Szalona noc - Christina Lauren - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Czasami namiętna noc w Vegas to nie koniec szalonego dnia, ale początek nowego życia. . .

Lola i Oliver chętnie gratulują sobie zdrowego rozsądku, który nie pozwolił im skonsumować zawartego po pijanemu małżeństwa w Las Vegas. Gdyby popełnili ten błąd na dodatek do ślubu, ich sytuacja nie byłaby z pewnością tak wygodna, jak jest. A przynajmniej tak brzmi wersja oficjalna…

W rzeczywistości Lola od pierwszego dnia pragnęła Olivera — a z czasem coraz głębiej zakochuje się w jego seksownym australijskim akcencie i swobodzie, z którą chłopak akceptuje ją taką, jaka jest. Dziewczyna lepiej czuje się w swojej pracowni i niezbyt chętnie odkrywa się przed innymi. Jej podświadome poczucie bezpieczeństwa, jakie ogarnia ją przy Oliverze, wydaje się niemal zbyt piękne, by było prawdziwe. Po co więc niszczyć coś dobrego...

Chociaż miłośniczki komiksów uganiają się za nim, Oliver nie potrafi zapomnieć o tym, czego nie zrobił z Lolą, kiedy miał okazję. Wie, czego chce od niej teraz. . . a to akurat zupełnie nie mieści się w relacjach przyjacielskich. Kiedy powieść graficzna Loli zaczyna zdobywać sławę w całym kraju, po czym szybko zostaje wykupiona do adaptacji filmowej, Oliver zbliża się do dziewczyny, by być przy niej w razie potrzeby. Lola nie przepada za zwracaniem na siebie uwagi, ale może zwróci uwagę na niego...

Szalona noc to inteligentny i pełen seksu romans o przejściu od przyjaźni do miłości. Autorka ukazuje wahania bohaterki z emocjonalną siłą, która poruszy czułe struny w wielu czytelnikach”.

Sarah MacLean, “Washington Post”

“W tej książce jest wszystko. Jeśli chodzi o napięcie erotyczne, które każe nam gorączkowo przerzucać strony, to nikt nie kreuje go tak doskonale, jak Lauren. Uwielbiam ich bohaterów, ich śmiałe i jedyne w swoim rodzaju opowieści, palący seks oraz oczywiście ich błyskotliwy, zaraźliwy dowcip. Przeczytajcie to koniecznie!”.

Vilma Gonalez, Vilma's Book Blog

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Christina Lauren Szalona noc Tytuł oryginału Dark Wild Night ISBN Copyright © 2015 by Christina Hobbs and Lauren BillingsAll rights reserved Published by arrangement with Gallery Books, a division of Simon & Schuster, Inc., New York Copyright © for the Polish translation by Zysk i S‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Redakcja Anna Gidaszewska Projekt okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Eddiego, naszego Supermana

Rozdział pierwszy

Lola

Kiedy idziemy za recepcjonistką marmurowym korytarzem, w myślach rysuję sobie kadry* do sceny rozgrywającej się przede mną: kobieta w sześciocalowych szpilkach i nogach do szyi, kołysząca biodrami przy każdym kroku.

Wysuwa biodra w lewo.

Wysuwa biodra w prawo.

Wysuwa biodra w lewo.

Mój agent Benny nachyla się do mnie i szepcze:

— Nie denerwuj się.

— Nie denerwuję — kłamię, ale on tylko prycha w odpowiedzi i prostuje się.

— Lola, umowa jest praktycznie zawarta. Masz ją tylko podpisać, a ntxtie robić dobre wrażenie. Uśmiechnij się! To już sama przyjemność.

Kiwam głową, próbując wmówić sobie, że się z tym zgadzam. Spójrz tylko na te biura! Popatrz na ludzi! Neony! Wielkie miasto! — ale to próżny wysiłek. Od dwunastego roku życia rysuję i piszę powieść graficzną Razor Fish i największą przyjemnością było dla mnie zawsze tworzenie go. Teraz nadchodzi część przerażająca, kiedy idę sterylnym korytarzem między pokojami o szklanych ścianach, z plakatami filmowymi w błyszczących ramach, podpisać kontrakt na siedmiocyfrowe wynagrodzenie za adaptację filmową.

Żołądek utknął mi gdzieś w gardle, a ja próbuję na swój sposób opanować strach.

Kołysze biodrami w prawo.

Kołysze biodrami w lewo.

Jej długie nogi sięgają od ziemi do chmur.

Recepcjonistka przystaje przed drzwiami i otwiera je.

— Proszę.

Biuro studia jest nieprzyzwoicie wyrafinowane; cały budynek robi wrażenie współczesnego odpowiednika zamku. Na wszystkich ścianach trochę aluminium i marmuru, wszystkie drzwi ze szkła. Każdy mebel jest albo z marmuru, albo z czarnej skóry. Benny prowadzi nas pewnym krokiem, przechodzi przez pokój i podaje ręce dyrektorkom po przeciwnej stronie stołu. Wchodzę za nim, ale zbyt mocno puszczam drzwi, bo zamykają się ciężko z głośnym trzaśnięciem szkła o metalową futrynę, które niesie się echem po całym pomieszczeniu. Wtórują mu dwa zaskoczone westchnienia zza stołu.

Cholera.

Widziałam siebie na tylu zdjęciach w stresujących sytuacjach, że wiem, iż nawet teraz nie sprawiam wrażenia poruszonej. Nie pochylam głowy i nie przepraszam; nie kulę się, nawet nie drgnie mi powieka, chociaż kiedy rozlega się przeraźliwy trzask, zwijam się wewnątrz w tysiące ciasnych supełków. Widocznie potrafię się dobrze kryć.

„New York Times” zamieścił pochwalną recenzję Razora Fisha, ale mnie określił jako „wycofaną” po wywiadzie, który moim zdaniem był bardzo ożywiony i wciągający. „Los Angeles Times” opisał naszą rozmowę telefoniczną jako „serię długich, pełnych namysłu chwil ciszy, po których następowały monosylabiczne odpowiedzi”, podczas gdy ja powiedziałam mojemu koledze Oliverowi, że omal nie zagadałam ich na śmierć, a przynajmniej tego się obawiałam.

Kiedy staję twarzą do dyrekcji, bez zdziwienia stwierdzam, że są równie wymuskani jak całe otoczenie. Żadna z kobiet nie komentuje mojego niezbyt subtelnego wejścia, ale przysięgam, że przechodząc przez pokój, słyszę wciąż jeszcze wibrujące wokół echo.

Benny puszcza do mnie oko i gestem każe mi usiąść. Znajduję krzesło obite miękką skórą, wygładzam sukienkę na udach i siadam ostrożnie.

Ręce mam spocone, serce wali mi jak młotem. Żeby nie wpaść w panikę, wciąż liczę do dwudziestu.

Na karcie widać dziewczynę z uniesioną do góry brodą, w płucach ma kulę ognia.

— Lorelei, bardzo miło poznać cię osobiście.

Spoglądam na kobietę, która się odezwała, i ujmuję podaną mi dłoń. Kobieta ma jasne, lśniące włosy, idealny makijaż, idealne ubranie i jest idealnie bez wyrazu. Po porannym przeszukiwaniu bazy IMDb jestem prawie pewna, że to Angela Marshall, producentka, która razem z Austinem Adamsem, jej częstym współpracownikiem, wygrała batalię o prawa doRazora Fisha toczącą się w zeszłym tygodniu. Nawet nie miałam o niej pojęcia.

Jednak na zdjęciu miała rude włosy. Oczy uciekają mi do kobiety po jej lewej stronie, ale ona ma delikatnie brązową skórę, czarne włosy i wielkie brązowe oczy. To na pewno nie jest Angela Marshall. Jedyną osobą, którą często widziałam w czasopismach i na zdjęciach, jest Austin, ale Benny jest jedynym mężczyzną w pokoju.

— Proszę mi mówić „Lola”. Miło mi poznać…? — zawieszam głos, bo w normalnej sytuacji w tej chwili powinnyśmy się sobie przedstawić. Jednak uścisk dłoni przeciąga się w nieskończoność i teraz nie wiem, do kogo kierować moje podziękowania. Dlaczego nikt się nie przedstawia? Czy powinnam znać nazwiska ich wszystkich?

Kobieta w końcu puszcza moją dłoń.

— Angela Marshall — mówi.

Czuję, że poddała mnie jakiemuś testowi.

— Jak miło mi panie poznać — powtarzam. — Trudno mi uwierzyć…

Na tym się zawieszam; wszyscy mnie obserwują, czekając na ciąg dalszy. Szczerze mówiąc, mogłabym całymi dniami opowiadać o tym, w co trudno mi uwierzyć.

Trudno mi uwierzyć, że Razor Fish poszedł w świat.

Trudno mi uwierzyć, że ludzie go kupują.

I naprawdę trudno mi uwierzyć, że ci wyrafinowani ludzie z tego olbrzymiego studia filmowego przerabiają mój komiks na film.

— Trudno nam w to wszystko uwierzyć — przychodzi mi z pomocą Benny, ale śmieje się z zakłopotaniem. — Jesteśmy olśnieni tym całym sukcesem. Olśnieni.

Kobieta siedząca obok Angeli spogląda na niego z miną mówiącą „z pewnością cię olśniło” — wszyscy wiemy, że Benny doskonale wyszedł na tej umowie: dwadzieścia procent od bardzo dużej sumy. Jednak ten wniosek prowadzi prosto do kolejnego: ja wyszłam na tym jeszcze lepiej. Moje życie po tej jednej transakcji całkowicie się zmieni.

Przyszliśmy tu podpisać kontrakt, omówić obsadę filmu i harmonogram.

Kadr pokazuje dziewczynę, która budzi się gwałtownie, gdyż w jej kręgosłup wbija się stalowy pręt.

Wyciągam dłoń do drugiej kobiety.

— Dzień dobry, przepraszam, nie dosłyszałam pani nazwiska. Jestem Lola Castle.

Kobieta przedstawia się jako Roya Lajani, a potem zerka na porozkładane przed nią kartki i nabiera powietrza, żeby zacząć jakąkolwiek rozmowę — jak to zwykle bywa w takich chwilach. Ale zanim się odezwie, drzwi otwierają się gwałtownie i tanecznym krokiem wchodzi mężczyzna, którego rozpoznaję jako Aus­tina Adamsa. Z nim wpada do pokoju dźwięk telefonów, stukot obcasów w korytarzu i głosy rozbrzmiewające w pokojach obok.

— Lola! — wita mnie ciepłym, pogodnym głosem, po czym krzywi się, kiedy drzwi zamykają się za nim z trzaskiem. Zerkając na Angelę, mówi: — Nie znoszę tych pieprzonych drzwi. Kiedy, do licha, Julie je naprawi?

Angela macha niedbale ręką, jakby mówiła, żeby się nie przejmował, po czym przygląda się, jak Austin mija krzesło obok niej i przystawia sobie krzesło po mojej prawej. Siada i z szerokim uśmiechem spogląda na moją twarz.

— Jestem twoim wielkim fanem — mówi bez wstępów, nawet się nie przedstawiając. — Szczerze. Darzę cię wręcz bojaźnią.

— Ja… o rany — odpowiadam, śmiejąc się z zakłopota-niem. — Dzięki.

— Proszę, powiedz, że pracujesz nad nową książką. Uzależniłem się od twojej sztuki, twoich opowiadań, wszystkiego.

— Jesienią wychodzi moja kolejna powieść graficzna. Będzie miała tytuł Junebug. — Czuję, jak Austin pochyla się roz­emocjonowany i odruchowo dodaję: — Wciąż nad nią pracuję. — Po czym podnoszę wzrok i widzę, jak on z zadziwieniem kręci głową.

— Zupełnie nierealne, prawda? — obrzuca mnie ciepłym spojrzeniem, jego uśmiech łagodnieje. — Dotarło do ciebie, że to ty stoisz za kolejnym przebojem kina akcji?

Na takie słowa w tej sytuacji — martwię się, że usłyszę wiele pustych pochwał — normalnie wstrzymałabym oddech, by nie okazać swego sceptycyzmu, ale pomimo pozycji znanego producenta i reżysera Austin wydaje się naprawdę szczery. Jest przystojny, lecz kompletnie zaniedbany: nieogolony, w dżinsach i krzywo zapiętej koszuli, z prawej strony dłuższej niż z lewej. Usztywniony kołnierzyk z jednej strony jest zagięty do wewnątrz. Przykład bardzo bogatego abnegata.

— Dzięki — odpowiadam, zaciskając pięści, żeby nie zacząć bawić się uchem albo kosmykiem włosów.

— Naprawdę tak uważam — dodaje, opierając łokcie na udach, wciąż całkowicie na mnie skupiony. Nie wiem nawet, czy w ogóle zauważył Benny’ego. Kostki palców mi bieleją. — Wiem, powinniśmy słodzić autorom, ale w tym wypadku to prawda. Od pierwszej strony całkowicie mnie pochłonęła twoja książka, powiedziałem wtedy Angeli i Roi, że musimy zdobyć do niej prawa.

— A my się zgodziłyśmy — wtrąca niepotrzebnie Roya.

— Cóż — odpowiadam, z trudem szukając słów innych niż kolejne „dziękuję”. — Wspaniale. Cieszę się, że znalazłam małą grupkę odbiorców.

— Małą! — powtarza Austin, odchylając się na oparcie krzesła i rzucając szybkie spojrzenie na koszulę, po czym znów opuszcza wzrok na guziki. — Cholera. Nawet nie potrafię się ubrać.

Zagryzam dolną wargę, żeby powstrzymać śmiech wzbierający mi w gardle. Cała ta sytuacja budziła we mnie panikę — dopóki on nie wszedł do pokoju. Przez całe życie robiłam zakupy w sieci Goodwill, przez kilka lat dostawaliśmy bony żywnościowe, wciąż jeżdżę chevroletem z 1989 roku. Jeszcze do mnie nie dociera, jak bardzo zmieni się moje życie, a sterylne siostry Stepford** zza stołu tylko wzmacniają obcość całej sceny. Jednak Austin wydaje się człowiekiem, z którym mogłabymwspółpracować.

— Wiem, że już cię o to pytano — odzywa się — czytałem wywiady z tobą. Ale chcę to usłyszeć od ciebie, mieć świadomość, że wiem z pierwszej ręki. Co cię skłoniło do napisania tej książki? Co cię tak naprawdę zainspirowało?

Już mnie o to pytano. Pytano tyle razy, że opracowałam sobie gotową, standardową wypowiedź: „Uwielbiam zwyczajne bohaterki, bo taka postać daje nam możliwość bezpośredniego starcia się ze skomplikowaną kwestią nierówności społecznych i politycznych w kulturze popularnej i sztuce. Opisałam Quinn Stone jako zwykłą dziewczynę w duchu Clarice Starling czy Sarah Connor, taką, która własnymi siłami zostaje bohaterką. Dziewczynę znajduje dziwny, podobny do ryby mężczyzna z innego wymiaru czasowego. Istota ta, Razor, pomaga jej odnaleźć odwagę do walki o siebie i swoją wspólnotę; w tej walce Razor uświadamia sobie, że nie chce jej puszczać do domu, nawet kiedy w końcu może to zrobić. Pomysł przyszedł mi do głowy we śnie, w którym mój pokój odwiedził wysoki, muskularny mężczyzna pokryty łuską i kazał posprzątać w szafie. Przez resztę dnia zastanawiałam się, jakby to było, gdyby naprawdę pojawił się w moim pokoju. Nazwałam go Razor Fish. Wyobrażałam sobie, że mój Razor w ogóle nie przejmowałby się stanem mojej szafy, tylko kazał ruszyć tyłek i zacząć o coś walczyć”.

Dziś jednak ta odpowiedź wydaje się nie na miejscu.

— Byłam wkurzona — przyznaję. — Uważałam, że wszyscy dorośli to albo złamasy, albo łamagi — widzę, jak Austin lekko otwiera zielone oczy, po czym wypuszcza powietrze i nieznacznie kiwa głową. — Byłam zła na mojego tatę, że nie potrafi się pozbierać, i na mamę, za jej tchórzostwo. Na pewno dlatego właśnie wymyśliłam sobie Razora Fisha: to szorstki facet, nie zawsze rozumie Quinn, ale w głębi ducha kocha ją i chce, żeby ktoś się nią opiekował. Rysowanie go, pokazywanie, jak początkowo Razor nie rozumie jej człowieczeństwa, ale potem szkoli ją do walki i w końcu przechodzi na jej stronę… uciekałam do tej opowieści w nagrodę, kiedy po pozmywaniu naczyń i odrobieniu lekcji siedziałam sama wieczorami.

W pokoju zapada cisza, a ja znów czuję potrzebę, by ją zagłuszyć.

— Podobało mi się, kiedy Razor zaczynał doceniać siłę Quinn, zupełnie nietradycyjną. Quinn jest drobna i cicha. Nie ma budowy amazonki. Dysponuje znacznie subtelniejszymi siłami: jest spostrzegawcza. Ufa sobie bez zastrzeżeń. Chcę dopilnować, by to znalazło się w adaptacji. W książce jest wiele przemocy i akcji, ale Razor nie doznaje olśnienia dotyczącego Quinn, kiedy ona uczy się zadawać ciosy. Olśni go dopiero wtedy, kiedy Quinn mu się sprzeciwi.

Rzucam spojrzenie na Benny’ego — to najbardziej otwarta wypowiedź o moim życiu, na jaką się zdobyłam. Widzę jego wyraźne zaskoczenie.

— Ile miałaś lat, kiedy twoja matka odeszła? — zagaduje Austin. Zachowuje się tak, jakby oprócz nas w pokoju nie było nikogo; łatwo udawać, że tak faktycznie jest, bo wszyscy znieruchomieli.

— Dwanaście. Tuż po tym, jak tata wrócił z Afganistanu.

Po tych słowach w pokoju zapada martwa cisza. W końcu Austin wzdycha.

— Miałaś naprawdę przerąbane.

W końcu wybucham śmiechem.

Austin znów przechyla się do mnie i nadal wbijając we mnie wzrok, mówi:

— Uwielbiam tę opowieść, Lola. Uwielbiam jej bohaterów. Mam scenarzystę, który zrobi z tego perełkę. Znasz Langdona McAffee’ego?

Kręcę głową, zakłopotana, gdyż z jego tonu wnioskuję, że powinnam znać to nazwisko. Austin jednak macha niedbale ręką.

— Jest świetny. Wyluzowany, inteligentny i zorganizowany. Chce napisać scenariusz razem z tobą.

Otwieram usta na tę niespodziankę — ja miałabym zostać współautorką scenariusza? — ale wydobywa się z nich tylko nieartykułowany, zdławiony dźwięk.

Austin wciąż gada, nie zwracając uwagi na moje osłupienie.

— Chcę, żebyśmy dużo rozmawiali, zgoda? — już kiwa głową, jakby chciał mnie skłonić do odpowiedzi. — Chcę zrobić z tego film twoich marzeń — po czym znów pochyla się do mnie i mówi: — chcę, by spełniło się twoje marzenie.

— Opowiedz mi wszystko ze szczegółami — mówi Oliver. — Nie jestem pewny, czy za pierwszym razem mówiłaś po angielsku.

Ma rację. Odkąd, już gadając, weszłam do jego sklepu z komiksami „Downtown Graffick”, niemal nie zrobiłam przerwy na złapanie oddechu — nie wspominając już o umiejętności składania słów. Na mój widok Oliver uniósł wzrok, a potem jego sympatyczny uśmiech powoli zmienił się w wyraz dezorientacji, kiedy zaczęłam wyrzucać z siebie potoki nieskładnych słów i emocji, zalewając nimi jego i cały sklep. Dwie godziny jazdy z L.A. do domu spędziłam, rozmawiając przez telefon z tatą i próbując ogarnąć jakoś umysłem resztę spotkania. I tak niewiele to dało, gdyż tutaj, opowiadając o tym ludziom, których najbardziej lubię, znów czuję się jak w nierealnym świecie.

W ciągu ośmiu miesięcy naszej przyjaźni Oliver chyba jeszcze nie widział mnie w takim stanie: mamroczącej, zdyszanej i bliskiej łez z nadmiaru przytłaczających mnie emocji. Szczycę się tym, że jestem zrównoważona i nawet wśród przyjaciół zachowuję spokój, więc próbuję wziąć się w garść, ale to cholernie trudne.

Z moich dziecięcych pomysłów

powstaje

film.

— Dobrze — zaczynam od nowa, biorąc głęboki wdech i powoli wypuszczając powietrze. — W zeszłym tygodniu zadzwonił do mnie Benny z wiadomością, że pojawiła się możliwość adaptacji filmowej.

— Myślałam, że wysłał propozycję…

— Wiele miesięcy temu — przerywam. — Zgadza się. Jak widać, przed wybuchem zawsze panuje cisza, prawda? Bo rano, w drodze z jego biura do ich biura powiedział mi, że prawa do filmu sprzedały się po zaciętej bitwie… — przyciskam dłoń do czoła. — Rany, jestem spocona. Spójrz na mnie, jestem mokra.

Oliver rzeczywiście spogląda na mnie, łagodniej już, śmieje się, po czym lekko kręci głową i znów zerka na pudełko, które właśnie otwiera nożem.

— Niewiarygodne, Lola. Mów dalej.

— Wygrali Columbia i Touchstone — informuję. — Pojechaliśmy do nich, poznałam już kilka osób.

— No i? — Oliver spogląda na mnie, wyjmując z kartonu stos książek. — Robią wrażenie?

— No… — przerywam, przypominając sobie chwilę, kiedy Austin z powrotem zajął się pozostałymi osobami; wtedy spotkanie zamieniło się w chaos skrótów i wydawanych półszeptem poleceń typu „sprawdzić kalendarz Landgona, żeby jak najszybciej zacząć pracę nad scenariuszem” albo „sprawdzę, czy do dwunastej zdołamy przenieść P&L do Mitchell”. — Chyba tak. Dwie kobiety były dość wycofane i usztywnione, ale główny producent, Austin Adams, jest naprawdę przemiły. Byłam tak przytłoczona tym wszystkim, że nie wiem, ile do mnie dotarło — przesuwam dłońmi po włosach i unoszę głowę do sufitu. — To jakieś szaleństwo. Film!

— Film — powtarza Oliver, a kiedy znów przenoszę na niego wzrok, widzę badawcze spojrzenie jego tajemniczych, ciepłych niebieskich oczu.

Oliver oblizuje wargi, a ja muszę spojrzeć gdzie indziej. Oliver to mój były mąż, zaś w tej chwili podoba mi się skrycie, ale to uczucie zawsze pozostanie nieodwzajemnione: nasze małżeństwo nigdy nie było prawdziwe. Był to jedynie wybryk w Las Vegas.

Oczywiście pozostałe dwie pary, które również spotkały się i pobrały w Vegas — nasi przyjaciele Mia i Ansel oraz Harlow i Finn — są w tej chwili szczęśliwymi małżeństwami. Jednak Oliver i ja co jakiś czas (zwłaszcza kiedy się wstawimy) lubimy komplementować siebie nawzajem jako jedyna para, która z pochopnego ślubu w Vegas wybrnęła jak normalni ludzie: następnego dnia pożałowała bezmyślności, unieważniła ślub i przeżyła kaca. Biorąc pod uwagę dystans emocjonalny, jaki Oliver zawsze okazuje, jestem pewna, że to on z nas dwojga szczerze chwali nasz wybór.

— Oni nie mówią, że podoba im się ten pomysł, ale nawet po kupnie muszą go jeszcze przetrawić — mówię. — Kupili prawa i już mają kandydata na reżysera. Dzisiaj omawialiśmy możliwą obsadę. Jakaś gruba ryba od efektów specjalnych chce się w to zaangażować.

— Niewiarygodne — mruczy Oliver, przechylając się do przodu i skupiając się całkowicie na mnie. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że właśnie zerknął na moje usta. Ale przecież go znam: kiedy mówię, przesuwa wzrokiem po całej mojej twarzy. Jest doskonałym słuchaczem.

— I jeszcze… będę pomagać w pisaniu scenariusza — oznajmiam, nieco bez tchu, a on szerzej otwiera oczy.

— Lola. Lola, ja nie mogę.

Rozpoczynam powtórne omawianie całego porannego spotkania, zaś Oliver wraca do rozpakowywania najnowszej dostawy komiksów, co jakiś czas zerkając na mnie z tym swoim zaangażowanym, lekkim uśmiechem. Kiedyś wydawało mi się, że z czasem nauczę się czytać jego reakcje i odgadywać myśli, które chodzą mu po głowie — jednak wciąż są dla mnie zamkniętą książką. Mieszkanie na poddaszu, które dzielę z moją przyjaciółką London, leży tylko dwie ulice od księgarni Olivera, ale chociaż widuję go niemal codziennie, wciąż mam wrażenie, że połowę spędzanego razem czasu próbuję odgadnąć intencje, jakie kryją się za jego monosylabicznymi odpowiedziami lub dłuższym uśmiechem. Gdybym bardziej przypominała Harlow, po prostu bym zapytała.

— Cieszysz się, że zobaczysz swoją książkę na ekranie? — pyta Oliver. — Nie rozmawialiśmy o tym, bo wszystko poszło tak szybko. Wiem, że niektórzy autorzy nie są zachwyceni pomysłem adaptacji swoich komiksów.

— Żartujesz? — pytam. Chyba nie mówi poważnie? Jedyna rzecz, którą wolę od komiksów, to filmy oparte na komiksach. — To przytłaczające, ale cudowne.

W tej chwili przypominam sobie, że w skrzynce e-mailowej mam wiadomość z siedemnastoma załącznikami do przeczytania „do wiadomości”. Czuję falę mdłości.

— Ale to trochę jak budowa domu — przyznaję. — Najbardziej chciałabym już przejść do etapu, w którym się wprowadzam, a przeskoczyć wybieranie kafelków, kranów i klamek do drzwi.

— Miejmy tylko nadzieję, że twój bohater nie będzie Batmanem à la George Clooney — mówi.

Unoszę brwi jak najwyżej.

— Jeśli o mnie chodzi, proszę pana, to mogą sclooneyować wszystko, co tylko zechcą — odpowiadam.

Zza regału wychodzi Nie-Joe, jedyny pracownik Olivera, z fryzurą na irokeza, nałogowy ćpun, do którego wszyscy mamy niewytłumaczalną słabość, jak do ulubionego kota.

— George Clooney jest gejem. Wiecie o tym, prawda?

Oboje z Oliverem nie zwracamy na niego uwagi.

— Właściwie — ciągnę — jeśli George Clooney kiedykolwiek dostanie się do słownika języka angielskiego w postaci czasownika, natychmiast dołożę tę czynność do mojej listy rzeczy, które chcę zrobić, zanim umrę.

— Jak w pytaniu: „Czy kiedyś cię sclooneyowali?” — upewnia się Oliver.

— Właśnie tak. „Poszliśmy na spacer, a potem clooneyowaliśmy do jakiejś drugiej. Dobranoc”.

Oliver kiwa głową i odkłada długopisy do szuflady.

— Chyba też musiałbym dopisać to do mojej listy rzeczy do zrobienia.

— Widzisz, to nas właśnie łączy — odpowiadam. Jego towarzystwo działa jak xanax, zawsze mnie uspokaja. — Ty byś zrozumiał całą wagę zrobienia czasownika z George’a Cloo­neya i niezależnie od jego orientacji też chciałbyś spróbować.

— On na pewno jest gejem! — powtarza Nie-Joe głośniej.

Oliver chrząka sceptycznie i w końcu na niego spogląda.

— Chyba jednak nie. Ożenił się.

— Naprawdę? — dziwi się Nie-Joe, opierając się łokciem o ladę. — Ale gdyby był, poleciałbyś na niego?

Unoszę rękę.

— Ja tak. Na sto procent!

— Nie ciebie pytałem — macha ręką Nie-Joe.

— A kto ma być z przodu, kto z tyłu? — dopytuje Oliver. — Bo chcę wiedzieć, czy to ja mam zostać sclooneyowany przez George’a Clooneya, czy może to ja mam clooneyować?

— Oliver — powtarza dobitniej Nie-Joe — to jest, cholera, George Clooney we własnej osobie. Jego nie da się sclooneyować!

— Chyba zaczynamy gadać bzdury — mamroczę.

Obaj mnie ignorują; Oliver wzrusza ramionami.

— No pewnie, czemu nie.

— Czyli spada nam IQ — wtrącam.

Nie-Joe udaje, że chwyta kogoś za biodra i zaczyna poruszać się do przodu i do tyłu.

— O tak. Pozwoliłbyś mu.

Oliver obronnym gestem unosi ramiona i odpowiada:

— Joe, rozumiem, o czym mówimy. Wyobrażam sobie też, jak wygląda seks między mężczyznami. Mówię tylko, że jeśli mam być z facetem, to dlaczego nie ze złym Batmanem?

Macham mu ręką przed nosem.

— A może wrócimy do tego, że mój komiks ma trafić na ekrany?

Oliver odwraca się do mnie, rozluźnia i obdarza tak słodkim uśmiechem, że cała w środku topnieję.

— Jak najbardziej. Lola, to wspaniale — przechyla głowę na bok, niebieskimi oczami patrząc mi prosto w oczy. — Jestem z ciebie cholernie dumny.

Uśmiecham się, po czym zasysam do ust dolną wargę, gdyż kiedy Oliver tak na mnie patrzy, tracę cały spokój. Ale przeraziłabym go, gdybym zaczęła robić do niego maślane oczy; my się tak nie zachowujemy.

— To jak będziesz to świętować? — pyta.

Rozglądam się po sklepie, jakby odpowiedź miała mi nagle z niego wyskoczyć.

— Posiedzieć tutaj? Nie wiem. Może trochę popracuję.

— Nie, ostatnio wciąż jeździsz, a nawet jak wracasz do domu, to wciąż pracujesz — odpowiada.

— Mówi facet, który całe życie spędza w sklepie — prycham.

Oliver mierzy mnie wzrokiem.

— Lola Love, oni robią film z twojej książki — na dźwięk tego przezwiska serce zaczyna mi walić jak oszalałe. — Dzisiaj wieczorem musisz skręcić coś dużego.

— To może u Freda? — zastanawiam się. To nasze zwykłe miejsce. — Po co udawać wyższe sfery?

Oliver kręci głową.

— Lepiej gdzieś w centrum, żebyś nie musiała się przejmować samochodem.

— Ale wtedy ty będziesz musiał jechać aż do Pacific Beach — sprzeciwiam się.

Nie-Joe udaje, że za naszymi plecami gra na skrzypcach.

— Nie przeszkadza mi to — odpowiada Oliver. — Finna i Ansela chyba nie ma, ale zawiadomię dziewczyny — drapie się w zarośniętą brodę. — Chciałbym móc zaprosić cię na kolację czy coś w tym stylu, ale ja…

— Boże, nie przejmuj się — perspektywa Olivera zostawiającego sklep, żeby zabrać mnie na kolację, przyprawia mnie jednocześnie o zawrót głowy i atak paniki. Oczywiście, jeśli wyjdzie z pracy przed zmrokiem, to raczej nie wybuchnie tu od razu pożar, jednak moje ciało odruchowo reaguje paniką. — Pojadę teraz do domu i na osobności trochę powariuję, a potem kompletnie się upiję.

Jego uśmiech całkowicie mnie podbija.

— Dobry pomysł.

— Myślałem, że dzisiaj idziesz na randkę — wtrąca Nie-Joe, wynurzając się zza pleców Olivera z wielkim stosem książek.

Oliver szarzeje.

— Nie. To nie było… to znaczy to nie jest. Nie jesteśmy…

— Randka? — czuję, jak brwi unoszą mi się wyżej, a jednocześnie próbuję nie zwracać uwagi na nagły skurcz żołądka.

— Nie, to nie tak — upiera się Oliver. — To tylko dziewczyna, która pracuje naprzeciwko…

— Allison Hard Rock — wyśpiewuje Nie-Joe.

Serce ucieka mi w pięty. To nie jest tylko dziewczyna z naprzeciwka; to dziewczyna, z której powodu często dokuczamy Oliverowi, bo widzimy, jak on się jej podoba. Jednak zdobywam się na pozornie pozytywną reakcję.

— Daj spokój! — wrzeszczę, klepiąc Olivera w ramię i z dramatycznym francuskim akcentem dodaję: — barrrdzo gorąca laska.

Oliver marszczy się groźnie i z miną przesadnego cierpienia rozciera ramię. Kiwa głową w kierunku Nie-Joego.

— Chciała przynieść nam obu obiad, tutaj do sklepu…

— Taaa, żeby cię przelecieć — wpada mu w słowo Nie-Joe.

— Albo może dlatego, że jest miła — odpowiada Oliver, żartobliwie rzucając mu wyzwanie. — W każdym razie wolę wyjść oblewać film Loli. Napiszę do Allison i dam jej znać.

Na pewno Allison Hard Rock to miła dziewczyna, ale w tej chwili świadomość, że Oliver ma numer jej komórki, że w każdej chwili może swobodnie do niej napisać i zmienić jakieś ich wspólne plany — ta świadomość sprawia, że życzę jej, żeby wpadła pod pociąg, w taki sposób, w jaki była dziewczyna życzy nowej dziewczynie chłopaka wszystkiego najgorszego. Allison jest ładna i sympatyczna, poza tym tak drobna, że zmieściłaby się w mojej torbie. Po raz pierwszy stanęłam przed perspektywą Olivera idącego na randkę, po raz pierwszy nasza przyjaźń została wystawiona na próbę — przynajmniej z tego, co wiem. Pobraliśmy się i rozwiedliśmy w ciągu jednego dnia, jest więc jasne, że tak naprawdę nigdy mu się nie podobałam, ale nigdy też nie rozmawialiśmy o randkach z innymi ludźmi.

Jak powinnam zareagować?

„Chłodno” — postanawiam po sprawdzeniu własnych uczuć. „Cieszyć się jego szczęściem”.

— Po prostu umów się na inny dzień — mówię na głos, uśmiechając się najszczerzej, jak potrafię. — Jest miła. Zabierz ją do „Bali Hai”, to takie ładne miejsce.

Oliver podnosi na mnie wzrok.

— Od dawna się tam wybieram. Ty je uwielbiasz, powinnaś pójść z nami.

— Oliver, nie możesz mnie zabrać na randkę.

Oliver szerzej otwiera oczy za szkłami.

— To nie jest… ja nie… ja bym nie… — i dodaje szybko — Lola, to nie będzie żadna cholerna randka!

No dobrze, zatem nie leci na Allison. Supeł w moim żołądku się rozluźnia; muszę wbić wzrok w ladę i skupić się ze wszystkich sił, żeby powstrzymać uśmiech.

Udaje mi się to po kilku głębokich wdechach.

Znów spoglądam na niego; on wciąż mi się przygląda z twarzą spokojną jak jezioro w głębi kanionu.

„O czym myślisz” — mam ochotę zapytać.

Ale oczywiście tego nie robię.

— Lola… — zaczyna Oliver.

Przełykam, nie mogąc się powstrzymać, rzucam szybkie — tylko na sekundę — spojrzenie na jego usta. Uwielbiam jego usta. Są szerokie — warga górna i dolna mają tę samą szerokość. Pełne, ale nie kobiece. Setki razy je rysowałam: wargi ledwie rozchylone albo zaciśnięte. Wygięte w lekkim uśmiechu lub skrzywione w wyrazie zamyślenia. Wargi odsłaniające końcówki ostrych zębów lub — raz — usta miękkie i rozchylone w obsceniczny sposób.

Doliczam ledwie do dwóch i znów udaje mi się spojrzeć mu w oczy.

— Tak?

Oliver zwleka z odpowiedzią przez rok, a przez ten czas ja wymyślam sobie miliony możliwych wariantów tego, co powie.

Myślałaś kiedyś o tym, żeby mnie pocałować?

Myślisz, że moglibyśmy bzyknąć się na zapleczu?

Czy mogłabyś kiedyś przebrać się za Zatannę?

Ale on tylko pyta:

— Co powiedziała Harlow na wiadomość o filmie?

Wciągam powietrze i staram się usunąć z wyobraźni obraz, w którym Oliver pochyla się i przyciska usta do moich ust.

— A właśnie miałam do niej zadzwonić.

I w tej chwili dociera do mnie to, co powiedziałam.

Oliver unosi brwi do samych włosów, a Nie-Joe obok niego piszczy wysoko, panicznie, jakby albo policja zapukała do drzwi, albo Harlow miała nas wszystkich za chwilę zamordować — a wszystko przeze mnie.

— O choleeera, co ja narobiłam? — unoszę dłoń do ust. Harlow mówię wszystko od razu, zaraz po tacie. Gdyby wiedziała, że tu przyszłam, zabiłaby mnie. — Co ja sobie myślałam, że tu przyszłam? — zbliżam się o krok i robię najgroźniejszą minę. — Nie wolno wam pisnąć słówka, że dowiedzieliście się pierwsi i że jestem tu od…

— …pół godziny — podsuwa uczynnie Nie-Joe.

— Pół godziny! — wołam. — Harlow potnie nas na kawałki i zakopie na pustyni!

— No to już, dzwoń do niej od razu — mówi Oliver, wskazując na mnie palcem. — Nie jestem gotów na spotkanie Harlow z siekierą.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* Kadry — obrazki w komiksie składające się na stronę, czyli planszę (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

** Siostry Stepford, zwane „Kukułkami Stepford”, to postaci z komiksów serii Marvel.

Rozdział drugi

Oliver

— Oliver, kiedy się dowiedziałeś?

Z uśmiechem unoszę wzrok nad stołem.

— O czym, Harlow?

— Nie ściemniaj, słodziaku — Harlow rzuca szybkie spojrzenie w bok, sprawdzając, czy Lola wciąż stoi przy barze. — Kiedy się dowiedziałeś, że możliwy jest film i że od razu znaleźli się chętni?

Harlow przenosi wyczekujący wzrok z Joego na mnie, ale Joe pochyla się i odgryza olbrzymi kęs swojego burgera, zostawiając mi odpowiedź.

— Dzisiaj — odpowiadam wymijająco. To bzdurna odpowiedź, bo przecież nawet Lola dowiedziała się dopiero dzisiaj rano. Harlow chce, żebym odpowiedział jej dokładnie, podając godzinę.

Harlow mruży oczy, ale tłumi ciętą ripostę, bo wraca Lola, niosąc tacę z kieliszkami. Zerka na mnie ze swoim sekretnym uśmieszkiem. Chyba nawet nie jestem pewny, czy zdaje sobie z niego sprawę. Uśmiech zaczyna się od warg unoszących się w kącikach, lekko opuszczonym spojrzeniu, potem mruga po­woli, jakby właśnie uchwyciła mnie w obiektywie. A jeśli faktycznie tak jest, to zdjęcie pokazałoby mężczyznę głęboko i beznadziejnie zakochanego.

W numerze dwudziestym piątym Zadziwiającego Spidermana jest scena, kiedy po raz pierwszy pojawia się Mary Jane Watson. Jej twarz początkowo nie jest widoczna dla czytelnika i Petera Parkera, który do tej pory znał ją tylko jako dziewczynę, z którą próbuje umówić go ciotka — „tę miłą dziewczynę od Watsonów z domu obok”.

Peter nie jest zainteresowany. Jeśli Mary Jane podoba się jego ciotce, to na pewno nie jest w jego typie.

Po czym w numerze czterdziestym drugim widzimy twarz Mary Jane, a Peter uświadamia sobie, co to za wspaniała dziewczyna. To objawienie jest jak cios w dołek: Peter był kretynem.

To chyba najlepsza analogia dla mojego stosunku do Lorelei Castle. Byłem jej mężem przez dokładnie trzynaście i pół godziny, a gdybym był mądrzejszy, może skorzystałbym z okazji, skoro się pojawiła, zamiast zakładać, że nie jest w moim typie, ponieważ miała na sobie krótką sukienkę i upiła się w Vegas.

Kilka godzin później wszyscy byliśmy pijani… i wszyscy spontanicznie się pobraliśmy. Podczas gdy nasi przyjaciele bru­kali pokoje hotelowe — i siebie nawzajem — my z Lolą poszliśmy na bardzo długi spacer i rozmawialiśmy o wszystkim.

Łatwo jest zwierzać się obcej osobie, zwłaszcza po alkoholu, więc po północy czułem się przy niej naprawdę swobodnie. Po jakimś czasie ulica Strip ściemniła się i pokazały się podejrzane zaułki półświatka; wtedy Lola zatrzymała się i spojrzała na mnie. Światło zamigotało w jej maleńkim kolczyku nad ustami; oczarował mnie delikatny róż jej ust, z których dawno znikła szminka. Już niemal wytrzeźwiałem i zastanawiałem się, jak następnego dnia przeprowadzimy unieważnienie małżeństwa, kiedy ona cicho zapytała, czy chciałbym wynająć gdzieś pokój. Razem.

A ja… nie chciałem. Nie chciałem, gdyż zanim padła jej propozycja, już wiedziałem, że to nie jest przygoda na jedną noc. Lola była dziewczyną, dla której mógłbym stracić głowę.

Tylko że tuż po powrocie do San Diego jej życie przewróciło się do góry nogami. Po pierwsze: wyszła drukiem jej powieść graficzna, Razor Fish, która błyskawicznie wspięła się na wszystkie listy bestsellerów komiksowych. Potem książka weszła do obiegu ogólnego, trafiła do sieci księgarskich, a „New York ­Times” określił ją jako „kolejną ważną serię ze świata akcji”. Prawo do adaptacji filmowej kupiło znane studio filmowe, dzisiaj zaś spotkała się z grubymi rybami, które zamierzają włożyć w tę adaptację miliony dolarów.

Nie jestem pewny, czy miałaby chociaż ułamek sekundy, by zainteresować się romansowaniem, ale to nic; ja myślę za nas dwoje.

— Nie wiem, kto zapoczątkował tradycję, że solenizantka kroi swój tort — mówi Lola, stawiając przede mną kieliszek podejrzanie zielonego alkoholu — albo w nowej wersji: że drinki kupuje dziewczyna, z której książki właśnie powstaje film. Ale nie podoba mi się to.

— Nie — sprzeciwia się Mia — drinki kupuje dziewczyna, która za chwilę ucieknie do Hollywood.

— Za karę — dokłada Harlow. — Kara z góry.

Wszyscy odwracają się do Harlow i rzucają jej sceptyczne spojrzenia. W przeciwieństwie do nas korzenie i większość życia Harlow bez wątpienia tkwią w Hollywood. Córka aktorki i producenta filmowego, zdobywcy Oscara, żona człowieka, który za chwilę zostanie gwiazdą Adventure Channel — jeśli rachunek ma zapłacić ten, kto ma najściślejsze związki z Hollywood, to Harlow powinna stawiać drinki.

Jakby odgadując nasze myśli, Harlow macha ręką i mówi:

— Zamknijcie się. Ja stawiam następną kolejkę.

Wszyscy unosimy kieliszki nad środkiem stołu, a Harlow wygłasza toast:

— Za najczarniejszy z czarnych charakterów: Lorelei Louise Castle. Idź skopać wszystkim tyłki, dziewczyno.

— Racja! Racja! — przytakuję. Lola przechwytuje moje spojrzenie i jeszcze raz rzuca mi swój sekretny uśmiech.

Stukamy się kieliszkami — Harlow, Mia, Joe, Lola, London i ja — i przechylamy kieliszki, po czym wstrząsamy się dziwnie synchronicznie.

London, współlokatorka Loli, niemal się dławi.

— Zielone chartreuse — kaszle, a nieporządny kok z jasnych włosów na czubku jej głowy podskakuje, jakby miał się zaraz rozpaść, kiedy dziewczyna kręci energicznie głową. — Powinni tego zakazać.

— Jest paskudny — przytakuję.

— Poprosiłam barmana o coś, co nazywa się „Świętowaniem” — wyjaśnia Lola, krzywiąc się i wierzchem dłoni wycierając usta. — Przepraszam. Mam wrażenie, że powinnam iść pod prysznic.

Mia kaszle.

— Dla niego świętowanie zapewne równa się z bólem — podkrada mi piwo i upija łyk, po czym znów zwraca się do Loli. Bardzo rzadko udaje mi się spotykać w towarzystwie Mię bez Ansela przyspawanego do którejś części jej ciała; całkiem miło widzieć ją samą i ożywioną. Jest słodka i delikatna, w typie młodszej siostry. — No to słuchamy, panno wyrafinowana. Opowiedz nam, jak to było dzisiaj rano.

Lola wzdycha i popija wodę, po czym z pełną bojaźni miną i szeroko otwartymi oczami unosi ramiona.

— Naprawdę, co to za życie, wiecie może?

Opieram się wygodniej i z uczuciem słucham, jak Lola snuje opowieść, którą już w większości znam. Szczerze mówiąc, chyba mógłbym jej słuchać sto razy, a i tak by do mnie nie dotarła; nie wyobrażam sobie, jak ona się z tym czuje.

Lola, która, jak sama przyznaje, częściej rozmawia z ludźmi w swojej głowie niż z otoczeniem, jest naprawdę doskonała. Staram się ze wszystkich sił okiełznać moją reakcję na jej pracę, gdyż wiem, że częściowo wynika z mojego uczucia do niej. Zresztą i tak nie mogę przecież wciąż jej opowiadać, jak cholernie jest genialna, jak jest jedną z najbardziej inteligentnych i seksownych osób, jakie znam. Jednak najczęściej powtarzam klientom, że książka jest świeża i niepodobna do wszystkiego, co dotąd czytałem, a z drugiej strony mam poczucie, jakby była mi znajoma.

Razor Fish wywołuje we mnie takie same emocje, jakie wypełniały mnie w dzieciństwie, kiedy pierwszy raz kupowałem w kiosku komiks. Miałem obsesję na punkcie siły, bitew, mocy opowieści łączącej słowa i kolory. W wieku jedenastu lat byłem najwyższym i najchudszym chłopakiem w siódmej klasie — u nas to pierwsza klasa liceum — którego klasowi złośliwcy przezwali trafnie Patyczakiem. Nawet kiedy w jedenastej klasie pozostali dogonili mnie wzrostem, przezwisko wciąż się mnie trzymało. Wtedy jednak od dawna już górowałem nad innymi, poza tym zacząłem wszędzie jeździć na rowerze. Już nie byłem chudeuszem — nabrałem siły i zacząłem wygrywać w wielu dyscyplinach. „Patyczak” stało się przezwiskiem superbohatera, a nie tchórza.

Spoglądam na Lolę i zadziwia mnie nasze podobieństwo — oboje spędziliśmy dzieciństwo samotnie, a wyrośliśmy na ambitnych introwertyków — oraz łączące nas upodobanie do komiksów, które odgrywają główną rolę w naszym życiu.

Ale podczas gdy ona wciąż jeszcze jest w siódmym niebie z powodu swojego sukcesu, przeżywa surrealistyczne urządzenie biur, śmieje się ze sztywnego początku spotkania, a potem bombowego wejścia Austina, ja czuję, że muszę zmniejszyć napięcie, biorę do ręki piwo i upijam łyk. Muszę stępić sobie zmysły na tyle, by zacząć myśleć racjonalnie. Życie Loli na pewno zmieni się radykalnie. To, co dotąd stanowiło głównie jej pasję, szybko zamieni się w interes — a to powoduje napięcia i problemy, które rozumiem lepiej, niż być może Lola sobie uświadamia. Poza tym Lola jest ogromnie utalentowana, ale wciąż żyje pod kloszem: Hollywood owszem, spełnia marzenia, ale potrafi też pokazać się z bezwzględnej i okrutnej strony. Mam ochotę odsunąć od siebie niepokojące uczucie, że chciałbym się nią trochę poopiekować; martwię się, gdyż przychodzi mi do głowy, że może ją to złamać, a przynajmniej stłumić jej cudowną kreatywność — tę, która przecież przyniosła jej sukces — a nie jestem pewny, czy warto tę kreatywność poświęcać w zamian za na przykład wymarzoną rezydencję w miejscujak z bajki.

Mam ochotę ją chronić, poradzić, żeby słuchała głosów rozbrzmiewających w jej głowie, gdyż dla Loli głosy te są bardziej realne niż większość głosów ludzi otaczających ją w życiu — tak zresztą było od dzieciństwa. Sam przeżywałem podobnie. Dorastałem bez rodzeństwa i z wiecznie nieobecnymi rodzicami. Moi dziadkowie przejęli nade mną opiekę, kiedy byłem mały, ale ja miałem wtedy osiem lat i bardziej przejmowałem się Supermanem i Batmanem niż tym, co dziadek oglądał w telewizji czy klientami jego sklepu.

Kiedy Lola dociera do końca opowieści, a szczegóły logistyczne zaczynają się mnożyć, sedno sprawy się rozmywa, za to pada coraz więcej słów z żargonu — jej telefon leżący na stole rozświetla się. Lola zerka na niego i odchyla się na oparcie, rzucając mi szybkie spojrzenie.

— To Austin.

Fakt, że najpierw spojrzała na mnie — nie na Harlow, London czy Mię — sprawia, że serce mi podskakuje, a w piersi rozpala się płomyk.

— Odbierz — poganiam, głową wskazując telefon.

Lola boryka się z wyświetlaczem, o mało nie zrzuca telefonu ze stołu i w końcu w ostatniej minucie rzuca przyciszonym głosem:

— Halo?

Nie słyszę, co mówi człowiek po drugiej stronie, więc nie wiem, dlaczego Lola rumieni się i uśmiecha, po czym mówi:

— Cześć, Austin. Przepraszam, nie. Ledwie zdążyłam odebrać telefon.

Słucha uważnie, a my wszyscy wbijamy w nią spojrzenia. Słyszymy tylko jedną stronę rozmowy:

— Tak, jestem jeszcze trochę oszołomiona — mówi — ale wszystko dobrze… — przesuwa wzrokiem po stole i dodaje: — Tak, w knajpie z przyjaciółmi… taki bar niedaleko domu… w San Diego! — śmieje się. — Austin, przecież to kawał drogi!

Co, do cholery?

Unoszę wzrok na Harlow, która jednocześnie zwraca spojrzenie na mnie, jakby wiedziona tą samą myślą. Gość chyba nie jedzie do nas? Zerkam na zegarek; dochodzi dziesiąta, droga zajmuje dwie godziny.

— Też się cieszę — mówi Lola i zaczyna się bawić kolczykiem. — Nigdy jeszcze nie pisałam scenariusza, więc skupiam się na tym, żeby się do czegoś przydać… — chichocze, słysząc odpowiedź.

Chichocze.

Znów rzucam spojrzenie Harlow.

Lola chichocze przy nas, ale nie przy ludziach, których poznała ledwie parę godzin temu. Chyba że ta osoba to ja w Las Vegas — i na pewno wolę, żeby tamta sytuacja pozostała jedynym takim przypadkiem.

— Nie mogę się doczekać… Nie, nie będę, dobrze usłyszeć opinię… wiem, przepraszam. Głośno tutaj. Dobrze, będę — kiwa głową. — Tak, na pewno! Obiecuję! — kolejny wkurzający chichot. — No dobrze… dobrze. Na razie.

Rozłącza się i wypuszcza powietrze, po czym rzuca spojrzenie w moją stronę.

— To Austin.

— Słyszałem — odpowiadam ze śmiechem. Pomimo tego nieprzyjemnego, obcego ciężaru, który nagle pojawił się w mojej piersi, rozumiem, jakie emocje budzi w niej fakt nagłej poufałości z osobą kierującą największym twórczym zadaniem w jej dotychczasowym życiu.

— Ale chyba nie przyjedzie tu z L.A., co? — pyta London; o ile się nie mylę, jej ton brzmi podejrzliwie.

Zawsze lubiłem tę dziewczynę.

— Nie, nie — Lola obdarza nas szerokim uśmiechem — tylko sobie żartował.

Przez kilka chwil wszyscy siedzimy, gapiąc się na nią. Harlow pierwsza przerywa milczenie.

— No dobrze, ale w takim razie po co dzwonił?

Lola unosi zaskoczone spojrzenie.

— Och. Eee, po prostu chciał sprawdzić, jak się czuję po spotkaniu… mówił też, że zbiera pomysły na ekranizację pierwszej części.

— Pierwszej części? — powtarzam.

Lola gwałtownie i nieco bezradnie potrząsa głową, na usta spada jej pasmo długich, prostych włosów i przylepia się do szminki. Nie mogę się powstrzymać, wyciągam rękę, żeby go odsunąć. Ona jednak też to robi — jej palce pierwsze dotykają włosów.

Szybko opuszczam dłoń; czuję, jak Harlow odwraca się do mnie, ale nie mogę oderwać oczu od Loli, która wpatruje się we mnie; w jej wzroku widać nieme oszołomienie.

— Oliver, jasna cholera…

Siedząca obok nas London bierze telefon.

— Wygugluję tego Austina Adamsa.

Zawsze naprawdę ją lubiłem.

— „Pierwsza część”? — powtarzam łagodniej w kierunku Loli.

— Mówił, że studio chce zrobić trzy filmy — odpowiada Lola wręcz piskliwie. — Ma jeszcze inne pomysły, chce o nich porozmawiać.

Harlow klnie, Mia piszczy, Joe wyszczerza zęby, ale Lola z cichym piskiem paniki zakrywa twarz.

— O cholera! — wrzeszczy London. — Ale ciacho! — i pokazuje nam wyświetlacz telefonu.

No dobrze, może jednak nie lubię jej aż tak bardzo, jak mi się wydawało.

Nie zwracając na nią uwagi, przypominam Loli:

— To dobrze — i delikatnie odrywam jej dłonie od twarzy. Nie mogąc się powstrzymać, dodaję: — Chce o tym porozmawiać teraz? Czy musisz znów jechać jutro do L.A.?

Lola kręci głową.

— Raczej porozmawiamy o tym kiedyś przez telefon. Przecież ledwie sobie wyobrażam udział w pisaniu jednego scenariusza, a tu szykują się trzy! — mówi, po czym przyciska palce do ust.

— Tu chodzi na razie o współpracę — przypominam jej. — Przecież o tym właśnie mówił ci dzisiaj Austin, prawda? — widok jej coraz bardziej zmartwionej twarzy pomaga mi opanować moje wewnętrzne drżenie. — Może przy drugim i trzecim filmie będziesz miała większy wpływ, ale to i tak wspaniałe, prawda?

Lola gwałtownie kiwa głową, przejmując moją pewność siebie, ale nagle jej ramiona opadają, a dziewczyna wybucha krótkim, pełnym wzgardy śmiechem.

— Nie wiem, jak to się robi.

Czuję na ręce jej dłoń, drżącą i bezsilną.

— Potrzebujemy więcej drinków! — oznajmia Harlow triumfalnie, nie tracąc pewności siebie; kątem oka widzę, jak wstaje i idzie do baru złożyć kolejne zamówienie.

Joe wyciąga rękę i gładzi Lolę po karku.

— Lola, jesteś brylantem wśród zwykłych kamyków. Będziesz rządzić.

Kiwam potakująco głową.

— Masz to w sobie. Nikt nie zna tej opowieści lepiej od ciebie. To ty masz ją prowadzić. Oni z kolei znają się na robieniu filmów.

Lola wypuszcza powietrze, układa usta w słodkie „o”, wbijając we mnie spojrzenie, jakby tylko to powstrzymywało ją przed rozpadem. Czy wie, jak bardzo chcę być jej podporą?

— Dobrze — powtarza. — Dobrze.

W końcu udaje nam się wypić po pięć drinków i przejść od wariackiego dnia Loli do burzliwej debaty dotyczącej tego, jak skończy się świat. Jak zwykle zawdzięczamy to Joemu, ale Lola, zaróżowiona, znów zanosi się swoim uroczym, przerywanym chichotem, kiedy Joe z obojętną miną rzuca kolejne przypuszczenia: zombie, pole elektromagnetyczne, najazd kosmitów — i przynajmniej wydaje się całkowicie pochłonięta nowym tematem, rozluźniona.

— Mówię wam, to będą zwierzęta gospodarskie — peroruje Joe z zamaszystym gestem, o mały włos nie strącając kieliszka Harlow. — Jakaś krowia czy świńska grypa. A może coś od ptaków.

— Wścieklizna — dopowiada Mia, kiwając głową z alkoholowym spowolnieniem.

— Nie, nie wścieklizna — odpowiada Joe, kręcąc głową. — Coś, czego w ogóle jeszcze nie znamy.

— Prawdziwe słoneczko z ciebie — London dźga go w ramię, a Joe odwraca się do niej.

— To fakt — odpowiada. — Ludzkość zginie przez przeklęte kurczaki.

Lola strzela sobie w głowę z palca i udaje, że pada na mnie w przedśmiertnych konwulsjach. Jej włosy przesuwają się po mojej ręce, po nagiej skórze poniżej krótkiego rękawa koszulki — i po raz pierwszy nie opieram się pokusie, by ich dotknąć. Dotykam dłonią jej głowy i przesuwam palce w dół, wplatając je w jej włosy.

Lola przechyla głowę i spogląda na mnie.

— Oliver na pewno się upił — oznajmia bełkotliwie, ale chyba tylko ja ją słyszę.

— Dlaczego? — pytam. Mój uśmiech jest mimowolny, to instynktowna reakcja na jej bliskość.

— Bo mnie dotykasz — odpowiada Lola trochę ciszej.

Odchylam się, żeby wyraźniej widzieć jej twarz.

— Przecież często cię dotykam.

Lola kręci głową — powoli, ocierając się o moje ramię, w końcu opada na oparcie siedzenia.

— Tak, ale jak kumpel. A to był dotyk zakochanego.

Krew zaczyna mi szumieć w żyłach. Gdyby tak wiedziała…

— Naprawdę?

— Mhm — wygląda na zmęczoną, powieki ciężko jej opadają.

— A to przepraszam, Lola Love — mówię, odsuwając jej grzywkę na bok czoła.

Lola gwałtownie kręci głową, obracając ją niemal całkowicie na boki.

— Nie przepraszaj. Jesteś moim bohaterem.

Śmieję się, ale ona poruszona nagłym przypływem energii siada i mówi dalej:

— Poważnie. Co ja bym teraz bez ciebie zrobiła? — wskazuje na Harlow. — Ona ma męża — wskazuje na Mię. —Ona też.

London chyba słyszy, o czym mowa, bo pochyla się do nas.

— Ja nie mam męża.

— Nie — Lola obdarza ją szerokim, pijackim uśmiechem. — Ale ty wciąż surfujesz. Albo pracujesz w barze. Albo odrzucasz kolejnego kandydata.

Joe kiwa głową, a London żartobliwie uderza go w pierś.

— Dlatego to Oliver jest moim bohaterem — mówi Lola, odwracając się znów do mnie. — Moim oparciem. Skałą. Moją epoką — marszczy brwi. — Epoką?

— Opoką — podpowiadam szeptem.

— Racja — pstryka palcami. — Właśnie o to mi chodziło — po czym ścisza głos i pochyla się do mnie blisko, tak blisko, że serce podchodzi mi do gardła i wali tam nierówno. — Nigdy mnie nie opuszczaj.

— Nie opuszczę — odpowiadam. Cholera. Nie mógłbym. Mam ochotę owinąć ją i nosić na rękach, chroniąc przed tymi nieszczerymi, chciwymi ludźmi, których na pewno spotka na swojej drodze.

— Nie opuszczaj — powtarza, grożąc mi palcem tuż przed nosem.

Pochylam się, gryzę ją w koniuszek palca, na co jej oczy rozszerzają się.

— Nie opuszczę — mówię, trzymając w zębach ten palec; niech mnie diabli, tak bym chciał pochylić się jeszcze niżej i chwycić także jej wargi.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki