Szach-Mat! czyli Szafa wychodzi, ja zostaję - Marcin Brzostowski - ebook

Szach-Mat! czyli Szafa wychodzi, ja zostaję ebook

Marcin Brzostowski

0,0
14,00 zł

lub
Opis

Szach-Mat! czyli Szafa wychodzi, ja zostaję” – to zbiór pięćdziesięciu miniatur, ukazujących w krzywym zwierciadle człowieka, świat oraz relacje międzyludzkie. Całość podszyta ironicznym humorem stawia pod dużym znakiem zapytania kondycję człowieka. Inspiracją dla powstania książki były krótkie utwory prozatorskie Andrzeja Bursy, a przede wszystkim jego miniatura „Szachy”. Czy udało się autorowi „Szach-Mata!” połączyć przeszłość z teraźniejszością, niech odpowie sam Czytelnik.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 40




© Copyright by Marcin Brzostowski & e-bookowo

Projekt okładki: Michał Olejarski

Korekta: Sylwia Jakubiak

ISBN 978-83-8166-173-7

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

WydanieII 2020

Wszelkie podobieństwo bohaterów tej książki

do jakichkolwiek osób jest przypadkowe

i nie zamierzone przez autora

Pamięci Andrzeja Bursy

(1932 – 1957)

Nie wiedziałem, że mogę być taki podły

Siedzieliśmy w barze. Podeszła kelnerka, uśmiechnęła się i przetarła ścierą blat stolika. Przyjęła zamówienie na dwa kieliszki wiśniówki i odpłynęła w stronę bufetu. Kostek wyciągnął papierosy, poczęstował mnie jednym i zaczął opowiadać o życiu. W jednej chwili stanęło mi przed oczami jego małżeństwo, chorowite dzieci oraz nieudany romans ze studentką pierwszego roku prawa. Uśmiechnąłem się blado, zamówiłem następną kolejkę i słuchałem dalej.

Z każdym przelanym kieliszkiem opowieść kumpla przygniatała mnie coraz bardziej do ziemi i poczułem, że dłużej już tego nie wytrzymam. Gdy Kostek zaczął opowiadać o kłopotach żołądkowych teściowej, coś we mnie pękło. Podniosłem się z krzesła i krzyknąłem na cały głos:

– Mój kumpel trafił szóstkę! Kolejka dla wszystkich!

Święty Mikołaj to świnia!

Stałem w oknie i wypatrywałem pierwszej gwiazdki. Moi bracia i siostra siedzieli przy stole i pałaszowali już wigilijną wieczerzę. Rodzice nucili kolędy i było naprawdę miło. Po kolacji ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na zaproszenie, wszedł do mieszkania. Rodzeństwo obskoczyło przybysza i wydzierając się wniebogłosy, zaczęło żądać prezentów. Ku mojemu zdziwieniu facet w kubraku wręczył bratu kluczyki do mercedesa, siostrze bilet do Disneylandu, a najstarszemu bratu-hulace komplet pozłacanych kości do gry. Zachęcony takim obrotem sprawy, podszedłem do gościa z brodą i wyciągnąłem rękę po podarek. Staruch obrzucił mnie wrednym spojrzeniem i powiedział:

– Dla ciebie, syneczku, mam paczkę dropsów.

– Ale dlaczego? – Wbiłem w Dziadka Mroza płaczliwe spojrzenie. – Przecież to tak niewiele.

– He, he, he! – Święty Mikołaj zarzucił wór prezentów na ramię. – Widzisz, synu, jakoś cię nigdy nie lubiłem. A poza tym – zgrzał piątkę z moim pijanym bratem – przecież ty we mnie nie wierzysz!

Biało-czerwone marzenie Karoliny

Poprawiłem się na leżaczku i leniwym ruchem ręki sięgnąłem po kieliszek. Zmrożony szampan przyniósł mi ukojenie. Spojrzałem na siedzącą obok mnie Karolinę i, nie wiedzieć czemu, dostrzegłem w jej oczach niespełnienie.

– Czy coś nie tak, Kwiatuszku? – omiotłem wzrokiem zafrasowaną minę małżonki.

– No, nie wiem… Czuję, że czegoś mi brakuje.

Odstawiłem kieliszek i zacząłem zachodzić w głowę, o co jej chodzi? Spędzaliśmy wakacje w najlepszym hotelu na Riwierze, naszą willą zachwycali się wszyscy znajomi, a o kreacjach Karoliny rozpisywały się najbardziej poczytne magazyny.

– A zatem, o co chodzi? Przecież masz już wszystko.

– No, niby tak… – w głosie małżonki wyczułem nutkę melancholii. – Ale to ciągle nie to. Bo widzisz – Karolina starła z policzka malusieńką łezkę – tak naprawdę, to chciałabym być łączniczką i roznosić zaszyfrowane rozkazy. A ty – spojrzała na lazur morza – żebyś był ranny w akcji.

Przez chwilę cieszyłem się szacunkiem otoczenia

To była prawdziwa burza oklasków. W wypełnionej po brzegi sali filharmonii zebrało się grono najznamienitszych. Pan prezydent, pan premier, ministrów jak psów, a wszyscy oni unurzani w śmietance kulturalnej narodu. Był także pan rektor, z rąk którego odbierałem dyplom doktora honoris causa za osiągnięcia w dziedzinie, której nazwy nie sposób zapamiętać. Gdy szykowałem się do wygłoszenia przemówienia, a chór stu dziewic kończył śpiewać Gaudeamus, poczułem potężnego kuksańca w bok. Moja żona, Lideczka, ponowiła po chwili atak i wykrzyczała mi wprost do ucha:

– Rusz się z kanapy! I wyrzuć w końcu te śmieci!

Bankiet w Towarzystwie Przyjaciół Zwierząt

Nie wiem, jak to się stało, ale w zeszły piątek wylądowałem na przyjęciu w Towarzystwie Przyjaciół Zwierząt. Na suto zastawionych stołach stały półmiski z sałatkami, siekane kartofle oraz moc innych warzywnych wiktuałów. Po sali kręciło się wielu dostojników, którzy z wymalowanym na twarzy zatroskaniem rozprawiali o pieskim żywocie zwierząt. Gdy oburzenie sięgnęło zenitu, na mównicę wstąpił Pan Prezes i powiedział:

– Chciałbym ogłosić, że w bieżącym roku nasze Towarzystwo uratowało pingwina, trzy sroki oraz zająca-kalekę. Nosimy się również z zamiarem objęcia honorowego patronatu nad projektem ochrony ślimaka podhalańskiego. Pragnę wszystkich zapewnić, że nie spoczniemy, póki nie osiągniemy wyznaczonego celu!

Stojąca obok mnie żona ministra zalała się łzami i dygocącą ze współczucia dłonią wrzuciła do skrzyneczki monetę. Podobnie uczynili pozostali i z lubością zaczęli podtykać nosy pod obiektywy fotoreporterów. Kiedy dziennikarska brać schowała aparaty, całe towarzystwo rzuciło się do stołów. I wtedy stało się coś, co zmroziłoby nawet pingwina! Dystyngowany kelner wniósł do sali półmisek z dziczyzną, a jego koledzy po fachu zaczęli ustawiać na stole porcje kawioru. Oburzony takim obrotem sprawy, podszedłem do Pana Prezesa i wydukałem:

– Ale jak to? Przecież to są zwierzęta!

– Proszę pana – Pan Prezes objął mnie ramieniem – łoś sam jest sobie winien, ponieważ nie zauważył samochodu mojej żony. A co do kawioru – zrobił uczoną minę – to przecież nie jest nawet ryba!

Ocean depresji

Piliśmy trzeci dzień. Każdy z innego powodu i dla innej przyczyny. Ja, bo zrozumiałem, że chyba nigdy nie otrzymam literackiej nagrody Nobla, Kostek, bo jego żona zdradziła go z dentystą, a Ernest dlatego, że jego ukochany klub spadł do czwartej ligi. W największej depresji był jednak Karol. Siedział na krześle i nie dawał znaku życia. Gdy zobaczył nasze nie do końca przegrane oblicza, podrapał się po głowie i zapytał:

– No, to kto leci teraz po flaszkę?

Mój przyjaciel pajacyk

Pamiętam, że miałem sądny dzień. Od