Wydawca: E-bookowo Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 295 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Syzyfowa zemsta - Rafał Wałęka

Czy terrorysta może być pozytywnym bohaterem? Człowiek definiuje siebie poprzez swoje cele i sposób ich osiągania. Sam terroryzm to określone działanie, którego narzędziem jest przemoc psychiczna i fizyczna. Jego celem, poprzez gwałt na spokoju ducha, jest zastraszenie, wymuszenie, zranienie, aby osiągnąć określony rezultat. Akcje terrorystyczne dotyczą całej populacji, ale by zdobyć władzę nad społeczeństwem, wystarczy uderzyć w niewielką jego część. Terroryzm to niewidzialna dłoń, trzymająca za gardło cały świat, a my wiemy tylko tyle, że owa dłoń może zacisnąć się w każdej chwili…

Marek Morwin, były agent Służb Bezpieczeństwa, twardziel nie do zdarcia, któremu nawet czas boi się zwrócić uwagę na wiek, wrócił do tego, co potrafił najlepiej, do zabijania. Choć podstarzały i zmęczony, to ten „pies” wciąż potrafi gryźć. W obliczu ataku terrorystycznego na Polskę śmierć nie jest mu straszna, liczy się misja. Ludzie czyhający na jego ukochany kraj nie mogą liczyć na litość polskiego terminatora. Nie tylko czający się terroryści są jego przeciwnikami. Największym wrogiem Morwina są jego własne słabości i demony z przeszłości. Swoimi czynami stworzył sobie więzienie, z którego nie potrafi się wydostać. To cela złożona z koszmarów i miejsce, skąd nie ma ucieczki. Wierzy wciąż, że jedyne wyjście prowadzi przez drzwi z napisem zemsta.

Możliwe, że tylko sama śmierć może przynieść mu wyzwolenie, ale nim znajdzie ukojenie, musi odszukać w sobie siłę, by wykonać ostatnie, najważniejsze zlecenie. Polska go potrzebuje. Terroryści próbują wciągnąć nas w wojnę, którą wiele osób nazywa „nie naszą”.

Marek Morwin, człowiek legenda, będzie musiał stanąć „oko w oko” z największymi wrogami pokoju na świecie. Bronią, która może zmienić wszystko, jest tajemniczo brzmiąca substancja nazywana „Harpią”…


Rafał Wałęka urodził się 8 marca 1988 roku w Szczecinie, poprzez Kuźnię Raciborską trafił w końcu na studia do Opola. Chęć poznawania ludzi i miłość do podróży skłoniła go do wybrania Turystyki i Rekreacji jako kierunku kształcenia na Politechnice Opolskiej.

Miłość do pisania zatliła się w Rafale już w gimna­zjum, ale pisząc pierwsze teksty nie myślał o tym by wydawać książki. To wszystko przyszło z czasem.

„To dla mnie taka gimnastyka umysłu i sposób na kreowanie świata, ludzi czy wydarzeń.

Przygody stworzonych przeze mnie bohaterów to mix zdarzeń prawdziwych i nieprawdziwych, przyrządzony w kotle mojej głowy. Dopóki nie spróbujesz to nie mów czy ta zupa jest dobra lub niedobra” – mówi Rafał, który właśnie wydaje piątą książkę. Poprzednie cztery to kryminały z elementami sensacji, horroru, a czasem i komedii.

„Więzień zemsty” (2010), „Skazany” (2011), „Tożsamość szaleństwa” (2012), „Pożądanie na żądanie” (2013) dostępne są serwisach internetowych, np. Empik, Virtualo.

Syzyfowa zemsta”  to kontynuacja „Więźnia zemsty”, jego pierwszej książki.

„Zawsze ciekawiły mnie czarne charaktery i skomplikowane postacie.

Tematyka terrorystów jest od dawna aktualna, więc jest to sensacja na czasie.

To swoista mieszanka westernu, horroru i właśnie thrillerów autorstwa Toma Clancy’ego - mojego ulubionego pisarza”. „Syzyfowa zemsta” to twarda, pełna akcji książka o patriotyzmie, dumie i rządzy odkupienia, która wciągnie każdego wielbiciela zaskakującej fabuły. Rafał Wałęka pasjonuje się sportem, filmem i fotografią, czasami i rysunkiem.

„Bo świata trzeba doświadczać, słuchać i oglądać go. Ty trzymasz w dłoniach kawałek mojego świata” – stwierdza.

Opinie o ebooku Syzyfowa zemsta - Rafał Wałęka

Fragment ebooka Syzyfowa zemsta - Rafał Wałęka

Rafał Wałęka

Syzyfowa zemsta

© Copyright by Rafał Wałęka & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo

Zdjęcie na okładce: © nejron

Korekta: Urszula Krupa

ISBN e-book 978-83-7859-146-7

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Czy terrorysta może być pozytywnym bohaterem? Człowiek definiuje siebie poprzez swoje cele i sposób ich osiągania. Sam terroryzm to określone działanie, którego narzędziem jest przemoc psychiczna i fizyczna. Jego celem, poprzez gwałt na spokoju ducha, jest zastraszenie, wymuszenie, zranienie, aby osiągnąć określony rezultat. Akcje terrorystyczne dotyczą całej populacji, ale by zdobyć władzę nad społeczeństwem, wystarczy uderzyć w niewielką jego część. Terroryzm to niewidzialna dłoń, trzymająca za gardło cały świat, a my wiemy tylko tyle, że owa dłoń może zacisnąć się w każdej chwili.

Wstęp

Czy jeden człowiek może coś zmienić?

W życiowym westernie nie raz, nie dwa staniemy do pojedynku w samo południe, spoglądając w oczy wrogowi, którym są przeciwności losu.

Walka nigdy nie jest łatwa, a zwycięstwo jest celem, do którego dążymy ponad wszelką cenę, czasem zbyt wielką. Życie strzela do nas z rewolweru, gdy jesteśmy najbardziej bezbronni, gdy nie jesteśmy w stanie uniknąć rany i nikt nie może zasłonić nas własnym ciałem. Przegrywamy…

Gdy otrzymamy zbyt wiele ciosów, nie odjeżdżamy na koniu w chwale ku zachodzącemu słońcu, lecz padamy bezradni czując, że cały nasz wysiłek staje się bezcelowy i bezsensowny. Czujemy się niczym mityczny Syzyf wtaczający na górę swój własny głaz. Istnieją jednak jednostki, które są w stanie pomóc innym. Istoty wierzące w misję. Bez względu na wszystko dążą do celu, bo wierzą, że mogą coś zmienić.

„Syzyfowa zemsta” to kontynuacja wydanej w 2010 roku książki „Więzień zemsty”. Marek Morwin, były agent Służb Bezpieczeństwa, twardziel nie do zdarcia, któremu nawet czas boi się zwrócić uwagę na wiek, wrócił do tego co potrafił najlepiej, do zabijania. Choć podstarzały i zmęczony, to ten „pies” wciąż potrafi gryźć. W obliczu ataku terrorystycznego na Polskę śmierć nie jest mu straszna, liczy się misja. Ludzie czyhający na jego ukochany kraj nie otrzymają litości od polskiego terminatora. Nie tylko czający się terroryści są jego przeciwnikami. Największym wrogiem są własne słabości Morwina i demony z jego przeszłości. Swoimi czynami stworzył sobie więzienie, z którego nie potrafi się wydostać. To cela złożona z koszmarów i miejsce skąd nie ma ucieczki. Wierzy wciąż, że jedyne wyjście prowadzi przez drzwi z napisem zemsta.

Możliwe, że tylko sama śmierć może przynieść mu wyzwolenie, ale nim znajdzie ukojenie musi odszukać w sobie siłę by wykonać ostatnie, najważniejsze zlecenie. Polska go potrzebuje. Terroryści próbują wciągnąć nas w wojnę, którą wiele osób nazywa „nie naszą”.

Marek Morwin, legenda polskiego wywiadu, będzie musiał stanąć „oko w oko” z największymi wrogami pokoju na świecie i powstrzymać ich przed dokonaniem zemsty na naszym kraju za wspieranie wojskowej krucjaty Stanów Zjednoczonych.

Bronią, która może zmienić wszystko, jest tajemniczo brzmiąca substancja nazwana „Harpią”…

Część pierwsza

Teraz

Środek nocy, na którą patrzymy oczami naszego bohatera. Księżyc w pełni razi swym blaskiem, przypominającym błysk w oku wilka czającego się w ciemnościach. Nie wiemy gdzie jesteśmy. Może na innej planecie?

Wszędzie cisza wymieszana z zamazanym obrazem dającym poczucie zagubienia. Jesteśmy niczym dziecko we mgle. Skołowani jak bokser przegrywający walkę. Słaniamy się na ringu świadomości. Sen czy jawa? Wahamy się nie mogąc wybrać odpowiedzi. Trzymając się lin, ledwo zauważamy różnicę. Z wolna odzyskujemy wzrok, lecz nie widzimy wiele. Ukazuje się siedzący tuż przed nami mężczyzna. Pan naszego losu, który zdecyduje o tym czy przeżyjemy czy zginiemy marnie nawet nie wiedząc kiedy. Może już umarliśmy?

Spowity aurą tajemniczości kierowca dzierży stery szaleńczego samochodu. Po ryku silnika uznamy, że to może być BMW. Czy tym jeździ sam Szatan? Warczy agresywnie przypominając drapieżnika chcącego odstraszyć napastników od swych młodych, a może ucieka ze swą niedawno upolowaną ofiarą?

Siedzimy bezradnie na tylnym siedzeniu jak wspomniane bezbronne zwierzę. Nie możemy nic zrobić. Głowa dopiero zaczyna się poruszać, a ślepia ledwo budzą się z długiego snu. Widzą, co raz wyraźniej, lecz to wciąż zbyt mało. Nasz wyostrzający się stopniowo wzrok przechodzi na siedzącą obok kierowcy rudowłosą dziewczynę w szarym płaszczu do kolan. Nie sposób dojrzeć jej twarzy w całości. Jest nieprzytomna. Martwa?

Rusza się. Żyje. Ale jak długo?

Umysł staje się jaśniejszy, obrazy stają się wyraźniejsze i ostrzejsze.

To samo dzieje się ze słuchem. Stopniowo wracają do nas dźwięki. Nie tkwimy już w świecie ciszy. Zauważamy nadjeżdżający pojazd, pod którym asfalt tętni niczym ziemia pod kopytami masywnego konia biegnącego w naszą stronę.

Nasilony dźwięk w końcu niemal eksploduje w naszych głowach.

Po kilku chwilach orientujemy się, że jesteśmy w trakcie szaleńczego pościgu. Ścigamy czy uciekamy?

Obracamy się nerwowo dookoła, ale tylko na tyle, na ile pozwala obolała szyja. Jadą za nami dwa samochody. To my jesteśmy uciekającymi. Jedna zagadka mniej.

– Schyl się idioto! – zawołał kierowca.

Gdy się odwracamy, widzimy jak jeden z mężczyzn wychyla się ze ścigającego nas auta. Wyciąga broń i celuje. Nie jestem w stanie dojrzeć czy w opony samochodu czy opony mózgowe w mojej głowie.

– Trzymaj się! – krzyknął nasz kierowca i nagle wcisnął pedał hamulca.

W tył pojazdu uderzył goniący nas samochód, a wychylony strzelec wypadł przez szybę.

– Nie mam czołgu, ale bezkarnie mi w tyłek nie wjedziesz – powiedział nasz kierowca z triumfalnym uśmiechem. Twardziel rodem z filmów. Typ, który nie dość, że zachowuje zimną krew to jeszcze musi palnąć pod nosem wesoły tekścik.

Wszystkich nas uratowały zapięte pasy. Czy on wiedział, że moje są zapięte?

– Ratuje mnie czy porywa? To przyjaciel czy wróg? – Zastanawiał się zdezorientowany osobnik w garniturze i okularach, który został wplątany w szaleńczy pościg. Bolała go głowa i twarz. Musiał zdrowo oberwać.

To jeszcze nie koniec. Tuż przed nami z piskiem opon zatrzymał się bokiem drugi ze ścigających pojazdów. Niewiele myśląc, nasz człowiek zza kierownicy wcisnął pedał gazu i z impetem uderzył w przeciwnika. Gdy tamci otumanieni próbowali zorientować się w sytuacji, kierowca wiozący rudowłosą kobietę i tajemniczego mężczyznę sięgnął po pistolet i opuścił samochód trzaskając drzwiami z impetem. Wciąż będący w szoku osobnik w garniturze usłyszał strzały. Nie zdążył ich policzyć.

– Raz, dwa, cztery? W całej tej szamotaninie straciłem rachubę – pomyślał.

Właśnie zobaczył jak nieznajomy zabija z zimną krwią cztery osoby. Przerażenie i panika wzięła górę nad logicznym myśleniem. Brak logiki zawsze potęguje strach.

– Nogi. Boże, nogi to moja nadzieja – przyszło na myśl naszemu bohaterowi w czarnym garniturze i grubo oprawionych okularach. Kończyny działały, choć nie do końca. Chwiejnym krokiem opuścił samochód i próbował uciekać. Nie był w stanie biec, ale szedł najszybciej jak tylko potrafił. Obrócił się. Widok mężczyzny z bronią w dłoni był równocześnie tajemniczy i przerażający. Jedno potęgowało drugie.

Nasz uciekinier nie wiedział czy został uratowany czy wręcz przeciwnie. Bał się, że za moment straci życie i dołączy do reszty osobników w garniturach. Pasował do nich ubraniem, ale nie chciał skończyć jak oni. Wiedział jedno, chciał żyć, ta wola dodawała mu sił.

Nie było czasu na szukanie odpowiedzi, nie teraz. Zajmie się tym później, jeśli Bóg pozwoli.

– Byle żyć, byle żyć – powtarzał w myślach.

Wtedy usłyszał dwa strzały. Przestał biec. Zamknął oczy i upadł na kolana. Nie mógł już uciekać. Spojrzał na swoje dłonie. Zobaczył krew. Nie wiedział czy należy do niego czy kogoś innego.

– Dziewczyna, ruda dziewczyna w płaszczu ze śladami krwi. Zabiłem ją? – zastanawiał się, ciężko oddychając. Czuł, że zbliża się kres.

– Nie, nie chcę takiego końca – powiedział słabnącym głosem i spojrzał w niebo.

– Księżyc jest dziś taki piękny – dodał, a następnie jego oczy spowił mrok.

Nasz uciekinier w garniturze upadł…

7 dni wcześniej

Duża sala, wypełniona po brzegi ludźmi. Nasze myśli nikną w gąszczu gromkich oklasków. Mężczyzna w garniturze i grubo oprawionych okularach zbiera plony po swoim wystąpieniu.

Najwyraźniej udanym.

Żal mu opuszczać salę. Gromkie brawa łechtają jego próżność i mógłby spędzić wieczność napawając się własnym sukcesem.

Przeszukiwał pomieszczenie wzrokiem, jakby chciał podziękować każdemu z osobna. Nie miał czasu na rozmowę w cztery oczy z ponad setką osób.

– Doktorze, proszę ze mną. – Usłyszał tuż przy uchu nasz człowiek w garniturze.

– To już? – Zdziwił się „Doktor” i dopiero teraz spostrzegał koło siebie młodą, kobietę. Delikatnie się uśmiechając poprawiła swoje okulary i długie, blond włosy, które lśniły złotem niczym najdorodniejsza pszenica, na najpiękniejszym polu. Słowiańska uroda w najczystszej, nieskalanej postaci.

– Ach tak, idziemy – powiedział Doktor, jakby wyrwany z bujania w obłokach. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego piękny sen musi się właśnie skończyć. Czas się obudzić, ale kto powiedział, że wkrótce nie można zasnąć ponownie… Pomachał raz jeszcze wiwatującemu tłumowi, zabrał swoją teczkę i zniknął wraz z blondwłosą kobietą z sali.

Po drodze omawiali jeszcze wiele spraw zawodowych oraz szczegóły grafiku spotkań. Gdy opuścili duży, zbudowany w gotyckim stylu budynek nastroje były zupełnie inne niż jeszcze kilka minut temu wewnątrz.

Zamiast wiwatującego tłumu można było zauważyć pikietujących ludzi.

Kilkadziesiąt osób krzyczało tak zawzięcie, że można było śmiało uznać, iż znajdowało się ich tam tysiące. Doktor nie do końca wiedział, dlaczego protestują. Średnio go to z resztą obchodziło.

– Dziś jestem zwycięzcą, dziś jestem zdobywcą – powtarzał w myślach i po kilku minutach znalazł się już w aucie ze swoją asystentką i kierowcą.

– Dokąd teraz szefie? – zapytał mężczyzna za kierownicą.

– Do domu Jacku, do domu. Szefowi przyda się odpoczynek – odpowiedziała ruda asystentka.

– Co ja bym zrobił bez mojej ukochanej żony? – rzucił Doktor szeptem na ucho blondwłosej kobiecie o słowiańskich rysach. Położył przy tym rękę na jej kolanie. Asystentka uśmiechnęła się i ukradkiem pocałowała mężczyznę w usta. Szybko, ale namiętnie. Niczym iskra, co choć wątła, to potrafiąca rozniecić potężny ogień.

– Nie przy ludziach „Szefie” – zironizowała.

– Bez przesady, to tylko Jacek.

– On to nie człowiek?

– Nie płacę mu za myślenie – stwierdził i ponownie pocałował asystentkę w usta. Nie mogła mu się oprzeć. Miała do niego słabość, nie ona jedna zresztą. Doktor nigdy nie narzekał na brak kobiet, co najwyżej na ich nadmiar i problemy, jakie stwarzał taki stan. Wszystko jednak ma swoją cenę. Nie uważał się za łatwo ulegającego tzw. słabej płci, lecz twierdził, iż został po prostu obdarzony przez Boga wielką wrażliwością na piękno. Potrafił je docenić jak mało kto. Stąd wiara nakazywała mu je wielbić.

– Ale za myślenie płacą Tobie. Wstrzymaj się jeszcze.

– Tak wiem, ale… Kocham cię i jesteś skarbie… Jesteś taka pociągająca. – Przyznał Doktor i włożył rękę za dekolt uroczej, drobnej blond kobiety. Uśmiechnęła się niczym nieco zażenowana, ale zadowolona podczas wprowadzana w tajniki doznań erotycznych, dziewica.

Kilkanaście minut później dotarli na miejsce docelowe.

Doktor pocałował na pożegnanie urodziwą towarzyszkę i po chwili opuścił służbowe auto. To odjechało, a nasz mężczyzna w garniturze wszedł przez bramę i udał się do domu. Jednorodzinnego kącika, gdzie czekał na niego zasłużony odpoczynek. Gdy przeszedł przez ogród w drzwiach czekała atrakcyjna, czarnowłosa kobieta w zwiewnej sukience. Przeciwieństwo jego asystentki, oprócz jednej rzeczy, która je łączyła, urody. Miała aparycję kocicy, która wie, czego chce. Jak lwica będąca wciąż u boku lwa. Choć skrywana w jego cieniu to jednak zdająca sobie sprawę z własnej siły. Jej nieco azjatycka uroda rozkwitała na jego widok, a ciemne oczy stawały się jeszcze mniejsze, gdy uśmiechała się szeroko na widok męża. Nazywał ją żartobliwie „chińskim zwiadem”.

Kobieta podbiegła do niego i ucałowała namiętnie.

– Tęskniłam. Tak cholernie tęskniłam! – powtarzała wisząc na szyi Doktora.

– Na pewno nie tak, jak ja – odparł i pocałował żonę tak, że ta rzeczywiście odczuła jego tęsknotę. Lwicy brakowało Lwa…

Teraz

Jak wygląda świat umarłych?

Od wieków zastanawiały się nad tym najtęższe umysły, jednak brakowało faktów, na których opiera się nauka. Suchych faktów nie dostaniemy nigdy, no chyba, że przekonamy się o wszystkim na własnej skórze. Pozostaje nam wiara. Ale czy „życie po śmierci” można nazwać jeszcze światem umarłych skoro „żyją” po śmierci? Może to dwie różne rzeczy?

Takie dylematy dotykały również i naszego tajemniczego Doktora w garniturze. Choć nigdy nie był religijny to człowiek jest z natury ciekaw świata i dąży do rozwiązań. W tej chwili największą zagadką dla mężczyzny w garniturze, którego nazywamy Doktorem, było w jaki sposób znalazł się w miejscu, w którym obecnie się znajduje.

Był zupełnie sam. Gdy już powstał zauważył, że nogi znów działają jak należy, a on nie ma w ciele żadnych dziur po kulach. Czuł się lekko, spokojnie, ale jednocześnie miał wrażenie, że coś krążyło dookoła, nie wiedział co. Z pewnością był obserwowany. Zaczął nawoływać, ale jego głos natrafił na próżnię. Tak też czuł się sam Doktor. Mgła zbyt gęsta by coś dojrzeć, zdawała się nawet zatrzymywać dźwięk. Pomimo uporczywego rozglądania się wokoło, Doktor nie zauważył żywej duszy. Postanowił podążać za instynktem. Tam gdzie zdawało mu się zobaczyć jakąś istotę.

– Dziwna pustynia, a ja gonię fatamorganę – pomyślał i popędził przed siebie. Biegł dobre kilka minut lub przynajmniej tak się mu zdawało, bo wskazówki zegarka stały w miejscu. W końcu mgła lekko opadła, a on sam zorientował się, że znajduje się w małym miasteczku. Żywcem wyjęte z klasycznych „spaghetti westernów” z Clintem Eastwoodem czy Johnem Waynem w rolach głównych. Po środku stumetrowego placu stała wieża z wielkim zegarem. Wskazywał na godzinę dwunastą.

– Samo południe – pomyślał, gdy nagle zaczął bić dzwon.

Ostrzeżenie?

Szukaj schronienia.

Wzrok naszego zagubionego powędrował przed siebie, jakby oczekiwał przeciwnika nadchodzącego z drugiej strony ulicy. Nikogo jednak tu nie było prócz Doktora. Wszędzie unosiły się tumany gęstego kurzu, które o dziwo nie szkodziły oczom osamotnionego bohatera w dziwnym miasteczku. Nadawały klimatu rodem z opuszczonego Czarnobyla. Miasteczku duchów. Miasto widmo jak z horrorów. Do tego paraliżująca cisza, nie licząc bijącego dzwonu. Doktor dopiero teraz zauważył, że nie uczynił jeszcze kroku. Zdębiały ze strachu zapomniał iść, ale musiał się przemóc. Ostrożnie ruszył przed siebie, z niepokojem zaglądając w każdy kąt. Próbował znaleźć rozwiązanie do sytuacji, która umieściła go w tym dziwnym miejscu. Oddalał od siebie myśl, że ów rozwiązania może po prostu nie być. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że widzi niemal wszystko w czerwonych barwach. Złowieszcze skrzypienie drzwiczek od „Saloonu” przyprawiało go o szybsze bicie serca. Szczególnie, gdy dzwony niespodziewanie ucichły.

– Serce bije, czyli żyję? Przecież ten facet do mnie strzelał. Czułem jak trafia – zastanawiał się Doktor, łapiąc się za serce i masując odruchowo miejsca, gdzie według niego został trafiony pociskami.

– Czy ja żyję? – zapytał sam siebie. Spojrzał na drzwiczki baru. Szalejący wiatr miotał nimi jakby chciał powiedzieć „spójrz tutaj”. Różniły się kolorem od reszty okolicy. Były białe. Nie barwa jednak niepokoiła człowieka w garniturze, a czerwona dłoń odbita na wspomnianych drzwiczkach. Część Doktora nakazywała mu trzymanie się od tego miejsca z daleka, ale druga jakby stała za nim i niemal popychała go do przodu.

– Wejdź, znajdziesz rozwiązanie – szeptał cichy głos. Gdy tylko nasz bohater obracał się dookoła by zobaczyć materialne dowody na ów szept, natrafiał na nicość. Żadnego kształtu. Mgła wzbierała na sile. W końcu zdobył się na odwagę i wszedł do złowieszczego baru. Choć może to strach, przed zniknięciem znów we mgle, popchnął go do tego.

W środku oślepiło go mocne, białe światło. Odruchowo zasłonił oczy, potknął się i czuł jak znów upada.

6 dni wcześniej

Czarnowłosa, piękna żona Doktora obróciła się na drugi bok. Jej ręka zamiast na ciało męża, natrafiła na pustą przestrzeń. W łóżku była sama.

– Nie znowu – przeklęła pod nosem.

Rozejrzała się nieco zaspanym jeszcze wzrokiem po sypialni i spostrzegła rozsypane płatki czerwonych róż. Z zaciekawieniem ujęła je w dłonie i wtedy zauważyła, że jest ich więcej. Kwiatowy szlak ciągnął się do drzwi, a podniecenie ostatecznie ją obudziło. Zaintrygowana podążała czerwoną ścieżką. Okazało się, że róże prowadzą na korytarz. Ciągnął się schodami w dół, aby dotrzeć do kuchni. Nie mogła doczekać się niespodzianki. Czuła, że jej mąż tym razem się postarał.

Wyobrażała już sobie piękne śniadanie z ukochanym, tam gdzie smaki pysznego jedzenia zmieszają się z delikatnym zapachem miłości. Pragnęła, aby uruchomione zmysły znalazły zaspokojenie w ramionach męża.

Dość powoli otwierała drzwi kuchni. Jak gdyby oczekiwanie dawało jej niezwykłą przyjemność. Niczym dziecko, które wie, że dostanie prezent, ale zaskoczenie i tak się pojawia, gdy go widzi. Gdy w końcu znalazła się w środku zobaczyła to, na co liczyła.

Pięknie przystrojony stół. Biały obrus, na którym kolorowe, świeże owoce wyglądały jeszcze piękniej. Na środku dżem i naleśniki. Uwielbiała je prawie tak bardzo jak romantyczne wybuchy jej męża. Rzadkie, bo rzadkie, ale szedł na jakość, nie na ilość. Dodatkiem były kwiaty. Oczywiście czerwone róże. Jej ulubione.

– Jak wtedy, gdy mi się oświadczał – pomyślała.

Czar jednak prysł niczym bańka mydlana, kiedy zorientowała się, że męża nigdzie nie ma. Jedyny element tej budowli szczęścia, jego fundament. Na stole widniała tylko skrzynka z karteczką. Kobieta ostrożnie zbliżyła się do obiektu i przeczytała wiadomość. Nie otworzyła jednak podarunku. Dziś były jej urodziny…

Wybiegła w piżamie przed dom, bo jej mąż lubił przesiadywać w ogrodzie.

– Może tak się ze mną drażni? Gdzieś się schował? – zastanawiała się. Wróciła do domu powoli przeglądając wszystkie pomieszczenia. Łącznie z jego pracownią czy piwnicą. Nic. Ani żywej duszy. Kobieta wróciła do kuchni i spoczęła na krześle przy pięknie przystrojonym stole.

– Po co mi to wszystko? Mam urodziny, a on robi śniadanie by zniknąć bez słowa? Myśli, że mnie tym przekupi?! Ma mnie za dziwkę, którą można zostawić po wszystkim?! NIE! Jestem jego żoną, ale on jest też moim mężem! Należy mi się szacunek! – krzyczała w myślach kobieta by za chwilę wybuchnąć na dobre.

Wściekła złapała za śnieżnobiały obrus i jednym płynnym ruchem zrzuciła ze stołu wszystko.

Talerze tłukły się jak poranne marzenia żony Doktora. Owoce rozpryskiwały się na wszystkie strony, jakby chciały uciec od wściekłej kobiety. Z pełnego uroku śniadania pozostały zgliszcza. Małżeński armageddon. W końcu jej oczy wróciły do „prezentu” od męża. Tak się jej przynajmniej wydawało. Drewniana skrzyneczka wielkości ludzkiej głowy również wylądowała na podłodze. Zagadkowo zdawała się nawoływać niczym zakazany owoc. Kobieta dopiero teraz rozpłakała się na dobre, a gniew ustąpił poczuciu bezsilności. Wszystko, co zrobiła przed chwilą, cała demolka, wcale nie przyniosło jej ukojenia. Spojrzała na prezent męża i postanowiła go otworzyć.

– Może to mnie uspokoi? – pomyślała, gdy wracała jej jasność umysłu.

Z jednej strony nie chciała patrzeć na pudełko, bo przypominało jej o tym, że mąż, w dniu jej urodzin zostawił ją bez słowa licząc, iż pięknie przygotowany posiłek załatwi sprawę. Zachował się jak ojcowie tego rodzaju, co nie mają czasu widywać się z dziećmi, a ich miłość chcą kupić drogimi prezentami.

Z drugiej jednak strony zwyciężyła zwykła ludzka ciekawość. Może rozwiązanie jest prostsze niż myśli?

Ostrożnie, omijając potłuczone naczynia, zbliżyła się do tajemniczej skrzyneczki.

Co tak naprawdę mogło być w małym pojemniku wielkości ludzkiej głowy? Czyżby… Nie, z wnętrza pudełka wypadła mała figurka przedstawiająca skrzydlatą kobietę ze szponami. Skrzyżowanie orła i ptaka. Harpia…

Teraz

Oślepiający blask powoli zanikał, co pozwoliło w końcu Doktorowi rozejrzeć się dookoła. Poczucie dezorientacji wzmagał fakt kompletnej próżni w pomieszczeniu.

– Znów zasrana cisza – przeklął. Przedmioty jednak nie latały w powietrzu. Grawitacja działała jak należy, ale prawa fizyki nie do końca były tutaj mile widziane.

Szczególnie, gdy patrzymy na wszystko oczami więźnia realizmu.

W uszach rozbrzmiewał mu tylko pisk, natrętny pisk, jakby dostał granatem błyskowym. Na szczęście męczący dźwięk stopniowo słabł. Doktor zdołał powrócić do pozycji stojącej. Znajdował się teraz w pokoju przypominającym bar rodem z dzikiego zachodu. Dobre kilka stolików, fortepian i oczywiście klasyczny bar z sześcioma krzesłami. Ani śladu żywego ducha.

Nagle salę wypełniły dźwięki inne niż skrzypienie podłogi pod krokami Doktora. Rozbrzmiała delikatna, nieco złowieszcza, muzyka grana na pianinie. Dźwięki te miały swoje źródło we wspomnianym, stojącym w rogu instrumencie, chociaż nie było przy nim grajka, a klawisze nie poruszały się. Wzrok Doktora przeniósł się za ladę gdzie znikąd pojawił się barman wycierający kufle po piwie. Wpatrywał się w naszego człowieka w garniturze, ale nie wydobył z siebie ani słowa.

– Był tu wcześniej i go nie zauważyłem czy to jakaś zjawa? – zastanawiał się nieco przerażony. Nie mógł jednak powstrzymać się od podejścia do barmana. Podświadomie przeczuwał, że powinien z nim pomówić.

– Jeśli umarłem lub to sen, to nic nie jest tu bez powodu. Symbolika jest ważna. Nawet dla pragmatyków – uznał.

Delikatnie kroczył w jego stronę, przełykając ślinę, zdającą się stawać w gardle. W końcu zajął miejsce przy ladzie, ale nim wydobył z siebie jakiekolwiek słowa uprzedził go podstarzały, wąsaty, łysawy już barman.

– Witaj wędrowcze – przywitał się pracownik opuszczonego baru.

Prawie nie można było dojrzeć jego warg, wyglądało to tak jakby wypowiadał słowa bez poruszania wargami. Nalał Doktorowi kufel żółtej cieczy i podsunął mu go.

– Co to jest?

– Kufel piwa.

– Powinienem go wypić?

– Sam go naważyłeś, sam musisz wypić.

– Nie rozumiem.

– Przekonasz się później, w swoim czasie.

– Gdzie jestem? Kim ty jesteś?

– Jestem Barmanem.

– A ja?

– Hmm… Zamroczony Rycerz? – zażartował z uśmiechem, który zdradziły uniesione ku górze wąsy.

– Pytasz czy odpowiadasz?

– Odpowiadam pytaniem.

– Tak się nie robi, tak nie można – odparł Doktor. Barman polerował kufel.

– Pij – powiedział spokojnie odkładając w końcu wspomniane naczynie i zabrał się za kolejne.

– Nie chcesz mnie otruć?

– Mnie najmniej powinieneś się obawiać. Poza tym, jesteś moim jedynym klientem, nie? – odpowiedział Barman śmiejąc się donośnie.

– Kogo powinienem się bać?

– Piwa, które naważyłeś… – odparł Barman, tym razem dość tajemniczo i złowrogo, zupełnie inaczej niż przed chwilą. Spoważniał.

– Więc, powinienem je wypić czy nie? – pytał doktor próbując dowiedzieć się czegoś z zawiłości całego dialogu.

– To zależy czy chcesz się dowiedzieć, co tutaj robisz czy nie.

– Może być niebezpiecznie? Czy ja żyję? – dopytywał Doktor trzymając już kufel piwa w dłoni.

– Na swój sposób tak – odparł barman.

Nasz człowiek w garniturze nie wiedział, czy była to odpowiedź na pierwsze, czy na drugie pytanie.

– Widzisz, nie wiesz, na które pytanie dostałeś odpowiedź. Jesteś niewolnikiem własnej niecierpliwości. Mówiłem ci, że wszystko w swoim czasie – dodał Barman kiwając głową, jakby tym gestem chciał namówić swojego jedynego klienta do wypicia tajemniczego piwa. Stało tuż przed nim i zdawało się jakby samo przemawiać. Bez głosu, podświadomie. Nasz zagubiony zakasał rękawy czarnej marynarki i w końcu zdecydował się na spożycie trunku. Wypił cały, niemal jednym łykiem. Gdzie by nie był, ten napój zawsze smakuje.

– Zaczęło się – stwierdził Barman zimnym tonem. Była to kolejna nagła zmiana w jego zachowaniu. Stojący na ladzie kufel, w którym jeszcze przed chwilą znajdowało się piwo, roztrzaskał się na drobne kawałki. Doktor instynktownie odchylił się do tyłu i upadł na podłogę. Czas jakby zwolnił, a prawa fizyki znów szydziły z tego miejsca. Przy wejściu do baru, za skrzypiącymi, drewnianymi drzwiczkami, stał mężczyzna ubrany w czarny płaszcz i kapelusz o tej samej barwie. W dłoni trzymał rewolwer, z którego lufy wciąż tlił się dym. To on strzelił. Wyglądał złowrogo, z poczuciem wyższości. Rządził sytuacją.

– Lepiej byś teraz zniknął – powiedział z szerokim uśmiechem Barman, jakby rozbawiony całą akcją. Muzyka na pianinie zaczęła przygrywać szybciej, a agresywny kowboj powoli wycelował w Doktora. Ten przeturlał się na prawy bok. Z przerażeniem spojrzał na miejsce gdzie leżał jeszcze przed chwilą. W drewnianej, zakurzonej podłodze była dziura po pocisku. Strzelający mężczyzna znów powoli wycelował, a nasz, ponownie zdezorientowany obrotem spraw, bohater przewrócił okrągły, drewniany stół znikając tuż za nim. Palec napastnika raz jeszcze nacisnął spust srebrnego rewolweru, tym razem trzykrotnie, a drewniany stół zyskał trzy nowe otwory. Zadowolony z siebie kowboj podszedł do wspomnianego, przedziurawionego mebla i kopnął go.

Ku jego zaskoczeniu nie było tam Doktora. Szalejący z bronią rewolwerowiec usłyszał skrzypienie podłogi, a po kilku sekundach lecący w niego szklany, pusty kufel. Z pewnością oberwałby nim w twarz, gdyby nie znakomity refleks. Jakby chcąc zademonstrować swoją siłę i przewagę nie odsunął się na bok, lecz po raz kolejny wypalił z pistoletu pocisk roztrzaskując nim kufel w drobny mak. Kawałki szkła poraniły jego twarz, ale ku zaskoczeniu Doktora, napastnik jakby zdawał się nie czuć bólu. Może sprawiała mu przyjemność myśl o tym, że jest niezniszczalny, co chciał nieustannie demonstrować.

Odstraszająca aparycja bandyty przybrała makabryczny wyraz. Grająca w tle muzyka nagle ucichła, niczym przerażona przytłaczającym spojrzeniem mrocznego kowboja. Szaleńcza melodia została przerwana jak Hejnał na Wieży Mariackiej.

Doktor spoglądał teraz na przeciwnika, zamarł czekając na kolejny ruch.

– Umiesz liczyć? Licz na siebie – zawołał zza lady Barman.

– Co ty pierdzielisz? Licz? Licz na… – pomyślał głośno nasz mężczyzna w garniturze. Wtedy go olśniło.

– Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć – policzył cicho, gdy kowboj w czarnym kapeluszu znów wymierzył w jego kierunku. Rewolwer tym razem nie wypalił, lecz zaciął się.

Sześć strzałów i bębenek był pusty. Błąd godny amatora czy zabawa w kotka i myszkę sadysty?

– Ha, ha! – zaśmiał się triumfalnie Doktor, a kowboj splunął czarną, gęstą flegmą i z gniewem rzucił pistoletem w swoją ofiarę. Lecąca broń minęła naszego bohatera o włos.

Uśmiech z twarzy Doktora zniknął kosztem pojawienia się uśmiechu u Kowboja, gdy ten zamaszyście odrzucił płaszcz, który nagle jakby powiększył się kilkukrotnie i jak czarna kurtyna zagrodziła wyjście. Peleryna mrocznego kowboja.

Tuż obok skórzanego pasa widniał drugi rewolwer, po który właśnie ów napastnik sięgał. Czas ponownie zwolnił bieg.

– Cholera, pomóż mi! – krzyknął błagalnie Doktor do Barmana.

– Ciągle pomagam, głowa do góry – odpowiedział, a sekundę później w jego czaszce znalazł się pocisk. Impet uderzenia odrzucił go w tył tak mocno, że ciało rozwaliło całą półkę pełną kufli, szklanek i butelek. Kawałki roztrzaskanych naczyń tańczyły po podłodze w rytmie zniszczenia, a Doktor nie mógł pozbyć się mieszanki przerażenia i podziwu na widok umiejętności strzeleckich odzianego w czerń kowboja. Ten wciąż trzymał w lewej dłoni pistolet wymierzony w leżącego na podłodze barmana z przestrzelonym czołem. Krew zaczęła wypływać z niego w nienaturalnej ilości. Doktor wykorzystał moment, gdy gniew kowboja przeniósł się na kogoś innego i odszukał drogę ucieczki. Wbiegł na stare schody, które zdawały się łamać pod naciskiem jego stóp. Udało się mu dotrzeć do zielonych, o dziwo dość mocnych, drzwi. Niewiele myśląc otworzył je i wtargnął do środka niczym płonący człowiek do wody. Dziękował przy tym losowi za szansę. Odruchowo zamknął oczy, by nie zostać oślepiony bielą jak w momencie, gdy wkroczył do tego budynku przez czerwone drzwiczki.

Nasz bohater w garniturze zatrzasnął za sobą zielone wrota mając jednocześnie nadzieję, że to powstrzyma szalonego kowboja. Nie otwierając oczu przytulił się do nich i zaczął pośpiesznie układać myśli.

– W co ja się wpakowałem? Skąd znam te postacie? Kim on jest?

Dlaczego chce mnie zabić? A może ja już nie żyję? – zastanawiał się Doktor, gdy powróciła mu część jasności umysłu.

Serce wciąż waliło mu w piersi jakby chciało się wyrwać z tego koszmaru. Uświadomił sobie, że on i jego serce są w tej samej sytuacji, umysł jednak musiał się wtrącić, to on tutaj rządzi.

– To nie będzie takie łatwe. Byle drzwi nie powstrzymają marszu zniszczenia czarnego, bezlitosnego kowboja ze srebrnym rewolwerem.

– Srebrnym rewolwerem? – pomyślał Doktor doznając jakiegoś olśnienia.

Otworzył oczy i okazało się, że znajduje się w małym pokoju, w którym zamiast ścian widnieją powieszone i poukładane obrazy. Było ich co najmniej kilkanaście, każdy w złotej, zdobionej ramie. Wszystkie przedstawiały to samo, ale z różnych ujęć. Niczym twór szalonego malarza, którego obsesją stał się jeden przedmiot, srebrny rewolwer. Doktor z zaciekawieniem podchodził do każdego z nich i spoglądał badawczo. W końcu na jednym z malowideł znalazł to, czego szukał.

Napis na Srebrnym Rewolwerze.

– Marek Morwin – przeczytał na głos Doktor.

Wtedy rozległo się pukanie do zielonych drzwi.

– To nie może być on… To niemożliwe – pomyślał z przerażeniem nasz bohater w garniturze.

5 dni wcześniej

Słońce właśnie zachodziło, gdy Robert Macięga kończył pracę w swojej kancelarii. Jak to miał w zwyczaju, wychodził ostatni. Ktoś mógłby stwierdzić, że lubił w ten sposób pokazywać, że dba o swoich pracowników poprzez bycie kapitanem, który ostatni opuszcza okręt. On jednak sam wiedział, co chce osiągnąć. Kochał napawać się władzą, którą dawała mu owa kancelaria. Taki pęd do władzy został mu jeszcze z czasów komunizmu. Momentami tęsknił za tamtym ustrojem, ale tylko z sentymentu do małych detali, nie całości Polski tamtej ery. Należał do tych „dinozaurów”, co przetrwali uderzenie meteoru Solidarności i znakomicie przystosowali się do nowych realiów lat dziewięćdziesiątych. Dziś miał prawie siedemdziesiąt lat, ale ani myślał odejść na emeryturę. To jeden z tych upartych ludzi, dla których praca była tak ważna, że potrafili wbić sobie na siłę do głowy, iż to wszystko to hobby.

Malarz lubi malować, ale też i umie, więc kto mu zabroni malować za pieniądze? Nikt. Jeśli jednak tylko dla forsy, to czy wciąż jest to hobby? Oczywiście. Co więc dawała kancelaria Robertowi Maciędze?

Z pewnością satysfakcję z bycia ważnym, świadomość posiadania czyichś sekretów, co pomimo tajemnicy adwokackiej dawało mu do ręki potężną broń. Pióro silniejsze od miecza, mawiają oczywiście, lecz od pióra mocniejsza jest informacja. To ją uwiecznia i wspomaga pióro, które może być wykorzystane, jako miecz. Macięga był nieźle zbudowany, jak na prawie siedemdziesięcioletniego mężczyznę, daleko mu było do przygarbionych staruszków w jego wieku. Zawdzięczał to abstynencji, specjalnej diecie i nałogowym uprawianiu sportu. Miał fioła na tym punkcie.

Nie był człowiekiem bez nałogów, lecz jego jedynymi nałogami była praca we własnej kancelarii i dbanie o zdrowie. Jak znajdował czas na trening?

Miał osobistego trenera, czekającego wieczorem w domu lub w specjalnie wybudowanej, prywatnej siłowni umiejscowionej w budynku kancelarii. Wybierał program, czy miejsce, dostosowując się do natłoku spraw lub innych okoliczności. Jeśli szukamy przykładu doskonale zorganizowanego człowieka, to właśnie go znaleźliśmy.

Robert Macięga wsiadł do swojego srebrnego BMW i ruszył do mieszkania oddalonego jakieś dwadzieścia minut od jego miejsca pracy.

Specjalnie, kosztem mniejszego standardu, wprowadził się blisko by nie trwonić cennego, dla niego, czasu na dojazdy. Nigdy nie był zwolennikiem podróży, a na samo brzmienie słowa „turystyka” zaczynało go mdlić.

Gdy dotarł na miejsce, zaparkował auto na strzeżonym parkingu swojego dość bogato wyglądającego osiedla. Standard niższy, niż było go na to stać, ale jak już wiemy, czas i pewne rzeczy były dla niego ważniejsze od finansów. Mieszkał sam, nie posiadał rodziny czy bliskich. Nie miał na nich czasu, zbytnio go cenił, aby trwonić tak wyjątkową rzecz jak zbyt dobra organizacja. Owszem, był kiedyś żonaty, ale od momentu rozwodu minęły wieki i nie utrzymuje kontaktu z małżonką. Tak się znienawidzili, że wolą nie wiedzieć, co dzieje się z drugim. Zwykle puste mieszkanie, czekające na właściciela by zapewnić mu odpoczynek po pracy, tym razem nie było takie jak zwykle. Ktoś tego wieczora czekał na Macięgę.

Pewne sprawy wymagały odpowiednich ruchów…

Robert delikatnie przekręcił klucz w drzwiach i wszedł do środka.

Zapalił światło w przedpokoju i zdjął marynarkę.

– Coś jest nie tak – pomyślał widząc skórzaną kurtkę, która nie była na swoim wieszaku. W myślach zobrazował to, że ktoś mógł tu wejść, zrzucić kurtkę i źle ją odwiesił. Ot taka nieuwaga dla mało spostrzegawczego złodzieja.

– Mieszkam w bogatej dzielnicy, a włamać da się wszędzie – stwierdził wzmagając czujność. Złapał parasol zawieszony niedaleko kurtki i ostrożnie kroczył przed siebie.

– To tylko twoja wyobraźnia, spokojnie, to tylko… – powtarzał, wyczuwając, że coś jest nie tak, aż potknął się o buty, które także nie były tam gdzie zwykle. Jak już wspominałem, Macięga był człowiekiem pedantycznym. Niewolnikiem nie tylko czasu, ale także i przestrzeni. Wszystko musiało mieć swoje miejsce, od jego mieszkania niedaleko kancelarii, po zwykłe buty czy kurtkę.

– Albo