Szakal - L.J. Shen - ebook

46 osób właśnie czyta

Opis

Szakal

Nagi surfer. Naciągacz, kłamca, złodziej i oszust.

Z tego, co słyszałam, szantażuje bogaczy i podrywa ich żony dla kasy.

I dlatego trochę dziwi mnie to, że kręci się koło mnie, chce przyjaźni, mojej pomocy, a co najdziwniejsze – wygląda na pokornego.

Rzecz w tym, że zbuntowałam się przeciwko chłopakom. Wycięłam ich ze swojego życia. Na dobre.

Ale Szakal to nie chłopiec, tylko mężczyzna, a ja zakochuję się w nim, tonę w jego słodkich, doskonałych kłamstwach.

 

Jesse Carter

Gorąca jak ognie piekielne, zimna jak lód.

Nie wiedziałem o jej istnieniu, dopóki nie dostałem świetnej, opłacalnej propozycji.

Ona jest jej częścią, małą zabawką, z którą mogę zabić trochę czasu.

Jest moim zabezpieczeniem finansowym, środkiem do celu, skutkiem ubocznym niezłej umowy z jej ojcem, potentatem naftowym.

Ale co więcej, Jesse Carter to twardy orzech do zgryzienia.

I jeszcze nie wie, że mam wystarczająco mocne zęby.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Szakal

Kiedyś

Kłamca.

Oszust.

Bezbożny złodziej.

Moja reputacja przypomina ogromną falę, którą ujeżdżam i która pochłania wszystko dookoła mnie. Dzięki niej nikt nie próbuje ze mną zadzierać, bo tonie.

Uchodzę za ćpuna, ale tak naprawdę moim jedynym prawdziwym narkotykiem jest władza. Pieniądze nic nie znaczą. Są materialne, a więc łatwo je stracić. Bo widzicie, dla mnie ludzie są grą. Grą, którą zawsze wygrywam, bo wiem, jak to osiągnąć.

Przesuwam wieże.

Zmieniam pozycję królowej, gdy to konieczne.

Za każdym pieprzonym razem chronię króla.

Nigdy nie tracę skupienia, nigdy się nie waham, nigdy nie jestem zazdrosny.

Więc wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy nagle wszystko się zmieniło – teraz nie mogę się skupić, waham się, jestem zazdrosny.

To syrena o czarnych jak węgiel włosach zabrała mi największą falę, jaką widziałem tego lata. Przez tę dziewczynę przestałem być w centrum uwagi. Pozbawiła mnie oddechu.

Nadciągnęła znad oceanu na plażę niczym mrok.

Przykucnąłem, usiadłem okrakiem na desce i gapiłem się na nią.

Edie i Beck znajdowali się za mną, kątem oka widziałem, jak dryfują na swoich deskach.

– Ona należy do Emery’ego Wallace’a – ostrzegła mnie Edie. Złodziej.

– To najlepszy towar w mieście. – Beck zachichotał. Oszust.

– A co więcej, ona spotyka się tylko z naprawdę nadzianymi draniami. – Kłamca.

Posiadałem wszystkie cechy potrzebne do tego, by ją zdobyć.

Jej ciało było jak plama świeżego śniegu – białe, jasne, miałem wrażenie, że promienie słoneczne przenikają przez nią i nigdy nie wsiąkają w jej skórę. Jej skóra przeczyła naturze, jej tyłek doprowadzał mnie do szaleństwa, ale to słowa na jej plecach sprawiły, że moja logika się zbuntowała. Zareagowałem na nią w ten sposób nie ze względu na jej kształty czy to, jak kołysała biodrami, przypominającymi dyndające zatrute jabłko. Powodem był jej tatuaż, który zauważyłem, gdy przypłynęła bliżej mnie, słowa ciągnące się od jej karku w dół niczym strzała.

„Całe me życie zwiastowało, że Ciebie spotkam nieuchronnie”1.

Puszkin.

Znałem tylko jednego człowieka, który jarał się tym rosyjskim poetą i podobnie jak słynny Aleksander, też znajdował się już sześć stóp pod ziemią.

Moi przyjaciele zaczęli płynąć w stronę brzegu. Nie mogłem się ruszyć. Miałem wrażenie, że moje jaja stały się o dziesięć ton cięższe niż zazwyczaj. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. W pożądanie – może, ale nawet to słowo nie było tym, którego szukałem. Nie. Ta dziewczyna mnie, kurwa, zaintrygowała.

– Jak ona się nazywa? – Złapałem Becka za kostkę i przyciągnąłem go do siebie. Edie się zatrzymała i patrzyła to na mnie, to na niego.

– To nie ma znaczenia, stary.

– Jak. Ona. Się. Nazywa? – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

– Stary, przecież ona jest za młoda.

– Nie będę powtarzać po raz trzeci.

Beck przełknął ślinę. Doskonale wiedział, że nie żartuję. Jeśli skończyła szesnaście lat, to się zaczęło.

– Jesse Carter.

Jesse Carter jest już moja, chociaż nawet mnie nie poznała.

Stała się moja, chociaż ja jeszcze nie poznałem jej.

Zanim jej życie wywróciło się do góry nogami, a jej przeznaczenie napisało się od nowa jej własną krwią.

Więc oto prawda, do której w swoim zakłamaniu nie będę potrafił przyznać się później, w trakcie tej historii – pragnąłem jej już wcześniej.

Zanim stała się częścią moich interesów.

Zanim prawda zamknęła ją jak w klatce.

Zanim sekrety ujrzały światło dzienne.

Tego dnia nie miałem okazji posurfować. Moja deska pękła. Powinienem był wiedzieć, że to omen.

I że moje serce będzie następne.

Jak na tak drobną dziewczynę Jesse unicestwiła je z zadziwiającą łatwością.

A. Puszkin, Eugeniusz Oniegin, tłum. A. Ważyk – przyp. tłum. [wróć]

Jesse

Wtedy

Tej nocy była pełnia.

To śmieszne, a nawet przewidywalne. Prawdziwy zasrany banał, prawda? Pełny, duży, przypominający ducha księżyc świecił triumfalnie, zalewał blaskiem noc, podczas której głębokie lśniące rany naznaczyły moje przeznaczenie, moją tożsamość, mój brzuch.

Patrzyłam na niego. Był taki spokojny i nieruchomy. Piękne rzeczy bardzo często okazują się bezużyteczne.

Nie wiś tak bezczynnie. Zadzwoń po gliny. Zadzwoń po karetkę. Uratuj mnie.

Zastanawiałam się, czy umrę. Jeśli tak, to po jakim czasie Pam zauważy moją nieobecność? Ile czasu minie, zanim Darren wmówi jej, że uciekłam, bo zawsze coś mnie dręczyło? „Była słodka”, powiedziałby, pocieszając ją pocałunkami. „Ale udręczona”. Ile czasu minie, zanim ona się z nim zgodzi? Ile czasu minie, zanim kit kat leżący na nagrobku taty stopi się w nieustępliwym słońcu?

„Jaka szkoda. To było takie dobre dziecko”, będą powtarzać ludzie. Nic tak nie zbliża do siebie jak śmierć nastolatki w miasteczku. Szczególnie w takim jak Todos Santos, dla którego tragedie istnieją tylko w gazetach i CNN. Och tak, dzięki temu będą mieli o czym gadać. Zakazana i soczysta historyjka o upadku dziewczyny, która miała wszystko.

Nagle coś do mnie dotarło, przesączyło się do mojego mózgu powoli jak woda kapiąca z kranu. Emery, Henry i Nolan nawet nie dostaną za to po łapach. Prace społeczne? Chyba w moich snach. To mnie ukarano by wycofaniem zaproszeń do country clubu i mnie rzucano by kpiące spojrzenia, to byłoby moje upokorzenie. Byłam outsiderką. Głupią śmiertelniczką, która zadała się z błękitnokrwistymi mieszkańcami Todos Santos.

Ujdzie im to na sucho. Wiem o tym. Pójdą do college’u i będą chodzić na imprezy. Ukończą studia, wyrzucą w powietrze te głupie czapki. Wezmą śluby, dorobią się dzieci, przyjadą na zjazd absolwentów i jak co roku będą jeździć na narty z przyjaciółmi. I będą żyć. Boże, oni będą żyć. Wkurzało mnie to, że ich pochodzenie i pieniądze pomogą im uniknąć sprawiedliwości. Bo niezależnie od tego, czy ktoś zeskrobie mnie dzisiaj z ulicy, czy jednak moje serce przestanie bić, i tak jestem martwa. Martwa we wszystkich miejscach, które mają znaczenie.

Przez chwilę znów byłam dawną Jesse. Próbowałam patrzeć na pozytywy – pogoda jak na luty była ładna. Niezbyt gorąco, niezbyt zimno. Ciepło nadciągające znad pustyni równoważył chłód asfaltu, na którym leżałam. Wielu ofiarom udaje się przeżyć. Mogłabym pójść na studia. Darren miał doświadczenie w wydawaniu pieniędzy, by pozbyć się problemów. Mogłabym się zmienić. Zapomnieć, że to wszystko się wydarzyło. Za pomocą hipnozy można chyba zapomnieć o czymś takim, prawda? Mogłabym poprosić o to Mayrę, psycholożkę, do której rodzice posyłali mnie, odkąd zaczęły się moje koszmary. Nauka nie zna granic. Co udowadnia fakt, że dzięki botoksowi moja matka po czterdziestce wygląda na dwadzieścia trzy lata.

