Szaleństwa panny Ewy - Kornel Makuszyński - ebook + audiobook
Opis

Przygody szesnastoletniej Ewy zaczynają się od ucieczki przez okno od opiekunki u której umieścił ją ojciec, wyjeżdzając za granicę. Do jego powrotu Ewa zdąży wiele narozrabiać ale również pomóc nowym znajomym wyjść z tarapatów.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 22 min

Lektor: Wojciech Malajkat

Popularność


KornelMakuszyński

Szaleństwa panny Ewy Fragment

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Rozdział pierwszy, w którym autor jest zdumiony i przerażony, albowiem stał się wspólnikiem niezliczonych zbrodni

Ja, Kornel Makuszyński, nieszczęsny autor „Panny z mokrą głową” i posępny autor „Awantury o Basię”, siedziałem spokojnie w zacisznej komnacie, rozmyślając nad jedną jeszcze powieścią dla „dorastających panienek”. Jest to sprawa wymagająca niezmiernego wysiłku ducha. Uczeni wiedzą, co się dzieje na Marsie, jakie minerały znajdują się na księżycu, jaka jest temperatura słońca i ile waży ziemia. Wiedzą filozofowie, co się odbywa w ludzkiej duszy i dlaczego człowiekowi śni się właśnie kobieta z długą brodą, a nie piec grający na harfie. Największy jednak uczony, najsłynniejszy nawet filozof nigdy nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedzieć do skończenia świata, co się dzieje w kolorowej duszy „dorastającej panny”. Jest to niezgłębiona tajemnica.

Miałem przeto głowę w chmurach zadumy i od czasu do czasu wydawałem siedmiozgłoskowe westchnienia. Na biurku leżały białe, niezapisane karty papieru, a potężny kałamarz, nalany po brzegi, czekał cierpliwie i czarnym okiem spoglądał, czy pióro jak bocian zanurzy w nim dziób. Czekałem na tę wspaniałą chwilę, w której z udręczonej mojej głowy wyskoczy „dorastająca panienka” jak Pallas Atena z dostojnej, kędzierzawej i brodatej głowy Zeusa.

Zamiast „dorastającej panienki” wtoczyła się do mojej komnaty niewiasta służebna, nosząca przedziwnie wonne imię Narcyza. Powiedziałem „wtoczyła się” i nie cofnę tego słowa. Narcyza tym tylko różniła się od armaty, że sama zajeżdżała na pozycję, bez pomocy trzech par tęgich artyleryjskich rumaków. Poza tym miała wygląd burzącego działa, głos potężnej kolubryny i jej straszliwe zwyczaje. Na jej widok uleciały myśli, krążące nad moją biedną głową jak złote pszczoły, a cisza skuliła się w kącie jak przerażony pies. Nigdy imię złożone z pięciu śnieżystych płatków i złotego oka nie zostało nadane z większą lekkomyślnością. Kobieta ta powinna nosić imię wulkanu a nie kwiatka.

Spojrzała na mnie z wysoka i rzekła głosem tak czarnym, że smoła kapała z niego ciężkimi kroplami na prawie perski dywan:

– Przyszła jakaś taka i takie coś...

Każdy inny, nieznający przedziwnych obyczajów tej armaty, niecierpliwymi pytaniami otworzyłby bramę piekła i wyzwoliłby najmniej siedmiu ogoniastych szatanów. Z tą lubą istotą należało postępować oględnie, ze wzniosłym spokojem, z beznamiętną cierpliwością i z wyrozumiałością mędrca, albowiem luba istota czekała pożądliwie okazji do piekielnej awantury. Należy wiedzieć o tym, że jej wroga i zuchwała postawa wobec świata i wszystkiego, co żywe, pochodziła z bolesnej udręki i ciężkiego zawodu. Od owego dnia gniewu i klęski, w którym wierna przyjaciółka „odbiła” jej narzeczonego, dusza rzewnej i tkliwej Narcyzy obrosła kolcami jako jeż. Szczególną nienawiść poczęła żywić do wszelkiego stworzenia rodzaju żeńskiego. Znając te piekielne tajemnice, wiodłem z nią dialog nie jak z ciężką armatą, lecz jak z niewinnym ptaszkiem. Usłyszawszy przeto przedziwną, czarną i niechętną wieść o tym, że „przyszła jakaś taka z takim czymś!” – pojąłem w lot, iż mowa jest o rodzaju żeńskim. Pan Bóg – na szczęście – nie odmówił mi bystrości.

– Ach? – rzekłem dobrotliwie. – Jakaś taka?...

– Przecie mówię po polsku! – odrzekła hardo armata i spojrzała na mnie posępnie.

– Tak, tak, rozumiem... Jakaś pani?

Osoba, którą w niezrozumiałym szaleństwie nazwano Narcyzą, wzruszyła ramionami, dając mi tym ruchem pogardliwie do poznania, że bystrość moja niewiele się różni od zdumiewającej bystrości pieca albo szafy.

– Aha, więc nie pani – mówiłem szybko, ze słodkim akcentem pojednania. – Któż to mógł przyjść? Skoro nie pani...

– Pannica! – zawołała ona głosem rozdzierającym.

– Patrzcie, patrzcie! – mówiłem w wybornie udanym zdumieniu.

Mąż niecierpliwy i nieznający zawiłych zagadek życia byłby chwycił strzelbę i dwoma strzałami zakatrupił lubą Narcyzę, tym by się to jednakże skończyło, że dwie kule odbiłyby się od niej jak od hipopotama, ona zaś zabiłaby niedoświadczonego człowieka jednym potężnym spojrzeniem.

Rzekłem przeto z uśmiechem należycie tkliwym:

– Narcyza była łaskawa wspomnieć coś o tym, że ta panna przyszła z kimś jeszcze...

– Z nikim nie przyszła – odrzekła ponuro.

– Ej, a mnie się coś zdaje, wedle tego, co słyszałem, że z tą panną ktoś przyszedł...

– Bo przyszedł!

Wzniosłem spojrzenie ku niebu i wezwałem je na świadka mojej niewinnej męczarni. Zdawało mi się, że ujrzałem anioła, dającego mi rozpaczliwe znaki, abym cierpiał, bo jeśli wdam się w bój z Narcyzą, sam przed wyznaczonym mi czasem znajdę się pośród aniołów. Zazgrzytałem przeto łagodnie zębami, lecz roztropnie uciszyłem serce, które chciało zawyć rozsrożonym głosem tygrysa.

