Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 233 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szaleństwo Majki Skowron - Aleksander Minkowski

Pasjonująca powieść o potrzebie ideałów, młodzieńczym buncie i konflikcie pokoleń. Tytułowa bohaterka mocno wierzy w swojego ojca. Tymczasem on, w przeszłości nieustraszony alpinista i bohater, boi się podejmowania ryzyka na gruncie zawodowym. Zbuntowana Majka nie może pogodzić się z tchórzostwem ojca, dlatego ucieka z domu. Czy ojciec ją odnajdzie? Czy odzyska jej miłość i zaufanie? Podobny bunt przeżywa Ariel - chłopak nie akceptuje związku swego ojca z miejscową lekarką. Majka i Ariel poznają się przypadkowo. Czy podobne sytuacje rodzinne zbliżą bohaterów na tyle, że ich znajomość przerodzi się w miłość?

Opinie o ebooku Szaleństwo Majki Skowron - Aleksander Minkowski

Fragment ebooka Szaleństwo Majki Skowron - Aleksander Minkowski

Projekt okładki

Agencja Reklamowa ORPHA

Skład

Andrzej Nowak

© by Aleksander Minkowski

ISBN 978-83-7568-896-2

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2012

Rozdział pierwszy

Spotkałem ją w lesie, nie opodal szosy. Była ubrana w dżinsy i gruby szary sweter, z ramienia zwisała brezentowa torba.

Gdyby nie pewność, że ją dostrzegłem, próbowałaby chyba skryć się za dębowym pniem lub w krzakach akacji – wyczułem w niej ten moment wahania: uciekać czy zostać, bądź też ni jedno, ni drugie, a po prostu iść dalej przed siebie jak gdyby nigdy nic. Jakbym nie stał pośrodku ścieżki, patrząc z uśmiechem w jej bardzo duże i bardzo błękitne oczy.

– Cześć – powiedziałem. – Samotny autostop?

– Coś w tym guście – odmruknęła. – Daj przejść.

Nie ustąpiłem ze ścieżki, wyjąłem tylko ręce z kieszeni i odruchowo przygładziłem włosy, o których wiedziałem, że sterczą na wszystkie strony jak jeżowe kolce i że to przygładzenie niczego nie zmieni w ich buńczucznym bezładzie.

– No, to źle idziesz – rzuciłem. – Szosa w przeciwnym kierunku. Tędy nawet rowery nie jeżdżą.

Miała pszeniczne włosy, długie do ramion i proste, z wiśniową przepaską nad czołem. Były trochę szare od kurzu. Szczupła twarz o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych też nie nosiła śladów niedawnego mycia.

– Gdzie chcę, tam idę – powiedziała. – Nie twój interes.

W prawej ręce trzymała gruby brzozowy kij. Uniosła go lekko, dając do zrozumienia, że nie ma ochoty na rozmowę.

– Któż to wie – uśmiechnąłem się. – Można zabłądzić w tej naszej puszczy, ciągnie się aż po granicę radziecką i dalej jeszcze po tamtej stronie. Chyba że się wybierasz autostopem do naszych sąsiadów.

– Nie twój interes... – powtórzyła niepewnie i po chwili zapytała z niepokojem:

– Ta dróżka prowadzi do granicy?

– Zależy – wzruszyłem ramionami. – Pójdziesz na lewo, smoka spotkasz, na prawo... kogoś, kto wczoraj wieczorem oglądał dziennik telewizyjny.

– Że co? – uniosła brwi dużo ciemniejsze od włosów, wąskie i bardzo długie, sięgające prawie do skroni.

Wyjąłem z kieszeni dwa miętowe cukierki w zielonkawym celofanowym opakowaniu. Jeden dałem jej – wzięła bez słowa – drugi wolniutko wyłuskałem z celofanu i włożyłem do ust. Ona zrobiła to samo.

– Jak ci na imię? – spytałem.

– Maja – odparła. – A tobie?

– Czerwiec – skłoniłem się z powagą. – Lipczysław Czerwiec, do usług. W skrócie: Lipek.

– Co się wygłupiasz! – parsknęła śmiechem, z jej twarzy zniknął wyraz napięcia. – Może i Lipek, ale nie Lipczysław. Nie ma takiego imienia.

Słońce spływało między liśćmi ciepłymi strumyczkami i złotawym nalotem kładło się na mchu. Odstawiłem koszyk z grzybami i usiadłem na złotej kępie. Dziewczyna po krótkim namyśle zrobiła to samo, lokując się naprzeciw mnie, pod pniem starej sosny. Z pewnością była bardzo zmęczona. Zaczerwienione spojówki zdawały się świadczyć o nieprzespanej nocy albo o płaczu, albo o jednym i drugim. Oczy patrzyły jednak hardo, prawie wyzywająco.

– Fakt – zgodziłem się. – W legitymacji szkolnej mam Hipolit. Ale od Hipka do Lipka i tak jest bliżej niż od Majki do... Lidki.

Zerwała się z mchu jak smagnięta batem:

– Coś... ty... powiedział?

– Nic nadzwyczajnego – odparłem pogodnie. – Oglądałem wczoraj dziennik telewizyjny. Na zdjęciu prezentujesz się dużo gorzej, zwłaszcza te warkoczyki. Pewnie stara fotografia.

Domyśliłem się jej rozpaczliwego wahania: uciekać czy grać. Ucieczka, gdybym chciał ją zatrzymać, nie miała szans powodzenia – dwa lata ćwiczeń lekkoatletycznych modelują sylwetkę wyraziście.

Wybrała to drugie. Brwi powędrowały do góry, wargi wykrzywił uśmiech żartobliwego zdziwienia:

– Moja fotografia w telewizji? Bardzo bym chciała, staruszku, ale w cuda nie wierzę. Może w przyszłości, jak zostanę gwiazdą filmową.

– Już zostałaś gwiazdą – powiedziałem. – Cała Polska za tobą się rozgląda. Lidia Skowron, lat piętnaście, ubrana w szary sweter i granatowe dżinsy, oczy niebieskie, włosy jasnoblond. Zawiadomić najbliższy posterunek Milicji Obywatelskiej.

Dziewczyna koniuszkiem języka oblizała spękane wargi. Patrzyła przed siebie na zielony parkan tarniny, za którą w dole biegła szosa, donosząc o swym istnieniu warkotem silników samochodowych.

– Nazywam się Majka – powiedziała. – Ludzie bywają podobni do siebie. Możesz zadzwonić na milicję, jeśli ci na tym zależy.

– Nie założono tu jeszcze telefonów – uśmiechnąłem się – ale posterunek jest tuż za zakrętem.

– Myślisz, że z tobą pójdę?

Palce jej zacisnęły się na kiju. Czułem, że jest gotowa się bronić, być może nawet zaatakować pierwsza, gdybym się tylko ruszył. Siedziałem wygodnie, z wyciągniętymi nogami, żując gałązkę mchu, a ona stała nade mną, pełna wyczekiwania i napięcia.

– Jak chcesz – powiedziałem.

– Nie chcę. A jak spróbujesz...

– Nie będę próbował – uspokoiłem ją. – I tak cię złapią, Lidio Skowron. Telewizja jest popularna, a twoje zdjęcie pokazywano kilka razy. Jeśli masz trochę oleju w głowie, skorzystasz z okazji i pójdziesz ze mną do mojego taty. Jest komendantem posterunku. Ludzki facet, można się z nim dogadać.

– Pomagasz mu za darmo, czy ci coś odpala?

Nie powinna była tego mówić. I w dodatku tonem, w którym lęk mieszał się z pogardą – arogancko, zaczepnie.

– Spływaj – rzuciłem przez zęby. – Gdybyś nie była dziewczyną, skułbym ci buźkę. No, słyszałaś? – wstałem wolno, sięgnąłem po koszyk z grzybami. – Już cię tu nie ma!

Nie poruszyła się, spuściła tylko oczy. Znów przesunęła językiem po dolnej wardze.

– O co ten krzyk? – zapytała cicho. – Ja w twoje życie się nie pcham, a ty chcesz wleźć w moje. Mogłam się wkurzyć...

Opamiętałem się: znów to moje kretyńskie wyczulenie.

– W porządku – mruknąłem. – Ty w lewo, ja w prawo. Szczęśliwej podróży.

Odwróciłem się i ruszyłem nieśpiesznie ścieżką w stronę szosy. Grzyby miały być na dzisiejszy obiad, nikt za mnie go nie zrobi, powinienem się śpieszyć, pewnie minęła już druga, a ojciec przychodzi pięć po trzeciej.

– Hip!

Stanąłem, spojrzałem przez ramię na dziewczynę.

– Nie powiesz nikomu, że mnie widziałeś?

Zawróciłem jednak. Podszedłem do Majki, położyłem jej dłoń na ramieniu.

– Nie wiem, co zrobiłaś i dlaczego cię szukają – powiedziałem. – I nie chcę wiedzieć. Ale sama w lesie nie dasz sobie rady, a jak wyjdziesz, ludzie natychmiast cię poznają. Tutaj w każdym prawie domu jest telewizor. Gdybyś chciała mnie zobaczyć, mieszkam zaraz za stacją benzynową. Taka samotna, na zielono pomalowana chałupa w ogródku. Umiesz gwizdać? – Skinęła głową twierdząco. – Zagwiżdż krótko dwa razy, wyjdę do ciebie.

Sam nie wiem, dlaczego jej to zaproponowałem. Miała smutne oczy. Bardzo niebieskie i bardzo smutne.

Otworzyły się drzwiczki w zegarze, kukułka zameldowała trzecią. Było to niegdyś jaskrawe, a teraz sczerniałe od starości, dziobate ptaszysko o zachrypłym głosie. Dawniej zastanawiałem się, co też robi kukułka w swej czarnej dziupli, kiedy drzwiczki zatrzaskują się za nią na całą godzinę: czy istnieje tylko po to, by ogłaszać pory nocy i dnia? Wyobrażałem sobie, że za brązowymi drzwiczkami dzieją się sprawy dziwne i tajemnicze, od których kukułka odrywa się co godzina na krótki koncert ochrypłej wyliczanki, by ludzie nie powzięli podejrzeń i nie zajrzeli do dziupli między jedną godziną a drugą.

Pięć po trzeciej wszedł ojciec.

Imponowała mi jego punktualność – zawsze pięć po trzeciej, chyba że się zdarzyło coś nadzwyczajnego; nadzwyczajności jednak zdarzały się u nas nader rzadko – podobnie jak spokój, opanowanie, leciutko kpiąca dobrotliwość. Musiałem odziedziczyć charakter po mamie: nerwowy, pełen niecierpliwości, w nieustannej wojnie z dzwonkiem szkolnym i domową kukułką – wydawało mi się, że jestem przeciwieństwem ojca. Podobnie było z wyglądem: jasnowłosy olbrzym o barach ciężarowca, z fałdą sadła nad paskiem, okrągłymi policzkami wiecznie po dziewczęcemu rumianymi i niewysoki chudzielec o cerze smagłej, ciemnych najeżonych włosach, wielkich zielonych ślepiach i zębach rosnących nierówno, jak popadnie. Tymi zębiskami przegryzałem najgrubszy miedziany drut.

– Czołem, Arielu – powiedział ojciec, zdejmując mundur i wieszając go na oparciu krzesła. – Dobrze tu pachnie.

– Dzień dobry, Prospero. Myślę, że smak nie będzie gorszy od aromatu.

Ojciec nałożył sobie na talerz olbrzymią porcję grzybów, uroczyście zanurzył w nich łyżkę, podniósł do ust. Żuł powoli, z namysłem. Przełknął wreszcie, aprobująco pokiwał głową:

– Tak jest, Arielu. Pasuję. Moje niedzielne grzybki nie były takie smaczne.

Ariel – dobry duszek – i Prospero – czarnoksiężnik – byli rodem z dramatu Szekspira Burza, jednego z pierwszych odczytywanych mi na głos przez ojca, gdy miałem lat chyba siedem. Jedni pasjonują się muzyką, inni znaczkami pocztowymi, toto-lotkiem, historią wojen napoleońskich. Mój Prospero jest zakochany w Szekspirze. Jako malec zamiast bajkami byłem raczony Hamletem, Makbetemi Snem nocy letniej. Później doszedłem do wniosku, że tragedie Szekspira są jednak mniej okrutne od wilków pożerających staruszki i dzieci, smoków ziejących ogniem i bezzębnych czarownic.

Ojciec jadł w milczeniu, z czołem coraz mocniej zmarszczonym, jakby zapomniał o mojej obecności. Patrzył przed siebie za okno, źrenice miał nieruchome. Znałem ten jego nieobecny wzrok, głębokie fałdy nad brwiami.

– Duży kłopot? – zapytałem obojętnym tonem.

– Jaki kłopot? – uśmiechnął się i powrócił z wędrówki. – Tak, rzeczywiście. Podobno widziano ją w tutejszej okolicy, będziemy musieli szukać. A przeczesanie puszczy... Ech... – machnął ręką.

– Kogo macie szukać?

– Tej smarkuli, Lidii Skowron. Widziałeś wczoraj komunikat w telewizji. Dostałem meldunek od kierowcy autobusu, że widział dziewczynkę odpowiadającą rysopisowi, jak przebiegała przez szosę trzy kilometry stąd. Smarkatej przygody w głowie, a ja dostałem rozkaz, żeby za wszelką cenę...

Nie dokończył, gniewnie zanurzył łyżkę w grzybach.

– Po prostu zwiała z domu? – zapytałem. – Jak na dziewczynkę, niezwykłe.

Przyjrzał mi się spod oka. Wyczułem, że zastanawia się, czy mi coś powiedzieć.

– Niezupełnie po prostu... – mruknął wreszcie. – Zabrała coś z domu.

– Okradła starych?

Niesmak, obrzydzenie. Więc ta panienka spotkana w lesie jest pospolitą złodziejką. Czy w tej sytuacji powinienem trzymać język za zębami? Moje wskazówki pomogłyby w odnalezieniu Lidii Skowron – nie mogła odejść daleko, zapewne błąka się nad jeziorem lub odpoczywa w przybrzeżnych głogach. Powiedzieć? Właściwie obiecałem jej, że nie powiem. Że nic mnie to nie obchodzi. Ale nie przypuszczałem, że jest złodziejką. I co, jeśli tu przyjdzie, zagwiżdże, poprosi o pomoc?...

– Dziwnie wyglądasz – powiedział ojciec. – Wywalaj, Arielu.

– Nic nie mam do wywalania – rzuciłem stanowczo, wpatrując się w talerz z grzybami. – Zamyśliłem się trochę. Dużo ukradła?

Bo w końcu gdyby wzięła, powiedzmy, pięćdziesiąt złotych, musi przecież jeść...

– Podobno zabrała z domu coś nadzwyczaj wartościowego. Nie wiem dokładnie co, ale jej ojciec podniósł wielki alarm. – Krótka pauza. – Dlaczego tak się tym interesujesz?

– Zawodowe pytanko! – roześmiałem się prawie naturalnie. – Chcesz mnie przesłuchać, Prospero? Przysługuje mi prawo odmowy zeznań. Będę mówił tylko w obecności mojego adwokata.

Ojciec sapnął, zebrał z talerza resztki śmietany, wytarł usta kraciastą serwetką i przeciągnął się, zaciskając powieki.

– Ale bym sobie pospał! – westchnął smętnie. – Żeby tak zachorować na tydzień...

– Zachoruj... – doradziłem. – Pani Ala na pewno da ci zwolnienie. Powiesz, że serce cię boli albo wątroba.

Nie spojrzałem na ojca, byłem zajęty sprzątaniem ze stołu. Czułem jednak na sobie jego uważny, badawczy wzrok z domieszką niepokoju.

– Tobie pani Ala nie odmówi – dodałem, idąc do kuchni.

– Ariel!

– Słucham? – odwróciłem się w progu.

– Prosiłem cię.

– Nie rozumiem – popatrzyłem na ojca, udając najszczersze zdziwienie. – O co chodzi?

– O nic – mruknął. – Będziemy musieli pogadać. Nie jesteś już dzieckiem, Ariel.

Szybko wszedłem do kuchni, wstawiłem talerze do zlewu. Kątem oka obserwowałem przez otwarte drzwi, jak ojciec zaciąga rozluźniony krawat, wkłada mundur, wolno zapina guziki. Jego ciężka sylwetka ledwo mieściła się między tapczanem i stołem. Głowę miał pochyloną, na twarzy wyraz zasępienia i bezradności. Wiedziałem, o czym rozmyślał, i na moment ogarnęło mnie współczucie, ale tylko na moment, bo już po chwili ustąpiło miejsca gniewnemu uporowi. Niech się męczy. Niech mi grozi tą męską rozmową i niech ją odkłada z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Wiedziałem jedno: dopóki ze mną nie pomówi, nic nie może się stać. Oby więc nigdy nie doszło do rozmowy.

Leszek i Wika zsiedli z rowerów, oparli je o drucianą siatkę. Wika miała na sobie ciemnoczerwony sweterek, doskonale zgrany z czernią opinających ją ciasno, poszerzanych u dołu spodni – wyglądała jak z okładki żurnala, smolistowłosa, szczupła i wielkooka, opalona na jasny brąz. Od niedawna dopiero zrobiła się taka ładna, przedtem była kanciasta i chuda jak kij. Irytowało mnie, że wie o swojej przemianie, puszy się nią, podkreśla, jak może, ciuchami. Leszek był przeciwieństwem siostry: podobnie jak ja nie zwracał uwagi na ubranie – wypłowiała koszula, połatane dżinsy, trampki na bose nogi; blondyn z zadartym nosem, nieco przykrótką górną wargą – wykapany pan Białek. Wika była podobna do matki.

Wyszedłem przed dom, uścisnęliśmy sobie ręce.

– Upał – powiedziała Wika – jedziemy się kąpać. Ruszysz z nami?

Patrzyła na mnie z ukosa, rzęsy rzucały ciemny cień na policzki. Pomyślałem z rozbawieniem, że specjalnie tak się ustawiła do słońca, żeby był ten cień.

– Już się dziś kąpałem – odparłem. – Ale mogę jeszcze raz. Przecież wakacje.

Byłem trochę zły na Leszka, że przyjechał z siostrą. Liczyłem, że pogadamy. Jeszcze rok temu Wika nie przeszkadzała nam w rozmowach, była równoprawnym kumplem, niemal chłopakiem. Teraz czułem się przy niej głupio skrępowany. Nadrabiałem miną, udawałem, że wszystko jest po staremu – ale nie było.

– Weź szachy – powiedział Leszek. – Po kąpieli zrobimy sobie partyjkę.

Wrzuciłem do ceratowej torby pudełko z szachami i kąpielówki, wyprowadziłem z komórki mój rower. Choć stary, na szosie pokazywał klasę. Rwał niczym wyścigówka, a to dzięki przerzutkom, które mu wmontowałem przy pomocy Prospera.

Puściliśmy Wikę przodem, sami jechaliśmy wolno, ledwie obracając pedałami; Leszek dostosował się do mojego tempa. Obłoki rozpełzły się, z nieba płynął popołudniowy duszny żar przemieszany z kurzem.

– Widziałeś się z nimi? – spytałem niby od niechcenia.

– Wpadłem do Bohdana po Wakacje Cyborga – odparł. – Byli tam Marek z Ryśkiem. Umilkli, kiedy wszedłem... Pepisze korcone.

– Pepisze – przytaknąłem. – Chyba ci na nich nie zależy?

– Jasne, że nie! – rzucił skwapliwie.

Nie spodobała mi się ta skwapliwość. Mocniej pchnąłem pedały, zrównaliśmy się z Wiką.

– O czym plotkowaliście? – zapytała. – Znów tajemnice?

– Nie mamy żadnych tajemnic – mruknął Leszek.

– Dajmy na to... – zerknęła na mnie zza kierownicy. – Wiem, co cię gryzie, Hip.

– Mnie? – roześmiałem się głośno, ironicznie. – Owszem, gryzło, ale dwie godziny temu. Kiedy byłem na grzybach, mrówki mnie oblazły.

– Oni są głupi – powiedziała Wika, skręcając z szosy na leśną drogę wiodącą do jeziora. – Głupimi nie warto się przejmować.

Miałem ochotę trącić ją w tylne koło, żeby zleciała z roweru.

– Dziękuję ci – rzuciłem z jadowitym uśmieszkiem. – Bardzo potrzebowałem pocieszenia. Byłem tak przejęty, że straciłem sen i apetyt, teraz wreszcie mogę odetchnąć z ulgą.

– Idiotka – usłyszałem za sobą głos Leszka – nie zwracaj na nią uwagi.

Ustawiliśmy rowery w cieniu pod wierzbą, Wika odeszła w gąszcz tarniny, po chwili ukazała się w ciemnobłękitnym, dwuczęściowym kostiumie, czekoladowa, po kociemu zgrabna. Jezioro jaśniało zielonawo, prześwietlone słonecznym blaskiem. Piasek chrzęścił i przypiekał stopy.

– Skaczemy? – zaproponował Leszek.

Wdrapaliśmy się po najeżonym korzeniami zboczu na Czarny Jęzor – nieduży prostokątny taras wysunięty nad wodę niczym trampolina. Dzieliło nas stąd od jeziora dobre dziesięć metrów. Spojrzałem w dół. Nasłoneczniona tafla wodna ukazywała dno pokryte omszałymi kamykami i gałązkami wodorostów. Trudno było uwierzyć, że jest tu spora głębina.

– Skacz pierwszy – mruknąłem.

Leszek cofnął się do krańca tarasu i pomknął sprintem, odbił się, skoczył. Leciał z rozrzuconymi ramionami, dopiero na ułamek sekundy przed zetknięciem się z wodą złożył je, wszedł w jezioro łukiem, bez bryzgów, przemknął gładko nad dnem i wynurzył się kilka metrów od brzegu. Pomachał do mnie ręką:

– Skacz!

Wziąłem ten sam rozbieg, odepchnąłem się od krawędzi. Zdawało mi się, że lecę nie w dół, lecz w górę, na moment oślepiło mnie słońce, potem wyczułem bliskość wody i wbiłem się w nią zwartymi dłońmi. Strasznie długo trwało, nim wyskoczyłem na powierzchnię. Już mi brakło tchu. Wypłynąłem tuż obok Leszka, szarpnięciem głowy odrzuciłem włosy z oczu. Wika patrzyła na nas, stojąc po kolana w wodzie, jakby się bała zamoczyć kostium.

Z sitowia wolniutko wypełzła ciężka czarna łódź ze stojącym na dziobie panem Tadeuszem. Słońce igrało błyskami na jego łysinie otoczonej półkolem rudawych, falujących włosów. Już z daleka pogroził nam spinningiem:

– Ej, gieroje! Macie coś do szczupaków? Jak nie, to dajcie im święty spokój!

– Znalazł się obrońca... – zachichotał Leszek. – Tak dobrze pan im życzy, panie Tadziu?

– Życzę im jak najlepiej – odparł z powagą i odłożywszy spinning wziął się do wiosła, wbił je w wodę na sztorc, odepchnął od siebie; łódź przyśpieszyła, poślizgiem sunąc w naszym kierunku. – Będą smażone na najlepszym wiejskim maśle od pani Kątnej i konsumowane przez samego profesora Brzozę.

– Co to za profesor, panie Tadziu? – spytałem, płynąc na spotkanie łodzi.

– Gość pani Kątnej, światowej sławy neurochirurg. Nie słyszeliście o eksperymentach profesora Brzozy?

Podpłynęliśmy do łodzi z dwóch stron, uchwyciliśmy się burt. Zajrzałem do środka i w mętnej wodzie na dnie dostrzegłem jednego małego okonia.

– Nie naje się profesor – zauważyłem.

– Jeśli będziecie dalej skakać – zareplikował pan Tadeusz. – Tu w szuwarach jest olbrzym, już go prawie miałem i wtedy ten dziki plusk. Rekin by czmychnął.

Wgramoliliśmy się do łodzi, zachęceni znaczącym ruchem głowy pana Tadzia. Zerknąłem przez ramię na Wikę, wciąż stała w wodzie po kolana, obserwując nas z niechętną zazdrością. Łódź obróciła się dziobem do szuwarów. Pan Tadeusz wyjął z kieszeni paczkę sportów, zapalił, wydmuchał smużkę żółtawego dymu. Podziwiałem go – rzeczywiście wierzył w szczupaki-olbrzymy, od lat biczując jezioro błękitnawą żyłką zakończoną wymyślnymi błyskami. O ile wiem, nikt jeszcze nie złowił tu szczupaka. Co innego w sąsiednim jeziorze pegeerowskim; tam były istotnie, po sztucznym zarybieniu. Pan Tadeusz gardził jednak łatwą i pewną zdobyczą. Przysięgał, że na własne oczy widział wielokilogramowe potwory drzemiące pod pniami u brzegów i że już kilka razy miał je na haku. Pech, niestety: to przegryzały żyłkę, to uciekały z błyskiem w podwodne zarośla.

– Jakie eksperymenty? – spytałem. – Nie słyszałem nigdy o profesorze Brzozie.

Pan Tadeusz popatrzył na mnie z ironicznym współczuciem. Właściciel warsztaciku zegarmistrzowskiego słynął w Borach z miłości do wędkarstwa i nowinek naukowych – abonował jakieś fachowe kwartalniki, czytywał za ladą podręczniki uniwersyteckie, a nawet, powiadano, pracował nad jakimś tajemniczym wynalazkiem, który ma dokonać przewrotu... W czym? Tego nikt nie wiedział.

– W ciemności żyjecie – odparł. – Każde dziecko w Polsce powinno wiedzieć, kim jest profesor Brzoza. Sam Delgado wypowiedział się o nim z uznaniem!

– Ejże?! – zawołał Leszek. – Ten wielki Delgado?

Cwaniak cholerny: dałbym palec na ścięcie, że wie o Delgado tyle, co ja o Brzozie. Ale pan Tadzio połknął haczyk.

– Ten sam – przytaknął, prowadząc łódź leniwym ślizgiem wzdłuż brzegu. – Profesor Brzoza umie sterować mózgiem lepiej niż ja tą krypą.

– Myśliciel, znaczy – podchwycił Leszek. – Filozof!

Pan Tadzio z rezygnacją odłożył wiosło i usiadł na rufie.

– Jaki filozof? – westchnął. – Neurochirurg, ciemnoto. Człowiek, który potrafi kierować mózgami innych.

– Mógłby mnie nauczyć matmy? – zapytał Leszek. – Gdyby mi nakierował mózg na rozumienie matmy, uwierzyłbym w cuda.

– Dla profesora Brzozy byłby to zupełny drobiazg – powiedział pan Tadeusz. – A wielcy uczeni nie zajmują się drobiazgami.

Leszek raptownie poczerwieniał.

– Wie pan co, panie Tadziu? – odezwał się jadowitym półgłosem. – Pluję na uczonych, którzy lekceważą moje tragedie z matmą.

I nie czekając na reakcję pana Tadeusza, wyskoczył z łodzi, zanurzył się, wypłynął daleko za rufą.

– Wariat ten twój kumpel – mruknął pan Tadeusz.

– Nie tak całkiem – zareplikowałem. – Ja też bimbam na wielkich, którzy nie troszczą się o nasze małe sprawy. Pan pewnie nie miał w szkole kłopotów z matmą.

– Byłem wzorowym uczniem – powiedział z dumą pan Tadzio.

– A szczupaka jak nie ma, tak nie ma! – roześmiałem się drwiąco i z pozycji siedzącej, przerzutem do tyłu opuściłem łódź.

Wika zdecydowała się wreszcie zamoczyć kostium, płynęła żabką na spotkanie brata. Dobiłem do brzegu, padłem na gorący piasek, zacisnąłem powieki. Było mi dobrze. Słońce przeciekało do źrenic złotymi iskierkami, skóra wdychała wilgotne ciepło, od sosnowego zagajnika bił aromat świeżej żywicy.

– Aaa!...

Poczułem na twarzy krople mrozu, zerwałem się z wrzaskiem, wlepiłem przerażone oczy w roześmianą Wikę:

– Idiotka!

Przestała się śmiać.

– O co chodzi, Ariel? Przestraszyłam cię?

Już wróciłem do normy, wzruszyłem ramionami.

– Przepraszam – mruknąłem. – Nie lubię skoków temperatury.

– Mnie też ostatnio nie lubisz – powiedziała cicho, klękając na piasku i zanurzając w nim dłonie. – Dlaczego, Ariel?

Czułem, jak krew powoli napływa mi do twarzy, odwróciłem się, żeby nie dostrzegła.

– Zdaje ci się – rzuciłem.

– Nie.

– No to masz rację – zadarłem głowę, obserwując biały, puchaty obłoczek, nieustraszenie wpełzający na słońce. – Nie lubię cię.

– Dlaczego, Ariel?

Zapytała melodyjnie, znacząco, z wyciszeniem ostatniej sylaby – teatr. Namyślałem się, jaką jej dać odpowiedź, bo prawdy przecież powiedzieć nie mogłem: „Denerwuje mnie, że ostatnio zbyt często o tobie myślę. Stroisz się, szafujesz uśmiechami, nawet na drzewa patrzysz, jakbyś chciała, żeby zachwyciły się tobą. Jesteś prowokacyjnie dumna ze swojej urody, podkreślasz ją coraz to innymi szmatkami, założę się, że stroisz miny nawet do lustra. Zauważyłem, jak patrzyłaś na Bohdana, kiedy spotkaliśmy go w kinie przedwczoraj...”

– Bo głupiejesz – odparłem. – Sama próżność.

– Wiesz, że to nieprawda, Arielu...

Znów ta modulacja, pieszczotliwy półszept, patrzenie mi w oczy.

– Byłaś kumplem – siliłem się na obojętny ton. – A teraz odstawiasz księżniczkę.

– Czy to źle, że chcę ci się podobać?

Zamurowało mnie. Zacisnąłem w pięści garść piachu, uciekł mi przez palce. Spojrzałem na jezioro, głowa Leszka raz po raz wynurzała się z wody i chowała pod nią.

– A komu nie chcesz? – zapytałem cicho.

Usłyszałem jej śmiech:

– Czy to źle podobać się wszystkim?

– Cudownie – burknąłem. – Wystarczy być gładkim, okrągłym, bez kantów. Mieć dla każdego słodkie oczy i gębę od ucha do ucha. Sama rozkosz.

– Jesteś o mnie zazdrosny, Arielu?

Miałem ochotę chwycić ją za włosy i wytargać, cisnąć twarzą w piach, dołożyć kopniaka. Niegdyś bijaliśmy się, pół żartem, pół serio. Wika była bardzo zwinna i miała ostre paznokcie. Jeszcze rok temu. Teraz było to niemożliwe, absurdalne, więc znów chwyciłem w dłoń garść piasku, zaciskając palce, żeby się nie wyśliznął. Chrzęścił mi w pięści.

– Może kto inny – uśmiechnąłem się krzywo. – Ja nie. Obchodzisz mnie tyle, co... – machnąłem ręką, rozsypując piasek.

– A ja myślałam, że bardziej ci na mnie zależy niż Bohdanowi.

– Słuchaj, ty – przykucnąłem przed nią, zmrużyłem oczy, język lepił się do suchego podniebienia. – Takie zagrywki nie ze mną, rozumiesz? Leć do Bohdana. Nie przyłaź, kiedy umawiam się z twoim bratem. Chyba że...

– Że co? – spytała spokojnie.

– Że Bohdan ci kazał kapować. No, to mu powtórz, że gdybym nawet mógł, nie wstawiłbym się u ojca za jego starym.

– Ariel...

– Czego?

– Jesteś cholerna świnia.

Podniosła się z ziemi, zgarnęła swoje rzeczy i odeszła w krzaki. Nie obejrzałem się za nią. Położyłem się na piachu, przywarłem piersią do gorących drobin, zamknąłem oczy. Ale nie było mi już tak dobrze jak przedtem. Zobaczyłem raptem pszenicznowłosą dziewczynę w szarym swetrze i dżinsach: „Pomagasz mu za darmo czy ci coś odpala?” Liznąłem piasek, spróbowałem zmiażdżyć ziarenka przednimi zębami, wyplułem z obrzydzeniem.

Leszek wyszedł z wody, usiadł koło mnie. Z włosów ściekały mu na czoło i kark małe srebrne kropelki.

– Gdzie Wika? – zapytał.

– Nie wiem – mruknąłem. – Pewnie pojechała do domu.

– Nawrzucałeś jej? Szczeniarze ostatnio poprzewracało się w główce. Panna z niej się robi.

– Co tam... – podniosłem się, otrzepałem piasek. – Bezet, czyli bez znaczenia. Podskakiwała, usadziłem, wszystko.

Dlaczego nazwała mnie świnią? Bo nie chcę się mieszać do spraw ojca? Czy dlatego, że posądziłem ją o kapowanie? Nieistotne. Głupia. Faktycznie w głowie jej się pokiełbasiło, Leszek ma rację.

– Stary... – Leszek patrzył przed siebie, masując ręcznikiem gęsią skórkę na piersiach. – Co to właściwie za historia z ojcem Bohdana?

– Niech ci Bohdan powie – odparłem. – Zapytaj go. Ja wiem tyle co każdy inny.

Skłamałem. Byłem przecież w kuchni, gdy Prospero rozmawiał przez telefon z prokuratorem. Wiedziałem o tej sprawie znacznie więcej niż ktokolwiek postronny, pewnie więcej nawet niż sam Bohdan.

– Nie możesz powiedzieć?

Zapatrzyłem się w iskierki słońca na wodzie. Załamywały się w drobnych, zaokrąglonych falach przy brzegu. Dalej, po drugiej stronie, ciemniał ostry kontur łodzi pana Tadeusza z zarysem wyprostowanej sylwetki na rufie.

– Sam rozumiesz – rzuciłem.

– Chciałbym tylko wiedzieć, czy jest winien. Bohdan twierdzi, że nie. Że...

– Dokończ.

– Że twój stary się czepia.

– Po co? – spytałem.

– Za gorliwość można dostać gwiazdkę. To nie ja, to Bohdan. Wiesz, że lubię twojego starego.

– Dziękuję – odezwałem się drwiąco. – W imieniu własnym i ojca. Bardzo nam zależy na powszechnym uwielbieniu.

– Nie zgrywaj się – mruknął. – Znasz sytuację. Ojciec Bohdana ma tu kupę przyjaciół, a wy jesteście nowi.

– Trzy lata i ciągle nowi – wzruszyłem ramionami. – Nic mnie to wszystko nie obchodzi, rozumiesz? Nie wtrącam się do roboty starego. Może by i chciał dostać gwiazdkę, normalna rzecz, każdy lubi awansować. Jeśli Bohdan myśli, że dlatego... – nie dokończyłem, splunąłem. – Mam go, wiesz gdzie. Bohdana i całą jego pakę.

– Byliście kumplami.

– Przez pomyłkę. Uczymy się na błędach.

Przedtem miałem zamiar opowiedzieć Leszkowi o spotkaniu w lesie. Rozmyśliłem się jednak. Kąpielówki już wyschły, nie musiałem przebierać się, nieśpiesznie włożyłem spodnie, otrzepałem z piasku sandały.

Z