Małe kamyczki wbijały mi się w nagie plecy. Różowy koronkowy stanik i majtki leżały podarte obok i chociaż moja kobiecość była odrętwiała, poczułam, że coś spływa po moim udzie. Czy to krew? Sperma? W tej chwili to już nie miało znaczenia.

Nieustannie wpatrywałam się w konstelacje zawieszone jak żyrandol wysoko na atramentowym niebie, które spoglądały kpiąco na moją żałosną śmiertelną egzystencję.

Muszę się podnieść. Zadzwonić po pomoc. Uratować się. Ale myśl, że miałabym spróbować się poruszyć i znów upaść, paraliżowała mnie bardziej niż ból. Wydawało mi się, że moje nogi zamarzły, a kości biodrowe zostały zmiażdżone.

W oddali zawyły syreny.

Mocno zacisnęłam oczy. Kiedy je zamykałam, często widywałam mojego tatę, jakby jego twarz została permanentnie wyryta pod moimi powiekami. Właśnie tam teraz żył – w moich snach, które były bardziej żywe niż kobieta, którą zostawił. W mojej historii Pam zawsze schodziła gdzieś na dalszy plan, bardziej zajęta pisaniem swojej opowieści.

Syreny się zbliżały. Stały się głośniejsze. Moje serce uciekło w okolice żołądka i skuliło się tam jak zbity szczeniak.

Jeszcze kilka minut, a całe miasto będzie plotkować na twój temat. Staniesz się przykładem dla innych.

Dawna Jesse zaczęłaby płakać. Krzyczałaby i powiedziała o wszystkim policji. Wziąwszy pod uwagę okoliczności, zachowałaby się normalnie. Dawna Jesse obiecałaby zemstę i postąpiła właściwie. Jak feministka. Nie pozwoliłaby, żeby uszło im to płazem.

Dawna Jesse coś by czuła.

Karetka zatrzymała się przy krawężniku, na tyle blisko, że poczułam bijący od opon żar, a moich nozdrzy dobiegł zapach spalonej gumy. O dziwo, gdy zrozumiałam, że wezwali pomoc, wkurzyłam się bardziej, niż gdyby zostawili mnie na śmierć – zupełnie jakby w ten sposób chcieli mi przekazać, że nawet po tym, co zrobili, byli nietykalni. Obok mnie ktoś rozłożył nosze. Wyrecytowałam w myślach ostatnie słowa, które usłyszałam, zanim zostawili mnie w tej alejce, a po moim policzku spłynęła samotna łza.

„Całe me życie zwiastowało, że Ciebie spotkam nieuchronnie”.

– I cóż to było za spotkanie, dziwko. Miłej walki o życie. – Nolan kopnął mnie wtedy w żebra.

Wytatuowałam sobie to zdanie, gdy jeszcze sądziłam, że Emery jest człowiekiem, na którego czekałam. A teraz te słowa paliły mi kark. Chciałam zedrzeć z niego skórę i rzucić ją tuż obok moich podartych ubrań.

Z wysiłkiem przesunęłam lewą rękę, by zasłonić piersi, a prawą położyłam na nagim brzuchu, by zakryć to, co w nim wydłubali, jakbym była halloweenową dynią. Zmusili mnie do patrzenia, kiedy to robili. Trzymali mnie za szczękę czystymi, gładkimi dłońmi, zginając mi szyję pod nienaturalnym kątem. To miała być kara za mój grzech.

To słowo świeciło jak neonowy billboard na mojej skórze i cały świat mógł je zobaczyć, osądzić mnie, śmiać się ze mnie. Litery krwawiły, a czerwień spływała na moją dizajnerską różową spódniczkę.

„Dziwka”.

Dawna Jesse tłumaczyłaby się, przekonywała, kłóciła.

Dawna Jesse próbowałaby wyjść z tego z twarzą.

Dawna Jesse umarła.

Rozdział pierwszy

Szakal

Teraz

Chyba można powiedzieć, że tak naprawdę wszystko mam gdzieś.

Nie zależy mi na ludziach ani tych wyścigach o popularność, które tak pochłaniały bogatych, bo ich nie dotyczyły przyziemne problemy, takie jak płacenie rachunków czy konieczność postępowania jak przystało na dorosłego.

Większość czasu spędzam na plaży, jestem ćpunem, a do tego dilerem na warunkowym. Żaden ze mnie Pan Popularny, ale ludzie boją się mnie na tyle, by nie wchodzić mi w drogę. Jestem oszustem, ale nie z wyboru. Moja mama nigdy nie miała zbyt wiele pieniędzy, ojca nie znam, więc musiałem robić to, co konieczne, by przetrwać w najbogatszym miasteczku w Kalifornii. Miałem w sumie tylko kablówkę z podstawowym pakietem, a na lunch zawsze jakieś mrożone danie.

Ponadto w wieku piętnastu lat zainteresowałem się zawodowym surfowaniem. A to nie jest tanie hobby. To również jedyna rzecz, na której mi zależy, poza moją mamą. Gdyby nie to, raczej nie lubiłbym swojego życia. Dlatego bardzo wcześnie zacząłem handlować dragami. Głównie trawką. To łatwiejsze, niż się wydaje. Kupuje się zwykłą komórkę na kartę w Walmarcie, jedną dla siebie i po jednej dla każdego klienta. I często się je zmienia. Nigdy nie wolno handlować z nieznajomymi. Nigdy nie można rozmawiać o tym, co się robi. Trzeba być miłym i mieć pozytywne nastawienie. Dzięki dilerce płaciłem za wszystko, co związane z surfowaniem, a także ze szkołą, chociaż co jakiś czas, kiedy potrzebuję nowej deski, muszę obrabować kogoś na ulicy. Zazwyczaj bardzo szybko je niszczę.

I właśnie tak było, dopóki nie dostałem warunkowego. Potem uznałem, że życie w pace mi nie posłuży, więc musiałem rozkręcić biznes. To było pięć lat temu i wtedy jeszcze nie sądziłem, że będę tu siedzieć, naprzeciwko najpotężniejszego człowieka w Todos Santos, przeprowadzając… cóż, interesy. W dodatku legalne.

– O co chodzi z tą ksywą? – Baron Spencer, nazywany Brutalem przez każdego, kto miał nieszczęście go poznać, uśmiechnął się drwiąco.

Nalał do dwóch szklanek macallana na cztery palce, patrząc na złoty trunek z takim podziwem, z jakim ludzie zazwyczaj patrzą na swoje dzieci.

Przyjechałem na spotkanie ze Spencerem aż do jego biura w Los Angeles. To nie miało sensu. W Todos Santos mieszkamy dosłownie dziesięć minut od siebie. Ale w całym swoim życiu o bogaczach dowiedziałem się jednego – lubią grać. Lubię tę całą otoczkę. To nie było spotkanie towarzyskie, więc musiałem się z nim spotkać w jego miejscu pracy, żebym mógł zobaczyć, jaki ma ogromny narożny gabinet, jak seksowna jest jego sekretarka i jak drogą whisky pije.

Tak naprawdę miałem gdzieś to, gdzie się spotkamy – jak dla mnie mógłby to być nawet Mars – bylebym dostał to, po co przyszedłem. Skrzyżowałem nogi w kostkach pod jego biurkiem, a moje niezawiązane buty obiły się o siebie. Zignorowałem szklankę, którą Spencer przesunął w moją stronę po biurku. Wolę wódkę. A poza tym nie chciałem się narąbać przed jazdą moim harleyem. W przeciwieństwie do pana Spencera nie mam szofera, który woziłby mnie wszędzie jak beznogiego dupka. Ale przejdźmy do rzeczy ważnych. Spencer zadał mi pytanie.

– Moją ksywą? – W zamyśleniu przesunąłem ręką po brodzie.

Skinął krótko głową, jakby chciał powiedzieć: „Przestań pierdolić”.

– Szakal brzmi zadziwiająco podobnie do Brutala, nie sądzisz?

Nie, nie sądzę, przygłupie.

– Czy to nie ty wymyśliłeś Wyzwanie? – Głośno żując gumę, odchyliłem się na krześle tak, że balansowało tylko na dwóch nogach.

Chyba powinienem wyjaśnić: Wyzwanie to taka szkolna tradycja w liceum All Saints. Polega na tym, że uczniowie wyzywają się do walki na pięści. Tę chorą grę wymyślili założyciele grupy HotHoles, w skład której wchodziło czterech chłopaków. Rządzili tą szkołą, jakby należała do ich rodziców. I poniekąd tak było. Ironia. Przodek Barona Spencera zbudował połowę tego miasta, w tym liceum, a mama Jaimego Followhilla była tam dyrektorką, ale sześć lat temu odeszła z tej posady.

Brutal przyglądał mi się uważnie, pochyliwszy głowę. Ten cymbał uśmiechał się tak, że mógłby doprowadzić kobietę do jęków, nawet gdyby znajdował się po drugiej stronie globu. Był szczęśliwy w małżeństwie z Emilią LeBlanc i zdecydowanie już nie do wzięcia. Jaka szkoda, że byli ze sobą tacy szczęśliwi. Zamężne kobiety to mój ulubiony smak. Nigdy nie proszą o nic poza ostrym seksem.