– Więc któż to przyszedł? – zapytałem takim głosem, którym płacze wiolonczela. – Jakiś pan?

– Żaden pan! – zakrzyknęła armata.

Coś w niej jednak musiało zelżeć albo też moja przebrana słodycz musnęła jej twarde i zapiekłe serce, bo w przepaścistych oczach tej rzewnej kobiety dojrzałem cień cienia litości. Pytałem przeto czym prędzej:

– Skoro nie pan, więc kto?

– Pies! – odrzekła mi z niezmierną męką. I aby mnie nie włóczyć wśród mgieł niepewności, dodała ze śmiertelną powagą: – Pannica czupiradło, a pies pokraka!

Widać, że jej ulżył cokolwiek ten okrzyk, ale nie na długo.

Odważyłem się na ciche pytanie:

– Czy Narcyza nie wie przypadkiem, czego chce ta panienka z psem?

Ona spojrzała na mnie z politowaniem i zagrzmiała głucho:

– A skąd ja mam o tym wiedzieć?!

Tak uderzyła w słówko „ja”, jak właśnie piorun uderza w uschłe drzewo.

– Dobrze, już dobrze! – powiedziałem szybko. – Istotnie, skąd Narcyza mogłaby o tym wiedzieć... Ludzie sami czasem nie wiedzą, po co przychodzą. A gdzież jest ta panienka?

– Siedzi w przedpokoju i gwiżdże! – ogłosiła Narcyza z boleścią.

– Gwiżdże? Dlaczegóż ona gwiżdże?

– Teraz wszystkie takie! – rzekła ona głosem zwęglonym. – Co z nią zrobić? Może by tak na łeb ze schodów!...

– Ależ, Narcyzo! Jakżeż można?! Dowiemy się, czego chce...

Powiedziałem z szatańską chytrością, że „dowiemy się”, niebezpieczne bowiem byłoby użycie liczby pojedynczej. Straszliwa ryba połknęła przynętę z wrodzonej ciekawości, którą i tak zresztą zaspokoi w sposób należyty i niewymyślny, gdyż będzie podsłuchiwała z czujną wprawą.

Powiedziała jednak z rezygnacją:

– Jak pan chce! Ja bym z taką osobą nie gadała...

Obróciła się na osi i powoli zjechała z pozycji. Przed nią szła groza, za nią szło przerażenie. Moja komnata stała się po jej wyjściu obszerniejsza i bardziej widna.

Z przedpokoju słychać było dwa splątane głosy: jeden cienki jak jedwabna nitka, drugi gruby jak lina okrętowa. Jeden był śpiewaniem słowika, drugi głuchym pomrukiem rozsrożonego wulkanu. Potem drzwi otwarły się gwałtownie i obłąkanym pędem wpadł przez nie pies. Nie, to zbyt wiele powiedziane! To nie był pies... Można było za Słowackim i Odyńcem zakrzyknąć w zdumieniu: „Czy to pies, czy to bies!”. Był to przedziwny stwór przyrody, której coś musiało uderzyć na rozum w chwili stwarzania tej kreatury. Miał on cztery krótkie, krzywe łapy i haniebnie kosmaty ogon, z czego można było sądzić, że to jednak pies. Gdyby posiadał urzędowy rodowód, napisano by w nim: „syn jamnika i kanapy”. Kreatura pokryta była ostrą sierścią dobrze urodzonej kozy, a oczy jej – mądre, sprytne, małe i wesołe – pożyczone były od świni. Posiadała tylko jedno ucho całe i obwisłe, drugie bowiem było marną pozostałością po jakiejś krwawej walce. Zwierzak ten na pierwsze spojrzenie, pomimo swej diabelskiej urody, wyglądał sympatycznie. Długi, niski, śmiesznie kosmaty, a tak zabłocony, jak gdyby brzuchem czyścił ulice, śmignął przez drzwi, obiegł pokój i zwinnym susem wskoczył na fotel. Wybrał, oczywiście, stary, stylowy fotel, przepięknym pokryty materiałem. Gwałtowne oburzenie tak mną zatrzęsło, jak czasem urwipołeć trzęsie jabłonią obsypaną jabłkami. Chwyciłem nożyk do rozcinania kartek i grożąc nim zuchwałemu psu, krzyknąłem z należytą pasją:

– Kundlu, precz z tego fotela!

Kundel ani drgnął, łypnął jedynie lewym świńskim okiem i wyraźnie był ubawiony. Równocześnie ozwał się cienki, gniewem powleczony głos:

– Czemu się pan znęca nad moim psem?

Mordercze narzędzie wypadło z mej ręki. Pomiędzy moim słusznym gniewem i tą lichą imitacją psa stanęła osoba rodzaju żeńskiego i rozkrzyżowała żeńskie ramiona. Miała piętnaście albo szesnaście lat, płowe włosy, roziskrzone oczy, po których latały złote błyski, i zadarty nosek, po którym nic nie latało. Ani brzydka, ani ładna, ale smukła, gibka, zgrabna i zapewne silna. Na gołych nogach, tak opalonych, jak gdyby były posmarowane czekoladą, widniały liczne ślady zadrapań i stłuczeń. Przebiegła mi przez zdumioną głowę myśl, że ta pannica chodzi po ziemi jedynie w niedzielę i wielkie święta, w dnie zaś powszednie łazi po drzewach albo przedziera się przez ciernie. Nie mogłem zajrzeć jej do ust, mógłbym jednak przysiąc, że jej brak kilku zębów, wybitych w nagłym zetknięciu się z jakimś płotem. Bynajmniej by mnie nie zdziwiło, gdyby osoba wjechała była do mojego domu konno, siedząc na oklep. Jaki pies, taka pani... Dobrana para... Pannica zuchwała, a pies opryszek. A nad tym psem – ja się znęcam! Powiedziałem twardo:

– Niech pani powie swojemu psu, aby natychmiast zlazł z fotela!

– Dobrze, dobrze, proszę pana! – odrzekła wesoło. – Nic się takiego nie stało. Rolly! Bądź łaskaw zejść...

Kreatura zwie się Rolly!

Kreatura zsunęła się niechętnie i, wrogo na mnie spojrzawszy, ułożyła się na dywanie.

Sprawa z psem była jako tako załatwiona, czekało mnie jednak gorsze przejście z „zadartym nosem”. Jestem człowiekiem niepospolicie spokojnym i opanowanym, jak gdyby mnie w młodości trzymano na lodzie, z trwogą przeto myślałem o tym, że zostałem osaczony i że będę się musiał bronić jak dzik w leśnym ostępie. Spojrzałem na panienkę spode łba i w tejże chwili poczułem gniew: panienka patrzyła na tragiczną moją dostojność ze ślicznym uśmiechem, który wyrastał z dwóch dołeczków na zuchwałym jej obliczu. Pannica raczej brzydka, a uśmiech naprawdę prześliczny i jakiś taki miękki, tkliwy i czuły, jakim się poranne, wiosenne uśmiecha słońce. Niemądre moje serce już się chciało uśmiechnąć do tego uśmiechu, lecz w sam czas powstrzymałem je groźnym napomnieniem. Ja nie dam się oszukać tak łatwo... Za stary jestem wróbel na takie złociste plewy. Nie, moja panienko! Znam te zgoła diabelskie sztuki, którymi osoba rodzaju żeńskiego, mająca nawet lat szesnaście (i psa), umie zwieść nawet mędrca. Za takim uśmiechem kryć się może przemyślny podstęp i misterne szalbierstwo. Cygan nie ocygani tak Cygana, jak to snadnie i bez najmniejszego trudu może uczynić figlarna osoba, mająca w twarzy dwa dołeczki.

Najeżyłem się jak jeż i rzekłem głosem suchym jak pieprz:

– Czemu się pani śmieje?

– Bo mi bardzo wesoło, proszę pana! – odrzekł „zadarty nos”.

Nawet w gniewie nie mogłem odmówić słuszności tym słowom, z których każde było radosnym wykrzyknikiem. Postanowiłem jednak, że będę nieustępliwy i zmienię każde moje słowo w ostry sopel lodu. Zanim jednak zdołałem je zamrozić, panienka z niebywałą i podejrzaną zręcznością zmieniła tonację i powlókłszy głos warstwą smutku, powiedziała patrząc mi prosto w oczy:

– Czy pan się na mnie gniewa?

Zacząłem się zastanawiać, czy się gniewam.

– Bo jeśli się pan gniewa, to ja sobie pójdę. Ale przedtem się rozpłaczę! A skoro ja beknę, to się tu zleci cały dom.

– Niech pani nie płacze! Wcale się nie gniewam... Trochę mnie ten pies wyprowadził z równowagi, ale już przeszło...

Otóż to! Nie mogła uśmiechem, pokonała mnie groźbą łez, a ludzkości wiadomo przecie, co w tym zakresie potrafi szesnastoletnia dama, która ma zadarty nos (i psa). Tego tylko jeszcze potrzeba, aby ten kundel pomógł jej w koncercie. Poddałem się – o boleści! – i pragnąc zachować pozory, rzekłem niby niefrasobliwie:

– Jak się ta psina nazywa? Rolly? Czemu tak z angielska?

Panienka wyżłobiła od razu dwa dołeczki, błysnęła oczami złociście i powiada:

– Ten ogoniasty nazywa się Rolly tylko na wizycie! Na co dzień zwie się Rolmops. Czy pan wie, co to takiego? Jest to śledź zwinięty w kłębek, nadziany cebulą i przekłuty patyczkiem, aby się nie rozwinął. Ogoniasty, gdy śpi, bardzo jest podobny do rolmopsa. Niech pan spojrzy!

Ogoniasty zwinął się w kłębek i zapadł w sen, czasem tylko, usłyszawszy swoje fałszywe imię, łypnął świńskim okiem.

Wyznanie to obudziło na nowo moją zasypiającą czujność. Nie podobało mi się to niewinne na pozór szalbierstwo z imieniem kosmatego indywiduum. Wprawdzie panienki mają przedziwny zwyczaj przekręcania własnych imion, wskutek czego Petronela w metryce zowie się na użytek domowy Kizia, a Magdalena – Dolly, jednakże niepojęty ten proceder nie był nigdy dotąd zażywany wobec psiego pokolenia. Uczciwemu psu wystarczało jedno niewzruszone psie imię.

Przeniosłem baczne spojrzenie z psa na panienkę, która zdołała już zapomnieć o gadaniu na temat swojego niewydarzonego kundla i z żywością muchy przeniosła się na inny temat.

– Jak tu u pana ładnie! – rzekła, patrząc na ściany zawieszone natłokiem obrazów.

– Tak sobie – bąknąłem.

– Wcale nie „tak sobie”! – zawołał z przekonaniem „zadarty nos”. – Ślicznie jest u pana!

Nagle ją coś poderwało. Zbliżyła się szybko do ściany, na której złocił się i czerwienił, i gorzał żywą purpurą obrazek malarza, który sam był płomieniem gorejącym i zdawało się, że malował płomieniem. Malarz ten od dawna już malował świty i zachody na niebie, bo od dnia jego śmierci niebo było świetniej niż zazwyczaj kolorowe i grało kolorami. Obraz nie był podpisany, panienka zaś wymówiła nazwisko, w którym drżało wzruszenie i tkliwość.

Zdumiało mnie to cokolwiek.

– Widziała pani kiedy jego obrazy?

– Tak. Widziałam dwa, a ten jest trzeci. To był cudowny malarz!

– Mój przyjaciel – rzekłem cicho. – Umarł młodo...

– Ja wiem...

– Skąd pani o tym wie?

– O, ja wiem bardzo wiele o malarzach. Wszystko panu opowiem, ale nie tak od razu. A ten obrazek... Boże miły! Przecie to Zawidzki...

– Tak, to Zawidzki. Ładny, prawda?

– Śliczny, a nie ładny. Przepraszam pana... Czy pan kupił ten obraz?

– Niestety nie. Dostałem go od malarza.

„Zadarty nos” spojrzał na mnie jak gdyby z wyrzutem i rzekł niby do siebie:

– Potem się ludzie dziwią, że malarze chodzą bez butów! Niech się pan nie gniewa – dodała głośniej – ja właściwie nie do pana to mówię. Malarz i literat to jedna rodzina, więc sobie robią podarunki, chociaż żaden malarz jeszcze w życiu swoim nie przeczytał książki, którą dostał od literata. Czasem nią tylko pali w piecu albo rzuci za psem... Ale innych tobym utłukła w moździerzu...

– Kogo na ten przykład?

