nie otworzysz bramy, to ją staranuję.

Wartownik popatrzył na mnie i odrzekł:

– Wtedy będę zmuszony użyć broni.

Teraz ja popatrzyłem na niego, na chwilę przeniosłem wzrok na kolumnę pojazdów za moimi plecami i znowu spojrzałem mu w oczy:

– Mamy cztery półcalówki, a ty pistolet. Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?!

Otworzył bramę.

Dlaczego nie poradziłem mu, żeby zadzwonił do swojego przełożonego? Zacznijmy od tego, że groził mi pistoletem. Zresztą w wojsku to najprostsza rzecz pod słońcem – telefon do przełożonego i sprawa załatwiona. Zwłaszcza gdy baza jest zamknięta. W takiej sytuacji czystą głupotą jest trzymanie żołnierzy na zewnątrz, gdzie może grozić im niebezpieczeństwo. Trzeba ich wpuścić do środka. Na Boga, po to jest posterunek. Trzymaj się procedur, przeszukaj pojazd, rób, co do ciebie należy i wpuść nas do środka. Mieliśmy identyfikatory, byliśmy amerykańskimi żołnierzami. Przecież wiedział, że jesteśmy tymi, za których się podajemy.

Kiedy głupawy lotnik zdecydował się nas przepuścić, powiedział jeszcze coś takiego:

– Dobra, otwieram, ale zamelduję… zamelduję mojemu… no, temu…

Ech, ręce opadają.

Gdy przejeżdżaliśmy przez bramę, zauważył dowódcę korpusu i zrozumiał, że zrobił z siebie idiotę, więc będzie dla niego lepiej, jeśli nikomu o tym nie zamelduje.

Zostawiliśmy generała w dowództwie. W koło mieliśmy próbne alarmy, a ponieważ nikt nie słyszał, aby wydarzyło się coś szczególnego, postanowiliśmy iść do PX2.

Weszliśmy do środka, a tam… nie było ani jednego kasjera. PX był otwarty, ale wszyscy siedzieli na zapleczu przed telewizorem. Kiedy podeszliśmy do nich, ktoś powiedział:

– Słuchajcie, samolot uderzył w jedną z wież World Trade Center.

Po chwili, na naszych oczach, kolejny samolot wbił się w drugi wieżowiec. Pomyślałem sobie: kurwa, to chyba jakiś żart.

Wiedzieliśmy, co się stało. To był atak terrorystyczny. Zdaliśmy sobie sprawę, że musimy natychmiast wracać do naszej bazy, więc rzuciliśmy w cholerę zakupy i pognaliśmy do maszyn.

Do macierzystej bazy mieliśmy dobre trzy godziny jazdy, więc przed wyruszeniem zatankowaliśmy do pełna. Przy bramie stał ten sam wartownik.

– Nikt nie wjedzie ani nie wyjedzie – oznajmił.

– Czyżby? Znów mamy sobie porozmawiać? – spytałem, podchodząc do niego.

Otworzył bramę i wypuścił nas na zewnątrz.

Tak więc 11 września 2001 roku pełniłem misję pokojową w Bośni. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Wszyscy ludzie z pokolenia moich rodziców dokładnie pamiętają, gdzie byli i co robili, kiedy usłyszeli o zamachu na Kennedy’ego. Dla nas czymś takim pozostanie widok samolotu uderzającego w drugą wieżę. To był początek wojny.

2. MŁODZIEŃCZE WYGŁUPY

Ludzie mówią: „Kiedy byłem dzieckiem, świat wyglądał inaczej” i choć to oklepane powiedzenie, tak jest naprawdę. Urodziłem się pośród pagórkowatych pól Kentucky. Przez pierwsze dziesięć, może dwanaście lat nie miałem zbyt wielu sąsiadów. Mało kto chciał mieszkać na kompletnym zadupiu na zachodzie Kentucky, gdzieś pomiędzy Bowling Green a Evansville w Indianie.

