Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 401 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szadź - Igor Brejdygant

Las. Młoda dziewczyna. Wygląda, jakby spała. Ale nie śpi. Wie, że zaraz umrze. I czuje, co robi z nią jej morderca, tyle że nie jest w stanie nawet mrugnąć.

Kiedy nad ranem zostają znalezione zwłoki, na miejscu zjawia się komisarz Agnieszka Polkowska. Nikt nie chce z nią pracować – zbyt wiele wymaga, słynie z ostrego języka i jest bardziej inteligentna od kolegów. Jej zaangażowanie w każdą ze spraw nie bierze się znikąd: ma kilka tajemnic i wolałaby się nimi nie dzielić. Ostatnie, czego jej trzeba, to błyskotliwy psychopata – człowiek, który odczuwa emocje tylko wtedy, gdy poluje. Gdy wybiera dziewczyny, osacza je i zabija: powoli, delektując się ich cierpieniem. Jest precyzyjny i metodyczny, przekonany, że nikt mu nie dorówna. Nie popełnia błędów. Do czasu.

Kiedy na jego drodze staje komisarz Polkowska, będzie musiał zmierzyć się równym mu przeciwnikiem, kimś, kto potrafi rozgryźć tok jego rozumowania i podążyć za makabrycznymi wskazówkami.

Czy Polkowskiej uda się ocalić kolejną dziewczynę, mimo seksizmu i niekompetencji jej szefów? Czy tajemnica z przeszłości, która dopada ją w chwili, gdy jej życie zaczyna się układać, pokrzyżuje śledztwo? Czy zdoła uratować życie kogoś, kto jest jej najbliższy?

Opinie o ebooku Szadź - Igor Brejdygant

Fragment ebooka Szadź - Igor Brejdygant

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta JOLANTA KUCHARSKA, BEATA WÓJCIK
Projekt okładki i stron tytułowych MARIUSZ BANACHOWICZ
Zdjęcie na okładce © s. kopansky / Shutterstock
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Igor Brejdygant Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65780-65-2
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Magdzie, Gabrysi, Kalince. Moim mądrościom.

Tej nocy była pełnia.

Agnieszka próbowała przypomnieć sobie, skąd właściwie wzięła się w tym dziwnym wnętrzu. Miało w sobie coś z porzuconej dawno temu hali fabrycznej, a jednocześnie przypominało ogromną chłodnię ze ścianami pokrytymi grubą warstwą narosłego przez lata szronu. Było jej zimno, ale bardziej niż chłód doskwierał jej silny niepokój, który nie wiązał się jednak bezpośrednio z nią samą, tylko dotyczył kogoś innego, bardzo bliskiego, kogoś, kto zagrożony był znacznie bardziej od niej i kto, miała wrażenie, był gdzieś w pobliżu. W tym momencie usłyszała rozdzierający krzyk swojej córki Joli.

– Mamo! – Krzyk rozniósł się po hali, odbijając się po wielekroć echem od stalowych, pokrytych szronem ogromnych podpór, po czym zapadł się w martwej ciszy równie nagle, jak się pojawił.

Wtedy się obudziła. Skądś, jakby z innej rzeczywistości, do której jeszcze nie dotarła, choć opuściła już poprzednią, dobiegał drażniący dźwięk telefonu. Otworzyła oczy, spojrzała za okno, za którym świtało, i w tym momencie zapomniała, co jej się śniło przed chwilą. Telefon na moment przestał dziurawić ciszę, ale już po kilku sekundach odezwał się znowu. Agnieszka próbowała sobie przypomnieć, gdzie jest aparat, który z reguły wyłączała przed pójściem spać, ale tym razem zapomniała. Po chwili zlokalizowała źródło dźwięku pod przeciwległą ścianą, przy której stało biurko, a przy nim krzesło. Telefon tkwił w kieszeni spodni przewieszonych przez oparcie. Kiedy odezwał się po raz trzeci, nie wytrzymała i wstała z łóżka. Chciała tylko wyciszyć dzwonek i jak najszybciej schować się z powrotem pod ciepłą kołdrę. W pokoju było przeraźliwie zimno, znowu zostawiła otwarte okno. Chłód spowodował, że nagle wróciła do niej jakby jedna klatka z zapomnianego snu. Agnieszka przez moment zobaczyła przed oczami pokryte grubą warstwą lodowej szadzi ściany i uczucie nieokreślonego lęku wróciło. Spojrzała na wyświetlacz telefonu, na którym pojawiło się jedno słowo „Szwagier”. Zawahała się. Szwagier nie miał nic wspólnego ze szwagrem, którego nigdy nie miała, nawet kiedy przed wielu laty była przez chwilę zamężna. Szwagier był używaną przez cały wydział do spraw zabójstw i terroru kryminalnego komendy powiatowej w Skarżysku-Kamiennej, a może też i przez inne wydziały tej samej komendy, ksywą jej przełożonego, inspektora Włodzimierza Misiaka. Agnieszka spojrzała na zegarek na wyświetlaczu, po czym nacisnęła zieloną słuchawkę.

– Jest za piętnaście siódma – odezwała się.

– Wiem, pod lasem przy wsi Orzechówka znaleziono nagie zwłoki młodej kobiety. Jadę, pomyślałem, że zechcesz dołączyć. – Chropowaty głos Szwagra, który normalnie wydawał się przynajmniej przez telefon dosyć ponętny, teraz drażnił jej błonę bębenkową niepotrzebnymi drganiami.

– Może... – Przez moment znów wyobraziła sobie chłód, który ciągnął się za nią ze snu. – Orzechówka? Gdzie to jest?

– W otulinie Lasu Sieradowickiego, wyślę ci koordynaty, ale generalnie pojedziesz na Mnichów, potem...

– Potem włączę sobie GPS. – Agnieszka zamknęła okno i się rozłączyła. Po chwili wahania wróciła jeszcze pod kołdrę, gdzie postanowiła doczekać, aż temperatura w pokoju zbliży się choćby do pokojowej.

Za oknem zrobiło się już całkiem jasno, ale w kuchni wciąż jeszcze paliło się światło, co oznaczało, że Bożena Wałkoń, która właśnie zalewała w szklankach przygotowane zawczasu zwitki herbaciane, wstała już co najmniej godzinę temu, kiedy za oknami panowały wciąż nieprzeniknione ciemności.

– Cześć, mamo. – Ładna dwudziestoletnia blondynka o niebieskich oczach i nieco bladej cerze uśmiechnęła się do Bożeny pakującej kanapki do torebki. – Czemu mnie nie obudziłaś? Pomogłabym ci.

– W czym, Ewuś? – Kobieta spojrzała na stos przygotowanych kanapek i uśmiechnęła się do córki.

– W tym. – Dziewczyna kiwnęła głową w stronę stołu.

Jej matka, która przez trzydzieści lat uczyła w szkole, pół roku temu przeszła na emeryturę i zajęła się produkcją oraz dowozem kanapek do okolicznych firm, a nawet na nieodległą stację benzynową. Robiła to nie tylko po to, by nie stetryczeć, nie zwariować i nie popaść w depresję, ale również by poprawić ich sytuację finansową.

– To moja praca. Czy ja pomagam ci w twojej? Chodzę za ciebie na studia, wystaję za barem, stoję na zmywaku?

– Mamy zmywarkę. – Ewa doskonale wiedziała, że nie ma szans w jakimkolwiek sporze z matką, bo ta, gdyby chciała, udowodniłaby jej nawet w pięć minut, że Ziemia jest płaska. Dlatego nie wchodziła już w dalszą dyskusję.

– Siadaj. – Bożena postawiła przed nią talerz z kanapkami, które różniły się od spakowanych już w szarokremowe papierowe torebki nie tylko jakością, ale też tym, że wykonano je z miłością.

Ewa usiadła i zamyśliła się, patrząc na mamę.

– Śniło mi się coś dziwnego. – Próba przypomnienia snu zaabsorbowała ją na tyle, że łyżka z cukrem transportowanym z cukiernicy do szklanki z herbatą zawisła nagle w kuchennej czasoprzestrzeni.

– Pełnia była, zawsze dziwnie się śni w pełnię. – Bożena z ciekawością przyglądała się zastygłej nad szklanką łyżeczce z górką cukru, z której na razie nie spadło nawet ziarenko. – Rozsypiesz.

Ewa posłodziła, a mieszając, usilnie starała się przywołać jakieś obrazy ze snu. Matka zaczęła tymczasem pakować przygotowane kanapki do wielkiej niebieskiej torby. Przez znajdujące się od południowej strony okno wpadły do kuchni pierwsze promienie wschodzącego słońca. Na ścianie pojawiły się cienie drzew.

– Byłam w lesie, było bardzo cicho... Chyba byłam sama, nie czułam strachu, ale trochę mnie to dziwiło, bo wiedziałam, że tak naprawdę powinnam się bać.

– Byłaś sama? – Mama trochę udała zainteresowanie, bo bardziej absorbowało ją już teraz to, że za dziesięć minut musi być z torbą z kanapkami na stacji, a za kolejny kwadrans w pierwszej firmie oddalonej dziesięć kilometrów od ich wsi. Tam zaczynały się obrzeża Garwolina, a na obrzeżach obrzeży liczne hurtownie i magazyny.

– Nie wiem... – Ewa skupiła się, żeby przypomnieć sobie coś jeszcze, ale przychodziło jej to z ogromnym trudem. – Pamiętam tylko, że było zimno i nad ziemią snuła się mgła, więc nawet jeżeli ktoś tam był, to nie mogłam go zobaczyć.

– Jedziesz ze mną? – Matka była już gotowa do wyjścia. – Podwiozę cię na przystanek.

Ewa pokiwała głową, wypiła dwa łyki herbaty, wzięła do ręki pieczołowicie zapakowaną kanapkę i ruszyła za mamą.

Sławomirowi Wolskiemu nie śniło się nic. Pół godziny temu wrócił z pięciokilometrowej przebieżki i teraz kończył poranną toaletę, stojąc przepasany śnieżnobiałym ręcznikiem frotté w zaparowanej łazience. Mgiełka powoli schodziła z powierzchni lustra i ten czterdziestosześcioletni postawny mężczyzna mógł znów z zadowoleniem skonstatować, że upływ czasu właściwie go nie dotyczył. Miały na to wpływ intensywnie uprawiane ćwiczenia fizyczne, prawidłowo zbilansowana dieta, oczywiście kosmetyki oraz zabiegi odmładzające przeprowadzane w zaprzyjaźnionym gabinecie przy studiu fryzjerskim, do którego Sławomir uczęszczał raz na dwa tygodnie. Mężczyzna zerknął na leżący na blacie obok umywalki zegarek. Było wpół do ósmej. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, nie mogło zresztą być inaczej, bo w życiu Sławomira od najwcześniejszych lat wszystko zawsze toczyło się zgodnie z planem i zmierzało ku jasno wytyczonym celom, które jeden po drugim cierpliwie i do znudzenia osiągał.

– Tato? – Zza drzwi dał się słyszeć nieśmiały dziewczęcy głosik.

– Zaraz wyjdę. Zjedzcie owsiankę, mama naszykowała.

– Ale mi się strasznie chce...

– To idź do łazienki na górę. – Sławomir nie lubił, gdy cokolwiek zakłócało jego rytuały.

– Ale tam jest Piotrek i nie chce mnie wpuścić!

Mężczyzna pokręcił głową, spojrzał jeszcze raz z zadowoleniem na swoją twarz w lustrze, po czym otworzył drzwi.

– Tylko raz, raz. – Uśmiechnął się do siedmioletniej, lekko pucołowatej blondynki, która trochę bała się na niego spojrzeć, bo doskonale wiedziała, jak bardzo tata nie lubi, gdy rano mu się przeszkadza. Dobrze się złożyło, że nie spojrzała na ojca, bo jego uśmiech był tyleż serdeczny, co nieszczery.

– Tylko siku, zęby potem. – Dziewczynka weszła do łazienki i cicho zamknęła za sobą drzwi.

Sławomir spojrzał w kierunku jasnej, umeblowanej jakby w technice renderu 3D kuchni, gdzie przy zlewie z białej żywicy epoksydowej stała jego młodsza o kilka lat, atrakcyjna żona, której nie kochał, ponieważ nigdy nie kochał nikogo.

– Dzień dobry, kochanie. Dobrze spałaś?

– Tak sobie, chyba pełnia była. – Monika, która już wiele lat wcześniej zorientowała się, że nie jest kochana, ale uznała, że tak prawdopodobnie musi być, wyłączyła palnik pod gotującą się owsianką i odstawiła garnek na blat obok, starając się nie zachlapać przy tym płyty indukcyjnej.

– Przesądy, zabobony. – Uśmiechnął się nieco protekcjonalnie. – Pełnia ma wpływ na poziom wód w oceanach, ale nie na jakość snu. Może coś cię trapi?

Udał zainteresowanie, choć tak naprawdę myślami był już w zupełnie innym miejscu, na spotkaniu, które miało zacząć się za godzinę. Z jednej strony nieco się go obawiał, z drugiej czuł pewną ekscytację. To właśnie owo pobudzenie dawało mu największy napęd, sprawiając, że właściwie nie można było go zatrzymać.

– Odwiozę dzieci – odezwał się, zmieniając temat. – Potem mam spotkanie. Pamiętasz, że idziemy wieczorem na kolację do Nowickich?

– Oczywiście, kochanie. – Monika, mówiąc „kochanie”, od jakiegoś czasu czuła dyskomfort, ponieważ wcale nie była pewna, czy Sławomir rzeczywiście jeszcze nim jest. On, choć jej nie kochał, zwracając się do niej „kochanie”, nie miał podobnego dylematu.

Dziesięć minut później na doskonale skrojony, szyty na miarę garnitur włożył stalowoszary płaszcz z wełny z domieszką kaszmiru i opuścił mieszkanie. Za nim wybiegła dwójka dzieci w eleganckich mundurkach z herbem szkoły przyszytym do granatowych sweterków w serek. Sławomir pozostawił za sobą smugę zapachu męskiej wody z wyraźną nutą paczuli, woni używanej przez mężczyzn na całym świecie, którzy niejako za swój obowiązek poczytywali sobie zdradzanie żon. Monika stała chwilę przy drzwiach, próbując sobie przypomnieć, po co właściwie tu przyszła, po czym wróciła do salonu, otworzyła barek i nalała sobie pierwszy tego dnia kieliszek wina. Za oknem w kierunku wyjazdu z posesji sunęło eleganckie bmw 740L kupione przez Sławomira głównie dlatego, że dokładnie takim samym do pracy i w delegacje funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu wozili jego starego znajomego, obecnego prezydenta.

Dwunastoletni saab 9-5 aero komisarz Agnieszki Polkowskiej kilka minut wcześniej skręcił z drogi asfaltowej w leśny dukt i teraz, trąc niemiłosiernie osłoną silnika o kępy trawy porastające środek drogi, brnął coraz głębiej w gęstwinę lasu spowitego poranną mgłą. Co kilkadziesiąt sekund z głośniczka w smartfonie odzywała się sympatyczna Ivona, sądząc po głosie, lekko wcięta barmanka z nocnego klubu, oddalonego od centrów kulturalnych świata.

– Skręć lekko w lewo.

– Ale gdzie? – Agnieszka podjęła rozmowę. – Tu nie ma nic w lewo.

– Teraz skręć lekko w lewo.

Zatrzymała samochód, opuściła boczną szybę i spojrzała przed siebie. Zauważyła, że od leśnego szlaku, którym posuwała się od kilku minut, rzeczywiście lekko w lewo odchodził jeszcze bardziej zarośnięty i jeszcze węższy kolejny dukt. Powoli ruszyła w lewo, a dźwięk tarcia osłony o trawę zmienił tonację i teraz przypominał torowanie drogi w stwardniałej glinie. Agnieszka była przekonana, że za moment utknie po wsze czasy w gęstwinie lasu, mgły, traw, szadzi i gliny.

– Za dwieście metrów na końcu drogi jesteś u celu – wybąkała Iwona, a Agnieszce wydało się nagle, że jej głos utracił wszelką pewność siebie.

– Sama w to nie wierzysz – odparła Agnieszka i w tej samej chwili dostrzegła w oddali inny, obcy dla tego otoczenia kolor. – A niech mnie, Iwonko, chyba znowu masz rację.

– Dojechałaś do celu.

Teraz plama nabrała kształtu i okazała się granatową furgonetką z charakterystycznym mikroskopem wymalowanym na prawej burcie. Agnieszka zwolniła i po kilku metrach zatrzymała samochód. Nie wysiadła jednak od razu. Najpierw sięgnęła po torebkę i po kilkunastu sekundach wytrwałych poszukiwań wyciągnęła blister xanaxu, następnie spod siedzenia pasażera wydobyła butelkę nie wiadomo od jak dawna leżącej tu wody mineralnej. Wycisnęła dwie tabletki prosto do ust, popiła je wodą, w której – wnioskując ze smaku – zdążyły się już zadomowić pierwsze strzępki pleśni, głęboko odetchnęła i dopiero wtedy wyłączyła silnik, otworzyła drzwi i wysiadła z auta. W nozdrza uderzył ją od razu zgniły zapach wilgoci snującej się w wacianych smugach mgły.

Gdy zaparkowała wśród darni, okazało się, że oprócz granatowego vana kryminalistyki stały tu jeszcze trzy inne samochody – służbowy ford mondeo należący do Szwagra, oznakowana kia prewencji i czarny mercedes kombi przedłużony tak, by mogły się w nim zmieścić doczesne szczątki nawet bardzo wysokiej osoby. Na boku mercedesa widniał wyklejony starannie ze złotych liter napis „Hades”. Kiedy Agnieszka zaczęła się zastanawiać, czy taka nazwa jest aby na pewno do końca adekwatna, z zamyślenia wyrwał ją ten sam głos, który kilka godzin wcześniej obudził ją ze snu.

– Jesteś wreszcie, królowo. – Szwagier szedł w jej kierunku od strony skupiska drzew opasanych biało-czerwoną taśmą policyjną. – Chyba jeszcze pospałaś troszkę?!

– Nic nie pospałam. – Pokręciła głową. – Ale ja w przeciwieństwie do ciebie nie śpię na wszelki wypadek w mundurze i nie myję zębów na stacjach benzynowych.

– Kobieta. – Szwagier stał już przed nią i uśmiechał się od ucha do ucha. – Poza tym byłaś chyba po drodze u kosmetyczki.

– Nie, po drodze jechałam godzinę przez kretyński las, bez początku ani końca, tylko z samym, cholernie zamotanym środkiem.

– Gdybyś mnie posłuchała, zamiast odkładać słuchawkę, to z domu dojechałabyś tu w piętnaście minut, ale ty nigdy nie słuchasz nikogo, przez co każda życiowa czynność jest dla ciebie sto razy bardziej skomplikowana.

– Radzę sobie. – Agnieszka miała już dosyć ustalania przyczyn i skutków życiowych niepowodzeń, było na to za wcześnie i za zimno, a xanax nie zaczął jeszcze działać. – Co mamy?

– Trupa. – Szwagier czerpał wyraźną przyjemność z używania słów, które inni wypowiadaliby z odrazą. – Chodź, co ci będę gadał.

Pokiwała głową, bo wolała, żeby Szwagier już nic nie mówił, i ruszyła za nim między konary powalonych drzew. Przez myśl przebiegła jej myśl, że za milion lat te konary zmienią się w węgiel, a to nie wiedzieć czemu cholernie ją przeraziło.

Po trzech kwadransach podróży busem, który Niemcy skonstruowali do przewozu lekkich ładunków, a Polacy przerobili tak, by wozić zdecydowanie zbyt wiele osób, Ewa wysiadła przy stacji końcowej metra na Młocinach. Miała stąd sześć minut autobusem albo tramwajem do skrzyżowania Marymonckiej z ulicą Dewajtis. Potem czekał ją jeszcze siedmiominutowy spacer środkiem Lasku Bielańskiego do głównego kampusu Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie od dwóch lat studiowała teologię. Do rozpoczęcia wykładów została prawie godzina, którą jeszcze przed dwoma tygodniami spędziłaby prawdopodobnie w towarzystwie Roberta, a teraz musiała ją zagospodarować sama. Namyśliła się i uznała, że najlepiej będzie, jeśli dotrze tam prosto na zajęcia. W innym wypadku istniało ryzyko, że spotka Roberta, a on w ramach leczenia wyrzutów sumienia zdecyduje się podjąć z nią jedną z przyjacielskich pogawędek. Nie znosiła tego. Przez ostatnie dwa lata rozumieli się właściwie bez słów, ale od momentu, gdy poinformował ją bez ogródek o swojej skłonności do osób płci tożsamej z płcią własną, okazało się, że rozmawiają w języku, którego w ogóle nie znają, udając jedynie, że potrafią się nim posługiwać. Wszystko, co było dotychczas tak uroczo szczere i prawdziwe, teraz stało się sztuczne, egzaltowane i absolutnie fałszywe.

Ewa studiowała teologię na UKSW w tajemnicy przed starszymi zboru świadków Jehowy. Podjęcie decyzji o rozpoczęciu studiów na uczelni katolickiej zajęło jej mniej więcej rok, wcześniej coś takiego nie przemknęłoby jej nawet przez myśl, ale ostatnio, a właściwie od mniej więcej półtora roku, zaczęła żyć w poczuciu jakiegoś ograniczenia. Wszystkie prawdy przekazywane jej przez lata, odkąd mama przyprowadziła ją do zboru po raz pierwszy jako siedmioletnią dziewczynkę, zaczęły jej się wydawać monotonne i mało odkrywcze. Zapragnęła dowiedzieć się o Panu Bogu czegoś więcej niż tylko tego, jak jest dobry i jakie nakazy wynikają z bezpośredniego i rzetelnego czytania Pisma Świętego. Mama, która do świadków Jehowy trafiła w najtrudniejszym momencie swojego życia, uznała, że to właśnie stamtąd przyszło dla niej wybawienie. To, że córka rozpoczęła poszukiwania w innym kierunku, stanowiło dla niej niemały problem, ale jako osoba z gruntu tolerancyjna, a przede wszystkim kochająca prawdziwie, nie próbowała czegokolwiek jej narzucać. Ewa zresztą nadal uczęszczała do zboru co tydzień, a czasem nawet dwa razy w tygodniu, prowadziła też działalność ewangelizacyjną, była tak zwanym głosicielem, choć w ograniczonym ostatnio wymiarze godzin. W miarę jednak zapoznawania się ze znacznie bardziej elastyczną i jakby wyrozumialszą doktryną katolicką przesuwała się coraz bliżej tradycyjnego chrześcijaństwa w obrządku rzymskim. O różnych aspektach wiary, o Robercie i jego nagłym zwrocie, trochę też o sukience, którą upatrzyła sobie ostatnio, właśnie rozmyślała, idąc ulicą Dewajtis w stronę widocznych już wież pokamedulskiego kościoła parafii Błogosławionego Edwarda Detkensa, przy którym znajdowały się zabudowania uczelniane. Kiedy chwilę później zmierzała do głównego wejścia na uczelnię, minął ją elegancki samochód z przyciemnianymi szybami. Ewa pomyślała nawet, że być może do księdza rektora przybyła jakaś oficjalna delegacja rządowa. Samochód skręcił jednak na parking i rozpoczął poszukiwania miejsca pomiędzy autami cywilnymi, co wykluczało taką możliwość.

Sławomir zatrzymał auto i przez jakiś czas obserwował ładną, szczupłą blondynkę, która wydała mu się niezwykle ponętna. Dopiero kiedy dziewczyna zniknęła w wejściu do budynku, wyłączył silnik, spojrzał na siebie w lusterku umieszczonym w osłonie przeciwsłonecznej, po czym wziął skórzaną teczkę leżącą na siedzeniu obok i z równie delikatnym i chłodnym uśmiechem wysiadł z samochodu, zamknął drzwi, po czym rozejrzał się w poszukiwaniu bentleya na szwajcarskich numerach. Auta nie było, więc wolnym ruchem wyjął z kieszeni srebrną papierośnicę, a z niej brązową cygaretkę, którą przypalił, delektując się tym, co wokoło, oraz samym sobą przede wszystkim.

Nagie zwłoki leżały na wznak z rozrzuconymi na boki ramionami. Gdyby nie zsinienie i widoczne już miejscami od spodu rozszerzające się plamy opadowe, na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że ta młodziutka dziewczyna z jakiegoś powodu położyła się nago na leśnej ściółce i zasnęła. Po chwili Agnieszka zauważyła jednak, że kończyny i głowa ofiary, choć przylegały do ciała, były od niego odcięte. Ktoś musiał użyć do tego niezwykle ostrego narzędzia, bo rany z wierzchu wyglądały jak wąziutkie nacięcia żyletką. Kiedy pochyliła się nad zwłokami, skonstatowała dodatkowo, że trawa pod nimi była nasiąknięta krwią, co – choć nie znała się na tym za bardzo – mogło świadczyć o tym, że członki i głowę odcinano ofierze, kiedy ta jeszcze żyła i serce wciąż pompowało krew do naczyń. Najbardziej jednak zafrapowała Agnieszkę szczególna woń niepasująca ani do leśnego otoczenia, ani do nagiego poćwiartowanego ciała, leżącego teraz przed nią na wyciągnięcie ręki.

– Dziwne – odezwała się po raz pierwszy, odkąd inspektor doprowadził ją na miejsce.

– Co dziwne? – Szwagier zaciągnął się papierosem. – Nic dziwnego. Jakiś lokalny retard, alkoholik wypatrzył dziewczynę, jak wracała z przystanku PKS-u, zaciągnął ją do lasu, zgwałcił, udusił, potem chciał pociąć i pewnie zakopać szczątki, coś go spłoszyło albo po pijaku zapomniał, o co mu chodziło. Koniec.

– Jakbyś tu był. – Agnieszka nie ukrywała ironii. – Tylko że nie widzę śladów duszenia, dziewczynę ktoś pociął chyba laserem i to pewnie, jak jeszcze żyła, nie wiem też, przynajmniej na razie, nic o gwałcie.

– Ale wkrótce się dowiesz.

Komisarz przykucnęła ponownie nad zwłokami. Doskonale wiedziała, że inspektor Misiak sam nie wierzył w to, co mówił, a mówił to, próbując jedynie zakląć rzeczywistość, by była jak najprostsza do zinterpretowania. Żywił zapewne szczerą nadzieję, że sprawę uda się rozwiązać przed upływem czterdziestu ośmiu godzin, bo później dojście do prawdy mogło już zająć lata. Agnieszka się nie łudziła. Gdy już zobaczyła ofiarę, miała przeczucie, że przyjdzie im spędzić długie noce nad tą sprawą, a nawet i to może nie przynieść skutku. Najbardziej bała się tego, że nigdy nie znajdą zabójcy. Takie sprawy prześladowały ją potem latami.

– Dziwny zapach – powiedziała, patrząc uważnie na ściółkę.

– Nic nie czuję.

– Nie czujesz, bo stoisz pięć metrów od zwłok, palisz tego śmierdziela i zaraz nikt tu już niczego nie będzie czuł. – Pochyliła się nad ciałem tak bardzo, że nosem dotknęła prawie biodra dziewczyny. – Skądś znam ten zapach, ale nie mogę sobie przypomnieć.

– Kadzidło. – Za plecami usłyszała nagle męski głos.

Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła stojącego w pewnej odległości mężczyznę w za ciasnej granatowej marynarce i koszuli z mocno pożółkłym kołnierzykiem.

– Kim pan jest?

– Pracownikiem Hadesu. – Wskazał na nieproporcjonalnie długiego czarnego mercedesa.

Szwagier przyglądał się całej sytuacji z lekkim rozbawieniem.

– Czuć nawet stąd. – Mężczyzna wrócił do porzuconego tematu. – Znam ten zapach, bo czasami nacierają tym ciała.

– Nacierają? – zdziwiła się.

– Tak, ziomale od przygotowania zwłok, szczególnie jak ktoś leżał trochę za długo, to nacierają.

– Lokalny pijak opóźniony w rozwoju pociął ciało laserem, a potem natarł je mirrą? – Agnieszka znów spojrzała na inspektora Misiaka.

Ten wzruszył tylko ramionami, jego nadzieja na rychłe wykrycie sprawcy wśród lokalnych troglodytów malała tyleż powoli, co nieubłaganie.

– Kto zawiadomił? – zapytała i wreszcie poczuła delikatnie rozchodzącą się po ciele obojętność. To xanax zaczął sadowić się w jej głowie.

– Jakiś chłopaczek. Jego babcia zbierała chrust i znalazła, ale że nie ma telefonu, to poprosiła wnuczka czy prawnuczka – odpowiedział Szwagier od niechcenia.

– Zbierała chrust? – Agnieszka miała wrażenie, jakby nagle ktoś przerzucił ją do innej epoki historycznej.

– Nie wiem, co zbierała. Jakie to ma znaczenie? – Misiak chciał już wracać do komendy.

– Jakieś tam ma. – Agnieszka natomiast poczuła narastające zaciekawienie. – Gdzie ona jest?

– We wsi, a gdzie? – Inspektor coraz bardziej tracił entuzjazm, a nawet zainteresowanie, ale widząc karcące spojrzenie Agnieszki, trochę się zreflektował i wskazał na kręcących się przy oznakowanej kii dwóch mundurowych. – Oni dadzą ci adres.

Komisarz ruszyła w stronę policjantów, po drodze zatrzymując się jeszcze przy vanie z mikroskopem na boku. Mężczyzna w środku pakował narzędzia i plastikowe torebki z pobranym materiałem do szufladek w starannie zagospodarowanej szafeczce na kółkach, przytroczonej do ściany auta.

– Cześć, Władziu. – Uśmiechnęła się do całkiem łysego, pozbawionego jakiegokolwiek zarostu na twarzy technika, który wyglądał, jakby wykonano go w technice komputerowej animacji i jeszcze nie do końca dopracowano. – Macie coś ciekawego?

– Na obecnym etapie nic nie mogę ci powiedzieć. – Emocjonalność Władzia idealnie pasowała do jego prezencji. – Pobraliśmy wszystkie próbki, będę badał.

– A ten zapach? – Agnieszka liczyła na to, że jednak uda jej się choć trochę poszerzyć mocno na razie ograniczony zakres wiedzy.

– Jest w tym czymś, czym wysmarowane są zwłoki, ale na razie nie mam pojęcia, co to jest.

Zakres się nie poszerzył, ale sama świadomość, że podkomisarz Eugeniusz Wilczyński, zwany z nieznanego nikomu powodu Władziem, tak jak ona wykrył obecność zapachu, stanowiło już pewne pocieszenie.

– Dasz znać, jak coś z tego wyciągniesz? – Znów się uśmiechnęła. Lubiła Władzia między innymi dlatego, że tak trudno było go polubić.

Pokiwał głową, zasunął ostatnią z szufladek w regale na kółkach i wysiadł z samochodu.

– Myślę, że więcej będzie ci miał do powiedzenia zimny doktorek – ożywił się nagle, tak jakby to ciasne wnętrze furgonetki odpowiadało za jego wcześniejszą mrukowatość. – Dla mnie trochę dziwne jest to, że tam wokoło jest tak czysto.

– Czysto? – zdziwiła się komisarz.

– No w sensie właściwie nie ma żadnych śladów oprócz tych zostawionych przez staruchę i naszych. Poza tym wszystko wygląda tak, jakby dziewczynę ktoś tam opuścił z góry i ułożył delikatnie pośród mchu i paproci.

– Jakie to poetyckie. – Agnieszka była pod wrażeniem, nie znała Władzia od tej strony.

– Przestań. – Podkomisarz nie miał poczucia humoru, a nawet jeśli, to uważał demonstrowanie go za coś wyjątkowo nieprofesjonalnego. – Ktoś morduje dziewczynę, być może ją gwałci, potem albo w trakcie tnie na kawałki, a wokoło nie ma żadnych śladów walki, przemocy, nic, nawet śladów obuwia.

– Czyli raczej nie pijany chłopek-roztropek? – Agnieszka upewniała się, choć i tak była już co do tego przekonana.

– Nigdy w życiu.

– Dzięki – odpowiedziała pospiesznie, bo chciała już porozmawiać ze staruszką, która zbierała chrust nad ranem w dwudziestym pierwszym wieku. – Wpadnę do was za jakiś dzień, dwa, może coś jednak znajdziecie.

Spotkanie, którego Sławomir nieco się obawiał i które jednocześnie wzbudzało w nim przyjemną ekscytację, rozpoczęło się wprawdzie z kilkugodzinnym opóźnieniem, ale przebiegało w milszej, niż się tego spodziewał, atmosferze. Siewa, czyli oficjalnie, choć raczej nie naprawdę, Wsiewołod Garugin, nad wyraz rosły mężczyzna, prawdopodobnie zanim zajął się mało transparentnymi interesami rosyjskich firm w Szwajcarii, praniem pieniędzy mafii i działaniami wspierającymi aktywność wywiadu Federacji Rosyjskiej w zachodniej Europie, był lekkoatletą reprezentującym barwy swojej ponad wszystko ukochanej ojczyzny. Ta zaś wśród wielu innych zalet miała tę jedną, główną, że urodzony w niej bandyta, jeśli tylko wykazywał jakąkolwiek przydatność dla systemu, mógł czuć się w niej zupełnie bezkarny. Nie dość, że bezkarny, Siewa oprócz zajmowania się biznesem, lobbowania i mafią był także dyplomatą, a konkretnie konsulem Rosji w Bernie. Znajomość Sławomira z Siewą miała długą i burzliwą historię, zakorzenioną jeszcze w schyłkowej fazie zimnej wojny, kiedy Polska należała do strefy wpływów Związku Radzieckiego, a tak naprawdę stanowiła po prostu jego lenno. Związek Sowiecki był wtedy kolosem i potęgą, który wprawdzie kilka lat później runął, ale – jak wielu uważało, pewnie nie bez racji – owo runięcie nie było ani przypadkowe, ani do końca pozbawione kontroli. Za tą tezą przemawiał zresztą także życiorys Siewy. Po raz pierwszy panowie spotkali się w 1988 roku. W tamtym czasie Sławomir należał do wąskiej grupy współpracowników pozyskiwanych przez służbę bezpieczeństwa PRL-u spośród co ciekawszych i co bardziej pokręconych młodocianych pensjonariuszy zakładów poprawczych. Młody Sławek, który nawiasem mówiąc, wtedy miał na imię Mirek, a imię wraz z nazwiskiem zmienił jakiś czas później, czyszcząc wszelkie ślady swojego wcześniejszego istnienia, okazał się kandydatem idealnym. Nie dość, że miał wysoki iloraz inteligencji, to jeszcze nosił w sobie cechy tak głęboko psychopatyczne, że prowadzący go oficerowie SB byli pod wrażeniem. Pewnej nocy w drzwiach sali, w której nocował, zamiast prowadzącego go porucznika Wolniaka stanął mówiący po rosyjsku kolos. Mirek początkowo zinterpretował ten fakt jako omen zwiastujący coś złego. Jak jednak szybko miało się okazać, nie taki omen straszny, jak go malują, i już po kilku godzinach chłopak wiedział, że właśnie spotkał kogoś, z kim znajomość pomoże mu ustawić się w życiu tak, jak zawsze tego chciał, czyli wygodnie.

– Inacze, szto u tiebia, Mirko? – Siewa, który może trochę z przekory, a może by podkreślić szczególny rodzaj ich wzajemnej relacji nigdy nie przestawił się z Mirosława na Sławomira, zadarł głowę i oglądał korony drzew pomalowane teraz kolorami jesieni. – Wsio w pariadkie?

– Kanieszno w pariadkie. – Sławomir pokiwał głową i uśmiechnął się do Siewy, który wcale na niego nie patrzył.

– A co masz dziś dla mnie, Mirku? – Siewa nagle spojrzał mu prosto w oczy i ten od razu przestał się uśmiechać, bo wiedział, że kiedy Rosjanin przechodzi na kresową odmianę języka polskiego, oznacza to, że nadszedł czas wymiany handlowej, której ewentualne niepowodzenie mogło być dla niego brzemienne w skutki.

Sławomir miał jednak tę jakże przydatną przypadłość, że kiedy stawka rosła i pojawiał się tak zwany czynnik ryzyka, zaczynał się czuć jak ryba w wodzie.

– Być może już w tym tygodniu zostanie wycofany ambasador z Kijowa.

Siewa z kamienną twarzą pokiwał głową.

– A kto na nowego? – odezwał się po chwili. – Znowu jakiś sympatyk sprawy ukraińskiej, jak to u was gawariat?

– Nie sądzę, raczej ktoś z lepszą pamięcią dziejową. – Sławomir tak naprawdę wiedział już, że na następcę odziedziczonego jeszcze po poprzedniej ekipie ambasadora Wiśniewskiego zostanie mianowany zagorzały wróg ukraińskich czarnych podniebień, znany ze swoich proputinowskich przekonań wieloletni redaktor naczelny jednego z czasopism ksenofobiczno-narodowych, ale wolał sprawić towarzyszom radzieckim miłą niespodziankę dopiero przy następnym spotkaniu. Takie dozowanie przyjemności stanowiło jeden z kluczy jego dotychczasowych sukcesów, wymagało to wprawdzie sporej dyscypliny, ale wartość dodana była trudna do przecenienia.

– Nawierno. – Siewa wrócił do mieszanki słowiańskiej, kończąc tym samym rozliczenia i wymianę handlową oraz przechodząc do realizacji programu rozrywkowo-artystycznego. – Tak szto? Nam tiepier udawletworjatsia?

– Kanieszno. – Sławomir pokiwał głową, myślami był już jednak nieobecny. W jego głowie też wprawdzie pojawiła się chęć wynagrodzenia sobie trudów udanych negocjacji, ale on wynagradzał się w zasadniczo odmienny sposób od tego, jaki na myśli miał Siewa. Różniło ich bowiem to, że o ile Rosjanin był jedynie psycholem, który zapewne odrąbał w życiu niejedną głowę i wydłubał niejedno oko, o tyle on był psychopatą, i to psychopatą należącym do kasty najbardziej przemyślnych i wymagających.

Gdy Wsiewołod ruszył w kierunku swojego bentleya z czerwonym, szwajcarskim krzyżykiem na rejestracji, Sławomir podążył za nim. Wiedział doskonale, że będzie zmuszony zostawić tu swoje auto, po które wróci prawdopodobnie dopiero kolejnego popołudnia, choć po tego typu wieczorkach tak naprawdę za kółko nie należało siadać przez co najmniej kilka dni. Kiedy już zbliżali się do auta, raz jeszcze zerknął w stronę wejścia do gmachu uczelni. Miał szczerą nadzieję, że nie dostrzeże w nich dziewczyny, którą zobaczył tam tego ranka, wtedy bowiem wszystko stałoby się zbyt proste i oczywiste. Dziewczyny w drzwiach nie było, co potraktował jako zdecydowanie optymistyczny zwiastun.

Ewy w drzwiach nie było, ponieważ godzinę wcześniej opuściła sale wykładowe UKSW, żeby udać się na spotkanie zboru, na które szła trochę z przyzwyczajenia, trochę, żeby nie sprawić przykrości matce, ale też dlatego, że nie zdecydowała jeszcze, jaki obrać kierunek duchowych poszukiwań. Sala królestwa świadków Jehowy mieściła się na parterze nowoczesnego apartamentowca stojącego na styku Woli i Żoliborza. Kiedy zjawiła się na miejscu, ludzie dopiero zaczynali się zbierać, do rozpoczęcia zebrania zostało jeszcze dobre pół godziny. Znała tu wszystkich, ale tylko z garstką utrzymywała relacje na tyle bliskie i przyjazne, żeby mieć ochotę na nawiązanie rozmowy. W końcu w znajdujących się w rogu obszernej sali drzwiach pojawiła się Basia, a chwilę później także jej mąż Marcin. Na ich widok Ewa wstała z wyłożonego miękką niebieską tkaniną krzesła i pomachała im. Przyjaciółka od razu ją zauważyła i ruszyła w jej stronę, a na jej twarzy pojawił się ciepły, serdeczny uśmiech. Ewa myślała czasami, że gdyby nie ona i właśnie ów szczery uśmiech, być może już dawno przestałaby przychodzić na zebrania zboru. Basia i jej mąż byli tymi, których obecność trzymała ją tutaj najmocniej. Ewa potrzebowała wokół siebie przyjaznych ludzi, bo to właśnie oni często pomagali jej przetrwać najtrudniejsze momenty, kiedy cały świat oddalał się od niej, a ona nie miała siły rano podnieść się z łóżka, a wieczorem i w nocy sen nie nadchodził przez długie godziny.

– Cześć, Ewuś, jak tam? – Basia powtórzyła to samo pytanie, które zadawała przy każdym spotkaniu, po czym otoczyła ją potężnymi ramionami, a Ewa jak zawsze poczuła błogie zadowolenie.

– Dobrze, dobrze, a co u was? Słyszałam, że Marcin dostał propozycję na starszego zboru – powiedziała, gdy tylko Basia wypuściła ją z energetyzującego uścisku.

– Też coś słyszałam, ale niewiele ponadto. – Uśmiechnęła się nieco tajemniczo. – A jak mama, będzie dzisiaj?

– Nie, dzisiaj nie może, nogi wciąż nie dają jej spokoju. A poza tym – dodała już nieco bardziej konfidencjonalnie Ewa – bardzo dobrze jej idzie z tymi kanapkami, może nawet zacznie też dostarczać obiady. Zarobiona jest, może przyjdzie w niedzielę.

– A jak tam twoje sprawy sercowe? – Basia nie znała wprawdzie pikanterii szczegółów jej rozstania z Robertem, ale przeczuwała od jakiegoś czasu, że sprawy nie idą w dobrą stronę.

Przez moment Ewa nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie lubiła kłamać, a na powiedzenie całej prawdy nie była jeszcze gotowa. Na szczęście z dylematu wybawił ją prowadzący zebranie, który w tym momencie wszedł na mównicę i wszelkie rozmowy ucichły.

Agnieszka wjechała do wsi. Droga niewiele różniła się od leśnego duktu, z którego zjechała przed momentem, a domy sprawiały wrażenie, jakby postawiono je jeszcze w XIX wieku. Najgorzej prezentowały się murowane, bo były nieotynkowane i wyglądały na sztukowane z co najmniej kilku różniących się wielkością i kolorem rodzajów cegieł. Pozostałe zabudowania były drewniane, i gdyby nie fakt, iż większość z nich chyliła się ku upadkowi, wyglądałyby właściwie urokliwie, bo znacznie bardziej harmonizowały z otaczającą je bujną, choć nieco już po jesiennemu schyłkową roślinnością. Miejsce wydawało się Agnieszce bardzo dziwne, choć początkowo nie potrafiła znaleźć przyczyny i dopiero po przejechaniu mniej więcej połowy wsi dotarło do niej, co było tu nie tak. Rzecz w tym, że ani na głównej i jedynej zresztą drodze, ani przy budynkach i zabudowaniach gospodarczych, ani na tonących w błocie podwórkach do tej pory nikt się nie pojawił. Teraz spojrzała na fasadę jednej z chałup, na której na niebieskiej tabliczce ktoś napisał numer jedenaście. Musiała być blisko, bo wedle informacji otrzymanej od tych z prewencji zbieraczka chrustu mieszkała pod numerem piętnaście. Ku swojemu zaskoczeniu na kolejnej chałupie zobaczyła jednak numer trzydzieści dwa, a na następnej siedem. Panujący tu chaos powoli burzył jej wewnętrzny spokój, uzyskany dzięki zażyciu pokaźnej ilości xanaxu. Agnieszka spojrzała na zegarek umieszczony na środku deski rozdzielczej – było dopiero dwadzieścia po pierwszej, więc o dołożeniu kolejnej porcji na razie nie mogło być mowy. Nagle między chałupami w oddali zamajaczyła sylwetka osoby prowadzącej rower. Komisarz dodała gazu i po chwili zrównała się z idącym wężykiem mężczyzną w kufajce i walonkach. Opuściła szybę.

– Dzień dobry – powiedziała i od razu to zdanie wydało jej się z jakiegoś powodu absurdalne.

Mężczyzna zerknął na nią, ale sprawiał wrażenie, jakby w ogóle jej nie dostrzegł, choć siedziała w pokaźnych rozmiarów aucie, w którym w dodatku naderwała coś przy wydechu, więc nie dało się go przeoczyć nawet na ruchliwej ulicy miasta, a co dopiero tu, w dojmującej ciszy.

– Szukam adresu. – Agnieszka cały czas starała się utrzymywać pewną odległość od idącego, bo wydawało jej się, że lada moment albo on przeważy rower, albo rower przeważy jego. Ta druga opcja byłaby gorsza, bo wtedy wywróciłby się wprost na bok toczącego się obok auta. – Świrklany piętnaście, nie wie pan, gdzie to jest?

– Jak nie wiem? – Chłop stanął tak nagle, że komisarz mimo niezłego refleksu, sprawdzanego zresztą systematycznie na badaniach psychomotorycznych, zatrzymała się dopiero kilka metrów dalej. Spojrzała w lusterko w nadziei na to, że podejdzie do niej, ale nic takiego nie nastąpiło. Stał dokładnie tam, gdzie się zatrzymał, jakby jego czasoprzestrzeń zamarła po wypowiedzeniu tych słów.

Agnieszka wrzuciła wsteczny i powoli dotoczyła się z powrotem tam, gdzie mężczyzna się przebudził.

– To gdzie?

– Co gdzie?

– Gdzie są Świerklany piętnaście? – Starała się nie tracić cierpliwości, ale miała nieodparte wrażenie, że została wessana do jakiejś strategicznej gry komputerowej, a chłop jest etapem, który musi pokonać, żeby przejść na wyższy poziom.

– O tamoj są, a gdzie mają być. – Wskazał gdzieś nad dachem jej samochodu.

Agnieszka zrezygnowała z dalszych prób objaśniania czegokolwiek, wrzuciła luz, wysiadła z auta i spojrzała w stronę, którą wskazywał mężczyzna. W oddali, już poza obrębem sioła stał dom, a właściwie drewniana rudera.

– Tam za wsią aż? – Agnieszka złapała się na tym, że właśnie podjęła próbę dostosowania mowy do swojego interlokutora.

– Za wsią, ten tam barak. – Uśmiechnął się nagle do niej i spojrzał wzrokiem tak trzeźwym, że przez moment ciarki przeszły jej po plecach.

– Dziękuję.

– A jest za co?

Nie odpowiedziała, tylko wsiadła do samochodu i ruszyła w stronę wskazanej chałupy.

Na podwórku stał czarny wychudzony pies, który zaczął się jej przyglądać. Ogromne, zaniedbane zwierzę nie miało jednego oka, na jego głowie widniały ślady po walkach stoczonych w czasach, gdy fakt dominacji nad innymi burkami z okolicy miał jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Czarny rokita wyglądał na wygłodzonego. Agnieszka bała się psów, ale teraz, co nawet ją zaskoczyło, nie czuła lęku. Rozejrzała się po podwórku. Panował tu wprawdzie bałagan, ale wszystkie porzucone sprzęty, poodrywane deski i wykopane nie wiadomo po co doły na tyle zarastała żółknąca już powoli trawa i wiecznie zielony mech, że całość sprawiała wrażenie malowniczego obrazu, przygotowanego tak, by zamiast razić oko i poczucie estetyki, wprowadzał w hipnotyczny stan zauroczenia. Komisarz weszła do sieni drewnianej chałupki, w której oknie paliło się światło, i zapukała do drzwi. Odczekała chwilę i znów zapukała, tym razem mocniej. Pies podszedł nieco bliżej i teraz przyglądał się jej od tyłu z dużym zaciekawieniem. Po kolejnych kilkunastu sekundach drzwi uchyliły się wreszcie ze skrzypnięciem i po drugiej stronie ukazała się zgięta niemal wpół starowinka w kolorowej chuście na głowie.

– Dzień dobry pani. Komisarz Polkowska, komenda powiatowa policji w Skarżysku-Kamiennej.

Staruszka z dużym wysiłkiem uniosła głowę, przekrzywiając ją przy tym lekko w bok. Tylko tak mogła spojrzeć przed siebie. Agnieszka zobaczyła, że kobieta miała oczy w kolorze chłodnego błękitu, takiego, jakim niebo wysyca się czasem w zimie wczesnym rankiem, kiedy wreszcie kończy się zamieć i chmury rozstępują się z ulgą.

– Pani zdaje się znalazła zwłoki w lesie. – Zawiesiła głos w oczekiwaniu na potwierdzenie, które nie nadeszło. – Chciałabym zadać kilka pytań.

Staruszka opuściła głowę i rozświetlający ganek błękit oczu zniknął. Po chwili odwróciła się bez słowa i ruszyła w głąb obejścia, pozostawiając Agnieszkę w otwartych drzwiach. Komisarz po chwili namysłu poszła za nią. W izbie stanowiącej jednocześnie sypialnię, kuchnię i pokój dzienny panował półmrok. Okna były zabite dyktą albo zasłonięte kocami. W jedynym miejscu na parapecie, które rozjaśniało wpadające z zewnątrz światło, stała rachityczna roślinka. Przy suficie paliła się goła żarówka.

– Niech siada. Herbaty się napije? – Głos staruszki był ciepły i miękko chropowaty.

– Chętnie, dziękuję bardzo. – Agnieszka zajęła jeden z dwóch stołków ustawionych przy stole.

Po chwili kobieta postawiła przed nią szklankę wypełnioną ciemnożółtą cieczą i usiadła na drugim ze stołków.

– To diabeł zrobił, nie człowiek. – Znów uniosła lekko głowę, nie patrząc jednak na gościa, lecz na kawałek zieleni stojący na parapecie.

Komisarz była tak zaskoczona, że nie wiedziała, co powiedzieć.

– Widziała kiedyś diabła? – Staruszka znów opuściła głowę.

– Nie wiedziałam nawet, że istnieje. – Agnieszka próbowała żartem zdystansować się od sytuacji, ale szybko tego pożałowała, bo dotarło do niej, że właśnie znalazła się w świecie innym niż ten, który znała. Z tej realności nie dało się uciec ironią.

Kobieta pokiwała pochyloną głową, po chwili uniosła ją i ich spojrzenia skrzyżowały się po raz drugi.

– A jej oczy widziała?

– Nie, zamknięte były.

– A prawda, sama je zamknęła, żeby nikt już nie oglądał. – Znów opuściła głowę i zamilkła.

– Podejrzewamy, że to mógł być ktoś z okolicy. – Agnieszka skłamała w poczuciu służbowej zależności.

– Mieszkam tu od dziewięćdziesięciu ośmiu lat, gdyby tu był diabeł, wiedziałaby o tym. – Staruszka nie podniosła głowy, ale komisarz przez moment miała wrażenie, że się uśmiechnęła. – Pani będzie szukać?

– To się jeszcze okaże. Mamy cały wydział od tego, nie wiem, czy akurat ja...

– To dobrze. – Kobieta jakby w ogóle jej nie słuchała, wstała i podeszła do pieca, sięgnęła do słoika stojącego na murowanej półeczce nad piecem, poszperała w nim chwilę i wyciągnęła coś, co w zaciśniętej, pomarszczonej jak wyschnięty liść dłoni przyniosła Agnieszce. Kiedy stanęła obok, Agnieszka w odruchu rozwarła dłoń, na której po chwili zobaczyła łańcuszek z obrazkiem Matki Bożej. – Zabrała stamtąd, bo tej małej już i tak tam nie było, a pani się przyda.

– Zdjęła pani ze zwłok? – Komisarz pomimo lat doświadczeń w obcowaniu z martwymi ludźmi i przedmiotami należącymi do nich za życia wzdrygnęła się lekko.

Staruszka pokiwała głową, nie sprawiała przy tym wrażenia zaskoczonej zdziwieniem swojego gościa, raczej traktowała je ze swoistą pobłażliwością, do której upoważniała ją ogromna różnica wieku.

– A co pani robiła w lesie tak wcześnie rano? – Agnieszka przypomniała sobie nagle, że jest policjantką.

Kobieta uśmiechnęła się i nic nie mówiąc, wskazała na stojący przy popielniku pieca kaflowego wiklinowy kosz wypełniony gałęziami. Przez chwilę obie panie milczały.

– Znajdziesz go. – Błękit oczu znów zalał światłem mroczne wnętrze. – Ale uważaj na siebie... córeczko.

Słowo „córeczko” odbiło się echem w głowie Agnieszki. Przez moment znów zobaczyła wnętrze dziwnej chłodni ze snu, którego nie pamiętała, a potem pomyślała o swojej matce, której właściwie nigdy nie poznała.