Szalone, złe i smutne. Kobiety i psychiatrzy - Lisa Appignanesi - ebook

Szalone, złe i smutne. Kobiety i psychiatrzy ebook

Appignanesi Lisa

4,0

Opis

Historia narzucanych kobietom norm, podwójnych standardów i kategorii zbyt ciasnych, by pomieścić ludzkie życie.

Histeria, szaleństwo laktacyjne, kobiece sprawy... W XIX wieku zaburzenia psychiczne kobiet wzbudzały w lekarzach (mężczyznach) niepokój, który często przeradzał się w lekceważenie. Jeszcze nie tak dawno dręczone przez własne umysły pacjentki mogły liczyć co najwyżej na zakucie w kaftan, kąpiele lecznicze albo wizytę egzorcysty.

Lisa Appignanesi w samym centrum tej wstrząsającej opowieści umieszcza kobiety, których życie i emocje coraz częściej stawały się przedmiotem badań lekarzy, jak choćby Freuda, Junga i Lacana, którzy opracowali dla nich nowe terapie. Pojawiają się one zarówno jako pacjentki – Mary Lamb, która w napadzie załamania nerwowego rzuciła się na matkę z nożem, Sylvia Plath i Virginia Woolf, latami dręczone przez nawracającą depresję, czy Zelda Fitzgerald i Marilyn Monroe, stopniowo pokonywane przez własne uzależnienia i kompleksy – jak i terapeutki, z Anną Freud oraz Melanie Klein na czele.

To także opowieść o tym, jak przez lata objawy i diagnozy dopasowywały się do modnych diagnoz, oraz o tym, jak terapie przynosiły sukcesy lub zawodziły. Wszystko to pozwala szerzej spojrzeć nie tylko na delikatne zagadnienie zdrowia psychicznego na przestrzeni wieków, ale także – a może przede wszystkim – na rolę i miejsce kobiet w całym tym szaleństwie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 809

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (27 ocen)
12
7
5
3
0

Popularność




Tytuł oryginału Mad, Bad, Sad
Przekład JAN DZIERZGOWSKI
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja RYSZARDA KRZESKA
Korekta ANNA SIDOREK, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © 2008, Lisa Appignanesi Copyright © for the translation by Jan Dzierzgowski Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021
Warszawa 2021 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66671-16-4
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Josha Appignanesiego i Katriny Forrester,moich dwojga wspaniałych dzieci,które doprowadzają mnie do szaleństwai pozwalają mi zachować zdrowy rozum

Czyste Szaleństwo to najwyższy Rozum –

Gdy je przeniknąć Zrozumienia błyskiem –

A czysty Rozum to upadek w Obłęd –

Lecz Większość – jak we Wszystkim –

Narzuca swoje Kategorie –

Przyjmuj je – jesteś Normalny –

Odrzuć – czekają na Furiata

Kajdany i Kaftany

Emily Dickinson(w przekładzie Stanisława Barańczaka)

Wprowadzenie

Najprościej będzie zacząć od tego, że opowiem tu o szaleństwie, złu i smutku oraz o tym, jak przez ostatnie dwieście lat rozumiano te kategorie. Rozgraniczenia między nimi oraz podejścia były po części ustalane i egzekwowane przez rozrastającą się grupę specjalistów: „lekarzy umysłów”. W XIX i XX wieku nazywano ich rozmaicie. Mieliśmy do czynienia z alienistami, psychiatrami, psychologami, psychoanalitykami, psychoterapeutami, neurologami i patologami; ostatnio dołączyli do nich neurobiolodzy i psychofarmakolodzy. Wszyscy ci specjaliści uważali, że w ten czy inny sposób docierają do ciemnych zakamarków ludzkiego umysłu i gromadzą wiedzę na temat jego funkcjonowania. Pomagali im kryminolodzy, sędziowie, statystycy i epidemiolodzy. Oraz, co najistotniejsze, pacjenci i pacjentki.

Opowiem więc także, w jaki sposób szaleństwo, zło i smutek – znane pod różnymi imionami w różnych okresach i różnie diagnozowane – były doświadczane przez kobiety. Szał, opętanie, mania, melancholia, rozstrojenie nerwowe, urojenia, aberracje behawioralne, dramatyczne tiki, namiętna miłość i nienawiść, seks, halucynacje wzrokowe i słuchowe, fobie, fantazje, zaburzenia snu, dysocjacje, rozmowy ze zmarłymi lub ze zmyślonymi przyjaciółmi, uzależnienia, samookaleczenia, głodzenie się, depresja – oto dramatis personae mojej historii. Czasami kryją się one za łacińskimi i greckimi nazwami, ukutymi przez diagnostyków, stąd choćby monomania, histeria, dementia praecox, schizofrenia czy anoreksja; czasami, jak choćby obecnie, na czoło wysuwają się naukowe akronimy: MPD, ADHD, OCD i tak dalej.

Leczenie umysłu, na dobre i na złe, nie sprowadza się wyłącznie do badania i zgłębiania tajemnic mózgu, psyche, emocji i czynów, ale też do interwencji mających na celu poprawę. Dlatego w książce nie mogę pominąć najprzeróżniejszych terapii: moralnych, chirurgicznych, galwanicznych, elektrowstrząsowych, farmaceutycznych, opartych na rozmowie, czasem nawet na pisaniu.

Od dawna zdawałam sobie sprawę, że zdrowie psychiczne jest rzeczą dość kruchą. Większość z nas mogła się o tym przekonać w ten czy inny sposób. Szaleństwo, a przynajmniej irracjonalność zawsze są na wyciągnięcie ręki. Każdy pamięta z dzieciństwa chwile, gdy rodzic nagle wpadł w furię. Ba, niektórzy pamiętają nawet (skądinąd słabiej) własne ataki gniewu. Wszyscy śnimy i czasem sny uporczywie nas męczą, nie dają spokoju. Przeskakujemy w nich w czasie i przestrzeni, czasem nagle zmieniamy postać, robimy się na przykład maleńcy niczym Alicja spotykająca Gąsienicę, i mogłoby się zdawać, że zaciągnęliśmy się jego opiumową fajką. Na jawie zdarza się, że człowiek prowadzi samochód i nagle zapomina, kim jest i dokąd jedzie. Niekiedy nasi zmarli bliscy nie chcą nas opuścić. Towarzyszą nam całymi dniami, jak gdyby byli obok nas w pokoju, bardzo blisko, zbyt blisko. Zdarza się, że ty albo twój partner budzicie się i nie możecie się zwlec z łóżka, bo cały świat zupełnie poszarzał, stracił blask i nigdy już go nie odzyska. Wszystko jest zbyt przytłaczające, zbyt trudne, zbyt ponure. Po co wkładać skarpetki, skoro i tak nic się nie zmieni? Prześladuje nas przygnębiający krzyk, że całe nasze życie jest nie takie, jakie być powinno – a potem pojawia się myśl, że tylko samobójstwo zdoła ów krzyk zagłuszyć.

Powyższe przykłady są najzupełniej powszechne, podobnie jak objawy występujące u osób ewidentnie zdrowych na ciele. Jeśli którykolwiek z przedstawionych tu stanów trwa długo albo się nasila – u naszych rodziców, dzieci, u nas samych – pojawia się lęk, a może również i wstyd. Człowiek ma obawę, że własny umysł stał się mu obcy. Wstydzi się czynów, słów i emocji, które wymykają się spod kontroli. Pragnie ukryć to za wszelką cenę albo znaleźć jakąś prostą fizjologiczną przyczynę. Żyjemy w społeczeństwie terapii, liczymy zatem, że wystarczy wizyta u lekarza pierwszego kontaktu albo specjalisty od psychiki, który przepisze nam tabletki zdolne nas wyleczyć.

Postanowiłam podjąć się pracy, której zwieńczeniem jest ta książka, częściowo dlatego, że dookoła zaczęło nagle przybywać newsów i badań w rodzaju: „Połowa Amerykanów na przestrzeni życia spełnia podane w DSM-4[1*] kryteria zaburzeń psychicznych”, „Jedna na pięć kobiet zachoruje na depresję”, „W czternastu krajach przeprowadzono badanie ankietowe poświęcone postrzeganiu niepełnosprawności: psychoza znalazła się na trzecim miejscu na liście chorób i zaburzeń, które zdaniem respondentów i respondentek zakłócają normalne funkcjonowanie. Uplasowała się przed paraplegią i ślepotą”. W latach 1992–2002 spożycie leków antydepresyjnych wzrosło o 234 procent[1]. Trzy czwarte kobiet osadzonych w więzieniach w Wielkiej Brytanii ma problemy ze zdrowiem psychicznym[2].

Owe porażające dane sprawiły, że zapragnęłam dowiedzieć się, czy wkroczyliśmy w epokę, w której smutek, szaleństwo, a co dopiero zło naprawdę się rozpanoszyły, czy też może zaczęliśmy diagnozować i opisywać za pomocą liczb zjawiska do tej pory klasyfikowane zupełnie inaczej lub w ogóle niekwantyfikowane? Mówiąc prościej, zaczęłam się zastanawiać, czy termin „zaburzenia psychiczne”, tak jak go dzisiaj rozumiemy, ma szerszy lub inny zakres znaczeniowy niż w czasie, kiedy dorastałam (które zdają się bardzo odległe), albo sto lat wcześniej. Historycy, podobnie jak powieściopisarze, z zawodowego obowiązku są nieufnie nastawieni do tego, co wokół uchodzi za oczywistość. Postanowiłam więc zbadać też, czy niepohamowana epidemia chorób psychicznych nie wiąże się aby z niepohamowanym przyrostem liczby potencjalnych leków. Wszak ilekroć słyszymy o odkryciu nowych pigułek, słyszymy też więcej o samej chorobie. Nasze złe samopoczucie lub cierpienie bywają przekształcane, by lepiej pasowały do kategorii diagnostycznych dominujących w danym okresie. Niekiedy tabletki lub inne formy terapii przynoszą realną poprawę, ale mogą też przyczynić się do pogorszenia samopoczucia, choćby nawet nauka wspierała je swym autorytetem. To zagadnienie również musiałam poruszyć.

Dziedzina zdrowia psychicznego to pole bitewne. Im bardziej postępuje medykalizacja cierpienia i złego samopoczucia, im więcej zachowań i stanów wpada w określoną szufladkę diagnostyczną, im szybciej przybywa chorych, tym szerszej oferty terapeutycznej domagają się ludzie. Chcą kolejnych tabletek i nowych rodzajów terapii, choćby nawet w postaci aplikacji komputerowych. Domagają się, by lekarze zajmowali się ich dziećmi, jeśli te zachowują się w niekontrolowany sposób i nie potrafią skupić uwagi (ADHD), mają myśli samobójcze lub odmawiają jedzenia. Społeczeństwo oczekuje też kontroli i nadzoru nad „zboczeńcami”, nad ludźmi stanowiącymi potencjalne zagrożenie dla siebie i innych – albo też oczekuje udzielenia im pomocy w uporaniu się z problemami, z którymi sami nie dadzą sobie rady.

