Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 480 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szaleństwo zmysłów - Maya Banks

Dwudziestoczteroletnia Mia Crestwell od czasów nastoletnich kocha się w przystojnym Gabie Hamiltonie, przyjacielu swojego starszego brata Jace’a. Gabe, Jace i Ash przyjaźnią się z sobą od lat i wspólnie prowadzą firmę hotelarską, osiągając wielkie sukcesy finansowe. Gabe także od dawna ma oko na Mię. Dziewczyna bardzo mu się podoba, ale romans z nią zagroziłby przyjaźni z jej bratem, a także wspólnym interesom. W końcu jednak Gabe proponuje Mią układ: ona miałaby pracować dla niego jako osobista asystentka i być na jego usługi, także seksualne, a on dbałby o nią i zaspokajał wszelkie jej potrzeby. Mia się zgadza i podejmuje u niego pracę, nie zdradzając bratu, co tak naprawdę łączy ją z Gabe’em.

Gabe tymczasem wprowadza ją w świat swoich upodobań erotycznych. Lubi dominację, seks z elementami sado-maso, i Mii zaczyna się to podobać. Angażuje się w ten związek, świadoma, że może potem cierpieć, bo jest dla Gabe’a tylko zabawką.  Gabe jednak, ujęty jej urokiem, zaczyna się w niej zakochiwać. Kiedy jednak  aranżuje seks z udziałem innych mężczyzn okazuje się to dla nich wielką próbą...

Opinie o ebooku Szaleństwo zmysłów - Maya Banks

Fragment ebooka Szaleństwo zmysłów - Maya Banks

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Try­lo­gia ero­tycz­na Bez tchu po­wsta­ła na fali po­pu­lar­no­ści po­wie­ści E.L. Ja­mes Pięć­dzie­siąt twa­rzy Greya. Trój­ka przy­ja­ciół – Gabe Ha­mil­ton, Jace Cre­stwell i Ash McIn­ty­re – wspól­nie za­rzą­dza po­tęż­ną sie­cią ho­te­lar­ską HCM Glo­bal Re­sorts and Ho­tels. Mło­dzi, przy­stoj­ni, bo­ga­ci i bez­względ­ni w in­te­re­sach, lu­bią też do­mi­no­wać w ży­ciu pry­wat­nym, szcze­gól­nie w łóż­ku. Bez naj­mniej­szych skru­pu­łów re­ali­zu­ją swo­je naj­skryt­sze fan­ta­zje sek­su­al­ne; żad­na ko­bie­ta nie jest w sta­nie oprzeć się ich uro­ko­wi – na­wet ta je­dy­na, któ­ra ma sta­tus „za­ka­za­ne­go owo­cu”. W ko­lej­nych to­mach Bez tchu Gabe, Jace i Ash prze­kra­cza­ją jesz­cze jed­ną, do­tąd nie­do­stęp­ną dla nich gra­ni­cę – od in­ten­syw­ne­go, cał­ko­wi­cie nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go sek­su do praw­dzi­we­go uczu­cia.

Dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nia Mia Cre­stwell już jako na­sto­lat­ka du­rzy­ła się w przy­stoj­nym Ga­bie Ha­mil­to­nie, przy­ja­cie­lu swe­go star­sze­go bra­ta Jace’a. Gabe, Jace i Ash pro­wa­dzą do­sko­na­le pro­spe­ru­ją­cą i przy­no­szą­cą mi­lio­no­we do­cho­dy fir­mę ho­te­lar­ską; jako sin­gle ucho­dzą za do­sko­na­łe par­tie. Gabe ma tak­że pla­ny wo­bec Mii – chce w koń­cu za­ry­zy­ko­wać i skosz­to­wać „za­ka­za­ne­go owo­cu”, na któ­re­go punk­cie ma od daw­na ob­se­sję. Dziew­czy­na bar­dzo mu się po­do­ba; nie od­stra­sza go na­wet fakt, że ro­mans mógł­by za­gro­zić przy­jaź­ni z jej bra­tem. Pro­po­nu­je Mii układ: mia­ła­by pra­co­wać dla nie­go jako oso­bi­sta asy­stent­ka i być na jego usłu­gi, tak­że sek­su­al­ne. W za­mian on za­spo­ka­jał­by wszyst­kie jej po­trze­by. Mia przyj­mu­je pro­po­zy­cję i po­dej­mu­je pra­cę, nie zdra­dza­jąc bra­tu, co na­praw­dę łą­czy ją z Gabe’em. Męż­czy­zna wpro­wa­dza nową pra­cow­ni­cę w świat swo­ich upodo­bań ero­tycz­nych. Lubi do­mi­na­cję, seks z ele­men­ta­mi sado-maso. Mii za­czy­na się to po­do­bać. An­ga­żu­je się w zwią­zek świa­do­ma, iż jest dla Gabe’a tyl­ko za­baw­ką. Uję­ty uro­kiem swo­jej ko­chan­ki, Gabe za­czy­na się w niej za­ko­chi­wać. I to go prze­ra­ża. Aby prze­ko­nać sa­me­go sie­bie, że nie za­le­ży mu na dziew­czy­nie, aran­żu­je seks z udzia­łem in­nych męż­czyzn. Skut­ki tej pró­by za­sko­czą wszyst­kich…

MAYA BANKS

Pi­sar­ka ame­ry­kań­ska, au­tor­ka po­pu­lar­nych po­wie­ści z ga­tun­ku ro­man­su współ­cze­sne­go, ro­man­su hi­sto­rycz­ne­go oraz ero­ty­ki. Więk­szość jej ksią­żek uka­zu­je się w kil­ku­na­stu se­riach li­te­rac­kich, m.in. Col­ter’s Le­ga­cy, Swe­et, Kel­ly Se­ries, McCa­be Tri­lo­gy, Unspo­ken, Sur­ren­der Tri­lo­gy i i Am­ber Eyes. Na fali suk­ce­sów try­lo­gii Pięć­dzie­siąt twa­rzy Greya na­pi­sa­ła trzy tomy be­st­sel­le­ro­we­go cy­klu Bez tchu – Sza­leń­stwo zmy­słów, Go­rącz­kę cia­ła i Po­żar krwi. Banks miesz­ka w sta­nie Te­xas z mę­żem, trój­ką dzie­ci oraz gro­mad­ką ko­tów.

www.may­abanks.com

Try­lo­gia BEZ TCHU Mai Banks

SZA­LEŃ­STWO ZMY­SŁÓW

GO­RĄCZ­KA CIA­ŁA

PO­ŻAR KRWI

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

RUSH

Co­py­ri­ght © Maya Banks 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Mag­da­le­na Słysz 2014

Re­dak­cja: Ma­rze­na Wa­si­lew­ska-Gi­nal­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: An­n­ko­zar/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-109-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­jej ro­dzi­nie, któ­ra oka­zy­wa­ła mi wie­le cier­pli­wo­ści, kie­dy by­li­śmy na wa­ka­cjach i mama wpa­dła na nowy po­mysł.

Kim, któ­ra słu­cha­ła, gdy jej mó­wi­łam, że mu­szę coś szyb­ko zro­bić, i po­mo­gła mi w tym.

Lil­ly za to, że to­wa­rzy­szy­ła mi na każ­dym kro­ku.

I wresz­cie Cin­dy za to, że mnie wspie­ra­ła.

Prolog

– Mio, dzwo­nił por­tier! Sa­mo­chód już cze­ka! – za­wo­ła­ła z dru­gie­go po­ko­ju Ca­ro­li­ne.

Mia, któ­ra sie­dzia­ła na brze­gu łóż­ka, za­czerp­nę­ła po­wie­trza i się­gnę­ła po le­żą­cą obok umo­wę. Kart­ki były tro­chę po­gnie­cio­ne, bo czy­ta­ła ją już kil­ka razy.

Zna­ła na pa­mięć każ­de sło­wo i od­twa­rza­ła je raz po raz, wraz z ob­ra­za­mi, któ­re pod­su­wa­ła jej wy­obraź­nia. Wi­zja­mi jej i Gabe’a – do­mi­nu­ją­ce­go i bio­rą­ce­go ją w po­sia­da­nie. Ją i jej cia­ło.

Wło­ży­ła umo­wę do to­reb­ki, wsta­ła i szyb­ko po­de­szła do to­a­let­ki, żeby ostat­ni raz przej­rzeć się w lu­strze. Wi­dać było po niej, że mało spa­ła. Pod ocza­mi mia­ła ciem­ne krę­gi, któ­rych nie uda­ło się za­ma­sko­wać pod­kła­dem. Była bla­da. Na­wet wło­sy wy­da­wa­ły się nie­po­słusz­ne, spra­wia­ły wra­że­nie po­tar­ga­nych.

Ale co mia­ła zro­bić? Mu­sia­ła iść.

Wzię­ła więc głę­bo­ki od­dech, opu­ści­ła sy­pial­nię i ru­szy­ła przez sa­lon do drzwi. Już je otwie­ra­ła, gdy za­trzy­ma­ła ją Ca­ro­li­ne.

– Po­cze­kaj, Mio!

Przy­ja­ciół­ka uści­snę­ła ją moc­no i cof­nę­ła się, za­kła­da­jąc za ucho Mii pa­smo wło­sów.

– Po­wo­dze­nia. Przez cały week­end nie by­łaś sobą. Je­śli to cię tak bar­dzo stre­su­je, zre­zy­gnuj.

Mia się uśmiech­nę­ła.

– Dzię­ki, Caro. Je­steś cu­dow­na.

Ca­ro­li­ne cmok­nę­ła ze scep­ty­cy­zmem i Mia od­wró­ci­ła się do wyj­ścia.

Na uli­cy por­tier otwo­rzył jej drzwi sa­mo­cho­du i po­mógł do nie­go wsiąść. Opadł­szy na wy­god­ne skó­rza­ne sie­dze­nie, za­mknę­ła oczy. Wóz ru­szył spod domu na Up­per West Side w stro­nę Mid­town, do bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ści­ła się sie­dzi­ba HCM.

Po­przed­nie­go dnia za­dzwo­nił do niej jej brat Jace. Od tego cza­su mia­ła strasz­li­we po­czu­cie winy, że nie po­wie­dzia­ła mu o swo­ich pla­nach. Jace prze­pro­sił, że nie był na otwar­ciu ho­te­lu; gdy­by wie­dział, że ją tam spo­tka, na pew­no by przy­szedł.

Roz­ma­wia­li z pół go­dzi­ny. Brat py­tał, co u niej, i za­wia­da­miał, że wy­jeż­dża z Ashem na kil­ka dni do Ka­li­for­nii. Umó­wi­li się, że wy­sko­czą na ko­la­cję po jego po­wro­cie, a po­tem za­koń­czy­li roz­mo­wę. Mia z me­lan­cho­lią odło­ży­ła słu­chaw­kę. Ona i Jace byli so­bie bli­scy. Do tej pory nig­dy ni­cze­go przed nim nie ukry­wa­ła. Za­wsze był przy niej, go­tów jej wy­słu­chać i po­cie­szyć, na­wet w cza­sach, gdy jako na­sto­lat­ka prze­cho­dzi­ła okres bun­tu. Nie mo­gła­by wy­ma­rzyć so­bie lep­sze­go star­sze­go bra­ta. A te­raz mia­ła przed nim se­kret – i to jaki.

W cza­sie jaz­dy pra­wie nie zwra­ca­ła uwa­gi na ruch ulicz­ny, otrzą­snę­ła się z my­śli, do­pie­ro gdy sa­mo­chód do­tarł do celu.

– Je­ste­śmy na miej­scu, pan­no Cre­stwell.

Otwo­rzy­ła oczy i na­tych­miast je zmru­ży­ła pod wpły­wem ostre­go je­sien­ne­go słoń­ca. Rze­czy­wi­ście, byli pod bu­dyn­kiem HCM. Kie­row­ca zdą­żył już wy­siąść i obejść sa­mo­chód, żeby otwo­rzyć jej drzwi. Prze­tar­ła dłoń­mi twarz, żeby po­bu­dzić otę­pia­łe zmy­sły, a po­tem wy­sia­dła. Chłod­ny wiatr roz­wiał jej wło­sy.

Wkro­czy­ła do bu­dyn­ku i wje­cha­ła win­dą na czter­dzie­ste pię­tro. Na­gle do­zna­ła déjà vu. Czu­ła już raz ta­kie pod­nie­ce­nie. Ta­kie ner­wy. Wte­dy też mia­ła spo­co­ne dło­nie. Te­raz jesz­cze do­cho­dził do tego strach, bo już wie­dzia­ła, cze­go on od niej chce. Mia­ła świa­do­mość, w co się wpa­ku­je, je­śli wy­ra­zi zgo­dę.

Kie­dy we­szła na te­ren re­cep­cji, Ele­anor unio­sła gło­wę, uśmiech­nę­ła się i po­wie­dzia­ła:

– Pan Ha­mil­ton pro­si, żeby pani od razu we­szła.

– Dzię­ku­ję, Ele­anor – mruk­nę­ła Mia, mi­ja­jąc biur­ko re­cep­cjo­nist­ki i jed­no­cze­śnie se­kre­tar­ki.

Drzwi do ga­bi­ne­tu Gabe’a były otwar­te. Za­trzy­ma­ła się przed nimi nie­pew­nie i zaj­rza­ła do środ­ka. Stał z rę­ka­mi w kie­sze­niach przy wiel­kim oknie, z któ­re­go roz­ta­czał się wi­dok na cały Man­hat­tan.

Wy­glą­dał świet­nie. Przy­jem­nie było na nie­go po­pa­trzeć. Mimo że od­prę­żo­ny, ema­no­wał siłą. Na­gle uświa­do­mi­ła so­bie, co ją w nim tak po­cią­ga – mię­dzy in­ny­mi. Czu­ła się przy nim bez­piecz­na. Już sama jego obec­ność dzia­ła­ła na nią uspo­ka­ja­ją­co, da­wa­ła wra­że­nie, że jest pod opie­ką.

Układ, któ­ry za­pro­po­no­wał, miał jej to wszyst­ko za­pew­nić. Bez­pie­czeń­stwo. Spo­kój. Opie­kę. Je­śli ona w za­mian da mu nad sobą cał­ko­wi­tą wła­dzę.

Na­gle opu­ści­ły ją wszel­kie wąt­pli­wo­ści. Zro­bi­ło jej się lżej na du­chu i nie­mal wpa­dła w eu­fo­rię. Prze­cież nie może wejść w ten układ śmier­tel­nie prze­ra­żo­na, po­my­śla­ła. Tak nie za­czy­na się związ­ku. Musi Gabe’owi za­ufać i zdać się na nie­go, od­dać mu się, li­cząc, że on do­ce­ni jej ule­głość.

Wte­dy się od­wró­cił i zo­ba­czył ją w drzwiach. Ze zdzi­wie­niem do­strze­gła ulgę w jego oczach. Czyż­by się oba­wiał, że nie przyj­dzie?

Pod­szedł do niej, wcią­gnął ją do ga­bi­ne­tu i sta­now­czym ru­chem za­mknął za nią drzwi. Za­nim zdą­ży­ła co­kol­wiek po­wie­dzieć, przy­cią­gnął ją do sie­bie i po­ca­ło­wał moc­no.

Jęk­nę­ła ci­cho, gdy wład­czo prze­su­nął rę­ka­mi po jej ra­mio­nach i da­lej w górę, po szyi aż do twa­rzy, któ­rą ujął w obie dło­nie. Ca­ło­wał tak, jak­by nie mógł się nią na­sy­cić. Jak­by dłu­go trzy­ma­no go z dala od niej, a po­tem uwol­nio­no i wresz­cie ją do­padł. Ta­kie po­ca­łun­ki zna­ła tyl­ko z fan­ta­zji. Do tej pory nig­dy nie mia­ła wra­że­nia, żeby kto­kol­wiek ją tak… po­że­rał?

Nie był to je­dy­nie prze­jaw do­mi­na­cji. Ra­czej we­zwa­nie do zło­że­nia bro­ni. Gabe jej pra­gnął. I nie ukry­wał tego. Je­śli wcze­śniej mia­ła ja­kieś wąt­pli­wo­ści, czy na­praw­dę jej po­żą­da, czy jest tyl­ko znu­dzo­ny i szu­ka roz­ryw­ki, te­raz już mia­ła pew­ność.

Gabe opu­ścił jed­ną rękę, moc­no ob­jął nią Mię w ta­lii i przy­ci­snął do sie­bie.

Po­czu­ła na brzu­chu coś twar­de­go. Miał erek­cję, wy­czu­wal­ną wy­raź­nie pod ele­ganc­ki­mi, dro­gi­mi spodnia­mi. Gdy wresz­cie się od niej ode­rwał, obo­je gwał­tow­nie za­czerp­nę­li po­wie­trza. Chwi­lę póź­niej owio­nął ją jego od­dech.

Po­pa­trzył na nią; oczy mu błysz­cza­ły.

– Już my­śla­łem, że nie przyj­dziesz.

Rozdział 1

Czte­ry dni wcze­śniej…

Gabe Ha­mil­ton wie­dział, że bę­dzie się sma­żyć w pie­kle, ale miał to gdzieś. Od chwi­li gdy Mia Cre­stwell we­szła do sali ba­lo­wej pod­czas urzą­dza­ne­go przez HCM Glo­bal Re­sorts and Ho­tels uro­czy­ste­go otwar­cia ho­te­lu Ben­tley, ani na mo­ment nie od­ry­wał od niej wzro­ku.

Była dla nie­go za­ka­za­nym owo­cem. Uko­cha­ną sio­strzycz­ką naj­lep­sze­go kum­pla. Tyle że w ostat­nich la­tach tro­chę wy­ro­sła, co zde­cy­do­wa­nie nie uszło jego uwa­gi. Sta­ła się dla nie­go obiek­tem nie­zdro­wej fa­scy­na­cji. Wal­czył ze sobą, ale nie mógł się oprzeć uro­ko­wi tej dziew­czy­ny.

Więc w koń­cu prze­stał wal­czyć.

To, że tam­te­go wie­czo­ru zna­la­zła się tam sama, bez Jace’a, któ­re­go na­wet nie było w po­bli­żu, tyl­ko utwier­dzi­ło go w prze­ko­na­niu, że to od­po­wied­nia pora na wy­ko­na­nie ru­chu.

Po­cią­ga­jąc wino z kie­lisz­ka, uprzej­mie słu­chał lu­dzi, z któ­ry­mi roz­ma­wiał, czy ra­czej któ­rym po­zwa­lał mó­wić, bo gdy tak krą­żył w tłu­mie, rzad­ko wy­po­wia­dał co­kol­wiek poza zdaw­ko­wy­mi uprzej­mo­ścia­mi.

Nie spo­dzie­wał się jej na tej im­pre­zie. Jace nie wspo­mniał ani sło­wem, że sio­stra się na nią wy­bie­ra. Czy w ogó­le o tym wie­dział? Pew­nie nie, bo nie da­lej niż pięć mi­nut wcze­śniej on i Ash wy­mknę­li się z sali ra­zem z wy­so­ką, dłu­go­no­gą bru­net­ką, zmie­rza­jąc do jed­ne­go z luk­su­so­wych apar­ta­men­tów na ostat­nim pię­trze.

Jace by się nie ulot­nił – na­wet dla ko­bie­ty – gdy­by wie­dział, że spo­tka sio­strę.

Gabe przy­glą­dał się Mii, kie­dy prze­cze­sy­wa­ła wzro­kiem salę, marsz­cząc w sku­pie­niu czo­ło, jak­by ko­goś wy­pa­try­wa­ła. Za­trzy­mał się przy niej kel­ner, któ­ry pod­su­nął jej tacę z wi­nem, więc wzię­ła je­den z ele­ganc­kich kie­lisz­ków na dłu­giej nóż­ce, ale nie pod­nio­sła go do ust.

Mia­ła na so­bie za­bój­czo sek­sow­ną ob­ci­słą su­kien­kę, eks­po­nu­ją­cą wszyst­ko, co trze­ba. Wło­ży­ła do niej pro­wo­ku­ją­ce szpil­ki na wy­so­kich ob­ca­sach, a wło­sy upię­ła w kok, któ­ry aż się pro­sił, żeby zbu­rzy­ła go mę­ska ręka. Dłu­gie wy­pusz­czo­ne ko­smy­ki spły­wa­ły mięk­ko wzdłuż jej szyi, smu­kłej jak ko­lum­na, wręcz stwo­rzo­nej dla mę­skich ust. Miał cho­ler­ną ocho­tę przejść przez salę i okryć te dziew­czy­nę ma­ry­nar­ką, żeby nikt nie wi­dział tego, co uwa­żał za swo­ją wła­sność. O rany, chy­ba cał­kiem mu od­bi­ło. Prze­cież nie na­le­ża­ła do nie­go. Ale to już wkrót­ce mia­ło się zmie­nić.

Kok­taj­lo­wa su­kien­ka na ra­miącz­kach pod­kre­śla­ła pier­si, któ­re – no nie! – przy­cią­gnę­ły nie tyl­ko jego uwa­gę, ale tak­że in­nych męż­czyzn. Pa­trzy­li na Mię dra­pież­nym wzro­kiem, ta­kim jak on.

Na szyi mia­ła de­li­kat­ny zło­ty łań­cu­szek z po­je­dyn­czym bry­lan­tem, a w uszach kol­czy­ki na szty­ftach też z bry­lan­ta­mi. Jed­no i dru­gie do­sta­ła od nie­go. W po­przed­nim roku, na Gwiazd­kę. Po­czuł sa­tys­fak­cję, że wło­ży­ła je tego wie­czo­ru. Był to dla nie­go ko­lej­ny krok ku temu, do cze­go zmie­rzał: do zdo­by­cia jej.

Ona jesz­cze o tym nie wie­dzia­ła, ale on cze­kał na to już wy­star­cza­ją­co dłu­go. Wy­star­cza­ją­co dłu­go czuł się jak naj­gor­szy drań, po­żą­da­jąc sio­stry naj­bliż­sze­go przy­ja­cie­la. Za­czął pa­trzeć na nią in­a­czej, kie­dy skoń­czy­ła dwa­dzie­ścia lat, lecz jako trzy­dzie­stocz­te­ro­la­tek zda­wał so­bie spra­wę, że jest sta­now­czo zbyt mło­da na to, cze­go od niej ocze­ki­wał. Więc dał jej czas.

Miał na jej punk­cie ob­se­sję. Nie­chęt­nie się do tego przy­zna­wał, ale była dla nie­go jak nar­ko­tyk, któ­re­go nie za­mie­rzał od­sta­wić. Te­raz mia­ła dwa­dzie­ścia czte­ry lata i róż­ni­ca wie­ku mię­dzy nimi nie wy­da­wa­ła się już taka zna­czą­ca. Przy­najm­niej tak so­bie wma­wiał. Jace był się wściekł – Mia­na za­wsze mia­ła po­zo­stać jego sio­strzycz­ką – ale Gabe po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać i wresz­cie skosz­to­wać za­ka­za­ne­go owo­cu.

O tak, miał wo­bec Mii pew­ne pla­ny. Mu­siał tyl­ko wcie­lić je w ży­cie.

Mia ostroż­nie upi­ła łyk wina – wzię­ła z tacy kie­li­szek tyl­ko po to, żeby nie czuć się tak obco w tłu­mie tych pięk­nych, bo­ga­tych lu­dzi – i ro­zej­rza­ła się nie­pew­nie, wy­pa­tru­jąc Jace’a. Po­wie­dział, że tu bę­dzie, więc po­sta­no­wi­ła zro­bić mu nie­spo­dzian­kę i przyjść na wiel­kie otwar­cie no­we­go ho­te­lu HCM.

Wznie­sio­ny przy Union Squ­are, ho­tel był no­wo­cze­sny i luk­su­so­wy, naj­wy­raź­niej prze­zna­czo­ny dla za­moż­nej klien­te­li.

Ale prze­cież Jace – ze swo­imi dwo­ma naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi – ob­ra­cał się w tym świe­cie i od­dy­chał jego po­wie­trzem. Wszy­scy trzej cięż­ko ha­ro­wa­li, aby się do nie­go do­stać, i od­nie­śli nie­wy­obra­żal­ny dla więk­szo­ści suk­ces, za­nim jesz­cze prze­kro­czy­li trzy­dziest­kę.

W wie­ku trzy­dzie­stu ośmiu lat ucho­dzi­li za naj­le­piej pro­spe­ru­ją­cych ho­te­la­rzy na świe­cie. Dla niej jed­nak byli to po pro­stu brat i jego dwóch naj­lep­szych kum­pli. Cóż, z wy­jąt­kiem Gabe’a, ale może po­win­na już wy­le­czyć się z że­nu­ją­cych mło­dzień­czych fan­ta­zji na jego te­mat. Jako szes­na­sto­lat­ka mo­gła so­bie na nie po­zwo­lić. Ale ule­ga­jąc ta­kim mrzon­kom jako dwu­dzie­stocz­te­ro­lat­ka, była śmiesz­na.

Gdy po­de­szli do niej dwaj fa­ce­ci, obaj z ta­ki­mi uśmiesz­ka­mi na ustach, jak­by za­mie­rza­li ją tej nocy za­li­czyć, mia­ła ocho­tę od­wró­cić się i uciec. Jed­nak nie zna­la­zła jesz­cze Jace’a, poza tym nie mo­gła tak od razu wyjść. Szcze­gól­nie po tych wszyst­kich nie­do­rzecz­nie dłu­gich przy­go­to­wa­niach – w ra­zie gdy­by mia­ła na­tknąć się Gabe’a. Ża­ło­sne, ale cóż…

Przy­wo­ła­ła uśmiech na twarz, bo nie chcia­ła przy­nieść bra­tu wsty­du, za­cho­wu­jąc się jak kre­tyn­ka, zwłasz­cza w tak wiel­kim dla nie­go dniu.

I wte­dy, ku swo­je­mu cał­ko­wi­te­mu za­sko­cze­niu, zo­ba­czy­ła Gabe’a, któ­ry z gniew­ną miną prze­dzie­rał się przez tłum. Wy­prze­dził zbli­ża­ją­cych się do niej męż­czyzn, wziął ją pod ra­mię i po­cią­gnął za sobą.

– Ja też się cie­szę, że cię wi­dzę – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem, si­ląc się na żart.

Miał w so­bie coś ta­kie­go, że za­wsze przy nim tra­ci­ła ro­zum. Nie po­tra­fi­ła skład­nie mó­wić, skład­nie my­śleć, sfor­mu­ło­wać ani jed­ne­go sen­sow­ne­go zda­nia. Pew­nie nie mógł się na­dzi­wić, jak skoń­czy­ła stu­dia i uzy­ska­ła dy­plom, i to z wy­róż­nie­niem. Choć obaj z Jace’em i tak uwa­ża­li, że wy­bra­ła bez­na­dziej­ny kie­ru­nek. Jej brat wo­lał­by, żeby stu­dio­wa­ła coś zwią­za­ne­go z biz­ne­sem. Za­wsze pra­gnął wcią­gnąć ją do „ro­dzin­nej” fir­my. Ale Mia jesz­cze nie wie­dzia­ła, czym chcia­ła­by się zaj­mo­wać. Co dla Jace’a było na­stęp­nym po­wo­dem do znie­cier­pli­wie­nia.

A ją gnę­bi­ło po­czu­cie winy. Ży­jąc w ta­kim luk­su­sie, nie mu­sia­ła się z spie­szyć z pod­ję­ciem de­cy­zji. Wciąż była na utrzy­ma­niu bra­ta, któ­ry ku­pił jej miesz­ka­nie i ni­cze­go nie ża­ło­wał, mimo że po ukoń­cze­niu stu­diów sta­ra­ła się unie­za­leż­nić fi­nan­so­wo.

Ko­le­żan­ki i ko­le­dzy ze stu­diów zna­leź­li już po­sa­dy. Ro­bi­li ka­rie­ry. A ona nadal pra­co­wa­ła na pół eta­tu w cu­kier­ni i za­sta­na­wia­ła się, co chce zro­bić z resz­tą swo­je­go ży­cia.

Jej nie­zde­cy­do­wa­nie mia­ło praw­do­po­dob­nie zwią­zek z nie­re­al­ny­mi fan­ta­zja­mi, któ­rych obiek­tem był cią­gną­cy ją wła­śnie za ra­mię męż­czy­zna. Mu­sia­ła wy­bić go so­bie z gło­wy i ru­szyć da­lej. Prze­cież nie mo­gła łu­dzić się przez całe ży­cie, że któ­re­goś dnia Gabe zwró­ci na nią uwa­gę i na­gle jej za­pra­gnie.

Tym­cza­sem po­że­ra­ła go wzro­kiem, odu­rzo­na jego wi­do­kiem jak nar­ko­man na haju, któ­ry dłu­go był na gło­dzie. Gabe na­le­żał do męż­czyzn wy­raź­nie za­zna­cza­ją­cych wszę­dzie swo­ją obec­ność. Czar­ne wło­sy miał krót­ko przy­cię­te i pra­wie nie uży­wał środ­ków do sty­li­za­cji, tyl­ko tyle, żeby je po­skro­mić.

Miał w so­bie coś z nie­grzecz­ne­go chłop­ca, co tak prze­ma­wia do ko­biet. Ema­no­wał non­sza­lan­cją, jak­by za­wsze do­sta­wał to, cze­go chciał. I to ją w nim tak po­cią­ga­ło: ta pew­ność sie­bie, a na­wet aro­gan­cja. Po­cią­ga­ło od za­wsze. Nie mo­gła zwal­czyć w so­bie tego za­uro­cze­nia. Choć pró­bo­wa­ła od lat, nie mo­gła się od nie­go uwol­nić.

– Mia – ode­zwał się ni­skim gło­sem. – Nie wie­dzia­łem, że przyj­dziesz. Jace nic mi nie mó­wił.

– Bo nie wie­dział – od­par­ła z uśmie­chem. – Po­sta­no­wi­łam zro­bić mu nie­spo­dzian­kę. A przy oka­zji, gdzie on jest?

W oczach Gabe’a po­ja­wił się nie­po­kój.

– Wy­wo­ła­no go z sali. Nie wiem, czy wró­ci.

Po­smut­nia­ła.

– Aha. – Nie­pew­nie opu­ści­ła wzrok. – Zda­je się, że nie­po­trzeb­nie wło­ży­łam cał­kiem przy­zwo­itą su­kien­kę.

Le­ni­wie prze­su­nął po niej wzro­kiem i po­czu­ła się tak, jak­by ją roz­bie­rał.

– Rze­czy­wi­ście, nie­zła.

– Wo­bec tego chy­ba już pój­dę. Sko­ro Jace’a nie ma…

– Mo­żesz do­trzy­mać to­wa­rzy­stwa mnie – rzu­cił wprost.

Spoj­rza­ła na nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Gabe nig­dy nie po­świę­cał jej zbyt wie­le cza­su. Mia­ła za­zwy­czaj wra­że­nie, że jej uni­kał. Na­wet za­czę­ła mieć z tego po­wo­du kom­plek­sy. Owszem, był wo­bec niej miły. Przy­sy­łał pre­zen­ty z róż­nych oka­zji. Spraw­dzał, czy ma wszyst­ko, cze­go jej po­trze­ba – choć, oczy­wi­ście, Jace też o to dbał. Ale z całą pew­no­ścią nig­dy nie roz­ma­wiał z nią dłu­żej niż chwi­lę.

– Masz ocho­tę za­tań­czyć? – za­py­tał.

Po­pa­trzy­ła na nie­go ze zdzi­wie­niem, za­cho­dząc w gło­wę, gdzie po­dział się praw­dzi­wy Gabe Ha­mil­ton, ten, któ­re­go zna­ła. Tam­ten Gabe nie tań­czył. Umiał tań­czyć, ale rzad­ko to ro­bił.

Par­kiet był za­tło­czo­ny, zaj­mo­wa­li go rów­no­lat­ko­wie Gabe’a albo lu­dzie jesz­cze od nie­go star­si. Mia­nie za­uwa­ży­ła ni­ko­go w swo­im wie­ku, ale w koń­cu więk­szość go­ści na­le­ża­ła do kla­sy lu­dzi bo­ga­tych, do któ­rej dwu­dzie­stocz­te­ro­lat­ko­wie jesz­cze nie zdą­ży­li wejść.

– Eee… ja­sne – od­par­ła. Cze­mu nie? Sko­ro już tu przy­szła. Szy­ko­wa­ła się do wyj­ścia przez dwie go­dzi­ny. Taka świet­na kiec­ka i sza­ło­we szpil­ki mia­ły­by się zmar­no­wać?

Gabe po­ło­żył dłoń na jej ple­cach i tym ge­stem jak­by ją na­zna­czył. Z tru­dem opa­no­wa­ła drże­nie, gdy pro­wa­dził ją na par­kiet. Ta­niec z nim to jed­nak nie był naj­lep­szy po­mysł. Jak mia­ła wy­le­czyć się ze swo­jej fa­scy­na­cji, bę­dąc z nim tak bli­sko? Nie mo­gła jed­nak stra­cić oka­zji, aby zna­leźć się w jego ra­mio­nach. Choć­by tyl­ko na parę mi­nut. Wspa­nia­łych, urze­ka­ją­cych mi­nut.

Zmy­sło­wym dźwię­kom sak­so­fo­nu to­wa­rzy­szy­ły de­li­kat­ne tony for­te­pia­nu i ni­skie dud­nie­nie gi­ta­ry ba­so­wej. Gdy Gabe oto­czył ją ra­mie­niem, mu­zy­ka za­czę­ła krą­żyć w jej ży­łach. Ude­rza­ła do gło­wy i osza­ła­mia­ła. Mia mia­ła wra­że­nie, że zna­la­zła się w środ­ku bar­dzo re­ali­stycz­ne­go snu.

Gabe prze­su­nął dłoń w dół jej ple­ców i za­trzy­mał na koń­cu głę­bo­kie­go wy­cię­cia su­kien­ki, któ­re się­ga­ło nie­mal po­ślad­ków. Mia mia­ła wąt­pli­wo­ści, czy po­win­na wło­żyć coś tak śmia­łe­go i pro­wo­ku­ją­ce­go. Te­raz jed­nak po­czu­ła za­do­wo­le­nie, że się na to zde­cy­do­wa­ła.

– Cho­le­ra, świet­nie się skła­da, że nie ma tu Jace’a – za­uwa­żył Gabe.

Od­chy­li­ła gło­wę i spoj­rza­ła na nie­go py­ta­ją­co.

– Dla­cze­go?

– Bo do­stał­by za­wa­łu, gdy­by zo­ba­czył cię w tej kiec­ce. Choć jest tak ską­pa, że chy­ba na­wet nie po­win­no się jej tak na­zy­wać.

Mia się uśmiech­nę­ła i w jej po­licz­ku uwi­docz­nił się do­łe­czek.

– Po­nie­waż go tu nie ma, nie może nic na jej te­mat po­wie­dzieć, praw­da?

– Ale ja mogę, do dia­bła – od­parł ostro.

Prze­sta­ła się uśmie­chać i ścią­gnę­ła brwi.

– Mam już jed­ne­go bra­ta, Gabe. To mi w zu­peł­no­ści wy­star­cza.

Przy­mru­żył oczy i za­ci­snął usta.

– Wca­le nie mam ocho­ty być dla cie­bie star­szym bra­tem.

Spoj­rza­ła na nie­go z ura­zą. Je­śli jej to­wa­rzy­stwo było dla nie­go aż tak mę­czą­ce, to po co w ogó­le do niej pod­szedł? Dla­cze­go nie za­cho­wał się jak za­wsze i po pro­stu jej nie zi­gno­ro­wał?

Od­su­nę­ła się od nie­go, czu­jąc, że prze­cho­dzi jej przy­jem­ne pod­nie­ce­nie wy­wo­ła­ne jego bli­sko­ścią, tym, że ją obej­mo­wał. Po co tu przy­szłam? – po­my­śla­ła. To był głu­pie, bez sen­su. A wy­star­czy­ło tyl­ko za­dzwo­nić do Jace’a. Gdy­by go uprze­dzi­ła, że wy­bie­ra się na otwar­cie ho­te­lu, do­wie­dzia­ła­by się, że się nie spo­tka­ją. I nie sta­ła­by te­raz na środ­ku par­kie­tu, zde­pry­mo­wa­na chło­dem Gabe’a.

On za­uwa­żył jej re­ak­cję; zno­wu zmru­żył oczy, wes­tchnął, a po­tem od­wró­cił się i na­gle po­cią­gnął ją w stro­nę otwar­tych drzwi na ta­ras. Kie­dy zna­leź­li się na ze­wnątrz, w chłod­nym po­wie­trzu, opie­kuń­czym ge­stem oto­czył ją ra­mie­niem.

Zno­wu więc była w jego ob­ję­ciach. Po­czu­ła bi­ją­ce od nie­go cie­pło. I jego za­pach, a pach­niał fan­ta­stycz­nie.

Po­pro­wa­dził ją w głąb ta­ra­su, z dala od drzwi, w cień da­chu. W od­da­li mi­go­ta­ły świa­tła mia­sta, któ­re roz­ja­śnia­ły nie­bo, i sły­sza­ło się tyl­ko od­gło­sy miej­skie­go ru­chu.

Przez dłuż­szą chwi­lę Gabe pa­trzył na nią, nie od­zy­wa­jąc się. Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czym go tak zi­ry­to­wa­ła.

Odu­rzał ją jego za­pach. Lek­ko piż­mo­wy, ale nie­przy­tła­cza­ją­cy. Do­brze har­mo­ni­zo­wał z wo­nią wody ko­loń­skiej, któ­rej uży­wał. Pod­kre­śla­ła woń jego cia­ła, przy­da­jąc mu nuty mę­sko­ści, cze­goś su­ro­we­go, szorst­kie­go i jed­no­cze­śnie… wy­ra­fi­no­wa­ne­go. Pach­niał, jak­by uro­dził się w świe­cie bo­gac­twa i przy­wi­le­jów. Pew­nie tak było, co nie zna­czy­ło, że nie za­pra­co­wał cięż­ko na to wszyst­ko, co miał.

– A niech to dia­bli – mruk­nął z re­zy­gna­cją, jak­by po­sta­no­wił ulec ja­kiejś nie­wi­dzial­nej sile.

Za­nim zdą­ży­ła od­po­wie­dzieć, przy­cią­gnął ją do sie­bie gwał­tow­nie, tak że opar­ła się o jego pierś. Za­sko­czo­na otwo­rzy­ła usta i wes­tchnę­ła. Ich usta zna­la­zły się bli­sko sie­bie. Ku­szą­co bli­sko. Czu­ła jego od­dech i wi­dzia­ła pul­su­ją­cą na skro­ni żyłę. Za­ci­skał szczę­ki, jak­by ze sobą wal­czył. Ale chy­ba tę wal­kę prze­grał.

Po­ca­ło­wał ją, moc­no, na­mięt­nie, wład­czo. To jej się spodo­ba­ło, i to jak. We­pchnął mię­dzy jej war­gi go­rą­cy ję­zyk i zmy­sło­wo za­czął ba­wić się z jej ję­zy­kiem. To nie był zwy­czaj­ny po­ca­łu­nek. Gabe ją po­chła­niał. Brał w po­sia­da­nie. Na tę chwi­lę sta­ła się jego wła­sno­ścią. Wszy­scy inni fa­ce­ci, z któ­ry­mi się kie­dy­kol­wiek ca­ło­wa­ła, prze­pa­dli w nie­pa­mię­ci.

Wes­tchnę­ła, za­tra­ca­jąc się cał­ko­wi­cie w jego ra­mio­nach. Roz­pły­nę­ła się i pra­gnę­ła wię­cej. Wię­cej tego, co z nią ro­bił, wię­cej jego sa­me­go. Jego cie­pła, do­ty­ku, zu­chwa­łych ust. To, co się dzia­ło, prze­kra­cza­ło jej naj­śmiel­sze ma­rze­nia. Do­tych­cza­so­we fan­ta­zje, któ­re pod­su­wa­ła Mii wy­obraź­nia, nie do­rów­ny­wa­ły rze­czy­wi­sto­ści.

Gabe gryzł jej peł­ne usta i miaż­dżył je, jak­by chciał po­ka­zać, kto tu rzą­dzi. Po­tem jed­nak stał się de­li­kat­niej­szy, za­czął mu­skać ję­zy­kiem jej war­gi i ca­ło­wać je lek­ko wzdłuż brze­gów.

– Do dia­bła, mia­łem na to ocho­tę od bar­dzo daw­na – po­wie­dział chra­pli­wie.

Mia była oszo­ło­mio­na. Nogi jej drża­ły, wręcz się pod nią ugi­na­ły, więc mo­dli­ła się, żeby tyl­ko nie upaść. Wy­so­kie ob­ca­sy nie uła­twia­ły jej za­da­nia. Nie była przy­go­to­wa­na na to, co się wła­śnie sta­ło. Po­ca­ło­wał ją Gabe Ha­mil­ton. Nie tyl­ko po­ca­ło­wał; nie­mal siłą za­cią­gnął ją na ta­ras i się na nią rzu­cił.

Wciąż czu­ła w ustach mro­wie­nie po tej na­mięt­nej na­pa­ści. Była roz­bi­ta. Kom­plet­nie wy­koń­czo­na. Jak po ostrej im­pre­zie, po wyj­ściu z haju. Ale prze­cież aż tyle nie zdą­ży­ła wy­pić, zresz­tą wie­dzia­ła do­brze, że to nie re­ak­cja na al­ko­hol. Tyl­ko na nie­go. Pro­ste. To on tak po­dzia­łał na jej zmy­sły.

– Nie patrz tak na mnie, bo na­ro­bisz so­bie po­waż­nych kło­po­tów – burk­nął.

Je­śli to mia­ły być ta­kie kło­po­ty, jak po­dej­rze­wa­ła, nie mia­ła nic prze­ciw­ko temu, żeby ich so­bie na­ro­bić.

– Jak na cie­bie pa­trzę?

– Jak­byś chcia­ła, że­bym zdarł z cie­bie to coś, co uda­je su­kien­kę i wziął cię tu, na ta­ra­sie.

Prze­łknę­ła śli­nę. Z wy­sił­kiem. Uzna­ła, że naj­le­piej bę­dzie nie od­po­wia­dać. Nie mia­ła do koń­ca pew­no­ści, co się tu wy­da­rzy­ło. Była oszo­ło­mio­na i nie mo­gła oswo­ić się z my­ślą, że Gabe Ha­mil­ton przed chwi­lą ją po­ca­ło­wał, a te­raz mó­wił o pie­prze­niu się z nią na ta­ra­sie wła­sne­go ho­te­lu.

Zno­wu się do niej zbli­żył i zna­la­zła się w krę­gu bi­ją­ce­go od nie­go żaru. Od­dy­cha­ła płyt­ko i nie­rów­no, a tęt­ni­ca na jej szyi pul­so­wa­ła sza­leń­czo.

– Przyjdź do mnie ju­tro, Mio. Do mo­je­go ga­bi­ne­tu. O dzie­sią­tej.

– P… po co? – wy­ją­ka­ła.

Po­pa­trzył na nią twar­dym wzro­kiem. Jego oczy błysz­cza­ły in­ten­syw­nym bla­skiem, któ­re­go nie po­tra­fi­ła zin­ter­pre­to­wać.

– Bo tak mó­wię.

Spoj­rza­ła na nie­go zdzi­wio­na, a wte­dy on wziął ją za rękę i po­cią­gnął w stro­nę sali ba­lo­wej. Szedł przed sie­bie, nie za­trzy­mu­jąc się, aż do­tar­li do holu. Sta­ra­ła się nie po­zo­stać w tyle, ro­biąc drob­ne kro­ki, a ob­ca­sy jej szpi­lek stu­ka­ły po wy­pa­sto­wa­nej mar­mu­ro­wej po­sadz­ce.

Była kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­na.

– Do­kąd idzie­my, Gabe?

Zje­cha­li win­dą na par­ter i wy­szli przed bu­dy­nek. Tam ski­nął na odźwier­ne­go, któ­ry pod­szedł po­spiesz­nie, gdy tyl­ko go zo­ba­czył. Kil­ka se­kund póź­niej pod ho­tel pod­je­chał czar­ny sa­mo­chód o smu­kłej li­nii i Gabe ge­stem ka­zał jej do nie­go wsiąść.

Po­tem, przy­trzy­mu­jąc drzwi wozu, po­chy­lił się, żeby zaj­rzeć do środ­ka.

– Po­je­dziesz do domu i zdej­miesz tę cho­ler­ną kiec­kę – po­le­cił. – A ju­tro o dzie­sią­tej sta­wisz się w moim biu­rze.

Już miał za­mknąć drzwi, gdy schy­lił się po­now­nie i zno­wu na nią po­pa­trzył.

– I wiesz co, Mia? Ra­dzę ci przyjść.

Rozdział 2

– Czy ja do­brze zro­zu­mia­łam? Za­miast wy­sko­czyć do klu­bu ze mną i z dziew­czy­na­mi, wy­bra­łaś się na ja­kieś sztyw­niac­kie otwar­cie ho­te­lu na­le­żą­ce­go do two­je­go bra­ta? Gabe Ha­mil­ton wy­cią­gnął cię tam na ta­ras i po­ca­ło­wał, a po­tem wy­słał do domu, na­ka­zu­jąc, że­byś dziś rano przy­szła do jego biu­ra?

Mia sie­dzia­ła zgar­bio­na na ka­na­pie na­prze­ciw­ko swo­jej współ­lo­ka­tor­ki i przy­ja­ciół­ki, Ca­ro­li­ne, i prze­cie­ra­ła oczy, żeby oprzy­tom­nieć. Po­przed­niej nocy nie­wie­le spa­ła. Bo jak mo­gła spać? Gabe wy­wró­cił cały jej świat. Zbli­ża­ła się dzie­sią­ta, a ona wciąż nie wie­dzia­ła, co ma zro­bić.

– Uhm, mniej wię­cej – od­par­ła.

Ca­ro­li­ne skrzy­wi­ła się de­mon­stra­cyj­nie i po­wa­chlo­wa­ła jed­ną ręką.

– My­śla­łam, że ba­wisz się o wie­le go­rzej niż my. A tu pro­szę, ca­ło­wa­łaś się z bo­skim mi­lio­ne­rem!

– Ale co mu się sta­ło? – za­py­ta­ła sfru­stro­wa­na Mia po­iry­to­wa­nym gło­sem. To samo py­ta­nie za­da­wa­ła so­bie raz po raz przez całą bez­sen­ną noc. Dla­cze­go ją po­ca­ło­wał? Po co chciał się z nią spo­tkać? Prze­cież za­wsze jej uni­kał.

I nie pro­sił jej o to spo­tka­nie, tyl­ko roz­ka­zy­wał. Z dru­giej stro­ny Gabe Ha­mil­ton nig­dy o nic nie pro­sił. Wy­da­wał po­le­ce­nie i ocze­ki­wał, że zo­sta­nie wy­ko­na­ne. I choć Mia­nie mia­ła po­ję­cia, o czym to świad­czy, bar­dzo jej się w nim to po­do­ba­ło. Gdy my­śla­ła o nim w tej roli, ro­bi­ło jej się go­rą­co i za­czy­na­ła drżeć.

Ca­ro­li­ne prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– On ma na cie­bie ocho­tę, chi­ca. Zresz­tą nic w tym dziw­ne­go. Je­steś mło­dą, atrak­cyj­ną la­ską i za­ło­żę się, że w cią­gu ostat­nich lat nie­raz fan­ta­zjo­wał na twój te­mat.

Mia zmarsz­czy­ła nos.

– W two­ich ustach brzmi to ob­le­śnie.

– Och, da­ruj so­bie. Prze­cież sama od daw­na śnisz o nim po no­cach. A on nig­dy tego nie wy­ko­rzy­stał. Masz dwa­dzie­ścia czte­ry lata, a nie szes­na­ście. A to wiel­ka róż­ni­ca.

– Chcia­ła­bym tyl­ko wie­dzieć, o co mu cho­dzi – wy­ja­śni­ła Mia z wy­raź­nym nie­po­ko­jem w gło­sie.

– Je­śli jesz­cze nie wiesz, po tym jak za­po­wie­dział, że za­raz cię ze­rżnie na ta­ra­sie, to nie ma dla cie­bie na­dziei – stwier­dzi­ła Ca­ro­li­ne ze znie­cier­pli­wie­niem. Osten­ta­cyj­nie spoj­rza­ła na ze­ga­rek, a po­tem po­pa­trzy­ła zna­czą­co na Mię. – Dziew­czy­no, zo­sta­ła ci nie­ca­ła go­dzi­na, żeby przy­go­to­wać się do wyj­ścia. Pro­po­nu­ję, że­byś zla­zła z ka­na­py i zro­bi­ła się na bó­stwo.

– Na­wet nie wiem, co mam wło­żyć – wy­mam­ro­ta­ła Mia.

Ca­ro­li­ne uśmiech­nę­ła się lek­ko.

– Ale ja wiem. Chodź. Mu­sisz ocza­ro­wać tego fa­ce­ta.

Ocza­ro­wać? Mii chcia­ło się śmiać. Je­śli ktoś tu był ocza­ro­wa­ny, to ona. Wy­da­rze­nia po­przed­nie­go wie­czo­ru tak ją oszo­ło­mi­ły, że na­wet je­śli jed­nak tra­fi do biu­ra Gabe’a, to tam zro­bi z sie­bie kom­plet­ną idiot­kę.

Gabe szyb­ko przej­rzał wy­ję­tą umo­wę, za­pa­trzył się w jej pierw­szą stro­nę i za­czął się za­sta­na­wiać, jaką tak­ty­kę obrać wo­bec Mii. To było dla nie­go nie­ty­po­we – nig­dy wcze­śniej nie tra­cił cza­su na za­sta­na­wia­nie się, jak ma z kimś po­stą­pić. Za­wsze dzia­łał tak samo. Szyb­ko i bez­po­śred­nio. Do spraw pry­wat­nych pod­cho­dził tak samo jak do za­wo­do­wych. Nie po­zwa­lał so­bie na emo­cje. Już raz dał się za­sko­czyć – z głu­po­ty, mó­wiąc bru­tal­nie – i po­przy­siągł so­bie, że to nig­dy wię­cej się nie po­wtó­rzy.

Wyjść na głup­ca przez ko­bie­tę, któ­rej ufa się bez­gra­nicz­nie, to naj­lep­szy spo­sób, żeby wię­cej nie po­peł­nić tego błę­du.

Nie za­mie­rzał wy­rzec się ko­biet – za bar­dzo go po­cią­ga­ły. Uwiel­biał zwłasz­cza te ule­głe, nad któ­ry­mi do­mi­no­wał fi­zycz­nie i psy­chicz­nie. Lecz te­raz zmie­nił do nich po­dej­ście. Trak­to­wał je in­a­czej. Nie miał wy­bo­ru.

Ale Mia…

Nie mógł dłu­żej so­bie wma­wiać, że ta dziew­czy­na nie róż­ni się od jego wcze­śniej­szych ko­biet. Nie była po pro­stu na­stęp­ną ład­ną bu­zią, na któ­rą pa­trzy się z przy­jem­no­ścią, uni­ka­jąc zo­bo­wią­zań. Ko­bie­ty, któ­re do tej pory wy­bie­rał, orien­to­wa­ły się, zna­ły re­gu­ły gry. Wie­dzia­ły, cze­go się od nich ocze­ku­je i cze­go same mogą ocze­ki­wać w za­mian.

Mia była młod­szą sio­strą Jace’a. Ob­ser­wo­wał, jak do­ra­sta­ła. Zo­stał za­pro­szo­ny na uro­czy­stość ukoń­cze­nia przez nią szko­ły śred­niej. Ły­pał nie­chęt­nie na chło­pa­ka, z któ­rym szła na bal ma­tu­ral­ny, gdy ten du­pek po nią przy­je­chał. I miał nie­zły ubaw, pa­trząc, jak smar­kacz kuli się ze stra­chu, gdy Jace i Ash po­wie­dzie­li mu bez ogró­dek, co go cze­ka, je­śli za­cho­wa się wo­bec Mii nie­wła­ści­wie.

Wi­dy­wał ją, gdy w wa­ka­cje od­wie­dza­ła Jace’a. Po­je­chał na­wet na ce­re­mo­nię wrę­cze­nia dy­plo­mów, gdy ukoń­czy­ła col­le­ge.

To było dla nie­go praw­dzi­wym pie­kłem, po­nie­waż Mia wy­ro­sła na zja­wi­sko­wą ko­bie­tę. Nie była już mło­dziut­ką, na­iw­ną dziew­czy­ną. Nie chciał się na­wet za­sta­na­wiać, ilu mia­ła ko­chan­ków. To od razu wy­pro­wa­dza­ło go z rów­no­wa­gi. Ale z dru­giej stro­ny, nie war­to było za­wra­cać so­bie nimi gło­wy, bo na­le­że­li do prze­szło­ści i mie­li w niej po­zo­stać.

Mia jesz­cze o tym nie wie­dzia­ła, jed­nak wkrót­ce mia­ła na­le­żeć tyl­ko do nie­go. Tyle że jesz­cze nie zde­cy­do­wał, jak to osią­gnąć. Po­nie­waż była… inna. Młod­sza, owszem, ale też de­li­kat­niej­sza, może na­wet wciąż tro­chę na­iw­na. Chy­ba że tyl­ko tak mu się wy­da­wa­ło. Kto mógł wie­dzieć, co wy­czy­nia­ła, gdy Jace spusz­czał ją z oczu.

Nie­za­leż­nie do stra­te­gii, któ­rą by wy­brał, mu­siał po­stę­po­wać ostroż­nie i w taki spo­sób, żeby jej nie wy­stra­szyć i nie przy­tło­czyć. Po­nie­waż po przy­stą­pie­niu do dzia­ła­nia nie za­mie­rzał się wy­co­fać ani przy­jąć od­mo­wy.

No i po­zo­sta­wał jesz­cze Jace. Tej spra­wy Gabe wciąż nie roz­wią­zał, ale nie było sen­su za­sta­na­wiać się nad nią przed roz­gryw­ką z Mią. Kwe­stia Jace’a mu­sia­ła za­cze­kać.

Sły­sząc ha­łas przed ga­bi­ne­tem, z iry­ta­cją spoj­rzał na drzwi. Prze­cież wy­raź­nie za­po­wie­dział re­cep­cjo­ni­st­ce, że go nie ma. Dla ni­ko­go. A Mia mia­ła przy­je­chać do­pie­ro za go­dzi­nę.

Tym­cza­sem do ga­bi­ne­tu wkro­czy­li Jace i Ash, co zi­ry­to­wa­ło go jesz­cze bar­dziej. Co, do cho­le­ry, ci dwaj ro­bi­li dziś w biu­rze? Czy nie mie­li być w tej chwi­li w sa­mo­lo­cie do Ka­li­for­nii, le­cieć na spo­tka­nie z przed­się­bior­cą w spra­wie bu­do­wy no­we­go ośrod­ka wy­po­czyn­ko­we­go?

Wszy­scy trzej wspól­ni­cy dużo po­dró­żo­wa­li, dzie­ląc mię­dzy sie­bie nad­zór nad kra­jo­wy­mi i za­gra­nicz­ny­mi in­we­sty­cja­mi. A mie­li ich obec­nie kil­ka, na róż­nym eta­pie prac. Był wśród nich ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy w Ka­li­for­nii, w po­cząt­ko­wym sta­dium bu­do­wy, ho­tel w Pa­ry­żu, jesz­cze w pla­nach, i ku­rort na Ka­ra­ibach, na eta­pie po­szu­ki­wa­nia lo­ka­li­za­cji. Gabe jed­nak ostat­nio prze­by­wał na miej­scu; nad­zo­ro­wał pra­ce wy­koń­cze­nio­we naj­now­sze­go ho­te­lu, Ben­tley, przy Union Squ­are. To była jego dział­ka. Jako per­fek­cjo­ni­sta nie po­wie­rzył­by tego za­da­nia na­wet naj­lep­szym przy­ja­cio­łom.

Jace i Ash peł­ni­li funk­cję środ­ko­wych, jak to na­zy­wał. Wszy­scy trzej mie­li po tyle samo udzia­łów w spół­ce, ale to Gabe ini­cjo­wał pro­jek­ty, spo­rzą­dzał kosz­to­ry­sy i pla­ny, aż do naj­mniej­szych szcze­gó­łów. Re­ali­za­cję przed­się­wzięć nad­zo­ro­wa­li już Jace i Ash, któ­rzy dba­li o to, aby bu­do­wy prze­bie­ga­ły gład­ko. Po­tem do ak­cji zno­wu wkra­czał Gabe, aby nadać bu­dyn­kom czy ośrod­kom osta­tecz­ny szlif.

Taki układ od­po­wia­dał ca­łej trój­ce. Poza tym każ­dy z nich w rów­nym stop­niu an­ga­żo­wał się w pro­wa­dze­nie fir­my, a tak­że za­rzą­dza­nie ho­te­la­mi i ku­ror­ta­mi.

Przy­jaź­ni­li się od cza­sów col­le­ge’u. Pa­trząc wstecz, Gabe nie po­tra­fił po­wie­dzieć, co ich wła­ści­wie po­łą­czy­ło oprócz upodo­ba­nia do uczel­nia­nych im­prez, al­ko­ho­lu i dziew­czyn. Po pro­stu do­brze się do­ga­dy­wa­li, i tak się to za­czę­ło.

W pew­nym mo­men­cie Jace miał trud­ny okres; jego ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym i mu­siał prze­jąć opie­kę nad młod­szą sio­strą, ale wte­dy Gabe i Ash przy­szli mu z po­mo­cą i słu­ży­li wspar­ciem.

Póź­niej z ko­lei Jace i Ash po­mo­gli jemu.

Może w pew­nym sen­sie to wła­śnie Mia wzmoc­ni­ła więź mię­dzy nimi. I, jak na iro­nię, mo­gła spo­wo­do­wać jej ze­rwa­nie, je­śli nie prze­pro­wa­dzi spra­wy w od­po­wied­ni spo­sób.

– A coś ty taki dziś nie w so­sie? – za­gad­nął Ash, opa­da­jąc na jed­no z krze­seł przed biur­kiem Gabe’a.

Jace, bar­dziej po­wścią­gli­wy i po­waż­niej­szy, usa­do­wił się na dru­gim krze­śle.

Tak, Jace i Ash byli je­dy­ny­mi ludź­mi, któ­rych mógł na­zwać przy­ja­ciół­mi w peł­nym zna­cze­niu tego sło­wa. Ufał im – i tyl­ko im – a oni mo­gli li­czyć na jego lo­jal­ność, któ­rej po­chop­nie nie gwa­ran­to­wał każ­de­mu.

Jace był bar­dziej zrów­no­wa­żo­ny, na­to­miast Ash miał uwo­dzi­ciel­ski urok. Zda­niem Gabe’a to po­łą­cze­nie tych dwóch cech tak po­cią­ga­ło ko­bie­ty. Z pew­no­ścią nie bra­ko­wa­ło im chęt­nych do trój­ką­ta.

Ash za­wsze stał na pierw­szej li­nii. Cza­ru­ją­cy, to­wa­rzy­ski, wprost znie­wa­lał ko­bie­ty. Gabe nie­raz był świad­kiem, jak dzia­ła na nie urok przy­ja­cie­la. Jace tym­cza­sem trzy­mał się z tyłu i swo­imi ciem­ny­mi ocza­mi spo­koj­nie ob­ser­wo­wał roz­wój wy­da­rzeń. Sta­no­wił wy­zwa­nie dla ko­biet; Ash być może był dla nich zbyt ła­twą zdo­by­czą, więc z za­cię­tą de­ter­mi­na­cją uga­nia­ły się za Jace’em, jed­nak szyb­ko się prze­ko­ny­wa­ły, że jest nie do zdo­by­cia.

Wszy­scy trzej mie­li swo­je sła­bo­ści, z któ­rych nie za­mie­rza­li się tłu­ma­czyć – co tak­że od­kry­li w cza­sach col­le­ge’u. Za­ro­bi­li tyle for­sy i osią­gnę­li tak wiel­ki suk­ces, suk­ces prze­kra­cza­ją­cy wszel­kie wy­obra­że­nia, że nie mie­li pro­ble­mu ze zna­le­zie­niem part­ne­rek na jed­ną noc czy na dłuż­szy ro­mans. Tyle tyl­ko że te ko­bie­ty mu­sia­ły wie­dzieć, na ja­kich za­sa­dach.

Mię­dzy całą trój­ką pa­no­wa­ła nie­pi­sa­na umo­wa, że gra­ją ostro, ale za­cho­wu­ją wol­ność. Zwłasz­cza po kla­pie, jaką oka­za­ło się mał­żeń­stwo Gabe’a.

Tak jak Gabe i Ash sta­nę­li przy przy­ja­cie­lu, gdy ten mu­siał za­opie­ko­wać się Mią, tak Ash i Jace nie­za­chwia­nie trwa­li przy Ga­bie pod­czas jego roz­wo­du z Lisą. Bro­ni­li go za­żar­cie, gdy wy­stą­pi­ła prze­ciw­ko nie­mu z bez­pod­staw­ny­mi oskar­że­nia­mi, któ­re zruj­no­wa­ły mu re­pu­ta­cję za­rów­no w sfe­rze oso­bi­stej, jak i za­wo­do­wej. Gabe nig­dy się nie do­wie­dział, co Lisą kie­ro­wa­ło. Był jed­nak wdzięcz­ny Jace’owi i Asho­wi za bez­wa­run­ko­we wspar­cie, ja­kie­go mu udzie­li­li w nie­mal naj­gor­szych mie­sią­cach jego ży­cia.

Czy był do­brym mę­żem? Pew­nie nie, ale prze­cież – do cho­le­ry – da­wał Li­sie wszyst­ko, cze­go tyl­ko za­pra­gnę­ła. I mie­li zbież­ne upodo­ba­nia sek­su­al­ne. Nig­dy nie zmu­szał jej do ni­cze­go, na co nie mia­ła ocho­ty, i wciąż go­to­wał się na wspo­mnie­nie tego, o co go oskar­ży­ła.

Zo­stał ukrzy­żo­wa­ny za­rów­no na sali są­do­wej, jak i w me­diach. A Lisa trium­fo­wa­ła, jako rze­ko­ma ofia­ra per­wer­sji i ma­ni­pu­la­cji męża.

Już nig­dy po­tem nie zwią­zał się z żad­ną ko­bie­tą bez pod­pi­sa­nia z nią od­po­wied­nich do­ku­men­tów praw­nych. Nie­któ­rzy mo­gli to uznać za prze­sa­dę – a na­wet coś śmiesz­ne­go – ale miał zbyt wie­le do stra­ce­nia, aby ry­zy­ko­wać, że tra­fi mu się na­stęp­na Lisa, któ­re ze­chce się na nim ode­grać.

– Nie po­win­ni­ście le­cieć w tej chwi­li do Ka­li­for­nii? – spy­tał z nie­cier­pli­wo­ścią.

Jace zmru­żył oczy.

– Wy­la­tu­je­my za go­dzi­nę. Pi­lot za­dzwo­nił z in­for­ma­cją, że mają ja­kieś pro­ble­my tech­nicz­ne z sa­mo­lo­tem. Wy­star­tu­je­my naj­wcze­śniej o dzie­sią­tej, gdy za­tan­ku­ją dru­gą ma­szy­nę i wy­peł­nią plan lotu.

Gabe do­ko­nał w my­śli ob­li­czeń. Po­win­ni wy­je­chać przed przy­by­ciem Mii. Miał tyl­ko na­dzie­ję, że dziew­czy­na nie jest z tych su­per­punk­tu­al­nych, któ­re za­wsze przy­cho­dzą przed cza­sem. Choć sam nig­dy się nie spóź­niał i nie zno­sił lu­dzi, któ­rym to się zda­rza­ło, tym ra­zem był skłon­ny wy­ba­czyć brak punk­tu­al­no­ści.

Za­ci­snął dło­nie pod biur­kiem i roz­luź­nił je. Nie mógł prze­stać my­śleć o Mii, od­kąd mi­nio­ne­go wie­czo­ru wkro­czy­ła do sali ba­lo­wej. Od chwi­li gdy po­zwo­lił so­bie zo­ba­czyć w niej ko­goś wię­cej niż tyl­ko młod­szą sio­strę przy­ja­cie­la, stał się dziw­nie roz­draż­nio­ny.

Czuł… nie­cier­pli­wość. Na­pię­cie. W jego ży­łach krą­ży­ła ad­re­na­li­na. Ta dziew­czy­na wstrzą­snę­ła ca­łym jego upo­rząd­ko­wa­nym świa­tem i go wy­wró­ci­ła. Nie mógł się do­cze­kać, kie­dy znaj­dzie się w jego rę­kach, pod jego roz­ka­za­mi. Krew mu wrza­ła już na samą myśl o tym.

Do cho­le­ry! My­śląc o niej, do­stał wzwo­du, a prze­cież sie­dział przez dwo­ma naj­lep­szy­mi kum­pla­mi. Krę­pu­ją­ca sy­tu­acja to mało po­wie­dzia­ne. Mógł tyl­ko li­czyć, że ża­den z nich nie wsta­nie z miej­sca i ni­cze­go nie za­uwa­ży.

A po­nie­waż wie­dział, że je­śli nie wspo­mni o wczo­raj­szym spo­tka­niu z Mią, Jace, gdy się o nim do­wie, za­cznie go wy­py­ty­wać, dla­cze­go tego nie zro­bił, oświad­czył:

– Mia była wczo­raj na otwar­ciu, ale chy­ba się z nią mi­ną­łeś.

Jace wy­pro­sto­wał się na krze­śle, marsz­cząc czo­ło.

– Tak?

Gabe po­ki­wał gło­wą.

– Chcia­ła ci zro­bić nie­spo­dzian­kę. Przy­szła chwi­lę po tym, jak znik­nę­li­ście z tą bru­net­ką.

Jace za­klął i prych­nął z iry­ta­cją.

– Niech to szlag! Nie mia­łem po­ję­cia, że Mia się tam wy­bie­ra. Mo­gła mnie uprze­dzić. Po­cze­kał­bym na nią. I co? Roz­ma­wia­łeś z nią? Dłu­go zo­sta­ła?

– Pod­sze­dłem do niej – rzu­cił od nie­chce­nia Gabe. – Po­wie­dzia­łem, że cię wy­wo­ła­no. Za­tań­czy­li­śmy, a po­tem ode­sła­łem ją sa­mo­cho­dem do domu. Do­stał­byś ata­ku ser­ca, gdy­byś zo­ba­czył, w co się wy­stro­iła.

Ash uniósł ką­cik ust.

– Mała Mia do­ra­sta.

Jace spoj­rzał na nie­go gniew­nie.

– Za­mknij się. – Po­tem po­now­nie po­pa­trzył na Gabe’a.

– Dzię­ki, że się nią za­ją­łeś. Wo­lał­bym, żeby nie po­ka­zy­wa­ła się na ta­kich im­pre­zach, zwłasz­cza je­śli rze­czy­wi­ście ubra­ła się, jak mó­wisz. Dla tych wszyst­kich ob­le­śnych sta­ru­chów, któ­rzy tyl­ko pa­trzą, jak pu­ścić kan­tem żonę, by­ła­by jak Świę­ty Gra­al. Nie po­zwo­lę, żeby któ­ryś z nich ją prze­le­ciał, a po­tem wy­ciął so­bie ko­lej­ną kre­skę na wez­gło­wiu łóż­ka. Po moim tru­pie.

Gabe po­wi­nien w tej chwi­li po­czuć się win­ny. Miał świa­do­mość, że i tak skoń­czy w pie­kle, je­śli uda mu się zre­ali­zo­wać swo­je za­mia­ry wo­bec Mii. Na pew­no jed­nak nie sta­ła­by się ona ko­lej­ną kre­ską na wez­gło­wiu jego łóż­ka, mógł więc od­pu­ścić so­bie wy­rzu­ty su­mie­nia, wy­wo­ła­ne gwał­tow­ną re­ak­cją Jace’a.

Ode­zwał się in­ter­kom na biur­ku.

– Pa­nie Ha­mil­ton, do pana Cre­stwel­la i pana McIn­ty­re’a przy­szła pani Ho­uston.

Gabe uniósł brew.

– Za­bie­ra­cie swo­ją bru­net­kę do Ka­li­for­nii?

Ash uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– A co. Przy­najm­niej lot nam się nie bę­dzie dłu­żył.

Gabe po­krę­cił gło­wą.

– Wpuść ją, Ele­anor – po­le­cił.

Chwi­lę póź­niej do jego ga­bi­ne­tu, stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi po mar­mu­ro­wej pod­ło­dze, we­szła atrak­cyj­na ko­bie­ta, z któ­rą po­przed­nie­go wie­czo­ru wi­dział przy­ja­ciół.

Ash wy­cią­gnął do niej rękę i bru­net­ka usia­dła mu na ko­la­nach, wy­su­wa­jąc nogi w stro­nę Jace’a. Ten, na­wet na nią nie pa­trząc, po­gła­dził ją po łyd­ce, a po­tem wład­czym ge­stem po­ło­żył rękę na jej ko­la­nie, jak­by chciał po­ka­zać, że przy­najm­niej na ra­zie na­le­ży do nie­go.

Gabe mi­mo­wol­nie po­rów­nał ko­bie­tę sie­dzą­cą na ko­la­nach Asha z Mią; było to głu­pie, bo bru­net­ka nie na­le­ża­ła do tej sa­mej ligi co Mia. Była star­sza, bar­dziej do­świad­czo­na i świet­nie wie­dzia­ła, co jest gra­ne. Mia na­to­miast na­wet się nie do­my­śla­ła, ja­kie pla­ny wo­bec niej ma Gabe, i ist­nia­ło ry­zy­ko, że gdy się o nich do­wie, wy­bie­gnie z krzy­kiem z jego ga­bi­ne­tu.

Kie­dyś Gabe’owi nie prze­szka­dza­ła­by sce­na, któ­rą wła­śnie miał przed ocza­mi. Jace i Ash czę­sto za­pra­sza­li do fir­my ko­bie­ty. Ale tego dnia nie mógł się już do­cze­kać, kie­dy so­bie pój­dą. Nie chciał na­ra­żać Mii na nie­po­trzeb­ny dys­kom­fort, a już na pew­no nie miał za­mia­ru wta­jem­ni­czać Jace’a w swo­je za­mia­ry wo­bec jego sio­strzycz­ki.

Zna­czą­co spoj­rzał na ze­ga­rek, a po­tem zer­k­nął na Asha, któ­ry ge­stem po­sia­da­cza obej­mo­wał zgrab­ną ko­bie­tę. Na­wet mu jej nie przed­sta­wi­li, co wy­raź­nie świad­czy­ło o tym, że nie prze­wi­du­ją z nią dłuż­szej zna­jo­mo­ści.

– We­zwać wam sa­mo­chód? – za­py­tał Gabe.

– Czyż­by­śmy ci w czymś prze­szka­dza­li? – za­py­tał iro­nicz­nie Jace.

Gabe od­chy­lił się na opar­cie fo­te­la i udał, że jest znu­żo­ny.

– Mu­szę od­po­wie­dzieć na mnó­stwo e-ma­ili i in­nych wia­do­mo­ści. Wczo­raj przez te przy­go­to­wa­nia do im­pre­zy nic nie zro­bi­łem.

Ash prych­nął.

– Mó­wisz tak, jak­byś miał mnie i Jace’owi za złe, że nas tu nie było i sam mu­sia­łeś się wszyst­kim za­jąć, a prze­cież wie­my, jak lu­bisz rzą­dzić. Le­piej, je­śli ża­den z nas się nie wtrą­ca, bo lu­bisz, żeby wszyst­ko było po two­je­mu. In­a­czej świat ci się wy­wra­ca.

– Pe­dant – do­rzu­cił Jace na po­twier­dze­nie słów przy­ja­cie­la.

Bru­net­ka za­chi­cho­ta­ła i już sam ten dźwięk roz­draż­nił Gabe’a. Może była star­sza i bar­dziej do­świad­czo­na od Mii, ale Mia przy­najm­niej nie chi­cho­ta­ła jak na­sto­lat­ka.

– Spa­daj­cie – po­wie­dział z nie­za­do­wo­le­niem. – W prze­ci­wień­stwie do was mam ro­bo­tę. Leć­cie do Ka­li­for­nii i ustaw­cie wy­ko­naw­cę. Mu­si­my mieć pew­ność, że bu­do­wa za­cznie się o cza­sie. Nie po­trze­ba nam tu gro­ma­dy wku­rzo­nych in­we­sto­rów, któ­rych ura­bia­łem przez ostat­nie mie­sią­ce, żeby wy­ło­ży­li for­sę.

– Czy ja kie­dy­kol­wiek na­wa­li­łem? – za­py­tał Ash prze­kor­nie.

Gabe mach­nął ręką, da­jąc tym ge­stem znać, żeby już wy­szli. Nie, Ash nig­dy nie na­wa­lił. Tym się Gabe nie mar­twił.

Wszy­scy trzej sta­no­wi­li zgra­ną dru­ży­nę. Wza­jem­nie się uzu­peł­nia­li.

W tej fir­mie cho­dzi­ło o coś wię­cej niż tyl­ko o biz­nes. Ich spół­ka opie­ra­ła się na przy­jaź­ni i nie­złom­nej lo­jal­no­ści. I to wszyst­ko Gabe za­mie­rzał wła­śnie na­ra­zić na ry­zy­ko, bo miał ob­se­sję na punk­cie sio­stry Jace’a. Cho­le­ra, jak­by już samo to nie było cho­re.

Na szczę­ście Jace się pod­niósł, za­bie­ra­jąc dłoń z nogi bru­net­ki. Wy­cią­gnął do niej rękę i po­mógł jej wstać z ko­lan Asha, a po­tem we trój­kę, z dziew­czy­ną po­środ­ku, ru­szy­li do drzwi.

Przed wyj­ściem Jace się za­trzy­mał i od­wró­cił. Miał ścią­gnię­te brwi.

– Za­dzwo­nię do Mii z Ka­li­for­nii, ale czy i ty mógł­byś się do niej ode­zwać, kie­dy mnie nie bę­dzie? Upew­nić się, że wszyst­ko u niej w po­rząd­ku i ni­cze­go jej nie po­trze­ba? Bar­dzo ża­łu­ję, że nie spo­tka­łem się z nią wczo­raj.

Gabe ski­nął gło­wą, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad wy­ra­zem twa­rzy.

– Do­brze. Po­sta­ram się.

– Dzię­ki. Zo­ba­czy­my się po po­wro­cie.

– In­for­muj­cie mnie o po­stę­pach – rzu­cił Gabe.

Ash wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– Lu­bisz kon­tro­lę, ty po­pa­prań­cu, co?

Gabe po­ka­zał mu unie­sio­ny środ­ko­wy pa­lec.

Jego przy­ja­cie­le ze swo­ją ostat­nią zdo­by­czą do trój­ką­ta opu­ści­li ga­bi­net, a wte­dy on opadł na opar­cie fo­te­la, spoj­rzał na ze­ga­rek i ode­tchnął z ulgą. Do przy­jaz­du Mii po­zo­sta­ło jesz­cze oko­ło pół go­dzi­ny. Do tej pory Jace i Ash po­win­ni być już da­le­ko, po­my­ślał.

Rozdział 3

Mia wy­sia­dła z tak­sów­ki przy Pią­tej Alei, nie­da­le­ko bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ści­ły się biu­ra HCM, i aż wes­tchnę­ła z za­chwy­tu nad po­go­dą. Wiatr roz­wiał jej wło­sy i po­czu­ła w jego po­wie­wie za­po­wiedź zbli­ża­ją­cych się chło­dów.

Gabe miesz­kał nie­da­le­ko, też przy Pią­tej Alei, pod nu­me­rem 400, w strze­li­stym no­wo­cze­snym wie­żow­cu, a Jace przy Up­per West Side, bli­żej niej – Mia była prze­ko­na­na, że to z jej po­wo­du brat nie zna­lazł so­bie miesz­ka­nia w oko­li­cy biu­ra. Ash na­to­miast za­miesz­ki­wał przy Mor­ton Squ­are, w apar­ta­men­tow­cu z wi­do­kiem na rze­kę Hud­son.

Mia we­szła po­spiesz­nie do wy­so­ko­ściow­ca w cen­trum, w któ­rym pra­co­wa­li wszy­scy trzej, i wy­ję­ła z to­reb­ki prze­pust­kę, po­zwa­la­ją­cą przejść przez drzwi ob­ro­to­we, za któ­ry­mi znaj­do­wa­ły się win­dy. Do­sta­ła kar­tę od Jace’a, gdy przed kil­ko­ma laty zwie­dza­ła z nim sie­dzi­bę fir­my, ale nig­dy do­tąd z niej nie ko­rzy­sta­ła. Oba­wia­ła się, że to cho­ler­stwo nie za­dzia­ła po tak dłu­gim cza­sie i bę­dzie mu­sia­ła zgło­sić się do ochro­ny. To za­ję­ło­by tyle cza­su, że od razu mo­gła­by się od­wró­cić i odejść.

Na szczę­ście oby­ło się bez pro­ble­mów.

Po wej­ściu do za­tło­czo­nej win­dy zer­k­nę­ła na ze­ga­rek i prze­su­nę­ła się w głąb ka­bi­ny, gdy do środ­ka we­pchnę­li się na­stęp­ni pa­sa­że­ro­wie. Do dzie­sią­tej po­zo­sta­ło pięć mi­nut, a nie lu­bi­ła się spóź­niać. Na­le­ża­ła do lu­dzi, któ­rzy wszę­dzie sta­wia­ją się przed cza­sem. Gdy gro­zi­ło jej spóź­nie­nie, za­wsze bar­dzo się de­ner­wo­wa­ła, i te­raz też od­czu­wa­ła pe­wien nie­po­kój, choć jesz­cze nie była spóź­nio­na.

Tak na­praw­dę jed­nak nie było po­wo­du do nie­po­ko­ju. Nie mu­sia­ła prze­cież wy­ko­ny­wać po­le­ceń Gabe’a. Wie­dzia­ła też, że nie urwał­by jej gło­wy, gdy­by się spóź­ni­ła. Ale mimo wszyst­ko… W jego gło­sie było coś, co na­ka­zy­wa­ło jej po­słu­szeń­stwo. I je­śli mia­ła być szcze­ra, chcia­ła się do­wie­dzieć, dla­cze­go ka­zał jej przyjść.

Ca­ro­li­ne za­pę­dzi­ła ją pod prysz­nic, a po­tem ubra­ła, jak­by Mia była dziec­kiem, któ­re nie wie, co wło­żyć. Wy­bra­ła ob­ci­słe dżin­sy i top na ra­miącz­kach, a do tego ob­szer­ny T-shirt, od­sła­nia­ją­cy jed­no ra­mię i tak krót­ki, że przy nie­któ­rych ru­chach wi­dać było ka­wa­łek brzu­cha.

Póź­niej Ca­ro­li­ne wy­su­szy­ła jej dłu­gie wło­sy, za­krę­ci­ła nie­któ­re pa­sma, a na­stęp­nie lek­ko je po­tar­ga­ła, two­rząc ar­ty­stycz­ny nie­ład. Twier­dzi­ła, że ta­kie wło­sy do­pro­wa­dza­ją męż­czyzn do sza­leń­stwa. Mia­nie była pew­na, czy chce do­pro­wa­dzić Gabe’a do cze­go­kol­wiek. Wpraw­dzie w prze­szło­ści wie­lo­krot­nie o nim śni­ła, ale te­raz, gdy przy­szło co do cze­go, gdy zna­lazł się w jej za­się­gu, na­gle za­czę­ła się oba­wiać bi­ją­cej od nie­go nie­bez­piecz­nej siły.

Gabe tro­chę ją prze­ra­żał, i za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy umie po­stę­po­wać z ta­kim męż­czy­zną.

Ma­ki­jaż mia­ła oszczęd­ny, nie dla­te­go, że nie lu­bi­ła się ma­lo­wać, ale gdy­by z tym prze­sa­dzi­ła, przy­go­to­wu­jąc się na ta­jem­ni­cze spo­tka­nie z Gabe’em, wy­szła­by na… de­spe­rat­kę. To tak, jak­by ogła­sza­ła świa­tu, że jest nim za­uro­czo­na i tyl­ko cze­ka na pro­po­zy­cję z jego stro­ny. A może chciał się z nią spo­tkać w ja­kiejś cał­kiem zwy­czaj­nej spra­wie? Przy­cho­dząc do nie­go od­sta­wio­na jak na pod­ryw, zro­bi­ła­by z so­bie skoń­czo­ną idiot­kę, gdy­by się oka­za­ło, że on chciał tyl­ko za­py­tać, co u niej. Skąd mo­gła wie­dzieć, co mu cho­dzi po gło­wie? Gabe nie był z tych, któ­rzy zdra­dza­ją świa­tu swo­je my­śli i uczu­cia.

Wy­szła z win­dy do­kład­nie mi­nu­tę przed dzie­sią­tą i skie­ro­wa­ła się do re­cep­cji HCM. Ele­anor uśmiech­nę­ła się na jej wi­dok. Mia­nie zdą­ży­ła się na­wet za­sta­no­wić, czy przy­cho­dząc na to spo­tka­nie, kom­plet­nie nie zwa­rio­wa­ła. Nie mia­ła też cza­su, żeby się po­zbie­rać, opa­no­wać ner­wy. Mu­sia­ła od razu sko­czyć w ogień, bo zo­sta­ła jej tyl­ko mi­nu­ta.

– Je­stem umó­wio­na z Gabe’em na dzie­sią­tą – wy­ja­śni­ła bez tchu.

– Po­wia­do­mię go, że pani przy­szła – od­par­ła Ele­anor.

Mia się od­wró­ci­ła; nie wie­dzia­ła, czy Gabe po nią wyj­dzie, czy sama po­win­na do nie­go pójść. Gdy od­wie­dza­ła bra­ta, po pro­stu wcho­dzi­ła do jego ga­bi­ne­tu. Nie mu­sia­ła cze­kać jak wszy­scy inni, umó­wie­ni na spo­tka­nie.

– Może pani wejść! – za­wo­ła­ła Ele­anor.

Mia od­wró­ci­ła się, ski­nę­ła re­cep­cjo­ni­st­ce gło­wą i ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem. Mi­nę­ła ga­bi­net Jace’a i do­szła na ko­niec ko­ry­ta­rza, gdzie znaj­do­wał się prze­stron­ny na­roż­ny po­kój Gabe’a. Przy­sta­nę­ła przed drzwia­mi i spoj­rza­ła na swo­je uma­lo­wa­ne pa­znok­cie u stóp, wy­zie­ra­ją­ce z sek­so­wych pan­to­fli z wy­cię­ciem na pal­ce.

Na­gle po­czu­ła się jak naj­więk­sza kre­tyn­ka na świe­cie. Co­kol­wiek na­szło Gabe’a po­przed­nie­go wie­czo­ru, na pew­no źle to zin­ter­pre­to­wa­ła. A ona się od­wa­li­ła, jak­by za­mie­rza­ła za­cią­gnąć go do łóż­ka.

Już mia­ła się od­wró­cić i ru­szyć z po­wro­tem do win­dy tak szyb­ko, jak tyl­ko po­zwo­lą jej na to ob­ca­sy, gdy drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich Gabe Ha­mil­ton.

– Cie­kaw by­łem, czy się zja­wisz – po­wie­dział, pa­trząc na nią z uwa­gą.

Za­ru­mie­ni­ła się. Mia­ła na­dzie­ję, że Gabe nie po­tra­fi czy­tać w my­ślach, ale na­wet je­śli nie, to i tak mu­sia­ła mieć na twa­rzy wy­pi­sa­ne po­czu­cie winy.

– Je­stem – od­par­ła od­waż­nie i unio­sła bro­dę, wy­trzy­mu­jąc jego spoj­rze­nie.

Cof­nął się i wy­ko­nał ręką za­pra­sza­ją­cy gest.

– Wejdź.

Za­czerp­nę­ła po­wie­trza i wkro­czy­ła do ja­ski­ni lwa.

Już raz była w jego ga­bi­ne­cie, przed wie­lo­ma laty, gdy Jace opro­wa­dzał ją po pię­trze zaj­mo­wa­nym przez HCM, ale była tak pod­eks­cy­to­wa­na, że nie­wie­le z tego pa­mię­ta­ła. Te­raz więc ro­zej­rza­ła się z za­in­te­re­so­wa­niem.

Ga­bi­net był urzą­dzo­ny ele­ganc­ko i kosz­tow­nie: pięk­na ma­ho­nio­wa bo­aze­ria, lśnią­ca mar­mu­ro­wa pod­ło­ga, na niej sty­lo­wy orien­tal­ny dy­wan. Me­ble ze skó­rza­ną ta­pi­cer­ką wy­glą­da­ły na an­ty­ki. Na trzech ścia­nach wi­sia­ły ob­ra­zy, pod­czas gdy czwar­ta była za­bu­do­wa­na pół­ka­mi z książ­ka­mi prze­róż­nych ga­tun­ków.

Gabe uwiel­biał czy­tać. Jace i Ash żar­to­bli­wie na­zy­wa­li go mo­lem książ­ko­wym, ale Mia po­dzie­la­ła jego pa­sję. Gdy on po­da­ro­wał jej na ostat­nie Boże Na­ro­dze­nie na­szyj­nik i kol­czy­ki, któ­re mia­ła na so­bie po­przed­nie­go wie­czo­ru, ona dała mu pierw­sze wy­da­nie po­wie­ści Cor­ma­ca McCar­thy’ego z au­to­gra­fem au­to­ra.

– Chy­ba nie je­steś zde­ner­wo­wa­na? – za­py­tał, wy­ry­wa­jąc ją z za­my­śle­nia. – Prze­cież cię nie ugry­zę. W każ­dym ra­zie jesz­cze nie te­raz.

Unio­sła brwi py­ta­ją­co, gdy tym­cza­sem Gabe wska­zał krze­sło sto­ją­ce przed biur­kiem. Od­su­nął je i po­ło­żył dłoń na ple­cach Mii, jak­by chciał ją do nie­go skie­ro­wać. Za­drża­ła pod wpły­wem tego do­ty­ku, a on do­pie­ro gdy usia­dła, prze­su­nął pal­ca­mi po jej ra­mie­niu, po­tem cof­nął rękę, ob­szedł biur­ko i za­jął miej­sce w fo­te­lu na­prze­ciw­ko niej. Pa­trzył na nią przez dłuż­szą chwi­lę, aż po­czu­ła falę go­rą­ca na szyi i po­licz­kach. Wła­ści­wie nie pa­trzył, lecz po­że­rał ją wzro­kiem.

– Chcia­łeś się ze mną zo­ba­czyć – za­czę­ła nie­śmia­ło.

Uniósł ką­cik ust.

– Chcia­łem i chcę cze­goś wię­cej, niż tyl­ko się z tobą zo­ba­czyć, Mio. Gdy­by cho­dzi­ło mi tyl­ko o pa­trze­nie, wczo­raj spę­dził­bym z tobą wię­cej cza­su.

Wcią­gnę­ła gwał­tow­nie po­wie­trze, a po­tem jak­by w ogó­le za­po­mnia­ła o od­dy­cha­niu. Ner­wo­wo zwil­ży­ła war­gi i prze­su­nę­ła czub­kiem ję­zy­ka po dol­nej war­dze.

– Na li­tość bo­ską, Mio.

Spoj­rza­ła na nie­go roz­sze­rzo­ny­mi ocza­mi.

– Nie ro­zu­miem.

Chrap­ki jego nosa unio­sły się, dło­nie za­ci­snął pod biur­kiem w pię­ści.

– Chcę cię u sie­bie za­trud­nić.

Spo­dzie­wa­ła się usły­szeć wszyst­ko, tyl­ko nie to. Spoj­rza­ła na nie­go ze zdu­mie­niem, tra­wiąc wia­do­mość, że wła­śnie za­pro­po­no­wał jej pra­cę. Wiel­kie nie­ba, o mało nie zro­bi­ła z sie­bie to­tal­nej kre­tyn­ki. Ze wsty­du za­ssa­ła po­licz­ki.

– Prze­cież mam pra­cę – od­rze­kła. – Wiesz o tym.

Mach­nął ręką lek­ce­wa­żą­co i prych­nął ze znie­cier­pli­wie­niem.

– Mar­nu­jesz się w tej pra­cy. Z two­im wy­kształ­ce­niem i umie­jęt­no­ścia­mi mo­gła­byś mie­rzyć wy­żej.

– Nie za­mie­rzam pra­co­wać w cu­kier­ni do koń­ca ży­cia – pró­bo­wa­ła się bro­nić. – Trak­tu­ją mnie tam do­brze i nie mają ni­ko­go do po­mo­cy, więc obie­ca­łam, że zo­sta­nę, do­pó­ki nie znaj­dą ko­goś na moje miej­sce.

Spoj­rzał na nią z roz­draż­nie­niem.

– I dłu­go już na to cze­kasz, Mia?

Za­czer­wie­ni­ła się i opu­ści­ła na chwi­lę wzrok.

– Stać cię na coś wię­cej niż sie­dze­nie za kasą w cu­kier­ni. Nie po to Jace wy­dał tyle pie­nię­dzy na two­je stu­dia, a ty uczy­łaś się po no­cach, że­byś te­raz mia­ła sprze­da­wać pącz­ki.

– Nig­dy nie trak­to­wa­łam tego jako sta­łej pra­cy!

– Cie­szę się, że to sły­szę. Więc złóż wy­mó­wie­nie i za­trud­nij się u mnie. – Od­chy­lił się w fo­te­lu i pa­trzył na nią z na­tę­że­niem, cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

– Jaką kon­kret­nie pra­cę mi ofe­ru­jesz?

– Bę­dziesz moją oso­bi­stą asy­stent­ką.

Gdy to mó­wił, po ple­cach prze­biegł jej dreszcz. Trud­no było nie za­uwa­żyć, że za­ak­cen­to­wał sło­wo „oso­bi­sta”.

– Prze­cież nie masz i nig­dy nie mia­łeś oso­bi­stej asy­stent­ki – przy­po­mnia­ła mu. – Nie zno­sisz ich.

– To praw­da, że by­ła­byś pierw­szą od dłu­gie­go cza­su. Ale je­stem prze­ko­na­ny, że so­bie po­ra­dzisz.

Te­raz z ko­lei ona po­pa­trzy­ła na nie­go uważ­nie. Przyj­rza­ła mu się spod zmru­żo­nych po­wiek, od­no­to­wu­jąc po­wa­gę na jego twa­rzy.

– Dla­cze­go to ro­bisz, Gabe? – za­py­ta­ła wprost. – Na­praw­dę tego chcesz? A sko­ro już przy tym je­ste­śmy, wy­tłu­macz mi swo­je wczo­raj­sze za­cho­wa­nie. Bo zu­peł­nie nie ro­zu­miem, co ci się sta­ło.

Uśmiech­nął się po­wo­li, cu­dow­nie aro­ganc­ko.

– Więc moja kot­ka po­ka­zu­je pa­zur­ki.

Jego kot­ka? Zna­cze­nie tego krót­kie­go sło­wa nie uszło jej uwa­gi.

– Nie igraj ze mną. O co tu cho­dzi? Dla­cze­go chcesz mnie za­trud­nić? – drą­ży­ła da­lej.

Za­drga­ła mu gór­na war­ga, a noz­drza się roz­dę­ły, gdy po­pa­trzył na nią zza biur­ka.

– Bo chcę.

W ga­bi­ne­cie za­pa­dła głu­cha ci­sza, tak że Mia sły­sza­ła tyl­ko pul­so­wa­nie tęt­na w uszach.

– N… nie bar­dzo ro­zu­miem.

Gabe się uśmiech­nął; był to uśmiech dra­pież­ni­ka, ale ją na ten wi­dok ogar­nę­ła bło­gość.

– Oj, chy­ba ro­zu­miesz.

Żo­łą­dek pod­szedł Mii do gar­dła; zro­bi­ło jej się sła­bo. To nie dzia­ło się na­praw­dę. Mu­sia­ła śnić.

– Nie przyj­mę tej pro­po­zy­cji – od­par­ła. – Gdy­bym dla cie­bie pra­co­wa­ła… nie mo­gli­by­śmy…

– Nie mo­gli­by­śmy? – pod­jął z sar­ka­zmem. Spo­koj­ny i pew­ny sie­bie, jesz­cze bar­dziej od­chy­lił się na opar­cie fo­te­la i wy­pro­sto­wał dłu­gie nogi. – Pro­po­nu­ję ci pra­cę, bo chcę cię mieć przy so­bie. Cały czas. Za­wsze.

Po­czu­ła falę go­rą­ca. Po­ru­szy­ła się ner­wo­wo na krze­śle, spla­ta­jąc ręce.

– Tro­chę mnie za­sko­czy­łeś – wy­zna­ła. Mia­ła wra­że­nie, że ser­ce za­raz wy­sko­czy jej z pier­si. Wie­dzia­ła, co kry­je się za sło­wa­mi Gabe’a. Pa­trzył na nią wy­mow­nie. Po­czu­ła się jak zwie­rzy­na. On na nią po­lo­wał.

– Po­dejdź tu, Mio.

Sły­sząc to sta­now­cze, choć wy­po­wie­dzia­ne ła­god­nym to­nem po­le­ce­nie, oprzy­tom­nia­ła. Gdy od­po­wie­dzia­ła na jego spoj­rze­nie, oczy jej się roz­sze­rzy­ły, bo uświa­do­mi­ła so­bie, że cze­kał, aby się do nie­go zbli­ży­ła.

Wsta­ła, choć nogi jej się trzę­sły, i wy­tar­ła dło­nie o dżin­sy, żeby się opa­no­wać. Zro­bi­ła pierw­szy krok, a po­tem okrą­ży­ła biur­ko.

Gabe wy­cią­gnął do niej dłoń i kie­dy ich pal­ce się splo­tły, przy­cią­gnął ją ku so­bie. Nie­zgrab­nie usia­dła mu na ko­la­nach, ale on prze­su­nął się nie­co, tak że opar­ła się o jego pierś. Obej­mu­jąc ją jed­ną ręką, dru­gą wsu­nął jej we wło­sy i owi­nął je so­bie wo­kół dło­ni.

– Układ, któ­ry ci pro­po­nu­ję, jest tro­chę nie­kon­wen­cjo­nal­ny – za­czął. – Nie chcę, że­byś go­dzi­ła się na co­kol­wiek, za­nim zro­zu­miesz, cze­go od cie­bie chcę i co sama mo­żesz na tym zy­skać.

– Ja­kie to wspa­nia­ło­myśl­ne z two­jej stro­ny – za­uwa­ży­ła su­cho.

Po­cią­gnął ją lek­ko za wło­sy.

– Mała ko­kiet­ka. – Po­pa­trzył na nią spod do po­ło­wy przy­mknię­tych po­wiek. Od­wi­nął jej wło­sy z dło­ni i pu­ścił je, a po­tem pod­niósł rękę do jej ust i prze­su­nął pal­cem wska­zu­ją­cym po ich za­ry­sie. – Pra­gnę cię, Mio. I ostrze­gam. Za­wsze zdo­by­wam to, cze­go chcę.

– Więc chciał­byś, że­bym dla cie­bie pra­co­wa­ła, i mnie… pra­gniesz. Fi­zycz­nie.

– O tak – mruk­nął. – Zde­cy­do­wa­nie.

– A ten układ, któ­ry mi pro­po­nu­jesz… Dla­cze­go miał­by być nie­kon­wen­cjo­nal­ny?

Wa­hał się przez krót­ką chwi­lę.

– Bo zo­stał­bym two­im wła­ści­cie­lem – wy­ja­śnił bez ogró­dek. – Na­le­ża­ła­byś do mnie. Cia­łem i du­szą.

Cho­le­ra. To za­brzmia­ło… po­waż­nie. Nie po­tra­fi­ła na­wet w peł­ni po­jąć, co miał na my­śli. Za­schło jej w ustach i chcia­ła zwil­żyć usta, ale przy­po­mnia­ła so­bie, jak za­re­ago­wał, gdy zro­bi­ła to chwi­lę wcze­śniej.

– Wszyst­ko ci wy­ja­śnię – do­dał ła­god­niej­szym to­nem.

– Nie rzu­cę cię wil­kom na po­żar­cie. Za­cze­kam, aż od­naj­dziesz się w ukła­dzie, któ­ry ci pro­po­nu­ję.

– Na­wet nie wiem, co po­wie­dzieć – wy­rzu­ci­ła z sie­bie.

Prze­su­nął dło­nią po jej bro­dzie i po­licz­ku. Ich oczy znaj­do­wa­ły się na tym sa­mym po­zio­mie, a usta dzie­li­ła bar­dzo mała od­le­głość.

– Może w za­mian po­wiesz, co ty do mnie czu­jesz – pod­su­nął. – Czy pra­gniesz mnie tak jak ja cie­bie?

Wiel­kie nie­ba, czy to dzia­ło się na­praw­dę? Czy ośmie­li się wy­po­wie­dzieć te sło­wa na głos? Czu­ła się, jak­by sta­ła na da­chu wie­żow­ca, na sa­mej kra­wę­dzi, i pa­trzy­ła w dół. Wy­star­czy sil­niej­szy po­wiew wia­tru, je­den krok, i moż­na spaść.

Gabe zbli­żył się do niej, ale nie po­ca­ło­wał Mii, tyl­ko prze­su­nął usta­mi po jej bro­dzie, le­d­wie ją mu­ska­jąc. Do­tarł do ucha i przy­gryzł jego ko­niu­szek. Jej cia­ło za­drża­ło i po­kry­ło się gę­sią skór­ką.

– Od­po­wiedz – po­wie­dział chra­pli­wie wprost do jej ucha.

– T… tak – wy­ją­ka­ła.

– Co tak?

– Ja też cię pra­gnę. – Wy­zna­ła to z wes­tchnie­niem, jak­by nie­chęt­nie. Nie była jed­nak w sta­nie spoj­rzeć Gabe’owi w oczy.

– Mio, po­patrz na mnie. – W jego gło­sie za­brzmiał spo­koj­ny, wład­czy ton, któ­ry tak jej się po­do­bał.

Spra­wiał, że jesz­cze bar­dziej czu­ła fi­zycz­ną obec­ność tego męż­czy­zny. I że po­żą­da­ła go jesz­cze moc­niej. Zo­ba­czy­ła żar w jego oczach. Zno­wu chwy­cił ją za wło­sy i po­cią­gnął lek­ko, ba­wiąc się ich pa­sma­mi.

– Przy­go­to­wa­łem umo­wę – po­wie­dział. – Uwzględ­nia ona wa­run­ki ukła­du, któ­ry ci pro­po­nu­ję. Chcę, że­byś w week­end prze­czy­ta­ła ją uważ­nie i w po­nie­dzia­łek dała mi od­po­wiedź, czy się na nią zga­dzasz, czy nie.

Gwał­tow­nie za­mru­ga­ła. Była tak za­sko­czo­na, że za­bra­kło jej słów. Gdy się wresz­cie ode­zwa­ła, mia­ła wra­że­nie, że jej ję­zyk sta­wia opór.

– Umo­wa? Chcesz, że­by­śmy za­war­li umo­wę?

– Nie­po­trzeb­nie się bo­isz – uspo­ko­ił ją. – To dla two­je­go bez­pie­czeń­stwa. Na­sze­go wspól­ne­go bez­pie­czeń­stwa.

Zdez­o­rien­to­wa­na, po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nic z tego nie ro­zu­miem.

– Mam spe­cy­ficz­ne upodo­ba­nia, Mio. Jak po­wie­dzia­łem, prze­czy­taj umo­wę, i to uważ­nie. A po­tem się za­sta­nów, czy chcesz pójść na układ, ja­kie­go ocze­ku­ję.

– Mó­wisz po­waż­nie?

Ścią­gnął brwi i za­ci­snął usta. Po­tem się po­chy­lił, obej­mu­jąc ją moc­niej w pa­sie, żeby nie zsu­nę­ła się z jego ko­lan. Otwo­rzył szu­fla­dę biur­ka, wy­jął z niej plik spię­tych kar­tek i rzu­cił je przed nią.

– Masz cały week­end. Prze­czy­taj to. Upew­nij się, czy wszyst­ko ro­zu­miesz. W po­nie­dzia­łek rano dasz mi od­po­wiedź. Je­śli coś bę­dzie wy­ma­ga­ło wy­ja­śnie­nia, po­roz­ma­wia­my o tym.

– Do­brze – od­par­ła, wciąż oszo­ło­mio­na. – Po­ja­dę do domu, prze­czy­tam tę two­ją umo­wę i spo­tka­my się w po­nie­dzia­łek, żeby omó­wić wa­run­ki związ­ku mię­dzy nami?

Po­ki­wał gło­wą.

– Owszem mniej wię­cej, choć w two­ich ustach to brzmi bar­dzo su­cho.

– W mo­ich ustach brzmi su­cho? – po­wtó­rzy­ła. – To ra­czej ty roz­ma­wiasz ze mną, jak­byś pro­wa­dził ne­go­cja­cje, usta­lał wa­run­ki umo­wy na bu­do­wę jed­ne­go z wa­szych ho­te­li.

– Tyle że tu nie ma mowy o żad­nych ne­go­cja­cjach – za­po­wie­dział ła­god­nie. – Pa­mię­taj o tym, Mio. Prze­czy­taj umo­wę. Mo­żesz ją pod­pi­sać albo nie. Ale je­śli już pod­pi­szesz, bę­dziesz mu­sia­ła jej prze­strze­gać.

Prze­su­nę­ła dło­nią po za­dru­ko­wa­nych kart­kach, a po­tem je wzię­ła. Na­bra­ła głę­bo­ko po­wie­trza i wsta­ła z ko­lan Gabe’a. Mu­sia­ła oprzeć się dru­gą ręką o biur­ko, gdy je okrą­ża­ła, bo nogi ugi­na­ły się pod nią.

– Czym przy­je­cha­łaś? – za­py­tał.

– Tak­sów­ką – od­par­ła sła­bym gło­sem.

Wziął te­le­fon.

– Każę cię od­wieźć służ­bo­wym sa­mo­cho­dem i przy­ślę go po cie­bie w po­nie­dzia­łek rano.

– Je­steś bar­dzo pew­ny sie­bie – mruk­nę­ła. – I mnie.

Od­su­nął słu­chaw­kę od twa­rzy i po­pa­trzył na Mię po­waż­nie.

– Je­stem pew­ny tyl­ko jed­ne­go: że cho­ler­nie dłu­go na cie­bie cze­ka­łem.

Rozdział 4

Za­miast po­pro­sić kie­row­cę, żeby ją za­wiózł do domu, gdzie z pew­no­ścią nie­cier­pli­wie cze­ka­ła na nią Ca­ro­li­ne, ka­za­ła się wy­sa­dzić przy Za­chod­niej Osiem­dzie­sią­tej Pierw­szej, nie­da­le­ko cu­kier­ni przy Za­chod­niej Osiem­dzie­sią­tej Trze­ciej, w któ­rej pra­co­wa­ła. Był tam mały park, o tej po­rze dnia dość pu­sty, od­wie­dza­ny głów­nie przez nia­nie z ma­ły­mi dzieć­mi w wóz­kach i tro­chę star­szy­mi, któ­re ba­wi­ły się na pla­cu za­baw.

Umo­wę mia­ła w to­reb­ce, któ­rą moc­no przy­ci­ska­ła do sie­bie ra­mie­niem, idąc przez park ku ław­ce z dala od pla­cu za­baw, gdzie mo­gła li­czyć na tro­chę pry­wat­no­ści.

O dwu­na­stej po­win­na być w pra­cy, ale wie­dzia­ła, że bę­dzie po­trze­bo­wa­ła cza­su, żeby prze­tra­wić to, co mia­ła za chwi­lę prze­czy­tać. W uszach wciąż sły­sza­ła sta­now­cze żą­da­nie Gabe’a, żeby rzu­ci­ła swo­ją do­tych­cza­so­wą pra­cę i przy­ję­ła jego pro­po­zy­cję.

Nie, nie za­mie­rza­ła pra­co­wać w cu­kier­ni przez całe ży­cie, ale lu­bi­ła pro­wa­dzą­ce ją star­sze mał­żeń­stwo. Za­wsze od­no­si­li się do niej życz­li­wie. Za­nim się u nich za­trud­ni­ła, czę­sto cha­dza­ła do nich na ciast­ka. Rze­czy­wi­ście, ta pra­ca nie była war­ta pie­nię­dzy, któ­re Jace wy­ło­żył na jej wy­kształ­ce­nie. Kie­dy za­py­ta­ła, czy star­si pań­stwo nie po­trze­bu­ją ko­goś do po­mo­cy, dzia­ła­ła pod wpły­wem im­pul­su. Przyj­mu­jąc tę po­sa­dę, zy­ski­wa­ła czas na za­sta­no­wie­nie się co da­lej i zy­ski­wa­ła po­czu­cie, że nie jest cał­ko­wi­cie za­leż­na fi­nan­so­wo do Jace’a. Wy­star­cza­ją­co dużo zro­bił dla niej w mi­nio­nych la­tach. Nie chcia­ła, żeby dłu­żej się nią opie­ko­wał.

Usia­dła na ław­ce w par­ku i ro­zej­rza­ła się, by mieć pew­ność, że w po­bli­żu ni­ko­go nie ma. Wy­ję­ła umo­wę z to­reb­ki i ner­wo­wym ru­chem prze­wró­ci­ła stro­nę ty­tu­ło­wą.

W mia­rę jak czy­ta­ła, jej oczy ro­bi­ły się co­raz więk­sze. Au­to­ma­tycz­nie od­wra­ca­ła ko­lej­ne kart­ki, mio­ta­jąc się mię­dzy nie­do­wie­rza­niem i dziw­ną nie­zdro­wą cie­ka­wo­ścią.

Gabe nie kła­mał, mó­wiąc, że chce ją mieć. Na wła­sność. Pod­pi­su­jąc umo­wę i wcho­dząc z nim w układ, od­da­wa­ła mu nad sobą cał­ko­wi­tą wła­dzę.

We­dług umo­wy mia­ła być do jego dys­po­zy­cji przez cały czas. Po­dró­żo­wać z nim, cze­kać na jego we­zwa­nie. To on usta­lał­by jej go­dzi­ny pra­cy i wy­zna­czał­by czas, któ­ry w ich ra­mach po­świę­ca­ła­by wy­łącz­nie jemu.

No nie! Umo­wa za­wie­ra­ła na­wet do­kład­nie wa­run­ki do­ty­czą­ce sek­su.

Choć była bar­dzo szcze­gó­ło­wa, nie okre­śla­ła do­kład­nie, co Mia mia­ła­by kon­kret­nie ro­bić, po­nie­waż pod­le­ga­ło to jed­ne­mu ogól­ne­mu punk­to­wi, mó­wią­ce­mu, że jej obo­wiąz­kiem jest speł­nia­nie wszel­kich żą­dań Gabe’a, za­wsze i wszę­dzie. To wy­da­ło jej się naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­ce.

On w za­mian gwa­ran­to­wał, że bę­dzie speł­niał wszyst­kie jej po­trze­by, z fi­nan­so­wy­mi włącz­nie. O po­trze­bach emo­cjo­nal­nych nie było wzmian­ki. To nie by­ło­by w sty­lu Gabe’a. Mia zna­ła go na tyle do­brze, by wie­dzieć, że z re­gu­ły nie ufa ko­bie­tom. Mia­ła­by upra­wiać z nim seks. Łą­czył­by ich pew­ne­go ro­dza­ju zwią­zek, okre­ślo­ny wa­run­ka­mi umo­wy, ale żad­na bli­skość uczu­cio­wa nie wcho­dzi­ła w grę.

Gabe re­zer­wo­wał so­bie pra­wo ze­rwa­nia umo­wy w do­wol­nym mo­men­cie, gdy­by Mia zła­ma­ła jej wa­run­ki. Wszyst­ko to brzmia­ło bar­dzo chłod­no, jak umo­wa o pra­cę, włącz­nie z pa­ra­gra­fem do­ty­czą­cym jej wy­po­wie­dze­nia. Mia po­dej­rze­wa­ła zresz­tą, że w grun­cie rze­czy mu­sia­ła­by pra­co­wać w po­dwój­nym cha­rak­te­rze. Jako oso­bi­sta asy­stent­ka i jako ko­chan­ka Gabe’a. Jego za­baw­ka. Wła­sność.

Po­sa­da oso­bi­stej asy­stent­ki była tyl­ko przy­kryw­ką. Gabe chciał mieć Mię na za­wo­ła­nie, w biu­rze i pod­czas ewen­tu­al­nych po­dró­ży służ­bo­wych. Po­szedł na­wet jesz­cze krok da­lej, bo ro­ścił so­bie pra­wo do jej cza­su tak­że poza pra­cą.

Mia zmarsz­czy­ła czo­ło, czy­ta­jąc ostat­nią stro­nę. Owszem, za­po­zna­ła się z umo­wą i mia­ła czas do po­nie­dział­ku, żeby się za­sta­no­wić, czy ją przyj­mu­je, ale w grun­cie rze­czy nie do­wie­dzia­ła się z niej ni­cze­go poza tym, że gdy­by przy­ję­ła jej wa­run­ki, zre­zy­gno­wa­ła­by ze wszyst­kich praw oso­bi­stych i od­da­ła Gabe’owi kon­tro­lę nad ca­łym swo­im ży­ciem. Bra­ko­wa­ło kon­kre­tów! Co to mia­ło zna­czyć? Cze­go tak na­praw­dę od niej ocze­ki­wał?

Za­mie­rzał przy­wią­zy­wać ją do biur­ka i prze­la­ty­wać co pół go­dzi­ny? Ocze­ki­wał, że bę­dzie mu ro­bi­ła la­skę pod sto­łem pod­czas wi­de­okon­fe­ren­cji? Je­śli o to cho­dzi, w pa­ra­gra­fie do­ty­czą­cym sek­su do­pa­trzy­ła się punk­tu mó­wią­ce­go, że pod­czas sto­sun­ków do­pusz­czal­ne jest wią­za­nie, krę­po­wa­nie i za­da­wa­nie bólu, je­śli on o tym zde­cy­du­je.

Nie po­tra­fi­ła na­wet so­bie wy­obra­zić, co może się za tym kryć.

Nie, nie była nie­do­świad­czo­na w spra­wach sek­su. Już daw­no stra­ci­ła dzie­wic­two i mia­ła kil­ku chło­pa­ków. Ale z nimi łą­czy­ły ją zde­cy­do­wa­nie nor­mal­ne re­la­cje i to było faj­ne. Nig­dy nie przy­szło jej do gło­wy, żeby spró­bo­wać cze­goś in­ne­go.

Pro­po­no­wa­ny przez Gabe’a układ za­la­ty­wał per­wer­sją, a naj­głup­sze było to, że jego za­sa­dy uj­mo­wał kon­trakt, na mocy któ­re­go zrze­ka­ła się praw do swo­je­go cia­ła.

Im dłu­żej stu­dio­wa­ła wa­run­ki umo­wy, tym bar­dziej sta­wa­ła się po­iry­to­wa­na.

Prze­su­nę­ła wzro­kiem po na­stęp­nym pa­ra­gra­fie, któ­ry mó­wił, że jest świa­do­ma, na co się de­cy­du­je, i zo­bo­wią­zu­je się nie przed­sta­wiać swo­je­go związ­ku z Gabe’e w złym świe­tle, zwłasz­cza wo­bec przed­sta­wi­cie­li me­diów.

Co?! Me­dia? Mia­ła­by wy­stą­pić w Good Mor­ning Ame­ri­ca i ogło­sić ca­łe­mu świa­tu, że jest za­baw­ką Gabe’a Ha­mil­to­na?

Gdy do­szła do ko­lej­ne­go pa­ra­gra­fu, jesz­cze sze­rzej otwo­rzy­ła oczy.

Kon­trakt prze­wi­dy­wał, że oso­bi­sty le­karz Gabe’a bę­dzie przed­sta­wiał jej ra­port o sta­nie fi­zycz­nym swo­je­go pa­cjen­ta; sama też bę­dzie mu­sia­ła pod­da­wać się ba­da­niom le­kar­skim, żeby obie stro­ny mia­ły pew­ność co do sta­nu zdro­wia tego dru­gie­go. Co wię­cej, mia­ła sto­so­wać środ­ki an­ty­kon­cep­cyj­ne, a w przy­pad­ku sto­sun­ków sek­su­al­nych z in­ny­mi part­ne­ra­mi niż Gabe do­dat­ko­wo tak­że pre­zer­wa­ty­wy.

Otwo­rzyw­szy usta ze zdu­mie­nia, opu­ści­ła umo­wę na ko­la­na. Co to, do cho­le­ry, mia­ło zna­czyć? Że bę­dzie na usłu­gi in­nych fa­ce­tów, któ­rych on wy­bie­rze?

Za­krę­ci­ło jej się w gło­wie, gdy do­tar­ły do niej wnio­ski wy­ni­ka­ją­ce z tego pa­ra­gra­fu.

Nic dziw­ne­go, że mia­ła wąt­pli­wo­ści, czy jest wy­star­cza­ją­co sil­na, aby zwią­zać się z męż­czy­zną po­kro­ju Gabe’a. Na­le­że­li do tak róż­nych świa­tów, że to prze­sta­wa­ło być za­baw­ne. Nig­dy na­wet nie sły­sza­ła o po­ło­wie tych rze­czy, o któ­rych była mowa w kontr­ak­cie.

Przy­po­mnia­ła so­bie za­pew­nie­nie Gabe’a, że za­cho­wa cier­pli­wość i bę­dzie po­wo­li za­po­zna­wał ją ze swo­imi ocze­ki­wa­nia­mi. Za­chcia­ło jej się śmiać. O tak, rze­czy­wi­ście przy­dał­by jej się prze­wod­nik w tej po­dró­ży. A wcze­śniej jesz­cze Go­ogle, bo przede wszyst­kim mu­sia­ła spraw­dzić w in­ter­ne­cie zna­cze­nie ter­mi­nów, któ­re wy­stę­po­wa­ły w umo­wie.

Ręce jej drża­ły, gdy zno­wu pod­nio­sła kon­trakt, żeby prze­czy­tać do koń­ca ostat­nią stro­nę. Wszyst­ko, co mia­ło z nim zwią­zek, było cho­re. A naj­bar­dziej to, że jesz­cze go nie po­dar­ła i nie po­wie­dzia­ła Gabe’owi, co może so­bie z nim zro­bić.

A może jed­nak bra­ła pod uwa­gę pod­pi­sa­nie tej umo­wy?

Była roz­dar­ta mię­dzy świę­tym obu­rze­niem a dziw­ną fa­scy­na­cją. Gdzieś w głę­bi du­szy chcia­ła się do­wie­dzieć, jak bar­dzo ze­psu­ty jest Gabe. Są­dząc z umo­wy, da­le­ko od­szedł od kon­wen­cji.