Miasteczko Island w stanie Kentucky to dziura zabita dechami. Pierwotnie osada nazywała się Worthington Station, na cześć Edwarda Worthingtona, weterana rewolucji amerykańskiej, pioniera, podróżnika i kolonizatora Kentucky i doliny rzeki Ohio. Jeszcze w XIX wieku, kiedy położono tory kolejowe, nazwę zmieniono na Island. Słyszałem, że podczas jakiejś powodzi woda zalała całą okolicę, tylko ta mieścina pozostała ponad powierzchnią, jak jakaś wyspa. No i tak już zostało.

Miałem normalne dzieciństwo. Tata pracował na stałe, a mama dorywczo. Byłem najmłodszy, miałem dwie siostry i brata. Całe moje rodzeństwo wsiąkło w nurt tak zwanej rewolucji hipisowskiej z lat siedemdziesiątych, więc mój kontakt z nimi był mocno ograniczony.

Nie wiem, czy Kentucky leży wystarczająco daleko na południu, abym w pełni zasługiwał na miano prymitywa, ale raczej trudno uznać mnie za światowca z Ivy League3. W końcu na imię mi Dillard, a mojemu ojcu Harlan. Idę o zakład, że żaden Dillard ani Harlan nie skończył Harvardu przez ostatnie 50 lat. Podobnie jak większość rodaków nie klepaliśmy biedy, ale też nie byliśmy bogaci.

Po lekcjach albo w wakacje często szwendałem się po okolicznych wzgórzach i wyrobiskach z małokalibrowym karabinkiem i pistoletem. Uwielbiałem strzelanie i łażenie po lasach. W tamtych czasach nikt przesadnie nie przejmował się dziećmi, zwłaszcza na prowincji. Nie to co teraz.

Chłopcy mają wrodzoną skłonność do rozrabiania, nie inaczej było ze mną. Gdyby spisać wszystkie moje wybryki, powstałaby całkiem pokaźna książka. Ciągle pakowałem się w kłopoty i dziś zachodzę w głowę, jak zdołałem dożyć wieku, w którym mogłem zaciągnąć się do wojska.

Choć Kentucky raczej nie leży na północy, zimy bywają tam dość mroźne. Pewnego razu, kiedy buszowałem po lesie z kilkoma kolegami, natrafiliśmy na starą cysternę do przewozu ropy. Zbiornik miał przerdzewiałe dno, więc kopniakami wybiliśmy w nim dziurę i dostaliśmy się do środka. Sklepienie pokryte było smołą albo zgęstniałą ropą. Byliśmy zmarznięci, więc postanowiliśmy rozpalić ognisko. Uznaliśmy, że najlepiej będzie umieścić je obok wejścia, żeby dym mógł wydostawać się na zewnątrz, a faktycznie dymiło się mocno, bo paliliśmy plastikowe butelki.

Siedzieliśmy sobie w głębi cysterny, od ognia zrobiło się ciepło, więc posnęliśmy jak susły. Zapadła noc. Po trzech godzinach obudziły nas krople ognistego deszczu. Zapaliła się maź na sklepieniu i skapywała prosto na nas. Jakoś zdołaliśmy wydostać się na zewnątrz. Czy ta przygoda czegoś mnie nauczyła, czy stałem się ostrożniejszy? Gdzie tam.

Ojciec zabrał mnie raz do fryzjera. Przed zakładem stał znak cechowy w postaci słupka pomalowanego w ukośne pasy. Niewiele myśląc, wpakowałem rękę do środka i poczułem coś jakby pierze. Po chwili jednak boleśnie przekonałem się, że był to pszczeli rój. Ojciec musiał zawieźć mnie do szpitala. Miałem ponad pięćset użądleń na całym ciele. Byłem pokryty czerwonymi plamami i spuchłem tak, że ledwie mogłem otworzyć oczy. Otrzymałem taką dawkę jadu, że nie wiem, jakim cudem to przeżyłem.

Starsza pani mieszkająca parę domów dalej nagrabiła wielką stertę liści z trawnika. Kumpel miał motocykl Yamaha 80, wpad­liśmy więc na pomysł, żeby przejechać przez nią tak szybko, żeby kobieta nie zdołała nas rozpoznać. Ocknęliśmy się na środku ulicy, pokrwawieni i pokaleczeni, obok rozbitego motocykla. Okazało się, że sterta została usypana wokół hydrantu.

Zawsze ciągnęło mnie do motocykli. Miałem czterocylindrową hondę z płaskimi oponami. Kiedyś z pomocą kolegi ściągnąłem opony i spróbowałem jazdy na gołych obręczach. Dopiero wchodząc w zakręt przy 50 kilometrach na godzinę, zorientowałem się, że nie mam żadnej przyczepności.

Na skutek wypadku, w którym uczestniczył motocykl, skrawek dywanu, długa linka i kotwica wykonana z pręta zbrojeniowego, w bardzo intymnym miejscu pozostała mi trwała blizna.

Jeśli już o tym mowa, trudno nie wspomnieć o moim strzelaniu z rewolweru odprzodowego do dwudziestolitrowego wiadra z ołowianym dnem. Byłem pewien, że je przedziurawię. Położyłem wiadro na boku i strzeliłem z jakichś trzech metrów. Dopiero pół godziny później odzyskałem przytomność.

Pocisk typu Maxiball uderzył w ołowiane dno, zrykoszetował i trafił mnie prosto w czoło. Z głowy sterczała mi gruda metalu, wyglądałem jak jednorożec. Czyżby zakuty łeb uratował mi życie? Gdybym nie był tępakiem, to przede wszystkim w ogóle nie strzelałbym do tego wiadra.

W szkole średniej, podobnie jak inne dzieciaki, dorywczo imałem się różnych zajęć. Ze względu na okolicę były to przede wszystkim prace polowe: zbieranie tytoniu, prowadzenie traktora i co tam komu było potrzebne. Nie przepadałem za tym, ale w końcu nie pracowałem za darmo.

Ojciec był budowlańcem i należał do związku. Kiedy skończyłem szkołę, pracowałem razem z nim w firmie budowlanej. W pobliżu było kilka dużych elektrowni. Robiliśmy betonowe wylewki, budowaliśmy bloki energetyczne i drogi i pomagaliśmy tam, gdzie występowały przerwy w dostawie prądu.

Dlaczego zaciągnąłem się do wojska? Niektórzy chłopcy chcą zostać astronautami, strażakami, policjantami, a ja od małego marzyłem o tym, aby być sierżantem US Army. Możecie się śmiać, ale ja naprawdę chciałem być sierżantem Rockiem. Czytałem komiksy Sierżant Rock i Sierżant Fury. Do dziś pamiętam sierżanta Rocka z kompanii „Easy”. Tak naprawdę to wciąż jeszcze mam te komiksy. Dlatego już w szkole średniej zapisałem się na szkolenie ROTC4.

Nie chciałem całe życie pracować na budowie jak ojciec. Niestety, w okolicy nie było zbyt wielu innych możliwości, więc zdecydowałem się na kamasze. Zgłosiłem się do wojskowej komisji lekarskiej, a po przejściu ogólnego sprawdzianu kompetencyjnego zaliczyłem test sprawnościowy. Trzy dni później zameldowałem się w Fort Knox. Szóstego marca 1986 roku zostałem żołnierzem. Dopiero po 17 latach służby wziąłem udział w prawdziwych walkach – choć wcześniej uczestniczyłem w operacji „Pustynna Burza” – a stało się to, kiedy znalazłem się w szpicy 3 Batalionu 7 Pułku Kawalerii w Iraku.

Moja działalność w Iraku wzbudziła spore zainteresowanie. Niektóre epizody zostały opisane w książkach i czasopismach, a moje zdjęcie trafiło nawet na okładkę magazynu „Soldier of Fortune”. Musiałem postępować brutalnie, aby chronić siebie i swoich żołnierzy, ale zawsze działałem w dobrej wierze. Odebrałem życie wielu ludziom – słyszałem opinie, że pod względem liczby wrogów uśmierconych na polu walki jestem jednym z najwyżej notowanych amerykańskich żołnierzy – jednak na każdego zabitego przypada co najmniej stu, których mogłem zabić, lecz tego nie zrobiłem. Zabijałem wówczas, gdy sam uznałem, że nie ma innego wyjścia albo z jakichś powodów nie można było postąpić inaczej. Robiłem to, co do mnie należało, i nie zamierzam się za to kajać. To była wojna.

Ta książka opowiada o człowieku, który znajdował się w nieodpowiednim miejscu, ale zawsze w odpowiednim czasie. Wrogowie mieli pecha, bo byłem dobrze przygotowany na to, co może mnie spotkać.

3. BRATOBÓJCZY OGIEŃ

Pod ogniem po raz pierwszy znalazłem się w Niemczech.

Jeżeli zachodzicie w głowę, jak to możliwe, żeby weteran wojny w Iraku uczestniczył w walkach w Niemczech, należy się wam wyjaśnienie.

Po wstąpieniu do wojska otrzymałem przydział do 11 Pułku Kawalerii Pancernej w Niemczech Zachodnich. Stacjonowaliśmy w okolicach Fuldy, trwała zimna wojna, a wrogiem publicznym numer jeden byli Rosjanie. Dla tych, którzy nie bardzo orientują się w temacie, spróbuję przybliżyć sytuację: z geografii wynikało, że gdyby wybuchła prawdziwa wojna i doszło do walk lądowych w Europie, najbardziej prawdopodobna droga radzieckich czołgów do Niemiec Zachodnich wiodłaby przez dwa nizinne korytarze w pobliżu Fuldy. Ciągnęły się one od Niemiec Wschodnich po Frankfurt nad Menem, omijając pasmo gór Vogelsberg, dlatego miały wielkie znaczenie strategiczne.

Mój pułk, znany też jako Black Horse Regiment5, po powrocie z Wietnamu zluzował stacjonujący pod Fuldą od 1951 roku 14 Pułk Kawalerii Pancernej. Podstawowe zadania polegały na patrolowaniu, rozpoznaniu i obserwowaniu ruchów Rosjan, które mogłyby świadczyć o przygotowaniach do ewentualnego ataku. Na wypadek wojny mieliśmy rozkaz opóźniać postępy nieprzyjaciela do czasu zmobilizowania innych jednostek V Korpusu.

Ponieważ w szkole średniej ukończyłem kurs ROTC, zaraz po unitarce dostałem awans na starszego szeregowego. Cztery miesiące później wysłano mnie do garnizonu Grafenwöhr w Niemczech. Służyłem w 1 Batalionie jako zwiadowca i byłem początkowo przydzielony do desantu transportera opancerzonego M113. Desantem nazywamy w kawalerii tę część załogi transportera, która wykonując zadanie, opuszcza wóz i działa spieszona.

Lubię stotrzynastkę. Jak na transporter opancerzony jest dość mała i cicha, ale w środku całkiem przestronna. To bardzo udany pojazd, o czym świadczy fakt, że nadal jest produkowany, chociaż wszedł do użycia już w latach 60. M113 wygląda jak ruchoma kuloodporna skrzynia na gąsienicach, służąca do dowożenia żołnierzy do miejsca przeznaczenia albo ich ewakuacji, kiedy zrobi się zbyt gorąco. Załoga zwykle liczy siedmiu ludzi, a uzbrojenie stanowi karabin maszynowy M2 Browning kaliber 12,7 mm. W porównaniu z tą bronią transporter M113 to konstrukcja na wskroś nowoczesna.

John Browning zaprojektował karabin maszynowy M2 w 1918 roku, a w roku 1933 przyjęto go na uzbrojenie Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Browning był geniuszem w dziedzinie projektowania broni strzeleckiej, a M2 jest tego najlepszym dowodem. Przez prawie 90 lat służby nikt nie wymyślił lepszego wielkokalibrowego karabinu maszynowego z zasilaniem taśmowym. Spisywał się doskonale podczas II wojny światowej i w Wietnamie, a w Iraku stanowił uzbrojenie stotrzynastek, humvee i czołgów M1 Abrams.

W początkach lat 80. pojawiły się jednak bojowe wozy piechoty Bradley, które często obsadzano załogami starych stotrzynastek. Wkrótce ja też przesiadłem się na bradleya. Można uznać, że pojazd ten jest czymś pośrednim pomiędzy transporterem opancerzonym a czołgiem. Ma gąsienicę i małą wieżę, podobnie jak czołg, a z tyłu spory przedział desantowy do przewozu żołnierzy.

M1 Abrams, podstawowy czołg US Army, waży 60 ton, lecz mimo to rozwija prędkość powyżej 70 kilometrów na godzinę. Jego uzbrojenie stanowi działo główne kaliber 120 mm i karabin maszynowy M2. Bradley ma działko kaliber 25 mm i chociaż jest o połowę lżejszy od abramsa, nie dorównuje mu prędkością. Proces wprowadzania bradleyów na wyposażenie był uciążliwy i długotrwały, w dodatku wielu uważało, że nowy sprzęt to porażka – słabo uzbrojony, za wielki, powolny itp. Mówiąc szczerze, nikt nie wiedział, jak bradley będzie się spisywał w prawdziwej walce, bo swój chrzest ogniowy przeszedł dopiero w 2003 roku, podczas inwazji na Irak.

Mój pierwszy bradley miał już kierowcę, działonowego i dowódcę. Wówczas nie wiedziałem nawet, jak się go prowadzi, bo moje doświadczenie obejmowało tylko M113 i czołg M1. Kiedy pojawiły się bradleye, przeniesiono na nie sporo załóg z czołgów. Nasza kompania została przezbrojona, ale nie zdążyłem jeszcze zaliczyć kursu dla kierowców, trafiłem więc na tył wozu jako desant/ładowniczy.

Pewnego razu jechałem z tyłu w przedziale desantowym. Było zimno, więc sierżant Carter, nasz działonowy, zamiast na swoim miejscu usiadł na schodkach w przejściu z przedziału desantowego do wieży, tyłem do kierunku ruchu wozu, wystawiając nogi na zewnątrz. Zaczęliśmy rozmawiać. Nagle zniknął, widziałem tylko jego stopy. Potem pojawił się na moment, po czym całkiem zginął mi z oczu.

Zachodziłem w głowę, co się stało. Wóz stanął. Miałem na głowie zwykły hełm, więc nie słyszałem rozmów przez interkom i nie wiedziałem, o co chodzi. Opadła tylna rampa i zrobił się ruch. Nadal nic nie słyszałem i nie wiedziałem, czemu przygląda się reszta załogi.

Jak się okazało, dowódca nie zauważył, że działonowy nie siedzi na swoim miejscu. Kiedy zaczął obracać wieżę, nogi Cartera zaklinowały się między jej koszem a osłoną.

Dowódca uznał, że to jakaś gałąź dostała się pod wieżę i blokuje jej ruchy. Nie sprawdzając, gdzie podział się działonowy, obrócił wieżę z powrotem do położenia zerowego, a następnie nacisnął guzik szybkiego obrotu i przekręcił ją o 90 albo 270 stopni. Wieża bradleya ma dwie prędkości obrotu, wolniejszą Traverse i szybszą Slew. W tamtych czasach była to najszybciej obracająca się wieża na świecie.

Na skutek szybkiego obrotu Carter został przeciągnięty po wewnętrznej ścianie osłony i poobijał się o grzejnik i półkę zamontowane w dolnej części wieży. W Grafenwöhr byliśmy raptem dwa dni. W związku z wypadkiem dowódcę zdjęto ze stanowiska. Sierżant Carter był kompletnie zdruzgotany i nie chodzi mi o stan jego psychiki: doznał pęknięcia miednicy i złamania obojczyka z przemieszczeniem.

Podczas pobytu w Grafenwöhr każdy bradley musiał zaliczyć sprawdzian ze strzelania na poligonie, a my praktycznie nie mieliśmy załogi. Kierowcą był wtedy Ludville, a nowym dowódcą został sierżant Thompson, który wcześniej w ogóle nie miał do czynienia z bradleyem.

Szef plutonu, sierżant Green, wielki czarnoskóry weteran wojny koreańskiej, zaproponował:

– Słuchajcie, niech Johnson sobie postrzela. I tak nie wypadnie gorzej, niż gdybyście w ogóle nie podeszli do sprawdzianu. Jak nie zaliczy, to powiemy, że załoga jest w trakcie zgrywania. Przynajmniej będziemy mogli wystawić sześć załóg z plutonu.

Przełożeni dali zgodę.

– Nie dotykam broni – zastrzegł Thompson. – Ty strzelasz do wszystkiego. Ja podaję komendy, a ty tylko wrzeszczysz „Namierzony” i „Poszedł”.

– W porządku – powiedziałem. I tak nie miałem nic do gadania.

Pojechaliśmy na poligon na indywidualny sprawdzian strzelecki Table 8. Składa się on ze strzelań dziennych i nocnych. Za dzienne uzyskałem maksa, to jest 700 punktów. Oceniano nie tylko precyzję, strzał do każdego celu należało oddać w określonym czasie. Były także zadania kombinowane, w których trzeba było zniszczyć sześć celów za dnia i cztery w nocy albo siedem za dnia i trzy w nocy.

Podczas jednego z zadań kombinowanych strzelanie odbywało się w ruchu. W nocy też wystrzelałem maksymalne 300 punktów, co w sumie dało najwyższy możliwy wynik 1000 punktów. Spośród czterech kompanii biorących udział w sprawdzianie tylko my osiągnęliśmy taki rezultat. Wreszcie znalazłem swoje powołanie.

Nie mogę przypisać sobie całej zasługi. Udział w naszym sukcesie miał Thompson, wydając komendy, które odczytywał z kartki. Bardzo dobrze spisał się też Ludville. Sprawnie zajmował i opuszczał kolejne pozycje, dzięki czemu mogłem ostrzelać wszystkie cele i zniszczyć je w wyznaczonym czasie.

Kiedy padła komenda, moja rola ograniczała się do powiedzenia: „Namierzony” i „Poszedł”. Po upadku pierwszego pocisku robiło się na oko poprawkę i oddawało następne strzały. W bradleyach stosowaliśmy system raz-dwa-trzy, czyli jeden pocisk, aby zaobserwować miejsce trafienia, potem dwa, aby sprawdzić, czy wchodzą w cel, i wreszcie kolejne trzy, aby go zniszczyć. Na wykonanie zadania wolno było zużyć ściśle określoną liczbę pocisków. Nie wiedzieć czemu, nie sprawiało mi to żadnych trudności. Być może dzięki temu, że w dzieciństwie dużo strzelałem. Kiedy używałem karabinu z lunetą, nigdy nie zmieniałem jej ustawień. Widząc, gdzie trafiam, wolałem zmienić punkt celowania.

W naszym pułku obowiązywała zasada, że działonowym pojazdu musi być podoficer. Po sprawdzianie wszystkie załogi, które uzyskały ocenę wyróżniającą (czyli od 900 punktów wzwyż), dowódca batalionu pułkownik Snodgrass zaprosił na lampkę szampana. Kiedy podszedł do nas, żeby zamienić parę słów, ujrzał przed sobą sierżanta, kaprala i starszego szeregowego.

– Który z was jest działonowym? – spytał.

– Starszy szeregowy Johnson, sir – zameldował sierżant Thompson.

Pułkownik spojrzał na dowódcę kompanii i powiedział:

– Przecież działonowym powinien być podoficer.

– Sir, Johnson to doskonały strzelec – odrzekł dowódca kompanii – ale jest z nami od niedawna i nie zdążyliśmy jeszcze wystąpić o awans… – i zaczął opowiadać jakieś pierdoły, jaki to niby jestem wspaniały. Plótł, co mu ślina na język przyniosła.

– Dajcie mi tu zaraz operacyjnego z naszywkami kaprala – powiedział pułkownik do szefa batalionu. – Awansujemy tego żołnierza.

Bęc, i nagle zostałem kapralem. Szybko poszło. Zaledwie osiemnaście miesięcy po unitarce, więc ledwie zahaczyłem o okres służby wymagany do uzyskania tej promocji.

Pewnego razu, kiedy byliśmy w terenie na punkcie obserwacyjnym „Alfa”, przekazano nam przez radio, że jakieś VIP-y urządziły sobie wycieczkę po okolicznych instalacjach wojskowych. Jednym z nich był Dan Rather, gwiazda dziennikarska z CBS News. W sumie niewiele nas to obchodziło aż do momentu, gdy dowiedzieliśmy się, że Rather jedzie na nasz posterunek, bo jeszcze nigdy nie widział bradleya od środka.

Bradley był naszym domem. Na punkcie obserwacyjnym spędzaliśmy w nim niemal całą dobę, wychodząc tylko do latryny. Nie było wtedy iPodów ani przenośnych gier wideo, więc jak wszyscy normalni faceci większą część dolarów z naszego funduszu rozrywkowego wydawaliśmy na pornografię. W przedziale desantowym leżały sterty magazynów dla panów. Wytapetowaliśmy wszystkie wolne powierzchnie różnymi Miss Kwietnia i Miss Czerwca, więc gdziekolwiek się obrócić, widać było cycki i cipki. A muszę przyznać, że w tamtych czasach niemieckie pisemka należały do najlepszych na świecie, można w nich było zobaczyć wszystko, czego dusza zapragnie. Gdybyś miał chęć na takie, w którym dwa podlotki robią to z zakonnicą, pewnie też by się znalazło. Wciąż jeszcze czyściliśmy wóz, kiedy gość zajechał na nasze stanowisko. Zdążyliśmy w ostatniej chwili i Dan Rather nie dowiedział się, jak naprawdę wyglądało wnętrze bradleya.

Pod Fuldą spędziliśmy jeszcze parę miesięcy, a potem wróciliśmy do Grafenwöhr, żeby wziąć udział w CALFLEX (ćwiczenie współdziałania różnych rodzajów broni połączone z ostrym strzelaniem). Bradleye i czołgi jednocześnie wychodziły na pozycję i rozpoczynały ostrzał. Strzelały też pluton moździerzy i kompania artylerii. Jedna bateria stała niedaleko nas. Na samym końcu atakowały A-10 i cobry. Były to ostatnie duże ćwiczenia z użyciem amunicji bojowej.

Tym razem nasza kompania strzelała jako ostatnia. Mieliśmy za sobą długi cykl treningowy. Pamiętam dwóch majorów, zastępcę dowódcy batalionu i oficera operacyjnego, którzy z dumą rozprawiali o tym, że zajęcia na poligonie idą jak z płatka. Zaczęliśmy się już pakować, bo nazajutrz rano mieliśmy załadować graty do pociągu i wracać do macierzystej bazy.

Zostały nam jeszcze dwie tury strzelań. Bradleye znajdowały się na stanowiskach ogniowych, zabezpieczonych wałami ziemnymi przed ogniem z flanki. Czołgi stały z tyłu, ale ich pozycja była przesunięta w stosunku do naszej o jakieś 400 metrów w lewo. Czekaliśmy na pojawienie się celów.

Czołgi miały swoje cele, a my swoje. Każda grupa celów była rozwinięta w wachlarz. Nasze znajdowały się po prawej, a ich po lewej. W batalionie pancernym mieli sierżanta zaopatrzeniowca, który, choć oficjalnie był „czołgistą”, nigdy nie odbył strzelania w czołgu. Próbowali go przenieść do grupy uposażenia E-5, ale zgodnie z przepisami nie można było awansować kogoś, kto nie miał kodu specjalności wojskowej. Wymyślili więc, że wsadzą go do czołgu, żeby sobie postrzelał i w ten sposób nabrał uprawnień do promocji. I właśnie ten gość przekręcił wieżę w prawo, zauważył obiekt w celowniku termowizyjnym i otworzył ogień.

Czołgi strzelały pociskami podkalibrowymi z rdzeniem wolf­ramowym. Była to amunicja ćwiczebna. Rdzeń, czyli właściwy pocisk, ma średnicę dużo mniejszą od lufy działa, z którego jest wystrzeliwany, dlatego wyposażony jest w plastikową osłonę i sabot (po francusku „but”). Ze względu na mniejszą średnicę i masę niż amunicja pełnokalibrowa pociski wolframowe poruszały się z dużą prędkością, co w połączeniu z twardością materiału, z którego były wykonane, nadawało im zdolność przebijania pancerza. To, że były ćwiczebne, nie oznaczało, że nie mogły zabijać.

Problem polegał na tym, że sierżant przekręcił wieżę za daleko w prawo i ostrzelał mojego skrzydłowego, Bradleya 34. Pierwszy pocisk przeleciał przez wizjer, trafił kierowcę między łopatki i wbił się w przekładnię. Kierowcą był Jerry Westmoreland, który zginął na miejscu.

Byłem działonowym Bradleya 35 sierżanta Thompsona. Dowódca powiedział:

– Otworzyli ogień.

– Nic nie widzę – odparłem, wytężając wzrok w poszukiwaniu celów.