Równocześnie jednak przybywa osób rozczarowanych lekarzami umysłów, również w ich własnych szeregach. Kolonizowanie przez medycynę naszego życia umysłowego i psychicznego oraz naszych emocji, wprowadzanie na rynek tabletek, dzięki którym rzekomo poczujemy się „lepiej niż dobrze” – wszystko to rozbudziło chyba zbyt wielkie oczekiwania, czego skutki obecnie widzimy. Założenie, że powodem smutku, nawet w najokrutniejszej postaci, jest brak równowagi chemicznej mózgu, to nie do końca pożyteczna hipoteza i niespecjalnie trafna. Będzie mi smutno, jeśli umrze mój pies. Owszem, fakt ten zainicjuje pewne procesy w moim mózgu, ale sama emocja ma w ostatecznym rozrachunku zewnętrzną przyczynę. Wszystko, co robią żywe istoty, począwszy od oglądania meczu piłki nożnej przez całowanie się aż po jedzenie, uruchamia skomplikowane reakcje chemiczne. Niemniej, choćbym wydzielała nie wiem ile serotoniny, pan Darcy nie zapuka do moich drzwi, Anglia nie wygra mistrzostw świata, kraje prowadzące wojnę nie podpiszą porozumienia pokojowego ani nie zostaną zatrzymane zmiany klimatu. Do żadnej z tych rzeczy nie doprowadzi również najnowsze cudowne rozwiązanie, czyli psychoterapia kognitywno-behawioralna. Lekarze umysłów zajęli się mnóstwem spraw w naszym życiu, choć prawdopodobnie byłoby lepiej, gdyby pozostawić je w społecznych albo politycznych sferach interpretacji i działania.

Zgłębianie historii szaleństwa i terapii ukazuje wszystkie te sprawy jak w soczewce. Niektórym mogłoby się zdawać, że zestawienie ze sobą różnych okresów historycznych, kategorii diagnostycznych i objawów sprawi, że ułoży się nam opowieść o postępującym rozwoju nauki, aż do obecnej epoki cudotwórczej medycyny i farmacji. Owszem, bez wątpienia wiemy więcej o działaniu układu nerwowego i o biochemii, niż śniło się Sigmundowi Freudowi czy Philippe’owi Pinelowi, twórcy alienizmu. Dysponujemy skuteczniejszymi lekarstwami, stawiamy wyrafinowane hipotezy. Choć jednak nasze diagnozy nie są już tak uproszczone jak kiedyś, a z całą pewnością zapanowała większa ich standaryzacja, choroby nadal się mnożą i przybierają coraz bardziej skomplikowane formy. Idea terapii przeniknęła cały świat Zachodu i niektórym wydaje się, że lekarze umysłów rozwiążą każdy problem. Tymczasem historia jasno pokazuje, że lekarstwa rzadko kiedy działają w stu procentach albo raz na zawsze.

Filozof Ian Hacking w typowym dla siebie stylu rzucił kiedyś uwagę: „Każde pokolenie dyktuje swoim wariatom określone zasady zachowania”. Antropologowie od dawna kolekcjonowali i porządkowali rozmaite manifestacje szaleństwa w obcych nam kulturach oraz praktykowane tam terapie. Zresztą kultury krajów rozwiniętych mimo globalizacji też nie są w tym względzie w pełni homogeniczne. W 2006 roku BBC wyemitowało program o Japonii, gdzie na skutek starzenia się populacji upowszechniła się ostatnio wyjątkowo dotkliwa forma „stresu”, określana przez specjalistów mianem „zespołu męża emeryta”. Japońskie kobiety tłumią strach przed rychłą zmianą życiową, która nastąpi, gdy ich mężowie przestaną chodzić do pracy i będą spędzali więcej czasu w domu, a kulturowe wzory posłuszeństwa i służby znajdą jeszcze uciążliwszy wyraz. Do objawów tego stresu mogą zaliczać się wysypka skórna, wrzody, astma i podwyższone ciśnienie[3].

Zbierając materiały do książki, uświadomiłam sobie, że objawy i diagnozy w poszczególnych okresach tworzyły całkiem spójną całość. Schorzenia i zaburzenia stawały się zwierciadłem swych czasów – powszechnych trosk, ograniczeń, lęków. Anoreksja to z reguły choroba epoki obfitości, a nie głodu. Depresja szerzy się, gdy panuje pokój i dobrobyt, a nie w latach wojny. Nikogo chyba nie zaskoczy, że obecnie, kiedy mamy dostęp do większej ilości informacji niż kiedykolwiek wcześniej, do najpowszechniejszych zaburzeń zaliczają się nadpobudliwość i brak koncentracji uwagi. Nic dziwnego: wszak lekarze umysłów definiują choroby, konstruują je, nazywają – czyli, mówiąc prosto, diagnozują je – a nawet sugerują. Pamiętajmy jednak, że pacjenci – i w ogóle ludzie – nie są bierni. Mówimy tu o chorobach umysłowych i psychicznych. Pacjenci, czy to szaleńcy, czy osoby zupełnie zdrowe, są równie podatni na rozpowszechnioną w społeczeństwie wiedzę jak lekarze. Potrafią się przed nią chronić lub wykorzystywać ją na rozmaite sposoby.

Historycy medycyny coraz częściej postrzegają chorobę jako produkt subtelnej gry między rozmaitymi perspektywami kulturowymi a twardą wiedzą z zakresu biologii (która skądinąd nieustannie się zmienia). Taki sposób ujmowania sprawy okazuje się w przypadku chorób psychicznych szczególnie trafny. W latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku George Man Burrows był pewny, że udało mu się dowieść związku między układem macicznym a zaburzeniami mózgu. Równie wielką pewność mają obecnie niektórzy lekarze i firmy farmaceutyczne, że przyczyny tak zwanej kobiecej dysfunkcji seksualnej sprowadzają się do funkcjonowania określonych hormonów[4]. U schyłku XX wieku panowało absolutne przekonanie, że przyczyną chorób psychicznych są reakcje chemiczne zachodzące w mózgu – tak przynajmniej głosiły firmy produkujące leki. Ale już w nowym stuleciu zmieniło się nasze postrzeganie biologii.

Jeśli nawet objawy i zaburzenia stanowią czasem pod pewnymi względami owoc współpracy między pacjentami a lekarzami, nie znaczy to oczywiście, że ból i cierpienie powodowane przez źle funkcjonujący umysł nie są realne. Interwencja medyczna naprawdę może przynieść poprawę, choć jej konkretna forma – opieka, tabletki, rozmowa terapeutyczna, czas spędzony z dala od rodziny – nie zawsze ma tak wielkie znaczenie, jak się niekiedy uważa. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że odsetek wyleczeń nie zmienił się zasadniczo w ciągu ostatnich dwustu lat (choć oczywiście trzeba pamiętać, że na przestrzeni tego okresu niekoniecznie leczono te same zaburzenia). Zmieniły się natomiast formy interwencji w przypadku skrajnych form manii czy urojeń.

Postanowiłam, że opowiem historię o objawach, diagnozach i leczeniu umysłów przez pryzmat doświadczeń kobiet. Powodów było kilka. Po pierwsze, znamy całe mnóstwo fascynujących opowieści o sławnych pacjentkach. Częściowo właśnie dzięki temu zorientowaliśmy się, że psychoprofesje stanowią w istocie konstrukt społeczny. Razem z Johnem Forresterem zajmowaliśmy się owymi zagadnieniami, pracując nad książką Kobiety Freuda.

Ale jest też „po drugie”. Otóż krąży obecnie mnóstwo statystyk, z których wynika, że kobiety częściej narażone są na problemy psychiczne zaliczane, by odwołać się do tytułu tej książki, do kategorii „smutek”. Informują nas o tym setki stron internetowych (niekoniecznie tylko dlatego, że kobiety stanowią większy odsetek wśród ogółu osób kupujących leki):

Kobiety są dwukrotnie bardziej narażone na depresję niż mężczyźni.

Depresja stanowi główną przyczynę niepełnosprawności kobiet.

Blisko 15 procent kobiet cierpiących na ciężką depresję popełni samobójstwo.

Około 7 milionów kobiet w Stanach Zjednoczonych cierpi na kliniczną depresję. W Wielkiej Brytanii jedna na dziewięć kobiet szuka pomocy w związku ze stanami lękowymi i depresją.[5]

40 procent osób składających wniosek o zasiłek z powodu niezdolności do pracy w Wielkiej Brytanii jako powód podaje chorobę psychiczną. Kobiety stanowią w tej grupie większość.[6]

Dane te są może nawet prawdziwe, a jeśli nie, to znaczy, że mamy do czynienia z wyjątkowo silnym złudzeniem kulturowym. Czasopisma w rodzaju brytyjskiego „Psychologies”, poświęcone łagodniejszym problemom z zakresu zdrowia psychicznego, zawsze mają na okładce zdjęcie kobiety, jak gdyby psychologia i w ogóle wszystko, co dotyczy zgłębiania (zaburzonych) umysłów i relacji, należały wyłącznie do sfery żeńskiej, nawet jeśli część lekarzy to mężczyźni. Nie jest więc zaskakujące, że dwie trzecie osób korzystających z konsultacji psychologicznych dla pracowników i pracownic uniwersytetu w Cambridge to właśnie kobiety[7].

Badania poświęcone kobietom, szaleństwu i lekarzom umysłów mają już długą historię. Wiele zmian dokonało się na tym polu, odkąd Simone de Beauvoir pierwszy raz zabrała się do jego eksplorowania, pisząc Drugą płeć. Owa książka dobitnie ukazała, że definicje kobiecości i męskości obowiązujące w danej epoce wiążą się ściśle z definicjami szaleństwa. Kto nie chce dopasowywać się do normy, ryzykuje, że otrzyma etykietkę dewiantki lub wariatki, a czasem też trafi do zakładu zamkniętego. Betty Friedan, Kate Millett, Germaine Greer i inne wybitne feministki drugiej fali uważały lekarzy umysłów za wrogów, agentów patriarchatu, którzy autorytatywnie przypisują kobietom określone cechy psychologiczne i tym samym zamykają je w pułapce, pacyfikują je za pomocą pigułek lub terapii, skazują albo na „dom wariatów”, albo na życie w ciasnych ramach konwencji. Feminizm tamtych czasów obiecywał zatem, że jeśli tylko kobiety zdobędą lepszą pozycję we wszystkich zawodach, ów stan rzeczy się zmieni.

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku historycy wykazali istnienie pewnych ukrytych uprzedzeń w sposobie postrzegania i traktowania kobiet. Podkreślano ponadto, że z pozoru oczywiste i bezproblemowe idee postępu dziejowego czy obiektywności trzeba poddać krytycznej analizie. Stało się jasne, że choroba, podobnie jak gender czy biologia, nie są powszechnikami danymi nam raz na zawsze, istniejącymi poza kontekstem danej epoki czy społecznej percepcji. Okazało się, że historii psychiatrii nie da się opowiadać, jakby był to wspaniały marsz gościńcem nauki ku odkryciu twardych praw rządzących działaniem umysłu oraz ku lekarstwom na wszelkie choroby. Analogicznie dziś należałoby postawić pytanie, czy neurochemia i neuroobrazowanie, przy wszystkich swoich zaletach, faktycznie pozwolą odkryć prawdę ostateczną na temat umysłu i jego zaburzeń.