– Tych wszystkich, co umieją od niemądrego malarza wycyganić za darmo obraz. Proszę pana! Pan nie ma pojęcia o tym, ile Zawidzki rozdał obrazów!

– Czy być może!

– Może być, skoro ja panu o tym mówię.

– Pani go zna osobiście?

Panienka, rzuciwszy klątwę na wszystkich opryszków krzywdzących malarzy, rozpogodziła się niespodzianie, uśmiechnęła lekko, potem ciężko usiadła w fotelu.

– Czy ja go znam?! Pan skona ze śmiechu, skoro pan się dowie, jak ja go dobrze znam.

– Dlaczegóż mam od razu skonać? – rzekłem ciemnym głosem. – Czy nie mógłbym się o tym wszystkim dowiedzieć za mniejszą cenę?

– Bardzo pana przepraszam, ale mi się tak tylko wyrwało. Ja mam gębę, że nie daj Panie Boże! Ale panu przecież też nic nie brakuje, sądząc po tym, co pan wypisuje.

Czy mnie słuch nie myli? Ponura Narcyza niezbyt się pomyliła, oznajmiając przyjście „pannicy”. Zuchwałość „zadartego nosa” zaczynała przekraczać wszelkie granice przyzwoitości. „Zadarty nos” obrażał mnie na moim własnym terytorium, jednym tchem przypisując mi swoje własne, pyskate właściwości. Do stu tysięcy kosmatych Rolmopsów, mam tego dość! Zadzwonię na Narcyzę, dam jej niewidoczny znak, a „zadarty nos” wraz ze swym paskudnym kundlem rozwieje się we mgle, w czasie i przestrzeni. Straszliwa ta myśl musiała się odbić w moim spojrzeniu, panienka bowiem – znowu z niewypowiedzianą, zuchwałą odwagą! – pogłaskała niespodzianie moją rękę i nie powiedziała, lecz zakwiliła cichutko:

– O, pan się znowu gniewa!

– Bo chciałbym wreszcie wiedzieć – zacząłem twardo i nieuprzejmie, ale nie miałem czasu, aby skończyć.

Oczy panienki zwilgotniały, pociągnęła zadartym nosem trzy razy, a po chwili, jak gdyby przypomniawszy sobie, że trzeba to uczynić do pary – po raz czwarty, złapała się ręką za zuchwałą głowę i zawiodła smętnie, nawet z żałością:

– O ja nieszczęśliwa... Cokolwiek zrobię – wszystko źle, cokolwiek powiem – jeszcze gorzej... Ja się chyba zabiję... Niech się pan nade mną nie lituje! Ja jestem przeklęta przez los i Pan Bóg mnie się wyrzekł...

– Ależ, proszę pani...

– Nie, nie, niech mnie pan nie pociesza. Ja chcę umrzeć!

– Nie tu! – krzyknąłem przerażony.

– A gdzie mam umrzeć? – rzekła ona rozdzierającym głosem. – Nie mam ani domu, ani nikogo.

– O biedne dziecko!

Tak najpierw zakrzyknęło moje niemądre serce, a potem dopiero ja, co się razem splotło w okrzyk tak żałosny i rzewny, że panienka z wdzięczności za współczucie położyła głowę na mojej piersi i cienko pochlipywała. Kosmaty kundel, zwiedziony tym ruchem i przekonany, że mam zamiar uduszenia jego umiłowanej pani, począł ujadać jazgotliwie, co musiało z kolei wywołać wilka z lasu, czujnym uchem złowiłem bowiem groźne pomruki Narcyzy za drzwiami.

W gorączkowym pośpiechu szukałem rady w bystrym moim rozumie, lecz rozum nie wiedział, co mi czynić należy. Zapytałem serca – serce było pełne przerażeń. Gdybym zawołał przenikliwie mądrą Narcyzę i ją zapytał o radę, rzekłaby niewątpliwie: „Ją niech pan zabije, a psa niech pan zastrzeli!”.

Trwałem przeto w bezruchu i mimo woli gładziłem ręką głowę tej dziewczyny, która spadła na mój spokój tak właśnie, jak czasem dachówka spada z dachu na niewinną głowę przechodnia. Trwałem jak posąg w kamiennym niewzruszonym spokoju i bezgłośnie przysięgałem niebu i ziemi, przyrodzie i żywiołom, że póki życia – nie pozwolę wpuścić panienki z zadartym nosem, ani panienki, która ma kosmatego psa; ani panienki, która się zna na obrazach; ani takiej, która ma znajomego malarza. Nie ulega wątpliwości, że malarz potrafi zwichnąć rozum najbardziej sprawny i potężny, jakżeż tedy łatwo mógł przyprawić o utratę mizernej piątej klepki nierozważną dziewczynę! Znałem dobrze tego Zawidzkiego, świszczypałę i lekkoducha, i wiedziałem, że dobry pan Bóg niejeden raz zakrywał ręką twarz, nie mogąc patrzeć na jego szaleństwa. Skoro Zawidzki znalazł się w jakiś nieznany mi sposób na drodze tego dziewczęcia, z wszelką pewnością nikt inny tylko on pomieszał jej rozum i wobec tego dziewczę godne jest litości. Myśląc o tym, tym serdeczniej gładziłem jej głowę, co ją znacznie uspokoiło, spojrzała bowiem na mnie po chwili spojrzeniem wymytym we łzach i rzekła cichutko:

– O, jaki pan jest dobry, a ty, Rolly, uspokój się, ciężki idioto!

Jeden wykrzyknik wyrósł jak cyprys równocześnie nade mną i nad kundlem, ale już mi było wszystko jedno. Poczęła mnie ogarniać miła i ciepła radość, że panienka u mnie nie wyzionie ducha z boleści i nie zostawi mi w spadku kundla, który by mnie ścigał przez całe życie jak szczekająca klątwa. Zdołałem już pojąć, że panienka łatwo i bez większego namysłu przerzuca się z nastroju w nastrój, od uśmiechu do łez i z powrotem, co jest niezmiernie zajmujące w teatrze, nigdy w domu; zrozumiałem, że nic mnie już przed nią nie uchroni i będę musiał wytrwać do epilogu tragifarsy; wiedziałem niezbicie, że postępując łagodnie, ustępliwie i z niefrasobliwą na pozór pogodą – jest to metoda z powodzeniem stosowana wobec wariatów – dowiem się wreszcie, dlaczego dachówka spadła mi na głowę.

Wiedziałem już, jak się zowie ogoniasty, nie znałem jednak dotąd imienia i nazwiska panienki, a był już chyba czas największy, abym się o tym dowiedział.

Począłem się zbliżać do tego zagadnienia ostrożnie, nie wiedząc, czy panienka, uczyniwszy takie wyznanie, nie położy znowu głowy na mojej piersi i nie załka, chociaż rozsądne kobiety nie mają tego zwyczaju, wymawiając swoje nazwisko. Zacząłem tedy mówić chytrze:

– Bardzo mi smutno, że się pani tak wzruszyła, panno Zosiu!

Liczyłem na to, że zwyczajem rodzimym na dziesięć osób rodzaju żeńskiego jest siedem Zofii.

– Kiedy ja wcale nie jestem Zosia! – zaśmiała się panienka.

– A wolno wiedzieć, jak pani na imię?

– Wolno! Tatuś nazywa mnie Wu, a koleżanki nazywają mnie Miki...

– A jak mama?

– Ja nie mam matki – rzekła ona cicho. – Moja matka umarła, kiedy umiałam osiem lat.

– Biedactwo – szepnąłem.

Spojrzałem serdecznie i tkliwie na jej twarzyczkę, co nagle zagasła, dziewczynka zaś podziękowała mi ślicznym, smutnym uśmiechem.

– Mnie na imię jest Ewa – powiedziała. – A nazywam się Tyszowska.

– Tyszowska? Znam to nazwisko. Jest głośny lekarz bakteriolog...

– To mój ojciec! – zawołała radośnie panna Ewa.

– W takim razie ja znam ojca pani.

– Ależ tak, tak! I ja o tym wiem. Pierwszą książką, którą dostałam od ojca, była książka pana. Ojciec często mi mówił o panu. Pan o tym może wie, że mojego ojca nie ma teraz w Polsce?

– Wiem, bo to głośna sprawa...

– Tak, a teraz ojciec wraca. Wraca za dwa tygodnie.

– No to świetnie!

– To wcale nie świetnie.

– Jakże to? Pani się nie cieszy?

– Czy ja się cieszę? O Boże drogi! Od dwóch dni, od kiedy dostałam wiadomość, zdaje mi się, że oszaleję z radości. Ale, proszę pana, ja się boję...

– Czego? Co się stało?

Panna Ewa „zrobiła ponurą twarz”.

– Stały się straszne rzeczy. Ojca nie było w kraju przez półtora roku. Pan nie może mieć nawet wyobrażenia o tym, co ja zdołałam zdziałać przez ten czas. O rany! Jeżeli ojciec nie osiwieje, to będzie cud boski. Co ja narobiłam, co ja narobiłam! I ja, i ten pies.

– Cóż pani mogła takiego zrobić? – pytałem zaniepokojony.

– Co ja zrobiłam? Gdyby pan miał włosy na głowie, toby... O, bardzo pana przepraszam...

– Nic nie szkodzi. Kobieto, mów dalej, byle prędzej!

– To się nie da tak od razu powiedzieć. I na wołowej skórze też by nie spisał. I dlatego właśnie przyszłam do pana.

– A cóż ja mam z tym wszystkim wspólnego?

– Niby nic. Pomyślałam sobie jednak tak: ja panu wszystko uczciwie opowiem, a pan mnie obroni przed tatusiem i wszystko mu pan wytłumaczy.

– Ja? Dlaczego ja?

– A któż inny? – odrzekła panienka zdziwionym pytaniem na moje niemądre pytanie. – Przecie pan nas kocha?

– Kogo to: „nas”?

– Wszystkich, co mają jeszcze kiełbie we łbie, więc i mnie. Co pan myśli, że ja nie wiem, jakie rozmaite podlotki pisują do pana listy? My w szkole wszystko wiemy.

– Owszem, pisują i cóż z tego?

– To z tego, że pan powinien nas bronić w nieszczęściu i nie pozwolić nikogo skrzywdzić.

Długo byłem spokojny. Długo byłem cierpliwy. W tej chwili jednak ogarnął mnie gniew.

– Cóż ty sobie wyobrażasz, szalona dziewczyno – urągałem nielitościwie – że ja będę z uczciwymi ludźmi toczył wojnę o sto tysięcy podlotków, którym się podobało narobić sto tysięcy głupstw? Cicho bądź, kundlu! – ta apostrofa zwrócona była w stronę Rolmopsa, który niebezpiecznie zawarczał i łypał oczami w moją stronę. – Co sobie panienka wyobraża? Nie wiem – o co idzie, ale nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Niech pani uspokoi tego psa, bo go wyrzucę przez okno!... Skoro panienka nawarzyła piwa, niech je teraz wypije. Może pani kogo zamordowała?

– Nie miałam czym – rzekła ona zuchwale.

– To całe szczęście. Zresztą to wszystko jedno!

Panna Ewa patrzyła na mnie przenikliwie, a równocześnie z uśmiechem nieco drwiącym.

– Pan jest bardzo kochany! – rzekła wreszcie. – Pan niezbyt zręcznie udaje takiego, co się okropnie złości.

– Ja udaję? Wypraszam sobie te poufałości... Oświadczam pani stanowczo, że nie chcę słyszeć o niczym, że nie wezmę udziału w żadnej awanturze i nie zamienię z ojcem pani ani słowa...

– I nie obroni mnie pan przed ludzką złością?

– Nie obronię.

– Ha, to trudno... Rolly, chodź! Bardzo pana przepraszam za najście. Żegnam pana i niech Bóg ma pana w swojej opiece...

– Żegnam panią...

– Przepraszam, nie skończyłam jeszcze: panu będzie boska opieka bardzo potrzebna...

– Czemuż to? – mówiłem drwiąco.

– Zaraz panu powiem. Otóż cała młoda Polska dowie się jutro, że pan odmówił opieki i pomocy jednej z tych, wobec których od tylu lat udaje pan miłość. My panu wierzymy, my w pana wierzymy, my pana kochamy, a kiedy się zdarzyło, że jedna z nas przyszła do pana, aby się wypłakać, pan ją wygnał na mróz...

– Na jaki mróz?! – krzyknąłem w pasji.

– Wszystko jedno. Mrozu nie ma, bo jest lato, ale tak mi się powiedziało. Najpierw jakiś potwór chciał mnie zakatrupić w przedpokoju, a teraz pan szuka, czym ciężkim mógłby we mnie rzucić. I to wszystko za to, że ja do pana jak do rodzonego ojca... Jutro wszyscy się dowiedzą, jaki pan jest naprawdę. W książkach to nie sztuka, proszę pana... Ale teraz będziemy wiedziały... Rolly, chodź, bo pan Makuszyński jeszcze nas zamorduje.

Ona spojrzała na mnie z wyrzutem, kundel spojrzał na mnie z pogardą i machnął na mnie ogonem. Czułem, że świat się ze mną zakręcił, najpierw w prawo, a gdy się zmęczył, zaczął się kręcić w lewo.

Panna Ewa skłoniła się głęboko i szła ku drzwiom.

– Potworze, stój! – wrzasnąłem przeraźliwie.

Przed oczami udręczonej mojej duszy zaczęła defilować armia stu tysięcy panienek. Jedne patrzyły na mnie ze zgrozą, inne zakrywały ręką twarz, aby mnie nie widzieć, inne ciężko wzdychały westchnieniem zawodu, a kilka tysięcy krzyczało piskliwymi głosy: „Zdrada, zdrada!”. Uczyniło mi się gorąco. Zimny pot spływał po moim czole. Będę wkopany w ziemię, będę przywalony najcięższym głazem wzgardy.

– Potworze, stój! – powtórzyłem konającym głosem.

Potwór odwrócił się z uśmiechem od drzwi, błysnął białymi zębami, ozłocił gębę uśmiechem i rzekł:

– Strasznie pana kocham!

Potem usiadł i zaczął opowiadać.

Przyszedł nazajutrz i znowu opowiadał. Potwór opowiadał tak długo, że Narcyza usnęła raz pod drzwiami, znudzona podsłuchiwaniem. Ja słuchałem, albowiem miałem pannę Ewę zasłonić własną piersią, gdyby jej szanowny rodzic chciał jej urządzić kęsim za wszystkie zbrodnie i awantury. Od czasu do czasu przykładałem sobie lód do głowy, aby się w niej mózg nie zagotował. Czasem wydawałem nierozumne okrzyki. W ten sposób dowiedziałem się o szaleństwach panny Ewy i spisałem w tej książce.

Nie ma wprawdzie w tej chwili na świecie dwóch większych przyjaciół niźli ona i ja (Rolmops pozostał opryszkiem), mam jednak do niej głuchy żal; kiedy się bowiem wybrałem do jej ojca, aby w jej obronie wygłosić taką mowę, jakiej świat dotąd nie słyszał, ten człowiek uściskał mnie i rzekł:

– Ewa opowiedziała mi o wszystkim i niech się pan już nie trudzi. To dzielna dziewczyna. Czy napije się pan wina?

– Nie! – odrzekłem. – Ale jeżeli ma pan truciznę...

Rozdział drugi, w którym na scenę wchodzą uczciwi ludzie, bakcyle cholery i złodziejski pies

Hieronim Tyszowski miał niewiele ponad czterdzieści lat, a już europejską cieszył się sławą. Głośne były jego badania zarazków dżumy, cholery i innych ich bliskich kuzynów, trapiących ludzkość. Prace jego na te ponure tematy tłumaczone były na wiele języków. Obok słynnych matematyków polskich, którzy zdobyli światową sławę, Tyszowski zdobywał ją w swej dziedzinie dla wspaniałej polskiej nauki. Pracował z tą namiętną, rozgorzałą zapamiętałością, bohaterstwu największemu równą, wobec której nawet posępna okrutność przyrody staje bezradna i musi zdradzić człowiekowi swoje tajemnice. W tej walce nieustępliwej i nieustającej, którą rozpoczął Prometeusz, wykradłszy ogień dla struchlałej w mrokach i zimnie ludzkości, padło już wielu wspaniałych ludzi. Skazywali sami siebie na męczarnie, na kalectwa i na śmierć; lecz jak miejsce poległego żołnierza natychmiast zajmuje żołnierz inny, tak na stanowisku, na którym padł wielki uczony, zjawia się w tejże samej chwili ktoś nowy, młodszy, równie odważny. Tak jest nieodmiennie od wieków. Jeden z bohaterów pada, „aby poległym ciałem dać innym szczebel do sławy grodu”. Ten, co zajmuje opróżnione stanowisko, zjawia się bez lęku: radosny, jasny, słoneczny i szczęśliwy. Rozpoczyna dzieło w tym miejscu, w którym tamten je przerwał. Dzieło musi być spełnione, choćby śmierć zabijała legiony uczonych.

Tyszowski badał najstraszliwsze drobnoustroje, ani przez chwilę nie myśląc o tym, że sto razy dziennie dotyka śmierci, zamkniętej w szkiełku. Jego jasne oczy patrzyły z usilnym natężeniem w mikroskop, czujne, mądre i bystre. Było w nim coś z dziecka, gdy wychodził z pracowni. Nikt by nie przypuścił, patrząc na tego radosnego człowieka, śmiejącego się do słońca, że przed chwilą zgłębiał najbardziej posępne, najgłębiej ukryte tajemnice życia i śmierci. Uczciwe swoje serce dzielił uczciwie pomiędzy naukę i córkę. Po stracie żony nie miał niczego droższego na świecie, nie dbał zaś o siebie jedynie. Było mu wspaniale obojętne, czy jadł obiad i czy jest przyzwoicie odziany. Brodaty Czas wydzierał sobie włosy z sędziwej głowy, widząc, jak ten człowiek nie zdaje sobie sprawy z prawidłowego następstwa godzin i żyje bez zwracania uwagi na dowcipny przyrząd zwany czasomierzem. Tyszowski zasiadłszy w miłym, choć głucho milczącym towarzystwie zarazków dżumy, nie zauważył czasem, że minęła noc i że nowe ukazało się słońce. Zarazki były znudzone i zmęczone, on nigdy. Patrzył przez chwilę w rozjaśnione świtem okno i starał sobie przypomnieć, czy to jeszcze wieczór, czy to już rano? Dopiero dobrzy ludzie w białych kitlach, zjawiający się w laboratorium, podawali mu ścisłe o tym wiadomości. Powracał przeto do domu mocno zatrwożony oczekiwaniem zgiełkliwej awantury, którą mu z wszelką pewnością urządzi córka.

Panna Ewa, nieco większa od zarazka dżumy, lecz równie ruchliwa i groźna, wychowywała się pod opieką dobrej kobiety, którą z matką Ewy łączyła cienka pajęczyna jakiegoś pokrewieństwa. Pani Halicka miała wielkie serce, lecz nieco mniejszy rozsądek, który sztukowała nieprzebraną poczciwością, co miało ten nieoczekiwany skutek, że nie ona wiodła przez życie brzdąca, zwanego Ewą, lecz brzdąc, zwany Ewą, wiódł przez zasadzki żywota pulchną i wieczyście jakby zatrwożoną panią Halicką. Nie ulegało natomiast żadnej wątpliwości, że gdy ją Bóg kiedyś powoła do Swojej chwały, każe jej dać w niebie najbardziej zaciszny kącik w nagrodę za niepoliczone utrapienia, które były jej udziałem w domu spokojnego pana Tyszowskiego i niespokojnej panny Ewy.

Wieczysta trwoga na rumianym obliczu dobrej kobiety mogła się wywodzić z jej owczej bezbronności wobec podstępnej złości świata, nierównie więcej jednak przemawia za tym, że owego strachu nabawił ją pan Hieronim Tyszowski. Wiadomo jej było, że on i cholera to jedno. O cholerze miała z dawna wyrobione zdanie, któremu trudno było odmówić słuszności, była zaś głęboko przekonana, że jeśli nawet lekkomyślny ten człowiek nie połyka cholery dla zwyczajnej igraszki, z pewnością jednak nosi ją przy sobie. Zdarzało się czasem, że siedząc w jej towarzystwie przy stole, wyjmował nagle z kieszeni kamizelki maleńką, szklaną probówkę i pilnie się w nią wpatrywał. Wtedy uciekała z krzykiem, pytając Boga zbielałymi ustami, w jakim celu stworzył takich szaleńców. Za żadne skarby świata nie byłaby dotknęła odzienia pana Tyszowskiego, któż bowiem mógł zaręczyć, czy nie siedzi na nim dorodny bakcyl dżumy, ojciec licznej rodziny? Ze strachem patrzyła, jak Ewa rzucała się na szyję ojcu, powracającemu z pracowni pełnej „morowego powietrza”. Kochała dziewczynkę wszystką mocą opasłej duszy i dlatego jedynie nie uciekła dotąd z tego domu śmierci, w którym wedle jej głębokiego przekonania tak latały bakcyle, jak w innym domu mole. Potajemnie, gdy zostawała sama, paliła paskudne kadzidła, tak zwane trociczki, które miały swym zapachem zakatrupić nienawistne zarazki. Zaprawdę obrany z rozumu byłby srogi bakcyl, gdyby się podczas palenia tych wonności zbliżył na odległość kilometra. Żaden się przeto na to nie ważył, największy nawet lekkoduch, za to jednak dobra pani Halicka kładła się do łóżka na trzy dni, z głową owiniętą mokrym ręcznikiem, i jęczała cichutko. Takie bowiem potężne zapachy biły od owych kadzideł. Pan Tyszowski na próżno tłumaczył zacnej kobiecinie, że będzie żyła szczęśliwie sto siedem lat, jedenaście miesięcy i dwadzieścia dziewięć dni.

Pani Halicka miała bliską rodzinę gdzieś za Krakowem i od lat ośmiu, spędzonych w domu Tyszowskich, wybierała się do niej w każde wielkie święta, w zimie jednak było na podróż za zimno, na wiosnę zaś padał zwykle deszcz, więc odkładała podróż do sposobnej pory. „Tymczasem” prowadziła gospodarstwo domowe i zastępowała Ewci matkę. Ewcia zwała ją „ciocią”, chociaż niewiele prawnych podstaw istniało do tego czcigodnego tytułu. I pan Tyszowski, nie wiedząc, jak jej wyrazić serdeczną i tkliwą wdzięczność, mianował ją też „ciocią”, tak że po kilku latach nikt nie używał ani jej imienia, ani jej nazwiska i dla całej ulicy, dla sklepikarza i listonosza, dla stróża i dla całego domu była ciocią. Pamiętano jednak o jej imieniu, gdy się zaczerwieniło w kalendarzu. Ewcia bowiem na ten dzień, zapewne i w niebie obchodzony uroczyście, ze śpiewami i tańcami, dziergała jakąś koroneczkę, a pan Tyszowski przynosił z cukierni tort z marcepanowymi kwiatkami na górze i z zakalcem w środku. Ciocia patrzyła na ten potężnych rozmiarów smakołyk podejrzliwie i gdyby umiała po łacinie, zakrzyknęłaby niewątpliwie: „Timeo Danaos et dona ferentes!” – co oznacza w katolickim języku: „Trwożę się Danaów nawet i wtedy, gdy przynoszą dary!”. Gdyby wypadało, oblałaby tort na wszelki wypadek formaliną albo innym żrącym płynem, zabijającym zarazki, ale nie wypadało. Oblewała go przeto łzami rozczulenia, co wzgórzu słodyczy nadawało smak wybitnie słony. Nawet jednakże i w takim dniu promienistym, w dniu powszechnej wymiany serc, zacna ciocia nie pozwoliła nigdy na to, by ją uściskał „ojciec zadżumionych”, i uciekała z krzykiem, zauważywszy jego zuchwały gest otwierania ramion.

Z przyzwoitej odległości umiała ciocia zdobyć się na odwagę. Należy przyznać rzetelnie, że do dnia dzisiejszego nie rozległby się ani jeden strzał na świecie, gdyby cioci polecono wynalezienie prochu, lecz w sercu jej mieszkała odwaga, skoro szło o Ewcię. Pan Tyszowski umiał liczyć bakcyle na miliardy, straszliwie jednak mąciły mu się rachunki, gdy liczył pieniądze. Znał je zapewne ze słyszenia, a widywał dość rzadko. Uważał je za wynalazek tępy i nieudany. Często się dziwił niesmacznej natarczywości ludzi, żądających pieniędzy za cukier, bułki i mięso. W głębi duszy dziwił się zapewne i temu, że czasem sam otrzymywał pieniądze za swoją ogromną pracę, sprawiającą mu niebywałą rozkosz. Brał je, przyglądał im się przez chwilę uważnie, rozmyślając nad tym, ile i jakiego gatunku snuje się po nich zarazków, po czym oddawał je Ewci, a Ewcia oddawała je cioci, która nigdy nie byłaby ich przyjęła z rąk Tyszowskiego. Ponieważ Ewcia nie umarła w srogich mękach, był to znak, że „banknoty są zdrowe”.

Zawsze jednak było ich za mało. Ciocia mogłaby wprawdzie być ministrem skarbu w jakimś pomniejszym państewku, a najsprawniejszy marynarz nie umiał tak zawiązać liny okrętowej, jak ona umiała wiązać koniec z końcem, zazwyczaj jednak na nowiu księżyca ciocia stawała osłupiała, podobna do żony Lota, zamienionej w słup soli, i spoglądała z głębokim przerażeniem na pusty skarbiec domowy. Pan Tyszowski uciekał rano z domu do swojej cholery, Ewcia biegła do szkoły, a ciocia trwała w tragicznym bezruchu. Po dłuższej chwili wydawała z siebie rozdzierający jęk, co ją powracało do życia i zagrzewało do walki. Czekała powrotu Tyszowskiego i wszystko jej było jedno, kiedy powrócił. Zjawiała się przed nim z kamienną twarzą i mówiła. „A słowa jej były żelazne”.

– O! – wykrzykiwał Tyszowski. – Czemu to ciocia jeszcze nie śpi? A ona odpowiadała:

– Gdybym leżała nawet w trumnie, też bym nie mogła zasnąć!

Noc bladła z przerażenia, słysząc te okropne słowa.

– Czy się coś stało? – pytał Tyszowski zaniepokojony.

– Stało się. Ewcia wieczorem nie jadła.

– Boże drogi, chora?

– Ewcia nie jest chora i mogłaby zjeść całe cielę. Tylko że nie było co jeść... Pan może jeść ten bulion, którym pan żywi swoje bakcyle, bo panu jest wszystko jedno, ale dziecko trzeba nakarmić uczciwie. Czy pan słyszy?

– Słyszę, słyszę, niech ciocia nie krzyczy. A czemuż to nie ma u nas co jeść?

– Bo manna nie spadła z nieba!

– O, to źle, to źle! – mruczał Tyszowski, z czego można było wnosić, że narzeka na niebieskie urządzenia.

Pan Tyszowski jednak martwił się na inny temat. Strach go chwycił, że Ewcia nie jadła. Było to wierutne kłamstwo, ciocia bowiem nie dopuściłaby przenigdy do okrutnej, głodującej ostateczności, prawdą natomiast niezbitą była ponurość najbliższej przyszłości. Ciocia z niewypowiedzianym sprytem pragnęła wzbudzić w Tyszowskim zabójczą i zdobywczą energię, więc przyniosła przed jego oczy blade widmo Ewci, którą srogi głód zamieniał powoli w jasnokościsty szkielet.

– Co robić, ciociu złota, co robić? – pytał Tyszowski.

– Pieniądze! – odrzekła ciocia krótko i rozumnie.

Znakomity uczony spojrzał na nią ze strachem, przyszło mu bowiem na myśl, że go ciocia namawia do fabrykacji banknotów, co jest źle widziane przez władze, ciocia jednak nawet podczas przypływu grozy miała minę tak poczciwą, że go ta myśl odbiegła.

– Do pierwszego kilka jeszcze dni – mówił zadumany. – Ale, ale! – zakrzyknął radośnie – przecież mi się coś należy od wydawcy. Jutro będziemy mieli pieniędzy w bród.

– Od wydawcy? – zaszemrała ciocia. – To znaczy: od księgarza? Myślałam, że pan wpadnie na lepszy pomysł. Od dwóch lat wciąż ma pan coś przynieść od wydawcy, ale dotąd pan nie przyniósł.

Machnęła ręką na znak beznadziejności, co Słowacki wyraził przy innej sposobności słowami: „Kto tam odejmie co, ten będzie mądry!”.

– Jednak spróbować nie zawadzi...

– A jeżeli się nie uda?

– Ha! – zakrzyknął Tyszowski.

Była w tym zwartym okrzyku groźba śmierci, potępienie i szaleństwo, co jednakże najmniejszego wrażenia nie uczyniło na cioci. Znała ona zbyt dobrze zapobiegliwość i przedsiębiorczość tego najłagodniejszego z ludzi, którego każdy wydawca sprzedałby bez najmniejszego trudu do Egiptu, gdyby tam jeszcze robiono takie interesy. Wiedziała jednak, że głuchy na wszelkie rozumne perswazje, dobędzie z siebie niebywały zapas pomysłowości, skoro tylko idzie o Ewcię. Razu pewnego ciocia bez żadnych dramatycznych objaśnień postawiła na jego nocnym stoliku bucik Ewci. Tyszowski wrócił późną nocą, spojrzał wielce zdumiony i pomyślał w pierwszej chwili, że to dziwnego kształtu popielniczka. Ujrzawszy jednak straszliwe w buciku rozdarcie, zasromał się i jęknął głucho. Nazajutrz przyniósł triumfalnie nowe obuwie. Ciocia wiedziała, że teraz też dokona jakiegoś bohaterstwa, odegnawszy od genialnej głowy te mętne opary, które się snują nad ludźmi uczonymi.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział trzeci, przy którego czytaniu oczy się łzawią jak przy obieraniu cebuli

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czwarty, w którym malarz goni dziewczynę, a dziewczyna bieży za psem

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piąty, w którym dzień szczęśliwy otrzymał cios w samo serce

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szósty, w którym nieustraszona dziewoja czyni wyprawę do jaskini smoka

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siódmy, w którym panna Ewa handluje obrazami, chociaż chciano przypiec jej pięty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział ósmy, w którym przędzie się radość i pachną róże

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty, w którym Ewcia rzuca butem i zapowiada, że stanie na głowie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty, w którym Ewcia przysparza stolicy dwóch elegantów najwyższej klasy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział jedenasty, w którym jeden malarz został pogorzelcem, a drugi z wielkiego szczęścia omal nie postradał rozumu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwunasty, w którym roztropna głowa rozmyśla, jak zbliżyć do siebie dwa serca

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzynasty, w którym „dwa serca złączone na wieki”, a Ewa skacze z okna po raz drugi, ale zapewne nie ostatni

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1994

Projekt graficzny serii

Maciej Szymanowicz

Ilustracja na okładce

Maciej Szymanowicz

Redaktor Małgorzata Grudnik-Zwolińska

ISBN 978-83-10-11902-5

Plik wyprodukowany na podstawie Szaleństwa panny Ewy, Warszawa 2010

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: [email protected]

Plik EPUB opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl