Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
19 osób interesuje się tą książką
Laureatka nagrody Hugo Award i autorka bestsellerów „The New York Times”, T. Kingfisher, przedstawia mroczną reinterpretację Królewny Śnieżki – opowieść o truciznach, sekretach i magii ukrytej po drugiej stronie lustra.
Uzdrowicielka Anja regularnie zażywa truciznę.
Nie po to, by umrzeć, lecz by ocalić tych, którym medycyna nie potrafi już pomóc. Od lat bada śmiercionośne substancje, szukając lekarstw na zatrucia uznawane za nieuleczalne.
Kiedy król wzywa ją do pałacu, spokojne życie Anji dobiega końca. Królewska córka, Snow, umiera, a wszystkie znane metody zawiodły. Władca pokłada ostatnią nadzieję w niekonwencjonalnych umiejętnościach uzdrowicielki.
Wraz z małomównym strażnikiem i wyjątkowo zarozumiałym kotem Anja rozpoczyna śledztwo, które prowadzi ją do tajemniczego świata ukrytego za magicznym lustrem. To właśnie tam może znajdować się odpowiedź na zagadkę choroby Snow.
O ile mroczna kraina po drugiej stronie nie pochłonie ich wszystkich wcześniej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 459
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Sergeia
Zdążyłam akurat zażyć truciznę, kiedy przybył król, by mnie poinformować, że zamordował swoją żonę.
Trucizna była destylatem jadu żmii kurantowej i wypalała mi zatoki po tym, jak zwyczajem niektórych miłośników tabaki wciągnęłam ją z nadgarstka. Król był zmęczonym życiem mężczyzną średniego wzrostu, o jasnych włosach i głębokich bruzdach znaczących boki twarzy. Kiedy przekroczył próg mojej pracowni destylacyjnej, początkowo go nie rozpoznałam. Zresztą dlaczego miałabym go rozpoznać? Monarchę widywałam dotąd jedynie z daleka, siedzącego na szczycie długiego stołu albo przycupniętego na tronie. Bez całego tego tła wyglądał po prostu na dobrze ubranego mężczyznę, który przychodzi do ludzi bez pukania.
Mimo to od razu wydał mi się niepokojąco znajomy i z po-czątku pomyślałam, że może to jeden z przyjaciół mojego ojca. Powiedziałam więc tylko:
– Proszę chwilę poczekać… – i wróciłam do obrywania listków rozmarynu z cienkich, zdrewniałych łodyżek.
Zawsze obrabiam rozmaryn po zażyciu jadu żmii. Jego zapach pomaga pozbyć się obrzydliwej, dymnej woni trucizny.
Wtedy cichy głosik w mojej głowie szepnął: „Proszę o chwilę cierpliwości, Wasza Wysokość”, a świadomość, kto przede mną stoi, zalała mnie niczym lodowata woda.
Odwróciłam się gwałtownie w stronę mężczyzny w drzwiach. Nie stał bokiem, więc nie mogłam ocenić, czy to jego profil wybija się na monetach, ale na Świętych – miał na głowie diadem, cienką srebrną obręcz, a czegoś takiego nikt by nie założył, gdyby nie przynależał do rodziny królewskiej. A to oznaczało, że rzeczywiście był królem, tyle że aktualnie stał w progu mojej pracowni, gdzie zdecydowanie nie miał nic do roboty. A ja właśnie kazałam mu chwilę poczekać.
Spanikowałam i spróbowałam dygnąć, ale kiedy chwyciłam spódnicę, upuściłam rozmaryn. Lepkie od soku listki rozsypały się po materiale i przykleiły do niego.
– Wasza Wysokość – wychrypiałam. Miałam tak sucho w ustach, że byłam niemalże zaskoczona, że język nie przesunął mi się z chrzęstem po podniebieniu. – Przepraszam. Nie rozpoznałam… To znaczy, nie spodziewałam się…
Czy mogłam poprosić, żeby odwrócił się bokiem, abym zerknęła na jego profil? Nie, raczej nie.
Nie wyglądał na rozgniewanego. Uśmiechnął się lekko, gdy bezskutecznie strzepywałam listki ze spódnicy.
– Panna Anja? – zapytał.
Skinęłam głową. Tak miałam na imię, choć podejrzewam, że przytaknęłabym bez względu na to, co by powiedział.
– Zapewne słyszałaś, że zabiłem swoją żonę – powiedział owdowiały król. – To prawda. Zrobiłem to.
Jego słowa nie miały dla mnie sensu. Równie dobrze mógłby to być pisk myszy albo chrobot chrząszcza. Patrzyłam na króla, jad żmii wypełniał mi zatoki, a w głowie miałam kompletną pustkę.
Dlaczego on tu jest? Mój ojciec należał do rady kupców, którzy czasem doradzali królowi w sprawach dotyczących gospodarki, ale to on chodził do króla, nie odwrotnie. Czy mam go zabawiać, dopóki ojciec nie wróci?
Nie, to absurd, ojciec miał wrócić dopiero za jakiś tydzień. A ten mężczyzna nie wyglądał na kogoś, kogo zainteresowałby wykład o niebezpiecznych właściwościach sproszkowanego ołowiu. Tak czy inaczej, gospodyni powinna ulokować go w najlepszym pokoju, podać wino i przyjść po mnie, a nie wprowadzać króla tutaj, jakbym była mu równa. Służba o tym wiedziała – przynajmniej teoretycznie, bo nie wyobrażałam sobie, by miała większe doświadczenie z królami niż ja – więc albo się tu zakradł, albo zażądał spotkania ze mną… tylko że żaden z tych scenariuszy nie miał sensu.
Może potrzebuje jakiegoś antidotum albo zabezpieczenia przed trucizną? Tylko tyle zdołałam wymyślić. Ale dlaczego przyszedł osobiście zamiast wysłać posłańca? Królowie mieli ludzi od załatwiania takich spraw. To była jedna z nielicznych rzeczy, które wydawały mi się atrakcyjne w całym tym byciu królem.
– No i? – powiedział.
Zamrugałam.
– No i co, Wasza Wysokość?
Machnął lekko ręką z niecierpliwością.
– Te plotki, że zabiłem żonę. Powiedziałem ci właśnie, że to prawda.
Bardzo trudno odpowiedzieć na coś takiego. Nawet gdybym była w najlepszej formie, a on akurat przypadkiem nie byłby królem… to co miałabym na to odrzec? Poza tym wcale nie słyszałam żadnych plotek na ten temat. Wiedziałam tylko, że królowa zmarła kilka miesięcy temu. Plotki trafiały do mojej pracowni prawie równie rzadko jak królowie.
Gdybym była osobą, którą być powinnam, poczułabym słuszne oburzenie. To nie w porządku, że ktoś może tak po prostu oznajmić „jestem mordercą” i oczekiwać, że wszyscy pokiwają głowami, tylko dlatego że jest królem. Dobry i przyzwoity człowiek poczułby sprawiedliwe oburzenie. Ale serce zaczynało mi już walić od jadu, umysł miałam zamglony i wszystko było tak absurdalne, że usłyszałam własne:
– Ach tak? – Jakby właśnie rzucił jakiś umiarkowanie interesujący komentarz na przyjęciu.
Przytomniejsza część mojego mózgu stwierdziła: To powinno brzmieć „Ach tak, Wasza Wysokość?”, a reszta biegała w kółko po czaszce, zastanawiając się, czy zostanę zaraz stracona za głupotę. Nigdy nie słyszałam, by król miał skłonność do egzekucji… ale do niedawna nie wiedziałam też, że zabił własną żonę.
Nie wyglądał, jakby miał mnie skazać na śmierć. Wydawał się jedynie zmęczony, wręcz wyczerpany, a przy jego ustach widać było głębokie linie, których nie sposób dostrzec na monetach. Nie wiercił się, ale przeniósł ciężar ciała z wyraźnym niepokojem kogoś, kto nie jest przyzwyczajony do niepokoju i nie bardzo sobie z nim radzi.
– Chciałem to mieć za sobą – oznajmił. – Na wypadek gdyby miało wpłynąć na twoją opinię.
Jak morderstwo ma nie wpłynąć na moją opinię? No jak? I dlaczego w ogóle miałoby mu na tym zależeć? Mógł nic nie mówić, a i tak byłabym równie zdezorientowana i skrępowana.
– Aha – powtórzyłam, wpatrując się w jego twarz z nadzieją, że wszystko nagle stanie się jasne. Ale się nie stało.
Czy morderca nie powinien wyglądać inaczej? Na przykład na mniej zmęczonego? W wieku trzydziestu pięciu lat byłam aż nadto dojrzała, by wiedzieć, że zło może mieć piękne oblicze, ale nigdy nie słyszałam, by bywało zmęczone. Wręcz przeciwnie. Zło jest niestrudzenie energiczne.
Ale czy on naprawdę ją zabił?Może zmarła przy porodzie, albo z rozpaczy złamanego serca, a on teraz się o to obwinia? Ta teoria wydawała się znacznie bardziej prawdopodobna. Plotki to jedno, ale król mordujący królową to przecież skandal, który wstrząsnąłby całym miastem.
Skoro jednak sam o tym wspomniał, najwyraźniej był to stosowny temat do rozmowy.
– W jaki sposób umarła, Wasza Wysokość? – zapytałam uprzejmie.
Jeśli pytanie go zaskoczyło, nie dał tego po sobie poznać.
– Przebiłem ją mieczem.
No cóż. Tyle z moich teorii. Zacisnęłam lepkie palce na fałdach sukni, czując pierwsze ukłucie oburzenia. I on oczekuje, że to nie wpłynie na moją opinię? Myśli, że po prostu przymknę oko na to, że zamordował żonę? Są grzechy niewybaczalne, nawet dla królów!
– W momencie, gdy wycinała serce naszej córce – dodał.
…a może jednak nie.
Drobinki kurzu unosiły się między nami w promieniu światła wpadającym przez okno. Szklane alembiki połyskiwały, a żmija kurantowa poruszyła się niespokojnie w klatce, wypełniając powietrze delikatnym dźwiękiem dzwoneczków. Serce coraz mocniej waliło mi w piersi, w miarę jak jad robił swoje.
– Proszę wybaczyć, Wasza Wysokość – powiedziałam, starannie dobierając słowa. – Chyba muszę usiąść.
Owdowiały król ujął mnie pod ramię z pełną uprzejmością i pomógł mi dotrzeć do krzesła. Był niższy ode mnie, co wydało mi się zupełnie nie na miejscu. Jestem dużą kobietą, to prawda, ale królowie powinni być wyżsi od zwykłych śmiertelników, co najmniej o wysokość korony. Moje dodatkowe pół cala wzrostu wydawało mi się dziwnie anty-monarchiczne.
W pracowni znajdowało się tylko jedno krzesło. Wiedziałam, że nie powinno się siedzieć, gdy król stoi, ale z całą pewnością nie powinno się też mdleć w jego obecności, więc wybór miałam ograniczony. Usiadłam.
Król oparł się biodrem o stół i zwrócił się ku mnie, co chyba też można było uznać za formę siedzenia. Spróbowałam wygładzić spódnicę, ale tylko strąciłam kolejne listki rozmarynu. Zapach uniósł się w powietrzu, ostry i oczyszczający, i przynajmniej odpędził ryzyko omdlenia. Byłam tutaj. W pracowni. Z pękami suszonych ziół pod belkami i aparaturą destylacyjną na stole. No i jeszcze był tu król.
Nos okropnie mnie swędział. Zawsze tak jest po zażyciu jadu. Próbowałam podrapać się w dyskretny i godny damy sposób, ale z mizernym skutkiem.
– Bardzo mi przykro, Wasza Wysokość – powiedziałam w końcu. – To musiało być straszne.
Widziałam, że go to zaskoczyło. Dotąd wzrok miał wbity w podłogę, ale teraz gwałtownie spojrzał mi w twarz.
– Tak – odparł. – Tak, było. Bardzo… bardzo straszne. Nigdy wcześniej nie musiałem… To znaczy… zabijanie kogoś w bitwie to coś innego.
Podejrzewałam, że po raz pierwszy wypowiedział takie słowa. Czy dotąd nikt nie okazał mu współczucia? Może po prostu nie takiego, jakiego potrzebował. Wyobrażałam sobie, jak wszyscy go zapewniają, że zrobił to, co słuszne, co konieczne, i że nie znalazł się nikt, kto zauważyłby, jak straszny musiał być ten słuszny czyn.
Nie chciałam mu współczuć, nie po tym, jak wciąż byłam zła o to, że tak po prostu wszedł do mojej pracowni i był królem. Ale trudno mi było nie odczuwać choćby cienia litości.
– Pańska córka… – zaczęłam.
– Zmarła.
Nie zdziwiło mnie to. Wycinanie serca to dość precyzyjny proces. Trzeba zajść bardzo daleko, by dało się go odróżnić od zwykłego dźgnięcia nożem.
– O w mordę – powiedziałam i z przerażeniem zakryłam usta dłonią.
O w mordę, Wasza Wysokość, przypomniał mi uprzejmie mózg. Zacisnęłam palce, by powstrzymać narastający, histeryczny śmiech. Tak, teraz jeszcze wyśmiej śmierć jego córki. To na pewno zjedna ci jego sympatię.
Król parsknął. Nie było w tym wiele humoru, ale odrobinę jednak dało się usłyszeć i polubiłam go za to trochę bardziej. Choć oczywiście nie mam prawa lubić albo nie lubić króla.
– Przestań – powiedział, wskazując na moją dłoń. – To chyba pierwszy szczery komentarz, jaki ktokolwiek wygłosił na ten temat.
– To przykre.
Skinął głową.
– Zapewne zastanawiasz się, dlaczego tu jestem – stwierdził.
To było tak absurdalne niedopowiedzenie, że musiałam stłumić kolejny histeryczny śmiech.
– Tak, Wasza Wysokość.
Rozejrzał się po pracowni, jakby widział ją po raz pierwszy.
– Twój ojciec mówi, że znasz się na truciznach.
Czy wcześniej wydawało mi się, że mam sucho w ustach? Teraz język wydawał się owinięty wełną. Nie mogłam uwierzyć, że ojciec okazał się na tyle niedyskretny, by wspomnieć królowi o czymś takim. Oczywiście był ze mnie dumny, wiedziałam to, ale mimo wszystko. Ludzi skazywano na śmierć za zbyt dużą wiedzę o truciznach. Co prawda Świątynia Świętego Żmija nadała mi tytuł Uzdrowicielki za moją pracę, ale była to raczej marna ochrona przed ewentualnymi oszczerstwami. Medykom wolno było wiedzieć za dużo o truciznach. Dojrzałym pannom już nie.
– Antidota – odparłam słabo. – Interesują mnie antidota, nie trucizny.
Co prawda jedna z tych trucizn właśnie krążyła w moich żyłach, ale to nie był odpowiedni moment, by o tym wspominać.
– Oczywiście. – Król skinął głową. – Ale to jakby dwie strony tej samej monety, czyż nie?
Zeskubywałam rozmaryn ze spódnicy i rozglądałam się po pracowni, próbując zyskać na czasie. Pomieszczenie było pełne ziół, szkła i ostrego, sterylnego zapachu, ale dopiero w tej chwili uświadomiłam sobie, jak zużyte są meble i ile pajęczyn zebrało się w kątach – jakby sama obecność króla uwydatniała każdą skazę.
Cienka nić urazy przebiła się przez oszołomienie: jak król śmie tak sobie wchodzić tutaj, do mojej prywatnej przestrzeni, która nie należy do niego, i sprawiać, że wszystko nagle wydaje się takie liche?
Absurdalność tego odczucia dotarła do mnie, zanim jeszcze myśl zdążyła w pełni się uformować. Królowie chodzą, gdzie chcą, w granicach własnego królestwa, a córki kupców uśmiechają się i przytakują. Nawet jeśli przytakują czemuś, za co mogą skończyć na stosie, szafocie albo pod stertą kamieni.
– Nauczyłam się paru rzeczy o leczeniu zatruć – przy-znałam.
To była fałszywa skromność, ale nie miałam zamiaru przechwalać się przed królem. Opowieści jasno mówią, co się dzieje, gdy ktoś przechwala się przed władcą. Wiele z nich kończy się ścięciem głowy, jeśli nie dotrzyma się obietnic.
– Mam nadzieję, że zdołasz mi pomóc – powiedział król.
– Eee… – odparłam. Eee, Wasza Wysokość. – W jaki sposób?
Łup, łup, łup, serce waliło mi tak głośno, że dziwiłam się, iż król tego nie słyszy.
– Moja córka Snow jest chora. – Rozłożył ręce. – Cokolwiek to jest, postępuje powoli, ale ją zabija. Żaden z medyków, z którymi się konsultowałem, nie ma najmniejszego pojęcia, co jej dolega. Większość twierdzi, że to po prostu wstrząs po stracie matki i siostry, ale ja wiem, że chodzi coś więcej. – Położył dłoń na sercu. – Wiem to. Nie wiem tylko, co z tym zrobić.
Teraz byłam na pewniejszym gruncie.
– Ach. Jakie ma objawy?
Pokręcił głową.
– Nie wiem. Nie wiem, co jest objawem, a co zwykłym zachowaniem pogrążonej w żałobie dwunastoletniej dziewczynki. Je niewiele, jest bardzo blada, ma niestałe nastroje… ale co z tego ma znaczenie? A co innego przeoczyłem?
– Rozumiem.
Nie mylił się. Z mojego doświadczenia wynikało, że rodzina chorego zawsze próbuje mówić o objawach i w połowie przypadków skupia się na zupełnie niewłaściwych rzeczach. W drugiej połowie jest zaś przekonana, że wie dokładnie, czym ofiarę otruto, i wytyka się nawzajem palcami nad łożem chorego.
O ileż gorzej, gdy to łoże należy do córki króla?
– Wygląda na to, że każdy lekarz w królestwie zajmował się już moją córką – ciągnął król. – Upuszczali jej krew, wypacali… I nie osiągnęli niczego. Twierdzą, że to nie suchoty, nie febra ani żadna z setek innych dolegliwości. Ale nie potrafią powiedzieć, co to jest. A jej stan się nie poprawia.
Wątpię, bym poczuła się lepiej, gdyby mnie wypacano, upuszczano mi krew, parzono stopy i Święci jedni wiedzą, co jeszcze, pomyślałam, ale na pewno nie zamierzałam mówić tego na głos.
– Więc teraz pojawiło się pytanie, czy ktoś jej nie truje.
To było stwierdzenie faktu, ale i tak odpowiedział:
– Tak. Dlatego miałem nadzieję, że przyjedziesz do pałacu i powiesz mi, co odkryłaś.
Potarłam skronie.
– Wasza Wysokość – rzekłam ze znużeniem; wiedziałam, że powinnam po prostu zgodzić się na wszystko, czego zażąda, ale obawiałam się konsekwencji. – Jestem do waszej dyspozycji, ale muszę uprzedzić, że bardzo niewiele dolegliwości rzeczywiście jest skutkiem trucizny.
– Naprawdę? – Na jego pooranej zmarszczkami twarzy pojawił się półuśmiech. – Słuchając plotek, można by sądzić, że żaden członek rodziny królewskiej nigdy nie umarł śmiercią naturalną.
Nie potrafiłam ukryć zniecierpliwienia.
– Bo już lepiej zostać otrutym, niż zjeść zepsutą rybę, zachorować na cholerę albo zapić się do nieprzytomności. Ludzie traktują truciznę jako wymówkę, bo chcą móc zrzucić na coś winę. W większości przypadków, które widuję, śmierć nie ma nic wspólnego z czyjąś złą wolą, a znacznie więcej z piciem skażonej wody albo przypadkowym zjedzeniem niewłaściwej rzeczy.
Moje walące serce przeczyło temu, co mówiłam, ale przypomniałam sobie, że król nie może o tym wiedzieć.
– Mówisz: w większości przypadków – powiedział król. – Czyli nie we wszystkich?
Przygryzłam wargę.
– Nie – przyznałam. – Nie we wszystkich.
Z opóźnieniem dotarło do mnie, że rozmawiam z człowiekiem, który odziedziczył tron z powodu trucizny. Stary król był przekonany, że wrogowie próbują go zamordować. Był szalony, ale jak się okazało, w tym przypadku się nie mylił.
Król skinął powoli głową.
– Odesłałem Snow z pałacu już wcześniej, z dala od dworzan – oznajmił. – Kiedy jeszcze sądziliśmy, że to żałoba. Przez jakiś czas było lepiej, ale potem znów się pogorszyło. Obawiam się, że truciciel podążył za nią.
Znów zaczęłam skubać spódnicę. Była stara i poplamiona, dawno powinnam przeznaczyć ją na szmaty. Po raz kolejny poczułam ukłucie urazy, że król widzi mnie w takim stroju. Ale przecież nie mogę zakładać balowej sukni do przerabiania ziół na wypadek, gdyby król postanowił wpaść z wizytą.
Zapewne były szlachcianki, które bez przerwy nosiły wyszukane suknie, właśnie na wszelki wypadek. Ale przypuszczałam, że spędzały mniej czasu przy otwartym ogniu niż ja.
– Czy Wasza Wysokość ma jakiekolwiek podejrzenia, kto mógłby chcieć otruć jego córkę? – zapytałam w końcu.
– Na tym polega szaleństwo tej sytuacji – odparł, przecierając twarz dłońmi. – Nie mam. Mam już dziedzica, a Snow nie znajduje się nawet w linii sukcesji. W najlepszym razie może wyjść za mąż i mieć dziecko, które pewnego dnia możeznalazłoby się w kolejce do tronu, gdyby linia mojego syna Gunthera wygasła.
Wydawało mi się, że najbardziej logicznym trucicielem byłby więc królewski dziedzic, chcący usunąć potencjalnego przyszłego rywala, ale nie chciałam tego mówić na głos. Nigdy nie słyszałam złego słowa na temat księcia, a poza tym wiedziałam, że znajdował się obecnie setki mil stąd, zabiegając o względy wykwintnych panien w królestwie Tohni.
– Czy pojedziesz ze mną? – zapytał nagle król.
Podniosłam głowę, zaskoczona.
– Czy pojadę z Waszą Wysokością?
– Do Sucholiścia. Żeby zobaczyć Snow na własne oczy. Żeby dostrzec to, co przeoczyli inni.
Cokolwiek malowało się na mojej twarzy, musiał to źle zinterpretować, bo zatoczył ręką łuk obejmujący pracownię, szklane alembiki i słoje oraz drzemiącą w klatce żmiję kurantową.
– Zabierz swój sprzęt. Przygotujemy dla ciebie pracownię. Wszystko, czego potrzebujesz. Sucholiść leży zaledwie trzy dni drogi stąd.
Trzy dni?
Przełknęłam pierwszy odruchowy protest. Królowi się nie odmawia, a już na pewno wykluczone jest krzyczeć mu w twarz: „Nie!”.
– Ale… skoro Wasza Wysokość podejrzewa truciznę, z pewnością są inni, lepiej przygotowani… – zaczęłam de-speracko.
Jedna część mnie panikowała na myśl o kontynuowaniu pracy tak daleko od miasta, a druga na myśl o tym, co się stanie, jeśli nie zdołam wyleczyć królewskiej córki z tajemniczej choroby, która ją trawi. Trzecia, najmniej istotna, zauważała tymczasem, że ta partia destylatu jadu żmii kurantowej była najmocniejszą, jaką dotąd sporządziłam, i powinnam chyba zmniejszyć dawkę, jeśli nie chcę doprowadzić pacjentów do niewydolności serca. (Właśnie dlatego testuję każdą partię na sobie).
– Jeśli to trucizna, komu mogę ufać? – zapytał król. – Moi doradcy wskazali tuzin medyków… Sama widzisz, z jakim skutkiem. Teraz muszę się zastanawiać, dlaczego podali właśnie te nazwiska i czyim interesom służyli. – Pokręcił głową. – Ale ty… Twój ojciec wspomniał o tobie rok temu, na długo zanim Snow zachorowała.
– Uratowałam jego konia przed ukąszeniem węża – wyznałam z rezygnacją. – Myślę, że opowiedział o tym całemu miastu.
– Mnie na pewno. – Na twarzy króla znów pojawił się blady uśmiech. – Kiedy zacząłem podejrzewać truciznę, przypomniałem sobie tę historię. I przyszedłem do ciebie sam, by prosić o pomoc.
– Zastanawiałam się, gdzie jest… eee… orszak Waszej Wy-sokości.
– Zapewne piją znakomite wino, które podali im twoi służący, i zastanawiają się, co ja tu u licha robię. Nie masz powiązań z moimi doradcami, nikt nie zaproponował twojego nazwiska i wiem, że nic nie zyskasz, jeśli moja córka umrze.
I żadne z nas oczywiście nawet nie wspomni, co mogę w takiej sytuacji stracić. Zawinęłam palce w fałdy spódnicy, czując w kościach ciężar większy od zwykłego strachu. Nie jest dobrze przechwalać się przed królem, ale znacznie gorzej było go rozczarować.
– Ja… Wasza Wysokość, rozumiecie… nie mogę niczego obiecać.
Spojrzał mi prosto w oczy. Znów pomyślałam, jak bardzo wydaje się zmęczony, i jakaś część mnie chciała mu pomóc… ale reszta chciała schować się pod łóżkiem, aż świat zniknie i zostawi mnie w spokoju.
– Nie jestem nierozsądny, nawet jeśli jestem królem. Jeśli nie zdołasz jej wyleczyć, przynajmniej nie będę w gorszej sytuacji tylko dlatego, że spróbowałaś.
Wszystko bez sensu. Mój los został przesądzony w chwili, gdy król otworzył drzwi pracowni.
Spróbowałam jeszcze raz to zmienić.
– Nie chcę dawać Waszej Wysokości fałszywej nadziei.
– I boisz się, co może stać się z twoim ojcem i z tobą, jeśli nie zdołasz wyleczyć mojej córki – dopowiedział król. – Czyż nie?
Poczułam, jak wykrzywiają mi się usta. Wiedział.
Oczywiście. To król, całe życie musi grać w te arystokratyczne gierki. A wszyscy pamiętają, jaki był jego wuj.
– Przyznaję, że taka myśl przemknęła mi przez głowę.
Skinął głową.
– Obiecuję, że ani jego, ani twoje imię nie zostaną splamione – obiecał. – Chwytam się brzytwy. Nie myśl, że o tym nie wiem.
Możesz sobie mówić, ale to i tak się stanie. Tylko… jaki mam wybór?
Wypuściłam powietrze z długim westchnieniem.
– W takim razie, Wasza Wysokość, będzie dla mnie zaszczytem chwytać się jej razem z wami.
Zaczęłam interesować się truciznami, gdy miałam jedenaście lat.
Razem z siostrami zostałyśmy wysłane na wieś, by uniknąć morowego powietrza, które tamtego lata miało przenikać miasto, niosąc ze sobą tyfus i gorączkę gruczołową. Ojciec posiadał tam majątek z sadami, gajami oliwnymi i niewielką winnicą, a wszystkim sprawnie zarządzała nasza ciotka. W moich oczach było to zaskakująco bogate miejsce – Czterech Świętych leży na obrzeżach pustyni i choć można tam uprawiać wiele rzeczy, mało które mają tak uderzające odcienie zieleni.
Pierwszego dnia zostałyśmy oddane pod opiekę naszemu kuzynowi Anthony’emu z przykazaniem, że ma oprowadzić nas po posiadłości. Anthony miał prawie trzynaście lat i wyraźnie nie był zachwycony faktem, że obarczono go trójką młodszych dzieci – moja siostra Catherine miała wtedy zaledwie siedem lat i co chwilę płakała – więc postanowił wykazać, jak bardzo jego miejskie kuzynki nie znają się na niczym.
– Założę się, że nie wiecie, co to jest – stwierdzał, pokazując nam drzewa oliwne i prasy do tłoczenia oliwy.
– Założę się, że nie wiecie, co to jest – mówił o sieweczce udającej, że ma złamane skrzydło, o rozległych polach dojrzewającej pszenicy i o mrówkolwach ukrytych w piaskowych lejach.
– Założę się, że nie wiecie, co to jest – komentował fioletowo-żółte kwiaty pokrzyku, zapewniając, że zabiją nas na miejscu, jeśli choćby dotkniemy językiem płatka.
I:
– Założę się, że nie wiecie, co to jest… – O wysokiej roślinie z baldachimem białych, koronkowych kwiatów, którą wyrwał z ziemi, odsłaniając blady, powykręcany korzeń oblepiony ziemią.
– Co to jest? – zapytała Catherine, tak samo jak pytała przez ostatnie cztery godziny.
– Marchew, głupku – powiedział Anthony. – Czy wy nic nie wiecie?
– Naprawdę? – odezwała się moja siostra Isobel. Ona też powtarzała to przez ostatnie cztery godziny.
– Nie wygląda jak marchew – zauważyłam.
Z mojego doświadczenia wynikało, że marchew była fioletowa albo żółta, nie kremowa, choć kształt istotnie miała marchewkowy i z boków korzenia wyrastały te same cienkie, nitkowate korzonki.
– To dzika marchew – dopowiedział Anthony. – Założę się, że nie wiedziałyście, że rośnie też dziko. Pewnie myślałyście, że marchew bierze się z wozu na targu.
Wzruszyłam ramionami. Nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad pochodzeniem marchwi.
Anthony wyśmiał mnie, odciął nożem natkę, oczyścił korzeń z najgorszego brudu i wsadził go sobie do ust.
Dwie godziny później już nie żył.
Następnego dnia, gdy cały majątek pogrążył się w żałobie, a matka Anthony’ego zaległa w łóżku, wymknęłam się na pole, gdzie rósł szalej jadowity, tak podobny do dzikiej marchwi. Wypatrzyłam baldachim białych kwiatów, wyrwałam roślinę z ziemi, położyłam ją na trawie i przykucnęłam nad bladym korzeniem, przyglądając mu się uważnie.
Wiedziałam oczywiście, że istnieje coś takiego jak śmierć. Straciłam jedną małą siostrzyczkę w kołysce i dwoje dziadków. Anthony’ego nie lubiłam jakoś szczególnie, więc nie mogłam powiedzieć, że go opłakiwałam, choć było mi bardzo żal jego matki. Uderzył mnie jednak głęboko absurdalny zbieg okoliczności, że Anthony żył sobie, a potem jego droga przecięła się z tym cichym, niepozornym korzonkiem… i teraz już nie żył.
Ostrożnie powąchałam marchewkowaty kształt. Pachniał jak mysie gniazda. Zastanawiałam się, czy Anthony to zauważył i mimo to przeżuwał dalej, bo nie chciał w obecności kuzynek przyznać się do błędu i wypluć czegoś, czego znajomością tak się przechwalał. Zabiły go brawura i mały korzeń – nie grubszy od mojego kciuka.
Mogłam teraz podnieść ten korzeń i się w niego wgryźć – i też padłabym trupem. Ta myśl wywołała we mnie dziwne mdłości, jakbym patrzyła w dół z bardzo wysokiego miejsca.
Wszystko stało się tak szybko. Dwie godziny! Wydawało się aż nie na miejscu, że coś tak wielkiego i nieodwołalnego jak śmierć może zdarzyć się tak szybko. Słońce nawet nie zdążyło zajść. Anthony umarł w biały dzień i nikt nie mógł powiedzieć: „Poczekaj, stop, tak nie powinno być ani tego zmienić.
Ale kiedy w zeszłym roku koń zrzucił chłopca stajennego w taki sposób, że ten uderzył głową o kamienie i umarł, trwało to mniej niż minutę. Dwie godziny to znacznie, znacznie dłużej.
Dwie godziny powinny wystarczyć, by coś zrobić.
Oparłam brodę na pięści, podczas gdy mój umysł krążył wokół tych dwóch godzin. Ciotka próbowała sprowokować wymioty u Anthony’ego, ale było już za późno. Wlewano mu do gardła różne lekarstwa i wcierano olej pod nos, próbując powstrzymać rozpełzającą się po organizmie truciznę, ale nic nie pomagało. W końcu modlono się rozpaczliwie do Świętego Żmija, lecz zdawało się, że nawet Święty nie zdoła tu pomóc.
– Nie ma żadnej odtrutki – powiedział cicho jeden ze służących do drugiego, nie wiedząc, że słucha go mała dziewczynka. – Biedny chłopak. Na szalej nie ma lekarstwa. Lepiej pozwolić mu odejść w spokoju.
Przysiadłam obok korzenia silniejszego niż Święty i rozmyślałam. Nad głową miałam doskonale niebieskie niebo, w trawie szeleścił wiatr, a sieweczka nawoływała, płacząc nad swoim niezłamanym skrzydłem. Rejestrowałam to wszystko mimochodem, lecz wciąż powracało jedno proste pytanie.
Dlaczego nie ma lekarstwa?
Byłam dzieckiem z dziecięcą zdolnością skupienia. Wielu dorosłych uważa, że jest ona nie większa niż u motyla. Że dziecięcy umysł przeskakuje z myśli na myśl – ale zapomnieli, że bywa on też ostry i celny jak sztylet. Byłam teraz w pełni skupiona.
Ofiarą, którą wzięłam za cel tego mojego umysłowego sztyletu, była zielarka przygotowująca napoje i nalewki dla majątku. Weszłam do pracowni, wypełnionej bogactwem zapachów, raz ostrych, raz słodkich, a raz gryzących, podeszłam do zielarki i zapytałam bez wstępu:
– Dlaczego nie ma lekarstwa na zatrucie szalejem?
Zielarka dobrze radziła sobie z ziołami, gorzej z ludźmi, a już szczególnie z dziećmi. Była tak niezręczna w kontaktach z nimi, że nie odpowiedziała opowieścią, która uporządkowałaby mój świat, tak jak zrobiłaby to moja piastunka, ani przypowieścią oddającą sprawę w ręce Świętych, jak uczyniłby to rodzinny kapłan. Zamiast tego powiedziała mi czystą prawdę.
– Nie wiem.
Zmrużyłam oczy. Dorosły przyznający, że czegoś nie wie, był czymś nowym i niepokojącym.
– Powinno być lekarstwo – stwierdziłam.
– Może i jest – przyznała zielarka, odsuwając się nieco – ale nikt nie wie jakie.
To otwierało nowe możliwości, ale żadna z nich mi się nie podobała. Jeśli rzeczywiście istniało lekarstwo, to Anthony zmarł z powodu ludzkiej ignorancji. Wyczerpana młoda kobieta, która próbowała uczyć mnie i moje siostry języków oraz etykiety, bardzo lubiła słowo „ignorancja” i używała go często.
Stałam w ciszy pracowni i myślałam. Zielarka, rzucając mi ukradkowe spojrzenia, wróciła do ucierania suszonego ogórecznika w moździerzu. Cichy chrzęst wypełniał pomieszczenie, podczas gdy ja rozważałam konsekwencje ignorancji.
Niektóre trucizny miały lekarstwa… Nie, błąd. Niektóre trucizny miały lekarstwa, o których istnieniu ludzie wiedzieli. Widziałam na ulicach miasta sprzedawców zachwalających takie środki, obiecujących antidota na arszenik, na ukąszenia wściekłych psów i na nadużywanie ołowiu, cokolwiek to znaczyło. Ale na szalej nie.
– Ile trucizn nie ma lekarstwa? – zapytałam, tak gwałtownie, że zielarka aż upuściła tłuczek.
– Na Świętych! – wykrzyknęła, klękając, by podnieść krnąbrne narzędzie, które oczywiście potoczyło się pod stół. – Nie wiem – powtórzyła. – Mnóstwo, jak sądzę. Chrząszczopar. Wywar z laurowiśni. Zimowit jesienny. Destylat cy-klamenu…
Szurała ręką, próbując dosięgnąć tłuczka, jednak poturlał się zbyt daleko.
– Ja go wyciągnę.
Położyłam się płasko, wsunęłam do połowy pod stół i wyłoniłam się z tłuczkiem, który podałam zielarce. Wytarła go o spódnicę i wróciła do pracy.
– Czy te inne trucizny też mogłyby mieć lekarstwa? – zapytałam. – Tylko nikt nie wie jakie?
– Bardzo możliwe – potwierdziła zielarka, najwyraźniej zastanawiając się, kiedy to niepokojące dziecko wreszcie sobie pójdzie.
Skrzyżowałam ramiona na piersi.
– Jak więc znaleziono lekarstwa, które już znamy?
Zielarka przetarła twarz dłonią i znów powiedziała praw-dę, którą wielu dorosłych nie odważyłoby się podzielić z dzieckiem.
– W dawnych czasach truto więźniów, a potem podawano im antidotum. Jeżeli więzień przeżył, wiedziano, że to lekarstwo. Jeżeli umarł, wiedziano, że jeszcze się nie udało.
Jeśli liczyła, że ta makabryczna informacja mnie przepłoszy, zawiodła się. Uniosłam głowę jak koń bojowy na dźwięk bitewnego rogu.
– Naprawdę? – wyszeptałam, przerażona i zafascynowana, wyobrażając sobie otrutych więźniów, żywiących rozpaczliwą nadzieję, że to właśnie oni otrzymają skuteczną odtrutkę.
– Teraz już tak nie robią – dodała pośpiesznie zielarka, zapewne obawiając się tego, jaki pomysł właśnie zaszczepiła mi w głowie. – To było bardzo dawno temu.
– A co robią teraz?
– Eee… głównie testują na psach. A czasem na gołębiach czy królikach.
Jęknęłam. Lubiłam psy i wspomniana wizja wydała mi się o wiele bardziej realna i bliska niż jacyś więźniowie z przeszłości, którzy i tak dawno by już nie żyli.
– W każdym razie – powiedziała zielarka, rozpaczliwie próbując odzyskać kontrolę nad rozmową – lekarze znają dziś różne lekarstwa. Ale trucizn jest wiele, więc lepiej uważaj, co jesz. Nie tak jak biedny Anthony.
Wbiła spojrzenie w blat stołu przed sobą. Przypuszczam, że kiedy w końcu podniosła wzrok, odczuła ogromną ulgę, gdyż córka kupca i jej pytania zniknęły.
Wróciłam do miasta wraz z siostrami, gdy tylko uznano to za bezpieczne, zostawiając za sobą drzewa oliwne, szalej i pogrążoną w żałobie ciotkę. Ja, której nigdy wcześniej specjalnie nie interesowały lekcje ani nauczyciele, weszłam do biblioteki, przesunęłam palcami po tłoczonych grzbietach ksiąg, po czym zdjęłam jedną z półki i zaczęłam czytać.
Przez dwa dni nikt mi nie przeszkadzał, a potem usłyszałam czyjeś kroki i podniosłam wzrok. Na progu biblioteki stał mój nauczyciel.
– Anja? Co ty tu robisz? Jest późno… – Urwał, spoglądając na stosy otwartych książek leżących wokół mnie w chwiejnych stosach, co dość jasno wskazywało, co robię.
Nazywał się Scand i jak większość nauczycieli był uczonym potrzebującym pieniędzy na własne badania. To dlatego zgodził się uczyć cudze dzieci języków, historii naturalnej i podstaw klasycznego wykształcenia. Wiedziałam, że był starym przyjacielem mojego ojca, ale nigdy nie poświęcałam mu większej uwagi. Był przeciętnym nauczycielem, a jego wychowankowie przeciętnymi uczniami. Podejrzewam, że z nas wszystkich to właśnie po mnie najmniej się spodziewał, że mogę wyłamać się z tej zasady.
A mimo to zobaczył mnie siedzącą pośród otwartych ksiąg i od razu wiedział, na co patrzy – na kogoś, kto przekopuje się przez każdy tom, jaki wpadnie mu w ręce, próbując znaleźć konkretną informację, która musi być gdzieś zapisana, tylko trzeba ją odnaleźć.
Podniosłam wzrok na Scanda i nie zobaczyłam już przeciętnego nauczyciela – zobaczyłam dorosłego, który często wiedział rzeczy, jakich ja jeszcze nie wiedziałam.
– Anthony zmarł po zjedzeniu szaleju. Musi istnieć na to jakieś lekarstwo. Jak mam je znaleźć?
Było późno i właściwie powinien kazać mi iść do łóżka. Kobieta, która uczyła nas dobrych manier i etykiety, wpadłaby w przerażenie na widok książek, które czytałam. Podręczniki medyczne z rysunkami anatomicznymi nie były uznawane za odpowiednie dla jedenastolatek, a pewnie nie miałoby dla niej znaczenia, że mniej interesowały mnie strony z genitaliami, a bardziej układ trawienny. (Zresztą razem z siostrami odkryłyśmy te rysunki już lata wcześniej i wtedy chichotałyśmy nad nimi do woli).
Scand jednak tylko przysunął sobie krzesło i powiedział:
– Co udało ci się dotąd znaleźć?
– Niczego nie mogę znaleźć – stwierdziłam ponuro. – A przecież musi istnieć lekarstwo. Na wszystko jest jakieś lekarstwo. Dlaczego nikt go nie szuka? – Uderzyłam dłonią w stół, co chyba bardziej przestraszyło mnie niż jego. Byłam otumaniona frustracją. To był problem, który dało się rozwiązać, a jego rozwiązanie uczyniłoby świat lepszym… więc dlaczego wciąż nie był rozwiązany? – Dlaczego wszyscygo nie szukają?
– Może ktoś szuka – stwierdził Scand. – Albo zaczął, tylko się rozproszył, próbując znaleźć lekarstwo jednocześnie na zatrucie rtęcią, ołowiem i jeszcze ukąszenia skorpionów. Albo szuka, ale wciąż nie znalazł odpowiedzi. Nie da się wymusić przełomu w medycynie.
Mówił do mnie jak do dorosłej, więc postanowiłam nie wybuchać płaczem, choć bardzo miałam na to ochotę. Naprawdę bardzo chciałam wymusić taki przełom. To było niesprawiedliwe, że mały biały korzonek może położyć kres czyjemuś życiu w tak nieodwołalny sposób. Miałam jedenaście lat i wciąż wierzyłam w jakąś podstawową sprawiedliwość świata. Wydawało mi się, że powinnam móc zwrócić uwagę jakiegoś Świętego, uczonego, lekarza czy kapłana na problem szaleju, a oni zgodziliby się, że to straszne przeoczenie, i naprawiliby je.
– Większość z tych książek nawet nie wspomina o szaleju – powiedziałam. – Całe rozdziały poświęcają arsenowi, a potem jakby mimochodem wspominają o „różnych niezdrowych ziołach”. Żadna nawet nie wyjaśnia, jak właściwie działa szalej.
– W takim razie będziemy musieli znaleźć inne książki – stwierdził Scand.
To zdanie wypełniło mi pierś ciepłem, którego nie czułam od śmierci Anthony’ego.
– Tutaj znalazłam pewną rzecz – oznajmiłam. Przyciągnęłam do siebie jedną z ksiąg i przesunęłam palcem po fragmencie, który mogłam już niemal recytować z pamięci. – „Albowiem jak Klucz pasuje do Zamka, gdyż Zamek jest jego lustrzanym odbiciem, tak i Antidotum pasuje do Trucizny jako jej własne odbicie. Szukaj więc zwierciadła Trucizny, a odblokujesz Lekarstwo, które do niego pasuje”. – Rozłożyłam ręce nad stertami ksiąg. – To ma sens. Ale jak znaleźć takie lustrzane odbicie? Co jest przeciwieństwem szaleju?
Mój nauczyciel wzruszył ramionami.
– Nie wiem – odparł. – Ale pomogę ci szukać.
Miałam ogromne szczęście, że trafił mi się Scand, choć w tamtej chwili nie zdawałam sobie z tego sprawy. Z właściwą młodości i bogactwu egocentrycznością nigdy się nie zastanawiałam, czy to coś niezwykłego, że nauczyciel poświęca dziesiątki godzin tygodniowo, pomagając swojej uczennicy zgłębiać wiedzę o truciznach. Po prostu uznałam, że to część jego obowiązków. Kiedy wiele lat później uświadomiłam sobie, jak nietypowa była to sytuacja – głównie słuchając kuzynów narzekających na swoich nauczycieli – zrobiło mi się wstyd, że tak długo tego nie rozumiałam.
Gdy zapytałam go o to po latach, roześmiał się.
– Nudziłem się – stwierdził. – Nie mogłem już prowadzić własnych badań i czułem się zagubiony, nie mając nic, czym mógłbym się zająć. A potem pojawiłaś się ty, w tej bibliotece, skulona nad księgą większą od siebie. To mnie zaciekawiło. Od dawna żadne pytanie mnie nie zainteresowało.
Niezależnie od powodów – pomógł mi. Nie wskazał właściwego kierunku, lecz po prostu był obok. Gdy odkrywasz coś nowego, coś niezwykłego, ogarnia cię szalona, dzika radość. Jeśli próbujesz się nią z kimś podzielić, a ten ktoś patrzy na ciebie z obojętnością, jest to miażdżące. Ale jeśli masz obok kogoś, kto powie: „Naprawdę?!” i podzieli twój entuzjazm… to potrafi podtrzymać twoją determinację przez bardzo długi czas. Choć pasją Scanda była optyka – światło i załamanie promieni – miał w sobie naukową radość odkrywania i dzielił się nią ze mną bez wahania.
Scand wspierał też moją sprawę, na ile się dało, wobec oporu mojej rodziny. Dzięki temu pozwolono mi kontynuować badania.
Przypadkiem usłyszałam kiedyś jego rozmowę z moim ojcem…
Właściwie nie. Bezwstydnie podsłuchałam jego rozmowę z ojcem. Przygotował listę książek, których brakowało w naszej bibliotece, a które mogłyby pomóc w badaniach nad antidotami, i poszedł do ojca zapytać, czy mógłby je kupić. Wymknęłam się za nim i stanęłam pod drzwiami gabinetu ojca, modląc się, żeby żaden ze służących nie przechodził akurat korytarzem i nie zobaczył mnie z uchem przyciśniętym do drzwi.
– Martwi się po śmierci kuzyna, tak? – zapytał ojciec. Prawie słyszałam, jak unosi brew.
– Myślę, że chodzi o coś więcej – odparł Scand. – Anja chce wiedzieć. Na niczym nie zależy jej tak, jak na znalezieniu odpowiedzi.
– Mimo wszystko. Wszystkie te traktaty o truciznach… – Ojciec westchnął. – Trochę to makabryczne jak na młodą dziewczynę, nie sądzisz?
Chciałam wpaść do środka i zaprotestować, że to wcale nie jest makabryczne – to wręcz przeciwieństwo makabryczności, bo przecież chodzi o medycynę i ratowanie życia. Ugryzłam się mocno w język i czekałam na odpowiedź Scanda.
– Nie potrafię tego ocenić – odparł spokojniej, niż ja się czułam – ale jako jej nauczyciel mogę stwierdzić, że jej czytanie poprawiło się bardziej w ciągu miesiąca niż przez trzy lata mojej pracy z nią. A połowa książek jest w tohalijskim. Ona je czyta ze słownikiem w ręku.
Co było prawdą, przynajmniej jeśli chodzi o czytanie. Mój codzienny tohalijski wciąż był beznadziejny, choć potrafiłam już całkiem dobrze rozmawiać w tym języku o skutkach zatrucia arsenem. Kucharz, który pochodził z Tohalu i zwykle pomagał mi ćwiczyć język, zakazał wszelkich takich rozmów w kuchni w dniu, w którym nauczyłam się odmieniać czasownik „wymiotować”.
– Cóż – powiedział ojciec. – Skoro ją to tak zajmuje, niech tak będzie. Pewnie wkrótce i tak się tym znudzi.
Mój ojciec był utalentowanym kupcem, ale marnym prorokiem. Moje zainteresowanie nie osłabło z biegiem czasu, lecz tylko się pogłębiło i wzrosło. Na dwunaste urodziny zamiast kucyka poprosiłam o sześciotomową Materia Botanica.
– Za tę cenę mógłbym kupić trzy albo cztery kuce – mruknął ojciec, ale mimo to kupił mi te książki, a ja zatraciłam się w setkach rysunków ziół, każdy z pieczołowicie ręcznie barwionymi iluminacjami. Większość z tych roślin nawet nie występowała na pustyni, ale i tak je zapamiętałam. Mój umysł wypełnił się liśćmi i korzeniami oraz objawami zatrucia, choć większość z nich kończyła się tak samo.
Tojad: wymioty, pieczenie, pot, splątanie i wreszcie śmierć…
Pokrzyk wilcza jagoda: zamglone widzenie, szkarłatna wysypka, majaczenie, drgawki, śmierć…
Naparstnica: splątanie, wymioty, nieregularne bicie serca, trudności w oddychaniu, śmierć…
Ciemiernik: zawroty głowy, pragnienie, obrzęk języka, zapaść, śmierć…
Okazało się, że dorośli, którzy byli skłonni cierpliwie wysłuchiwać dziecięcego szczebiotu o szczeniakach, kociętach, kucykach i przyjęciach, niepokoili się nieco, gdy mała dziewczynka rozpoczynała wykład z toksykologii. Ojciec zaczął odsyłać mnie z domu, kiedy przychodzili nowi partnerzy handlowi.
Mimo to wciąż nie znalazłam lekarstwa na zatrucie sza-lejem.
– To mnie doprowadza do irytacji – powiedziałam. Obok „ignorancji”, „irytacja” była kolejnym z ulubionych określeń mojej nauczycielki etykiety. – Minęły trzy miesiące, a my nadal nie wiemy, co jest przeciwieństwem szaleju. Właściwie to chyba jestem jeszcze bardziej zdezorientowana niż na początku!
– Czasem tak bywa – stwierdził łagodnie Scand, wsuwając zakładkę do leżącego przed nim tomu. – Nauka po prostu uświadamia ci, jak wiele jeszcze pozostaje do nauczenia.
Jęknęłam i przerzuciłam nogi przez podłokietnik fotela, zsuwając się tak, że głowa spoczęła na przeciwległym. Patrzyłam w okorowane belki pod sufitem, jakby odpowiedzi na moje pytania były zapisane w lekko wygładzonym drewnie.
– Szalej jest zielony – powiedziałam. – Przeciwieństwem zieleni jest czerwień. Korzeń jest trujący, a przeciwieństwem korzeni są pewnie kwiaty? Tylko że korzeń jest raczej białawy, więc przeciwieństwem mogłaby być czerń. A cała roślina jest warzywem, więc przeciwieństwem byłoby zwierzę… chyba że jakiś minerał. Ma zimny, wilgotny aspekt humoru flegmatycznego i dlatego jest związany ze Świętym Pstrągiem. Więc szukam czerwonego albo czarnego kwiatu… albo minerału lub zwierzęcia… o gorącym, suchym aspekcie humoru cholerycznego, który byłby związany ze Świętą* Jaszczurką albo Świętym Żmijem. Ale to może oznaczać wszystko, od knifofii ogrodowej, przez węgiel drzewny, aż po… nie wiem, jakiegoś gada. Są jakieś czerwono-czarne jaszczurki, prawda?
– Są – zgodził się Scand.
– Napar z knifofii jest dobry na chore oczy – powiedziałam – ale kiedy już człowiek się najadł szaleju, to raczej się nie martwi o wzrok. Węgiel drzewny pomaga przy niektórych truciznach, ale nie przy tej. – Popatrzyłam ponuro w sufit. – Nie wiem, co z jaszczurką.
– Jeśli dobrze pamiętam, fragment, który znalazłaś, wspominał też o „lustrzanym odbiciu”, czyż nie?
– O tym też pomyślałam – przyznałam. – Ale jeśli przyłożę lustro do korzenia szaleju, to nie ma znaczenia, czy odbicie byłoby odtrutką, bo nie mam sposobu, żeby wyciągnąć je z lustra.
Scand milczał tak długo, że aż usiadłam prosto.
– O co chodzi?
– O nic – powiedział. – Kiedyś pomyślałem… ale to było dawno temu. – Pośpiesznie spróbował mnie rozproszyć, co nie było szczególnie trudne. – Może podchodzimy do tego w niewłaściwy sposób. Może odtrutka wcale nie jest prze-ciwieństwem.
– Ale w tamtej książce było napisane, że jest.
– A kto napisał książkę?
– Została przetłumaczona z dzieła Harkeliona Medyka.
Scand odchylił się na krześle i złożył palce w wieżyczkę.
– A co, jeśli się mylił?
Spojrzałam na niego z przerażeniem.
– Co? Ale on jest… był jednym z klasycznych uczonych! Wiesz? Napisał połowę książek o medycynie!
– To nie znaczy, że miał rację – stwierdził Scand.
– Ale lekarze wciąż korzystają z jego książek! – Stuknęłam w okładkę leżącej obok mnie księgi. – Cytują go bez przerwy!
Praktycznie każda książka, którą czytałam, miała przynajmniej motto przypisane Harkelionowi, a większość powoływała się na niego znacznie częściej.
– Jestem tego pewien – odparł Scand. – Ale to nadal nie znaczy, że miał rację. To tylko znaczy, że wszyscy nauczyli się powtarzać jego błędy.
Poczułam się, jakby wyłamał jedną z nóg fotela, na którym siedziałam. Jakby wszystko zaczęło się chwiać.
– Ale on żył w starożytności! Ludzie byli wtedy bardziej światli… wiedzieli rzeczy, o których my zapomnieliśmy…
– Pod pewnymi względami tak – potwierdził. – Ale to, że ktoś żył tysiąc lat temu, nie czyni go nieomylnym.
Ukryłam twarz w dłoniach.
– Ale wszyscy mówią, że byli tacy mądrzy.
– Niektórzy byli – powiedział łagodnie Scand. – I dlatego wracamy do tylu ich manuskryptów. Ale nadal byli tylko ludźmi, tak jak ty i ja. Gdyby ktoś znalazł twoje notatki za tysiąc lat, czy to uczyniłoby cię nieomylną?
Spojrzałam na niego spode łba przez rozchylone palce.
– Ale to ty uczyłeś nas klasyków! Kazałeś mi przeczytać cały ten esej o geometrii!
Scand roześmiał się, co wcale mnie nie uspokoiło.
– Gdybyś zainteresowała się geometrią, to byłaby to bardzo użyteczna podstawa. Ale to nie znaczy, że wszyscy klasyczni uczeni mieli rację we wszystkim, co napisali. Niektórzy mylili się w sposób wręcz rażący. Wydaje mi się, że to Marthian zalecał rozcięcie gołębia i położenie go na czole osoby z gorączką, aby wyciągnąć z niej chorobę.
– Fuj. – Pomyślałam o mojej ostatniej gorączce i o tym, jaka byłam spocona i nieszczęśliwa, a potem spróbowałam wyobrazić sobie, o ile gorzej by było, gdyby na moim czole leżał wypatroszony gołąb.
– Właśnie. Odrzucamy pisma, które się u nas nie sprawdzają, a zachowujemy te, które się sprawdzają. – Scand pokręcił głową z lekkim rozbawieniem. – Jeden z moich nauczycieli odbył ze mną dokładnie taką samą rozmowę, kiedy studiowałem. Ale miałem wtedy dziewiętnaście lat, więc radzisz sobie lepiej niż ja.
To nie było zbyt pocieszające.
– Ale jeśli Harkelion się mylił, to wracamy do punktu wyjścia – zauważyłam, wskazując na książki, które tak starannie przejrzałam, i stosy notatek zapisanych moim drobnym, nieczytelnym pismem. Bolały mnie dłonie od pisania tych wszystkich notatek i dwa razy skaleczyłam się przy ostrzeniu piór. – I to wszystko pójdzie na marne.
– Wcale nie. Nauczyłaś się bardzo wiele. Znasz dokładny wpływ szaleju na organizm. Znasz tuzin powszechnych antidotów i wiesz, dlaczego żadne z nich nie działa na szalej, choć jednocześnie mogą działać na inne trucizny. I przeczytałaś Materia Botanica. Dwa razy. Prawdopodobnie wiesz o zatruciach więcej niż większość lekarzy. Nie musisz tego powtarzać. – Uniósł kącik ust w uśmiechu. – Tak to już jest z nauką. Możesz ją sobie zatrzymać.
– Wolałabym znaleźć odpowiedź – mruknęłam.
– Może znajdziesz odpowiedź na inne pytanie. Jeśli nigdy nie znajdziesz odtrutki na szalej, ale za to odkryjesz ją dla… och… powiedzmy, zimowita… czy nadal uznałabyś swój czas za zmarnowany?
Zastanawiałam się nad tym przez kilka minut. Zimowit to nasz jesienny krokus, który jest piękny i rośnie w wielu ogrodach. Co jakiś czas komuś przychodzi do głowy, by go zjeść. Umiera się po nim nawet przez tydzień i jest to dużo bardziej bolesne niż po szaleju.
– To byłoby całkiem pożyteczne – przyznałam niechętnie. – Ale wolałabym znaleźć odtrutkę na oba. A poza tym… – Stuknęłam znowu w książkę. – Jeśli Harkelion się mylił, to nie wiem, jak zabrać się za znalezienie antidotum na cokolwiek.
Według zielarki prawdopodobnie musiałabym otruć jakieś psy albo więźniów, a miałam moralne opory wobec jednego i drugiego. Do tego miałam dwanaście lat i raczej nie wpuszczono by mnie do pałacowych lochów w celach naukowych.
Scand wyciągnął rękę i przesunął nieszczęsną książkę na swoją stronę biurka.
– Nawet jeśli miał rację, tutaj mamy tłumaczenie. A ono nie zawsze jest precyzyjne. Możliwe, że ktoś użył niewłaściwego słowa i sprowadził nas na zły trop.
Zmarszczyłam brwi.
– Więc co z tym zrobimy?
– Cóż – zaczął Scand. – Mogłabyś nauczyć się martwego języka…
Wydałam z siebie jęk rozpaczy.
– …albo mogę przetłumaczyć to dla ciebie, jeśli znajdziemy coś bliższego oryginałowi.
Gapiłam się przez chwilę na książkę. Potem w sufit. Cichy głosik szeptał mi, że mogę po prostu się poddać. Zaszłam tak daleko, jak mogłam, i rzeczywiście wiele się nauczyłam. Jak powiedział Scand – wiedza ze mną zostanie. Mogłam przyznać się do porażki i odłożyć książki na bok.
Gdyby istniała odpowiedź, ktoś już dawno by ją znalazł. Harkelion żył tysiąc lat temu. Wciąż można było zobaczyć ruiny miasta, w którym mieszkał – wyblakły kamień i zawalone mury. Gdyby został po prostu źle przetłumaczony, ktoś odkryłby to w ciągu stuleci, w czasie których te mury się rozsypywały.
To było niedorzeczne – pomyśleć, że dwunastoletnia dziewczynka mogłaby znaleźć odpowiedź, którą lekarze przeoczali przez tysiąc lat.
Za oczami czułam gorące, pulsujące napięcie, jak przy powstrzymywanych łzach.
– Nigdy jej nie znajdę, prawda? – powiedziałam na głos. – To bez sensu.
– Nie – odrzekł Scand.
Przestałam wpatrywać się w sufit i spojrzałam na niego, bo nie brzmiał jak zwykle. Gdzieś zniknęły jego spokój i opanowanie. Głos brzmiał teraz szorstko i gniewnie, tak jak ja się czułam.
– Anju, może pewnego dnia znajdziesz lekarstwo na szalej, a może nie, ale obiecuję ci, że jeśli będziesz dalej się uczyć, to coś odkryjesz na pewno. Coś, co sprawi, że cała twoja praca będzie tego warta.
– Mam dwanaście lat – przypomniałam mu bardzo cicho.
– Więc wcześnie zaczęłaś.
Wyciągnął rękę i uścisnął moją dłoń. Zaskoczył mnie tym. O ile mogłam stwierdzić, Scand nigdy nikogo nie dotykał. Miał suche, ciepłe palce, a uścisk mocny, jakbym ześlizgnęła się z krawędzi klifu, a on właśnie wciągał mnie z powrotem.
– Jeśli będziesz dalej zadawać pytania, znajdziesz odpowiedzi. Obiecuję ci to.
Zajęło mi to ponad dwadzieścia lat, ale w końcu udowodniłam, że miał rację.
* W oryginale niektórzy Święci byli innej płci niż w tłumaczeniu. Decyzją autorki i w porozumieniu z nią płeć większości Świętych została uzgodniona z polskim rodzajem gramatycznym reprezentowanych przez nie zwierząt, gdyż nie ma to wpływu na fabułę. (O ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy w tekście pochodzą od tłumaczki).
– Oczywiście, że słyszałaś plotki o śmierci jego żony – powiedziała moja siostra Isobel, wyraźnie zirytowana. – Sama ci o nich mówiłam.
– Co? Nie. – Przerwałam upychanie słomy wokół mojego sprzętu do destylacji i się wyprostowałam. Dolny odcinek pleców nie doceniał kąta, pod jakim się pochylałam, i dał mi to odczuć. Pomasowałam go, ale niewiele to pomogło. – Naprawdę mówiłaś?
– Tak – potwierdziła Isobel. – Mówiłam. Stałam tutaj, a ty stałaś tam… – Machnęła ręką gdzieś w kierunku stołu roboczego. – Wtedy ty powiedziałaś: „Och, hmm, interesujące”. Zapytałam, czy myślisz, że to prawda, a ty powiedziałaś, że nie masz pojęcia, i wtedy coś się zapaliło.
– Aaa, to było wtedy – stwierdziłam z ulgą. – Tak, już pamiętam. I to był tylko mały pożar.
– Ale zapomniałaś o żonie króla.
– …aż taki mały ten pożar jednak nie był.
Isobel przewróciła oczami. Obie jesteśmy podobne do ojca, ciemnowłose i ciemnookie, ale Isobel jest jego mniejszą wersją – ani absurdalnie wysoka, ani przesadnie postawna. Ja natomiast jestem dokładną kobiecą kopią ojca: szerokie ramiona, beczkowaty brzuch, uda jak kolumny, potężne mięśnie hojnie obłożone tłuszczem. Wysoki wzrost ma swoje zalety, zwłaszcza kiedy przychodzi do sięgania po coś z górnych półek, ale obok siostry często czułam się jak wół wodny.
– Ale… król! Pomyśl tylko! – Rozłożyła szeroko ramiona. – Może jeśli wyleczysz jego córkę, zakocha się w tobie do szaleństwa, ożeni się z tobą i uczyni cię królową!
– Biorąc pod uwagę los dwóch poprzednich królowych, nie jestem pewna, czy byłabym zainteresowana.
– Och, daj spokój. Nie możesz liczyć królowej Maevis… ona zmarła na purpurową gorączkę.
– Też wolałabym na to nie umrzeć, skoro już pytasz.
Zamknęłam wieko kufra i zaciągnęłam pasy, by nie otworzył się po drodze. Nie żywiłam wielkich nadziei, że mój sprzęt do destylacji dotrze w tylu częściach, w ilu wyjechał, ale i tak zamierzałam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby przetrwał podróż. Może król miał dostęp do wozów, które nie grzechotały zawartością jak kośćmi zmarłych.
Isobel wyprostowała się nagle, jakby olśniona.
– Czekaj, a co ty na siebie włożysz?
– Planowałam włożyć ubranie, ale jestem otwarta na sugestie.
Moja siostra jęknęła.
– Nie, nie. Ty nie masz żadnych ubrań. Takich, które możesz nosić publicznie.
– Widział mnie już w mojej najgorszej sukni. Nie sądzę, żeby go to obchodziło.
– Jego może nie, ale wszystkich innych tak.
Westchnęłam.
– Mam całkiem przyzwoitą garderobę. Wychodzę w niej do ludzi przez cały czas.
– Tak, ale wyglądasz przy tym jak zakonnica.
– Isobel, jadę spróbować wyleczyć córkę króla. Jeśli mi się uda, nikogo nie będzie obchodziło, co mam na sobie.
Niespodziewanie spoważniała.
– Zdajesz sobie sprawę, że połowa arystokracji nie będzie dbała o to, czy ci się udało, jeśli w chwili sukcesu będziesz miała na sobie niewłaściwą rzecz.
– To nieprawda – stwierdziłam bardziej dlatego, że nie chciałam, by była to prawda, niż dlatego, że Isobel faktycznie się myliła. Zatrzasnęłam kolejny kufer. – Poza tym, nie ma znaczenia, co onisobie pomyślą. Liczy się tylko król.
– Możni najchętniej kupują towary ojca – zauważyła Isobel.
To niestety również było prawdą. Jeśli poniosę porażkę, stracimy kupców. Być może nawet wielu. Sponsorzy przyszłych projektów się wycofają… a bez sponsorów i tak nie będzie niczego do sprzedania.
Moje siostry również nie wyszłyby z tego bez szwanku. Isobel była żoną mężczyzny, który zainwestował znaczne sumy w interes swojego teścia, a choć mąż Catherine służył w wojsku, kto mógł przewidzieć, jakie awanse przypadną innym, mniej zasłużonym wojskowym, jeśli jego rodzina popadnie w niełaskę?
Oparłam ramiona o wieko kufra i wpatrywałam się w nie, choć tak naprawdę wcale go nie widziałam. Widziałam moje siostry i ich rodziny, siostrzenice i siostrzeńców oraz ojca, który nie był już młody.
A za nimi innych, pozbawionych twarzy. Tych, których jeszcze nie znałam. Tych, których czasem potrafiłam ocalić… ale nie, jeśli byłam trzy dni drogi stąd.
– Przepraszam – powiedziałam. Krawędzie rattanowego kufra wbijały mi się w palce, odciskając na skórze pofalowane wzorki. – Nigdy nie chciałam, żeby doszło do czegoś takiego.
W ciszy, która zapadła, usłyszałam szelest spódnic Isobel, gdy wstała. Potem objęła mnie ramionami i powiedziała:
– Kochanie. Nikt nie mógł tego przewidzieć. Nawet ty.
Wydałam z siebie zdławiony dźwięk, który mógł być śmiechem albo szlochem. Sama nie potrafiłam rozróżnić i bałam się sprawdzić.
– Nie – potwierdziłam, prostując się. – Nie, chyba nikt nie mógł.
– Poza tym – powiedziała Isobel – żal mi tej dziewczynki. A tobie nie? Straciła siostrę i matkę w taki sposób, a do tego sama została otruta.
– Zakładając, że to w ogóle trucizna. – Westchnęłam. Oczywiście, że czułam ukłucie współczucia. Nie byłam potworem. Ale córkę króla wspiera całe królestwo, a niektórzy z tych, którym japróbuję pomóc, nie mogą liczyć nawet na siebie… – Nie wiem, jak długo mnie nie będzie – dodałam.
– Tyle, ile trzeba – orzekła Isobel. – Może wejdziesz, od razu rozpoznasz problem i wrócisz do domu w ciągu tygodnia.
– Twoja wiara we mnie jest wzruszająca. Bardziej prawdopodobne, że ugrzęznę tam na całe miesiące. A co mam powiedzieć królowi, jeśli nie zdołam tego rozgryźć? „Przykro mi, utknęłam w martwym punkcie, czy mogę już wrócić do domu?”
– Zawsze mówisz, że to pewnie nie trucizna. Po prostu jemu też to powiedz.
Isobel wysłuchała wielu moich wykładów o tym, jak rzadko ludzie są faktycznie celowo truci, i ucieszyło mnie, że najwyraźniej zapamiętała przynajmniej jeden z nich.
– Próbowałam – oznajmiłam. – Ale rodzina królewska jest… inna.
To spore niedopowiedzenie. Kiedy miałam sześć lat, naszym królem został człowiek zwany Bastianem Demonem. Nie był to tytuł nadany z sympatii. Władca był potężny, brutalny i paranoiczny, przekonany, że jego dworzanie są częścią wielkiego spisku, którego celem jest jego otrucie. Nikt, od najniższego sługi po najwyżej postawionego możnego, nie był bezpieczny. Ci, którzy go otaczali, mówili, że Bastian potrafił być spokojny, wręcz czarujący przez kilka dni, a potem nagle, niemal w pół zdania się zmieniał i rzucał na kogoś z wściekłością. Królewska straż pojawiała się nocą pod czyimiś drzwiami i zabierała domowników pod zarzutem udziału w wyimaginowanych spiskach. Plotka głosiła, że kiedyś podczas królewskiej uczty król dźgnął własnego degustatora, wtoczył jego ciało na stół i zjadł resztę dań z pleców trupa.
Ale Anju, zapytasz mnie, dlaczego możni po prostu nie obalili Demona? Dobre pytanie. Sądzę, że nikt nie chciał być pierwszym, który wystąpi z szeregu, bo jeśli nikt za takim nie podąży, ten jest już martwy. Monarchia, jak napisał starożytny filozof Margay Młodszy, to okropna forma rządów, ale przynajmniej zawsze jest kogo obwiniać.
Król – nasz obecny król, ten, który pojawił się w mojej pracowni dwa dni temu – był bratankiem Demona. Trzymano go w pałacu jako coś pomiędzy następcą tronu a zakładnikiem, ponieważ Demon nigdy nie mógł się zdecydować, czy jego bratanek też jest zagrożony przez spisek, czy raczej stoi na jego czele.
Bastian zmarł, zanim zdążył wydać ostateczny osąd w tej sprawie, ku uldze wszystkich w królestwie, może z wyjątkiem jego metresy. O ironio, sekcja zwłok wykazała, że istotnie został otruty, co doprowadziło do pytań, na które nikt tak naprawdę nie chciał znać odpowiedzi. Demona pochowano pośpiesznie, jego bratanek objął tron, ludzie przestali znikać i na tym się skończyło.
A teraz, trzydzieści lat później, córka króla mogła podążać tą samą drogą co jej stryj. W każdym razie nie mogłam wykluczyć takiego scenariusza.
– Zrobię, co w mojej mocy. Wiesz, że tak będzie. Ale jeśli lekarze nie potrafili tego rozgryźć, to jakie ja mam szanse? A w tym czasie ilu ludzi tutaj, którym naprawdę mogłabym pomóc, po prostu… – Urwałam. Jeśli nie wypowiem na głos słowa „umrze”, to może do tego nie dojdzie. To było oczywiście całkowicie irracjonalne myślenie i niegodne uczonej, ale i tak nie wypowiedziałam tego słowa.
– Czy jest ktoś inny, do kogo mogliby pójść? – zapytała Isobel.
Mruknęłam coś niewyraźnie. Po dłuższej chwili sprecyzowałam niechętnie:
– Uzdrowiciel Michael powinien poradzić sobie z większością przypadków, jak sądzę. – To było nieuprzejme… nawet jak na mnie. Michaelowi brakowało mojej encyklopedycznej wiedzy o truciznach, ale pod każdym względem był dobrym uzdrowicielem, z którym należało się liczyć. – Poza zatruciem dymem lotosowym. Tym nikt inny się nie zajmie.
Nikt nawet nie spróbuje. Wszyscy wiedzą, że to beznadziejne przypadki… oprócz mnie.
Isobel była na tyle rozsądna, by nic nie mówić. Uścisnęłam jej dłoń. Siedziałyśmy razem w ogołoconej ze sprzętu pracowni, słońce padało na gołe drewno i płytki zamiast na szklane akcesoria. Żmija kurantowa poruszyła się w swojej klatce z cichym dźwiękiem miniaturowych dzwoneczków.
– Dosyć tych ponurych myśli – powiedziała w końcu Isobel, wstając. – Chodźmy do miasta. Znam krawcową, która potrafi zdziałać cuda w półtora dnia.
– No cóż, skoro wygląda na to, że królewski orszak potrzebuje dwa razy tyle czasu, żeby w ogóle wyruszyć… – Odsunęłam się od mojego kufra ze szkłem. – I tak będę się ubierać jak zakonnica. To bezpieczniejsze, niż paradować w sukniach, które albo się zapalą, albo spadną ze mnie w najmniej oczekiwanym momencie.
Było to też bezpieczniejsze, by stara panna – i do tego uczona – wyglądała jak zakonnica. Zakonnic nie zaczepiano, a czasem nawet ich słuchano.
– No doooobrze – powiedziała Isobel, przeciągając ostatnie słowo w udawanej rozpaczy. – Przynajmniej możesz wyglądać jak zakonnica z dobrym gustem. – Złapała mnie pod ramię. – I zabierzemy ze sobą jednego z tych strażników, żeby poniósł pakunki.
Strażnicy nazywali się Aaron i Javier. Aaron był niski i ogorzały, miał kręcone czarne włosy i często się uśmiechał. Javier był wysoki i kościsty, z imponującym orlim nosem i skórą koloru orzechowego drewna.
Zaskoczyła mnie ich obecność, choć zdałam sobie sprawę, że właściwie nie powinna. Skoro król wyraźnie dał do zrozumienia, że nie chce, by ktokolwiek na mnie wpływał, było jasne, że podejmie stosowne kroki, by do tego nie dopuścić. Gdy odszedł, obaj już stali przy drzwiach, zatrzymując każdego, kto się zbliżył, włącznie z chłopcem roznoszącym mleko. Kucharka wciąż pamiętała dawne czasy, kiedy straż królewska pod drzwiami oznaczała, że zaraz zostaniesz stracona za udział w spisku, więc musiałam spędzić dobre dwadzieścia minut, zanim udało mi się ją uspokoić – gospodyni wpadła w histerię i zagroziła, że natychmiast wyprowadzi się na wieś. Robiła to mniej więcej raz w tygodniu, więc w tym przypadku nie byłam jakoś szczególnie zaniepokojona. Przyniosłam jej filiżankę herbaty miętowej i talerz miodowych ciastek i wyjaśniłam, że zostałam wezwana na dwór, więc to ona będzie musiała wszystkim zarządzać do powrotu ojca. Perspektywa bycia niezbędną – i do tego ważniejszą od kucharki – zadziwiająco ją ożywiła.
Strażnicy odprężyli się nieco, gdy stało się jasne, że nasz dom nie jest jakimś szczególnym siedliskiem intryg. Rozległy, gliniany budynek, w którym dorastałam, został lata temu przekazany Isobel i jej rozrastającej się rodzinie, a ojciec i ja przenieśliśmy się do domu odpowiedniejszego dla starszego kupca i uczonej starej panny. Dziedziniec był wąski, ale elegancki, pokoje wysokie i pełne światła, i w żadnym nie przebywała znacząca liczba dworzan zdeterminowanych, by kogokolwiek przekupić.
Musiałam co prawda poręczyć za Isobel, na co strażnicy wymienili znaczące spojrzenie, ale najwyraźniej siostrom wolno było wchodzić i nie uznawano ich automatycznie za wywrotowe działaczki.
Aaron zgodził się towarzyszyć nam w wyprawie do miasta. Był bardziej rozmowny z tej dwójki. (Javier zdawał się komunikować głównie monosylabami albo, kiedy tylko było to możliwe, mruknięciami). Dziwnie było wychodzić z obstawą strażnika, i to nie zwykłego miejskiego, ale prawdziwego, królewskiego, takiego z mieczem i napierśnikiem z wybitym symbolem wschodzącego księżyca. Czułam, że ludzie się na nas gapią, i nie podobało mi się to. Zastanawiałam się, czy myślą, że zostałam aresztowana.
Budynki w naszym mieście – Górze Czterech Świętych, częściej nazywanej po prostu „Czterech Świętych” – są pokryte białym stiukiem. W bogatszych dzielnicach zdobią je dodatkowo dekoracyjne kafle, a w biedniejszych graffiti, ale same mury wszędzie są takie same.
Co kilka metrów w murach osadzone są bramy, a po drugiej ich stronie znajdują się dziedzińce. W ciągu dnia bramy stoją otworem i można zerknąć na to, co jest za nimi. W tej chwili każdy, kto zajrzałby przez bramę prowadzącą do naszego dwupiętrowego domu, zobaczyłby Javiera stojącego na warcie i zapewne zastanawiałby się, co takiego zrobiłyśmy, że ściągnęłyśmy sobie na głowę straż królewską.
Zamożniejsze domostwa mają własne dziedzińce, ale większość dziedzińców w mieście stanowi wspólną przestrzeń dla trzech budynków. To miejsce na wszystko, co może znaleźć się na zewnątrz – sznury do prania, doniczki z roślinami czy większe dziecięce zabawki. (I oczywiście beczki na deszczówkę. Na pustyni każdy ma beczki na deszczówkę). Na naszym dziedzińcu stały donice z cytrusami i ziołami oraz rząd papryczek, których zazdrośnie strzegła kucharka. Przed domem, w którym dorastałam, rosło drzewo figowe, co oznaczało, że gdy owoce dojrzewały, obsiadały je stada gołębi, a ziemia pod drzewem zamieniała się w zdradliwy krajobraz przejrzałych owoców i ptasich odchodów.
Większość Czterech Świętych w taki czy inny sposób bazuje na planie dziedzińca. Domy budowane są wokół dziedzińców, sklepy wokół placów, świątynie wokół krużganków, a całe miasto wokół pałacu, który stoi na wzgórzu i bezlitośnie lśni nad wszystkim i wszystkimi.
Isobel, Aaron i ja ruszyliśmy ulicą, przy której mieszkałyśmy z ojcem, trzymając się muru. Jeden z członków bractwa zamiataczy sunął miotłą po ziemi, próbując zagarnąć blady pył nawiewany z pustyni. W zależności od tego, kogo zapytać, zamiatacze albo nic nie robią, albo bez nich miasto zostałoby zasypane. Sama skłaniam się ku tej drugiej opinii, choćby dlatego, że wiedziałam, ile czasu sama spędzam na wymiataniu pyłu z pracowni.
Było chwilę po południu, gdy wyszliśmy, a niebo nad nami przypominało gładką, niebieską misę. Mury i gliniane budynki za nimi odbijały światło słoneczne tak oślepiająco, że aż oczy bolały od patrzenia. Z ulgą dotarliśmy na plac, przy którym pracowała krawcowa Isobel, i weszliśmy w zacieniony krużganek, który go otaczał. Pnie palo verde o zielonej korze rozsiane były po całym placu i rzucały na ziemię cienie o skomplikowanych kształtach. Ktoś smażył chleb na oleju i poczułam, że ślina napływa mi do ust.
Krawcowa Isobel miała witrynę między księgarzem a modystą. Spojrzałam na wystawione książki, głównie z przyzwyczajenia. Tomy, których szukam, i tak są zbyt specjalistyczne, bym mogła natrafić na nie w takim popularnym miejscu. Książki o truciznach uchodzą za raczej podejrzane i większość sprzedawców w ogóle ich nie sprowadza.
Mieli jednak najnowszy tom Sagi Czerwonego Pióra, nieprawdopodobnej historii spod znaku płaszcza i szpady sprowadzonej ze wschodniego kontynentu. W poprzedniej części główna bohaterka była więziona przez pirata, który nie wiedział, że był jej dawno zaginionym starszym bratem. Właśnie przecięła swoje więzy pilnikiem do paznokci, gdy z pokładu okrętu rozbrzmiały odgłosy bitwy, po czym historia urwała się z zapowiedzią, że „ciąg dalszy nastąpi”. Natychmiast kupiłam nowy tom. To nie jest jakaś wielka literatura, ale po piętnastej części człowiek zaczyna się angażować.
Sam sklep z sukniami był miejscem, które oferowało różne style i dopasowywało je do sylwetki klientki. Przy drzwiach stała kapliczka Świętej Ptak. Technicznie rzecz biorąc, krawiectwo należy do domeny Świętej Owcy, patronki tkanin i tkactwa, ale przypuszczam, że próbowano przywołać blask ptasich piór.
Właścicielka nosiła jedno z tych niezwykle prostych ubrań, które wymagały niezwykle wyrafinowanego szycia. Kiwała głową i obdarzała nas promiennymi uśmiechami, przynajmniej do chwili, gdy Isobel wyjaśniła, że chce, bym w ciągu trzech dni miała suknię odpowiednią na dworskie uroczystości. Wtedy jej uśmiech nieco przygasł. Ja z kolei wykonywałam za plecami siostry rozpaczliwe zaprzeczające gesty. Isobel nigdy do końca nie zrozumiała, że kiedy osiągnie się pewien rozmiar, falbany i halki sprawiają, że wygląda się bardziej jak platforma paradna niż człowiek.
Gdy moja siostra wyczerpała już zapasy kreatywności, właścicielka wyjaśniła, że co prawda gust madame jest wyśmienity, lecz po prostu nie ma już wystarczająco dużo czasu, by stworzyć strój, jakiego madame oczekuje. Pobłogosławiłam w duchu tę kobietę i jej potomstwo do dziesiątego pokolenia.
Isobel zwiesiła dramatycznie ramiona.
– Nie może pani zrobić czegokolwiek? – zapytała, wskazując na mnie. – Wszystko, co ona ma, wygląda jak… jak to.
Spojrzałam w dół na moją przepasaną paskiem tunikę i spodnie. Tunika była ziemistobrązowa, haftowana przy mankietach i u dołu, a spodnie w kolorze piasku, który nie ujawniał tak bardzo kurzu.
Właścicielka sklepu zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, analizując zarówno to, co miałam na sobie, jak i, jak podejrzewam, to, do czego dałabym się przekonać.
– Być może panna Anja rozważyłaby jakieś bardziej formalne okrycie wierzchnie?
Panna Anja była sceptyczna, ale wyraziła zgodę. Sądzę, że ktoś musiał przebiec przez plac do sklepu z odzieżą męską, by znaleźć odpowiedni rozmiar, ale krawcowa wyciągnęła trzy szaty ciężkie od haftów, które można było dopasować do mojej sylwetki w ciągu dwóch dni.
– Są strasznie ciemne – powiedziała z powątpiewaniem Isobel. – Nadal wyglądasz jak zakonnica.
– Lubię wyglądać jak zakonnica.
– Ale spójrz na to! To wspaniały kolor dla ciebie – nie ustępowała, przykładając do mojego ramienia próbkę jasnozielonego jedwabiu.
– To okropny kolor dla mnie. Wyglądałabym jak chodzący krzak.
– Święci zabraniają ci włożyć coś innego niż brąz i czerń, co?
– Lubię brąz. Nie widać na nim brudu.
– Proszę… – Isobel zwróciła się do naszego strażnika, który stał przy drzwiach, zrelaksowany, ale czujny. – Czy to nie jest piękny kolor?
Aaron najpierw wyglądał na zaskoczonego, że ktoś go pyta o zdanie, a potem na lekko spanikowanego.
– Ja… eee… tak, pani Isobel?
– Widzisz? – Siostra groźnie machnęła zieloną tkaniną w moją stronę. – Powiedz jej, Aaronie.
– Yyy… – Strażnik przycisnął się do ściany obok drzwi, próbując jak najbardziej się wycofać. Moja siostra czasami wywołuje taki efekt u ludzi. – Obawiam się, że nie jestem ekspertem w tych kwestiach.
– Bzdura. Widziałeś w życiu wiele kobiet. Musiałeś wyrobić sobie jakieś zdanie.
Sądząc po minie Aarona, był gotów wyprzeć się, że kiedykolwiek słyszał o kobietach, nie mówiąc już o widy-waniu ich.
– To piękny kolor – powiedziałam, próbując go uratować. – Po prostu nie pasuje do mnie.
– Piękny! – podchwycił Aaron, chwytając się tego jak liny ratunkowej. – Wspaniały kolor! Jak… eee… skórka melona?
Isobel uniosła brwi, więc spróbował ponownie.
– Jak świeża trawa?
Isobel zmarszczyła brwi, przyglądając się próbce.
– Raczej seledyn niż trawa, powiedziałabym.
– Tak. To też. Oczywiście.
– A może – wtrąciła się właścicielka – moglibyśmy pójść na kompromis? Szal w tym kolorze pięknie komponowałby się z odpowiednim odcieniem brązu.
Isobel zamyśliła się, zaciskając usta. Aaron patrzył na krawcową z jawną nadzieją płonącą w oczach.
– W takim razie wezmę szal w tym kolorze – oznajmiłam.
– Ale będziesz go nosić?
Moja siostra znała mnie już zbyt długo. Nie.
– Tak.
Zmrużyła oczy.
Spróbowałam wyglądać jak osoba, która nosi ozdobne szale. Szczerze mówiąc, chciałabym być taką osobą. Po prostu nigdy nie opanowałam tej sztuki.
– Jeśli panna Anja woli, mam nową linię szali, które są dość subtelne – powiedziała właścicielka i zarzuciła mi na szyję coś bardziej przypominającego stułę kapłana.
Isobel jęknęła.
– Teraz naprawdę wyglądasz jak zakonnica.
– Całkiem mi się podoba – stwierdziłam, sprawdzając swoje odbicie w lustrze.
Rzeczywiście, szal miał nieco kościelny charakter, ale wyglądał bardziej jak oznaka urzędu niż ozdoba. Poza tym Aaron miał rację – to był dokładnie ten jasny odcień zieleni, co skórka melona miodowego.
– Dodaje pani pewnego autorytetu – zauważyła właścicielka. – Te modele są bardzo popularne wśród części mojej klienteli.
Płacąc za szal – i kilka innych, które wybrała Isobel, mamrocząc coś pod nosem – pomyślałam, że pewnie miała na myśli starszą i bardziej nudną część tejże klienteli. Ale podejrzewałam też, że wkrótce będę potrzebować całego autorytetu, na jaki mogę sobie pozwolić.
Trochę ponad dekadę temu poszłam z przyjaciółmi na lunch do pasażu handlowego, w którym znajdował się między innymi pewien sklep zoologiczny, PetSmart. Po lunchu wstąpiłam tam, by zobaczyć koty przeznaczone do adopcji. Niedawno straciłam mojego ukochanego kocura Bena i bardzo doskwierał mi jego brak, choć tak naprawdę nie szukałam jeszcze wtedy nowego pupila. Ale kocięta są zawsze urocze, więc pomyślałam, że tak tylko zerknę.
Nie było żadnych kociąt. Był natomiast szczupły, szary kot, taki, na którego ludzie mówią, że to rosyjski niebieski, nawet jeśli to po prostu zwykły krótkowłosy domowy kot. Miał jedno oko. Drugiego nie stracił – ono dosłownie nigdy nie istniało. Powieka odsłaniała pustą czerwoną tkankę.
Miał wygląd jednocześnie królewski, znudzony i demoniczny. Na kartce widniało jego imię: Książę Sergio. Patrzyłam na niego przez chwilę, a potem odeszłam.
Tydzień później znów jedliśmy lunch w tym samym pasażu – to był taki nasz zwyczaj – i wróciłam do sklepu, zakładając, że Książę Sergio został już dawno adoptowany. Nie został. Popatrzyłam na niego jeszcze trochę. I odeszłam.
W kolejnym tygodniu wciąż tam był.
Po mniej więcej sześciu tygodniach takiego krążenia weszłam i poprosiłam o formularze adopcyjne. Wtedy dowiedziałam się, że Książę czeka na adopcję już od ponad roku. Był tak nieadoptowalny, że już w ogóle nie prezentowano go ludziom. Teraz znalazł się w PetSmarcie tylko dlatego, że jego tymczasowa opiekunka się przeprowadzała i musiała na jakiś czas pozbyć się kotów z domu.
Dlaczego był nieadoptowalny? Czy nie znosił innych kotów? Ludzi? Psów? Mebli? Kuwet? Nie, z tym wszystkim świetnie sobie radził. Ludzi po prostu przerażał pusty czerwony oczodół. Znaleziono go przy motelu w Wirginii. Wślizgiwał się do pokoi, kiedy pokojówki sprzątały, żeby móc spać na łóżkach. Ktoś go porzucił – zapewne znów właśnie przez to oko.
Oburzona ludzką podłością zabrałam go do domu. Choć jego imię ostatecznie skróciło się do Sergei, okazał się równie władczy, wymagający i królewski, jak wyglądał. Był też przerażająco inteligentny. Nauczył się sam korzystać z toalety, co było niezwykle zaskakujące. (Nawiasem mówiąc, odruch przepraszania, kiedy wchodzi się do łazienki i zastaje kogoś na toalecie, nie znika nawet wtedy, gdy ten ktoś należy do innego gatunku). Okazał się mistrzem ucieczek i jego ulubioną aktywnością było wymykanie się przez drzwi, doprowadzenie do tego, że człowiek za nim pobiegnie, a potem powrót do domu nonszalanckim krokiem. Czasami sikał do miski z jedzeniem mojej suczki, kiedy go zirytowała. Musieliśmy przenieść magnetyczny uchwyt z nożami poza jego zasięg, bo nauczył się strącać je tak, żeby spadały pod nogi każdemu, kto krążył po kuchni, ale nie poświęcał mu wystarczającej uwagi.
Jednocześnie bardzo kochał mojego męża i lubił być noszony na rękach jak mały, złośliwy leniwiec. A w nocy chciał być małą, wtuloną łyżeczką.
Piszę to wszystko w czasie przeszłym, bo smutna prawda jest taka, że książki żyją dłużej niż koty. Jednak w chwili pisania tych słów Sergei wciąż żyje, zbliża się do szesnastu lat i składa się głównie z kości, ścięgien i bezczelności. I chociaż mówiące koty w fantasy są strasznie kiczowate, kiedy historia potrzebowała tajemniczego mentora, nie mogłam się powstrzymać.
Jeśli zaś chodzi o resztę książki – cóż, wiele lat temu (choć długo po adopcji Sergeia) przeczytałam wspaniałą książkę The Artifice of Beauty autorstwa Sally Pointer i od razu pomyślałam: „Och, muszę napisać o tym książkę”. I napisałam, a książka nazywała się Paladin’s Grace