Napisałam tę książkę również po to, by przekonać się, czy wzrost liczby kobiet we wszystkich zawodach w dziedzinie zdrowia psychicznego przełożył się na zmiany obowiązujących praktyk – słowem, czy faktycznie poprawiła się sytuacja pacjentek i czy przedefiniowano „kobiece przypadłości”. Ostateczne ustalenia, przedstawione w ostatniej części książki, okazały się nie do końca takie, jakich bym sobie życzyła. Nie można jednak porzucić krytycznej analizy historii ani teraźniejszości tylko dlatego, że zmieniła się płeć głównych aktorów. Z drugiej zaś strony bez względu na moje osobiste pragnienie, by zupełnie oddzielić biologię od przeznaczenia, pod wpływem pracy nad książką musiałam uznać, że pewne wydarzenia w życiu kobiety – choćby poród lub menopauza – w niektórych przypadkach faktycznie wiążą się z większą podatnością na zaburzenia psychiczne.

Wybitny antropolog Clifford Geertz pisał niegdyś o „rozmytych gatunkach” – sposobie myślenia i pisania, który czerpie z wielu różnych, interdyscyplinarnych źródeł, ostatecznie umożliwiając tak zwany gęsty opis. Celowo sięgnęłam więc po bardzo rozmaite materiały, na pierwszy rzut oka mogące robić wrażenie przypadkowych. Będę przywoływała dzieła filozoficzne i podręczniki, notatki lekarzy, pamiętniki, listy, biografie i czasopisma popularne. Przekopałam się także przez prace akademickich historyków, którzy w ostatnich dekadach natrudzili się, by uzupełnić naszą wiedzę o różnych sposobach myślenia o człowieku i towarzyszących im praktykach. Cały czas starałam się przy tym skupiać na przypadkach pojedynczych osób. Studia przypadków są szczególnie pouczające. Pozwalają dostrzec, co dzieje się na przecięciu kultury, praktyk psychiatrycznych i choroby w danym okresie historycznym. Dzięki badaniu losów konkretnych ludzi dowiadujemy się o cierpieniu, które stanowi skutek danego zaburzenia, ale i o tym, jak żyje się z tym zaburzeniem. Nawiasem mówiąc, z historii takich płynie istotna lekcja: życie może być owocne, nawet jeśli przeplatają się w nim szaleństwo i smutek, a co dopiero zło.

Przyciągały mnie dwa rodzaje przypadków. Pierwszy pozwala retrospektywnie odtworzyć rozmaite sposoby myślenia powszechne w danym okresie. Posłużą temu historie Mary Lamb, Alice James, Celii Brandon, Sylvii Plath i Marilyn Monroe. Drugi rodzaj to przypadki, które przyczyniły się do przełomów w psychiatrii albo definiowania zaburzeń psychicznych – spotkamy tu Henriette Cornier, pannę Beauchamp, pacjentkę Charcota Augustine i Annę O., pacjentkę Freuda i Breuera. Historie tych kobiet przedstawiano publice, przez co objawy i diagnozy mogły się rozprzestrzeniać i być naśladowane. Ponieważ interesuje mnie zjawisko proteuszowego kształtowania się objawów, celowo nie stroniłam od osób sławnych. Weźmy choćby Sylvię Plath. W opowieści o niej spotykają się wybitny talent, depresja i samobójstwo. Z tego właśnie powodu Plath stała się ważnym modelem jednej z form kobiecości.

Książka zaczyna się w roku 1796 od Mary Lamb, w przededniu pojawienia się pierwszych lekarzy umysłów w nowoczesnym znaczeniu tego terminu (choć istniały już wówczas pewne prądy filozoficzne, które z czasem miały ukształtować praktykę owych lekarzy). Losy Lamb są znakomitym punktem odniesienia dla tego, co nadeszło później. W kolejnych trzech częściach przedstawiony zostanie rozwój nowej nauki, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, Francji i wreszcie w Ameryce, aż do czasów współczesnych. Każdy rozdział skupia się na dominującym w danym okresie lejtmotywie kulturowym albo na rozpowszechnionych interpretacjach, które znajdują swój wyraz w kategoriach diagnostycznych i w objawach obserwowanych u pacjentek. „Teoria”, którą tu przedstawiam (o ile w ogóle można mówić o teorii), kryje się właśnie w owej strukturze książki i w sposobie doboru przypadków.

W miarę postępu prac stawało się dla mnie coraz bardziej oczywiste, że z rozmaitych przyczyn w poszczególnych okresach na pierwszy plan wysuwały się wybrane symptomy chorób psychicznych i że towarzyszyły im wybrane diagnozy lub wyjaśnienia. Za sprawą głęboko zachodzących procesów historycznych pewnego rodzaju zaburzenia i terapie nagle nabierają mocy (przy czym niekiedy te drugie pojawiają się najpierw, a dopiero potem dobiera się te pierwsze). Namiętności, nerwy, sny, seks, jedzenie, przemoc – każda z owych spraw miała swój złoty wiek, czy to jako objaw, czy też jako przedmiot naukowych analiz.

Co do terapii, zwyczajna ludzka troska (a wszak w ostatecznym rozrachunku dobra opieka lekarska sprowadza się właśnie do troski połączonej z silnym efektem placebo) bywa często skuteczniejsza niż metody naukowe. Dowodzą tego rozmaite pary, które spotykamy, interesując się historiami chorób psychicznych, czy to rodzeństwa, małżeństwa albo duety pacjentka-terapeuta. Osoby zajmujące się kształtowaniem polityki publicznej powinny zwrócić uwagę na fakt, że zasadniczo ilekroć rośnie populacja pacjentów zakładów psychiatrycznych, tylekroć spada populacja więzienna i odwrotnie. Bez względu na to, na jaką formę odosobnienia postawi się w danym czasie i miejscu, ludzka troska, zainteresowanie i opieka są autentycznie pomocne. Względnie rzadko zdarza się, by ktoś był szalony, zły lub smutny przez cały czas i przez całe życie. Cierpienie jest przerażające, nieznośne i niszczycielskie, również dla otoczenia, ale zdarza się, że po prostu samo odpuszcza: kiedy rzecz dotyczy szaleństwa i smutku, nie ma żadnych ścisłych reguł. Nadto historia uczy, że mimo szaleństwa, zła lub smutku człowiek może żyć pełnią życia i że prawdziwi bohaterowie i bohaterki trafiają się po obu stronach granicy między pacjentem a lekarzem, która przez ostatnie sto lat stawała się skądinąd coraz mniej wyraźna.

Słyszałam czasem pytania, dlaczego ja, autorka tworząca wcześniej literaturę piękną, postanowiłam zająć się historią nauki – zwłaszcza że o tej akurat dziedzinie pisało i pisze wielu praktyków. Czy sama mam jakieś doświadczenie zawodowe? Czy jestem pacjentką?

Odpowiadałam, że jako pisarka wierzę po prostu w spojrzenie z zewnątrz i że zawsze fascynowały mnie dziwactwa ludzkiego umysłu. Poza tym interesowanie się szaleństwem bywa niekiedy strategią przetrwania. W książce Żegnając umarłych opisałam moje dzieciństwo. Nie przypominało ono raczej telewizyjnego sitcomu: wychowali mnie rodzice, którzy po Holokauście uciekli do bezpiecznej Kanady. Z perspektywy czasu wydaje mi się też logiczne, że moja praca magisterska była poświęcona Edgarowi Allanowi Poemu, nękanemu przez umarłych i nieumarłych. Pracowałam ponadto na część etatu w nowojorskim wydawnictwie zajmującym się literaturą z zakresu psychoanalizy i przerabiałam ekspercki bełkot na porządną prozę. Obroniłam doktorat o konstruowaniu kobiecości przez wybitnych pisarzy z przełomu XIX i XX wieku: Henry’ego Jamesa (którego siostra Alice pojawi się w niniejszej książce), najwspanialszego psychologa wśród pisarzy, czyli Marcela Prousta, oraz Roberta Musila, sąsiada Freuda.

Moje późniejsze książki – Kobiety Freuda oraz powieści Memory and Desire [Pamięć i pożądanie], Sanctuary [Schronienie] i Paris Requiem [Paryskie requiem] – są przystankami na tej samej drodze. W każdej z nich pojawiają się postaci psychiatrów. Moja matka chorowała na alzheimera, co dobitnie uświadomiło mi, jak kruchy i zarazem niezwykły jest ludzki umysł. W tamtym czasie zaczęłam zapuszczać się na terytoria nauk ścisłych. Przez dwa lata mogłam obserwować Laboratorium Mózgu i Zachowań na Open University, gdzie neurolog Steven Rose prowadzi badania nad pamięcią. Oglądałam umysł i mózg z perspektywy biochemicznej dzięki lekturze rozmaitych publikacji i uczestnictwu w konferencjach. Wszystko to znalazło wyraz w mojej powieści The Memory Man [Człowiek z pamięci]. I rzecz jasna przygotowało mnie do pracy nad niniejszą książką.

Można powiedzieć, że pisałam Szalone, złe i smutne przez całe życie.

I

W PRZEDEDNIU

1

Szalona i zła

W sobotę 24 września 1796 roku londyński „The Times” opublikował następującą relację na temat matkobójstwa:

W piątek po południu koroner i przysięgli zbadali zwłoki niewiasty z dzielnicy Holborn, która dnia poprzedniego zmarła wskutek ran zadanych jej przez własną córkę.

Z zebranych zeznań wyłania się następujący obraz: otóż gdy rodzina zasiadała do kolacji, młoda dama chwyciła nóż stołowy i poczęła gonić swą uczennicę, małe dziewczę, po całym pokoju, grożąc jej przy tem. Kiedy schorowana matka poczęła ją wzywać, by się uspokoiła, córka zlekceważyła ją w pierwszej chwili, po czem z głośnym krzykiem przystąpiła bliżej. Tymczasem uczennica wołaniem swym ściągnęła właściciela domu, lecz za późno. Oczom jego ukazał się straszliwy obraz: oto matka leżała nieżywa na krześle, ugodzona w serce, córka jej zaś stała nad nią z fatalnym nożem w ręku. Obok płakał stary ojciec, krwawiąc z czoła, zraniony bowiem został jednym z widelców, którymi młoda dama w furii ciskała po pokoju.

Przez kilka poprzedzających dni rodzina dostrzegała u niej pewne objawy szaleństwa, w środę wieczór zaś tak bardzo się one nasiliły, że aż brat jej rankiem dnia następnego udał się do dra Pitcairna, dżentelmena onego jednak w domu nie zastał. Ponoć młoda dama już wcześniej miała napady. Przysięgli oczywiście orzekli obłęd.

„Młodą damą”, niewymienioną z nazwiska, która kilkakrotnie dźgnęła swą sparaliżowaną matkę i zraniła starego ojca, była Mary Lamb, wówczas trzydziestojednoletnia. Trudniła się szyciem sukien; wraz ze swym o wiele sławniejszym bratem Charlesem miała później napisać Tales from Shakespeare[1], dzieło cieszące się ogromną popularnością i pozostające w druku bez przerwy od 1807 roku. Charles był dziesięć lat młodszy od Mary. Za sprawą przyjaźni z Samuelem Taylorem Coleridge’em, a także swych wierszy, szkiców i artykułów (w których powstaniu Mary miała udział, podobnie jak to było w przypadku Williama Wordswortha i jego siostry Dorothy), stał się jednym z najważniejszych przedstawicieli romantyzmu. W pierwszych latach XIX stulecia oboje z Mary prowadzili coś w rodzaju salonu i gościli u siebie „obdarty regiment” poetów, uczonych, krytyków, aktorów, muzyków, od czasu do czasu nawet marynarzy. Mary przyjmowała pod swym dachem najwybitniejsze osobistości przełomu wieków; witała je z ciepłym uśmiechem na swej bystrej twarzy, zawsze okolonej falbanką czepka[2]. Nawet ci, którzy znali jej przeszłość, określali ją mianem łagodnej, roztropnej, racjonalnej, spokojnej i wesołej. Bliska przyjaźń łącząca Mary i Charlesa oraz sympatia, jaką się cieszyli, są rzeczą powszechnie znaną. Dowody tego znaleźć możemy w obfitej korespondencji osób z ich grona.

Dziś Mary Lamb trafiłaby prawdopodobnie na oddział szpitalny zakładu penitencjarnego. Jak to się zatem stało, że dwa stulecia temu, popełniwszy morderstwo i zostawszy uznana za wariatkę, mogła wieść owocne choć niepozbawione trudności życie i cieszyć się wolnością?

Rodzinie Lambów źle się wiodło; w okresie, kiedy Mary dokonała swego okrutnego czynu i została uznana przez koronera i przysięgłych za „obłąkaną”, jako jedyna zarabiała na utrzymanie bliskich. Ojciec, John Lamb, pracował dawniej jako służący i sekretarz prawnika Samuela Salta, a matka, Elizabeth Field, prowadziła Saltowi dom, więc rodzina mieszkała u niego w cichej, zielonej londyńskiej dzielnicy Inner Temple, dzieci miały zaś dostęp do biblioteki prawnika i korzystały z jego wzorowej hojności.

Mary chodziła do miejscowej szkoły, uczyła się angielskiej kompozycji oraz arytmetyki. Gdy miała czternaście lat, oddano ją na nauki do krawcowej. Charlesa natomiast Salt umieścił w prestiżowej szkole Christ’s Hospital, gdzie chłopak poznał Coleridge’a, również „niebieskiego mundurka” (tak nazywano młodzieńców kształcących się w szkołach charytatywnych), i zapałał jeszcze silniejszym niż dotąd uczuciem do literatury, które zresztą dzielił z siostrą. Dzięki wstawiennictwu Salta jako czternastolatek został przyjęty na praktyki buchalterskie, potem zatrudnił się w Kompanii Mórz Południowych, a następnie odbył staż w Kompanii Wschodnioindyjskiej. Państwo Lambowie mieli siedmioro potomstwa, lecz tylko troje dożyło dorosłości. Najstarszy, John, cieszył się szczególnymi względami matki. Potężny wzrost i jasne włosy odróżniały go od Mary i najmłodszego Charlesa: ci byli drobni i ciemnowłosi. Charles utykał i co gorsza jąkał się. Od zawsze łączyła go z Mary szczególna więź, po części wynikająca ze wspólnego zamiłowania do książek, po części zaś z tego, że matka oboje traktowała chłodno. Poza tym jedno i drugie miało pewne doświadczenia z szaleństwem. W przypadku Charlesa przybierało ono postać melancholii, a w przypadku Mary powracających ataków manii.

Kiedy doszło do morderstwa, Samuel Salt nie żył już od trzech lat. Jego śmierć przyniosła Lambom niepomyślną odmianę losu. Rodzina musiała wyprowadzić się z Temple. Babka Field, gospodyni sporej wiejskiej rezydencji prawnika, której ogrody Charles i Mary wprost uwielbiali jako dzieci, także dokonała żywota, wizyty na wsi musiały więc ustać. Nowy dom w Holborn był ciasny; do tego Lambowie dzielili go z marudną starą ciotką. Ojciec, zaledwie pięćdziesięcioośmioletni, cierpiał na postępującą demencję, matka zaś, młodsza od niego o dwa lata, była sparaliżowana na skutek serii udarów. John uległ ciężkiemu wypadkowi, po którym wdało mu się zakażenie, przechodził więc długą rekonwalescencję, leżąc w łóżku i majacząc. Syzyfowa praca opiekowania się schorowanymi bliskimi spadła na Mary. Charles wciąż odbywał praktyki, toteż młoda kobieta musiała w pojedynkę zarobić na utrzymanie całej rodziny. Od świtu do nocy szyła suknie. Często kończyła dopiero późnym wieczorem, po czym kładła się spać w jednym łóżku ze swą sparaliżowaną matką, która nigdy nie okazywała jej ciepłych uczuć.

Owa żmudna codzienna rutyna przyczyniła się do napadu majaczeń dręczących Mary zimą na przełomie 1794 i 1795 roku. Zapewne ten właśnie epizod miał na myśli koroner. Gazeta „Morning Chronicle” pisała: „Młoda dama już wcześniej [...] postradała zmysły na skutek okrutnego zmęczenia i nadmiaru zajęć”[3]. Charles, zmartwiony i zapewne nękany poczuciem winy, pisał wówczas o chorobie Mary (którą nazywał „mym aniołem stróżem”) Coleridge’owi, ten zaś przekazał mu wyrazy współczucia w wierszu. Sam wiedział, jak to jest kochać i utracić siostrę, która cierpiała na „ukryte choroby serca”. We wspomnianym wierszu wysławiał ponadto Mary. Podziwiał jej czułość, mądrość i opanowanie, a więc cechy przywoływane później przez jej rozmaitych przyjaciół:

Jej dusza czuła tak, a przecie mądra,

Dowcip jej błyskotliwy, niby aureola

Co dzieciątka świętego główkę okalała.[4]

Podczas pierwszej choroby Mary Charles cierpiał męki nieodwzajemnionej miłości, najsilniejsze, jakich miał kiedykolwiek zaznać. Frustrację, której nie potrafił dać odpowiedniego ujścia, wyładowywał na siostrze. Napisany przezeń nieco później wiersz wyraża poczucie winy z tego powodu:

Jeśli z mych ust zbyt gniewne słowa wychodziły,

Skargi i cierpkie przygany, to dlatego,

Żem uległ błędom umysłu chorego

Oraz strapieniom, co wody zmąciły

I czystą studnię Rozumu zatruły.

Atak choroby Mary – zapewne częściowo zawiniony brakiem atencji ze strony brata – oraz zawód miłosny Charlesa wpędziły go w „tymczasowe szaleństwo” i „melancholię” pod koniec 1795 roku. W liście do Coleridge’a z 11 czerwca 1796 roku pisał: „Przypływ melancholii znów uderzył i typowe swe szkody wyrządził, odbierając mi rozum”. Charles na sześć tygodni dobrowolnie przeniósł się do zakładu dla obłąkanych w Hoxton. Wyszedł w dniu swych dwudziestych pierwszych urodzin.

Melancholię spowodowały nie tylko miłosne cierpienia i trudna sytuacja rodzinna, ale i nieznośna dla początkującego poety perspektywa życia zmarnowanego na pracę w dziale księgowym Kompanii Wschodnioindyjskiej. Charles zdawał sobie sprawę, że za podniecające tygodnie spędzane na rozmowach i piciu z żywiołowym Coleridge’em przychodziło mu zapłacić niepowstrzymanymi zmianami nastroju, gdy przyjaciel wyjeżdżał. Alkohol, spożywany w dużych ilościach, oraz Coleridge powracali zresztą raz po raz w życiu Charlesa. W późniejszych dekadach XIX wieku zaczął się proces medykalizacji pijaństwa, toteż dziś nawroty depresji nękającej Lamba wiąże się właśnie z alkoholizmem. Poeta często potrzebował kieliszka, by pisać; nadto chętnie zwilżał język, by okropne jąkanie się zelżało nieco, ustępując błyskotliwemu dowcipowi, urzekającemu tak wielu współczesnych.

Tak czy inaczej, „ukryte choroby” Charlesa nigdy już nie zaprowadziły go do domu wariatów. Przestępował jego próg tylko wówczas, kiedy odwiedzał siostrę. Można rzec, że Mary wzięła na siebie szaleństwo całej rodziny. Kto wie, czy na przykładzie ukochanego brata nie nauczyła się tego i owego o pożytkach płynących z obłąkania. Może nawet podpatrzyła u Charlesa pewne zachowania. Wielu lekarzy zwracało wszak uwagę, że szaleństwo daje wtórne korzyści, zapewniając choćby ucieczkę od codzienności. Charles podkreślał to w liście do Coleridge’a, który bynajmniej nie był obojętny na pokusy szaleństwa (i zarazem znał jego koszmar):

Pewnego razu zdam Ci, ku Twej uciesze, relację (na tyle pełną, na ile mi pamięć pozwoli) o dziwnej formie, jaką przybrało moje szaleństwo. Wspominam ten epizod z ponurą zazdrością, kiedy bowiem trwał, zaznałem wielu, wielu godzin czystego szczęścia. Nie imaginuj sobie, Coleridge, że poznasz cały rozmach i całą dzikość człowieczej fantazji, póki nie zwariujesz! Teraz, w porównaniu, wszystko zdaje mi się bezbarwne i mdłe. [11 czerwca 1796]

Trzy miesiące później Mary wpadła w swój morderczy szał. 21 września 1796 roku jej stan tak bardzo zaniepokoił Charlesa, że nazajutrz z samego rana wybrał się do lekarza, doktora Pitcairna, nie zastał go jednak w domu. Gdy wrócił do Holborn, ujrzał krwawą scenę, której wspomnienia miały towarzyszyć jemu i siostrze do końca życia. 27 września opisał swe straszne przejścia Coleridge’owi. „Naszkicuję tylko ogólny obraz: moja biedna, najdroższa siostra, w ataku obłędu, ściągnęła śmierć na matkę naszą. Dotarłem na miejsce za późno i mogłem jeno wyrwać jej nóż z dłoni. Obecnie Mary przebywa w domu dla obłąkanych i obawiam się, że trzeba ją stamtąd przenieść do szpitala”. Bez ogródek opisywał stan Mary i przyznawał się do lęku, że z prywatnej instytucji mogłaby trafić do publicznej. Sposób, w jaki przedstawił i zinterpretował przypadłość siostry, a także kroki, które poczynił, pozwalają nam ujrzeć moment arcyważnej zmiany w postrzeganiu szaleństwa oraz w funkcjonowaniu związanych z nim instytucji i przepisów.

Rzecz jasna owo postrzeganie zmienia się nieustannie. Rozmaite definicje rywalizują ze sobą, określone przyczyny, objawy, terapie i lekarstwa wysuwają się na pierwszy plan lub tracą na znaczeniu. Niemniej da się wyróżnić pewne dominujące trendy i określić ich chronologię. Przełom XVIII i XIX stulecia w Anglii, kiedy szaleństwo dotknęło samego króla, Jerzego III, to w istocie początek nowej ery.

SZALEŃSTWO I PRAWO

Aż do końca XVIII wieku prawo precedensowe – czyli obowiązujący w Wielkiej Brytanii system tradycji prawnej, kształtujący się stopniowo na podstawie kolejnych wyroków i orzeczeń wydawanych przez sędziów – dawało dwie wzajemnie powiązane możliwości obchodzenia się z przestępstwami popełnionymi przez osoby szalone. Po pierwsze, oskarżeni mogli być uznani za „niezdolnych do przyznania się do winy lub niewinności”. W takich przypadkach sędzia i tak miał prawo zdecydować o pozbawieniu wolności. Po drugie, oskarżony mógł zostać postawiony przed sądem, uznany za niepoczytalnego w chwili popełnienia przestępstwa i na tej podstawie oczyszczony z zarzutów. Wybitny jurysta sir William Blackstone w dziele Commentaries on the Laws of England [Komentarze do praw Anglii] (1765–1769) podawał ogólne wytyczne odnośnie do tego, jak traktować osoby, „co nie w pełni pojmują”, chociażby dzieci albo wariatów, których nie można pociągać do odpowiedzialności za ich czyny, nawet jeśli chodziłoby o zdradę stanu i inne najcięższe zbrodnie.

Latem 1786 roku Margaret Nicholson próbowała ugodzić króla Jerzego III tępym nożem deserowym. Podobnie jak Mary Lamb, nigdy nie stanęła przed sądem – miast tego król polecił swym gwardzistom: „Zaopiekujcie się tą niewiastą, a nie zróbcie jej krzywdy, bo jest szalona”[5]. Nicholson została zbadana przez doktorów Johna i Thomasa Monro, ojca i syna, których rodzina od 128 lat prowadziła szpital Bethlem. Kobietę umieszczono tam później decyzją Tajnej Rady.

Kiedy Charles Lamb bał się, że jego ukochana siostra trafi do publicznego szpitala, miał na myśli właśnie Bethlem, szerzej znane jako Bedlam, jeden z najstarszych ośrodków psychiatrycznych w Europie. Powstał w XIII wieku, w 1547 roku władze Londynu przejęły nad nim nadzór i prowadziły placówkę przez następne cztery stulecia, do roku 1948[6]. Pod koniec XVIII wieku w Anglii działało niewiele szpitali prowadzonych przez instytucje charytatywne, Bedlam natomiast pozostał jedynym szpitalem publicznym. Istniały tam zarówno oddziały dla biedaków, jak i dla prywatnych pacjentów. Silnie oddziaływał przy tym na wyobraźnię ludzi i stanowił nie lada atrakcję: każdej niedzieli zjeżdżali się tam gapie, pragnący popatrzeć sobie na wariatów, przedstawionych skądinąd w ostatnim epizodzie cyklu Kariera rozpustnika Williama Hogharta, w którym malarz uczynił obłąkanych, majaczących, rozwrzeszczanych pacjentów metaforą całego brytyjskiego społeczeństwa.

W 1758 roku, trzydzieści osiem lat przed zbrodnią Mary Lamb, William Battie, założyciel konkurencyjnej placówki St. Luke’s, ostro skrytykował Bethlem w swoim wpływowym dziele A Treatise on Madness [Traktat o szaleństwie]. Battie był pierwszym orędownikiem prowadzenia rzetelnych badań w dziedzinie, która, jak uważał, pogrążyła się w stagnacji, gdyż pozostawiono ją niewykształconym „empirykom”. Atakował „szokujące” i terapeutycznie nieskuteczne metody rodziny Monro, choćby praktykowane przez nich puszczanie krwi, wywoływanie wymiotów i aplikowanie na skórę substancji powodujących powstawanie bolesnych bąbli[7]. Rodzina Monro broniła się przed zarzutami, lecz na próżno, gdyż w rzeczywistości w ich placówce nie stosowano żadnych systematycznych terapii z prawdziwego zdarzenia. Bethlem było istnym domem grozy, gdzie szaleńców traktowano niczym wściekłe bestie. Matka wybitnego malarza J.M.W. Turnera została tam umieszczona w 1800 roku i zmarła cztery lata później. Anonimowy poeta pisał:

W izbach, na których kopuła ta się kładzie,

Rządzą szał, obłęd i umysł w nieładzie [...]

Szarpią kajdany, jeno kłamstwa prawią,

Ślinią się, wrzeszczą, niebiosa plugawią[8]

Charles Lamb nie chciał, by jego najdroższa siostra Mary trafiła do takiego przybytku. Ona sama jeszcze przed zabiciem matki wyrażała obawy, że tam skończy. Groziła jej też szubienica w Newgate.

Znalazłszy się na miejscu zbrodni i ujrzawszy martwą matkę, rannego ojca oraz zakrwawioną siostrę z nożem w dłoni, Charles natychmiast wziął sprawy w swoje ręce. Mary zabrano do szpitala dla obłąkanych w Islington. Koroner i przysięgli, którzy nie mieli wydać wyroku, a jedynie ustalić fakty, uznali sprawczynię za niepoczytalną. Zgodnie z obowiązującymi przepisami szaleńcy, którzy dopuścili się zbrodni, mogli zostać wypuszczeni z zakładu zamkniętego, „jeżeli w ramach zabezpieczenia zostaną objęci odpowiednią opieką”[9]. Mówiąc inaczej, wyjście Mary na wolność zależało od tego, czy znajdzie się odpowiednio wiarygodna osoba, która zagwarantuje jej albo pobyt w prywatnej instytucji, albo nadzór w domu.

Decyzja w tej sprawie należała do koronera, Charles stanął więc przed nowym wyzwaniem. Miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, nie był więc pewien, czy zostanie uznany za osobę mogącą zapewnić „zabezpieczenie”, szczególnie ze względu na swą trudną sytuację finansową. Szybko umieścił Mary w szpitalu dla obłąkanych, by uprzedzić niekorzystny wyrok. Bez wątpienia przydatne okazały się ponadto jego własne szpitalne doświadczenia. Jest też pewne, że właśnie Charles poinformował koronera, że Mary już wcześniej zdarzały się ataki manii. W tamtych czasach istniały już pewne utarte poglądy w kwestii tego, czym jest szaleństwo i jakimi rządzi się prawami – a nawroty zdecydowanie uważano za dowód obłąkania.

Prawo, dzięki któremu Mary mogła zostać oddana pod opiekę, zostało zmienione i zaostrzone w roku 1800 po tym, jak król (nazywany przez Shelleya „starym, ślepym, zdychającym, obłąkanym”[10]) znów przeżył próbę zamachu. Doszło do tego na premierze Wesela Figara, opery, w której jak na ironię wszelkie hierarchie zostają postawione na głowie. James Hadfield, były żołnierz, wycelował w Jerzego III z dwóch pistoletów i wypalił; chybił ledwie o parę cali. Jego adwokat Thomas Erskine, który skądinąd bronił też rewolucjonisty Thomasa Paine’a, zaproponował podczas procesu odróżnienie obłędu, utożsamianego w zasadzie ze wściekłą manią, od innej, nieco subtelniejszej przypadłości. Owszem, przekonywał, gdyby zastosować tak zwany test dzikiej bestii, Hadfield nie zostałby uznany za szaleńca. Ale przecież ów test opierał się na przesadnie uproszczonej definicji, zakładał bowiem, że osoba obłąkana zostaje dotknięta zupełną utratą pamięci i niepoczytalnością. Według Erskine’a Hadfield nie spełniał wprawdzie tych kryteriów, lecz i tak był szalony. „Szaleńcy często zdają się w pełni swych sił i władz, są opanowani, choćby akurat trwali w najgorszych paroksyzmach obłędu”[11]. Żołnierz strzelił do króla, bo miał urojenia – a właśnie one stanowią istotę szaleństwa. Prawnik posługiwał się psychologiczną terminologią zapożyczoną od Johna Locke’a. Odniósł sukces i wybronił Hadfielda, powołując się na jego niepoczytalność, mimo powagi czynu. Odtąd zarówno w prawie, jak i w społecznej świadomości zakorzeniła się nowa, bardziej subtelna definicja obłędu.

Uwolnienie Hadfielda, który uniknął powieszenia, wypatroszenia i poćwiartowania, czyli kary wymierzanej za zdradę, było pod pewnym względem rzeczą niezwykłą. Jego proces toczył się wszak w epoce terroru i wojen niepodległościowych. W sąsiednim kraju obalono krótko wcześniej monarchię i wysłano króla na gilotynę. Z drugiej strony, skoro przemoc stanowiła wówczas stały element politycznego pejzażu, może było lepiej i wygodniej uznać, że zamachu na władcę Anglii dopuścił się szaleniec, a nie rewolucjonista. Trzeba też pamiętać, że sam Jerzy III wiedział co nieco na temat obłędu.

Orzeczenie sądu, do którego przyczyniła się argumentacja Erskine’a, ukazało jednak istotną lukę w prawie. Zapewniła ona Mary Lamb względną swobodę. Oto człowiek uznany za szaleńca, sprawca zamachu na króla, mógł wkrótce wyjść na wolność. Parlament w ekspresowym tempie przyjął więc Ustawę o powierzeniu w opiekę szaleńców oskarżonych o ciężkie przewinienia. Każdy, komu postawiono zarzut „zdrady stanu, morderstwa lub poważnego przestępstwa”, a kto uniknął kary wskutek uznania za obłąkanego, miał być trzymany w zamknięciu do czasu, gdy Jego Królewska Mość nie zdecyduje o uwolnieniu. Hadfield (notabene żyjący z niezagojoną raną głowy tak dużą, że podczas procesu przysięgli zostali poproszeni o obejrzenie z bliska jego opony mózgowej) trafił natychmiast do Bethlem, gdzie spędził resztę życia i gdzie zabił później innego pacjenta. Faktycznie, był człowiekiem niebezpiecznym.

Na mocy nowych przepisów przyjętych w 1800 roku Mary Lamb, która nigdy już nie posunęła się do przemocy, nie mogłaby się cieszyć swobodą, choćby nawet brat zobowiązał się nią zaopiekować i choćby dziesiątki prywatnych szpitali psychiatrycznych pragnęły przyjąć ją pod swój dach.

SZPITALE DLA OBŁĄKANYCH W EPOCE GEORGIAŃSKIEJ

Prywatny szpital dla obłąkanych, mały czy duży, był instytucją charakterystyczną dla Anglii, kwitnącą dzięki nieregulowanej osiemnastowiecznej gospodarce. Mniejsze placówki często zaczynały jako nieformalne miejsca, w których zapewniano szaleńcom wikt i opierunek. Miejscowy lekarz, pastor albo wdowa przyjmowali pod swój dach obłąkanego, który nie mógł dłużej mieszkać z rodziną, bo był niebezpieczny, siał zgorszenie, zakłócał porządek albo należało go gdzieś ukryć w obawie przed plotkami. Odrobinę większe zakłady, w których przebywało od tuzina do dwudziestu osób, przynosiły całkiem niezły dochód, toteż na prowincji działało ich bardzo dużo. Nawet największe placówki, jak choćby Hoxton House, gdzie ostatecznie trafiła Mary Lamb, rzadko kiedy przyjmowały więcej niż dwustu pacjentów. W 1826 roku, kiedy pojawiły się pierwsze ogólnokrajowe statystyki, w całej jedenastomilionowej Anglii w takich zakładach przebywało niespełna pięć tysięcy ludzi[12]. To tyle co nic, jeśli wziąć pod uwagę, że w 1900 roku w zaledwie dwóch londyńskich szpitalach psychiatrycznych, Colney Hatch i Hanwell, było 4800 łóżek, a w publicznych placówkach w całym kraju 74 tysiące[13].

Ponieważ krewni woleli utrzymywać rzecz w tajemnicy, rzadko kiedy prowadzono księgi i rejestry, póki w roku 1774 nowa ustawa nie wprowadziła „licencji” i podstawowych regulacji dla szpitali przyjmujących obłąkane osoby. Misja polegała na izolacji szaleńców, a nie na ich leczeniu. Zdarzały się placówki, w których nie pracowali żadni lekarze. Ten stan rzeczy utrzymywał się również po 1796 roku, kiedy kwakier, handlarz herbatą i filantrop William Tuke założył słynny York Retreat, gdzie praktykowano terapię moralną. Szaleństwo miało z czasem stać się problemem medycznym, lecz proces ten dokonywał się bardzo powoli.

Niezależnie od prowadzenia lub nieprowadzenia terapii warunki panujące w szpitalach dla obłąkanych niepokoiły opinię publiczną, aż wreszcie sprawą zajął się rząd. Przez cały XVIII wiek placówki szukające klientów reklamowały się, zapewniając, że ich oferta nie sprowadza się bynajmniej do kajdan i brutalnej dyscypliny. Orędownicy nowych, lepszych szpitali, choćby William Battle, założyciel St. Luke’s w Londynie, podkreślali, że szaleńców trzeba otaczać troską i obchodzić się z nimi łagodnie. Użycie siły uważali za rzecz wstrętną[14]. Wobec panującej na rynku konkurencji szpitale ubiegające się o lepsze klientki musiały przekonać ich bliskich, że o nie zadbają. Na podstawie wspomnianych reklam i rozmaitych pism możemy bez trudu odtworzyć ideał szpitala dla obłąkanych: czystość, odpowiednio wysoka temperatura, przyjemny ogród, dobre kominki, mięso i napitki, prywatność oraz rozrywki, a nade wszystko uprzejmość i wizyty prywatnego lekarza.

W rzeczywistości rzadko kiedy trafiały się takie warunki, rozpowszechnione były natomiast łańcuchy i inne formy krępowania ruchów, brutalne traktowanie oraz kradzieże, których dopuszczali się opiekunowie. Dochodziły też brak higieny osobistej, brudne pomieszczenia, fatalne warunki sanitarne oraz gwałty i pobicia. Biedacy, za których pobyt płaciła parafia, cierpieli znacznie bardziej niż pacjenci prywatni – ci przecież byli regularnie odwiedzani przez bliskich, toteż personel musiał przynajmniej zachowywać pozory.

Powszechną rzeczą było czerpanie korzyści przez opiekunów. Starczyła niewielka łapówka, a pacjent lub pacjentka trafiali do zamkniętego zakładu na długo, nawet kiedy szaleństwo ustępowało. O ile w ogóle byli szaleni: zdarzało się, że personel szpitali w porozumieniu z rodzeństwem lub rodzicami uprowadzał w pełni zdrowych na umyśle, lecz problematycznych krewnych, na przykład, jeśli dysponowali oni kuszącą fortuną. Buntownicze kobiety w rodzaju bohaterki nieukończonej powieści Mary Wollstonecraft Maria: or, the Wrongs of Woman [Maria albo kobiece przewiny], z której lubieżny mąż pijak czynił swą niewolnicę seksualną, mogły trafić do szpitala i znaleźć się w tak przerażającej sytuacji, że wreszcie zaczynały wątpić, czy są trzeźwe na umyśle.

Charles Lamb przejął po siostrze rolę osoby odpowiedzialnej za dobrobyt rodziny. Zdołał przekonać starszego brata, by nie wysyłać Mary na oddział dla biedaków. Zebrał też niemałą kwotę (wynoszącą około 50–60 funtów), by opłacić jej roczny pobyt w prywatnym pokoju w szpitalu w londyńskim Islington pod opieką pielęgniarki. Prawdopodobnie Mary trafiła do Fisher House mieszczącego się przy obecnej Essex Road.

Lamb pisał do Coleridge’a, że kobiety opiekujące się jego siostrą „wielce ją rozpieszczały” i traktowały jak „krewną, a nie pacjentkę”. „Dobra pani, co prowadzi szpital i jej córka, elegancka młoda dama o słodkim usposobieniu, kochają Mary i wielce są nią zachwycone, o czem sama mi mówiła. Ona też je pokochała i rada jest, że może spędzać z nimi czas”. Właścicielka placówki przekonała Lamba, by zrezygnował z usług lekarza oraz aptekarza i zaoszczędził nieco pieniędzy.

Nie wiadomo, jakiego rodzaju terapię przeszła Mary – jeśli w ogóle ją leczono. W tamtych czasach istniało wiele metod. Służyły one głównie łagodzeniu szału i manii, „ochładzaniu” zgodnie z dominującą wciąż teorią humoralną i przyjętym w niej sposobem rozumienia relacji ciało–umysł. Praktykowano na zmianę zimne i gorące kąpiele oraz obcinanie włosów, by schłodzić głowę. Podawano opium lub wyciąg z naparstnicy i puszczano krew. Wszystkie te środki mogły zostać zastosowane w przypadku Mary. Jakkolwiek było, wkrótce „wrócił jej rozum”.

„Moja biedna, najdroższa siostra, nieszczęsne i nieświadome narzędzie, którym Wszechmogący posłużył się, sądząc rodzinę naszą, odzyskała zmysły” – pisał Charles do Coleridge’a 3 października 1796 roku, a więc niespełna dwa tygodnie po morderstwie. Zdawał sobie chyba sprawę, że nastąpiło to wyjątkowo szybko, dodawał bowiem, że zarazem

Odzyskała straszne wspomnienia, jakże dla niej okropne i dotkliwe (a będzie tak do końca życia), uśmierzone jednak nieco dzięki oddaniu się wierze oraz trzeźwej ocenie, albowiem już teraz potrafi odróżnić czyn popełniony w napadzie szału od straszliwej zbrodni matkobójstwa. Widziałem się z nią. Znalazłem ją tego ranka spokojną i łagodną, lecz daleką od nieprzystojnej obojętności, jaką dałoby zapomnienie. Przeciwnie, przejmuje się wielce tym, co zaszło. Od samego początku, choć jej stan zdawał się beznadziejny, nie traciłem wiary w jej siłę umysłu i w jej religijną prawość. Czekałem tedy, aż odzyska spokój.

DZIECIŃSTWO I JEGO ZABURZENIA

Dwa tygodnie później Charles znowu pisał do Coleridge’a na temat swej siostry. Ów list pod jednym osobliwym względem przywodzi na myśl współczesne koncepcje psychologiczne: Lamb, niczym proto-Freud albo proto-Winnicott, wyraźnie szukał przyczyn choroby Mary w okresie dzieciństwa. Sama Mary w rozmowie z Charlesem wyraża nadzieję, że ich matka i babka zrozumieją ją lepiej, znalazłszy się w niebie. Szczególnie babka nękała dawniej Mary, wyklinając wciąż jej „nieszczęsny, szalony, zmącony” umysł – i tym samym nakręcała mechanizm samospełniającej się przepowiedni. Charles podkreśla, że niezaznanie macierzyńskiego ciepła przyczyniło się do obłędu siostry, szczególnie że Mary z przesadną gorliwością traktowała swe obowiązki względem rodziców.

Biedna Mary! Moja matka nigdy jej tak naprawdę nie rozumiała. Kochała ją jako nas wszystkich macierzyńską miłością, lecz w sądach swych, uczuciach i postawach tak mało przypominała swą córkę, że nigdy nie potrafiła jej zrozumieć. I nie widziała też, że Mary ją kocha. Zbyt często jej pieszczoty i zapewnienia o córczynej miłości przyjmowała chłodno lub odrzucała. [...] Brata mego zawsze kochała bardziej, choć nie był on wart i dziesiątej części uczucia, na które zasługiwała Mary. Dobrze tedy, że siostra ma świadomość, że ilekroć mogła spełnić swój obowiązek i dowieść matce swej miłości, ilekroć mogła uczynić gest miły, zawsze to czyniła, nie bacząc na własne dolegliwości i choroby (a sam widziałem, jak bardzo odbijało się to na jej zdrowiu i prawdopodobnie przyczyniło się do pomieszania zmysłów). [17 października 1796]

Chłodna, nieczuła matka, odtrącona córka, dzieciństwo sprzyjające przekonaniu, że jest się osobą niespełna rozumu, wewnętrzny konflikt – oto tło powracającej choroby Mary. Zaskakujące, jak łatwo to samo wyjaśnienie dałoby się przedstawić na gruncie teorii Freuda albo postfreudowskich koncepcji etiologii chorób psychicznych, choć naturalnie Charles nie wspomina o edypalnym gniewie.

To nie koniec. Za życia Mary żadne jej dzieła nie mogły ukazać się pod jej własnym nazwiskiem z powodu popełnionego morderstwa, lecz współpracowała ona z Charlesem, nie tylko pisząc Opowieści Szekspira, ale i opowiadania dla dzieci Mrs. Leicester School [Szkoła pani Leicester] wydane w 1808 roku. Wszystkie te opowiadania z wyjątkiem trzech wyszły spod pióra Mary, aczkolwiek każde pod innym pseudonimem. Stanowią dowód, że Mary z wielką łatwością wczuwała się w dziecięcych bohaterów; ponadto często powtarza się motyw relacji matka–dziecko, powodującej u tego ostatniego rozmaite frustracje, gniew i rozczarowania.

Opowiadanie Mahomet Explained [Mahomet wyjaśniony], wydane pod pseudonimem Margaret Green, bazuje być może na pewnych wydarzeniach z dzieciństwa samej Mary. Spędzała ona wiele czasu w dużej wiejskiej posiadłości ze świetnie wyposażoną biblioteką (posiadłością tą zajmowała się babka Lambów). Mała bohaterka opowiadania jest bardzo samotna. Nikt z nią nie rozmawia; matka oraz pani domu wymieniają tylko parę słów przy śniadaniu, po czym przez resztę dnia oddają się „robótkom ręcznym”. Dziecko, pozostawione samo sobie, odkrywa zakazaną bibliotekę i dziwną księgę zatytułowaną Mahomet Explained. Zagłębia się w opowieść o Abrahamie, Izmaelu i Mahomecie. Czyta ją w tajemnicy raz po raz. „Dlatego bodajże nigdy się do mnie nie odzywano, zapomniałam, co dobre, a co złe”, stwierdza narratorka. Zniewalający czar opowieści, powtarzająca się zakazana lektura oraz samotność i porzucenie sprawiają, że dziewczynka zaczyna mylić książkową historię z rzeczywistością. Sądzi, że stała się Prawdziwą Wyznawczynią Mahometa, zaś ci, którzy takimi wyznawcami nie są, nie będą mogli przejść po „jedwabnym wątku” do zaświatów i zamiast tego trafią do „czeluści bez dna”. Pragnie ostrzec przed tym matkę i panią domu, lecz ogarnia ją lęk i nie chce się przyznać do korzystania z biblioteki.

Trawiona lękiem, rozdarta między pragnieniem nawrócenia i ocalenia matki a obawą przed wyznaniem prawdy, dziewczynka dostaje gorączki. W końcu opowiada dorosłym całą historię, lecz matka, która na czas choroby przenosi się do jej pokoju, sądzi, że to tylko „majaczenie”, i posyła po lekarza. Szaleństwo ma tu realny charakter, a zarazem sprowadza się do nieporozumienia. Dziewczynka długo nie chce zdradzić swego sekretu, a zarazem możemy podejrzewać, że jej fantazja o matce trafiającej do „czeluści bez dna” wynika po części z chęci zemsty za obojętność. Ostatecznie dziecku pozostaje tylko jedno: majaczenie.

Przyjeżdża dobry pan doktor i dzięki jego pytaniom udaje się ustalić prawdę: dziewczynka pod wpływem lektury nabawiła się „mahometańskiej” gorączki. Wystarczy podać lekarstwo i zalecić odpoczynek. Kiedy temperatura spada, lekarz zabiera dziewczynkę do swojej żony, która ma doświadczenie w podobnych przypadkach. Ta okazuje się wspaniałą matką. Więcej, prowadzi terapię miłością, rozmawiając z dziewczynką i okazując jej uczucie. Zamiast dalej podawać jej leki, zabiera ją do wesołego miasteczka. Widok radosnych ludzi i rozpieszczanie czynią cuda. Po miesiącu u „zastępczych rodziców”, którzy sprowadzają do domu rówieśników dziewczynki, żeby miała się z kim bawić, dziecko wraca do prawdziwej matki zupełnie wyleczone.

W opowiadaniu pobrzmiewają echa dzieciństwa Mary. Oczywiście wspominając je po latach, miała świadomość tego, czego w nim zabrakło. Uważała, że brak uczucia ze strony matki przyczynił się do jej własnych „majaczeń”. Nieprzypadkowo obsesyjnie wykonywaną pracą, która sprawia, że matka i pani domu z opowiadania ignorują małą bohaterkę, są robótki ręczne. Wszak dorosła Mary trudniła się szyciem, aż wreszcie przemęczona i przepracowana dostała ataku szału i zabiła matkę, a uświadomiwszy sobie swój czyn, trafiła do „czeluści bez dna”.

W 1815 roku pięćdziesięcioletnia Mary Lamb opublikowała na łamach „The British Lady’s Magazine” artykuł On Needlework [O robótkach ręcznych]. Posłużyła się pseudonimem „Sempronia” (tak nazywała się postać z satyrycznego czasopisma „The Tatler”, prawdziwa drapieżnica wśród swatek, wydająca kobiety za mąż bez jakiegokolwiek baczenia na ich przyszły dobrostan). Ostro potępiła robótki; określiła je mianem zajęcia, które sztucznie absorbuje uwagę kobiet z klasy średniej, pozbawionych innych możliwości zarobku. Powiada się, pisała, że bezczynność jest matką wszelkiego zła – i dlatego właśnie kobiety szyją, by nie oddawać się lenistwu. W istocie jednak stają się niewolnicami. „Szycie i robótki z natury kłócą się z rozwojem intelektu”. Mary pisała o kondycji kobiet z pasją, podobnie jak niemal współczesna jej autorka Mary Wollstonecraft. Jej artykuł zapowiadał też późniejsze teksty Virginii Woolf. Nie było żadnych siedemnastowiecznych poetek, zauważała Woolf, bo „siostra Szekspira” musiała przez cały czas zajmować się cerowaniem pończoch albo gotowaniem. Mary Lamb żyła w przekonaniu, że jej matka większą wagę przywiązywała do szycia i robótek ręcznych niż do własnej córki.

Owa opowieść o dzieciństwie i obłędzie jest interesująca z kilku powodów. Przede wszystkim doświadczenie dziecięcego szaleństwa wiąże się tu z pomieszaniem idei. Mała dziewczynka wyciąga zbyt daleko idące wnioski z lektury książki zawierającej podstawowe informacje na temat Mahometa (zresztą książki, w której brakuje stron) i zaczyna błędnie postrzegać rzeczywistość. Taki obraz szaleństwa bez wątpienia wiele zawdzięcza koncepcjom Johna Locke’a. Jego dociekania poświęcone stanom umysłu przyczyniły się do powstania we Francji psychiatrii „teoretycznej”. Pisząc o szaleństwie, Locke odszedł od dawnych koncepcji religijnych i od starożytnych paradygmatów, które zyskały nowe życie w okresie renesansu. Nie traktował obłędu jako skutku opętania ani jako kary spotykającej grzeszników. Przyczyną nie było też według niego postradanie zmysłów pod wpływem nadmiaru namiętności – czy to świętych, czy nieczystych. Nadto Locke twierdził, że szaleństwo nie jest ani dziedziczne, ani w ogóle nie ma biologicznego charakteru. Pod wpływem jego rozważań w XVIII wieku coraz silniej rozpowszechniał się pogląd, że obłęd to kwestia fałszywych idei.

W Rozważaniach dotyczących rozumu ludzkiego z 1690 roku Locke wprowadza rozróżnienie na obłąkanych i „idiotów”, czyli osoby upośledzone od urodzenia. Jeśli chodzi o tych pierwszych, „nie wydaje mi się [...], iżby stracili oni zdolność rozumowania, lecz raczej, łącząc ze sobą pewne idee całkiem opacznie, biorą je mylnie za prawdę; błądzą więc tak jak ludzie, którzy trafnie rozumują, wychodząc z fałszywych zasad”[15]. To wielce optymistyczny obraz szaleństwa. Dopuszcza się możliwość wyleczenia, a ponadto wprowadzona zostaje koncepcja rozumowania (czyli odróżniania fałszu od prawdy) wspólnego dla wszystkich ludzi, zarówno zdrowych na umyśle, jak i obłąkanych.

Dziewczynka z opowiadania Mary przeżywa doświadczenie szaleństwa jak z Locke’a. Ale fakt, że dorosła Mary Lamb, pisarka, która niegdyś była ową dziewczynką, uważa swe dziecięce przejścia za godne przypomnienia oraz, w pewnym sensie, pragnie nam ukazać ich genezę i „lekarstwo”, stawia całą rzecz w nieco innym świetle. Obecnie istnienie związku między doświadczeniami z dzieciństwa a zaburzeniami w dorosłości uważamy za rzecz oczywistą, naturalną, lecz dla ludzi z końca XVIII wieku oraz dla przedstawicieli romantyzmu była to myśl zupełnie nowa. Richard Burton w swoich wielotomowych encyklopedycznych rozważaniach o szaleństwie, noszących tytuł Anatomia melancholii (1652), wymieniał wszelkie czynniki mające jego zdaniem wpływ na uczucie smutku i apatii. Nie wspominał jednak, że dziecko jest pod wieloma względami ojcem dorosłego, nie szukał też przyczyn melancholii we wczesnych doświadczeniach.

Wszystko zmieniło się dopiero wówczas, gdy na scenę wdarli się Jean-Jacques Rousseau i romantycy. Dzieciństwo, edukacja i stosunki między rodzicami a ich potomstwem zyskały pierwszorzędne znaczenie. Biorąc to pod uwagę oraz mając na względzie ich osobiste doświadczenia, nie jest chyba zaskakujące, że choć Charles i Mary sami nigdy nie mieli dzieci, uwielbiali spędzać czas ze swymi chrześniakami, a ponadto pisali książki dla najmłodszych czytelników. Przybliżali im Szekspira, by w ten sposób ich edukować. Charles stanowczo podkreślał, że kształtowanie dziecięcej wyobraźni jest równie ważne jak kształcenie umysłów. Deformującej – odkształcającej – przeszłości można zaradzić w kolejnych pokoleniach.

SZALEŃSTWO, NERWY I WRAŻLIWOŚĆ

W eseju Christ’s Hospital Five and Thirty Years Ago [Christ’s Hospital przed trzydziestu pięciu laty] Charles Lamb, kryjąc się za swym najbardziej popularnym pseudonimem „Elia”, wspominał czasy szkolne. Ówczesne zabawy „wywołałyby uśmiech na twarzach Rousseau i Johna Locke’a, gdyby mogli nas zobaczyć”. Zestawienie owych dwóch myślicieli jest istotne. W epoce Lamba język mówienia o doświadczeniach zmysłowych zapożyczony od Locke’a został zmieszany z językiem mówienia o wyobraźni i pamięci (dzięki którym odzyskuje się dzieciństwo) zapożyczonym od Rousseau. Przeżywanie uczuć, również skrajnych, stało się bardzo ważne, podobnie jak ich analiza. Narodził się nowy język emocji, a szaleństwo przeszło przemianę. Skrajne namiętności potraktowano jako stany wspólne dla wszystkich ludzi. Wybuchy rewolucyjnej gorączki lub próba zamachu na króla zaczęły stanowić kwestię wartą namysłu, fascynującą dla młodych, radykalnych intelektualistów.

Byron w Wędrówkach Childe Harolda wysławiał „dzikiego Rousseau”. Pisał o nim: „Apostoł bólu, co żądzę odziewał / w cudowne piękno”[16]. Dodawał, że „sofista” Rousseau w urok ubrał szaleństwo. W 1766 roku David Hume sprowadził Rousseau do Anglii (wcześniej wypędzono go z Francji i Szwajcarii). Filozof otrzymał dom w Wooton w Staffordshire, a król Jerzy III przyznał mu stały dochód w wysokości stu funtów rocznie. (Rousseau korzystał ze szczodrości władcy tylko przez rok). Właśnie wtedy zaczął pisać Wyznania. W pierwszej księdze wspomina, że od bardzo młodego wieku z łatwością przychodziło mu czytanie i „dzięki tej niebezpiecznej metodzie posiadłem w krótkim czasie [...] niezwykłą na mój wiek inteligencję uczuć. Nie miałem najmniejszego pojęcia o rzeczach, kiedy wszystkie uczucia były mi znajome. Nic nie pojmowałem, a wszystko już czułem” – co przywodzi na myśl małą bohaterkę opowiadania Mahomet Explained.

W tej samej księdze Wyznań Rousseau rozważa wpływ wymierzonych mu w dzieciństwie kar na jego dalsze życie. Wspomina choćby, jak zbiła go siostra pastora, w którego domu został umieszczony. „Któż by uwierzył, że ta dziecinna kara, otrzymana przez ośmioletniego chłopca z rąk trzydziestoletniej panny, rozstrzygnęła o mych upodobaniach, pragnieniach, namiętnościach, o mnie całym, na całe życie, i to właśnie w kierunku przeciwnym temu, który, naturalnym sposobem, powinien by stąd wynikać?”. Rousseau pragnął odtąd upokorzeń i otwarcie wyznawał, że skłonność ta wzięła się z zaznanej w dzieciństwie kary.

Kiedy zaś zbił go wuj, miało to inne, lecz równie kształtujące skutki. Tym razem lanie spuszczono mu za kradzież, której Rousseau nie popełnił. Wydarzenie to odcisnęło na nim wyraźne piętno i uczyniło go orędownikiem sprawiedliwości.

Czuję, pisząc to, dziś jeszcze, że puls wali mi jak młotem; te chwile będą mi zawsze przytomne, choćbym żył sto tysięcy lat. To pierwsze zetknięcie z gwałtem i niesprawiedliwością pozostało tak głęboko wyryte w mej duszy, że sama myśl o tym wprawia mnie w dawne wzruszenie. Uczucie to, zrodzone zrazu z pobudek osobistych, takiej nabrało mocy i tak oderwało się od osobistego interesu, iż serce moje rozpala się od widoku lub opowieści niesprawiedliwego postępku, na kimkolwiek i gdziekolwiek popełnionego, tak jakbym sam był jego ofiarą.[17]

W ujęciu Rousseau dzieciństwo nieodwołalnie kształtuje dorosłego – również jego seksualność. Sposób, w jaki Charles i Mary postrzegali szaleństwo, oraz rola, jaką odgrywają w jego przypadku dziecięce doświadczenia, świadczy, że byli zanurzeni w nowej kulturze romantyzmu, rozwijającej się pod wpływem Rousseau. Można się domyślać, że Charles nie tyle tolerował „obłęd” siostry, ile wręcz szanował go i się z nim utożsamiał, a to za sprawą własnych napadów melancholii i bliskiej relacji łączącej go z Mary. Podobnie rzecz miała się z innymi osobami z kręgu rodzeństwa Lambów – świadczą o tym chociażby uwagi Coleridge’a i Williama Hazlitta na temat Mary oraz jej korespondencja z Dorothy Wordsworth. Wszyscy oni jej współczuli. Dopuściła się niewyobrażalnej zbrodni, gotowi byli jednak przyjąć ją do swego grona i traktować jak równą.

Oczywiście nie należy wyciągać ogólnych wniosków na temat całej epoki na podstawie pojedynczego przypadku, ale pewne sprawy są absolutnie ewidentne. Osiemnaste stulecie było wiekiem rozumu, a nerwowość i wrażliwość uważano za cechę związaną z przynależnością klasową. Jedynie „ci o szczególnie żywej i bystrej naturze, których zmysły są lotne i uduchowione, a umysł przenikliwy i ostry”, mają skłonność do zaburzeń nerwowych, od melancholii począwszy, a na hipochondrii skończywszy[18]. Tępaków rzeczy te nie dotyczą. Doktor George Cheyne, autor dzieła The English Malady [Angielska choroba] z 1733 roku, utrzymywał, że najbardziej wyrobieni i wrażliwi przedstawiciele rozwijającej się klasy średniej, mający szczególnie dużo czasu wolnego, cierpią na spleen, na zaburzenia wyobraźni i rozmaite nerwowe przypadłości. Nerwy stanowiły wówczas zupełnie nowy obiekt zainteresowania medycyny, uchodziły za tajemniczego posłańca przesyłającego komunikaty między umysłem a ciałem i najwyraźniej odpowiedzialnego za wiele nie do końca zdefiniowanych chorób. Pośród wilgotnych brytyjskich mgieł, w miastach „rozrośniętych, a przeto niezdrowych”, a do tego skoro „we wszystkich sztukach twórczych i wynalazczych, w badaniach, nauce, w działalności kontemplacyjnej dąży się do wyjścia poza to, co było dawniej”, nerwy były wyjątkowo narażone na „anomalie”.

Dopiero w XVIII wieku stało się możliwe „chorowanie na nerwy”. Nie znajdziemy podobnego określenia u Szekspira; dla niego słowo nervy było skoligacone z „silny”. Natomiast począwszy od czasów Cheyne’a, słabe nerwy zaczęły uchodzić za oznakę wrażliwości i kulturowej wyższości. Doktor Samuel Johnson umieścił hasło „nerwowy” w swoim słowniku. Co prawda z nutką dezaprobaty opatrzył je komentarzem „żargon medyczny”, podał jednak definicję: „Mający nerwy słabe lub chore”. W listach Lambów pojawiają się swobodnie rzucane wzmianki o „słabych nerwach” Mary. Charles pisze o „smutnym przygnębieniu ducha i zupełnie niezrozumiałej nerwowości” oraz o tym, że on i jego siostra mają „nerwowe umysły”[19].

Cheyne, wzięty lekarz praktykujący w Londynie i w Bath, zwracał uwagę, że rozwój cywilizacji dokonuje się kosztem pewnych cierpień. (Podobną tezę stawiał Freud przeszło półtora stulecia później). W jego czasach poczęły rozprzestrzeniać się rozmaite trudne do zdiagnozowania choroby, zwłaszcza wśród wrażliwych niewiast. Pacjentki i ich bliscy pragnęli znaleźć jakąś fizjologiczną przyczynę, ale żadnej nie udało się wskazać – z wyjątkiem zaburzeń nerwów, których działanie pozostawało wciąż tajemnicą. Mimo to Cheyne właśnie do tego się odwoływał. Szukał źródła choroby w ciele i tym samym zrywał z ujęciami szaleństwa odziedziczonymi po siedemnastowiecznych lekarzach i myślicielach. Nerwowe anomalie nie miały dla londyńskiego doktora nic wspólnego z „czarownictwem, urokami, magią czy opętaniem” – te uważał za „wyjaśnienia dobre dla ignorantów”[20].

George Cheyne (1691/3–1743) był niezwykłym lekarzem, również dlatego, że tak wiele nauczył się na własnym przypadku. Mając dwadzieścia kilka lat, przeżył załamanie nerwowe. Przyszedł do siebie dzięki mieszance gnostycyzmu Jakoba Böhmego, ascezy zalecanej przez mistyczki w rodzaju Antoinette Bourignon czy Jeanne Guyon oraz diety opartej na mleku. Zdołał odtworzyć swą praktykę lekarską w uzdrowisku Bath i w Londynie. Z czasem pozyskał wpływową klientelę. Leczyli się u niego córka premiera Roberta Walpole’a Catherine oraz powieściopisarz i drukarz Samuel Richardson, którego dzieło Sir Charles Grandison odegrało później arcyważną rolę w rozwoju psychiatrii we Francji. Cheyne stworzył też serię książek, które można określić mianem pierwszych medycznych poradników. Stały się one bestsellerami. Lekarz prezentował holistyczne podejście, łącząc sprawy umysłu, ciała i ducha, a do tego oferując rozmaite zdroworozsądkowe i umoralniające porady. Samuel Johnson nazywał doktora Cheyne’a człowiekiem „uczonym, filozofującym i pobożnym”, choćby dlatego, że opowiadał się on zawsze za umiarem. Napisał Essay on Gout [Esej o podagrze] (1720), a następnie An Essay on Health and Good Life [Esej o zdrowiu i długim życiu] (1724), który doczekał się dziewięciu wydań za życia autora i został przełożony na wiele europejskich języków.

Sam Cheyne był człowiekiem nieprawdopodobnie otyłym; pod koniec lat dwudziestych XVIII wieku ważył dwieście kilogramów. Cierpiał wskutek tego na wiele chorób i przypadłości: melancholię, dolegliwości gastryczne, mdłości, spleen, stany lękowe, ataki złości. Dostrzegał przy tym, że wszystko to konsekwencja zamożności i cywilizowanego życia. Lekarstwem było umiarkowanie w jedzeniu, wegetarianizm, ćwiczenia, wywoływanie wymiotów oraz wizyty w uzdrowisku w Bath. Najlepiej jednak sprawdzała się profilaktyka.

Zaburzenia psychiczne miały zdaniem Cheyne’a przyczyny fizjologiczne, a zwłaszcza nerwowe. Nerwy, przekaźniki uczuć i ruchu, były niczym struny instrumentu muzycznego: należało dbać o ich odpowiednie nastrojenie. Musiały wydawać właściwy dźwięk. Jeśli się rozstrajały, jeśli traciły napięcie, elastyczność lub przestawały działać prawidłowo wskutek ekscesów życia człowieka cywilizowanego, wskutek bólu, lenistwa czy ponurości, wtedy dochodziło do przewlekłych chorób – gorączki, kolek, podagry, „chaotycznych majaków mózgowych”, paroksyzmów, konwulsji, majaczeń i pomieszania zmysłów. Z powodu słabych nerwów cierpiały osoby najwrażliwsze, obdarzone najbystrzejszymi umysłami, tym bardziej należało zatem zapobiegać załamaniom nerwowym i prowadzić zrównoważone życie, zawsze wybierając drogę środka.

Cheyne nie zajmował się leczeniem umysłów, bo taka specjalizacja miała powstać dopiero w następnym stuleciu, niemniej można uważać go za jednego z pierwszych neurologów, a więc przedstawicieli dyscypliny, która później to zbliżała się do psychiatrii, to się od niej oddalała. Pacjenci skądinąd udawali się zarówno do psychiatrów, jak i neurologów z podobnymi objawami, zwłaszcza kiedy nękały ich choroby „funkcjonalne” (by użyć późniejszego terminu). Rozmaite przypadłości umysłowe, od poczucia niepokoju i rozkojarzenia po napady histerii, a nawet paraliżu i apopleksji, nie miały, według Cheyne’a, podłoża psychologicznego i nie brały się z umysłu czy emocji. Przyczynę stanowiły niewłaściwie funkcjonujące nerwy i naczynia krwionośne – a zatem rzecz sprowadzała się do fizjologii. Od połowy XVIII stulecia aż po wiek XIX wielu lekarzy podjęło ten sam tok myślenia.

Doktor William Cullen (1710–1790), wybitna postać reprezentująca bastion oświecenia, jakim był Uniwersytet Edynburski, starał się pożenić fizjologię z filozofią Locke’a wyjaśniającą, w jaki sposób idee rodzą się w umyśle z połączenia reprezentacji doświadczeń. Wpływowe dzieło Cullena First Lines of the Practice of Physik [Pierwsze zasady praktykowania medycyny] zostało wydane w całości w latach 1778–1784; autor poświęcał szczególną uwagę nerwom jako czynnikowi rozwoju chorób. Właśnie Cullen ukuł termin „neuroza” na określenie wszelkich schorzeń motorycznych i sensorycznych, które nie wiązały się z „zaburzeniem działania poszczególnych narządów, lecz raczej układu nerwowego w ogóle”. Co ważne z punktu widzenia późniejszych badań psychiatrycznych, powiązał też manię i melancholię z wahaniami przepływów nerwowych impulsów w mózgu (zwanych przez niego „podnietami”). Myślenie, pisał, wymaga uporządkowanego i dokładnego przywoływania faktów i doświadczeń. Jeśli więc „podniety” ulegają zaburzeniom, mózg rodzi fałszywe percepcje, skojarzenia i sądy[21]. Nadto Cullen podawał wyjaśnienie histerii, która wynikać miała z nadmiaru aktywności seksualnej oraz „zbierania się krwi” w kobiecych genitaliach. W 1807 roku szkocki lekarz Thomas Trotter (1760–1832) opublikował View of the Nervous Temperament [Pogląd w kwestii nerwowego temperamentu]. Twierdził, że „choroby nerwowe zajęły teraz miejsce gorączek i odpowiadają najpewniej za dwie trzecie schorzeń w cywilizowanych społeczeństwach”[22] – że zaś częściej występowały w miastach, dawało to ogromną liczbę cierpiących osób.

Jak pisał Roy Porter, Cheyne i jemu podobni sprawili, że nastała epoka bardziej przychylnie traktująca szaleństwo i rozmaite dziwactwa nastroju czy zachowań[23]. Przypadki, na które powoływał się Cheyne (było ich osiemnaście plus jego własny, przedstawiony bardzo szczegółowo), dotyczyły co prawda łagodniejszych form szaleństwa, niemniej ich modna powszechność oraz fakt, że lekarz podkreślał dobrą naturę i szlachetne urodzenie pacjentów, powodowały, że nawet co bardziej skrajne przypadłości zdawały się mniej groźne. „Wapory” i różne rodzaje obłędu przychodziły i odchodziły, niczym fazy księżyca – któremu skądinąd język angielski zawdzięcza słowo lunacy, czyli szaleństwo.

Kiedy Mary Lamb zamordowała matkę i zraniła ojca, współczucie dla obłąkanych było silnie zakorzenione w kulturze, a na dodatek współgrało z romantyczną wrażliwością, otwartą na rozmaitego rodzaju skrajne zachowania. Miało się to jednak zmienić jeszcze za życia Mary. Postrzeganie obłędu, które uchroniło ją przed zakładem zamkniętym (czyli choćby przekonanie o okresowych napadach szaleństwa i o tym, że niekiedy jego objawy są przez dłuższy czas niedostrzegalne), uległo przekształceniu, a że w dodatku profesja lekarzy zajmujących się ludzką psychiką (zwanych teraz „alienistami”) rozwinęła się, ludzie pokroju Mary zyskali status „niebezpiecznych jednostek”. Mogli w każdej chwili wpaść w „morderczą manię”. Niewidzialność objawów, nieprzewidywalność choroby tylko sprzyjały zagrożeniu[24].