– Zgadza się.

– Cóż, ty zostałeś nazwany Brutalem za rozpoczęcie tej gry. A mnie nazwano Szakalem za jej zakończenie. – Wyjąłem z kieszeni skręta. Uznałem, że Brutal na pewno pali w swoim gabinecie, bo za oknem widziałem taras, a na biurku – liczne popielniczki. Nie trzeba być Sherlockiem, by się domyślić.

Opowiedziałem Spencerowi o tym, jak w pierwszej klasie zostałem zaproszony do walki. Nie znałem zasad, bo wtedy byłem zbyt zajęty szukaniem kreatywnych sposobów na opłacenie czesnego i zdobycie kasy na plecak. Kiedy jakiś chłopak zaczął mi wrzucać, uderzyłem go w głowę tacą ze stołówki. Skończył ze wstrząsem mózgu i nazywano go SpongeBob Płaskogłowy. Dwa tygodnie później otoczył mnie poza szkołą wraz z sześcioma osiłkami z ostatniej klasy, w tym trzech z kijami bejsbolowymi. A wtedy ja zbiłem ich jak psy i połamałem te kije. Potem powiedziałem im, jakie będziemy mieć przez to wszystko kłopoty. Te pizdy jęczały, że walczyłem zbyt dziko i nie trzymałem się zasad. Ksywka „Szakal” przywarła do mnie, bo dyrektorka, pani Followhill, przez przypadek włączyła głośnik, kiedy rozmawiała o mnie ze szkolnym psychologiem. Powiedziała, że jestem dziki jak szakal i to zatruwa jej życie.

Dyrektorka wykorzystała to wydarzenie, by ukrócić tradycję Wyzwania, którą jej syn Jaime pomógł zapoczątkować.

Nie pomogło również to, że miesiąc przed wydarzeniem na stołówce w prywatnej szkole w Waszyngtonie doszło do masakry w  Columbine 2.0. Wszyscy zaczęli się bać bogatych dzieciaków. Ale musiałem przyznać, że wtedy bardziej bano się mnie.

Może i staram się przypodobać ludziom, ale dałem im też dobry powód, by omijali mnie szerokim łukiem.

A oni dali mi ksywkę, do której się idealnie dopasowałem.

Byłem tylko imigrantem z Rosji, draniem mieszkającym w najbogatszym miasteczku w Stanach. Od początku nie miałem szansy, by dopasować się do tego miejsca. Więc czy odstawanie od reszty jeszcze bardziej robiło jakąś różnicę?

Brutal rozparł się wygodniej w skórzanym fotelu, a zadowolony uśmiech wciąż rozciągał się na jego twarzy. Nie obchodziło go to, że doprowadziłem do końca Wyzwania. Jego chyba w ogóle nic nie obchodziło. Gość był bogatszy od samego Boga, jego żona to jedna z najpiękniejszych kobiet w okolicy, a do tego spełnia się jako ojciec. Wygrał bitwę, wygrał wojnę, pokonał każdą przeszkodę na swojej drodze. Nie musiał niczego nikomu udowadniać i zalatywał zadowoleniem.

Był zadowolony z siebie, ale ja byłem wygłodniały. A głód jest niebezpieczny.

– No dobrze, Szakal. Po co tu przyszedłeś?

– Chciałbym, żebyś w coś zainwestował – powiedziałem, biorąc bucha i podając mu skręta. Lekko pokręcił głową, odmawiając, ale uśmiechnął się nieco szerzej, bardziej protekcjonalnie.

– Nie zapędzaj się tak. Nie jesteśmy przyjaciółmi, młody. Nawet nie kolegami.

Wydmuchałem nosem długie białe smugi dymu.

– Jak pewnie wiesz, stary hotel na końcu Tabago Beach ma zostać zburzony. Ziemia będzie dostępna do użytku komercyjnego. Ogólnie ma tam powstać centrum handlowe. Pod koniec roku dojdzie do licytacji. Ale wszystkie zewnętrzne firmy, które planują w niej udział, nie wiedzą, z czym mają do czynienia. Nie znają społeczności Todos Santos ani miejscowych przedsiębiorców. Ale ja tak. Oferuję ci dwadzieścia pięć procent udziałów w inwestycji wartej sześć milionów dolarów. To będzie park surfingowy, w skład którego wejdą szkoła surfingowa, sklepy surfingowe, strefa restauracyjna i jakieś sklepiki z gównem dla turystów. Koszty uzyskania ziemi i burzenia poniosę ja, więc możesz uznać, że jest to moja jedyna i ostateczna oferta.

Wiedziałem, że przez tę propozycję stracę bardzo dużo pieniędzy, ale Brutal był mi potrzebny. Dzięki jego nazwisku moja oferta w oczach hrabstwa będzie wyglądać na lepszą. Bo, jak wiadomo, ja nie mam zbyt dobrej reputacji.

– Ja już mam centrum handlowe w Todos Santos. – Brutal opróżnił szklankę whisky i odłożył ją z trzaskiem na biurko, po czym wyjrzał przez okno na panoramę Los Angeles. – A dokładniej – jedyne centrum w Todos Santos. Dlaczego miałbym pomóc zbudować drugie?

– Masz centrum handlowe dla bogaczy. Sprzedaje się tam Pradę, Armaniego, Chanel i tym podobne marki. Rzeczy, na które nastolatki i turyści nie mogą sobie pozwolić. A ja chcę zbudować park surfingowy. Te dwa centra są jak jabłka i pomarańcze.

– Ale będą tam sklepy.

– Tylko związane z surfingiem. Sklepy plażowe. Nie będę robić ci konkurencji.

Brutal nalał sobie kolejnego drinka i wbił w niego spojrzenie pełne dezaprobaty.

– Każda osoba z bijącym sercem jest moją konkurencją. Ty również. Nie zapominaj o tym.

Wypuściłem dym z ust w górę i postanowiłem spróbować innej taktyki.

– Dobra. Może i park surfingowy wejdzie ci w paradę. Ale wiesz, co mówią – jeśli nie można kogoś pokonać, to trzeba połączyć z nim siły, nie?

– A kto powiedział, że nie mogę cię pokonać? – Brutal skrzyżował w kostkach oparte o biurko nogi. Popatrzyłem na czyste podeszwy jego butów. On nawet nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia. Oczywiście o mnie słyszał. Bo w sumie jestem teraz dość znany. W wieku dwudziestu pięciu lat byłem już właścicielem najpopularniejszej kawiarni w Todos Santos – Café Diem. Ostatnio kupiłem gospodę na obrzeżach miasta. Właśnie burzyłem ją od środka i zamierzałem przerobić ją na luksusowy hotel. Dodatkowo naliczałem haracz każdemu sklepowi i lokalowi na promenadzie i dzieliłem się tym po połowie z moim przyjacielem Hale’em Rourkiem. Mogłoby się wydawać, że to dużo, ale w rzeczywistości wydawałem więcej, niż zarabiałem w obu tych miejscach, i na dobrą sprawę wciąż byłem tym samym spłukanym draniem co wcześniej. Po prostu miałem więcej obowiązków.

Moja władza rosła powoli, równomiernie i była nie do zatrzymania. Rodzina mojej matki uchodziła za zamożną, ale tylko na tyle, by stać ją było na wysłanie nas do Stanów, gdy byłem mały. Potem zostawili nas, żebyśmy radzili sobie sami. Każdy cent, który zarobiłem, pochodził z dilowania trawką, wymuszeń i pieprzenia niewłaściwych kobiet za odpowiednią cenę. Czasami też mężczyzn, jeśli byłem pod kreską. Każdy ruch do przodu w mojej grze był wynikiem ciągu zakazanych krótkich romansów i przysług opłacanych seksem. Z tego powodu moja reputacja nie miała się najlepiej, ale to mi nie przeszkadzało. Nie zamierzałem ubiegać się o urząd.

– Bardzo mi przykro, panie Protsenko, ale jestem zmuszony odmówić.

– A proszę powiedzieć, z czego wynika ta odmowa.

– Masz złą reputację.

– Oświeć mnie, co się o mnie mówi?

Wyprostował nogi i pochylił się, przekrzywiając głowę na bok. W jego oczach dostrzegłem burzę śnieżną.

– Że jesteś oszustem, paskudnym człowiekiem, który działa jak trucizna, a do tego – pieprzonym złodziejem.

Nie mogłem się z tym kłócić. Można mnie nazwać człowiekiem renesansu, bo byłem każdym z nich po trochu.

– Równie dobrze możesz wykorzystać to miejsce do prania brudnych pieniędzy. – Zacisnął szczęki, zirytowany. Nie miałem takich planów, ale nie mogłem odmówić temu facetowi bystrego umysłu.

– Nieee, to zbyt ryzykowane. Pranie pieniędzy to sztuka. – Znowu wydmuchałem gęstą chmurę dymu.

– Jest również przestępstwem federalnym.

– Czy mogę cię o coś zapytać? – Strząsnąłem popiół ze skręta do szklanki z whisky, którą mi zaoferował. W ten sposób pokazałem mu, co dokładnie myślę o jego kosztującym sześćdziesiąt tysięcy dolarów trunku. Uniósł brew, uśmiechając się sardonicznie, i czekał na kontynuację. – Po co mnie tu zaprosiłeś, skoro z góry wiedziałeś, że mi odmówisz? Jestem jednym z kilku zainteresowanych kupnem tej działki. Wszyscy o tym wiedzą. Nie przyszedłem tutaj, by podziwiać twoje piękne oczy.

Brutal postukał złączonymi palcami wskazującymi o podbródek, wydymając dolną wargę.

– Co jest nie tak z moimi oczami?

– Po pierwsze, nie należą do kogoś z cipką i zderzakami.

– Plotki głoszą, że nie ograniczasz się tylko do jednej płci. Ale odpowiedź na twoje pytanie brzmi: chciałem tylko zobaczyć to na własne oczy.

– Co zobaczyć? – Zignorowałem jego przytyk. Homofobia mnie nie rusza, jest poniżej mojego poziomu. Poza tym on chciał mnie tylko wkurzyć. Nie pierwszy i nie ostatni raz użeram się z jakimś nadętym dupkiem. Zawsze jestem górą (także w łóżku).

– Jak wygląda mój następca.

– Twój następca? Jestem zdezorientowany, schlebia mi to, ale też jakoś w to nie wierzę – Uśmiechnąłem się drwiąco i podrapałem po twarzy środkowym palcem.

Byliśmy zupełnymi przeciwieństwami. Chłopak ze średniej klasy społecznej mający tylko matkę, siedzący naprzeciwko faceta, który od zawsze miał fundusz powierniczy. Miałem blond włosy związane w kok, ciało pokryte tatuażami, a na mój dzisiejszy strój składały się luźny T-shirt, czarne wojskowe spodnie i ubłocone buty. On od stóp do głów był ubrany w ciuchy od projektanta, czarne włosy miał ulizane, a skórę – porcelanową. On wyglądał jak stek z restauracji z gwiazdką Michelin, a ja jak tłusty cheeseburger z fast foodu. Ale mi to nie przeszkadzało. Kocham burgery. Większość ludzi wolałaby zjeść supertłustego podwójnie serowego burgera niż malutki tatar.

Brutal wyciągnął się w fotelu.

– Chyba rozumiesz, że z czystym sumieniem nie mógłbym ci pomóc w zbudowaniu tego centrum – skupionego na surfingu bądź nie – w Todos Santos, prawda? To by zaszkodziło moim interesom. – Zignorował moje wcześniejsze pytanie i to mi się nie spodobało. Wrzuciłem skręta do szklanki z whisky i wstałem.

Popatrzył na mnie. Spokojnie, szczerze i zupełnie niewzruszenie.

– Ale to nie oznacza, że ci nie kibicuję. Po prostu nie zapewnię ci broni na wojnę, w którą chcesz wejść. Bo ja również mam armię w tym starciu. Nie wiem, kto otworzy tam centrum handlowe, ale to się na mnie odbije, a wtedy ja odegram się na tej osobie, zniszczę to, co do niej należy.

Podrapałem się po brodzie, a jego słowa powoli do mnie docierały. Oczywiście Brutal i jemu podobni mają mnie gdzieś. On jest górą. Ja dopiero wdrapuję się na szczyt. Musiał mnie stłamsić, żeby przetrwać.

Spencer spuścił wzrok i zapisał coś w złotym notesie z logo Fiscal Heights Holdings, jego firmy.

– Ale jest ktoś, kto mógłby ci pomóc. On od lat próbuje coś wybudować w Todos Santos. Chce zapracować na dobrą reputację i jest coraz bardziej zdesperowany. Może i nie ma poparcia, ale jest czysty i ma hajs. – Przesunął kartkę po czarno-złotym chromowanym biurku, a ja wziąłem ją w swoje poplamione tuszem, zgrubiałe palce.

„Darren Morgansen”. I numer telefonu.

– Wzbogacił się na ropie. – Wygładził krawat. – A co ważniejsze, na pewno będzie chciał cię wysłuchać, w przeciwieństwie do znacznej części biznesmenów w tym mieście.

Miał rację i to mnie wkurzyło.

– Dlaczego mi pomagasz? – zapytałem. Polubiłem Barona Spencera. Był moim pierwszym kandydatem na partnera biznesowego, kiedy postanowiłem zdobyć tę ziemię. Znam innych bogatych, wpływowych ludzi w tym mieście, ale nikt nie jest równie bezwzględny jak on.

– Daję ci tylko fory. Dzięki temu będzie ciekawiej, a ja lubię ten element zaskoczenia – powiedział, obracając na palcu ślubną obrączkę. – Otwórz ten park surfingowy. Poważnie. Będzie miło mieć konkurencję.

Zanim opuściłem budynek, wysrałem się w łazience i zabrałem kilka drogich długopisów z logo Fiscal Heights Holdings, tak dla zabawy. Och, i jeszcze przeleciałem jego sekretarkę Sue. Wysłała mi kontakty do wszystkich dostawców pracujących w galerii jej szefa. Przydadzą mi się, gdy otworzę swój park surfingowy. Dzięki niemu pozbędę się złej reputacji i spłacę hipotekę mamy.

Baron Spencer sądził, że idzie ze mną na wojnę.

Ale niedługo dowie się, że to ja jestem wojną.

***

Jeszcze tego samego wieczora spotkałem się z Darrenem Morgansenem.

Pierwsza wskazówka mówiąca, że jest zbyt napalony na tę współpracę? Zaprosił mnie do swojego domu. Jak już mówiłem, poważni biznesmeni rzadko godzą się na spotkania w ich domowym zaciszu. Morgansen zupełnie zignorował otoczkę. Przez telefon powiedział mi, że nie może się doczekać, aż pozna takiego kluczowego gracza jak ja, przez co niemal odwołałem spotkanie. To ja miałem podreperować jego ego, a nie on moje. Ale mogłem przymknąć oko na to dziwne zachowanie, jeśli dzięki temu będę w stanie stworzyć największy na świecie park surfingowy i zrobić z Todos Santos kolejne Huntington Beach.

Ale przede wszystkim widziałem możliwość zarobienia pieniędzy. Stanę się tak bogaty jak ludzie, którzy traktują mnie jak śmiecia, więc z radością spróbuję. Nie będę kłamać – nie spodziewałem się, że zajdę tak daleko, próbując kupić tę działkę. Okazuje się, że ludzie naprawdę zwracają uwagę na to, co mówię, i to mnie lekko zaskoczyło.

Morgansen mieszkał w El Dorado, na chronionym osiedlu wznoszącym się na pagórkach Todos Santos z widokiem na ocean. W tym miejscu były domy najbogatszych ludzi w mieście – Spencerów, Cole’ów, Followhillów, Wallace’ów. Mieli takie pieniądze, jakich nie da się zarobić, można je tylko odziedziczyć.

Dom Morgansena był posiadłością w stylu kolonialnym położoną na zboczu skały. Nic tak nie inspiruje człowieka do skoku z klifu jak mieszkanie na nim. Przed wejściem zauważyłem mały staw z fontanną, prawdziwymi łabędziami i rzeźbami aniołków strzelających łukami wody, turecką łaźnię, saunę tuż obok basenu w kształcie nerki i masę innych rzeczy. Mógłbym założyć się o prawe jądro, że nikt w tym domu ich nie używał. Przy dwuskrzydłowych drzwiach stały ogromne rośliny. Pewnie rachunek tego dupka za usługi ogrodnicze jest wyższy niż kwota, którą zapłaciłem za moją łódź.

Morgansen przywitał mnie w bramie osiedla, a ja udałem, że wcale nie mam do niej elektrycznego klucza. Potem oprowadził mnie po swojej posiadłości, jakbym zastanawiał się nad jej kupnem. Pokazał mi podwórko z przodu, z tyłu i aż dwie kuchnie na parterze. Potem weszliśmy po krętych schodach na piętro.

– Pokażę ci fój gabinet – powiedział, sepleniąc.

– Dzięki, kurwa, Bogu – wymamrotałem pod nosem. W końcu zmierzamy w dobrym kierunku. Minęliśmy zamknięte drzwi, zatrzymał się i delikatnie, z wahaniem zapukał, przyciskając do nich czoło.

– Fkarbie? – wyszeptał. Był tyczkowaty i chorobliwie blady, garbił się jak zbity nastolatek. Wyglądał przeciętnie – brązowe oczy jak u lemura, odstający garbaty nos, usta wąskie i wydęte, szpakowate włosy i nijaki garnitur, w którym przypominał chłopaka z bar micwy. Wyglądał, jakby był dodatkiem do czyjejś historii. Niemal mu współczułem. Miał w sobie tę wrodzoną przeciętność, której żadne pieniądze nie mogą naprawić.

Z pokoju za drzwiami nie dobiegła nas żadna odpowiedź.

– Fkarbie, będę w foim gabinecie. Daj znać, jefli będzief czegof potfebować. Albo… zawołaj Hannah.

Szokująca wiadomość z ostatniej chwili: bogacz ma rozpuszczoną córkę.

– Okej. Juf fobie idę. – Czekał jeszcze moment, wsłuchując się w ciszę. – To tuf za rogiem.

Morgansen był osobliwym eksponatem w klubie milionerów. Wydawał się uległy i słaby, a te dwie rzeczy rozbudzały mojego wewnętrznego, pragnącego krwi wilka, który miał ochotę pogryźć go jak piszczącą zabawkę. Weszliśmy do jego gabinetu, drzwi za nami zamknęły się ze świstem. Darren odgarnął włosy z twarzy i otarł dłonie o spodnie, śmiejąc się nerwowo. Zapytał mnie, czy chcę się czegoś napić. Powiedziałem, że wódki. Nacisnął przycisk na panelu znajdującym się na łóżku i rozparł się w kaszmirowym fotelu.

– Hannah, podaj wódkę, profę.

Naprawdę zaczynałem się zastanawiać, dlaczego Baron Spencer dał mi numer tego klauna. Może po prostu chciał zrobić mnie w chuja. Ten facet wyglądał na bogatego, zgadza się – poprawka, on pływał w pieniądzach, a na dowód miał dom wielkości portu – ale oprócz tego był pieprzonym wrakiem człowieka. Wątpię, by taki mięczak jak on był w stanie wybulić ze spokojem sześć milionów w zamian za dwadzieścia pięć procent udziałów od jakiegoś obcego z wątpliwą reputacją. Rozparłem się wygodnie na krześle, próbując o tym nie myśleć. Jego oczy śledziły każdy mój ruch. Wiedziałem, na co patrzy i jak wyglądam.

Ludzie zawsze pytają mnie „dlaczego?”. Dlaczego uparłem się, by wyglądać, jakbym ubiegał się o rolę w Synach anarchii? Po co te tatuaże, ten męski kok, ta broda? Dlaczego wyglądam jak wieczny plażowicz, a moje spodnie zawsze są brudne od wosku do deski? Szczerze mówiąc, nie widziałem powodu, by wyglądać tak jak oni. Nie jestem jak oni. Jestem sobą – outsiderem bez rodowodu, znanego nazwiska czy rodzinnego dziedzictwa.

Dzięki temu, że wyglądam jak koszmar każdego ojca, dawałem jasno do zrozumienia, że nie biorę udziału w wyścigu szczurów.

– Jeftef całkiem wyjątkowy jak na Todof Fantof. – Morgansen zaczął się bawić brzegiem grubego kalendarza. Nie wiedziałem, czy odnosił się do mojej reputacji biznesmena, czy reputacji jako faceta.

Plotka głosiła, że kupiłem Café Diem i hotel, żeby prać pieniądze z haraczy, i aż tak nie mijało się to z prawdą. Rżnąłem się z każdą laską, która tego chciała, czasami jakiś facet robił mi laskę, gdy byłem pijany i miałem ochotę na przygodę, a potem angażowałem się w płatne romanse z każdym, kto mógł mnie przybliżyć do totalnej dominacji nad rozrywkową częścią Todos Santos. Zabawiałem czterdziestoletnie żony mężczyzn, których działalność podziwiałem, tylko po to, by ich wkurzyć, i byłem zabawką nawet starszych kobiet, które mogły sponsorować moją działalność i mnie samego. Jestem dziwką, dosłownie, a ludzie mają mnie za tak godnego zaufania i lojalnego jak puszka coli.

– Uznam to za komplement – powiedziałem w chwili, gdy gospodyni Darrena weszła do pokoju z tacą, dwiema szklankami i butelką wódki Waterford. Nalała mi trunku, Darrenowi podała whisky wyjętą z barku za nim, cały czas milcząc i pochylając głowę.

– Oczywifcie, p-profę – wyjąkał Darren. – Chciałem fię z tobą fkontaktować juf od jakiegof czafu. Moja rodzina pfeprowadziła fię tutaj cztery lata temu.

Jakbym o tym nie wiedział. Todos Santos uchodziło za miejsce wyższej klasy – to posępnie białe miasto, w którym od moralności i reputacji ważniejsze jest pochodzenie. Zawsze gdy sprowadza się tu ktoś nowy, ludzie od razu o tym wiedzą. Za każdym razem, gdy ktoś się wyprowadza, ludzie plotkują, zastanawiając się, co ta osoba chce ukryć. Do tej pory Morgansenom udało się uniknąć szumu. Co niekoniecznie dobrze o nich świadczyło. To oznaczało, że pomimo wzbogacenia się na ropie nie udało im się rozwinąć dobrych relacji z innymi, a to raczej podejrzane.

– Jak ci się tu podoba? – Zrobiłem balona z gumy, ze znudzeniem rozglądając się po pomieszczeniu.

– To… interefujące miafteczko. Bardzo hierarchiczne.

Wziąłem swojego drinka, wypiłem go duszkiem i postawiłem pustą szklankę na tacy przed zszokowanym Morgansenem.

– Super. Może przejdziemy do interesów?

Darren zmarszczył czoło.

Gestem zachęcił mnie do mówienia. I tak zrobiłem.

Opowiedziałem mu o moim pomyśle. O tym kawałku ziemi, który może być fantastycznym centrum surfingowym. Następnie przedstawiłem mu plan i wyciągnąłem projekt, który przygotował dla mnie jeden z najlepszych architektów w Los Angeles. Opowiedziałem Darrenowi o mojej wizji, a następnie rzuciłem statystykami dotyczącymi ciągle wzrastającej liczby nastolatków w Todos Santos – bogaci uwielbiają robić dzieci, a dzieciarnia w południowej Kalifornii zajmuje się albo skateboardingiem, albo surfowaniem. Wspomniałem również, że znajdujemy się na tyle blisko Huntington Beach, San Clemente i San Diego, że możemy przyciągnąć stamtąd zapalonych surferów. Nie wspominając już o tym, że dzięki temu w Todos Santos powstanie więcej zawodów surfingowych dla profesjonalistów. Wyjaśniłem mu, że potrzebuję ładnego nazwiska, by mieć pewność, że ktoś weźmie moją propozycję na poważnie, a potem napomknąłem, że on będzie tylko siedzieć i patrzeć, jak jego pieniądze rosną. Wolałem nie wspominać, że w porównaniu z Baronem Spencerem i jego luksusowym, ale prawie martwym centrum handlowym w mieście my staniemy się bóstwami. Taka była prawda, jednak Morgansen wyglądał mi na osobę, która zesra się ze strachu w gacie na myśl, że miałaby kogoś wkurzyć. A już na pewno kogoś takiego jak Baron „Brutal” Spencer.

Zanim zadzwoniłem do Darrena, trochę powęszyłem. Jego dziadek kupił pole naftowe w Kuwejcie, jeszcze zanim inni to zrobili. Ale Morgansen ledwo utrzymywał przy życiu rodzinny biznes. Nie wiedział, co robić. Miał żonę i pasierbicę i otaczała go masa ludzi z wąsami, którzy mówili mu, jak ma postępować.

– Ile ode mnie potfebujef? – zapytał.

– Sześciu milionów – powiedziałem, nawet nie mrugnąwszy.

Darren potarł ręką kark. Przez chwilę miałem wrażenie, że każe mi stąd spierdalać i rzuci we mnie jakimś ostrym przedmiotem. Ale tego nie zrobił. Rozejrzał się. Podrapał się po twarzy. Duszkiem wypił swoją gównianą drogą whisky, a potem się skrzywił i dopiero wtedy spojrzał mi w oczy. W jego spojrzeniu dostrzegłem przegraną.

– Okej.

– Okej? – powtórzyłem głupio.

Co on powiedział? Że okej? Nie wiem, czym naćpał się ten facet, ale chciałbym to sprzedawać.

– Dobra, doftanief te pieniądze. Możef mieć tfy miliony z góry.

– Nie potrzebuję trzech milionów z góry. Ja nawet nie wiem, czy dostanę tę ziemię – warknąłem. Instynkt podpowiadał mi, że gdzieś jest haczyk, ale Darren wyglądał na równie niegroźnego co Teletubiś. Facet nie potrafiłby oszukać kogoś w twistera, a co dopiero mnie.

– Doftanief, gdy ktof zobaczy moje nazwisko na twojej propozycji. W każdym razie uznaj to za geft dobrej woli. Nie chcę moich udziałów.

– Czy ty coś wziąłeś? Bo nie możemy współpracować, jeśli jesteś ćpunem. Nie mam nic przeciwko trawce, ale jeśli wziąłeś metę, to muszę wiedzieć. – Podrapałem się po policzku skrętem, unosząc brew z rozbawieniem.

Próbował uśmiechnąć się kpiąco, ale mu nie wyszło – więcej charakteru widziałem na twarzy kozy.

– Nie potfebuję udziałów. Nie chcę zarobić. Mam wyftarczająco dużo pieniędzy. Chcę od ciebie czegoś innego. Jak juf mówiłem, fłyfałem plotki na twój temat. Więc nie chcę, żebyf pomógł mi się wzbogacić. Tylko żebyf pomógł mojej pasierbicy.

Kim ty jesteś?

Co chcesz osiągnąć?

Jasna cholera, tatusiek Darren chce pomóc swojej dziewczynce zaliczyć.

Od razu zacząłem się zastanawiać, jak brzydka musi być ta jego córka. Jak Quasimodo? Z taką ilością pieniędzy i możliwości ta dziewczyna mogła wyglądać przynajmniej na uroczą. Może nie być cholernie seksowna, ale jakiś facet na pewno uznałby ją za wartą wyruchania. Ktokolwiek. Na szczęście gdy ma się dwadzieścia pięć lat, staje ci na widok wszystkiego. Nawet temperówki. Skoro Darren chce, żebym przeleciał jego córkę za sześć milionów dolarów, to jeszcze dzisiaj każę swojemu prawnikowi sporządzić umowę, a nim nastąpi ranek, laska będzie dogłębnie zerżnięta i przez kilka następnych dni będzie chodzić jak na haju. Mógłbym zrobić jej nawet minetę, a po wszystkim zasnąć z nią na łyżeczkę, bo za takie pieniądze głupio byłoby nie dać jej jakiegoś bonusiku.

– W porządku. – Machnąłem ręką. – Zazwyczaj sporządzam umowę na sześć miesięcy, bez klauzuli wyłączności. Dwa razy w tygodniu. Kondomy nie podlegają dyskusji i chcę, żeby się zbadała, zanim ją dotknę.

Kiedyś powiedziano mi, że jestem przystojnym skurwielem i nigdy nie wiadomo, kiedy będę musiał wetknąć w kogoś fiuta, by wyświadczyć jakąś przysługę lub coś zyskać. Dlatego przestałem brać pieniądze od nowych klientów. Kasa straciła dla mnie na atrakcyjności, gdy już opłaciłem rachunki i zająłem się mamą. Ale nikt mi nigdy nie powiedział, że mój fiut jest aż tyle warty. Ojczym wiedział, jak rozpieszczać swoją pasierbicę.

Darren pokręcił głową, a na jego twarzy pojawiła się panika.

– Co? Chwila. Och, Boże, nie, nie, nie, nie, nie. – Zaczął gorączkowo machać rękami i zakaszlał. Wyprostowałem się, zastanawiając się, jakim cudem ten facet jeszcze nie umarł na zawał. – Nie o to mi chodziło. Nie chcę, żebyf z nią fpał. Włafciwie to chciałbym ci tego zakazać. Potfebuję cię, bo można cię wynająć, a ty zrobisz fyftko, za co ci zapłacę, i nic poza tym. Jefy nie ma wielu pfyjaciół. Wiele w życiu pfefła, po prostu pofebuje towarzyftwa. Chcę, żebyś pomógł jej odzyfkać pewność febie i fię z nią zapfyjaźnił. Zatrudnij ją w fojej kawiarni, żeby miała powód, by każdego dnia wychodzić z domu. To będzie całkowicie platoniczna relacja. Nie możef jej tknąć. Ona nie pozwala fię dotykać.

Jesse. Oczywiście musiał mieć pasierbicę, której imienia nie potrafi wymówić. Biedaczysko.

Co jest z tą dziewczyną nie tak? Nawet nie potrafiła odpowiedzieć ojczymowi, chociaż na pewno była w swoim pokoju, gdy pukał. Bardzo możliwe, że jest rozwydrzoną księżniczką, ale przyjmę tę robotę, nawet jeśli uszy zaczną mi krwawić od słuchania, jak opowiada o zakupach z mamusią. Gdybym miał za to dostać kilkaset dolców, tobym się na to nie pokusił. Ale stawką było o wiele więcej pieniędzy i bardzo lukratywna inwestycja, więc Jesse kupiła sobie moje zainteresowanie. I do pewnego stopnia również moją przyjaźń.

– Czego dokładnie ma dotyczyć moja praca? – zapytałem, bawiąc się brodą.

– Jej terapeutka mówi, że dziewczynie jest potfebna praca. Jakakolwiek. Zatrudnij ją. Rozfmiefaj ją. Okazuj zainteresowanie. Ale jej nie dotykaj. – Jego drżące palce znowu zatańczyły na brzegu kalendarza. – Tchnij w nią życie.

– Czy ona… – Nie wiedziałem, jak to powiedzieć, żeby nie wyjść na niepoprawnie politycznego kutasa. Czy ona jest inna? W jakiś sposób upośledzona? To oczywiście nie ma znaczenia, ale musiałem wiedzieć, z czym będę miał do czynienia. Darren poruszył się niespokojnie w fotelu.

– Ona jest bardzo mądrym dzieckiem. Po prostu tfeba ją trochę popchnąć w ftronę fpołeczeńftwa.

– Dlaczego?

– Dlaczego? – powtórzył jak echo, mrugając szybko, jakby nigdy się nad tym nie zastanawiał. Na jego szczęce zadrgał mięsień. Morgansen ścisnął grzbiet nosa palcami. Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. Ten facet był tak ogarnięty jak naćpana koką nastolatka na Coachelli. Gościowi zdecydowanie brakowało kręgosłupa, a za odpowiednią sumę z chęcią odstąpię mu własny. Jeśli chce pomóc swojemu dzieciakowi, to ja mu to umożliwię. Nawet jeśli będę czuł się przez to jak kretyn, kiedy będę z nią chodzić do kina czy coś. Bo przecież nie będę wkładać w nią fiuta i szeptać jej czułych słówek do ucha.

– Powiem ci dlaczego, ale będziemy mufieli zawrzeć umowę o zachowaniu poufnofci.

Bogaci zawsze mają najciekawsze historie. Tę dziewczynę pewnie kręciła przemoc albo coś. Gdy człowiek ma za dużo pieniędzy, zaczyna się nudzić, a kiedy zaczynasz się nudzić, stajesz się dupkiem.

– W swoim życiu podpisałem już tyle umów o zachowaniu poufności, że teraz jeśli z kimś o czymś rozmawiam, to głównie o pogodzie. – Rozparłem się na krześle, bo nagle ogarnęło mnie zadowolenie na myśl o zawarciu z tym gościem umowy.

Skupił na mnie spojrzenie, w jego oczach błysła nadzieja. Kochał ją. Mnie miłość zawsze zawstydzała. To takie niekomfortowe uczucie. Ludzie w imię miłości robią naprawdę głupie rzeczy.

– Dobrze, dobrze. A więc… jeftefmy umówieni? – wysapał, łapczywie wdychając powietrze do płuc.

Rozejrzałem się i po raz pierwszy dokładniej przyjrzałem się jego gabinetowi. Został urządzony w tradycyjnym stylu. Ciemny dąb i półki ciągnące się od podłogi do sufitu, a na nich grube książki w nieskazitelnym stanie. Perski dywan i beżowe jedwabiste fotele. Barek był jedną rzeczą, która wyglądała na używaną – butelki do połowy puste, takie jakieś smutne, naznaczone jego odciskami palców. Wszystko inne było na pokaz. Ten facet czuł się zagubiony. A ja go odnalazłem. Szczęściarz ze mnie.

To będzie tak łatwe zadanie jak odebranie dziecku lizaka.

– Spędzę z nią pół roku, ale chcę poznać jej historię.

Morgansen nalał sobie kolejną szklankę whisky, patrzył się na nią tak, jak inny człowiek patrzyłby w otchłań, a potem wypił wszystko duszkiem, tak szybko jak skacze się w tę przepaść w poszukiwaniu śmierci. Szklanka zadrżała w jego palcach, a potem spadła na podłogę.

– Chcesz znać całą hiftorię?

Wzruszyłem ramionami. Nie lubiłem się powtarzać i nie zamierzałem zaczynać przez tego gnoja.

Ale kiedy pierwsze słowa opuściły jego usta, wbiłem palce w fotel.

Kiedy usłyszałem pierwsze słowa, zaschło mi w gardle.

A po półtorej godziny słuchania w odpowiedzi na jego opowieść byłem w stanie użyć tylko jednego słowa. Doskonale opisywało to, co czuję.

Kurwa.

Rozdział drugi

– Dziś jest dobry dzień na surfowanie nago. – Beck zaśmiał się dziko. Jego długie mokre brązowe włosy unosiły się na wietrze, gdy leżał brzuchem na desce, ujeżdżając falę. Chodziło o to, by fale obmywały twojego fiuta, i nie lubiłem, gdy ludzie to robili. To było równie złe co zrezygnowanie z pięknej modelki na rzecz zrobienia sobie dobrze ręką po pijaku. Tak naprawdę każdego dnia, gdy plaża była prawie pusta, najlepiej surfowało się nago. I dlatego każde morskie stworzenie w południowej Kalifornii zna mojego fiuta na pamięć. Zaśmiałem się i patrzyłem, jak Beck ściąga spodenki i owija je sobie wokół nadgarstka jak bransoletkę. Mój przyjaciel z liceum Hale dryfował na spokojniejszej wodzie, a moja była dziewczyna z liceum Edie znajdowała się tuż obok, siedziała na desce i patrzyła w milczeniu w stronę plaży.

Podążyłem za jej spojrzeniem i zobaczyłem jej męża Trenta i jego córkę Lunę, którzy budowali skompilowany zamek z piasku za pomocą foremek. Edie była moją ulubioną i jedyną byłą dziewczyną. Zaliczała się również do grona moich najlepszych przyjaciół. Podobało mi się to, jakimi są ludźmi, niezależnie od tego, czy można ich przelecieć, czy nie. Edie – albo Gidget, jak nazywam ją od liceum – była już dla mnie nietykalna, ale to wciąż moja Edie. Zmarszczyła czoło zmartwiona. Przykucnąłem i usiadłem okrakiem na swojej desce, po czym pstryknąłem ją w ucho.

– Znowu to robisz.

– Co takiego?

– Za dużo o czymś myślisz.

Gidget zmarszczyła nos.

– Trochę kręci mi się w głowie. – Odgarnęła z twarzy blond włosy i zmrużyła oczy, patrząc na złote wybrzeże.

– Wyglądasz blado. – To było niedopowiedzenie i komentarz niezbyt w stylu dżentelmena. – Idź do domu. I tak nie ma fal.

Odwróciła głowę.

– Hej, Beck! Moja córka jest na plaży. Podciągnij gacie, ty zboczeńcu!

Podobało mi się to, że nazywała pasierbicę córką. Znały się dopiero od kilku lat, ale to była najprawdziwsza rodzina, jaką w życiu widziałem.

– A co u ciebie? Wszystko dobrze? – Edie musnęła palcami taflę wody.

– Jak nigdy.

– Nadal używasz kondomów? – Uniosła mokrą brew. Odkąd postanowiłem otworzyć biznes pięć lat temu, często mnie o to pytała. Powstrzymałem się od przewrócenia oczami i popchnąłem stopą jej deskę.

– Niszczysz fale, Gidget. Surfuj albo stąd spadaj.

Patrzyłem, jak Edie płynie do brzegu, a potem odwróciłem się w stronę Becka i Hale’a. Zauważyłem, że obaj siedzieli na swoich deskach okrakiem i patrzyli na mnie.

– Koniec przedstawienia. – Splunąłem do wody. Beck wskoczył na swoją deskę – skurwiel był zwinny jak małpka – i odstawił ten irytujący taniec polegający na wypychaniu bioder, który zawsze wykonują dupki, kiedy chcą zirytować wszystkich wokół. Wyglądał trochę jak młody Matt Damon, tylko z dłuższymi brązowymi włosami. Zaczął śpiewać Show Must Go On Queen, dramatycznie zaciskając pięść.

Wziąłem Becka pod swoje skrzydła, licząc na to, że zrobię z niego profesjonalnego surfera, którego wszyscy będą chcieli oglądać na zawodach. Był dobry jak Kelly Slater, ale przy tym leniwy jak Homer Simpson, więc przygotowywałem go dopiero na wrześniowe zawody. Jestem jedyną osobą, której się obawia, więc stwierdziłem, że jeśli ktokolwiek będzie w stanie wyciągnąć go z łóżka o piątej rano, będę to ja.

Hale pokręcił głową.

– Weź się wydepiluj, palancie. Twoje krocze wygląda jak Phil Spector. – Wskazał na fiuta Becka. Ten drugi się zaśmiał i potrząsnął kutasem jak baby włosami w reklamie szamponu. Hale odwrócił się do mnie i teraz wszyscy siedzieliśmy tu jak kretyni i psuliśmy fale. Super.

– W tym miesiącu jest moja zmiana, prawda? – Zmianą nazywaliśmy odwiedzanie sklepów przy promenadzie, by zebrać haracz.

– Tak.

– Czy coś jeszcze mam zrobić? – Położył się brzuchem na desce. Hale miał rude włosy, zielone oczy i duszę autodestrukcyjnego Holdena Caulfielda, który trafił do tego sztucznego miasteczka. Miał nadopiekuńczych rodziców – to kolejna rzecz, której mnie brakowało. Niedługo skończy magisterkę z filozofii i pójdzie w ślady rodziców, czyli zostanie wykładowcą. Chcieli, żeby zmieniał plastikowych ludzi z południowej Kalifornii w myślące jednostki. Ale Hale nie chciał być wykładowcą ani nawet zwykłym nauczycielem. Chciał być dzikusem, jak ja.

– Bądź grzeczny i odrób wszystkie zadania domowe – zaśmiałem się.

Ochlapał mnie wodą jak pięciolatek.

– Chcę większej odpowiedzialności. Chcę być częścią SurfCity.

Hale i ja dzieliliśmy się pieniędzmi z haraczu pół na pół, co mi odpowiadało, bo to on najczęściej chodził po lokalach. Ale on zawsze chciał jeszcze więcej. SurfCity to mój pomysł, moje dziecko, moje marzenie. Nie zamierzam się nim z nikim dzielić.

– Mówię poważnie – jęknął.

– Ja również. – Uniosłem głowę i patrzyłem, jak nagi Beck odpływa razem ze swoim włochatym kroczem. – Nie potrzebuję więcej pomocy.

– Mam pieniądze. Mogę zainwestować w SurfCity.

– Możesz co najwyżej zejść mi z drogi i pozwolić posurfować.

– Dlaczego nie? Przecież potrzebujesz pieniędzy. Znalazłeś już kogoś?

Nie zamierzałem mu powiedzieć o Darrenie i Jesse, bo nie byłem jeszcze pewny, jak to się rozwinie, a poza tym bardzo możliwe, że Hale spieprzyłby wszystko dla zabawy. Został ulepiony z tej samej gliny co niesławni członkowie grupy HotHoles. Czasami niszczył rzeczy tylko dlatego, że lubił słuchać, jak pękają.

– Nie twoja sprawa.

– Naprawdę ciężko cię odczytać, Protsenko.

– A może – pochyliłem głowę i uśmiechnąłem się – ty po prostu nie umiesz czytać ludzi, Hale. – Sapnął tak, że jego nozdrza rozszerzyły się w komiczny sposób. Odpłynął na swojej desce. To była jego własna wersja zatrzaśnięcia mi drzwi przed nosem. Zaśmiałem się. Po kilku minutach Beck zjawił się obok. Szybko oddychał, naładowany adrenaliną.

– Co się wszystkim stało? Gidget zachowuje się jak dziewczyna, Hale – jak pizda. A ty – jakbyś był ich surowym ojcem.

Prychnąłem, patrząc na znikającego Hale’a i myśląc o SurfCity.

– To jak? Jutro o tej samej porze? – Beck udał, że chce mnie szturchnąć w ramię, ale tak naprawdę nie miał jaj, by to zrobić.

– Tak. Spotkajmy się wcześniej, bo później mam plany.

Te plany miały imię, opis i konkretne zakończenie.

Te plany to pewna dziewiętnastolatka.

Nie wiedziałem tylko, że mój plan legnie w gruzach z tym samym dźwiękiem, którym jara się Hale.

***

Najpierw postanowiłem dowiedzieć się, jak wygląda typowy dzień Jesse Carter. Chociaż w sumie każdy jej dzień wyglądał tak samo, bo ta dziwaczka nie wychodzi z domu ani z pokoju, ani… z łóżka. Jej nazwisko brzmiało znajomo, ale nie zastanawiałem się nad nim zbyt długo. Todos Santos to małe miasteczko. Pewnie kiedyś na nią wpadłem. Może nawet kiedyś w niej byłem.

Tylko że wtedy sytuacja zrobi się niezręczna…

Darren powiedział mi, że ojciec Jesse zmarł, gdy ona miała dwanaście lat, i to ją zniszczyło, jeszcze zanim zrobili to pewni chłopcy. Wyznał mi również, że spotkanie się z nią gdzieś przypadkiem będzie zadaniem równie trudnym co nauczenie świni, jak tańczyć walca.

– Będzief mufiał zdobyć jej zaufanie, by wejść w jej fwiat, bo ona rzadko wychodzi z domu – powiedział mi przez telefon. – W każdy czwartek chodzi na terapię do gabinetu w centrum i zawsze w południe i o tfeciej nocy biega koło El Dorado.

Dwa razy dziennie? Cóż, nie moja sprawa.

– Interesujące godziny – skomentowałem, patrząc na kartkę.

– Wtedy jest mało ludzi. – Oczywiście.

Zapisałem wszystko na kartce i próbowałem wymyślić, gdzie mam ją, do cholery, złapać.

– Coś jeszcze? – Strzeliłem balona z gumy przy słuchawce.

– Częfto odwiedza nafą fąfiadkę panią Belfort. Ma jakief ofiemdziefiąt lat i alfheimera.

Widać Jesse Carter prowadzi ciekawe życie. A ja mam być tym szczęściarzem, który wywabi ją z domu i pomoże wrócić do świata.

– To wszystko? – zapytałem.

– Tak. – Westchnął.

– Czy ona nie ma kogoś bliskiego? Chłopaka? Najlepszej przyjaciółki? Może wychodzi z mamusią na zakupy do Balmain? – Nie miałem zbyt wielkiego pola do popisu. Nie mogę przecież wpaść nieproszony do domu jej sąsiadki i udać, że przypadkiem się z nią spotykam. To znaczy, mógłbym, gdybym był w nastroju na areszt.

– Nie. – Darren przełknął ślinę. – Ona nie ma nikogo.

Zmrużyłem oczy, patrząc na kartkę w ręce. Miałem tak niewiele informacji. Odniosłem wrażenie, że ta dziewczyna nie chce istnieć poza murami swojego domu. Ale potrzebowałem jeszcze jednej rzeczy od Darrena. Już podpisał umowę i wszystko było gotowe, mogłem działać. Uparł się przy dwóch paragrafach, spisanych wytłuszczonym drukiem. Po pierwsze, Jesse Carter nigdy, przenigdy nie może się dowiedzieć o tej umowie. A po drugie, ja nigdy, przenigdy nie mogę uprawiać z nią seksu. „Złam jedną z tych zasad, a z naszej umowy nici”, obiecał.

Prawda była taka, że nie brałem tego gnoja na poważnie, bo Darren wydawał mi się takim słabym człowiekiem, że nie skrzywdziłby muchy.

– Wyślij mi jej aktualne zdjęcie. Muszę wiedzieć, jak wygląda, żebym nie poderwał przypadkowej dziewczyny.

– Nie maf jej podrywać – podkreślił. – Ty jej pomagaf.

Semantyka, ulubienica zachodniego społeczeństwa. Nie ma znaczenia to, jak to zrobię – liczy się tylko, by Jesse Carter wyszła w końcu z domu. Nawet nie traciłem czasu na to, by znaleźć ją w sieci. Jeśli dobrze odczytałem tę laskę, a tak mi się wydawało, to ona nie ma nawet konta na Facebooku, Instagramie czy Snapchacie. Chciała zniknąć z powierzchni Ziemi i tak zrobiła.

A ja zamierzam wyciągnąć ją do ludzi.

Może przyjść sama lub ze swoimi demonami.

Naprawdę mnie to nie obchodzi.

***

Zdjęcie, które wysłał mi Darren, było bardziej zaśnieżone niż krajobraz na Syberii, więc nie widziałem Jesse wyraźnie. Wygląda na to, że zrobił jej zdjęcie, gdy nie patrzyła, co wydało mi się nieco podejrzane. Siedziała na obitej ławeczce, trzymając w rękach Córkę kapitana Aleksandra Puszkina. Pochylała nad nią głowę tak, że prawie nie widziałem twarzy. Dostrzegałem tylko kruczoczarne włosy, śnieżnobiałą skórę i długie rzęsy. Miałem dziwne przeczucie, że już ją gdzieś widziałem, ale ukryłem to głęboko w umyśle. A nawet jeśli już ją widziałem, to teraz była dla mnie tylko zadaniem.

Niczym więcej.

I nie mogłem tego spieprzyć.

Tym bardziej że już wykorzystałem pięćset tysięcy dolarów z trzech milionów, które wysłał mi Darren, by sprowadzić włoskie meble do mojego nowego luksusowego hotelu. Ups.

Uznałem, że najlepiej będzie wpaść na Jesse, kiedy uda się na wizytę do terapeuty. Czekałem pod efekciarskim budynkiem, w którym mieściła się klinika. Postanowiłem usiąść w kawiarni przy Liberty Park. Wyglądałem przez szklaną ścianę. Jesse zaparkowała range rovera przed budynkiem i wysiadła. Kuliła ramiona niczym połamane skrzydła, a w jej pochmurnym spojrzeniu człowiek mógł zginąć.

Moją pierwszą myślą było to, że nie wygląda jak Quasimodo. Była piękna, a i to brzmiało jak niedopowiedzenie stulecia.

A drugą było to, że już ją widziałem. I nie musiałem podnosić jej włosów w kolorze atramentu, by zobaczyć tatuaż z cytatem z Puszkina na jej karku. Takiej dziewczyny się nie zapomina. Spotkałem ją na plaży wiele lat temu, ale pamiętam, jak silną czułem potrzebę, by ją zdobyć. I jaki byłem wkurzony, gdy zobaczyłem, jak jej chłopak przytula ją, gdy tylko położyła się obok niego na piasku. Miała wtedy na sobie skąpe czerwone bikini. Na szczęście powstrzymałem się przez zabraniem mu jej sprzed nosa.

A teraz była moim środkiem do celu, więc za nic nie tknę jej nawet trzymetrowym kijem.

Jesse miała na sobie workowate dżinsy, które ukrywały jej długie seksowne nogi, pomarańczową koszulkę – długą, luźną i niestety skromną – a na niej rozpiętą czarną bluzę z kapturem. Całości dopełniały czapka z daszkiem – Raidersów, dziewczyna wie, komu kibicować – i okulary zasłaniające niemal całą jej twarz, które właśnie teraz ściągnęła. Widocznie nie chciała zwracać na siebie uwagi. Ale miała pecha, bo za sześć milionów nie tylko dostrzegłem jej egzystencję, ale będę ją czcić i zbuduję jej świątynię. No wiecie, w przenośni.

Zniknęła w budynku z pochyloną głową, na nikogo nie patrząc. Wiedziałem, że u terapeuty spędzi godzinę. Miałem wystarczająco dużo czasu, by podejść do jej samochodu, odkręcić wentyl z tylnej opony i patrzeć, jak powoli uchodzi z niej powietrze. Następnie przeszedłem dwie przecznice do miejsca, gdzie stał mój samochód – mający chyba miliard lat czerwony ford, którego rzadko używam – i zaparkowałem go dokładnie za range roverem.

Tak jak się spodziewałem, Jesse wyszła z budynku godzinę później i szybkim krokiem podeszła do swojego auta. Cóż za spostrzegawcza z niej dziewczynka – zauważyła flaka, zanim wsiadła za kierownicę. Przykucnęła, westchnęła, pokręciła głową. Otworzyłem drzwi swojego auta i wyskoczyłem z niego, ale nie podszedłem. Darren wspominał, że ona nie lubi, gdy mężczyźni do niej podchodzą. Żaden problem.

– Wszystko w porządku? – zapytałem.

Gwałtownie uniosła głowę i zgromiła mnie wzrokiem, jakbym odzywając się do niej, złamał jakieś siedemset zasad społecznych. Nie odpowiedziała. Zdenerwowana przysunęła rękę do wentylu opony. Wiedziała, czego szukać, co mnie zaskoczyło. Ale to nie miało znaczenia. Żeby zmienić oponę, Jesse potrzebowała kogoś, kto poda jej zapasową, i nie chcę być tu szowinistyczną świnią, ale to coś waży chyba z tonę. A ona jest drobna. Zwykła fizyka.

Co za szczęście, że akurat tu jestem, nie?

– Złapałaś flaka – stwierdziłem oczywiste, ostrożnie robiąc krok w jej stronę.

Niemal wyskoczyła ze skóry. Spojrzałem w jej pełne przerażenia oczy. Zgaduję, że moja broda, tatuaże i metr dziewięćdziesiąt wzrostu nie pomogły.

– Nie – warknęła. Głos jej drżał.

– Co nie?

– Nie dotykaj mnie.

– Wcale nie zamierzałem – odparłem. I to była prawda. Mogłaby mi zapłacić sześć milionów bez jednego dolara, a ja i tak nawet nie pocałowałbym jej w policzek.

Cofnąłem się, unosząc dłonie w pojednawczym geście.

– Zacznijmy od początku. Czy mogę ci pomóc zmienić oponę? Mam w samochodzie lewarek. – Wskazałem za siebie. – Możesz stać półtora metra dalej. Obiecuję, że cię nie dotknę. Nawet patrzeć na ciebie nie będę. Nie znoszę pomarańczowego. – Skinąłem głową na jej koszulkę. I to też była prawda. Ten kolor przypomina mi o tym skurwielu Hale’u i jego rudych włosach.

Patrzyła na mnie długo i groźnie, jakby próbowała przejrzeć moje prawdziwe zamiary. Odwzajemniłem spojrzenie, wykorzystałem całą samokontrolę, by się nie odwrócić i odejść. Rozumiem, miała swoje powody, ale zachowuje się cholernie dziwnie. Nie lubię trudnych, innych czy dziwnych. Wolę prostotę. Nie zrozumcie mnie źle – jest piękna, ale wygląda raczej jak piękna tragedia, celowo zaprojektowana na czyjąś zgubę.

– Ubezpieczalnia się tym zajmie – wyjąkała, jakby nie przywykła do rozmawiania z obcymi. Strzeliłem głośnego balona z cynamonowej gumy.

– Zanim przyjadą, minie godzina. Mogę ci pomóc w piętnaście minut, a ponadto unikniesz papierkowej roboty i bólu głowy.

– Nie przeszkadza mi robota papierkowa i ból głowy. Odejdź.

– Dobra. To zadzwoń do ubezpieczalni. – Skrzyżowałem ramiona na piersi.

Może spróbować poszukać ich numeru w internecie, ale to zajmie jej pewnie dwadzieścia minut. W tej części miasta nie ma zasięgu. Todos Santos znajduje się tak nisko w dolinie, że pewnie sąsiadujemy z piekłem. Próbowała znaleźć numer, mrużyła oczy, patrząc na ekran telefonu, i prychała pod moim bacznym spojrzeniem. A potem tupnęła.

– Co będziesz z tego miał? – Jesse skinęła na mnie głową, rezygnując z kiepskiego internetu. Ona i jej ojczym byli zupełnymi przeciwieństwami. Oboje sprawiali wrażenie niespokojnych, ale on był pasywny i słaby, podczas gdy ona przypominała ogień, gotowa była wydrapać ci oczy, jeśli podejdziesz za blisko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki